Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1224 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski

Uznana za arcydzieło ostatnia powieść Dostojewskiego. Autor, opisując historię rodziny, w której popełniono ojcobójstwo, z wnikliwością analizy psychologicznej i bogactwem problematyki filozoficznej i moralnej bada naturę człowieka, zgłębia mroczne rejony ludzkiej duszy, poszukuje wiary i Boga, zastanawia się nad zwątpieniem, grzechem, sprawiedliwością i odkupieniem.

Opinie o ebooku Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski

Cytaty z ebooka Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski

Ludzie poczytują tę komedię za coś na serio – w tym i tragedia. No i cierpią, oczywiście, ale... za to żyją, żyją realnie, nie fantastycznie: bo cierpienie właśnie jest życiem. Bez cierpienia, jakież istniałoby w nim zadowolenie; wszystko obróciłoby się w nieskończone nabożeństwo, świętobliwe, ale nudnawe.

Fragment ebooka Bracia Karamazow - Fiodor Dostojewski

Przełożył

Wacław Wireński

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Bratja Karamazowy

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Redakcja:

Agnieszka Misiaszek

© Copyright for Polish translation by The Estate of Wacław Wireński

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN: 978-83-7895-164-3

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Annie Dostojewskiej

OD AUTORA

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam:

jeżeli ziarno pszeniczne wpadłszy

w ziemię nie obumrze, zostanie tylko

samo, ale jeżeli obumrze,

przyniesie plon obfity.

Ewangelia św. Jana, 12,24

Pisząc historię życia mego bohatera, Aleksego Fiodorowicza Karamazowa, czuję się niepewnie z kilku przynajmniej powodów: jestem świadomy tego, że mój bohater nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dlatego też spodziewam się wątpliwości moich czytelników, dlaczego właśnie Aleksego uczyniłem ważnym bohaterem, skoro właściwie nic takiego nie uczynił. Czytelnik będzie się zastanawiał, dlaczego ma tracić czas na zgłębianie faktów z życia Aleksego.

Ta wątpliwość jest beznadziejna, ponieważ mam na nią tylko jedną odpowiedź: „Czytelniku, sam dowiesz się z powieści”. Jest też możliwe, iż czytelnik przeczytawszy całą powieść, nie zgodzi się ze mną, że Aleksy jest wartym uwagi bohaterem. Wiem, nie wszystkich przekonam, że warto poświęcać czas Aleksemu Fiodorowiczowi. Po prostu jest on tak nieokreślony i niejasny, mimo że aktywny. Jedna cecha Aleksego nie pozostawia jednak wątpliwości – jego dziwność, a być może nawet dziwaczność. W każdym razie, raczej przeszkadza ona niż pomaga w analizowaniu postaci, szczególnie wtedy, gdy próbuje się we wszystkim doszukiwać jakiegoś sensu. Ale przecież dziwaczność to tylko element, szczegół, nie przesłaniający obrazu całości.

Jeżeli w tym momencie czytelnik wyrazi swój sprzeciw, stwierdzi, że to nie zawsze jest tak, naprawdę uwierzę w znaczenie mego bohatera. Dziwaczność, owszem, może być nic nie znaczącym szczegółem, ale może w sobie zawierać tendencje panujące w całości, wśród ogółu ludzi danej epoki.

Zamierzałem wcale nie wdawać się w takie rozważania, które mają coś wyjaśnić – to bezcelowe. Miałem zacząć po prostu, bez żadnego wstępu, zdać się na ocenę czytelnika, tylko że pojawiła się pewna trudność – mam przygotowane dwie powieści dotyczące życia mojego bohatera. Druga powieść jest ważniejsza, przedstawia bohatera w naszych czasach, działającego współcześnie. Natomiast pierwsza powieść przenosi nas trzynaście lat wstecz, stanowi epizod z życia Aleksego. Nie mogę w żaden sposób pominąć pierwszej powieści, gdyż bez niej wiele elementów drugiej byłoby niezrozumiałych. Ale ta cała sytuacja jeszcze potęguje moje wątpliwości: skoro nawet ja, autor, zastanawiam się, czy Aleksy zasługuje choć na jedną powieść, to dlaczego obdarowywać go aż dwoma jednocześnie? Jak mogę wytłumaczyć się z takiej rozrzutności?

Przyznaję, że nie potrafię uporać się z tymi wątpliwościami. Dlatego pozostawiam je bez rozstrzygnięcia. Z pewnością uważny czytelnik od samego początku przeczuwał, że taki cel sobie zamierzyłem, pisząc te słowa. Niepotrzebnie dąsał się na mnie, że marnotrawiłem czas na to zbędne pisanie. I na ten zarzut mam gotową odpowiedź – robiłem to przez wzgląd na grzeczność i, po drugie, z przebiegłości. Teraz, po zastanowieniu, nawet cieszę się, że mam dwie powieści, ale złączone w jedność. Czytelnik przeczyta pierwszą i sam zdecyduje, czy sięgnąć po drugą. Rozumiem przy tym, że czytelnik nie ma wobec mnie żadnych zobowiązań – może przecież rzucić książkę po przeczytaniu zaledwie kilku stron i nigdy do niej nie wracać. Mam jednak nadzieję, że znajdą się i tacy czytelnicy, którzy przeczytają całość, choćby po to, by móc ją obiektywnie ocenić. Mam tu na myśli m.in. wszystkich rosyjskich krytyków. Jednakże i im pozwalam odrzucić tę książkę po przeczytaniu początkowych scen, nie zarzucając im przy tym niedokładności i braku lojalności. Ot, i cała moja przedmowa. Nie kryję, że jest ona zbędna, ale niech już lepiej zostanie, skoro ją napisałem.

A teraz pora przystąpić do rzeczy.

CZĘŚĆ PIERWSZA

KSIĘGA PIERWSZA HISTORIA JEDNEJ RODZINKI

I. FIODOR PAWŁOWICZ KARAMAZOW

Aleksy Fiodorowicz Karamazow był trzecim synem obywatela naszego powiatu Fiodora Pawłowicza, wsławionego swą tragiczną i niewyjaśnioną śmiercią, przed trzynastu laty, o czym wspomnę jeszcze. Teraz wspomnę tylko, że był to dziwny, częsty zresztą typ człowieka rozpustnego i nikczemnego, jednocześnie zaś pozbawionego rozsądku, co nie przeszkadzało mu doskonale dbać o swe majątkowe interesy – i tylko majątkowe. Zaczął od nędzy prawie: wylizywał półmiski u bogatszych obywateli, wykazywał skłonności do pieczeniarstwa, gdy zaś umierał, okazało się, że zostawił do stu tysięcy rubli brzęczącej monety; jednocześnie przecież całe życie pozostał jednym z najbardziej bezmyślnych hultajów w powiecie. Powtarzam: nie jest to dowodem głupoty; większość podobnych ludzi wykazuje sporo rozumu i sprytu – a i brak rozsądku, jakiś osobliwy, swojski.

Żenił się dwa razy i miał trzech synów – starszy, Dymitr Fiodorowicz, z pierwszej żony, dwaj inni – Iwan i Aleksy, z drugiej. Pierwsza żona Fiodora Pawłowicza pochodziła z dobrej i majętnej rodziny szlacheckiej Miusowów – jak panna posażna, przy tym piękna, na koniec znana sawantka, mogła wyjść za takiego marnego „fiksata” – jak ogólnie nazywano jej męża – niepodobna dociec. Znałem jednak pewną dziewczynę z poprzedniego, „romantycznego” pokolenia, która po kilku latach zagadkowej miłości do pewnego mężczyzny, którego zresztą mogła najspokojniej poślubić, skończyła, po wyimaginowaniu sobie niepokonanych przeszkód, na rzuceniu się z urwiska w rzekę – tylko by być podobną do szekspirowskiej Ofelii. Możliwe, że gdyby nie to urwisko, dawno już przyciągające jej uwagę, gdyby miejsce jego zajmował prozaiczny płaski brzeg, do samobójstwa w ogóle by nie doszło. Zdarzenie prawdziwe – zdaje się, że nasze rosyjskie życie w ostatnich dwóch, trzech pokoleniach, zna takich faktów więcej. Czymś podobnym była decyzja Adelajdy Iwanowny Miusowej – możliwe, że zapragnęła przejawić kobiecą samodzielność, sprzeciwić się opinii, sprzeciwić się despotyzmowi rodziny – usłużna fantazja wmówiła jej, że Fiodor Pawłowicz, mimo swej pozycji pieczeniarza, jest jednym z najśmielszych i najdowcipniejszych ludzi tej przejściowej pod każdym względem epoki – w rzeczywistości był to tylko kiepski błazen. Fiodor Pawłowicz ożenił się bez wahania, gorąco pragnąc ustalenia swej kariery. Co do wzajemnej miłości, to zdaje się, nie było jej ani z jednej, ani z drugiej strony, mimo nawet piękności Adelajdy. Był to jedyny może wypadek w życiu takiego lubieżnika, jak Fiodor Pawłowicz – ta jedynie kobieta nie dała jego zmysłom żadnych silniejszych wrażeń.

Aleksandra Iwanowna zaraz po ślubie pojęła, że mężem tylko pogardza – następstwa skojarzenia się ich rozwinęły się szybko – mimo że rodzina pani Karamazowej dość szybko pogodziła się z jej małżeństwem, między małżonkami zapanowały codzienne sceny. Opowiadano, że młoda małżonka wykazała o wiele więcej szlachetności niż mężulek, który zdążył już położyć ręce na wszystkich jej pieniądzach – do dwudziestu pięciu tysięcy rubli. Usiłował też przepisać na swe imię wioskę i dom w mieście, również otrzymane w posagu, i dopiąłby swego ciągłymi bezwstydnymi żądaniami i błaganiami, ale, na szczęście, wmieszała się w to rodzina Adelajdy. Wiemy dokładnie o bijatykach między małżonkami – podobno bił nie Fiodor Pawłowicz, lecz małżonka, kobieta śmiała, gorąca, obdarzona poważną siłą fizyczną. Na koniec uciekła od męża z jakimś ubogim jak mysz kościelna studentem-nauczycielem, pozostawiwszy mężowi trzyletniego Mitię. Fiodor Pawłowicz od razu wprowadził do domu cały harem i oddał się niesłychanemu pijaństwu, jednocześnie zaś przed całą gubernią uskarżał się na niewierną żonę, przy czym opowiadał szczegóły o swym pożyciu małżeńskim, po prostu nie nadające się do powtórzenia. „Cieszycie się, Fiodorze Pawłowiczu, jakby z awansu” – kpiono z niego. Niektórzy podejrzewali, że chce powrócić do starej roli błazna, co, zdaje się, niezupełnie odpowiadało prawdzie. Na koniec wpadł na trop zbiegłej – w Petersburgu, gdzie szybko rozeszła się ze swym studencikiem i poczęła uprawiać emancypację na całego. Fiodor Pawłowicz natychmiast począł się tam wybierać – po co? – sam nie wiedział. Może by i pojechał istotnie, przed podróżą jednak począł pić dla kurażu jak nieboskie stworzenie, zamarudził, aż rodzina żony dowiedziała się o jej śmierci na jakimś poddaszu, na tyfus czy z głodu. Mąż, dowiedziawszy się o tym, wybiegł podobno pijany na ulicę, wznosząc w radości ręce ku niebu. „Nareszcie wolny!” – wołał. Według innych płakał jak dziecko, aż go żal było, mimo całego wstrętu, jaki wzbudzał. Może było i jedno, i drugie – i radował się z oswobodzenia, i płakał po oswobodzicielce – w większości wypadków nawet niegodziwcy są o wiele bardziej naiwni i prostoduszni, niż o nich sądzimy. I my sami również.

