Miłość w żagle - Katarzyna Sarnowska - ebook
NOWOŚĆ

Miłość w żagle ebook

Katarzyna Sarnowska

3,8

49 osób interesuje się tą książką

Opis

WYOBRAŹ SOBIE MIEJSCE, W KTÓRYM SPEŁNIAJĄ SIĘ MARZENIA, A NATURA JEST NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI.

Życie na Mazurach często przypomina sielankę: długie leniwe poranki z kubkiem kawy albo słoneczne popołudnia spędzane na tarasie z widokiem na jezioro. Nic dziwnego, że to właśnie tutaj Alina wraz z mężem i synem odnalazła swoje miejsce na ziemi. Jednak niesprzyjająca pogoda i odcięcie od świata sprawiają, że mimo wsparcia bliskich i przyjaciół kobieta zaczyna wątpić w drogę, którą obrała.

Gabi zabiera przyjaciółkę do Paryża, ale ekscytująca wyprawa przynosi zupełnie niezamierzony skutek. Przypadkowe spotkanie niespodziewanie komplikuje związek Gabi. Czy będzie potrafiła zmierzyć się z duchami przeszłości? Gdzie Alina ostatecznie znajdzie pocieszenie? I jak daleko można posunąć się w walce o własne szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

Copyright © Katarzyna Sarnowska, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Joanna Jeziorna-Kramarz

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska

Zdjęcia na okładce:

© LightField Studios | Shutterstock

© VerisStudio | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-16-0

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

Wymknęła się niepostrzeżenie z łóżka i wyszła na dwór. Poszła w stronę jeziora. Pozostawało wciąż senne i zamglone. Takie, jakie lubiła. Tafla wody była gładka. Czekała na cięcia ręką ludzką lub ptasim skrzydłem. W dali majaczyła łódka rybacka.

Popatrzyła na małą wysepkę naprzeciwko niej i zieleń drzew na przeciwległym brzegu. Jeziorak jak zwykle dawał jej siłę i nadzieję na lepsze życie. Wpatrywała się w dal, we wschodzące słońce, które powoli się budziło. Jego promienie z wolna przeganiały mgłę. W powietrzu czuło się już zapowiedź nadchodzącej jesieni. Był to jakiś delikatny jej przedsmak, którego nie potrafiła określić – zapach ziemi odpoczywającej po trudach lata, dojrzałych owoców, które wisiały na drzewach, czy też blask słońca, który nie był już tak intensywny jak latem? Nie wiedziała dokładnie, co to było, ale czuła, że jesień się zbliża, nadchodzi i wkrótce tu będzie. W jej sercu budziło to też pewien niepokój, niekreślony smutek i melancholię.

Alina oddawała się tym rozmyślaniom, gdy nagle spojrzała na zegarek i z przerażeniem stwierdziła, że zostało jej bardzo mało czasu. Dziś przecież pierwszy dzień w szkole, w nowej szkole. Od tego dnia zależy wszystko. Albo jej syn pokocha to miejsce, albo je znienawidzi. Poderwała się i szybkim krokiem powędrowała do domu. Na szczęście usłyszała, że Krzysiu jest już w łazience i bierze prysznic, a Tomek krząta się po kuchni.

– Cześć, kochanie – przywitała się i musnęła go w policzek.

– No cześć, dokąd ty uciekasz? – zapytał z pretensją w głosie. – W taki dzień?

– Poszłam podładować akumulatory, przygotować się na armagedon. Wiesz, że widok Jezioraka mnie wzmacnia – wyjaśniła. – Ale rzeczywiście, trochę się zasiedziałam – przyznała, rozglądając się nerwowo.

I jak zwykle w takich sytuacjach zaczęła tracić głowę.

– Gdzie jest strój galowy Krzysia? Wczoraj zostawiłam go w kuchni – powiedziała z wyrzutem.

– Nie mam pojęcia. Nie widziałem. – Tomek wzruszył ramionami, przekładając naleśnik.

Merdek machał ogonem w oczekiwaniu na śniadanie. Alina wsypała mu automatycznie karmę do miski i wodziła nieprzytomnym wzrokiem po kuchni w poszukiwaniu ubrań Krzysia. Ale one jakby zapadły się pod ziemię.

– Wczoraj prasowałam i wszystko szykowałam. Przecież nie mogły tak po prostu zniknąć. Rozpłynąć się w powietrzu – mruczała Alina pod nosem, wymachując rękoma.

Znała siebie i wiedziała, że takie sytuacje jak ta dzisiaj wybijają ją z rytmu, więc starała się wszystko przygotować dzień wcześniej, aby trochę zmniejszyć stres, a tu takie coś.

Nagle w kuchni pojawił się Krzyś. Miał na sobie białą koszulę i granatowe spodnie.

– Bogu dziękować! Już myślałam, że jakiś chochlik schował twoje rzeczy. – Alina odetchnęła z ulgą na widok syna.

Krzysiu był nieco blady i wystraszony. Alina zaraz się w duchu zrugała: Zamiast myśleć o dziecku, znowu myślę o sobie.

– Kochanie, jak się spało? – zapytała syna.

– Tak sobie.

– To zjedz naleśniki i wkrótce ruszamy do szkoły. Ja pobiegnę się uszykować. Ale do śniadania zdejmij lepiej tę białą koszulę. – Zatrzymała się w pół kroku i wskazała na strój galowy. – Nie chcemy tu katastrofy z jakąś tłustą plamą w taki dzień!

Mrugnęła porozumiewawczo do Tomka, aby zajął się Krzysiem. Wskoczyła pod prysznic, włożyła spodnie i marynarkę i się umalowała. Kiedy weszła do kuchni, syn już kończył śniadanie, a Tomek był gotowy do drogi.

– Zjedz naleśnik – zaproponował.

Alina przełknęła kilka kęsów, ale jedzenie rosło jej w ustach. Była zbyt przejęta tym, co miało się wydarzyć. Tak wiele zależało od tego dnia.

– Mamo, nie martw się, będzie dobrze – usłyszała głos syna.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się zawstydzona.

– Oczywiście, że będzie dobrze.

Dokończyli śniadanie i wsiedli do samochodu. Merdek musiał zostać w domu. Widzieli jego niepocieszony pyszczek, który wyglądał zza firanki.

– Mamy dwadzieścia minut, więc, panie Kubica, prosimy o rekord toru – zarządziła Alina.

Próbowała żartami przykryć zdenerwowanie.

– Okej, już się robi, trenerze Williamsa.

Krzysiu się uśmiechnął. Ruszyli wąską drogą wzdłuż jeziora, a potem wyjechali na szosę w kierunku Zalewa.

– Andrzej nie chciał się z nami zabrać? – zagadnęła Alina.

– Nie, on miał wcześniej jechać z mamą autobusem – wyjaśnił Krzyś.

– Rozumiem.

Tomek jechał szybko i wkrótce znaleźli się przed budynkiem szkoły. Trudno było jednak znaleźć miejsce parkingowe.

– Biegnijcie już, ja zaparkuję. Mam nadzieję, że nie będzie to w Zalewie i za chwilę do was dołączę.

Przed szkołą kłębiły się grupki uczniów w strojach galowych. Wszyscy przyglądali się z zainteresowaniem nowo przybyłym. Z daleka było widać, że nie są stąd. Alina zauważyła w tłumie Marię, więc podeszli do niej.

– Cześć!

– O, cześć!

– Szukamy wychowawczyni Krzysia.

– To ta szczupła blondynka. Nazywa się Anna Nowak. Stoi tam. – Maria wskazała na kobietę po prawej stronie, otoczoną grupką uczniów.

Alina z Krzysiem udali się we wskazanym kierunku. Podeszli do nauczycielki i Alina przedstawiła siebie i syna.

– Idziemy już na boisko. Tam będzie akademia. Przepraszam, muszę zająć się dziećmi – powiedziała nauczycielka i jak kwoka zagarnęła Krzysia do swojego stadka.

Ten od razu zauważył stojącego na uboczu Andrzeja. Miał opuszczoną głowę i wpatrywał się w czubki swoich butów.

