Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Historia kobiety i mężczyzny, którzy kochali się z tak całkowitym oddaniem, że uniknęli pospolitej codzienności.
[Opis wydawcy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Stargardzka
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2002
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ISABELALLENDE
MIŁOŚĆ I CIENIE
ISABELALLENDEMIŁOŚĆ I CIENIE
Przełożyła
AGNIESZKA RURARZ
Tytuł oryginału: De amor y de sombraProjekt okładki: Maciej SadowskiRedakcja: Rajmund KalickiRedakcja techniczna: Sławomir GrzmielKorekta: Magdalena Szroeder
© Isabel Allende 1984
© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1999© for the Polish translation by Agnieszka Rurarz
ISBN 83-7200-343-2
Jest to historia kobiety i mężczyzny,
którzy kochali się z tak całkowitym oddaniem,
że uniknęli pospolitej codzienności.
Zapamiętałam ją i czule piastowałam
w pamięci, chroniąc przed niszczącym
upływem czasu; dopiero teraz i tu,
gdzie przebywam, w ciszy nocy mogę ją
wreszcie opowiadać. Robię to ze względu
na nich, ale także dla tych wszystkich,
którzy powierzyli mi swoje dzieje mówiąc:
wykorzystaj to, pisz, bo inaczej wiatr wszystko zmiecie.
Isabel Allende
Część pierwsza
Tylko miłość dzięki własnej mądrości czyni nas tak niewinnymi.
Violetta Parra
Pierwszego pogodnego dnia słońce wyciągnęło z ziemi całą wilgoć zgromadzoną w niej przez zimowe miesiące i rozgrzało kruche kosteczki staruszków, którzy mogli nareszcie pospacerować w ogrodzie po specjalnie dla nich wytyczonych alejkach. W łóżku pozostał tylko jeden nieszczęśnik, pogrążony w tak melancholijnym nastroju, że nie warto było mu nawet proponować wyjścia na świeże powietrze; jego oczy widziały już tylko własne koszmary, a uszy pozostawały głuche na świergot ptaków. Josefina Bianchi, aktorka, ubrana w długą jedwabną suknię, tę samą, w jakiej pięćdziesiąt lat wcześniej deklamowała Czechowa, osłaniając parasolką twarz przywodzącą na myśl spękaną porcelanę, przechadzała się wolnym krokiem wśród trawników, na których już wkrótce miały zagościć kwiaty i trzmiele.
- Biedni chłopcy - uśmiechnęła się osiemdziesięcioletnia dama na widok drżących leciutko niezapominajek, niemal pewna, że poruszyli je wielbiący ją skrycie adoratorzy, którzy schowani w bujnej roślinności śledzili każdy jej krok.
Pułkownik przesunął się kilka centymetrów, wsparty na aluminiowej podporze, która dodawała sił jego bezwładnym nogom. Na cześć nadchodzącej wiosny, a także pragnąc oddać honory sztandarowi, jak należałoby co rano, przypiął sobie wszystkie medale z kartonu i z blachy, jakie zrobiła dla niego Irene. Kiedy tylko płuca mu na to pozwalały, wydawał głośne komendy oddziałowi, a trzęsącym się stulatkom rozkazywał wycofać się z Pól Marsowych, bo defilująca tam uroczyście piechota mogłaby zadeptać ich swymi błyszczącymi oficerkami. Flaga załopotała w powietrzu tuż przy drucie telefonicznym niczym niewidzialne ptaszysko i żołnierze pułkownika sztywno ustawili się czwórkami, patrząc przed siebie, i przy wtórze werbli zaintonowali święty hymn, który docierał jedynie do jego uszu. Przerwała mu pielęgniarka w mundurze polowym, milcząca i obłudna jak większość z nich, która przyniosła serwetkę, żeby wytrzeć mu ślinę ściekającą z kącików ust na koszulę. Przyszło mu na myśl, że mógłby ją odznaczyć albo awansować, ale odwróciła się, nie dając ku temu sposobności, przy czym zdążyła go ostrzec, że jeżeli znowu zabrudzi majtki, dostanie trzy razy w tyłek, bo dość ma już sprzątania cudzych odchodów. O kim mówi ta wariatka? - zastanawiał się pułkownik, dochodząc w końcu do wniosku, że bez wątpienia chodzi o najbogatszą wdowę w królestwie. Ona jedna używa w obozie pieluch, bo kula armatnia rozerwała jej na strzępy cały przewód pokarmowy i trwale przykuła do wózka inwalidzkiego, co wcale nie przysporzyło jej szacunku. Przy najmniejszej nieuwadze okradano ją ze szpilek i wstążek, na świecie nie brak łajdaków i niegodziwców.