II. EDUKACJA PIERWSZEGO SYNA

Można sobie wyobrazić, jakim ojcem i wychowawcą mógł być taki człowiek. Jako ojciec – po prostu rzucił synka, spłodzonego z Adelajdą, rzucił nawet nie przez złość, ale zapomniał o nim. Gdyby nie stary, wierny sługa Grygory, dziecku nie miałby kto zmienić koszulki; rodzina matki w pierwszej chwili również zapomniała o nim. Dziadek jego, ojciec Adelajdy, zmarł już; wdowa po nim przeniosła się do Moskwy i zaczęła chorować; córki wyszły za mąż, tak, że trzyletni Mitia prawie rok przeżył w izbie czeladnej u Grygorego. Gdyby papa nawet przypomniał sobie o nim, zapewne odesłałby go do izby czeladnej z powrotem, by mu nie przeszkadzał w hulankach. Zdarzyło się jednak, że przybył z Paryża kuzyn nieboszczki Adelajdy, Piotr Aleksandrowicz Miusow, młody jeszcze, człowiek niezwykły w tej rodzinie, wykształcony, kulturalny, liberał. Żyjąc przeważnie za granicą, zaznajomił się z szeregiem skrajnych liberałów i rosyjskich, i zagranicznych; znał osobiście i Proudhona, i Bakunina. Lubił zawsze opowiadać o trzech dniach lutowej rewolucji paryskiej 1848 roku, napomykając, że i on sam omalże nie brał w niej udziału, na barykadach – było to jedno z najpiękniejszych wspomnień jego młodości. Materialnie był niezależny, mając do tysiąca „dusz”. Tuż obok miasteczka miał wspaniałą posiadłość, sąsiadującą z dobrami naszego znakomitego klasztoru, z którym Piotr Aleksandrowicz, od samego otrzymania spadku, począł się procesować o prawo połowu ryb, czy też wyrębów leśnych – dokładnie nie wiem; procesowanie się z „klerykałami” uważał za obywatelski obowiązek. Dowiedziawszy się wszystkiego o Adelajdzie, którą oczywiście znał i pamiętał, dowiedziawszy się o istnieniu Miti, wmieszał się w tę sprawę. Po raz pierwszy poznał się z jego ojcem i wprost oświadczył mu, że przyjmuje wychowanie dziecka na siebie. Opowiadał potem, że gdy zaczął mówić o Miti, ojciec robił wrażenie człowieka po prostu nie rozumiejącego, o jakie dziecko chodzi – było w tym może trochę przesady, zawsze jednak wyglądało na prawdę. Istotnie, Fiodor Pawłowicz całe życie lubił odgrywać jakąś dziwną rolę, nawet bez żadnej potrzeby – rys, właściwy wielu ludziom, o wiele mądrzejszym niż on. Piotr Aleksandrowicz podszedł do sprawy z zapałem i nawet został mianowany opiekunem dziecka – wspólnie z jego ojcem. Po matce Mitia odziedziczył majątek i dom. Przyjechał do wuja, ten jednak szybko wyjechał do Paryża, nie mając zaś rodziny, pozostawił dziecko pod opieką swej dalszej ciotki. W Paryżu trafił właśnie na ową rewolucję lutową, która tak nim wstrząsnęła, że zapomniał o dziecku. Ciotka umarła i Mitia przeniósł się do jednej z jej zamężnych córek – zdaje się, że i czwarty raz jeszcze zmieniał gniazdo, rozwodzić się jednak nad tym nie będę, ponieważ dużo jeszcze będę miał o tym pierworodnym Karamazowie do powiedzenia. Dodam tylko kilka szczegółów.

Dymitr Fiodorowicz był jedynym z braci, który wyrósł w przekonaniu, że posiada pewien majątek i że po zgonie ojca uzyska samodzielność materialną. Młodość spędził rozpustnie; gimnazjum nie skończył, był potem w jakiejś szkole wojskowej, odbył służbę na Kaukazie, pojedynkował się, wreszcie został zdegradowany, hulał dużo i wydał sporo pieniędzy. Otrzymywać je zaczął od ojca dopiero w chwili pełnoletności, do tego czasu zaś narobił długów. Ojca poznał już po dojściu do pełnoletności, gdy umyślnie zawitał w nasze okolice dla porozumienia się z nim w sprawach majątkowych. Zdaje się, że rodzic niezbyt mu się podobał. Bawił u niego niedługo, doszedłszy zresztą do pewnego porozumienia w sprawach zysków ze swego majątku, o którego istotnej wartości i dochodzie nie mógł nic ścisłego od ojca wydobyć. Ojciec zauważył wówczas, że Mitia ma o swym majątku przesadne pojęcie, z czego był bardzo z pewnych względów zadowolony. Zauważył też, że jest to młodzieniec lekkomyślny, gwałtowny, hulaka, który dostawszy byle ochłap, wystarczający na pewien czas, uspokoi się. Ojciec zaczął to wykorzystywać, odczepiając się od syna małymi datkami, aż gdy po czterech latach Mitia, zniecierpliwiony, pojawił się znowu w naszym miasteczku, przekonał się ze zdziwieniem, że nic już nie ma, że wybrał już od ojca całą wartość majątku pieniędzmi, że może sam mu jest winien, że na zasadzie jakichś rachunków sporządzonych niegdyś na własne jego żądanie, nie ma prawa nic żądać itd., itd. Młodzieniec zdumiał się, podejrzewał fałsz, oszustwo, wprost doszedł do obłędu, co doprowadziło do katastrofy, stanowiącej przedmiot, a raczej zewnętrzną stronę pierwszej księgi naszej powieści. Nim jednak opiszę ją, trzeba opowiedzieć o dwóch braciach Miti.

III. DRUGIE MAŁŻEŃSTWO I DZIECI Z NIEGO

Fiodor Pawłowicz, pozbywszy się czteroletniego synka, szybko ożenił się powtórnie i w małżeństwie tym przeżył lat osiem. Zdobył nową żonę, Zofię Iwanownę, w innej guberni, gdzie prowadził z jakimś Żydkiem interesy majątkowe. Fiodor Pawłowicz pił i łajdaczył się, nie zaprzestawał jednak pomnażać swego majątku, prawie zawsze dość podłymi sposobami. Zofia Iwanowna była sierotą od dzieciństwa, córką jakiegoś ślepego diakona, wychowaną w domu swej „dobrodziejki” – starej wdowy po generale Worochowie. Nie znam szczegółów, wiem tylko, że raz wychowanicę zdjęto z pętli, na której się powiesiła, tak ją zmęczyły dziwactwa i złość wychowawczyni, staruszki nie złej może, lecz rozbisurmanionej próżniactwem. Fiodor Pawłowicz ofiarował młodej dziewczynie swą rękę – dowiedziano się o nim i przepędzono go. Wówczas zaproponował sierocie ucieczkę z nim – gdyby wiedziała o nim więcej, chyba nie poszłaby za niego, lecz było to w innej guberni, przy tym cóż mogła wiedzieć szesnastoletnia dziewczyna, prócz tego, że lepiej rzucić się do rzeki, niż pozostać u opiekunki. Tak biedaczka zastąpiła dobrodziejkę dobroczyńcą. Fiodor Pawłowicz nie złapał tym razem ani grosza, ponieważ generałowa rozzłościła się i przeklęła oboje. Tym razem jednak nie liczył na zysk, lecz pociągała go jedynie wybitna piękność niewinnej dziewczyny, a zwłaszcza jej niewinny wygląd, wabiący tego rozpustnika i amatora zmysłowej jedynie piękności. „Te niewinne oczęta jak brzytwą wtedy duszę mi przerżnęły” – opowiadał ze zwykłym, obleśnym uśmiechem. Zresztą, u rozpustnika i to może być niemoralną skłonnością. Żoną bez posagu nie przejmował się – wykorzystując jej fenomenalną pokorę i uległość, podeptał wszystkie zasady małżeńskie. Dom napełnił się kobietami lekkich obyczajów. Rzecz charakterystyczna, że sługa Grygory, ponury, głupi i uparty rezoner, nienawidzący poprzedniej pani, tym razem począł bronić nowej przed mężem, w sposób niedopuszczalny wprost dla sługi. Raz nawet rozpędził całą orgię i wygnał wszystkie ladacznice siłą. Na koniec nieszczęśliwa wpadła w chorobę nerwową, częstą między naszymi babami wiejskimi; dotknięte nią nazywają „klikuszami” **(Klikusza – rosyjska baba wiejska, która w ataku nerwowym histerycznie płacze i krzyczy. Choroba dość powszechnie występowała na rosyjskiej wsi z powodu ciężkich warunków życia, jakie tam panowały.)**. Choroba ta, przejawiająca się straszliwymi atakami histerii, chwilami odbierała chorej rozum. Powiła jednakże dwóch synów – w chwili jej śmierci młodszy Aleksy miał cztery lata; dziwne, że, jak wiem, zapamiętał matkę na całe życie, jak przez sen. Po śmierci matki spotkał ich los Miti – dostali się do izby czeladnej Grygorego, gdzie ich w końcu odszukała generałowa-jędza, wychowawczyni ich matki. Całe osiem lat nie mogła zapomnieć urazy. O życiu swej Zofii cały czas miała ścisłe dane i parę razy mówiła swym rezydentkom: „sprawiedliwie ją Bóg za niewdzięczność ukarał”.

Nagle, w trzy miesiące po śmierci Zofii Iwanowny, generałowa pojawiła się nieoczekiwanie w mieście, zaledwie na pół godziny. Było to wieczorem – Fiodor Pawłowicz, który nie widział jej osiem lat, wyszedł na jej spotkanie pijany jak bela – mówią, że od razu machnęła go dwa razy w zęby, po czym, bez słowa, ruszyła prosto do izby, do chłopców. Ujrzawszy, że są niemyci i w brudnej bieliźnie, dała jeszcze w twarz Grygoremu i oświadczyła, że zabiera dzieci do siebie, po czym owinęła je w pled, wsadziła do karety i wywiozła. Grygory, odprowadzając starą damę do karety, rzekł uroczyście, kłaniając się w pas: „Bóg za sieroty zapłaci”. Ojciec, rozpatrzywszy całą sprawę, uznał ją za pomyślną i nie odmówił potem formalnej zgody na wychowanie swych synów przez generałową, o spoliczkowaniu zaś przez nią sam rozpowiedział całemu miastu.