– Andrzej! – wykrzyknął Krzyś.

Chłopiec się uśmiechnął, ale nie podszedł do przyjaciela. Chyba paraliżowały go strach i wstyd. Krzysiu podbiegł do niego.

– Chcesz być ze mną w parze? – zapytał z entuzjazmem w głosie.

– No, tak – powiedział zmieszany Andrzej.

Chłopcy powędrowali za wychowawczynią, a Alina rozglądała się badawczo w poszukiwaniu męża. W końcu się pojawił. Wyglądał bardzo pociągająco w zielonych lnianych spodniach i białej, zwiewnej koszuli.

– Dziś jesteś sex on legs – wyszeptała mu do ucha, gdy do niej podszedł.

– No wiesz – uśmiechnął się zadowolony – w takiej chwili i w takim miejscu? – Pogroził jej palcem.

Alina wzruszyła ramionami. Każde miejsce jest dobre na komplement –pomyślała zadziornie.

– Chodźmy szukać Krzysia – zaproponowała, nie ciągnąc już tematu.

Znaleźli miejsce na boisku pośród grupy rodziców. Wypatrywali Krzysia i Andrzeja. W końcu ich dostrzegli. Chłopcy stali jakby trochę na uboczu. Wychowawczyni ciągle zwracała im uwagę, gdy tylko próbowali ze sobą rozmawiać. Alina westchnęła: Koniec wolności. Zostali zakuci w kajdany. Najpierw wystąpiła pani dyrektor szkoły. Potem jakaś dziewczynka wygłosiła wiersz o tym, jak to wspaniale być znowu w tych szlachetnych murach. Alina zauważyła Romana, który siedział na wózku obok swojej klasy, i pomachała do niego. On jej odmachał. Po części oficjalnej dyrektorka zaprosiła uczniów do klas.

– Idziemy z nimi? – zapytała Alina.

– No tak – zgodził się bez wahania mąż.

Kiedy klasa Krzysia przechodziła obok nich, dołączyli do maszerujących dzielnie uczniów. Nauczycielka wpuściła wszystkich do sali. Rodzice stanęli z tyłu, a dzieci usiadły w ławkach.

– Witam was wszystkich w klasie czwartej. Dołączył do nas nowy uczeń i chciałabym go przedstawić. To Krzysztof Cichocki. – Nauczycielka wskazała Krzysia, a chłopiec się zaczerwienił. Potem kobieta podniosła plik papierów z biurka i oznajmiła:

– A teraz chciałabym powiedzieć o zasadach i regułach obowiązujących w szkole, i dam wam plan lekcji na ten tydzień.

Kobieta zaczęła czytać jakiś nudny regulamin. Tu i ówdzie rozległy się rozmowy.

– Proszę o ciszę! Czy chcecie mieć obniżone sprawowanie już dziś? – zagroziła poniesionym głosem.

Co za jędza – pomyślała Alina. Nie będzie łatwo.

– Mam nadzieję, że będzie to owocny rok i że ta klasa wypadnie dobrze na tle innych klas w tej szkole – zakończyła pani Nowak, gdy odłożyła już regulamin i podała dzieciom plan lekcji.

Bardzo inspirujące – pomyślała Alina nie bez złośliwości.

– Chodź, przedstawię cię – zaproponowała Tomkowi.

Podeszli do nauczycielki.

– To jest Tomasz, mój mąż. Jesteśmy rodzicami Krzysia. Tomasz nie jest biologicznym ojcem, ale bardzo dobrze go zastępuje. Z tatą Krzyś rzadko ma kontakt – wyjaśniła Alina i westchnęła na wspomnienie byłego męża.

– Bardzo mi miło, Anna Nowak. Gdzie on wcześniej chodził do szkoły, bo chyba nie tutaj? – zapytała.

– W Powężu – odpowiedziała Alina.

– A jak postępy z matematyki?

Alina wzruszyła ramionami.

– Dobre. – Czuła się jak na przesłuchaniu.

– Bo tutaj muszą się uczyć, proszę pani, ja od nich wymagam i koniec zabawy na dywaniku, jak to było w klasach początkowych – powiedziała oschłym tonem nauczycielka.

– Rozumiem, ale nam bardzo zależy, aby przede wszystkim nawiązał dobre kontakty z innymi dziećmi – wyjaśniła Alina.

– A mi zależy, żeby się uczył, a jeśli chodzi o kontakty, to sami dadzą sobie radę – skwitowała, machając ręką. – My się nie możemy wtrącać – dodała z miną znawcy.

Pięknie się różnimy – pomyślała Alina.

Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– No ale pani jest wychowawczynią – wydusiła w końcu.

– Już ja wiem, co robię, proszę nie panikować – ucięła rozmowę kobieta.

Alina westchnęła głęboko, pożegnali się i zabrali Krzysia i Andrzeja.

– A gdzie mama? – zapytała Alina przyjaciela syna.

– Pojechała do pracy – wyjaśnił chłopiec cichym głosem.

W szkole wydawał się jeszcze bardziej nieśmiały i zagubiony. Po chwili znaleźli Marię i Romana. Byli przed szkołą.

– Czekaliśmy na was – powiedziała Maria.

– O, to miło. – Tomek się uśmiechnął.

– Chcemy was porwać – dodał Roman i puścił oko do chłopców.

– Brzmi groźnie. – Alina się roześmiała.

– Do Zalewa na lody lub pizzę. Co wy na to? – zaproponowała Maria.

– Bardzo chętnie, mieliśmy to nawet w planach. Oczywiście zapraszamy cię, Andrzejku. – Alina wykonała zachęcający gest ręką.

Chłopiec pokiwał głową zadowolony.

– My poprowadzimy – zapowiedziała Maria, pomogła mężowi wsiąść do samochodu, zapakowała wózek i sama usiadła za kółkiem, po czym odjechali.

Alina łapała już za klamkę opla, gdy zauważyła po drugiej stronie ulicy znajomą postać. Zmroziło ją. Marek. Uśmiechał się szeroko. Krzysiu też go zauważył i był wyraźnie zmieszany.

– Poczekaj tu chwilkę z Andrzejem. – Alina zwróciła się do Tomka.

– Jesteś pewna?

– Tak, damy radę. – Położyła rękę na ramieniu męża, wzięła Krzysia za rękę i ruszyła w stronę byłego męża.

– Co ty tu robisz? – syknęła, gdy znalazła się przy mężczyźnie.

– No chyba wolno mi odwiedzić syna w dniu rozpoczęcia szkoły? Cześć, brachu – zwrócił się jak gdyby nigdy nic do Krzysia.

– Cześć, tata – wymamrotał chłopiec.

– Są telefony, należało nas uprzedzić i…

– Przywiozłem prezent – przerwał jej, jakby to było jakiekolwiek wytłumaczenie. – Proszę, Krzysiu. – Wręczył chłopcu samochodzik. – I chciałbym cię zabrać na spacer.

– Ale ja… – Chłopiec nie dokończył, bo Alina weszła mu w słowo.

– Mamy już plany na dzisiejsze popołudnie. Jutro się zdzwonimy i porozmawiamy, a teraz musimy już lecieć. – Złapała syna za rękę i po chwili zniknęli w bezpiecznym wnętrzu samochodu Tomka.

– Jedziemy! – zarządziła. Była cała rozdygotana. Myślała, że przeprowadzka oznacza, że już nigdy go nie spotka. Ucieknie od przeszłości i dawnego życia. Do tej pory nie interesował się ani synem, ani nią. Alimenty to wszystko, na co było go stać. Zresztą ona nawet nie chciała, by kontaktował się z Krzysiem. Czego mógłby go nauczyć? Siły pieniądza? Oszukiwania innych? Braku szacunku wobec kobiet? Jednak zdawała sobie sprawę, że Krzysiu gdzieś tam podskórnie tęskni i potrzebuje ojca. A teraz na pewno czuł się rozdarty. Alina westchnęła głęboko, odwróciła się i spojrzała na syna.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Jutro porozmawiam z tatą – obiecała.