- Złodzieje! Ukradli mi kapcie! - krzyczała wdowa.
- Cicho bądź, babciu, bo sąsiedzi cię usłyszą - nakazała opiekunka, przesuwając krzesło tak, by znalazła się bardziej na słońcu.
Kaleka nie przestawała rzucać oskarżeń, póki nie zabrakło jej tchu i musiała zamilknąć, by się nie udusić, pozostało jej jednak dość sił, by artretycznym palcem wskazać na satyra, który ukradkiem rozpinał rozporek, demonstrując damom swój pożałowania godny penis. Żadnej z nich nic to wprawdzie nie obchodziło, poza drobną kobietą w żałobie, która spoglądała na ten zasuszony owoc z niejaką czułością. Była zakochana w jego posiadaczu i co noc zostawiała otwarte drzwi do swego pokoju, aby go ośmielić.
- Ladacznica! - syknęła wdowa, nie zdołała jednak powstrzymać uśmiechu, nagle bowiem przypomniała sobie dawne czasy, kiedy jeszcze miała męża, a ten płacił kawałkami złota za to, by wślizgnąć się między jej grube uda, co zresztą zdarzało się nader często. Jej walizka stała się w końcu tak ciężka, że żaden marynarz nie mógł jej udźwignąć.
- Gdzie moje złote monety?
- O czym ty mówisz, babciu? - spytała w roztargnieniu opiekunka, pchając wózek inwalidzki.
- Ty mi je ukradłaś? Wezwę policję!
- Przestań, staruszko - odparła niewzruszona opiekunka.
W połowie sparaliżowanemu pensjonariuszowi, który mimo zniekształconej twarzy zachował spokój i pełną godności postawę, otulono nogi pledem i posadzono go na ławce; niesprawną rękę włożył do kieszeni, w drugiej zaś trzymał nie nabitą fajkę, nienagannie po angielsku wytworny w swej marynarce ze skórzanymi łatami na łokciach. Czekał na pocztę, dlatego też zażyczył sobie, by posadzono go na wprost bramy, skąd mógł widzieć wracającą Irene i od razu zorientować się, czy ma dla niego list. Na ławce obok niego zażywał słońca smutny staruszek, z którym nie rozmawiał, bo swego czasu się pokłócili, aczkolwiek żaden z nich nie pamiętał już, o co im poszło. Czasami przez pomyłkę zwracali się jeden do drugiego, nigdy jednak nie padała odpowiedź - i to raczej nie tyle z powodu narosłej między nimi wrogości, co postępującej głuchoty obu dżentelmenów.
Przez poręcz balkonu na piętrze, gdzie bratki nie wypuściły jeszcze listków ani pączków, wychyliła się Beatriz Alcantara de Beitrán. Miała na sobie zamszowe spodnie koloru groszkowej zieleni i francuską bluzkę tej samej barwy, co współgrało z cieniami na jej powiekach i pierścionkiem z malachitem; umalowana odpowiednio na porę przedpołudniową, spokojna i odświeżona po swoim seansie wschodnich ćwiczeń, mających rozładować napięcie i pozwolić zapomnieć o nocnych koszmarach, trzymała w ręku szklankę soku owocowego na poprawienie trawienia i rozjaśnienie skóry. Odetchnęła głęboko, wyczuwając w powietrzu świeże ciepło i policzyła dni dzielące ją od planowanej podróży. Przez tę ostrą zimę jej skóra straciła całą opaleniznę. Obrzuciła uważnym spojrzeniem ogród rozciągający się u jej stóp, coraz piękniejszy z nastaniem wiosny, nie zauważyła jednak ani światła na kamieniach ogrodzenia, ani zapachu wilgotnej ziemi. Niezniszczalny bluszcz zdołał jakoś przeżyć ostatnie mroźne dni, dachówki błyszczały jeszcze pokryte nocną rosą, a pawilon gościnny z kasetonowym stropem i drewnianymi okiennicami stał smutny i wyblakły. Postanowiła, że każę odmalować dom. Policzyła wzrokiem staruszków, jednocześnie sprawdzając dokładnie, czy wszystkie jej polecenia zostały wykonane. Nie brakowało nikogo poza tym biednym melancholikiem, który pogrążony w depresji nie opuszczał łóżka, bardziej podobny umarłemu ze zgryzoty niż żywemu.