I generałowa szybko zmarła, zostawiając w testamencie każdemu z malców po tysiąc rubli na ich edukację, aż do pełnoletności. Głównym spadkobiercą starej okazał się człowiek uczciwy, gubernialny marszałek szlachty, Jefim Piotrowicz Polienow. Porozumiawszy się z Fiodorem Pawłowiczem i zrozumiawszy, że od niego nic na wychowanie synów nie wyciągnie, sam zajął się sierotami; polubił zwłaszcza młodszego, Aleksego, który dłuższy czas nawet żył w jego domu. Szlachetny i ludzki ten człowiek uchronił dwa tysiące rubli dla sierot, zapisane im przez generałową, w całości, nienaruszone, tak że przy osiągnięciu przez nich pełnoletności każde tysiąc rubli urosło dzięki procentom do dwóch, sam zaś, oczywiście, wydał na każdego znacznie więcej, niż po tysiąc rubli. Dokładne dane o ich dzieciństwie i młodości chwilowo pomijam, wspomnę tylko o faktach najważniejszych. O starszym, Iwanie, wyjaśnię tylko, że wyrósł jakiś ponury i skryty, nieśmiały, lecz jakoby od dziesiątego już roku życia zdawał sobie sprawę, że żyje w cudzej rodzinie i z cudzej łaski, że ma ojca takiego, iż wstyd o nim mówić itd., itd. Chłopiec ten bardzo wcześnie zaczął przejawiać niezwykłe zdolności i pilność – w trzynastym roku życia opuścił dom Jefima Piotrowicza, który wysłał go do Moskwy, do gimnazjum jakiegoś znakomitego pedagoga. Gdy młodzieniec skończył gimnazjum i wstąpił na uniwersytet, Jefim Piotrowicz rozstał się już ze światem, nie zdążywszy uporządkować swych spraw majątkowych, tak, że otrzymanie przez sieroty pieniędzy generałowej poplątało się i odwlokło, i młodzieniec przez dwa lata klepał na uniwersytecie ciężką biedę. Zauważyć trzeba, że ani razu nie próbował prosić o wsparcie ojca. W końcu nie przepadł i jakoś się utrzymywał, najpierw lekcjami za parę groszy, potem „artykułami” pisanymi do różnych gazet, po dziesięć wierszy, dotyczących drobnych zdarzeń ulicznych z podpisem „Naoczny”. Artykuliki te, jak mówią, cięte i interesujące, szybko zdobyły zbyt i uznanie. Iwan Fiodorowicz nigdy już nie zrywał kontaktu z redakcjami, na ostatnich zaś kursach uniwersytetu zaczął drukować z talentem recenzje różnych poważnych dzieł, stając się znanym w sferach literackich. Pod koniec udało mu się przypadkowo zwrócić na siebie ogólną uwagę, tak, że wielu zapamiętało go na dłużej. Już skończywszy uniwersytet i szykując się do wyjazdu za granicę za swe dwa tysiące, ogłosił w jednej z gazet oryginalny artykuł i to w przedmiocie obcym swej specjalności – ukończył bowiem kurs przyrodniczy. Był to artykuł o sądach duchownych – głośnej wówczas kwestii. Zanalizowawszy kilka stanowisk w tej sprawie, ujawnił także i własne zdanie. Dziwne było, że klerykałowie uznali go za swego, jednocześnie zaś laicy, a nawet ateiści, chwalili go również – na koniec niektórzy domyślni uznali cały artykuł za farsę, kawał. Artykuł ten dotarł i do znakomitego klasztoru w naszym mieście. Przyjęto go ze zdumieniem, zainteresowano się autorem, synem „tego samego Fiodora Pawłowicza”. Nagle pojawił się w mieście i sam autor.

Po co wtedy przyjechał, pamiętam, choć wtedy zadawałem sobie to pytanie z pewnym niepokojem. Przyjazd ten, tak brzemienny potem w skutki, długo jeszcze, prawie na zawsze, pozostawał dla mnie czymś niejasnym. Dziwne było, że młody człowiek, tak dumny, tak uczony, pojawił się w tym rozpasanym domu, u takiego ojca, który całe życie ignorował go, bojąc się, że i Iwan, i Aleksy pewnego dnia staną przed nim, domagając się pieniędzy. Aż nagle młodzieniec pojawia się w domu takiego ojca i mieszka w nim cały miesiąc, dwa, w jak najlepszej zgodzie, ku zdziwieniu mojemu i innych. Najbardziej wydziwiał, pamiętam, Piotr Aleksandrowicz Miusow, przybyły właśnie z Paryża. „Przecież on jest dumny – mówił – zawsze kopiejkę zdobędzie, pieniądze on za granicą ma, czegóż tu szuka? Jasne, że nie przyjechał do ojca po pieniądze. Pić i łajdaczyć się nie lubi, a jednak stary obejść się bez niego nie może – tak się zżyli”. Była to prawda – młodzieniec miał nawet widoczny wpływ na starca, który go czasami jakby słuchał, mimo swej złośliwej kapryśności. Nawet prowadził się bardziej przyzwoicie czasami.

Dopiero później się wyjaśniło, że Iwan przyjechał na prośbę starszego brata, którego dopiero teraz, przed samym przyjazdem poznał, i podjął się załatwienia pewnej jego sprawy; jakiej – czytelnik dowie się później. Niemniej i wtedy, gdy już o tym wszystkim wiedziałem, Iwan Fiodorowicz wydawał mi się zagadkowym, jak również i jego przyjazd.

Dodam jeszcze, że Iwan Fiodorowicz robił wrażenie jakby pośrednika pomiędzy ojcem a silnie pokłóconym z nim najstarszym synem.

Rodzinka ta zeszła się po raz pierwszy w życiu, niektórzy z nich poznali się dopiero teraz. Jedynie najmłodszy, Aleksy, od roku już bawił u nas. O tym właśnie najtrudniej przychodzi mi opowiadać, muszę i jemu jednak poświęcić przedmowę, wprowadzając go na scenę w szacie pokutnika – Aleksy bowiem już od roku przebywał w naszym klasztorze i, zdawało się, miał się w nim zakopać na całe życie.

IV. ALOSZA, TRZECI SYN

Miał wtedy dopiero dwadzieścia lat, Iwan – dwadzieścia cztery, Dymitr – dwadzieścia osiem. Przede wszystkim zaznaczam, że nie był to fanatyk, według mnie, nawet nie mistyk. Wydam najpierw swój sąd: był to po prostu człowiek ambitny dawnych czasów i jeżeli obrał drogę mnicha, to jedynie dlatego, że w swoim czasie ona jedna wydawała mu się ideałem dla rwącej się ze świata ziemskiej nienawiści ku światu miłości jego duszy. Pociągnęła go ta droga jedynie na skutek spotkania na niej niezwykłej, w jego mniemaniu, osobistości – znakomitego starca klasztornego Zosimy, do którego przywiązał się pierwszą gorącą miłością swego nieukojonego serca. Nie zaprzeczam, że i wtedy już był dziwny – od kolebki nawet.

Wspomniałem już, że straciwszy matkę w czwartym roku życia, nie zapomniał jej nigdy – „stoi przede mną, jakby żywa”. Takie wspomnienia są możliwe nawet w młodszym wieku, lecz występują całe życie jedynie jako jasna plama w mroku, jakby ocalały rąbek zniszczonego obrazu – tak było z nim. Zapamiętał jeden cichy wieczór letni, otwarte okno, skośne promienie zachodzącego słońca (te promienie pamiętał najlepiej) w oknie pokoju, ikonę, przed nią lampkę – przed obrazem klęczała matka, histerycznie łkając, z jękami i okrzykami; obejmowała go mocno oburącz, modląc się do Bogurodzicy za niego, unosząc go na rękach ku obrazowi, jakby pod płaszcz Bogurodzicy... Nagle wpada niańka i wyrywa go, przerażona. Alosza zapamiętał i twarz matki, mówił, że była obłędna, lecz piękna. Rzadko jednak dzielił się z kimś tym wspomnieniem.

W dzieciństwie i młodości był małomówny, nie z nieufności jednak, nie z nieśmiałości, lecz pod wpływem czegoś innego, jakiejś wewnętrznej troski, przez którą zapominał o wszystkich innych. Ludzi lubił, całe życie, zdaje się, wierzył w ludzi, a jednak nikt nigdy nie uważał go za prostaczka czy naiwnego. Było w nim coś, co mówiło, że nie chce być sędzią ludzi, że wszystko tolerował, często tylko smucąc się gorzko. Mało, doszedł do tego, że nikt nie mógł go zadziwić, ani przestraszyć, i to nawet w najwcześniejszej młodości. Pojawiwszy się w dwunastym roku życia u ojca, w jaskini brudnego nierządu, on, czysty, oddalał się milcząc, gdy już niepodobna było patrzeć bez najmniejszej jednak pogardy czy potępienia dla kogokolwiek. Ojciec, niegdyś pieczeniarz, więc bardzo czuły na urazy, powitał go ponury. Wiele mówił, to znów milczał, dużo sam w sobie rozważał – szybko jednak począł go często obejmować i całować, ze łzami pijackiej czułości – widać było, że pokochał go szczerze i głęboko, tak, jak człowiek taki jak on, nikogo nigdy nie kochał.

Ale i wszyscy kochali tego młodzieńca. W domu Jefima Piotrowicza uważano go za dziecko rodzone, a przecież wszedł do tego domu w wieku, gdy niepodobna, by w dziecku rozwinęły się już skłonności do schlebiania i lizusostwa – dar więc zjednywania sobie serc miał od natury. To samo było z nim w szkole, chociaż, zdawałoby się, że był jednym z dzieci, wzbudzających zwykle nieufność kolegów, czasem docinki, a może i nienawiść. Od dzieciństwa lubił chować się w kąt i czytać, a jednak był ulubieńcem całej szkoły. Rzadko był dziarski, wesoły, wszyscy jednak patrzący nań widzieli, że nie jest on ponury, przeciwnie, jasny i pogodny. Nigdy nie był swawolny, a jednak może dlatego nigdy się nikogo nie lękał, a jednocześnie wszyscy wiedzieli, że zgoła nie chełpi się swą odwagą, jakby sam nie uświadamiając sobie swego męstwa. Urazów nigdy nie pamiętał; czasami, w godzinę po obrażeniu go, odpowiadał obrażającemu, lub sam wszczynał z nim rozmowę z taką ufnością i pogodą, jakby nic nie zaszło, i to nie dlatego, by przypadkowo zapomniał zniewagę, lecz po prostu jakby nie przypisywał jej żadnego znaczenia, co ostatecznie rozbrajało dzieci. Jedna tylko cecha jego wywoływała zawsze w kolegach chęć do żartów – nie ze złośliwości jednak, lecz tak, z wesela – jego dzika, fanatyczna czystość i wstydliwość. Pewnych słów i rozmów nie mógł po prostu słuchać – i to słów i rozmów zakorzenionych, niestety, w szkołach. Czyści sercem i duszą chłopcy lubią prowadzić między sobą rozmowy, jakich powstydziliby się i żołnierze. Co więcej, żołnierze nieraz nie wiedzą o rzeczach, o których wiadomo dzieciom naszego inteligentnego i wyższego towarzystwa. Moralnego rozwydrzenia tu bodaj jeszcze nie ma, nawet cynizmu nie ma prawdziwego, jest jedynie powierzchowny, uważany za coś subtelnego, wyrafinowanego, godnego naśladowania. Widząc, że Alosza, jak tylko zaczną gadać „o tym”, szybko zatyka uszy palcami, często gromadzili się umyślnie całą kupą i siłą odrywając ręce od jego uszu, krzyczeli mu w uszy paskudztwa. Wyrywał się, padał na podłogę, kładł się, zasłaniał, mimo to nie kłócił się, milcząco znosząc zniewagi. Na koniec dano mu spokój, patrzono nań jedynie z pewnym politowaniem. Dodajmy, że był jednym z najlepszych uczniów, nigdy zresztą nie był pierwszym.