Krzysiu pokiwał głową.

– To był prawdziwy tata Krzysia. Pan Tomek jest przybranym – wyjaśniła, bo Andrzej patrzył na nią zde­zorientowany. Nie czekała na jego reakcję. Była zbyt rozkojarzona.

Wkrótce dotarli do Zalewa

Znaleźli miejsce parkingowe i wyszli z samochodu. Pizzeria mieściła się w domu jednorodzinnym. Na zewnątrz były stoliki, krzesełka i ogromny parasol. Obok stały huśtawki. Można było, siedząc przy stoliku, obserwować bawiące się dzieci. Maria i Roman już na nich czekali.

– Przepraszamy za spóźnienie, ale mieliśmy niezapowiedzianą wizytę – usprawiedliwiała się Alina.

Maria posłała jej pytające spojrzenie.

– Tata Krzysia. Tak po prostu. – Pstryknęła palcami.

– Rozumiem. Zamawiamy pizzę? Ja już trochę zgłodniałam.

– Tak, no pewnie. – Alina od razu przystała na propozycję.

Wkrótce danie pojawiło się na stole. Kiedy chłopcy zjedli i ruszyli na huśtawki, Alina wetchnęła i wyznała:

– Przepraszam was, ale jestem jeszcze trochę roztrzęsiona. Mój były mąż przypomniał sobie po roku, że ma syna, i jakby nigdy nic pojawił się przed szkołą. – Pokręciła głową z dezaprobatą. – No ale dość o tym. Muszę jak najszybciej o tym zapomnieć. – Machnęła ręką, jakby odganiając wspomnienie o Marku. – A jak wy się czujecie? – zagadnęła, zmieniając temat.

– Nie jest łatwo wracać do pracy po dwóch miesiącach laby, ale ja już się cieszę na zajęcia modelarskie – powiedział Roman.

– Ja mam podobnie. Nie jestem rannym ptaszkiem, ale kontakt z książkami, a przede wszystkim z uczniami, to cudowna sprawa – potwierdziła Maria, pociągając łyk kawy.

– Rozumiem, pamiętam to z własnego doświadczenia. A ja, wiecie, jestem zaskoczona postawą wychowawczyni Krzysia – wyszeptała Alina, bojąc się, że chłopcy mogą ją usłyszeć. Pochyliła się, by nieco zbliżyć się do rozmówców.

– Anna Nowak… – powiedziała cicho Maria. – No cóż, chyba gorzej nie mogli trafić. To największa jędza w szkole. Przepraszam, że tak mówię o swojej koleżance, ale nie cenię jej jako pedagoga. Nie mam z nią dobrych relacji. Zresztą ona z nikim nie ma dobrych relacji.

– Kiedyś była inna – westchnął Roman.

Spojrzeli na niego pytająco.

– No tak, jej mąż od czterech lat choruje na SM i ona od tego czasu jakby zaczęła mścić się na dzieciach, na ich rodzicach… – wyjaśnił Roman. – Trudno to w ogóle wytłumaczyć.

– Nie da się czegoś zmienić? – zapytał Tomek.

– Dyrektorka jej współczuje, więc ją chroni, ale zobaczcie najpierw, jakie Krzysiu będzie miał wrażenia, a potem może zacznijcie działać – powiedziała Maria w zamyśleniu.

Chłopcy pląsali beztrosko na huśtawkach. Widać było, że Andrzej czuje się tutaj dużo lepiej niż w szkole wśród rówieśników.

– Dobrze – zgodziła się Alina. – Masz rację.

– A co u was? – zapytała Maria.

– Nadal szukamy kontaktu z Haną Klose. Próbujemy znaleźć jakiś ślad, gdzie teraz mieszka lub gdzie mieszkają jej potomkowie. Internet trochę nam powiedział, wysłaliśmy e-mail, ale na razie pozostaje bez odpowiedzi – tłumaczyła Alina.

– A konserwator? – zapytał Roman.

– No cóż, kiedy zadzwoniliśmy, dostaliśmy informację jak w Hollywood: proszę do nas nie dzwonić, my skontaktujemy się z państwem.

– Dużo bym dała, aby zobaczyć wasz skarb na żywo. Mam nadzieję, że będzie można go wkrótce obejrzeć w muzeum. Pewnie w Olsztynie, bo to najbliższe – rozmarzyła się Maria.

– Kiedy chłopcy znaleźli skarb, wszystko działo się tak szybko, że nawet nie pomyślałam, żeby do was zadzwonić. Mogliście wtedy przyjechać i obejrzeć – westchnęła Alina.

– Mówi się trudno. W Zalewie też się dużo zmienia. Wyobraźcie sobie, że został odnowiony cmentarz żydowski. – Roman zmienił nagle temat.

– To świetnie, byłam tam dawno temu i smutno było oglądać takie chaszcze. Musimy się tam wybrać – stwierdziła Alina.

– Chodźmy teraz, co wy na to? – zaproponowała Maria. – Porozmawiamy po drodze.

– Czemu nie – zgodzili się.

Zawołali chłopców i wyruszyli na spacer. Szli ulicą Sienkiewicza w kierunku cmentarza. Chłopcy biegli przed nimi.

– Wiesz, Tomek ma teraz nową idee fixe. Poznaliśmy wdowę po Mirosławie Górniaku, właścicielu domku na wzgórzu. Jest znaną malarką i, wyobraź sobie, ona oddała nam plany organizacji pensjonatu, i postanowiliśmy spróbować. A nuż się uda – powiedziała Alina.

– Ale… jaki pensjonat? Nie widzieliśmy się parę tygodni, a tu takie plany? A ta kobieta, ta malarka… Tak po prostu dała wam to wszystko?

– Ona bardzo chciała, żeby marzenie jej męża zostało zrealizowane, a sama nie ma na to czasu. I zapału – wyjaśniał Tomek.

– Superpomysł! – pochwaliła Maria. – W okolicy nie ma zbyt wielu noclegów, a to jest bardzo dobre miejsce na odpoczynek.

– Tak, pomysły są dobre, ale trzeba jej jeszcze zrealizować i z tym już trudniej – oznajmiła Alina, posyłając mężowi znaczące spojrzenie.

– Przeprowadzkę zrealizowaliśmy na sto procent, więc tego nie zrobimy? Jak nie my, to kto. The sky is the limit – skwitował Tomek.

Alina się skrzywiła.

– Daleko jeszcze? – zagadnęła, żeby nie ciągnąć już tematu pensjonatu, który wciąż pozostawał drażliwą kwestią.

– Jeszcze troszkę, ale pamiętasz, że masz trenować? – zapytała Maria i mrugnęła porozumiewawczo.

Alina westchnęła głęboko. Sama myśl o bieganiu odbierała jej chęć do życia.

Minęli kaplicę, w której zginął niemiecki ksiądz. Przeszli przez Zalewkę i dotarli na cmentarz.

– Ojej! – wykrzyknęła Alina.

Widok odnowionych nagrobków zrobił na niej ogromne wrażenie. Tak jakby ktoś przywrócił pamięć o ludziach tu mieszkających i na nowo dał im prawo do istnienia.

– Prawda, że to przywraca wiarę w ludzi? – Bardziej stwierdziła, niż zapytała Maria.

Pokiwali głowami, pokazując, że się z nią zgadzają.

– Kto to zrobił? – zainteresował się Tomek.

– Pasjonaci z Towarzystwa Miłośników Ziemi Zalewskiej i uczniowie z Zalewa – wyjaśnił Roman. – Cudnie, że są tacy ludzie.

Alina wytłumaczyła chłopcom, że jest to cmentarz żydowski, a nagrobki to macewy. Dodała, że obecnie miejsce to nie jest już użytkowane, a te dziwne napisy na macewach są w języku hebrajskim. Słuchali jej w skupieniu.

– Inicjatorem założenia cmentarza – teraz rolę przewodnika przejął Roman – był kupiec żydowski Joseph Saul Rosenbach, który nabył tę parcelę w tysiąc osiemset dwudziestym dziewiątym roku. Ta macewa tuż przy wejściu z wrośniętym drzewem to właśnie jego nagrobek.