Przyjrzała się także opiekunkom, sprawdzając, czy mają czyste i wyprasowane fartuchy, upięte włosy i kapcie na gumowej podeszwie. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, wszystko bowiem było w porządku, a niebezpieczna pora deszczowa przynosząca ze sobą falę epidemii minęła, nie zabierając ani jednego z grona pensjonariuszy. Przy odrobinie szczęścia będzie miała przez kilka miesięcy zapewniony stały dochód, jako że nawet przewlekle chorzy powinni jeszcze przeżyć lato.
Ze swego punktu obserwacyjnego Beatriz ujrzała Irene wchodzącą do ogrodu „Woli Nieba”. Zauważyła niezadowolona, że córka nie używa bocznej bramy wiodącej na prywatne podwórze i ku schodom na piętro, gdzie urządziły mieszkalną część domu. Specjalnie poleciła zrobić oddzielne wejście, żeby uniknąć przechodzenia przez dom starców. Starość wywoływała u niej nastrój przygnębienia i dlatego wołała oglądać ją z daleka. Córka natomiast nie traciła żadnej okazji, by odwiedzać staruszków, zupełnie jakby przebywanie z nimi sprawiało jej przyjemność. Wydawało się, że znalazła jakiś język, który umożliwia porozumienie mimo ich głuchoty i zaników pamięci. Teraz też krążyła wśród nich, rozdając słodycze - miękkie z uwagi na sztuczne uzębienie. Beatriz zauważyła, że córka podchodzi do półsparaliżowanego mężczyzny, wyjmuje list,’ pomaga mu go otworzyć, bo sam nie potrafi tego zrobić, posługując się jedyną sprawną ręką, i siada przy nim, coś szepcąc. Potem dziewczyna ruszyła na krótki spacer z innym staruszkiem i chociaż matka z balkonu nie słyszała, o czym rozmawiają, domyślała się, że o synu, o synowej i o dziecku, jedynym, co go jeszcze interesowało. Irene każdemu posyłała uśmiech, nikomu nie skąpiła czułości, dla wszystkich znajdowała chwilę, a tymczasem Beatriz na balkonie zastanawiała się nad tym, dlaczego nie może zrozumieć tej dziwnej dziewczyny, z którą tak niewiele ma wspólnego. Nagle podszedł do Irene obleśny starzec i położył jej obie ręce na piersiach, ściskając je bardziej z ciekawości niż z pożądania. Irene znieruchomiała na chwilę - nieskończenie długą w mniemaniu jej matki - aż jedna z pielęgniarek zorientowała się, co się dzieje, i przybiegła na pomoc. Jednak Irene powstrzymała ją ruchem ręki.
- Proszę dać mu spokój. Nikomu nie robi nic złego - uśmiechnęła się.
Beatriz opuściła swój punkt obserwacyjny, zagryzając wargi. Skierowała się do kuchni, gdzie służąca Rosa kroiła warzywa na obiad, zasłuchana w powieść w odcinkach płynącą z radia. Miała okrągłą, śniadą twarz, z której nie dało się odgadnąć wieku, obfite piersi, miękki brzuch i potężne uda. Była taka otyła, że nie mogła skrzyżować nóg ani podrapać się w plecy. Jak też ty się podcierasz, Roso? - pytała ją mała Irene, oszołomiona widokiem tych przytulnych, obfitych puszystości, co roku cięższych o kilogram. Co ci też przychodzi do głowy, dziecinko! Obfitości nie szkodzą piękności, odpowiadała niezmiennie Rosa, wierna swemu zwyczajowi wtrącania porzekadeł.
- Martwię się o Irene - powiedziała Beatriz, siadając na taborecie i sącząc powoli sok owocowy.
