Mit motywacji - Jeff Haden - ebook + audiobook

56 osób właśnie czyta

Opis

Co byście zrobili, gdybyście mogli się lepiej zmotywować? Zrzuciłybyście 5 kilo w miesiąc? Zdobyli dwa miliony fanów? Założyli świetnie prosperującą firmę?

Jeffowi Hadenowi się to udało, choć sam siebie określa jako zwykłego faceta. Osiągnął to dlatego że odkrył nowy sposób myślenia o sukcesie, wysiłku, a zwłaszcza o motywacji, która jest tak naprawdę mitem, przynajmniej według definicji, w którą większość z nas wierzy.

Często wyobrażamy sobie, że bohater, rażony inspiracją niczym gromem z jasnego nieba, zrywa się z kanapy i rzuca w wir szaleńczej pracy. Jednak w prawdziwym życiu takie gwałtowne przypływy energii rzadko się zdarzają i nigdy nie trwają długo. Czekanie na ich przyjście jest gwarancją ciągłego rozczarowania. Prawdziwa motywacja jest wynikiem osiągnięć, a nie ich przyczyną. Do tego, żeby iść naprzód, wystarczy nawet najdrobniejszy powód.

Skoro to takie proste, to dlaczego nie wszyscy spełniają swoje marzenia? Haden bada przeszkody, które stają na drodze spirali sukcesu i sprawiają, że tracimy ducha. Proponuje też skuteczną taktykę, dzięki której utrzymamy stały przypływ dopaminy. Haden dzieli się swoimi spostrzeżeniami i strategiami, które na zawsze zmienią wasze podejście do przeszkód i celów, zarówno osobistych, jak i zawodowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 43 min

Lektor: Maciej Jabłoński

Popularność


Tytuł oryginału THE MOTIVATION MYTH
Przekład KAJA GUCIO
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja GRAŻYNA MASTALERZ
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ANNA HEGMAN
Projekt okładki DANIEL LAGIN
Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK
Łamanie, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA HEGMAN
Zdjecie na okładce © Peter Dazeley / Photographer’s Choice / Getty Images
The Motivation Myth Copyright © 2018 by Jeff Haden. All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with Portfolio, an imprint of Penguin Publishing Group, a Division Of Penguin Random House llc. Copyright © for the translation by Kaja Gucio Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-12-7
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wszystkim tym, których marzenia jeszcze się nie spełniły

WPROWADZENIE

Nawet nie wiesz,ile możesz osiągnąć

Kiedy pracowałem w dziale produkcji w R.R. Donnelley, największej firmie poligraficznej na świecie, desperacko – i mam tu na myśli prawdziwą desperację – chciałem zostać kierownikiem fabryki. Najbliżej sukcesu byłem, kiedy powierzono mi zarządzanie produkcją w małej prywatnej firmie. Przez całe lata zabiegałem o publikację jednego jedynego opowiadania. Najbliżej sukcesu byłem... No cóż, właściwie to nigdy. (Z perspektywy czasu widzę, że słusznie). Mam na koncie dziesiątki niepowodzeń. Raz po raz próbowałem i ponosiłem porażkę.

Co gorsza, wiele zamierzeń po prostu sobie odpuściłem, nawet nie próbowałem ich zrealizować. Myślałem o nich, marzyłem o nich, wyobrażałem sobie, jak to będzie wyglądało, kiedy mi się uda, ale nie kiwnąłem nawet palcem, żeby zacząć.

Wiele czasu poświęciłem na próby zmotywowania się. Ktoś mi kiedyś powiedział, że sukces zależy od nastawienia, chciałem więc osiągnąć optymalny stan psychiczny, zanim w ogóle się do czegokolwiek zabiorę. Wszyscy pamiętamy te chwile, kiedy rażeni jak piorunem nagłym przypływem natchnienia postanawialiśmy zacząć uprawiać sport albo uczyć się francuskiego – pamiętamy też, że z takich planów najczęściej nic nie wychodzi.

Tkwiłem w pułapce podstępnego mitu. Wydawało mi się, że motywacja jest warunkiem koniecznym do rozpoczęcia żmudnego procesu nauki – iskrą niezbędną do tego, żeby w ogóle zacząć działać. A tak naprawdę motywacja to rezultat. Motywacja jest jak ogień, który zaczyna płonąć, dopiero kiedy go rozpalisz – własnoręcznie i mimo trudności – a żywi się satysfakcją z tego, że widzisz, jak się rozwijasz. Problem z oczekiwaniem na nagły przypływ motywacji polega na tym, że prawie nigdy nie jest ona wystarczająco silna, żeby rzeczywiście sprowokować do działania.

Trzeba przyznać, że czasami motywacja spada na nas z siłą wodospadu. Kiedy jednak mija kilka minut czy godzin, entuzjazm nas opuszcza, częściowo dlatego, że takie uderzenie pioruna działa jak cukrowy haj: fantastyczne uczucie, ale nie da się go utrzymać, a kiedy przechodzi, czujesz się gorzej niż przedtem. Bombastyczne przemówienia, inspirujące cytaty i wyzwania w rodzaju chodzenia po ogniu (więcej o tym za chwilę) mogą sprawić, że wyobrazisz sobie, że stoisz na szczycie góry z rękami uniesionymi w geście tryumfu, ale to uczucie jest ulotne. Blask szybko blednie, a ty zostajesz u stóp góry, przytłoczony tym, jak wiele schodów musisz pokonać.

Więc siedzisz, rozpamiętujesz, użalasz się nad sobą, marzysz i masz nadzieję, a może nawet zaczynasz się zastanawiać, czy nie zacząć odkładać na bilet na seminarium Tony’ego Robbinsa... ale nawet to wydaje się zbyt trudne.