Wszyscy popatrzyli na przewodnika z zainteresowaniem.

– To wrośnięte drzewo jest symboliczne, nie sądzicie? – stwierdziła Alina, wskazując na potężny pień, który piął się do nieba, przyklejony do macewy. – Tak jakby zespolił się z tą ziemią.

Pokiwali głowami i weszli na cmentarz. Roman wyjaśnił chłopcom, że daty umieszczone na macewach podane są zgodnie z kalendarzem żydowskim, czyli od stworzenia świata, i chrześcijańskim. Pokazał im macewę ze złamaną palmą, która oznaczała przedwczesną śmierć. Ogarnęła ich melancholia za tym minionym światem. Stali w milczeniu, a potem ruszyli w drogę powrotną. Alinę znowu nawiedziło to dziwne uczucie, które pojawiło się rano – smutku, przygnębienia i bezsensu istnienia. Szybko je jednak odpędziła.

– Od przyszłego tygodnia zapraszam chłopców do modelarni – zapowiedział Roman, gdy oddalili się nieco od cmentarza.

– To ja ich przywiozę – zaoferowała się od razu Alina, przerywając rozmyślania.

– Przyjedź w dresie i adidasach – zaproponowała Maria. – Zaczniemy treningi.

– Treningi? – zdziwił się Tomek.

– Tak, kochany, chcę schudnąć, a Alina ma mi w tym pomóc – zażartowała Maria.

Tomek spojrzał na nią zdziwiony. Jego mina wskazywała, że tego się po Alinie raczej nie spodziewał.

Dotarli w końcu do pizzerii, w której jedli pizzę. Obok niej stały ich samochody.

– Słuchaj, jeśli chodzi o Hanę Klosę, to popytam, może mnie uda się coś ustalić. U nas we wsi mieszka taka starowinka, może coś wie – obiecała Maria.

– Bardzo ci dziękuję – powiedziała Alina. – Teraz zresztą będziemy się częściej widywać, mam zamiar do ciebie zaglądać, gdy przywiozę rano Krzysia – zapowiedziała.

– A bardzo proszę, zapraszam.

Pożegnali się. Alina, Tomek, Krzysiu i Andrzej pojechali w stronę Gardna. Mijali po drodze malownicze ogródki, w których pyszniły się już fioletowe i niebieskie marcinki, a bluszcz na płotach przybierał czerwono-pomarańczowe odcienie. Na drzewach wisiały dojrzałe jabłka i gruszki.

– Ojej, zapomnieliśmy o Merdku! – powiedziała z przerażeniem Alina, gdy dojechali do domu.

Tomek pospiesznie otworzył bramę i wjechali na podwórko. Alina uchyliła drzwi. Merdek wyskoczył na dwór, ale wyglądał na obrażonego. Nie chciał się z nimi przywitać. Alina pobiegła do kuchni i zobaczyła, że ze złości pogryzł dywanik, który leżał na podłodze.

– No cóż, miał prawo – westchnęła. – Mogliśmy go ze sobą zabrać.

Krzysiu pomógł jej posprzątać zniszczenia i po chwili Merdek już ganiał z chłopcami po podwórku jak zwykle.

– Co to za pomysł z tymi treningami z Marią? – zapytał Tomek, kiedy chłopcy pobiegli już do ogrodu.

– Widzisz, to jest wielka tajemnica, bo Maria chce zebrać pieniądze na leczenie Romana, podobno pojawiły się takie możliwości. Planuje wziąć udział w biegu „Wings for Life” i ogólnie chce przyciągnąć uwagę do swojej zbiórki – wyjaśniła.

– Ach tak? Więc dlaczego to taka tajemnica?

– Ona nie chce dawać Romanowi złudnych nadziei, ale prawdę mówiąc, nie wiem, jak zamierza utrzymać to w sekrecie. Jedno z drugim się kłóci. Żeby zebrać pieniądze, trzeba to nagłośnić. – Rozłożyła ręce.

– No tak, ja na pewno pomogę i oczywiście dołożymy coś od siebie – obiecał Tomek.

Nagle usłyszeli przy bramie jakiś hałas. Alina wyszła na dwór i zobaczyła, że stoi tam Edyta.

– Dzień dobry! – wykrzyknęła na widok znajomej.

– Dzień dobry. Chciałabym zabrać Andrzeja. Miał sam wrócić do domu.

– Zabraliśmy go, bo i tak jechaliśmy w tę stronę, a chłopcom jest raźniej – wytłumaczyła Alina.

Edyta była spocona i zmęczona. Musiała chyba iść w stronę ich domu dość szybkim tempem. Alina dostrzegła też, że znajoma zaczęła się nieco lepiej ubierać i nie wyglądała już jak pięćdziesięciolatka.

– Autobus był dopiero teraz.

– Byliśmy na pizzy i twój syn nie jest głodny, wejdź. Napijesz się wody z sokiem wiśniowym?

– Dobrze. Chętnie. – Kobieta weszła na podwórko. Usiadła przy stole pod lipą.

Alina przyniosła wodę.

– I jak praca? – zapytała z zainteresowaniem, przysiadając obok Edyty. Co jakiś czas żółty liść opadał z wdziękiem z drzewa i lądował na stole.

– Dobrze, tylko trochę daleko. Andrzej będzie ze mną rano jeździł autobusem i będzie chodził na obiady w szkole.

– Potem mogę go zabierać. A od przyszłego tygodnia zaczynają się zajęcia modelarskie, pamiętasz, że się zgodziłaś? – upewniała się Alina.

– No tak. – Edyta skinęła głową.

– Dzwoniłam też do mojego kolegi prawnika, Pawła. Zgodził się zająć sprawą twoich alimentów, więc nie będziesz już sama.

– Czyli co? – zapytała kobieta, patrząc na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Jeśli się zgodzisz, podam mu wszystkie okoliczności sprawy. On napisze list do pełnomocnika naszego radnego. No wiesz, tego Drążka, i oni pomiędzy sobą ustalą już, co i jak. Innymi słowy, to Paweł będzie walczył o alimenty dla Andrzeja, a wierz mi, jest bardzo skuteczny.

– No ale… – Edyta się zawahała i zaczerwieniła jak burak.

– Chodzi o wynagrodzenie? Wynegocjuję dobrą stawkę. Powiedział, że sprawa jest wygrana i że zapłacisz, jak dostaniesz pierwsze alimenty – dodała uspokajającym tonem.

– Dziękuję ci bardzo.

– Teraz już naprawdę nie masz się czym martwić. Trzeba zacząć korzystać z życia, dopóki możesz – stwierdziła Alina. – Wyjdź gdzieś z Andrzejem, nie wiem, do kina w Ostródzie, pojedź na wycieczkę do Olsztyna. Nie odkładaj tego na później, bo on szybko dorośnie i nie będzie okazji.

– No tak.

– A nie myślałaś o jakimś partnerze?

Edyta się zaczerwieniła.

– Ja? Gdzie tam. – Machnęła ręką, wyraźnie zawstydzona.

– Może już czas, może trzeba sobie ułożyć życie, bo samemu to trudno – przekonywała, pociągając łyk soku. – Widzisz, ja też kiedyś żyłam inaczej. Miałam męża i on był dla mnie całym światem, i nagle czar prysł jak bańka mydlana. Znalazł sobie inną, a ja zostałam na lodzie z Krzysiem.

Edyta słuchała z uwagą. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

– Byłam w bardzo trudnej sytuacji, chyba w gorszej niż ty, bo nie umiałam sama żyć, ale stopniowo się nauczyłam. Poznałam Tomka i teraz wszystko jest inaczej. Razem jest łatwiej. Chociaż dzisiaj mój były mąż czekał na nas przed szkołą, ale to już inna historia…

– No jest jeden taki… – wyznała Edyta.

Alina nadstawiła uszu.

– Tak?

– Poznałam go w redakcji. Pracuje jako kurier i czasami pojawia się z paczkami, i chce się ze mną umówić, ale ja się boję.