Rosa nic nie odpowiedziała, ale wyłączyła radio, co miało stanowić zaproszenie do dalszych zwierzeń, więc jej pani westchnęła, muszę pomówić z córką, nie wiem, w co się u licha miesza ani co to za patałachy dotrzymują jej towarzystwa. Dlaczego nie pójdzie do klubu pograć w tenisa, a przy okazji poznać młodych ludzi ze swej sfery? Pod pretekstem pracy robi, co jej się podoba, dziennikarstwo zawsze wydawało mi się podejrzaną sprawą, dobrą dla miernoty; gdyby jej narzeczony wiedział, co też jej przychodzi do głowy, po prostu by ją rzucił, przecież przyszła żona oficera nie może sobie pozwolić na taki tryb życia, ile razy jej to powtarzałam. I niech nikt mi nie mówi, że teraz się nie dba o reputację, że to już dawno wyszło z mody, czasy się zmieniają, ale nie aż tak. Z drugiej strony, Roso, teraz wojskowi przyjmowani są w najlepszym towarzystwie, nie tak jak kiedyś. Mam już dość dziwactw Irene, wystarczy mi własnych zmartwień, nie mam w końcu łatwego życia, wiesz o tym aż za dobrze. Od kiedy Eusebio zniknął, zostawiając mi zablokowane konta i stertą rachunków, jakich nie powstydziłaby się jakaś ambasada, dokonuję cudów, żeby utrzymać dom na przyzwoitym poziomie, ale przecież to wszystko nie jest takie proste, ci staruszkowie to straszny ciężar i koniec końców wydaje mi się, że więcej z tego wszystkiego wydatków i zmęczenia niż korzyści, ile trzeba się natrudzić, żeby płacili czynsz, szczególnie ta przeklęta wdowa, ta zawsze się spóźnia. Ten interes nie okazał się żadnym cudem. Nie mam już siły chodzić za Irene i pilnować, żeby posmarowała sobie twarz kremem i ubrała się, jak Bóg przykazał, bo inaczej narzeczony przestraszy się na jej widok. Jest już w tym wieku, że powinna sama o siebie zadbać, nie uważasz? Popatrz na mnie, przecież gdybym nie starała się dbać o siebie, jak bym dzisiaj wyglądała? Pewnie tak, jak większość moich przyjaciółek, z całą mapą zmarszczek i kurzych łapek na twarzy, wałkami tłuszczu i obwisłym ciałem. Ja tymczasem mam ciągle talię dwudziestolatki i gładką skórę. Nikt nie może mi powiedzieć, że się nudzę, przeciwnie, te ciągłe wzloty i upadki mnie dobijają.
- Pani chodzi z głową w chmurach, a nogami w błocie.
- Czemu nie porozmawiasz z moją córką, Roso? Mam wrażenie, że z tobą bardziej się liczy niż ze mną.
Rosa odłożyła nóż i popatrzyła na swoją panią bez sympatii. Z zasady miała odmienne zdanie, szczególnie w tym, co dotyczyło Irene, nie przyjmowała bowiem jakiejkolwiek krytyki swojej dziewczynki. Tym razem jednak musiała przyznać, że matka ma rację. Ona też pragnęła ujrzeć ją spowitą w zwiewny welon, ze ślubną wiązanką, stojącą u boku kapitana Gustava Morante w drzwiach kościoła, gdzie czekałby na nich szpaler żołnierzy ze wzniesionymi szablami, a jednak - choć swoją znajomość świata zawdzięczała w dużej mierze radiowym i telewizyjnym serialom - wiedziała, ile trzeba się w życiu nacierpieć i natrudzić, żeby wreszcie doczekać się happy endu.
Irene weszła do kuchni, potrząsając bawełnianą spódnicą i niesfornymi włosami. Pocałowała obie kobiety w policzki i otworzyła lodówkę, by w niej pobuszować. Matka miała szczery zamiar wygłosić jakieś wymyślone naprędce kazanie, ale w chwili olśnienia zrozumiała, że wszelkie słowa są tu zbędne, ponieważ ta dziewczyna z niewielkim znamieniem na lewej piersi była od niej równie daleko co astronauta.
- Przyszła wiosna, Roso, zaraz zakwitną niezapominajki - obwieściła Irene, mrugając do służącej okiem, ta zaś zrozumiała natychmiast, obie bowiem pomyślały o noworodku, który wpadł przez lufcik.
Beatriz westchnęła, nie dając po sobie poznać, że docenia żart córki. Rosa wróciła do krojenia marchewki i powieści w wydaniu dźwiękowym, którą bardzo przeżywała. Mamrotała pod nosem, że kiedy pojawiają się żywi święci, to ci dawno zmarli przestają czynić cuda. Irene poszła się przebrać i poszukać magnetofonu, zanim przyjedzie po nią fotograf, Francisco Leal, który zawsze towarzyszył jej w pracy.
Digna Ranquileo wpatrywała się w pole i zauważyła oznaki zmiany pory roku.
- Tylko patrzeć, jak zwierzęta zaczną się parzyć, a Hipólito odejdzie wraz z cyrkiem - szeptała do siebie między jedną a drugą modlitwą.