JAK LUDZIE SUKCESU PODCHODZĄ DO MOTYWACJI

Poznałem mnóstwo ludzi, którzy odnieśli sukces. Owszem, wielu z nich to ludzie inteligentni. Niektórzy są kreatywni. Często są utalentowani. Ale żadna z tych cech nie była kluczowa. Geny, które otrzymujemy, są tylko punktem wyjścia. Prawie każda znana mi osoba, która odniosła sukces, zaczynała od zera. Trudny start może się okazać idealnym fundamentem dla sukcesu, ponieważ kiedy zaczynamy na samym dole, mamy niemal nieskończone możliwości cieszenia się małymi sukcesami.

Skołowani? Nic nie szkodzi. Rzecz w tym, żeby zrozumieć, jak działa motywacja.

Jest tylko jedna recepta na motywację: sukces.

A dokładniej mówiąc: przypływ dopaminy, który czujemy, kiedy widzimy, że zrobiliśmy postępy.

Nie chodzi o jakieś ogromne, odmieniające życie sukcesy. Takie zdarzają się bardzo rzadko, a czasem nie przychodzą nigdy. Jeśli chcesz utrzymać motywację, nie zbaczać z raz wybranej drogi, pokonywać kolejne etapy i zbliżać się coraz bardziej do celu, kluczem są drobne, pozornie mało istotne sukcesy – pod warunkiem że odnosisz je regularnie. Jeśli próbujesz nauczyć się jakiegoś języka, cieszysz się, kiedy zdasz sobie sprawę, że umiesz w nim policzyć do dwudziestu. Jeśli uczysz się grać na instrumencie, cieszysz się, kiedy sobie uświadomisz, że potrafisz czytać proste nuty. Jeśli uczysz się kodować, z radością zdajesz sobie sprawę, że napisany przez ciebie prymitywny program działa. Niewielkie sukcesy dają radość, ale i motywację.

Dlatego masz już wszystko, czego potrzebujesz.

Dlatego motywacja nie jest czymś, co można mieć. Motywacja jest czymś, co bierze się z ciebie, automatycznie, z dobrego samopoczucia, kiedy odnosisz małe sukcesy.

Sukces to proces. Sukces jest powtarzalny i przewidywalny. Sukces nie bierze się z nadziei, modlitwy i strategii, ale jest skutkiem skrupulatnego działania (choć trochę strategii z pewnością nie zaszkodzi): robienia właściwych rzeczy we właściwy sposób, dzień po dniu.

Łatwo spojrzeć wstecz i uznać, że każda wizja była jasna, każdy plan był doskonały, każdy krok wykonano bezbłędnie, a ogromny sukces był z góry przesądzony.

Tak się nie stało. Żadna ze znanych mi osób, które odniosły ogromny sukces, nigdy się nie spodziewała, że osiągnie aż tyle. (Wiele z nich nadal nie może w to uwierzyć). Niemal wszyscy pewnego dnia obudzili się oszołomieni, widząc, jak daleko zaszli.

Dlaczego tak zaskoczył ich własny sukces? Byli zajęci działaniem. Nie skupiali się na tym, czego nie mieli. Koncentrowali się na pracy, dzień po dniu, na dążeniu tam, dokąd mieli nadzieję dotrzeć.

Kiedy konsekwentnie robisz to, co trzeba, możesz się spodziewać sukcesu. Ba, sukces jest nieunikniony. Po prostu nie można o tym za dużo myśleć, a już na pewno nie obsesyjnie.

SZCZĘŚCIE A SUKCES

Mit motywacji unieszczęśliwia nas na dwa sposoby. Po pierwsze, prowadzi do grzechu popełnionego. Człowiek, który sam uwierzył we własną przegraną, który raz po raz schodzi z trasy przed metą, jest chronicznie nieszczęśliwy. Ten sam mit jest również przyczyną grzechu zaniechania. Odmawiamy sobie świadomej radości z jednego z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń: powolnego nabywania siły, umiejętności lub mądrości.

Jak wtedy, kiedy mój dziadek kupił konia wyścigowego.

Nie miałem więcej niż dziesięć lat, ale już wtedy wiedziałem, że to była bardzo głupia decyzja. Konie wyścigowe stanowiły luksus, na który ani on, ani moja babcia z pewnością nie mogli sobie pozwolić. Udało się obniżyć przynajmniej koszty bieżące, bo mieszkali na farmie. Podejrzewam, że tak właśnie dziadek próbował się usprawiedliwiać przed babcią.

Przez cały rok ciułał grosz do grosza na opłaty startowe i wystawiał swojego konia – bez większych sukcesów – w gonitwach na rozmaitych torach w okolicy. Kiedyś okazało się, że cały taki kompleks to właściwie otwarte pole zryte kopytami. Innym razem system nagłośnienia był zamontowany na naczepie ciężarówki, a generator chodził tak głośno, że niemal zupełnie zagłuszał komunikaty. (Do dziś pamiętam spikera: „Jak wiecie, w stanie Wirginia obstawianie zakładów na wyścigach jest nielegalne... ale jeśli odejdziecie kawałek od toru, o tam, pod ten dąb, co tam stoi, to na pewno coś da się załatwić”. Pamiętam też, jak twarz mojego ojca stężała, kiedy to usłyszał).

Pewnego dnia stało się niemożliwe. Dziadkowi jakimś cudem udało się namówić jednego z lepszych dżokejów, żeby pojechał na jego koniu – ten cud to najpewniej dodatkowe cztery dychy wręczone mu na boku, co wówczas nie było małą sumą. Tak czy inaczej koń dziadka zajął drugie miejsce na wyścigach Goochland Races, od dawna już się nieodbywających. Wtedy organizowano je w odległości niespełna dwudziestu kilometrów od farmy dziadków.