Po śmierci Jefima Piotrowicza Alosza dwa lata jeszcze spędził w gubernialnym gimnazjum. Niepocieszona wdowa po Jefimie Piotrowiczu szybko wyjechała z całą rodziną do Włoch, Alosza zaś znalazł przytułek u jakichś jego dwóch dalekich krewnych, dam, których dotychczas wcale nie znał. Było to również w nim charakterystyczne, że nigdy nie troszczył się, na czyj koszt żyje – w tym względzie jaskrawo odbijał się od starszego brata, Iwana. Nie można jednak tego potępiać zbyt surowo, każdy bowiem znający go musiał od razu zrozumieć, że młodzieniec ten, nieco anormalny, nie zawaha się, gdyby mu wpadł w ręce jakiś znaczny majątek, oddać go na dobroczynny cel, lub wprost byle komu, kto by go poprosił. W ogóle jakby nie rozumiał wartości pieniędzy. Gdy mu je dawano, o co nigdy sam nie prosił, bądź całymi tygodniami nie wiedział, co z nimi robić, bądź tracił je ze straszliwą szybkością. Piotr Aleksandrowicz Miusow, człowiek w sprawie pieniędzy i uczciwości skrupulatny, powiedział raz o nim, że jest to „jedyny człowiek, który, nawet pozostawiony na placu milionowego miasta bez pieniędzy, nie umrze z głodu i chłodu, bo od razu nakarmią go, ubiorą, bez żadnego z jego strony wysiłku czy poniżenia, a i bez żadnego ciężaru dla dobroczyńcy, nawet z zadowoleniem dla niego”.

Gimnazjum nie ukończył, w przedostatniej klasie oświadczył nagle, że jedzie do ojca w ważnej sprawie. Damy początkowo nie chciały go puścić, w końcu jednak wyposażyły go wspaniale pieniędzmi, nowym ubraniem i bielizną. Połowę pieniędzy jednak zwrócił, mówiąc, że chce koniecznie jechać trzecią klasą. Przyjechawszy, na pierwsze pytanie ojca, dlaczego przyjechał, nie ukończywszy gimnazjum – po prostu nic nie odpowiedział. Szybko okazało się, że szuka mogiły matki – ojciec nie mógł mu udzielić żadnych wyjaśnień, nigdy bowiem na mogile żony nie był, aż w końcu zgoła o jej miejscu zapomniał.

Nieco o Fiodorze Pawłowiczu: w parę lat po śmierci drugiej żony udał się na południe Rosji, gdzie kilka lat przeżył w Odessie. Zapoznał się tam, jak opowiadał, z masą „Żydów, Żydowinów i Żydziaków”, nawet „poważnych” – w tym to zdaje się okresie życia nabrał sprytu do pieniężnych interesów. Wrócił na dwa, trzy lata przed przyjazdem Aloszy, mocno postarzały; trzymał się nie tyle z większą godnością, ile z arogancją. Rozpuście oddawał się jeszcze obrzydliwszej niż poprzednio. Szybko zajął się zakładaniem mnóstwa szynków w guberni – widać było, że ma do stu tysięcy kapitału. Wielu ziemskich i miejskich obywateli od razu zadłużyło się u niego pod zastaw. Pod koniec jednak rozłajdaczył się do reszty, tracić począł równowagę i poczucie odpowiedzialności, zaczętych interesów nie kończył, zapijał się i gdyby nie lokaj Grygory, też już stary, będący dlań nieledwie guwernerem, nabawiłby się może poważnych kłopotów. Przyjazd Aloszy jakby podziałał na starego wszetecznika, jakby zbudził coś, co dawno już spało w jego duszy. „Wiesz co – mówił często, przyglądając się Aloszy – żeś ty podobny do niej... no... do tej klikuszy”. Na koniec Grygory pokazał Aloszy grób klikuszy – w kącie miejskiego cmentarza: mosiężną, tanią, lecz dobrze utrzymaną płytę z napisem, nawet z jakimś oklepanym czterowierszem – płytę tę sprawił Grygory. Alosza nie okazał na grobie matki osobliwego rozrzewnienia – poważnie wysłuchał opowieści Grygorego o oprawieniu płyty, postał zasępiony i w milczeniu odszedł – potem z rok nie bywał na grobie. Na Fiodora Pawłowicza wypadek ten, gdy dowiedział się o nim, podziałał osobliwie – natychmiast zawiózł do klasztoru tysiąc rubli na ofiarę za spokój duszy zmarłej żony, ale nie drugiej, klikuszy, a pierwszej, Adelajdy. Wieczorem tegoż dnia spił się i wymyślał przed Aloszą na mnichów. Nie był to człowiek religijny, nigdy może i pięciokopiejkowej świeczki przed obrazem nie sprawił, lecz u podobnych osobników zdarzają się takie właśnie nagłe porywy uczuć.

Mówiłem już, że w tym czasie opuścił się – twarz jego ostro świadczyła o całym jego życiu – długie, mięsiste woreczki pod maleńkimi, bezczelnymi, podejrzliwymi oczkami, mnóstwo głębokich zmarszczek na maleńkiej, spasionej gębie o ostrym podbródku, mięsista i wydłużona krtań, nadawały tej twarzy jakiś odrażający i lubieżny wyraz. Dodajmy do tego zmysłowe, szerokie usta, w których widniały resztki czarnych, spróchniałych zębów. Bryzgał śliną, jak tylko zaczynał mówić. Sam lubił żartować ze swej twarzy, choć, zdaje się, był z niej zadowolony. Zwracał zwłaszcza uwagę na swój nos, nieduży, cienki, silnie zgarbiony – „rzymski – mówił – wraz z grdyką – prawdziwa twarz patrycjusza z epoki upadku Rzymu”. Był z tego, zdaje się, dumny.

Niedługo po odwiedzinach grobu matki Alosza oświadczył ojcu, że chce wstąpić do klasztoru i że mnisi zgadzają się. Starzec wiedział już, że stary pustelnik Zosima zrobił na jego „cichym chłopcu” silne wrażenie.

– Ten starzec to bezwzględnie najuczciwszy z mnichów – rzekł milcząco i w zamyśleniu, wysłuchawszy Aloszę, zgoła jednak bez zdziwienia. – Hm... to tam się wybierasz, mój cichy chłopcze... – był podpity, nagle uśmiechnął się chytrze. – Hm... a przecież przeczuwałem, że na tym skończysz. No i cóż, masz swoje dwa tysiączki, a ja ciebie, mój aniele, nigdy nie opuszczę, wszystkiego tam dostarczę, jeżeli zażądają. A jeżeli nie zażądają, to i co? Przecież ty wydajesz pieniędzy tyle, co kanarek, po dwa ziarnka dziennie... Hm... A wiesz – w jednym klasztorze jest podmiejski domek, w którym same „klasztorne małżonki” żyją... ze trzydzieści sztuk... Byłem tam... interesujące, wiesz... w swoim rodzaju! Szkoda tylko, że same tutejsze, Francuzic nie ma, a mogłyby być – środki duże. Powiadają, że będą. No, ale tu nic – żon klasztornych nie ma, choć mnichów dwieście sztuk. Uczciwie. Poszczą. Wiem... hm... Więc chcesz mnichem... A jednak żal mi ciebie, Alosza, pokochałem cię naprawdę... Ale, ot i sposobność: pomodlisz się za nas, grzesznych – sporo już nagrzeszyliśmy. Myślałem już: kto się za mnie kiedykolwiek pomodli... Wiesz, miły chłopcze, w jednym punkcie jestem głupi, nie uwierzysz wprost jak głupi... Widzisz, myślę sobie, myślę, z rzadka oczywiście, ale bądź co bądź myślę, że przecież niepodobna, by diabli zapomnieli zaciągnąć mnie po śmierci hakami do siebie. No i myślę: te haki... skądże je mają? Z czego? Żelazne? Gdzież je kują, fabrykę mają tam, czy co?... A przecież tam w klasztorze zapewniają, że w piekle jest, na przykład, sufit. A ja gotów jestem i uwierzyć w piekło, ale bez sufitu; zawsze delikatniej, liberalniej, po lutersku. W istocie, czy to nie wszystko jedno: z sufitem czy bez? No, a jak nie ma pieca, to nie ma i tych haków... No, a jak nie ma haków, to jakże mnie i zataszczą – cóż więc wreszcie będzie, gdzież prawda? Il faudrait les inventer **( Il faudrait les inventer (fr.) – Potrzeba je wymyślić.)**, te haki, specjalnie dla mnie jednego, bo, żebyś wiedział, Alosza, co za wszetecznik ze mnie!...

– Ależ tam nie ma haków – cicho i poważnie wyrzekł Alosza.

– Tak, tak – same cienie haków. Wiem, wiem. Jeden Francuz opisuje piekło! J’ai vu l’ombre d’un cocher, qui avec l’ombre d’une brosse frottait l’ombre d’une carrosse **( J’ai vu l’ombre d’un cocher, qui avec l’ombre d’une brosse frottait l’ombre d’une carrosse (fr.) – Cień stangreta przed oczyma miałem, on wymiatał cień karety przy pomocy cienia szczotki.)** . A skąd wiesz, gołąbku, że nie ma haków? Posiedzisz u mnichów, co innego zaśpiewasz. A zresztą, idź tam – znajdziesz prawdę, to i przyjdziesz powiedzieć: zawsze lżej iść na tamten świat, wiedząc, co tam jest. A i bardziej przyzwoicie ci będzie u mnichów, niż tu, ze starym pijusem, a i z dziewczynkami... choć ciebie, jak anioła, nic się nie tknie. No, a i tam nic cię nie tknie, dlatego ci też i pozwalam... Popalisz się i zgaśniesz, wyleczysz się i z powrotem wrócisz. A ja cię będę oczekiwał – czuję przecież, żeś ty jedyny człowiek na świecie, który mnie nie potępił, miły ty mój chłopcze; czuję to, bo jakżebym mógł nie czuć?

Aż zaszlochał – był w ogóle sentymentalny. Zły i sentymentalny.

V. STARCY

Mógłby kto pomyśleć, że Alosza był suchotniczym, wymęczonym człowiekiem i chorobliwym ekstatykiem, bladym marzycielem, niedorozwiniętym. Przeciwnie – był to młodzieniec dziewiętnastoletni, postawny, z jasnym wzrokiem, tryskający zdrowiem. Był to piękny nawet, średniego wzrostu szatyn, o owalnej twarzy, z błyszczącymi, ciemnoszarymi oczami. Zawsze był zamyślony. Powiedzą może, że czerwone policzki nie przeszkadzają ani fanatyzmowi, ani mistycyzmowi, a jednak wydaje mi się, że Alosza był realistą większym niż ktokolwiek. Oczywiście, w klasztorze wierzył w cuda, lecz według mnie cuda realisty nigdy nie zbiją z tropu. Nie cuda doprowadzają realistę do wiary. Prawdziwy realista, jeżeli nie wierzy, nie uwierzy i w cud; jeżeli ujrzy go sam, raczej nie uwierzy swoim oczom. Jeżeli uzna sam fakt, to uzna go za fakt naturalny, jedynie dotychczas nieznany. Nie cud rodzi wiarę dla realisty, lecz wiara cud – jeżeli raz uwierzy, to konsekwentnie musi uwierzyć i w cud. Apostoł Tomasz oświadczył, że nie uwierzy, póki nie ujrzy, a gdy ujrzał, rzekł: „Pan mój i Bóg mój!”. Czy cud zmusił go do uwierzenia? Prawdopodobnie nie – uwierzył, ponieważ chciał uwierzyć, a może wierzył już całkowicie, w głębi swej duszy wtedy już, gdy mówił: „nie uwierzę, aż ujrzę”.