Miała zwyczaj rozmawiać z Bogiem. Tego dnia, kiedy przygotowywała śniadanie, pogubiła się w litanii długich modlitw i spowiedzi. Dzieci powtarzały jej często, że z tego ewangelicznego zwyczaju wszyscy się śmieją. Nie mogłaby robić tego po cichu, nie poruszając wargami? Nie zwracała na to uwagi. Przez całe życie czuła obok siebie fizyczną obecność Pana, był jej bliższy i potrzebniejszy niż mąż, którego oglądała jedynie zimą. Starała się nie prosić go o zbyt wiele, bo zauważyła, że prośbami można urazić istoty niebiańskie. Ograniczała się do próśb o radę w swych nie kończących się wątpliwościach i o wybaczenie za popełnione grzechy własne i cudze, dziękując jednocześnie za najdrobniejszą korzystną oznakę: za to, że przestało padać, że Jacintowi minęła gorączka, że dojrzały pomidory w ogródku. Od kilku jednak tygodni często zakłócała spokój Zbawicielowi, modląc się za Evangelinę.
Nigdy, nawet w obecności procesji pątników błagających o cud, nie przyszło jej do głowy, że ataki córki mogą być znamionami świętości. Jeszcze mniej wierzyła w siły diabelskie, o których istnieniu zapewniały ją kumy po obejrzeniu w miasteczku filmu o egzorcyzmach, kiedy to piana na ustach i wywrócone oczy uchodzić miały za oznaki opętania przez szatana. Jej praktyczny umysł, więź z naturą i długie doświadczenie matki kilkorga dzieci pozwalały domyślać się raczej, że chodzi o jakąś chorobę fizyczną lub psychiczną, nic złowróżbnego ani boskiego. Przypisywała to szczepionkom z dzieciństwa albo pierwszej menstruacji. Zawsze była niechętna służbie zdrowia, której przedstawiciele chodzili od domu do domu, wyciągając dzieci pochowane po krzakach w ogrodzie i pod łóżkami. Chociaż wierzgały, a ona zapewniała, że już je szczepiono i tak maluchy łapano i kłuto bezlitośnie. Digna była przekonana, że te płyny zostają we krwi, wywołując niepożądane reakcje organizmu. Z drugiej strony menstruacja jest czymś naturalnym w życiu każdej kobiety, niektóre jednak bywają wtedy zanadto podniecone i przychodzą im do głowy zdrożne myśli. Każda z tych dwóch rzeczy mogła stanowić przyczynę strasznej choroby, jednej jednak rzeczy Digna była pewna: jej córka słabnie, tak jak to się dzieje w przypadku każdej z najgorszych chorób, i jeśli we właściwym czasie nie wyzdrowieje, to albo zwariuje, albo umrze. Kilkoro jej dzieci zmarło w dzieciństwie na skutek epidemii lub nieszczęśliwego wypadku. Tak się działo we wszystkich rodzinach. Jeżeli dziecko było jeszcze małe, nawet po nim nie płakano, bo szło wraz z aniołami prosto do nieba, gdzie miało się wstawiać za modlitwami wznoszonymi na ziemi. Jednak utrata Evangeliny byłaby dla niej zbyt bolesna, ponieważ czuła się za nią odpowiedzialna przed jej prawdziwą matką. Nie chciała stwarzać wrażenia, że czegoś zaniedbała, co też ludzie wygadywaliby o niej za plecami.