Po gonitwie dziadek stanął na mecie ze srebrną tabliczką w ręce, żebyśmy mogli zrobić mu zdjęcie. Potem zaprowadziliśmy konia piaszczystym torem z powrotem do stajni, a niektórzy widzowie podchodzili nam pogratulować.

Miałem tylko dwanaście lat, a mimo to widziałem, że dziadek idzie innym krokiem niż zazwyczaj. Przez chwilę kroczył z uniesioną głową, wyprostowany, z poczuciem spełnienia, z godnością i dumą.

Dopiero po latach zrozumiałem, dlaczego mój dziadek kupił konia. Desperacko chciał być kimś. Chciał coś znaczyć.

Wszyscy mamy podobne marzenia. Najczęściej właśnie dlatego zmieniamy pracę, otwieramy firmę, uczymy się grać na instrumencie albo wracamy do szkoły. Dlatego startujemy w lokalnych wyborach, działamy w organizacji charytatywnej lub w kościele.

Chcemy coś znaczyć, ale kiedy skupiamy się wyłącznie na tym, żeby coś znaczyć dla innych – oceniamy własną wartość, przeglądając się w ich oczach – to nawet jeśli takie upragnione uczucie na chwilę się pojawia, nie wnosi w nasze życie żadnej istotnej zmiany.

Zanim wróciliśmy na farmę, blask w oczach dziadka przygasł. Oczywiście nadal był szczęśliwy, ale zniknęły wszystkie zewnętrzne korzyści, jakie ten niewielki sukces mu przyniósł: uśmiechy, gratulacje, wyrazy uznania od przyjaciół i obcych ludzi.

Na koniec swojej przygody z wyścigami konnymi dziadek został z tym, z czym wszyscy zostajemy, bez względu na to, co osiągnęliśmy, i na to, jak wiele pochwał i komplementów otrzymaliśmy od innych. Nawet największe osiągnięcie to tylko wisienka na torcie spełnienia.

Jeśli twoim celem od dawna było stworzenie firmy, która miałaby obrót rzędu dziesięciu milionów dolarów, czujesz się bosko, kiedy uda ci się to osiągnąć. Ale trwa to zaledwie chwilę. Jeśli twoim celem od dawna było przebiegnięcie maratonu, czujesz się wspaniale, kiedy przekraczasz linię mety. Ale i to zaledwie chwila.

Droga do celu lub do mety jest wypełniona niezliczonymi godzinami ciężkiej pracy, determinacji i poświęcenia... ale i niezliczonych okazji, żeby czuć się zadowolonym z tego, co już się osiągnęło.

Osiągnięcie daje nam przedsmak satysfakcji, spełnienia i radości, ale prawdziwe źródło ciągłego, trwałego szczęścia bierze się z samego uczestniczenia w działaniach. Mój dziadek w nim nie uczestniczył. Jasne, kupił konia, ale potem przeskoczył od razu na koniec. Pominął wszystkie etapy przejściowe: treningi, kondycjonowanie konia, powolne, ale konsekwentne skłanianie go do tego, żeby biegał szybciej, uczenie go nie tylko jak biegać, ale też jak się ścigać.

Nie dał sobie szansy na to, żeby się cieszyć codziennymi dawkami spełnienia, które biorą się z działania. Osiągnięcie czegoś, nawet jeśli polega tylko na drobnym zadaniu, sprawia, że czujemy się lepiej. Dlatego właśnie listy zadań do wykonania są tak popularne. (Wiele osób zapisuje bardzo proste lub już zakończone zadania tylko po to, żeby móc je wykreślić).

Ludzie, którzy odnoszą ogromne sukcesy, wyznaczają sobie cel, a następnie całą uwagę skupiają na tym, co niezbędne do jego osiągnięcia. Wyznaczają sobie cel, a następnie – o dziwo – zupełnie o nim zapominają.

Cel, rzecz jasna, wciąż jest aktualny. Ale najbardziej zależy im na tym, co muszą zrobić danego dnia, a kiedy to osiągną, są szczęśliwi. Są zadowoleni z dnia dzisiejszego.

Są zadowoleni, ponieważ osiągnęli to, co postanowili zrobić konkretnego dnia, a to poczucie spełnienia daje im motywację do zrobienia tego, co trzeba będzie zrobić następnego, ponieważ sukces, nawet niewielki i stopniowy, jest najlepszym narzędziem motywacyjnym.

Kiedy delektujesz się drobnymi zwycięstwami, każdego dnia jesteś z siebie zadowolony, ponieważ czujesz, że nie musisz ciągle sprawdzać, jak wielka odległość dzieli cię od mety. Nie musisz się nastawiać na jakieś nieokreślone kiedyś, żeby być z siebie zadowolony. Jeśli zrobisz to, co zaplanowałeś na dzisiaj, wygrywasz.

Kiedy trenowałem kolarstwo długodystansowe, często jeździłem w góry. Nienawidziłem podjazdów, ale uwielbiałem moment, kiedy docierałem do końca odcinka, a po latach świadomość, że je ukończyłem, ciągle mnie cieszy. Pomyśl o czymś, co było bardzo trudne, a czego udało ci się dokonać, i o tym, jakie uczucia temu towarzyszyły, a zrozumiesz, co mam na myśli.

Przez całe lata omijało mnie poczucie szczęścia i spełnienia, jakie bierze się z pokonania wszystkich małych kroków dzielących od celu.

Ciebie nie musi ominąć.

Nie będzie to jednak łatwe. Sukces, taki prawdziwy, trwały, znaczący sukces nigdy nie przychodzi łatwo.

Chcesz założyć firmę? Nie daj się zwieść modzie na pracę w domu. Prowadząc własny biznes, zapomnisz, co to znaczy wolny czas.