Powiedzą może, że Alosza był tępy, niedorozwinięty, nie ukończył gimnazjum itd. Że nie ukończył gimnazjum, to prawda, lecz powiedzieć, że był tępy czy głupi, byłoby niesprawiedliwością. Powtarzam po prostu, że wstąpił na tę drogę, ponieważ w tym czasie ona jedna pociągała go, przedstawiając mu ideał rwącej się w mroku ku światłu jego duszy. Dodajmy, że był to młodzieniec ostatnich czasów, więc uczciwy z natury, łaknący prawdy, szukający jej i wierzący w nią. Uwierzywszy zaś, całą duszą dążący do czynu w jej imię, czynu choćby życie mającego kosztować. Na nieszczęście, młodzieńcy tacy często nie pojmują, że ofiara życia jest może najłatwiejsza i że poświęcenie, na przykład pięciu-sześciu lat swej kipiącej młodości na ciężką, trudną naukę, by tylko spotęgować dziesięciokrotnie siły swe dla służenia prawdzie – takie poświęcenie przerasta siły wielu. Alosza wybrał swą drogę z żądzą szybkiego czynu. Jak tylko doszedł do głębokiego przeświadczenia, że Bóg i nieśmiertelność duszy istnieją, zaraz rzekł: „chcę żyć dla nieśmiertelności – wszelkie połowiczne kompromisy odrzucam”. Tak samo, gdyby uznał, że Boga nie ma – od razu stałby się socjalistą – bo socjalizm nie jest tylko „kwestią robotniczą”, lecz przede wszystkim współczesnym wcieleniem ateizmu, wieżą Babel, budowaną bez Boga, nie dla osiągnięcia niebios, lecz dla ściągnięcia ich na ziemię. Dla Aloszy życie dotychczasowe stało się niemożliwe. Powiedziano: „rozdaj wszystko i idź za mną, jeżeli chcesz być doskonałym”. Alosza rzekł sobie: „nie mogę oddać zamiast wszystkiego dwóch rubli, a zamiast iść za Nim, chodzić tylko na sumę?”. Ze wspomnień jego niemowlęctwa pozostało mu może wspomnienie naszego klasztoru, dokąd matka mogła go wozić na nabożeństwa; podziałały może i skośne promienie słońca przed obrazem. Przyjechał tu do nas wtedy zamyślony – wszystko tu, czy tylko – dwa ruble nie więcej... I spotkał w klasztorze owego ascetę.

Był to właśnie Zosima **(Postać ojca Zosimy połączyła w sobie rysy kilku rzeczywistych postaci, przedstawicieli i działaczy życia zakonnego w Rosji prawosławnej. Badacze twórczości Dostojewskiego wymieniają tu m.in. takich teologów jak: Tichon Zadonski (1724-1783), Ambroży Optyński (1812-1891), a także dostrzegają w wypowiedziach ojca Zosimy ukryte cytaty z pism Efrema Syryjczyka (IV w.))** – trzeba jednak wyjaśnić, czym właściwie są nasi asceci „starcy”. Choć, niestety, nie jestem w tej kwestii dostatecznie kompetentny – postaram się jednak wyjaśnić powierzchownie. Przede wszystkim, niektórzy kompetentni ludzie twierdzą, że „asceza” jest wytworem ostatnich czasów, stulecia może – gdy tymczasem na Wschodzie prawosławnym, na Synaju **(Synaj – szczyt w Egipcie, na półwyspie synajskim; wg Starego Testamentu miejsce zawarcia przez Boga przymierza z Izraelem.)**, na Athosie **(Athos – szczyt grecki na półwyspie o tej samej nazwie; od V w. siedziba pustelników; powstały tam liczne klasztory, które zorganizowano w neutralną i autonomiczną republikę mniszą.)**, kwitnie już więcej niż tysiąc lat. Twierdzę, że istniała i na Rusi, lecz skutkiem klęsk, najazdu Tatarów, zerwania po upadku Bizancjum dawnych stosunków ze Wschodem, poszła w niepamięć. Odrodził ją dopiero pod koniec zeszłego wieku wielki asceta Paisy Wieliczkowski ze swymi uczniami, ale po dziś dzień istnieje nie tylko nie we wszystkich klasztorach, lecz nawet podlegała prześladowaniom, jako nieznana Rosji nowinka. Zakwitła zaś zwłaszcza w znakomitej pustelni Kozielskiej. Kiedy przyjęła się i w naszym znakomitym klasztorze – nie wiem, ale miał on już trzecie pokolenie starców, ostatnim z nich zaś był właśnie Zosima, umierający już jednak ze starości i chorób, a nie wiedziano, kto będzie jego następcą. Kwestia była poważna, bo klasztor, poza ascetami, niczym się nie wsławił – nie było w nim świętych relikwii ani podań związanych ze świecką historią. Jedynie dla oglądania „starców” schodzili się tłumami pobożni włóczędzy z całej Rosji. Ale czymże jest „starzec”? „Starzec” to biorący waszą duszę i waszą wolę. Wybrawszy sobie „starca” – przewodnika, wyrzekacie się swojej woli, skazując się na bezwzględne posłuszeństwo przewodnikowi. Uczeń „starca” przyjmuje tę straszliwą szkołę życia dobrowolnie, w nadziei, że zapanuje nad sobą tak, aż osiągnie przez posłuszeństwo całkowitą swobodę, wolność od siebie samego, uniknie losu tych, co całe życie przeżyli, a siebie w sobie nie znaleźli. Osiągnięcie tego, to właśnie „starczestwo”, asceza nie teoretyczna, lecz mająca na Wschodzie praktykę tysiącletnią. Obowiązki wobec „starca”-nauczyciela, to coś więcej, niż ślub posłuszeństwa obowiązujący ogół mnichów – to wieczna, nieustająca spowiedź przed nim i nierozerwalny związek nauczyciela z uczniem. Opowiadają na przykład, że raz, jeszcze w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, pewien taki uczeń nie spełnił jakiegoś rozkazu swego mistrza, opuścił jego klasztor i przeniósł się z Syrii do Egiptu, gdzie po długim szeregu praktyk ascetycznych, poniósł na koniec męki i śmierć za wiarę. Gdy jednak chowano go, już jako świętego, nagle przy wezwaniu diakona: „niech wykluczeni z Kościoła wyjdą!” – trumna z ciałem zmarłego podniosła się i wypadła poza kościół – i tak do trzech razy. Wtedy dopiero dowiedziano się, że ów męczennik złamał posłuszeństwo mistrzowi i bez jego rozgrzeszenia nie może uzyskać łaski, bez względu na swe zasługi. Oczywiście, to tylko starożytna legenda, ale oto niedawna rzeczywistość: pewien współczesny nam asceta żył na Athosie. Nagle mistrz nakazał opuścić mu Athos, ukochaną przezeń głęboko świątynię, cichą przystań, i iść najpierw pokłonić się świętym miejscom w Jerozolimie, a później z powrotem do Rosji, na Sybir – „tam twoje miejsce, nie tu”. Zrozpaczony mnich udał się do Konstantynopola i błagał patriarchę o uchylenie decyzji, lecz ekumeniczny patriarcha odrzekł, że nie tylko on, ale nikt na ziemi nie może zwolnić go od posłuszeństwa mistrzowi.

Tak więc starcom-mistrzom przysługuje w wielu wypadkach władza bezgraniczna i bezapelacyjna – oto dlaczego w wielu klasztorach ascetę tego typu wprost prześladowano. Jednocześnie jednak „starcy” zdobyli od razu olbrzymią część ludu. Do starców naszego klasztoru tłoczy się i pospólstwo, i ludzie wybitni, by spowiadać się ze swych zwątpień, grzechów, prosić o radę. Na widok tego wrogowie ascezy krzyczeli, że starcy lekkomyślnie i samowolnie poniżają sakrament spowiedzi – choć nieustanna spowiedź ucznia lub świeckiego przed starcem-mistrzem nie ma nic wspólnego z sakramentem. Na koniec jednak instytucja starców utrzymała się, a pomału szerzy się dalej. Prawda, że ten wypróbowany, tysiącletni oręż dla moralnego przerodzenia się człowieka i dla osiągnięcia doskonałości, bywa obosieczny i niejednego doprowadza, zamiast do pokory i ostatecznego przezwyciężenia siebie samego, do pychy krańcowej, diabelskiej, więc do kajdan, nie do wolności.

Starzec Zosima miał lat sześćdziesiąt pięć, pochodził ze szlachty, w najwcześniejszej młodości służył w wojsku na Kaukazie, jako oficer. Niewątpliwie wpłynął na Aloszę jakąś właściwością swej duszy. Alosza zamieszkał w celi starca, który polubił go bardzo i nie puszczał od siebie. Trzeba zaznaczyć, że Alosza nie był jeszcze związany żadnymi ślubami, mógł wychodzić choćby na całe dni, nawet jeżeli nosił włosienicę, to z własnej woli. Ale było to zgodne z jego powołaniem. Możliwe, że na jego młodzieńczą wyobraźnię podziałała sława Zosimy, o którym mówiono, iż tyle wchłonął przez lat wiele w duszę spowiedzi, aktów skruchy, wyznań, aż doszedł do takiej przenikliwości, że jednym spojrzeniem przenikał nieznajomego, domyślając się od razu, w jakiej sprawie przyszedł, czego potrzebuje, co trapi jego sumienie – zadziwiał, nieraz wprost napawał lękiem penitenta. Jednakże Alosza zauważył, że wielu przychodziło do starca w strachu i niepokoju, wychodziło zaś prawie zawsze z radością i pogodą. Aloszę uderzyło, że starzec nie był surowy, prawie zawsze nawet wesół i pogodny. Mnisi mówili o nim, że przywiązuje się duszą właśnie do największych grzeszników. Bywali między mnichami, nawet pod koniec życia starca, wrogowie jego zawistni, było ich jednak coraz mniej i umilkli – przytłaczająca większość stała po stronie Zosimy; niektórzy przywiązywali się doń fanatycznie. Niektórzy mówili już, choć ostrożnie, że jest to święty i, przewidując bliską jego śmierć, oczekiwali cudów, mających wsławić klasztor. W cudowną moc starca wierzył i Alosza, podobnie jak wierzył i w historię o latającej trumnie męczennika. Sam widział, jak wielu przychodziło do starca z chorymi krewnymi, by włożył na nich ręce, modląc się, potem zaś wracali i padali mu do nóg ze łzami wdzięczności za cudowne uzdrowienie. Czy to było istotne uzdrowienie, czy jedynie naturalne polepszenie się stanu chorego? – to pytanie nie istniało dla Aloszy, przekonanego o mocy swego mistrza. Serce w nim drżało niemal, gdy starzec wychodził do tłumu pątników, schodzących się do niego z całej Rosji, klękających przed nim, całujących mu nogi, ziemię, którą dotknęły jego stopy. Baby wyciągały na rękach ku niemu dzieci, przyprowadzały chorych, klikusze. Ostatnio osłabł tak, że po kilka dni nie mógł opuszczać celi i pątnicy wyczekiwali w klasztorze. Alosza rozumiał doskonale źródło tej miłości i czci – rozumiał, że dusza rosyjskiego prostaka, wymęczona pracą i biedą, przede wszystkim zaś powszechną niesprawiedliwością i powszechnym grzechem, znajduje ukojenie w oddaniu pokłonu świętemu czy świętości. „Pełno w nas grzechu, nieprawości i pokus, ale wszystko jedno, jest jeszcze gdzieś na ziemi ktoś wzniosły i święty. Prawda jest jego udziałem, on ją zna, a więc nie umarła ona jeszcze na ziemi, a zstąpi kiedyś i ku nam i zakróluje światu, jak obiecano”. Alosza sam o tym nie wątpił – przekonanie, że starzec po śmierci okryje chwałą klasztor opanowało go bardziej niż kogokolwiek. W ogóle w ostatnich czasach jakiś głęboki, płomienny zachwyt coraz silniej gorzał w jego sercu. Nie trapiło go, że starzec ten jest wyjątkiem między ludźmi: „wszystko jedno, to święty, serce jego zawiera tajemnicę odrodzenia się wszystkich, moc, która zaprowadziła na koniec prawdę na świecie, aż wszyscy będą braćmi, nie będzie biednych ani bogaczy, wywyższonych ani poniżonych, a wszyscy będą dziećmi Bożymi i nastanie królestwo Chrystusowe” – marzył Alosza.