– Czego?

– No że mnie wykorzysta jak ojciec Andrzeja. Zresztą on o Andrzeju w ogóle nie wie – wyjaśniła, wpatrując się w czubki swoich butów.

– To mu powiedz i zobacz, co się będzie działo. A jaki on jest?

– Wesoły, śmieszny. Cały czas żartuje. I chce mnie zabrać na pizzę – powiedziała, podnosząc w końcu wzrok.

– To idź i zobaczysz – zachęcała Alina. – A jak ma na imię?

– Wojtek. – Edyta się uśmiechnęła.

Nagle pojawili się przy nich chłopcy.

– Mamo, będę siedział z Krzysiem – pochwalił się Andrzej.

– To świetnie. Idziemy teraz do domu. Dziękuję za pomoc – powiedziała Edyta i skierowała się wraz z synem do furtki.

Alina i Krzyś odprowadzili gości wzrokiem, po czym udali się do domu.

– A tata już nie przyjdzie? – zapytał ze smutkiem Krzyś.

– Jeżeli będziesz chciał, to przyjdzie, ale najpierw musi się z nami umówić, nie może oczekiwać, że nagle rzucisz wszystko i pójdziesz z nim. Jutro do niego zadzwonię.

Chłopiec uśmiechnął się z zadowoleniem i w podskokach pobiegł z Merdkiem do swojego pokoju.

 

 

 

 

 

 

Rozdział II

 

 

Następnego dnia, gdy Krzysiu był w szkole, Alina wybrała numer Marka.

– No co tam, Alinko? – zapytał zaspanym głosem, gdy w końcu odebrał.

W tle usłyszała płacz niemowlęcia.

– Dzwonię z uwagi na Krzysia…

– To dobrze. Słuchaj, czy nie moglibyśmy się spotkać? No bo wiesz, tak przez telefon trudno wszystko omówić, a nazbierało się trochę spraw.

– Gdzie i kiedy? – zapytała Alina lodowatym tonem.

– Mogę być nawet dziś. Może w tym twoim Zalewie?

– Dobrze, o siedemnastej w pizzerii.

– Ale ty jesteś teraz ostra jak żyleta. – Nie krył podziwu.

Alina odłożyła słuchawkę. Czuła ogromny niesmak i chętnie przekazałaby to zadanie komuś innemu, ale wiedziała, że musi stawić temu czoła sama, bez wsparcia i bez świadków.

Pojechali razem z Tomkiem po Krzysia. Zjedli obiad, a potem wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę Zalewa. Jechała zamyślona przez Gardno. Minęła dawny dwór. Potem znalazła się na trasie z widokiem na jezioro. Tym razem jej uwagę przyciągnęły drzewa po lewej stronie. Z nostalgią wspominała, jak niedawno kwitły dzikie jabłonki, a ona podśpiewywała „Świat nie jest taki zły…”[1]. Teraz na ich delikatnych gałęziach wisiały czerwone owoce, a świat wydawał jej się zły. Wyjechała na główną drogę z dwóch stron porośniętą drzewami, które dotknął już pędzel jesieni. Wkrótce znalazła się w Saalfeld, jak nazywano Zalewo przed wojną. Minęła ekomarinę, oryginalny pomnik łyżeczki i znalazła się przy knajpce. Zaparkowała samochód i zobaczyła, że Mareczek siedzi już przy stoliku pod parasolem i pociąga coca-colę. Wysiadła z samochodu i podeszła do niego. Wstał i chciał ją pocałować w policzek, ale sprytnie się usunęła. Pachniał dziwnymi perfumami. Miał na sobie kraciastą koszulę i spodnie z elastycznego materiału. Wyglądał dość kiczowato. Alina zapamiętała z dawnych czasów jego niewymuszoną elegancję – lniane koszule i pasujące do tego spodnie. Chyba nowa partnerka nie miała dobrego gustu.

– Ale pięknie wyglądasz – zaczął na wstępie.

O tobie nie można tego powiedzieć – pozwoliła sobie w myślach na złośliwość.

– Chcesz się czegoś napić?

– Nie. – Nie siliła się nawet na uprzejmość. – Przejdźmy od razu do rzeczy. Nie możesz zjawiać się wtedy, kiedy masz na to ochotę, i niepokoić mnie i dziecko – wyrzuciła na wstępie.

– Przepraszam. – Próbował ją złapać za rękę, ale mu się wyrwała. – Ja tak naprawdę chciałem z tobą porozmawiać, z Krzysiem też, ale bardziej z tobą, bo słyszałem, że teraz lepiej ci się powodzi, mieszkasz w posiadłości na wsi, a ja, wiesz, mam teraz maleńką córeczkę, a firma…

Alinie zrobiło się niedobrze.

– Więc zakłóciłeś wczoraj spokój mój i mojego syna, żeby mnie o tym poinformować?! – wrzasnęła.

Para, która siedziała przy sąsiednim stoliku, spojrzała na nią z zainteresowaniem.

– Nie, ja naprawdę tęsknię za Krzysiem i tobą, już trochę męczą mnie te pieluchy – dodał konfidencjonalnym szeptem. – Zresztą niemowlak to duże wydatki i brakuje mi pieniędzy na alimenty, i chciałem z tobą ponegocjować…

Alina miała ochotę go uderzyć, ale zamiast tego syknęła:

– Żadnych negocjacji nie będzie, a ponieważ bawisz się uczuciami swojego dziecka, rozważę pozew o pozbawienie cię praw rodzicielskich.

– No wiesz, masz swojego gacha, mieszkasz z nim i jeszcze…

Alina nie wytrzymała, podniosła się i ruszyła w stronę samochodu. Bała się, że za chwilę dojdzie do rękoczynów. Marek podniósł się z krzesła, jakby chciał za nią pobiec, ale po chwili dał za wygraną.

Alina była roztrzęsiona. Wsiadła do samochodu. Włączyła głośno muzykę i z piskiem opon odjechała w stronę domu. Mareczek patrzył na nią niepocieszony. Miała ochotę pokazać mu gest Lichockiej, ale się powstrzymała. W drodze połykała łzy bezsilności i złości. Nie chodziło o nią – ona była już uodporniona na Marka, ale Krzysiu, co ona mu powie? Prawdę, zdecydowała, prawdę. Musi w tym momencie skończyć z tym raz na zawsze. Gdy jej syn dorośnie, może jego ojciec też wydorośleje i nawiążą jakiś normalny kontakt, ale dziś to niemożliwe. Westchnęła głęboko i ruszyła przed siebie. Wkrótce znalazła się przed domem. Było już szaro, ale z okna sączyło się przyjemne, nastrojowe światło. Zobaczyła, że jej mężczyźni siedzą w kuchni i grają w scrabble. Zapragnęła znaleźć się w tym bezpiecznym miejscu razem z nimi. Z dala od oszustw i manipulacji. Weszła do domu. Poczuła zapach kawy, suszonych owoców i miłości. Krzysiu poderwał się z krzesła.

– Mamo, już jesteś! – wykrzyknął zadowolony.

– Tak. – Przytuliła go serdecznie.

Włączyła wodę i zaparzyła malinową herbatę z cynamonem i suszonymi owocami. Wyjęła ciasto śliwkowe, nałożyła na talerzyki i usiadła przy stole.

– I jak? Umówiłaś się z tatą? – zapytał chłopiec z zainteresowaniem.

– Niestety nie. – Nie kryła przygnębienia. – Tata ma już nową rodzinę i na razie nie jest gotowy na spotkania, ale może kiedyś, w przyszłości, kto wie…

O dziwo Krzysiu przyjął to z godnością i więcej nie dopytywał. Resztę wieczoru spędzili, zajadając ciasto śliwkowe i grając razem w scrabble.

Kiedy leżeli z Tomkiem w łóżku, Alina wróciła do tematu byłego męża. W zaciszu sypialni mogli spokojnie porozmawiać, bez strachu o to, że usłyszy ich Krzyś.

– Wiesz, po co Mareczek przyjechał? – Zawiesiła głos. – Po pieniądze.