Chcesz awansować na najwyższe stanowisko w swojej firmie? Nie daj się zwieść opowieściom o równowadze między pracą a życiem prywatnym. Takie ambicje wymagają ogromnego wysiłku i poświęcenia.

Chcesz przebiec maraton? Zapomnij o drodze na skróty, o wszystkich tych planach sześćdziesięciodniowych, które obiecują maksymalne rezultaty przy minimalnym nakładzie pracy. W prawdziwym życiu to tak nie działa.

Żeby osiągnąć cokolwiek wartościowego, a zwłaszcza osiągnąć cel, który inni uważają za nieosiągalny, musisz pracować ze wszystkich sił. Nie ma drogi na skróty. Musi być trudno, nie da się inaczej.

Jest jednak wiele sposobów na to, żeby czerpać z tego radość i inspirację, cieszyć się każdym etapem podróży, w tym ostatnim krokiem, który zaprowadzi cię wprost na osobiste podium.

Chcesz być szczęśliwym człowiekiem? Chcesz odnieść większy sukces we wszystkim, do czego dążysz? Do szczęścia i do sukcesu prowadzi ta sama droga.

Nie musisz czekać, aż będziesz mieć więcej czasu: masz go dokładnie tyle, ile potrzebujesz. Nie musisz czekać, aż będziesz mieć więcej pieniędzy: sukces nigdy nie zależy od pieniędzy. (Choć, jeśli zechcesz, mogą być jego wynikiem). I absolutnie nie potrzebujesz więcej motywacji.

Nie musisz czekać, aż odnajdziesz w sobie pasję: jeśli wcielisz w życie program, który opisuję w tej książce, twoje pasje (liczba mnoga zamierzona, jak się wkrótce przekonasz) same cię odnajdą.

Znajdziesz w sobie siłę. Nie wycofasz się. Nie zrezygnujesz. Będziesz podejmować mądre decyzje. Nie będziesz się koncentrować na tym, czego nie masz, ponieważ to, co masz – nawet jeśli wydaje ci się, że to niewiele – wystarczy aż nadto.

Przekonasz się, że nie tylko rezultat, ale też sam proces dochodzenia do tego, o czym kiedyś marzyłeś, sprawia, że codziennie możesz być z siebie dumny.

Niektórzy odnoszą sukcesy. Niektórzy są szczęśliwi.

Możesz mieć jedno i drugie.

Oto jak tego dokonać.

ROZDZIAŁ 1

Motywacja to nie zapłon

Kluczowym momentem seminarium Tony’ego Robbinsa zatytułowanego Uwolnij swoją wewnętrzną moc jest chwila, kiedy uczestnicy chodzą po ogniu. (No dobra, właściwie to chodzą po żarzących się węglach, ale „przejście po ogniu” brzmi bardziej niebezpiecznie i w stylu macho, coś jak z piosenki Roar Katy Perry. W końcu Tony zna się trochę na budowaniu marki).

(Właściwie to Tony zna się na budowaniu marki bardzo dobrze).

(Dobra, nie będę już dogryzać Tony’emu. Chyba).

Robbins opisuje przejście po ogniu jako „symboliczne doświadczenie, które dowodzi, że jeśli można przejść przez ogień, to można przejść przez wszystko”. Teoretycznie brzmi to świetnie: chodzenie po żarzących się węglach daje na stałe pewność siebie i motywację, wykorzystując niesamowitą moc, jaka drzemie w człowieku.

W rzeczywistości jest jednak inaczej.

Przejście po ogniu to jednorazowa sprawa. Chodzenie po ogniu jest jak słuchanie motywującego przemówienia: wracacie do domów zainspirowani, podekscytowani i z mnóstwem planów, a następnego dnia budzicie się i jesteście dokładnie tymi samymi ludźmi co dzień wcześniej, ponieważ tak naprawdę niczego nie udało wam się osiągnąć.

(Poza słuchaniem. No i uiszczeniem opłaty za seminarium).

Większość ludzi nie rozumie, co jest źródłem motywacji. Uważają, że motywacja to zapłon, który automatycznie wyzwala stały zapał do ciężkiej pracy: im większa motywacja, tym więcej wysiłku jesteśmy gotowi włożyć w działanie.

Tak naprawdę motywacja jest rezultatem. Motywacja to duma z pracy, którą już się wykonało, a to napędza gotowość, żeby zrobić jeszcze więcej.

Dlatego wskazówki, jak się bardziej zmotywować, często nie wystarczają. Większość z tych rad sprowadza się do stwierdzeń w rodzaju: możesz być bardziej zmotywowany. Wystarczy, że wejrzysz w głąb siebie i znajdziesz motywację.

(I trochę poparzysz sobie stopy).

To samo dotyczy pewności siebie, która jest przecież ściśle związana z motywacją. Założenie jest takie: możesz mieć więcej pewności siebie. Wystarczy, że postanowisz mieć więcej pewności siebie. To proste: wystarczy stłumić negatywne myśli, przestać patrzeć na świat z pesymizmem, powtórzyć kilka afirmacji i voilà! Jestem jak Tony Robbins.

Albo i nie.

Głównym problemem w obu przypadkach jest sposób, w jaki zaczęliśmy myśleć o motywacji.

Większość definicji motywacji zawiera sformułowanie w rodzaju „siła lub wpływ, które powodują, że ktoś coś robi”. Motywacja jest postrzegana jako zapłon, warunek wstępny, coś, co jest niezbędne, żeby w ogóle zacząć działać. Jeśli brak nam motywacji, nie możemy zacząć. Jeśli nie jesteśmy zmotywowani, nie możemy nic zrobić.

Gówno prawda.

Prawdziwa motywacja pojawia się po starcie. Motywacja nie jest wynikiem wysłuchania przemówienia, obejrzenia filmu czy sfajczenia sobie podeszew stóp. Motywacja nie jest bierna. Motywacja jest aktywna.