Zdaje się, że na Aloszę wywarł silne wrażenie przyjazd dwóch starszych braci, których dotąd prawie nie znał. Do Dymitra zbliżył się szybciej, chociaż przyjechał on później. Gorąco pragnął poznać brata rodzonego, Iwana, lecz choć bawił tu już dwa miesiące i widywali się dość często, dotąd prawie się nie znali. Alosza był w ogóle milczący, Iwan zaś, choć wielokrotnie zauważał badawczy wzrok brata, szybko zaprzestał, zdaje się, myśleć o nim. Alosza przypisywał tę obojętność brata różnicy wieku, a zwłaszcza wykształceniu, myślał jednak i o czymś jeszcze: wydawało mu się, że Iwan czymś jest zajęty, dąży do jakiegoś trudnego celu i dlatego odnosi się do wszystkiego i do niego obojętnie. Zastanawiał się Alosza też, czy ten uczony ateista nie gardzi nim, głupawym mnichem. Wiedział doskonale, że brat jego jest ateistą. Drugi brat, Dymitr, żywił dla Iwana głęboki szacunek i od niego dowiedział się Alosza o ważnej sprawie, która ostatnio związała ze sobą dwóch starszych braci. Zachwyt Dymitra nad Iwanem był tym dziwniejszy, że Dymitr w porównaniu z bratem był prawie niewykształconym i obaj przedstawiali jaskrawe przeciwieństwo.

W tym to czasie nastąpiło nagle rendez-vous całej tej niedobranej rodziny w celi Zosimy. Powód był w gruncie rzeczy fikcyjny. Wtedy właśnie spory pomiędzy starym Karamazowem a Dymitrem o prawa tego ostatniego do spadku po matce, zaostrzyły się nie do zniesienia. Zdaje się, że pierwszy Iwan Fiodorowicz podał, może żartem, myśl zejścia się wszystkich członków rodziny w celi Zosimy. Dymitr, który starca nawet nie widział, pomyślał, że chcą go ascetą nastraszyć, że jednak sam wyrzucał sobie dużo w sporze z ojcem, zgodził się jednak na koniec. Żył wtedy już nie z ojcem, lecz na drugim końcu miasta. Jednocześnie Piotr Aleksandrowicz Miusow, dowiedziawszy się o tym projekcie, popart go silnie. Liberał lat sześćdziesiątych, wolnomyślny ateista, z nudów, a może i dla zabawy, zapragnął nagle ujrzeć klasztor i „świętego”. Ponieważ stare jego sprawy z klasztorem nie skończyły się jeszcze, użył więc za pretekst do wizyty w klasztorze chęć porozumienia się z ihumenem **(Ihumen – przełożony klasztoru prawosławnego.)** co do polubownego załatwienia owych spraw. W tym czasie starzec, chory, prawie że nie opuszczał swej celi, na wizytę jednak zgodził się. „Kto mi nakazał ich godzić?” – odezwał się z uśmiechem do Aloszy.

Wiadomość o spotkaniu wzburzyła Aloszę. Serio traktować mógł ten zjazd familijny tylko Dymitr, reszta zaś zejdzie się bez głębszej myśli, co może starca urazić – myślał Alosza. – Iwan i Miusow przyjadą z ciekawości, ojciec zaś może dla jakiej komedianckiej sceny. Alosza, choć milczał, dobrze już znał ojca. Powtarzam, nie był on tak prostoduszny. Z ciężkim sercem oczekiwał naznaczonego dnia: frasował się w sercu o ukończenie owych rodzinnych niesnasek, przede wszystkim jednak frasował się o starca. Bał się uprzejmych, eleganckich żarcików Miusowa i półsłówek uczonego Iwana – chciał nawet uprzedzić Zosimę, lecz namyślił się i zamilczał. Napisał tylko w przeddzień spotkania do brata Dymitra, że go bardzo kocha i oczekuje wypełnienia obietnicy. Dymitr zastanowił się, nie mogąc sobie przypomnieć, co mu obiecał. Odpisał tylko, że powstrzyma się „od nikczemności”, że głęboko szanuje i starca, i brata Iwana, lecz jest pewny, że chcą go wciągnąć w jakąś pułapkę – „niemniej, prędzej język połknę, niżbym miał okazać niedostateczny szacunek świętemu mężowi, którego tak poważasz”. List ten niezupełnie uspokoił Aloszę.

KSIĘGA DRUGA NIEWCZESNY ZJAZD

I. PRZYJAZD DO KLASZTORU

Zapowiadał się piękny, jasny dzień sierpniowy, spotkanie u starca wyznaczono na wpół do dwunastej, wszyscy jednak przyjechali o wiele wcześniej, przyjechali w dwóch powozach. W pierwszym, eleganckim, przybył Piotr Aleksandrowicz Miusow ze swym dalekim krewnym, dwudziestoletnim Piotrem Fomiczem Kałganowem. Młodzieniec ten wybierał się na uniwersytet, Miusow namawiał go do wyjazdu za granicę, do Zurychu lub Jeny, na tamtejszy uniwersytet, lecz młodzieniec jeszcze się nie zdecydował. Był on zamyślony i jakby roztargniony. Twarz miał sympatyczną, budowę silną, lecz wzrok jego uderzał dziwną nieruchomością; jak wszyscy roztargnieni mógł długo wpatrywać się w was uporczywie, wcale was nie widząc. Był milczący i trochę niezgrabny, czasami jednak wpadał w dziwną rozmowność, ruchliwość, wesołość. Ubierał się bardzo starannie, był majętny. Z Aloszą żył w przyjaźni.

Fiodor Pawłowicz z synem Iwanem zajechali starym, rozklekotanym powozem, Dymitr Fiodorowicz spóźnił się. Oprócz Fiodora Pawłowicza nikt z nich nigdy w klasztorze nie był, Miusow zaś i ze trzydzieści już lat do cerkwi nie zaglądał. Rozglądał się też z pewną ciekawością. Dziwne było, że nikt ich nie oczekiwał, jakby się należało spodziewać. Przecież jeden niedawno jeszcze tysiąc rubli ofiarował, drugi był najbogatszym obywatelem w guberni, a przecież żadna urzędowa osoba nie wyszła na powitanie. Miusow w roztargnieniu przyglądał się kamieniom grobowym obok kościoła i pomyślał, że prawo pochowania na takim świętym miejscu drogo musi kosztować, lecz przemilczał. Zwykła liberalna ironia zaczęła już przechodzić u niego prawie w gniew.

– Czart wie, kogo spytać... czas leci – przemówił na koniec, jakby do siebie.

Nagle podszedł do nich starszy, łysawy jegomość w szerokim, letnim palcie i, zdjąwszy kapelusz, przedstawił się jako tulski obywatel Maksymow.

– Starzec Zosima mieszka w pustelni, o czterysta kroków od klasztoru, w głuchej pustelni, przez lasek, przez lasek...

– Wiem, wiem – przerwał Fiodor Pawłowicz – wiem, że za laskiem, ale drogi zapomnieliśmy. Dawno tu już nie byliśmy.

– A, tu, przez tę bramę i prosto... Proszę... A może... ja sam? O, tu tu...

Ruszyli przez lasek. Maksymow, człowiek sześćdziesięcioletni, już nie szedł, ale biegł przy nich, przyglądając się wszystkim z gwałtowną, gorączkową ciekawością, aż mu oczy na wierzch wychodziły.

– Widzi pan, idziemy do tego starca w pewnej sprawie, otrzymaliśmy, że tak powiem, audiencję, więc choć i dziękujemy panu za pokazanie nam drogi, ale już prosimy nie wchodzić razem z nami – z powagą wyrzekł Miusow.

– Byłem, byłem, już byłem... Un chevalier parfait! **( Un chevalier parfait (fr.) – doskonały rycerz.)** – Kto? – spytał Miusow.

– Starzec, znakomity starzec... Zosima... Cześć i chwała klasztorowi... Zosima, starzec... To taki starzec, starzec...

Gadaninę jego przerwał mnich w kłobuku, mały, blady i wynędzniały, który dopędził gości i kłaniając się prawie w pas, wyrzekł:

– Ojciec ihumen pokornie prosi panów do siebie na posiłek, teraz właśnie. A i pana także – zwrócił się do Maksymowa.

– Z wielką chęcią! – zawołał z radością Fiodor Pawłowicz. – A pan pozwoli? – spytał Piotra Aleksandrowicza.

– Jeszcze by nie! Przecież przyjechałem tu, by zobaczyć wszystkie ich obyczaje. Krępuje mnie tylko jedno..., że jestem z panem, Fiodorze Pawłowiczu.

– Tak, Dymitra Fiodorowicza jeszcze nie ma.

– I lepiej byłoby, żeby go brakowało. Myśli pan, że mi sprawia przyjemność cały ten wasz kram, razem z panem? No, to będziemy na obiedzie – zwrócił się do mnicha.

– Mam rozkaz zaprowadzić panów do starca – odrzekł braciszek.

– No, bo ja do ojca ihumena, do ojca ihumena – zaraz prosto do ojca ihumena – zaszczebiotał Maksymow.

– Ojciec ihumen teraz zajęty, ale jeżeli panu nie sprawi trudności... – niezdecydowanie rzekł braciszek.

– Natrętny starowina! – zauważył głośno Miusow, gdy obywatel Maksymow pobiegł znów w kierunku klasztoru.

– Przypomina von Sohna – rzekł nagle Fiodor Pawłowicz.

– Pan tylko o tym... Czym on przypomina von Sohna? Czyś pan von Sohna przynajmniej sam widział?

– Portret widziałem. Nie rysami twarzy, ale czymś szczególnym... Po prostu drugi egzemplarz von Sohna. Ja zawsze po fizjonomii poznaję.