W domu Digna pierwsza wstawała i ostatnia szła spać. Pianie kogutów zastawało ją w kuchni układającą drwa w palenisku, ciepłym jeszcze po poprzednim wieczorze. Od chwili, gdy zagotowała wodę na śniadanie, nie siadała, wciąż zajęta dziećmi, praniem, posiłkami, ogrodem i zwierzętami. Dni upływały jej wszystkie takie same, identyczne niczym paciorki jakiegoś różańca, który wyznaczał jej egzystencję. Nie wiedziała, co to odpoczynek, i odrywała się od pracy jedynie w czasie połogów. Na życie Digny składał się sznur nanizanych, rutynowych czynności, wciąż takich samych z wyjątkiem tych, które określała specyfika pór roku. Istniały dla niej tylko praca i zmęczenie. Najspokojniejszą porą dnia był wieczór, kiedy sięgała po robótkę i słuchając radia na baterie, przenosiła się w daleki świat, o którym niewielkie miała pojęcie. Los nie wydawał się jej gorszy ani lepszy od losu innych kobiet. Czasami dochodziła do wniosku, że ma szczęście, bo Hipólito przynajmniej nie zachowuje się jak ordynarny chłop, pracuje w cyrku, jest artystą, przemierza drogi, ogląda świat i po powrocie opowiada zdumiewające rzeczy. Popija wino, to prawda, ale w głębi serca jest dobry, myślała Digna. Najbardziej opuszczona czuła się w okresie, kiedy trzeba było zabezpieczyć schronienie dla zwierzyny, w porze siewu i żniw, ale ten co rusz znikający mąż miał zalety, które jej wszystko rekompensowały. Jedynie gdy był pijany, ważył się ją uderzyć i to tylko wtedy, kiedy Pradelio, najstarszy syn, nie znajdował się w pobliżu, ponieważ w obecności chłopca Hipólito Ranquileo nie podnosił ręki. Dane jej było więcej wolności niż innym kobietom; odwiedzała sąsiadki, nie musząc pytać nikogo o zgodę, mogła uczestniczyć w nabożeństwach Prawdziwego Kościoła Ewangelickiego, a dzieci wychowywała zgodnie z własnymi zasadami moralności. Przyzwyczajona była do podejmowania decyzji i tylko zimą, kiedy mąż powracał w domowe pielesze, schylała głowę, zniżała głos i z szacunkiem pytała go o zdanie, zanim cokolwiek zrobiła. Zima miała też swoje zalety, choć często zdawało się, że deszcz i bieda na dobre zadomowiły się na ziemi. Był to jednak okres spoczynku, wypoczywały pola, dnie stawały się krótsze, słońce wschodziło później. Kładli się spać o piątej po południu, żeby zaoszczędzić na świecach, a w cieple koców można było ocenić, ile jest wart mężczyzna.
Dzięki swej artystycznej profesji Hipólito nie należał do związku zawodowego rolników i nie uczestniczył w żadnych innych nowatorskich pomysłach poprzednich władz, tak więc, kiedy wszystko znowu zaczęło toczyć się po staremu, jego zostawiano w spokoju i nie było powodu do lamentu. Digna, córka i wnuczka rolników, była uczciwa i godna zaufania. Nigdy nie dowierzała doradcom i od początku wiedziała, że reforma rolna źle się skończy. Powtarzała to ciągle, ale nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Jej rodzina miała więcej szczęścia niż Floresowie, prawdziwi rodzice Evangeliny, a także pozostali rolnicy, którzy stracili nadzieję i resztki włosów w tym okresie pełnym obietnic i bałaganu.
Hipólito Ranquileo miał zalety dobrego męża: spokojny, zgodny, nie wpadający w gniew; żonie nic nie było wiadomo o innych kobietach czy też o jakichś poważniejszych nałogach. Co roku przynosił do domu nieco grosza prócz prezentów, czasem zupełnie nieprzydatnych, ale zawsze mile widzianych, bo przecież liczą się też intencje. Był przyzwoitym człowiekiem. I nie zmienił się w przeciwieństwie do wielu mężczyzn, którzy zaraz po ślubie zaczynają traktować żonę jak bydlę, mówiła Digna, dlatego radością napawało ją, że daje mu dzieci i nawet sprawiało jej to swoistą przyjemność. Na samą myśl o jego pieszczotach rumieniec uderzał jej na policzki. Mąż nigdy nie widział jej nagiej, skromność przede wszystkim, powtarzała uparcie, ale to nie ujmowało czaru ich intymnym chwilom. Zakochała się w pięknych słowach, które wygłaszał, i postanowiła zostać jego żoną wobec Boga i Urzędu Stanu Cywilnego, dlatego też nie pozwoliła mu się tknąć i wyszła za mąż dziewicą, a teraz pragnęła, by tak samo postąpiły jej córki, wtedy wszyscy będą je szanować i nikt nie ośmieli się mówić o nich, że się źle prowadzą. Wtedy jednak czasy były inne, teraz coraz trudniej upilnować córki, wystarczy odwrócić na chwilę głowę, a już pędzą nad rzekę, wysyłam je do miasteczka po cukier i znikają na całe godziny, staram się ubierać je skromnie, a one podwijają spódnice, rozpinają guziki bluzek i używają pudru. O Boże, pomóż mi je wychować, póki nie wyjdą za mąż, wtedy będę mogła odpocząć, niech nie powtórzy się z żadną to, co przytrafiło się najstarszej, wybacz jej, była taka młoda i ledwie zdawała sobie sprawę z tego, co robi, biedaczka, to stało się za szybko, nie mieli nawet czasu, żeby przespać się, jak ludzie, zrobili to na stojąco, oparci o wierzbę, jak psy; miej w opiece pozostałe dziewczynki, żeby nie pojawił się jakiś zuchwalec gotów się z nimi zabawić, bo tym razem Pradelio go zabije i nieszczęście spadnie na ten dom; Jacinto już mi narobił dość wstydu i przysporzył cierpień, biedny chłopiec, nie on ponosi winę za ten grzech.