JAK ZACZĄĆ, GDY MASZ ZERO PROCENT MOTYWACJI?

Najlepszy sposób, żeby się zmotywować, to się spocić, dosłownie lub w przenośni.

Najtrudniej jest zacząć. Planiści finansowi często zalecają, żeby najpierw spłacić niewielki dług, nawet jeśli ze wszystkich twoich zobowiązań jest oprocentowany najniżej. Z racjonalnego punktu widzenia takie podejście nie ma sensu: jeśli masz zadłużenie na trzech kartach kredytowych, to najpierw powinieneś spłacić tę o najwyższym oprocentowaniu. Ale myśl o spłacie, powiedzmy, siedmiu tysięcy dolarów, kiedy można na to przeznaczyć nie więcej niż dwieście dolarów miesięcznie... ech. Horyzont jest zbyt odległy, żeby wydawało się to – całkiem dosłownie – warte zachodu. Podejście „irracjonalne” często sprawdza się znacznie lepiej: spłacenie karty z najmniejszym zadłużeniem wydaje się o wiele łatwiejsze do osiągnięcia. Od samego początku widać różnicę. Spłacenie dwustu z ośmiuset dolarów długu pozwala poczuć, że coś się osiągnęło. Za miesiąc będziesz w połowie drogi! A gdy już spłacisz tę kartę, będziesz mieć motywację, żeby spłacać kolejną.

Zastanów się, dlaczego czasami odkładasz coś na później. (Nie mów, że nigdy nie odkładasz nic na później. Jeśli myślisz, że znasz kogoś, kto tego nie robi, to lepiej sprawdź, czy to nie robot. Wszyscy odkładają).

A już na pewno ja.

Na przykład: napisałem i opublikowałem łącznie ponad siedem milionów słów. (Powstrzymaj się, proszę, od żartów o laniu wody). Można zatem założyć, że pisanie przychodzi mi z łatwością, ale czasami jest zupełnie inaczej: rozmawiam przez telefon, zajmuję się sprawami administracyjnymi, robię „research” (w mojej branży, jeśli się coś czyta, to znaczy, że się robi research, prawda?), bawię się z kotami... Uwielbiam pisać, ale czasami na samą myśl o tym wszystkiego mi się odechciewa, zwłaszcza na początku, kiedy muszę się zastanowić, jak ugryźć temat.

Z wyjątkiem zabawy z kotami resztę mogę racjonalnie wytłumaczyć i sam siebie przekonać, że jestem produktywny, ale spójrzmy prawdzie w oczy: zazwyczaj to najczystsza prokrastynacja.

Inny przykład: lubię jeździć na rowerze. Przez ostatnie pięć lub sześć lat przejechałem ponad pięćdziesiąt sześć tysięcy kilometrów. Uwielbiam to, ale czasami robię wszystko, żeby nie usiąść na siodełku.

To zupełnie bez sensu, prawda? Pisanie i jeżdżenie na rowerze to dwie rzeczy, które uwielbiam robić najbardziej na świecie, ale czasami wymyślam rozmaite powody, żeby ich uniknąć. Więcej sensu miałoby odkładanie na później tego, czego nie znoszę.

Uwielbiam jeździć na rowerze, ale czasami po prostu mi się nie chce, zwłaszcza przez kilka pierwszych kilometrów, kiedy jest zimno, nogi mam zesztywniałe, a serce właśnie zaczyna mi walić jak młotem. Z trudem łapię oddech i zastanawiam się, dlaczego w ogóle wsiadłem na ten głupi rower. I wtedy dzieje się coś magicznego. Jakimś cudem moja niechęć do tego, co „trudne”, ustępuje, jak tylko zaczynam się pocić.

Wydzielają się endorfiny. Mięśnie się rozgrzewają. Jestem z siebie dumny, że potrafię zrobić coś trudnego, i to całkiem nieźle. Czuję nagły przypływ satysfakcji, który czujemy zawsze, kiedy zaczynamy robić coś, co odkładaliśmy na później... i nagle zdajemy sobie sprawę, że to wcale nie było takie trudne, jak się spodziewaliśmy. Wiem, że to uczucie prędzej czy później nadejdzie. Nauczyłem się przewidywać ten naturalny haj. Zamiast myśleć: będzie ciężko, nauczyłem się myśleć: nie mogę się doczekać, aż znowu to poczuję, tę radość, kiedy przechodzę od bierności do aktywności. Nie mogę się doczekać, aż poczuję przypływ energii, bo wiem, że go poczuję, kiedy zacznę robić to, co zaplanowałem.

Najważniejsze to cieszyć się poczuciem sukcesu, które mamy, kiedy robimy drobne postępy... a potem jeszcze raz i jeszcze, i tak w koło Macieju.

Dlaczego? Postępy poprawiają nam samopoczucie. Dają nam większą pewność siebie. Uświadamiają nam, jakie mamy kompetencje, a dzięki temu zyskujemy wiarę we własne możliwości. Sukces w każdej dziedzinie jest źródłem motywacji. Postępy sprawiają, że czujemy się znakomicie, więc oczywiście chcemy się starać o kolejne.

Na pewno zdarzyło ci się odkładać coś na później, a potem w końcu się do tego zabrać i pomyśleć: nie wiem, dlaczego to odkładałem. Naprawdę dobrze mi to idzie. I wcale nie jest to takie trudne, jak mi się wydawało.

Właśnie: nigdy nie jest takie trudne.

Dlaczego? Bo kiedy już zaczniesz, kiedy wreszcie ruszysz z miejsca i zaczniesz coś robić – coś, o czym wiesz, że zbliży cię o krok do celu – wszystko staje się łatwiejsze. Motywacja pojawia się, jak tylko zaczniesz. Uruchamia się cała spirala korzyści (wkrótce przyjrzymy się jej bliżej). Dobre samopoczucie bierze się z zaangażowania.