– A, możliwe, jesteś pan zbawcą. Tylko pamiętaj, Fiodorze Pawłowiczu, daliśmy słowo, że będziemy się przyzwoicie zachowywać. Mówię panu, pilnuj się pan, nie błaznuj, bo wcale nie mam zamiaru, by mnie tu traktowano na równej stopie z panem... Widzi pan, co za człowiek – zwrócił się do mnicha – boję się z nim do przyzwoitych ludzi wchodzić.

Na bezkrwistych wargach mnicha pojawił się uśmieszek, nie pozbawiony chytrości, lecz nic nie odpowiedział; widać było, że milczy przez poczucie swej godności. Piotr Aleksandrowicz zmarszczył się jeszcze bardziej.

– Niech diabli ich wszystkich. Wiekami wyrobione pozory, a w istocie szarlataneria i bzdury – przeszło mu przez głowę.

– O, już pustelnia! – krzyknął Fiodor Pawłowicz i począł się żegnać przed wizerunkami świętych, zdobiącymi bramę.

– Do cudzego klasztoru ze swoją ustawą się nie pcha – zauważył. – W całej pustelni dwudziestu pięciu świętych czeka na zbawienie i kapustę je. Ani jedna kobieta wrót nie przekroczy – to najdziwniejsze. I tak jest. Ale, co ja słyszałem, że starzec damy przyjmuje? – zwrócił się do mnicha.

– Baby z pospólstwa i teraz czekają, o, na galeryjce. A dla ważniejszych dam dwa pokoiki urządzone na galeryjce i starzec, jeżeli jest zdrów, wychodzi do nich. A i teraz czeka na niego jedna dama spod Charkowa, z chorą córką. Obiecał pewno, że do nich wyjdzie, choć w ostatnich czasach osłabł i mało się pokazuje.

– No więc jednak jest sobie przejście do domu urządzone... Nie myślcie, ojcze święty, że ja co takiego... nie! Wiecie, na Athosie – słyszeliście? – nie tylko kobietom przebywać nie wolno, ale wszelkim tworom płci żeńskiej, kureczkom, indyczkom, jałóweczkom...

– Fiodorze Pawłowiczu, zawrócę się i zostawię pana, a beze mnie pana stąd wyprowadzą za kołnierz – przerwał Miusow.

– Ale, w czym panu przeszkadzam, Piotrze Aleksandrowiczu? Spójrzcie! – krzyknął nagle – spójrzcie, w jakiej oni dolinie róż żyją?

I istotnie, choć róż już nie było, ale mnóstwo pięknych i rzadkich kwiatów jesiennych; wszędzie widniały klomby. Domek starca również obsadzony był kwiatami – widać było od razu, że sadziła je ręka umiejętna.

– Czyż to było możliwe przy poprzednim starcu, Warsonofiuszu. Ten zbytku, mówią, nie lubił; kijem nawet płeć piękną pędził – zauważył Fiodor Pawłowicz, wchodząc na ganek.

– Starzec Warsonofiusz rzeczywiście był trochę fanatykiem – odrzekł braciszek – lecz dużo o nim plotą. Kijem przecież nikogo nie pędził. A teraz, panowie, poczekajcie chwileczkę, zaraz zamelduję was świętemu starcowi.

– Fiodor Pawłowicz, ostatni raz – słyszysz pan? Zachowaj się pan przyzwoicie, bo się panu odpłacę – zamruczał Miusow.

– Nie rozumiem, o co się pan rzucasz? – drwiąco odparł Fiodor Pawłowicz. – Może się pan boisz – mówią, że on z oczu poznaje, z czym kto przychodzi. Ale, wysoko pan cenisz ich opinię, pan, paryżanin – aż mnie zadziwiłeś, ot co!

Nim Miusow zdążył odpowiedzieć, poproszono ich do środka. Wszedł nieco rozdrażniony...

– No, znam siebie – pomyślał. – Zły jestem, pokłócę się, zacznę się gorączkować i siebie, i ideę poniżę – pomyślał.

II. STARY BŁAZEN

Weszli do pokoju jednocześnie ze starcem, który wychodził właśnie ze swej sypialni. W celi, prócz nich oczekiwali na starca dwaj mnisi: ojciec bibliotekarz i ojciec Paisy, chorowity, choć niestary, lecz bardzo podobno uczony, oprócz nich zaś, w kącie, wyrostek, lat ze dwadzieścia dwa, ubrany po świecku – seminarzysta, przyszły teolog, protegowany z jakiegoś powodu przez klasztor; dość wysoki, o świeżej twarzy, o szerokich kościach policzkowych, o rozumnych i badawczych maleńkich oczach. Twarz wyrażała pełną czołobitność, lecz bez schlebiania i lizusostwa. Przybyłych nawet nie powitał pokłonem.

Starzec Zosima wyszedł w towarzystwie Aloszy i drugiego mnicha. Hieromonachowie **(Hieromonach – mnich posiadający święcenia kapłańskie.)** uczcili starca głębokim pokłonem, po czym ucałowali mu rękę. Pobłogosławiwszy ich, starzec z kolei oddał każdemu z nich taki sam pokłon i poprosił każdego z nich o błogosławieństwo. Całej ceremonii dokonano z powagą, Miusowowi jednak wydała się zbyt etykietalną. Stał przed wszystkimi przybyłymi wraz z nim. Należałoby – pomyślał – bez względu na jakieś przekonania, a wprost przez grzeczność, skoro tu taki zwyczaj, co najmniej podejść do starca po błogosławieństwo, jeżeli już nie ucałować mu ręki, lecz, ujrzawszy teraz wszystkie te pokłony, zmienił decyzję i poprzestał na poważnym, dość głębokim, świeckim ukłonie. Tak samo postąpił Fiodor Pawłowicz, jak małpa naśladując tym razem Miusowa. Iwan kłaniał się również poważnie i uprzejmie; Kałganow tak się zmieszał, że w ogóle się nie ukłonił. Starzec opuścił podniesioną już do błogosławieństwa rękę i, skłoniwszy się im, poprosił wszystkich, by usiedli. Krew zalała policzki Aloszy – było mu wstyd. Dręczyły go złe przeczucia.

Starzec usiadł na starej mahoniowej sofce, gości zaś, prócz dwóch hieromonachów, posadził naprzeciwko, rzędem, na mahoniowych, wyściełanych mocno już przetartą skórą krzesłach. Jeden hieromonach usiadł u drzwi, drugi przy oknie, seminarzysta i Alosza stali. Cela była nieobszerna i dość uboga: meble były proste. Dwie doniczki kwiatów zdobiły okno, w kątach zaś widniało sporo ikon, między nimi stara, jeszcze z czasów przed raskołem **(Raskoł – rozłam, do jakiego doszło w Kościele prawosławnym w XVII w. Był spowodowany reformami wprowadzonymi przez patriarchę Nikona, których część wiernych nie uznała.)**, ikona Bogurodzicy, ogromna – paliła się przed nią lampka. Obok niej jeszcze dwie ikony w lśniących ramach, dalej jajka porcelanowe, katolicki krzyż z kości słoniowej z obejmującą go Mater Dolorosa i kilka kopii dzieł dawnych włoskich mistrzów, obok nich zaś kilka prostackich rosyjskich wizerunków świętych, męczenników, apostołów, kilka litografii współczesnych i dawnych rosyjskich duchownych. Miusow rozejrzał się szybko po tym i zwrócił wzrok na starca.

Na pierwszy rzut oka nie podobał mu się – było w jego twarzy coś, co wielu, nie tylko Miusowowi, by się nie podobało. Był to niski, zgarbiony człowiek o bardzo słabych nogach, sześćdziesięciopięcioletni, lecz o wyglądzie starszym o jakieś dziesięć lat. Całą suchą twarz jego pokrywały zmarszczki, zwłaszcza dokoła oczu, małych, jasnych, bystrych i błyszczących. Siwe włosy zachowały się tylko na skroniach, bródkę miał rzadką, cienkie, często uśmiechające się wargi, nos niedługi, lecz bardzo ostry, ptasi.

– Złośliwa i nadęta duszyczka – przemknęło przez myśl Miusowowi. Był on w ogóle bardzo z siebie kontent.

Zegar począł wybijać dwunastą.

– W samą porę! – zawołał Fiodor Pawłowicz. – A mego syna Dymitra jeszcze nie ma. Przepraszam za niego, poświęcony starcze (Alosza aż zadrżał od tego „poświęconego starca”). Sam zawsze jestem dokładny, pamiętając, że punktualność jest grzecznością królów...

– Ależ nie jesteś pan chyba królem – wymruczał Piotr Aleksandrowicz, nie mogąc wreszcie wytrzymać.

– Tak, królem nie. I wyobraź pan sobie, Piotrze Aleksandrowiczu, że sam przecież to wiedziałem, na Boga. Zawsze coś nie do rzeczy powiem! Wasza Wielebność! – krzyknął z jakimś patosem. – Macie przed sobą błazna, rzetelnego błazna – tak się przedstawiam. Stare przyzwyczajenie, niestety. A że nie do rzeczy czasami barłożę, to z rozmysłem, dla rozśmieszenia. Miło być przyjemnym – prawda? Przyjechałem przed siedmiu laty do jednego miasteczka, za jakimś interesem; wszedłem w kompanijkę z jakimiś kupczykami. Idziemy do sprawnika **(Sprawnik – naczelnik policji.)** w jakiejś sprawie – wychodzi do nas – gruby blondyn, ponury – najniebezpieczniejszy w takich razach osobnik. Ja prosto do niego: „panie sprawniku, bądź dla nas... naprawnikiem!”. „Co?” – powiada. „A, rzeknę, pan Naprawnik **(Naprawnik –nazwisko rosyjskiego muzyka i kompozytora żyjącego w latach 1839-1916.)** to znany muzyk, a nam dla harmonii naszego interesu też kapelmajster potrzebny”. Dorzecznie wyjaśniłem „co”. A on: „wybaczcie państwo – powiada – jestem sprawnikiem i kalamburów z mego tytułu robić nie pozwolę” – i wychodzi... Z całej sprawy nic nie wyszło. Zawsze swą serdecznością wszystko popsuję. Raz, przed wielu już laty, powiadam jednej wpływowej osobie: „wasza żona łaskotliwa osoba” – rozumie się, w moralnym, że tak powiem, sensie, a on nagle: „a pan ją łechtałeś?”. Nie wytrzymałem: „tak”, powiadam. No, to mnie i połechtał... Tak już dawno, że nie wstyd opowiadać. Zawsze sobie zaszkodzę...

– Teraz to samo – z obrzydzeniem mruknął Miusow.

– A niech tam! Wyobraźcie sobie państwo, że wiedziałem o tym, wiedziałem też, że pan pierwszy to zauważy. Zawsze, gdy mi się koncept nie udaje, wasza wielebność, oba policzki zaczynają jakby do dziąseł przysychać, jakby w konwulsjach – to od młodości, z czasów, kiedy jako pieczeniarz na chleb zarabiałem – wiecie? Błazen ze mnie urodzony. Nie przeczę, że i duch nieczysty może we mnie siedzi, małego zresztą kalibru; lepszego by mieszkania poszukał, tylko nie w panu, Piotrze Aleksandrowiczu; z pana też kwatera i dla diabła nie znakomita. Ale za to wierzę, w Boga wierzę, ostatnio tylko zwątpiłem i dlatego oczekuję potężnych słów. Jak Diderot, wasza wielebność. Wiecie, świętobliwy ojcze, jak Diderot za Katarzyny II przychodzi do metropolity Platona i od razu: „nie ma Boga”. A wielki arcypasterz – palec do góry i rzecze: „rzekł nierozumny w sercu swoim – nie ma Boga!”. Nasz filozof nogi za pas: „wierzę – krzyczy – chrzest przyjmuję!”. Zaraz go też ochrzcili: księżna Daszkowa była chrzestną matką, a sam Potiomkin chrzestnym ojcem!...