Jacinto, najmłodszy w rodzinie, był w rzeczywistości wnukiem Digny, nieślubnym dzieckiem najstarszej córki i nieznajomego, który pojawił się na jesieni prosząc, by pozwolono mu spędzić noc w kuchni. Mały miał szczęście, że urodził się, kiedy Hipólito jeździł z cyrkiem od miasta do miasta, a Pradelio odbywał służbę wojskową. Stało się, co się stało, zabrakło mężczyzny, by pomścić hańbę, jak należy. Digna wiedziała, co powinna zrobić: opatuliła noworodka, nakarmiła go kobylim mlekiem, a matkę posłała do miasta, by najęła się jako służąca. Kiedy mężczyźni pojawili się w domu, sprawy biegły już swoim torem i musieli się z tym pogodzić. Przywykli do obecności noworodka i wkrótce traktowali go jak kolejne dziecko w rodzinie. Nie była to zresztą jedyna obca istota wychowywana w domu Ranquileów; przed Jacintem znalazły tam schronienie zabłąkane sieroty, które kiedyś zapukały do drzwi. Z biegiem lat zapomniano o więzach krwi, górę wzięło przyzwyczajenie i czułe serca.
Jak co rano, kiedy światło brzasku wyłaniało się zza gór, Digna zaparzyła mate dla męża i postawiła jego krzesło w kącie przy drzwiach, gdzie wpadało więcej świeżego powietrza. Przygotowując ziołowy napar dla starszych dzieci, opaliła kawałki cukru i włożyła po dwa do każdego blaszanego kubka. Zwilżyła wodą chleb z poprzedniego dnia i położyła go na blasze, przecedziła mleko dla dzieci i w końcu na żeliwnej patelni, poczerniałej od długiego używania, zamieszała jajecznicę z cebulą.
Piętnaście lat minęło od dnia, kiedy Evangelina przyszła na świat w szpitalu w Los Riscos, ale Digna pamiętała go tak dobrze, jakby to było wczoraj. Tyle już razy rodziła, że kolejny poród był szybki i kiedy - tak jak zawsze - uniosła się na łokciach, żeby widzieć, jak dziecko wyślizguje się z jej łona, stwierdziła podobieństwo do reszty dzieci: gładkie i ciemne włosy po ojcu i biała skóra, z której sama była tak dumna. Dlatego też, gdy przyniesiono jej zawiniątko z maleństwem i ujrzała jasny puch pokrywający prawie łysą czaszkę, nie miała wątpliwości, że to nie jej dziecko. W pierwszym odruchu chciała zwrócić noworodka pielęgniarce i zażądać przyniesienia własnego dziecka, ale ta się spieszyła, nie chciała o niczym słyszeć, wsunęła jej tobołek w ramiona i pobiegła dalej. Dziewczynka zaczęła płakać i Digna, gestem prastarym jak sama historia, rozpięła koszulę i przystawiła noworodka do piersi, informując zarazem sąsiadki ze wspólnej sali, że to jakaś pomyłka: to przecież nie jest jej córka. Skończywszy karmienie podniosła się nie bez trudności i poszła przedstawić sprawę przełożonej, ta jednak odpowiedziała jej, że się myli, nigdy nic podobnego w szpitalu się nie zdarzyło, byłoby wręcz wbrew regulaminowi zamieniać dzieci. Dodała, że z pewnością nerwy odmawiają jej posłuszeństwa i bez dalszej dyskusji zrobiła jej w ramię jakiś zastrzyk, a potem odesłała z powrotem do łóżka. Kilka godzin później Dignę Ranquileo obudził krzyk innej położnicy w drugim końcu sali.
- Zamienili mi córkę!
Zaalarmowani skandaliczną historią zbiegli się lekarze, pielęgniarki, przybył nawet dyrektor szpitala. Digna wykorzystała chwilę, by przedstawić swoją sprawę, możliwie najdelikatniej, jako że nikogo nie chciała urazić. Tłumaczyła, że wydała na świat dziewczynkę czarnowłosą, a przyniesiono jej inną, z żółtym puszkiem, ani trochę niepodobną do reszty jej dzieci. Co też sobie pomyśli mąż, jak ją zobaczy?