Czujesz motywację do działania. Motywacja jest wynikiem, a nie warunkiem wstępnym. Nie potrzebujesz motywacji, żeby się spocić. Zacznij się pocić, a poczujesz motywację.

Kiedy już zaczniesz, reszta przyjdzie z łatwością. Łatwiej jest przebiec pięć kilometrów, niż ruszyć się z domu na jogging. Często z większym trudem przychodzi nam w ogóle zebrać się do pisania, niż napisać dwadzieścia stron. Czasem trudniej jest wziąć do ręki telefon, niż zadzwonić do dwudziestu potencjalnych klientów.

Trudno jest zacząć, ponieważ „motywacja” nam tego nie ułatwia. Rozpoczęcie pracy motywuje nas do jej ukończenia.

Trwała motywacja nie bierze się z chodzenia po ogniu. Trwała motywacja bierze się z tego, że się pocimy.

Trwała motywacja nie bierze się z przemówień. Trwała motywacja bierze się z tego, że robimy postępy.

Trwała motywacja nie bierze się z plakatów. Trwała motywacja bierze się z tego, że odnosimy sukces.

Jeśli nie udaje ci się osiągnąć wyznaczonych celów, to nie brak motywacji lub pewności siebie jest problemem. Brak motywacji lub pewności siebie jest tak naprawdę środkiem do rozwiązania problemu. Kiedy zaakceptujesz wreszcie swoje słabe strony, swoje wady, swoje niedoskonałości, właśnie wtedy możesz się zmotywować do zmiany na lepsze.

Uciekaj przed swoimi słabościami, a już zawsze będziesz słaby. Zaakceptuj swoje słabości i pracuj nad nimi, a w końcu zyskasz siłę i motywację do ciągłego samodoskonalenia.

Ale żeby naprawdę zmienić się na lepsze, musisz robić to, co trzeba. W następnych rozdziałach opowiem ci, jak to osiągnąć.

Zanim jednak do tego przejdziemy, obalmy kilka innych mitów, które cię dotychczas powstrzymywały.

Idąc na skróty, nie dotrzesz tam, gdzie naprawdę chcesz dotrzeć

Teraz już o tym wiesz, ale i tak warto powtórzyć: nagły przypływ inspiracji zdarza się tylko w filmach, ewentualnie w głowach ludzi, którzy chcą wierzyć, że są w stanie cię zainspirować (oczywiście, o ile im za ten przywilej zapłacisz).

Jeśli będziesz czekać na nagły przypływ inspiracji, to w ogóle nie zaczniesz, a nawet gdy uda ci się przez chwilę płynąć na tej początkowej fali radości, nie będziesz w stanie się na niej utrzymać, ponieważ takie uczucie nigdy nie trwa długo.

To samo dotyczy szukania drogi na skróty. Nie ma skrótów do sukcesu.

Uwielbiam Tima Ferrissa, ale nie oszukujmy się: on bardzo ciężko pracuje. Tak naprawdę podstawowym założeniem jego idei czterogodzinnego tygodnia pracy jest dziesięciokrotne zwiększenie wydajności. Sam chętnie przyznaje, że nie ma niczego złego w ciężkiej pracy, o ile robi się to, co trzeba. Ktoś to jednak przekręcił i teraz ludzie myślą, że jego motto brzmi: muszę odkryć sekret, który przyniesie mi natychmiastowy sukces.

Oczywiście nie ma żadnych magicznych sposobów. Jasne, możesz się nauczyć dużo skuteczniej obierać banana (dzięki, Tim!), ale prawdziwy, znaczący sukces nigdy nie przychodzi od razu. Jak najbardziej możesz szukać lepszych, skuteczniejszych sposobów na osiągnięcie celu – kilka z nich wkrótce ci pokażę – ale drogi na skróty po prostu nie ma.

Ja jej na pewno nie widzę.

Jestem niepewny siebie, tak samo jak wszyscy moi znajomi. W skali od jednego do stu – sto to Oprah – jestem jedynką.

Zatem kilka lat temu, kiedy zostałem poproszony o wygłoszenie przemówienia dla około tysiąca osób, moją pierwszą myślą było: tak! Zaraz potem pomyślałem: o nie! Nigdy wcześniej nie przemawiałem przed publiką większą niż sto pięćdziesiąt osób. Ponadto poproszono mnie o mówienie o czymś, na czym się nie znałem.

Mimo to okazja była zbyt dobra, żeby z niej nie skorzystać. Znalazłem więc kilka artykułów z poradami, jak oczarować dużą publiczność. Wydawało mi się, że muszę tylko obficie gestykulować i czasem podnosić głos, a kiedy indziej mówić łagodnie, i trach! Publiczność mnie pokocha.

Nic bardziej mylnego. Poległem na całej linii.

Co prawda wszyscy mi potem mówili, że wypadłem nie najgorzej. (Kiedy mówca słyszy, że nie był najgorszy, czuje się jak nastolatek, któremu powiedziano, że przynajmniej ma dobry charakter). Chciałem, rzecz jasna, w to uwierzyć. Rozpaczliwie pragnąłem zignorować poczucie niekompetencji, rozczarowania i porażki.

I wtedy zdałem sobie sprawę, że nigdy nie zrobię postępów, jeśli (1) nie pogodzę się z tym, że poniosłem porażkę i (2) nie będę ciężko pracował. Wróciłem więc do podstaw. Wyprosiłem zaproszenie od lokalnych grup obywatelskich. Wygłaszałem pogadanki dla studentów na uczelniach. Zmusiłem się do tego, żeby zabierać głos na tematy spoza mojej branży, nauczyłem się mechaniki tworzenia skutecznej przynęty na słuchaczy i świetnej historii.