– Fiodorze Pawłowczu, to nie do zniesienia! Przecież sam pan wiesz, że ta głupia anegdotka to nieprawda – drżącym głosem przerwał Piotr Aleksandrowicz, nie panując już zgoła nad sobą.

– Całe życie czułem, że nieprawda! – z przejęciem krzyknął Fiodor Pawłowicz. – Za to ja wam, panowie, całą prawdę powiem. Wielki starcze, wybaczcie, to ostatnie, o chrzcie Diderota, sam zmyśliłem, ale co do Diderota i tego „rzekł nierozumny”, słyszałem jeszcze w młodości od tutejszych obywateli. Od pańskiej cioci, Piotrze Aleksandrowiczu, Mawry Fominiszyny, też słyszałem – dotąd jeszcze wierzą tu święcie, że bezbożny Diderot do metropolity Platona na dysputy przychodził.

Miusow zerwał się – był wściekły i czuł, że w takim stanie staje się śmiesznym. Istotnie, w celi odbywała się scena skandaliczna. Wszyscy, od lat pięćdziesięciu może, wchodząc do tej celi rozumieli, że przyjmowanie ich w niej jest łaską, wielu słuchało błogosławieństwa starca na kolanach. Nawet zwiedzający pustelnię z ciekawości, nawet wolnomyślni zachowywali się tu z najgłębszym szacunkiem. Błazeństwa Fiodora Pawłowicza wywołały zdumienie. Hieromonachowie, nie zmieniając wyrazu twarzy, czekali, co powie starzec, lecz gotowali się już wstać, jak Miusow. Alosza bliski był płaczu – na seminarzystę Rakitina nie śmiał wprost spojrzeć, znając jego myśli – w całym klasztorze znał je jeden Alosza.

– Wybaczcie... – zwrócił się Miusow do starca – może wydaję się wam współuczestnikiem tego niegodnego błaznowania... Zbłądziłem – uwierzyłem, że nawet Fiodor Pawłowicz, odwiedzając tak czcigodną osobę, zrozumie swe powinności. Nie pomyślałem, że trzeba będzie prosić o przebaczenie za to tylko, że się z nim weszło...

Nie dokończył, zmieszany, zamierzając istotnie wyjść.

– Uspokój się pan – powstał nagle staruszek. Ujął za ręce Miusowa i posadził go znów na krzesło. – Uspokójcie się, proszę was.

– Wielki starcze, powiedzcie, czyżbym ubliżył wam swą żywością?! – wołał Fiodor Pawłowicz, łapiąc się oburącz poręczy krzesła.

– Ależ proszę nie niepokoić się i nie krępować – z całą uprzejmością rzekł asceta. – Nie krępujcie się, bądźcie jak u siebie w domu. – Przede wszystkim zaś pan, nie wstydź się siebie samego, bo to właśnie powoduje wszystko.

– Zupełnie jak u siebie w domu? To znaczy w naturalnej postaci? O, to dużo... za dużo – ale z rozczuleniem przyjmuję! Wiecie, błogosławiony ojcze, lepiej mnie o naturalną postać nie prosić, nie ryzykujcie... na naturalną postać i sam się nie poważę! – To tak, dla ostrzeżenia was mówię. No tak, rzecz ta jeszcze osłonięta mrokiem, choć są tu i tacy, co by mnie ładnie chcieli omalować... To do was, Piotrze Aleksandrowiczu, a wam, święta Istoto, zachwyt wyrażam! Błogosławione łono, które ciebie nosiło, i piersi, które cię karmiły! Piersi zwłaszcza! W tej chwili waszą uwagą „nie wstydźcie się samego siebie” przeszyliście mnie na wylot. Właśnie to, zawsze mi się wydaje, że jestem najpodlejszy z ludzi i że mnie wszyscy za błazna mają, więc i powiadam – a niech tam, będę grał rolę błazna, nie boję się waszej opinii, bo wszyscy co do jednego jesteście głupsi i podlejsi ode mnie! Dlatego i błazen ze mnie, ze wstydu błazen, starcze wielki, ze wstydu. Gdybym tylko był pewny, że wszyscy mnie mają za najmilszego i najmądrzejszego człowieka – panie, jakim ja byłbym dobrym człowiekiem! Nauczycielu! – Fiodor Pawłowicz padł na kolana. – Co mam uczynić, by osiągnąć zbawienie i żywot wieczny?

Trudno było określić, czy kpi, czy istotnie wpadł w takie rozczulenie.

Starzec podniósł nań oczy i rzekł z uśmiechem:

– Sam dawno wiesz; rozumu masz dosyć – nie oddawaj się pijaństwu i niepowściągliwości w mowie, nie nurzaj się w rozpuście, a zwłaszcza nie ubóstwiaj pieniędzy. Zamknij też swe szynki, jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej ze dwa, trzy. A nade wszystko – nie kłam.

– To jest, co do Diderota?...

– Nie, nie o Diderota chodzi. Przede wszystkim, nie kłam przed samym sobą. Kłamiący sobie samemu dochodzi do tego, że żadnej prawdy ani w sobie, ani dokoła nie rozróżnia, no i traci wszelki szacunek i dla siebie, i dla innych. Nie szanując nikogo, przestaje kochać, by zaś, pozbawiony miłości, móc zająć siebie czymś, oddaje się żądzom i rozkoszom zmysłowym, dochodząc do zbydlęcenia w swej nieprawości – wszystko zaś skutkiem nieustannego kłamstwa wobec ludzi i siebie. Wierzaj, Fiodorze Pawłowiczu, być obrażonym czasami jest bardzo przyjemnym – czy nie tak? I oto człowiek czasami wie, że nikt go nie obraził, że sam obrazę zmyślił – wie o tym, a przecież sam pierwszy się obraża, obraża dla zadowolenia, dla poczucia dużego zadowolenia i w ten sposób dochodzi do istotnej nienawiści... Ależ „wstańcie”, „siadajcie”, „proszę was bardzo” – przecież to także gesty kłamliwe...

– Błogosławiony! Dajcie rękę do ucałowania! – podskoczył Iwan Fiodorowicz, szybko całując chudą rękę starca. – Tak, tak – to przyjemnie obrazić się; ja całe życie, to właśnie odczuwałem, że być obrażonym jest nie tylko przyjemnie, ale pięknie – oto, co zapomnieliście wielki starcze: pięknie! Zapiszę to! Kłamałem całe życie, codziennie! Zaiste, jam kłamstwo i ojciec kłamstwa! Ale... zdaje się, że nie ojciec – zawsze plącze teksty... no, to choć syn kłamstwa, to i tego dosyć... Tylko... aniele mój... o Diderocie czasami można! Diderot nie zaszkodzi, a co innego zaszkodzi. Ale... starcze wielki, już ze trzy lata zbierałem się przyjść tu i zapytać. Oto o co: czy to prawda, wielki ojcze, że mówią Żywoty Świętych o jakimś świętym męczenniku, który gdy mu głowę odrąbano, podniósł ją i długo szedł, z rozczuleniem na nią patrząc. Z rozczuleniem na nią patrząc! **(Chodzi o żywot św. Dionizego, pierwszego biskupa Paryża.)** Czy to prawda, ojcze?

– Nie, nieprawda – rzekł starzec.

– Ależ niczego podobnego w Żywotach nie ma – wtrącił ojciec bibliotekarz. – O jakim świętym, mówicie, to napisano?

– Sam nie wiem – okłamano mnie. Słyszałem, a wiecie od kogo? Od Piotra Aleksandrowicza, który teraz tak się gniewa o Diderota.

– Ależ nigdy panu czegoś podobnego nie mówiłem, zresztą przecież w ogóle z panem nie rozmawiałem.

– Prawda, nie mnie, ale opowiadał pan w towarzystwie, gdzie ja się znajdowałem, cztery lata temu. Dlatego o tym wspomniałem, że tą szyderczą anegdotką podkopał pan moją wiarę. Nie wiedział pan o tym, a wróciłem do domu z zachwianą wiarą i od tego czasu wątpię coraz bardziej. Stał się pan przyczyną wielkiego upadku, Piotrze Aleksandrowiczu, to już nie to, co z Diderotem!

Miusow był głęboko dotknięty.

– Co za bzdury, co za bzdury – mruczał. – Istotnie, może i opowiadałem, ale nie jemu... Mnie samemu... w Paryżu... jeden Francuz mówił, że to u nas po mszy czytają. To uczony... specjalnie studiował rosyjską statystykę, długo żył w Rosji... Ja sam Żywotów nie czytałem i nie będę... Mało co się gada przy obiedzie... wtedy obiadowaliśmy...

– A tak, pan obiadował, a ja wiarę straciłem!

– A co mnie pańska wiara obchodzi! – uniósł się Miusow, lecz opanował się, dodając z pogardą – dosłownie plugawisz pan wszystko, czego się dotkniesz.

Starzec podniósł się nagle.

– Wybaczcie, panowie, że opuszczę was na parę minut – rzekł – ale oczekują mnie. A wy, nie kłamcie! – dodał wesoło, wychodząc.

Alosza rzucił się, by sprowadzić go ze schodów; starzec skierował się ku galerii. Nagle Fiodor Pawłowicz zatrzymał go jeszcze we drzwiach celi.

– Błogosławiony! – krzyknął. – Pozwól mi raz jeszcze swoją rękę ucałować! – Nie, z wami można porozmawiać, można żyć! Myślicie, że ja zawsze tak blaguję i błazna robię? Wiecie, że ja to umyślnie, żeby was wypróbować – cały czas sprawdzałem was, czy można z wami wytrzymać? No i wydaję wam świadectwo: można! A teraz będę milczał, usiądę i będę milczał; teraz ty mów, Piotrze Aleksandrowiczu, mów, ty teraz najważniejsza osoba... – na dziesięć minut.

III. DEWOTKI

Na drewnianej galerii, obok ogrodzenia pustelni, tłoczyło się ze dwadzieścia bab. Wyszły też na galerię szlachcianki Chochłakowe – były dwie: matka – wdowa, dama bogata i gustownie ubrana, trzydziestoletnia, bardzo ładna, blada, o żywych, czarnych oczach. Czternastoletnia jej córeczka cierpiała na paraliż nóg – biedną dziewczynkę już pół roku wożono w fotelu. Miała śliczną twarzyczkę, trochę wychudzoną przez chorobę, lecz wesołą – coś pustego, wesołego świeciło w jej oczach, dużych oczach o długich rzęsach. Bawili w mieście już tydzień, usiłując dotrzeć do starca. Teraz, w oczekiwaniu na jego wyjście, mama siedziała obok córki, obok niej zaś stał stary mnich, nietutejszy, lecz przybyły z dalekiego, mało znanego klasztoru na północy – i on oczekiwał błogosławieństwa starca. Lecz, wszedłszy na galerię, podszedł najpierw do prostych bab, stanął na szczycie schodów prowadzących na galeryjkę i począł błogosławić.

Przyprowadzono