Tomek pokręcił głową zdegustowany.

– Postaraj się o nim zapomnieć, bo nie jest wart jednej twojej myśli, a ja postaram się zrobić wszystko, żeby i Krzyś o nim zapomniał.

– Masz rację. – Alina pokiwała głową i przytuliła się do męża.

 

 

Od tego dnia rzuciła się w wir obowiązków, aby jak najszybciej wymazać z pamięci to spotkanie. Ich życie zaczęło płynąć w szybszym i bardziej uporządkowanym rytmie. Poranki były dość nerwowe. Musieli wstawać o szóstej. Alina zawoziła Krzysia do szkoły, potem wraz z Tomkiem zajmowali się pracą przy swoich komputerach. Krzysiu nie przepadał za nową szkołą. Wychowawczyni wprowadziła żelazną dyscyplinę na swoich lekcjach. Nawet westchnienie nie było mile widziane. Nie umiała też dostrzec wysiłków dzieci ani ich zdolności. Najgorsze jednak, że nie zauważała, że Andrzej jest wyśmiewany, a Krzysiu, stając po jego stronie, nie zyskuje sympatii osób z klasy.

– I jak minął ci dzień? – zapytała Alina, gdy wracali do domu po dwóch tygodniach szkolnej nauki.

– Dobrze, mieliśmy wuef na boisku i graliśmy w nogę, i strzeliłem bramkę! Wszyscy bili mi brawo – wyrzucił niemal na jednym wydechu.

– To fantastycznie! Gratuluję! – ucieszyła się Alina.

– Tylko matematyka…

– Coś się stało? – Alina spojrzała na syna z niepokojem.

Dotychczas matematyka nie sprawiała mu problemów. Lubił dodawać, odejmować, bawić się liczbami i Alina odnosiła wrażenie, że ma ku temu pewne zdolności.

– Pani powiedziała, że jestem leniem – powiedział, spuszczając głowę.

– Co takiego? – Alina nie kryła oburzenia. – A dlaczego?

– Bo nie zrobiłem pracy domowej tak, jak ona chciała.

– To znaczy jak?

– Obliczyłem wszystko w pamięci, a ona chciała, żeby każdą rzecz rozpisać i wytłumaczyć, jak się to robiło.

– A powiedziała wam o tym?

– Nie.

– No to chyba nie jest twoja wina, ale pani. Pójdę z nią porozmawiać.

– Nie, nie chodź, bo będą się ze mnie śmiać, że jestem maminsynek. Już i tak się śmieją… – wyznał ze smutkiem.

– Czemu? – Zaniepokoiła się nie na żarty.

Skręcali właśnie w drogę prowadzącą do Gardna.

– Nazywają mnie „pomocnik Niemiaszka”.

– To bardzo nieładnie i pani powinna zareagować.

– Pani mówi, że trzeba sobie dawać radę samemu, bo całe życie nie będzie nas prowadzić za rączkę.

– Myślę, że nie ma racji. Jest wychowawczynią i powinna was wychowywać.

Alina była przerażona. Myślała, że w jakiś sposób uda się Krzysiowi odnaleźć w nowej szkole i że przyjaźń z Andrzejem mu w tym pomoże. Wierzyła, że trafi na wspaniałą wychowawczynię.

Byli już obok domu. Na powitanie wybiegł im Merdek. Jak to dobrze, że z nami jest – pomyślała. Dzięki niemu Krzysiowi łatwiej to wszystko przetrwać.

Po chwili na podwórku pojawił się Tomek.

– I jak tam, mistrzu?

– Jako tako – odpowiedziała za syna Alina.

– To siadajmy do obiadu – zaprosił Tomek. – Z pustym żołądkiem zawsze trudniej się myśli.

Na stole stała już waza z zupą pomidorową i filety z piersi kurczaka z serem mozzarella i anchois oraz miska z ryżem.

Tomek nalał im zupę do miseczek i zaczęli ze smakiem pałaszować. Potem nałożył kurczaka i ryż. Wszystko było wyśmienite. Krzysiu zjadł i ruszył do lekcji.

– Nie chciałam poruszać tego tematu przy Krzysiu, ale nie jest dobrze – zaczęła Alina, po czym opowiedziała mężowi o tym, co usłyszała od syna.

Tomek zmarszczył brwi.

– Kochana, musisz tam iść i porozmawiać z tą całą Anną Nowak – powiedział stanowczym tonem.

– Ale jeśli ona ma skórę jak hipopotam i zacznie dokuczać Krzysiowi?

Tomek pokręcił głową.

– Już ty na pewno coś wymyślisz – uspokoił ją, poklepał po ramieniu i udał się do swojej samotni, by dokończyć książkę.

Tak, od myślenia była ona. Ale jak z tego wybrnąć, aby nie zaszkodzić bardziej synowi, a ukrócić poczynania nauczycielki? Doszła do wniosku, że może w czasie spaceru uda jej się wpaść na jakiś pomysł. Zawołała Krzysia. On z ochotą przystał na wyprawę na Bukowiec. Ostatnio była to jedna z ich ulubionych tras spacerowych. Zabrali Merdka i ruszyli w stronę półwyspu. Po drodze minęli kąpielisko i domki letniskowe. Pogoda jeszcze sprzyjała plażowaniu, ale wielu wczasowiczów opuściło już Gardno w związku z powrotem dzieci do szkół. Po pół godzinie wkroczyli do lasu. W zapomnianych ogrodach dojrzewały jabłka. Szli piaszczystym szklakiem w stronę ruin pałacu. Nagle w trawie tuż przy drodze Krzyś zauważył ogromną sójkę, potem drugą.

– O kurczę, nie mamy żadnej torby. Nie możemy zabrać wiele grzybów, więc zabraniam wam się rozglądać – powiedziała Alina, ale sama nie mogła się powstrzymać i co jakiś czas zerkała na boki.

Na szczęście były tam tylko dwa okazy. Doszli do brzozowego ogrodu. Drzewa rosły z dala od siebie i były ustawione jak pionki na szachownicy.

– Ale tu ładnie – zauważył Krzyś.

Merdek biegał jak oszalały i obwąchiwał każde drzewo.

– Pokażę ci coś jeszcze – powiedziała Alina i poprowadziła syna w głąb półwyspu.

Na jego krańcu była kolejna leśna hodowla, ale tam rosła lipa wąskolistna. Potem podeszli do grobli z widokiem na jezioro.

– Prawda, że pięknie? – zapytała Alina.

– Tak – wyszeptał Krzyś.

Chłopiec popatrzył z zachwytem na taflę jeziora, które w tym miejscu tworzyło małą zatokę. W powietrze wzbiło się stadko kaczek.

– To moja świątynia dumania – powiedziała Alina, wskazując na groblę i jezioro przed nimi.

– Świątynia dumania? – Chłopiec uniósł brwi.

– Tak, jak mam jakiś problem, to przychodzę tutaj, aby go rozwiązać – wyjaśniła synowi.

– I co, zawsze się udaje?

– Zawsze udaje się przez chwilę o nim pomyśleć. – Uśmiechnęła się.

– To ja ci nie przeszkadzam – powiedział i pobiegł z Merdkiem między brzozy.

Alina usiadła i wpatrywała się w taflę jeziora. W zatoczce było pusto. Gdzieniegdzie jakiś ptak wzbił się do lotu. Kumkały żaby. W wodzie pluskały się małe rybki. Przypłynęło też stado kaczek. Zieleń trzcin odbijała się od błękitu nieba. Poczuła zapach jeziora. Zanurzyła się w tę chwilę i w to miejsce, potem wstała, poszukała syna i ruszyli w drogę powrotną. Kiedy wyszli z lasu i przechodzili koło kolonii domków campingowych położonych kaskadowo, zauważyła, ze wielu właścicieli robi porządki w oczekiwaniu na jesień: palili ogniska, zbierali liście, kosili trawę. Minęli domki i znaleźli się na odkrytym terenie. W dali dostrzegli domek Zuzanny, który stał dumny i samotny. Był wielki kontrast pomiędzy domkami letniskowymi stłoczonymi na małej przestrzeni i domkiem położonym na wielkiej połaci, ale stojącym bez żadnego zabezpieczenia przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów. Wyglądał jak atrakcyjna kobieta rozebrana i bezwstydnie wystawiona na widok publiczny. Nagle zauważyli, że ktoś do nich macha z oddali. Alina przetarła oczy. To była Zuzanna. Jak ona nas dojrzała z takiej odległości? – pomyślała. Chyba ma lornetkę. Kobieta zapraszała ich do siebie.