Czasami wychodziło mi lepiej, czasami gorzej, ale z biegiem czasu zdobywałem kolejne kompetencje i umiejętności.

Czy nadal bywam stremowany, kiedy mam stanąć przed dużą publicznością? Jasne, że tak. Jestem wtedy kłębkiem nerwów. Ale potrafię zapanować nad tym uczuciem: nie dlatego, że uganiam się po płonących węglach czy powtarzam sobie słodkie afirmacje, ale dlatego, że wiem, że już kiedyś to zrobiłem i jestem w stanie zrobić ponownie. Jestem pewny siebie, ponieważ mam sukces w kieszeni. Jestem pewny siebie, ponieważ zrobiłem, co trzeba.

Pewność siebie bierze się z przygotowania. Wahanie, niepokój, strach... Te uczucia nie pochodzą z jakiegoś głębokiego, mrocznego, irracjonalnego miejsca w nas. Niepokój, który czujesz – brak pewności siebie – wynika z braku przygotowania. Kiedy uświadomisz sobie, że możesz się przygotować, że możesz popracować nad techniką, żeby zrobić to, co chcesz zrobić dobrze, że cokolwiek chcesz osiągnąć, w ostatecznym rozrachunku jest po prostu rzemiosłem, które możesz opanować, a potem wykonywać coraz lepiej, i że możesz przyswoić wszelkie umiejętności, których obecnie ci brakuje, jesteś coraz lepiej przygotowany i zyskujesz coraz więcej pewności.

Weźmy na przykład Jamie Little, dziennikarkę sportową i reporterkę stacji Fox Sports, pierwszą kobietę, która przeprowadziła relację z transmisji sportów motorowych.

– Kiedy przeprowadziłyśmy się z mamą do Las Vegas – mówi – poznałam Careya Harta (zawodnika biorącego udział w wyścigach motocrossowych, męża Pink). Miał na mnie duży wpływ. Wydawało mi się, że to najbardziej niesamowity facet na całym świecie. Już wtedy interesowałam się motocyklami i dzięki niemu dowiedziałam się, czym jest Supercross. Zabierałam do szkoły magazyny żużlowe... Uwielbiałam to. To był mój świat, tam byłam szczęśliwa. Na wyścigach podeszłam do faceta pracującego dla ESPN i zapytałam, jak zacząć. Wkręcił mnie do ekipy na dwa lata, bez pensji, żebym mogła się otrzaskać i pokazać, jak pracuję. Nauczyłam się pisać, nauczyłam się rozmawiać z zawodnikami. To była niesamowita szkoła zawodu. Nic mi za to nie płacili, ale to nie szkodzi.

Nie znaczy to jednak, że wszystko szło jak po maśle. Kiedy Jamie zaczęła pracować w ESPN i relacjonować wyścigi NASCAR, stanęła przed kolejnymi wyzwaniami.

– Relacje z wyścigów NASCAR były najtrudniejszą rzeczą, jakiej mogłam się wtedy podjąć – mówi. – Patrzę wstecz i zastanawiam się, jakim cudem się na to odważyłam. Pojechałam na ten tor, mimo że przede mną mało kto się na to decydował, a już na pewno nie kobiety... Wszystkiego musiałam się nauczyć sama, ale ostatecznie okazało się, że właśnie to było najlepsze, choć i najtrudniejsze. Moja pewność siebie brała się z tego, że wręcz przesadzałam z przygotowaniami. Nadal to robię. Sporządzam notatki o każdym kierowcy, rozmawiam z kierowcami i szefami zespołów na torze, a potem zbieram wszystko i redukuję całość do najistotniejszych faktów i kwestii, którymi mogę się podzielić z widzami podczas transmisji. To samo robię, kiedy przygotowuję relację z zawodów w innych dyscyplinach. Kiedy wiem, że jestem na wszystko przygotowana, czuję się pewna siebie i naturalna.

A skąd bierze się siła napędowa potrzebna do takich przygotowań? Sukcesy – drobne, częste, powtarzające się sukcesy.

To na tym polega spirala korzyści.

Pewność siebie to subiektywne uczucie, ale w ostatecznym rozrachunku jest wynikiem tego, że wiesz, że nie tylko chcesz wykonać pracę, ale że rzeczywiście ją wykonasz. Nie będziesz próbować dojść do sukcesu na skróty.

Droga na skróty może się sprawdzić, kiedy trzeba wykonać proste zadanie, ale nie kiedy trzeba zdobyć skomplikowane umiejętności lub zrealizować bardzo ambitne plany. Co więcej, nie zapewnia takiego przypływu motywacji jak zdobywanie umiejętności i wiedzy ani nie daje pewności siebie i wiary w to, że jest się w stanie zrealizować inne ważne cele. Tymczasem prawdziwy sukces w jednej dziedzinie może dać więcej pewności siebie i więcej motywacji do działania w innych dziedzinach życia.

Wróćmy jeszcze na chwilę do mnie: trasa pierwszych zawodów Gran Fondo I, w jakich wystartowałem (Gran Fondo to cykl wyścigów kolarskich dla amatorów), miała ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, w tym ponad trzy i pół kilometra podjazdów. Dwa odcinki tych podjazdów prowadziły po drogach gruntowych i żwirowych. Długie, niekończące się odcinki. Była to pod względem fizycznym i emocjonalnym najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ale dojechałem do mety.

Przez kolejne tygodnie czułem się pewniej. Mniej przejmowałem się tym, co o mnie myślą inni ludzie. Dokonałem czegoś wielkiego, przynajmniej dla samego siebie, a pamięć o tym osiągnięciu towarzyszyła mi naprawdę długo.