– Idziemy? – zapytała Krzysia.

– Tak – odpowiedział zadowolony.

Ruszyli w stronę domku i wkrótce dotarli do furtki, przy której stała Zuzanna. Miała na sobie kolorowy strój, który był poplamiony farbami. Jej twarz też była nią ubrudzona.

– Dzień dobry – przywitali się Alina i Krzyś.

– Dzień dobry, przepraszam, że tak machałam do pani i syna, ale inaczej nie mogłam was tutaj przyciągnąć. Malowałam właśnie obraz i zobaczyłam, że przechodzicie. Pomyślałam, że może macie ochotę na coś do picia i na pogawędkę. – Uśmiechnęła się zachęcająco, wciąż wycierając ręce w fartuch.

– Nie ma problemu, chętnie odpoczniemy po spacerze.

Krzysiu też pokiwał głową.

– Daleko byliście?

– Aż na Bukowcu – wyjaśniła Alina.

– Nigdy tam nie byłam.

– To proszę żałować, to bardzo malownicze tereny.

– Muszę to nadrobić. Jestem teraz sama, bo córka chodzi do szkoły w Elblągu i woli być tam. Ostatnia klasa, matura – wyjaśniła. – A ja tutaj mam wenę i dlatego dopóki mogę, przyjeżdżam tu jak najczęściej.

Alina pokiwała głowa ze zrozumieniem.

– Chodźcie do mojej pracowni – zaproponowała kobieta i wskazała im drogę.

Wspięli się za nią po schodach i weszli do ogromnego pokoju z tarasem i widokiem na Jeziorak.

– No cóż, mój Tomasz też ma widok na jezioro, ale to, to jest po prostu widoczysko! – wykrzyknęła Alina z podziwem.

Jedna ściana pokoju była przeszklona i czuło się, jakby Jeziorak wchodził do pracowni.

– Mam na imię Zuzanna, Zuza. Możemy mówić sobie po imieniu? – zaproponowała kobieta.

– Tak, oczywiście. Alina. – Wymieniły uściski dłoni.

– To co, kawka i soczek? – zapytała Zuzanna.

– Tak, poprosimy.

Alina zauważyła, że kobieta była w dużo lepszej formie. Kiedy ostatnio się widzieli i przekazywała im plany pensjonatu, cała była smutkiem. Teraz w jej oczach widać było jakieś iskierki nadziei, zaczęło się tlić w niej życie. Po chwili wróciła do nich z kawą i sokiem.

– Mirek zrobił mi tu pracownię, ale mam też małą kuchenkę z najpotrzebniejszymi sprzętami, żebym nie musiała biegać na dół i żebym nie traciła czasu na sprawy „przyziemne”, jak on to mawiał – wyjaśniała, poprawiając opaskę na włosach.

– No tak, to ważne – przyznała Alina.

– Wszystko dla mojej artystki – powtarzał. – Sam był biznesmenem i na sztuce się nie znał.

Zaprosiła ich do małego stolika w kącie pracowni. Postawiła przed nimi kawę i sok.

– I co słychać? – zapytała z zainteresowaniem.

– Krzysiu zaczął szkołę, więc mamy mniej czasu na rozrywki – stwierdziła Alina, a w jej głosie słychać było żal.

– A jak pensjonat? – zainteresowała się.

– Trochę w rozkroku. Ja niby powiedziałam tak. Tomek jest zapalony, ale to jest praca na lata. On planuje przebudować stodołę. Postawić jeszcze jeden budynek, stworzyć marinę, ale dla mnie to bardzo duży wysiłek. Nie wiem, czy nie szkoda życia na takie przedsięwzięcia. – Westchnęła głęboko.

– A ja mam nadzieję, że dokończycie dzieło Mirka. To było jego marzenie. Pensjonat w Gardnie. On co prawda myślał o jakiejś stadninie, nie marinie, koncertach, spokojnym życiu na prowincji, ale to marzenie go zabiło – powiedziała ze smutkiem.

– Zabiło?

– No wiesz, za bardzo się przejmował, biegał, załatwiał i serce nie wytrzymało… – Zamyśliła się, a w jej oczach pojawiły się łzy.

Alina pokiwała głową ze zrozumieniem.

– No cóż, plan mamy i spróbujemy zacząć działać, ale do tego potrzebne są fundusze, więc na razie czekamy. A ty jak? – zwróciła się do kobiety.

– Ja też już mam plan na nowe życie. Chcę otworzyć galerię w Elblągu. Udało nam się z Beatą uspokoić wspólnika. Nasz prawnik nam pomógł. Wiesz, on chciał nas okraść. Zabrać wszystko. Nie dość, że dręczyła i dręczy mnie tęsknota za Mirkiem, to jeszcze musiałam stoczyć walkę z oszustem. Tak, oszustem, bo to Mirek założył firmę i wziął do spółki Maćka. Tyle że nie był zapobiegliwy i nie dokonał odpowiednich zabezpieczeń. No i Maciek chciał przejąć wszystko. Na szczęście sprawa jest już bliska finału i jak otrzymam pieniądze, otwieram galerię. I oczywiście jesteście wszyscy zaproszeni na otwarcie – dodała z dumą.

– O, dziękuję. Tylko raz byłam w Elblągu w drodze na Zalew Wiślany, więc to się nie liczy. Chętnie powtórzę – stwierdziła Alina.

– A to moje najnowsze dzieło – pochwaliła się malarka i wskazała na obraz, który spoczywał na sztalugach. Była to delikatna, zwiewna akwarela.

– O, jaka piękna! – pochwaliła Alina. – Uwielbiam akwarele. Są takie lekkie.

Zuzanna się ucieszyła.

– Następna będzie dla ciebie.

– Dziękuję, a jak długo tu zostajesz? – Chciała wiedzieć Alina.

– Myślę, że do połowy października. Dopóki nie zrobi się naprawdę zimno. Regularnie jeżdżę też do Elbląga, a Beata przyjeżdża na weekendy, więc jestem trochę tu, trochę tam – wyjaśniła i odgarnęła kosmyk włosów, który przysłonił jej czoło.

– To zajrzyj do nas, gdy będziesz mogła, a jak będziemy organizować jakąś kolację z przyjaciółmi, to już teraz cię zapraszam – zapowiedziała Alina.

– A chętnie. Trochę brakuje mi tutaj kontaktu z ludźmi. Zresztą tubylców tu bardzo mało, a turyści powoli znikają.

– Dobrze, to zadzwonię, jak będę już znała termin.

Zeszli na dół. Merdek czekał na nich na dworze i trochę się już niecierpliwił. Pożegnali się i ruszyli w stronę domu. Nagle Alina usłyszała syrenę. Spojrzeli w stronę wioski i zobaczyli unoszący się dym.

– Chyba się pali! – wykrzyknęła Alina i pospieszyli w kierunku domu.

Usłyszeli, że znowu wyje syrena. Nadjeżdżał chyba kolejny wóz strażacki. Wyszli zza zakrętu i zobaczyli, że dym pochodzi z domu położonego na wzgórzu.

– Chodźmy szybko do domu! – wykrzyknęła Alina.

Myślała o tym, jak pomóc sąsiadom. Mieli w domu gaśnicę. Po chwili znaleźli się na podwórku, jednak drzwi były zamknięte. Tomka nie było. Kiedy otworzyła, stwierdziła, że gaśnica, która zawsze stała przy wejściu, zniknęła.

– Chodźmy, bo tata chyba już tam pobiegł.