Udział w Gran Fondo to oczywiście przeciwieństwo chodzenia po ogniu. Choć pozornie było to wydarzenie jednorazowe, to ten jeden dzień okazał się również kulminacją wielu miesięcy ciężkiej pracy. To nie było tak, że zamknąłem oczy i przebiegłem truchtem po ciepławych węglach. Codziennie miałem oczy szeroko otwarte na wysiłek, poświęcenie i determinację, których wymagało realizowanie planu, dzięki któremu mogłem osiągnąć cel.

Motywacja i pewność siebie zdobyte w jednej dziedzinie życia mogą przeniknąć do innych. Kiedy z jakiegoś powodu jesteście z siebie zadowoleni – kiedy osiągniecie sukces w jednej dziedzinie, najczęściej czujecie się lepiej, również kiedy myślicie o innych kwestiach. Przecież skoro możecie zrobić dobrze jedno, możecie zrobić dobrze wiele rzeczy. Zdajecie sobie sprawę, że musicie tylko mieć odpowiedni plan, realizować go i cieszyć się poczuciem sukcesu i wynikającą z niego motywacją, która pojawia się dzięki ciągłym postępom (a jeśli będziecie realizować plan, na pewno zrobicie postępy).

Nie ma co wspominać o tym, że z drogą na skróty często wiąże się dodatkowe ryzyko.

Na przykład w przemyśle muzycznym jest rzeczą prawie pewną, że prędzej czy później będzie się żałować, że przystało się na warunki pierwszego kontraktu. Na początku kariery artyści są tak szczęśliwi, że w ogóle ktoś się nimi zainteresował, że są gotowi podpisać niemal wszystko. (Tom Petty był tak niezadowolony z pierwszego kontraktu, że pozwał swoją wytwórnię i wolał zaryzykować przerwanie kariery, niż pracować dalej na pierwotnych zasadach).

Joe Satriani podążał inną drogą. Sprzedał miliony docenionych przez krytyków płyt solowych, koncertował z Mickiem Jaggerem, Deep Purple i Chickenfoot, wprowadził na rynek własną markę gitar i sprzętu muzycznego, był pomysłodawcą własnego cyklu koncertowego G3. No i nie zapominajmy, że ma na koncie czternaście nominacji do nagrody Grammy.

Powiedział mi, dlaczego zdecydował się przejąć całkowitą odpowiedzialność za każdy etap procesu wydawniczego. Na początku lat osiemdziesiątych grał w zespole Squares.

– Nasza sala prób mieściła się w tym samym budynku co Nolo Press, firma, która przygotowywała wszelkiego rodzaju poradniki prawne. Ich śmietnik stał tuż pod drzwiami. Między próbami wychodziliśmy tam na papierosa. I zawsze był po brzegi wypełniony wybrakowanymi wydrukami. No więc staliśmy tam któregoś razu, zastanawiając się, jak się przebić w branży muzycznej, i ni z tego, ni z owego zaczęliśmy przeglądać te książki. Jedna z nich była o tym, jak założyć firmę. Wziąłem ją do domu i nie mogłem się oderwać. Pomyślałem, że zespół zrobi sobie wkrótce dłuższą przerwę, a ja mógłbym w tym czasie wykorzystać to, co przeczytałem. Kupiłem nowy, nieuszkodzony egzemplarz i zdecydowałem, że muszę założyć własne wydawnictwo i wytwórnię płytową, a następnie nagrać płytę. Po prostu poszedłem za radą z książki, wypełniłem formularze, zgłosiłem się do urzędu w Oakland, wpłaciłem dwanaście dolarów i oto nagle byłem właścicielem wytwórni płytowej.

Joe nagrał nietypową, awangardową płytę bez basu, perkusji i klawiszy. Uświadomił sobie, że „nie musi zabiegać o poparcie grubych ryb”. Działo się to w czasach, kiedy w branży muzycznej nie było jeszcze takich możliwości jak teraz.

– To wyzwanie dało mi energię, żeby powalczyć o przyszłość, której przebłysk dostrzegłem w tym wybrakowanym egzemplarzu książki Jak założyć własną firmę – mówi Joe. – Pewnego dnia podczas próby nasz basista powiedział: „Hej, w magazynie «Guitar Player» jest chyba recenzja twojej płyty”.

Uzbrojony w nowo odkrytą pewność siebie Joe powoli zyskiwał sławę. Nie to jednak było dla niego najważniejsze.

– Jako muzyk nie dałem się wykorzystać. Dlatego właśnie założyłem własne wydawnictwo i zawarłem umowę, która była dość korzystna dla początkującego solisty.

Gdyby mu się udało podpisać kontrakt z wytwórnią fonograficzną, na krótką metę rozwiązałoby to jego problemy finansowe, ale niemal na pewno musiałby się zrzec praw autorskich, kontroli nad własną twórczością i szansy na długoterminowe zyski.

Nawet jeśli droga na skróty prowadzi do krótkotrwałego sukcesu, w większości przypadków później przychodzi żałować, że się nią poszło.

Rutyna to nie ostatnia deska ratunku dla mniej utalentowanych (i nudziarzy)

Planowanie ma złą prasę. Ciężka praca, ciągły wysiłek, długie godziny... Coś takiego robi tylko idiota i beztalencie, prawda? Otóż nie.

Weźmy na przykład Michaela Ovitza, faceta, który przekształcił firmę Creative Artists Agency (CAA) w największą i jedną z najpotężniejszych organizacji w Hollywood. Zaczynał w dziale przesyłek w firmie William Morris, wówczas największej agencji w mieście. Oto, co powiedział podczas rozmowy z Jamesem Andrew Millerem, opublikowanej w znakomitej książce Powerhouse: The Untold Story of Hollywood’s Creative Artists Agency.