Po chwili znaleźli się przy zabudowaniu, z którego buchały płomienie ognia. Poczuli ogromny żar bijący od domu. Z dachu spadały kawałki tynku i gruzu. Z okien i drzwi wydobywały się kłęby ciemnego, gęstego, dławiącego dymu. Wyglądało to jak sceny apokalipsy. Był to dom, w którym mieszkała rodzina z dwojgiem dzieci. Alina znała ich tylko z widzenia. Nie byli zbyt kontaktowi, jak zresztą większość sąsiadów we wsi. Mężczyzna pracował gdzieś poza Gardnem, a kobieta opiekowała się córką i synem. Tyle Alina wiedziała. W tej chwili zdawała też sobie sprawę, że potrzebują pomocy. Na drodze stała grupka ludzi. Patrzyli jak oniemiali na sceny rozgrywające się przed nimi. Wśród nich dostrzegli panią Teresę i Edytę z Andrzejem. Podeszli do nich.

– Nie widziałaś Tomka? – Alina zaczepiła Edytę.

– Nie, nie widziałam – odpowiedziała, kręcąc głową. – Dopiero teraz przyszłam, bo usłyszałam syrenę straży.

– Co tu się stało?

– Chyba ktoś zaprószył ogień – wyjaśniła Edyta. – Podobno mała dziewczynka została u góry i nie ma do niej dostępu – dodała ze łzami w oczach. – Tak ludzie mówią.

Na drodze stały dwa ogromne czerwone wozy strażackie. Strażacy w czarnych kombinezonach i białych hełmach byli już na podwórku i kończyli rozkładać ogromny materac. Część ekipy rozkładała drabinę, inni polewali dom pianą. Alina nie wiedziała, co zrobić. Miotała się. Chciałaby jakoś pomóc, ale nie wiedziała jak. Najgorsza była bezczynność i niemoc w obliczu tragedii. Nagle w jednym z okien zobaczyła Tomka. Miał na ręku dziecko. Strażacy właśnie rozłożyli pod oknem specjalny pompowany materac. Tomek spojrzał w dół, przez chwilę się zawahał, a potem skoczył. Alina aż jęknęła z przerażenia. Nie mogli podejść bliżej, bo straż blokowała dostęp. Kobieta była kłębkiem nerwów. Nie wiedziała, co się dzieje z Tomkiem. Usłyszeli odgłos syreny i po chwili pojawiła się przy nich karetka pogotowia. Wybiegli z niej ratownicy i skierowali się na podwórko sąsiadów. Po chwili nieśli już na noszach dziewczynkę. Obok niej szła jej matka, a za nią kuśtykał Tomek. Alina z Krzysiem podbiegli do niego i uściskali go mocno.

– Nic ci się nie stało? – spytała Alina.

– Nie, ale ta mała…

Ratownicy założyli już maskę tlenową i szykowali się do odjazdu. Nie było czasu, aby dowiedzieć się o stan jej zdrowia. Pozwolili matce wsiąść do karetki i ruszyli na sygnale do szpitala w Iławie. Wszystko działo się tak szybko. Nagle do Tomka podbiegł mężczyzna. Uściskał go mocno.

– Dziękuję, dziękuję! – wykrzyknął. – Gdyby nie pan, ona by się stamtąd nie wydostała! – powtarzał.

– Nie ma za co, każdy by tak postąpił – zapewnił Tomek, nieco zawstydzony wylewnością mężczyzny.

– A mnie nie było w domu. Wszyscy by zginęli… – wyszeptał.

Mężczyzna miał zabrudzoną koszulę, a na twarzy ślady sadzy. Po policzkach płynęły mu łzy wdzięczności.

– Proszę dać mi znać, co z córką. Bardzo pana proszę… Mieszkamy w tym domku przy jeziorze. – Tomek spojrzał na niego błagalnie.

– Wiem, jasne, dam znać – zapewnił mężczyzna i uścisnął dłoń wybawcy.

W końcu stwierdzili, że nie mogą już w żaden sposób pomóc sąsiadom i ruszyli drogą w stronę domu. Edyta, Andrzej i pani Teresa postanowili ich odprowadzić.

– Nic panu nie jest? – dopytywała staruszka. – Może lekarza trzeba wezwać?

– Nie, trochę tylko boli mnie noga – powiedział Tomek, krzywiąc się – ale będzie dobrze.

Przy bramie pożegnali się z sąsiadami i weszli do domu. Usiedli w kuchni. Alina wyjęła apteczkę.

– Pokaż, gdzie cię boli – zarządziła.

– Pani doktor, tutaj. – Maż ze zbolałą miną wskazał na kostkę.

– Może być skręcona. To się okaże jutro. Na razie ci zabandażuję – powiedziała i wyjęła z apteczki niezbędne przybory.

Krzysiu przyglądał się z zainteresowaniem całej operacji.

– Jak ty się tam znalazłeś? – zapytała w końcu żona.

– Siedziałem nad kolejnym rozdziałem książki i trochę mi nie szło, więc postanowiłem poszukać inspiracji pod lipą. Nagle poczułem zapach dymu. Wydawał mi się dość intensywny. Niewiele myśląc, złapałem za gaśnicę i ruszyłem w stronę sąsiadów. Kiedy tam dotarłem, okazało się, że dom się pali. Mężczyzny nie było. Kobieta wybiegła z domu, a dzieci zostały na górze. Wskoczyłem do środka i udało mi się sprowadzić chłopca na dół. Kiedy wszedłem po dziewczynkę, schody runęły i nasza droga ucieczki została odcięta.

Krzysiu słuchał z wypiekami na twarzy.

– I co, i co zrobiłeś, tato? – dopytywał.

– Zakryłem twarz, złapałem dziecko pod pachę i podszedłem do okna. Zobaczyłem, że strażacy rozłożyli już materac. Ja mam lęk wysokości – dodał zakłopotany.

– Pamiętam – powiedziała z westchnieniem Alina, bo dotarło do niej, ile wysiłku kosztował go taki skok.

– Nie miałem wyjścia, skoczyłem i się udało. Martwię się tylko o zdrowie tej dziewczynki…

Alina podeszła do niego i przytuliła go mocno. Krzysiu do niej dołączył.

– Jesteś naszym bohaterem – powiedziała wzruszona i pocałowała męża.

Tomek wypiął dumnie pierś, ale na jego twarzy malowało się zmęczenie. To był ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny.

– Kochanie, idę pod prysznic, zaraz wrócę – powiedział niespodziewanie i bez dodatkowych słów wyjaśnienia skierował się do łazienki.

Alina w tym czasie przygotowała z Krzysiem kolację. Kiedy Tomek wyszedł z łazienki w szlafroku, kazali mu się położyć wygodnie na kanapie w salonie. W piekarniku piekły się już paluszki z ciasta francuskiego z oliwkami i makiem.

– A co to za miły zapach? – zainteresował się Tomek.

– To niespodzianka. Kolacja dla bohatera. – Alina mrugnęła porozumiewawczo okiem do Krzysia i zaparzyła dla wszystkich herbatę.

Po piętnastu minutach postawiła przed Tomkiem talerz z chrupiącym daniem. Zaczęli razem zajadać paluszki i opowiadać o niezwykłych przeżyciach. Krzysiowi nie zamykała się buzia. W końcu powiedział, że chciał być kiedyś strażakiem, ale po tym, co zobaczył, już nie chce. Powoli zapadał zmrok. Nagle usłyszeli szczekanie Merdka. Alina poderwała się i podeszła do okna. Zobaczyła, że przy furtce ktoś stoi. Wybiegła na dwór. Po chwili wróciła do domu w towarzystwie sąsiada. Był przestraszony i onieśmielony. W ręku ściskał czapkę. Tomek wstał z kanapy, żeby się przywitać.

– Proszę sobie nie przeszkadzać. Ja tylko przyszłem powiedzieć, że moja córka żyje. Musi zostać w szpitalu przez jakiś czas. Coś tam będą jej robić, ale żyje.

– Bogu dziękować – powiedział Tomek z westchnieniem ulgi.

Mężczyzna pokiwał głową.