Dyrektor szpitala był oburzony: cóż za brak szacunku i ignorancja, zamiast dziękować, że je przyjmujemy, jeszcze się awanturują. Obie kobiety uznały, że na razie lepiej nic nie mówić, trzeba poczekać na lepszą okazję. Digna żałowała, że poszła rodzić do szpitala i obwiniała samą siebie za to, co zaszło. Do tej pory wszystkie dzieci rodziła w domu, w asyście Mateczki Encarnación, która czuwała nad przebiegiem ciąży od pierwszych miesięcy i przychodziła w przeddzień rozwiązania, pozostając do czasu, aż matka będzie mogła wrócić do swych codziennych zajęć. Przynosiła ze sobą zioła na przyspieszenie porodu, czyste i wygotowane płótno, plastry na gojenie się ran, balsamy na rozstępy i rany, także na ból sutków, nici, nożyczki poświęcone przez biskupa oraz swoje niekwestionowane doświadczenie.
Stwarzając klimat na przyjęcie przychodzącego na świat dziecka, mówiła bez ustanku, zabawiała cierpiącą matkę miejscowymi ploteczkami i wymyślonymi historiami, żeby czas płynął jej szybciej, a ból był mniej dokuczliwy. Ta drobna, zwinna kobieta, spowita stale zapachem dymu i lawendy, od ponad dwudziestu lat asystowała przy narodzinach prawie wszystkich dzieci w okolicy. Za usługi nic nie żądała, ale mogła się ze swej profesji utrzymać, bo wdzięczni rodzice zostawiali jej przed drzwiami jajka, owoce, drewno, drób, zająca czy świeżo upolowaną przepiórkę. Nawet w czasach najgorszej nędzy, kiedy gniły zbiory, a zwierzętom brzuchy przysychały do grzbietów, w jej obejściu nie brakowało niczego. Znała wszystkie tajemnice natury dotyczące aktu narodzin, a także parę niezawodnych sposobów na wywołanie poronienia przy użyciu ziół albo ogarka, do czego jednak uciekała się tylko w tych przypadkach, gdy istniało dostateczne uzasadnienie i nie było żadnych wątpliwości. Jeżeli zawodziła ją wiedza, uciekała się do intuicji. Kiedy wreszcie dziecko pojawiło się na świecie, przecinała pępowinę cudownymi nożyczkami, co miało zapewnić maleństwu zdrowie i siły, następnie oglądała je od stóp do głowy, by upewnić się, że w budowie nie ma nic niewłaściwego. Jeżeli odkrywała, że coś jest nie tak, w przewidywaniu, że dziecko będzie wiodło życie pełne cierpień albo stanie się ciężarem dla najbliższych, pozostawiała je swemu losowi, jeśli natomiast wszystko było, jak Bóg przykazał, zanosiła modlitwę dziękczynną do nieba, po czym kilkoma klapsami inicjowała jego wejście w tryb codziennego życia. Matce parzyła napar z bratków, żeby oczyścić krew i usunąć złe samopoczucie, aplikowała olej rycynowy na przeczyszczenie jelit i piwo z surowymi żółtkami na wzmożenie laktacji. Pozostawała trzy do czterech dni, zajmując się domem, gotowała, zamiatała, przygotowywała posiłki dla całej rodziny i opiekowała się dziećmi. Podobnie było przy wszystkich porodach Digny Ranquileo, ale kiedy miała się urodzić Evangelina, akuszerka siedziała w więzieniu za uprawianie swego nielegalnego procederu i nie mogła asystować przy porodzie. Tylko z tej przyczyny Digna udała się do szpitala w Los Riscos, gdzie poczuła się potraktowana gorzej niż skazaniec. Przy wejściu zawiązano jej na nadgarstku gałganek z numerem, wygolono intymne części ciała, umyto zimną wodą i środkami dezynfekującymi, nie zważając, że może jej od tego na zawsze wyschnąć mleko i umieszczono na łóżku bez prześcieradeł obok innej kobiety w podobnej sytuacji. Dokonawszy oględzin dosłownie wszystkich otworów w jej ciele, na co nikomu nie dawała zgody, kazano jej rodzić w świetle lampy na oczach ciekawskich. Zniosła to wszystko bez najlżejszego jęku, ale kiedy wychodziła stamtąd z nie swoją córką w ramionach i intymnościami czerwonymi od merkurochromu niczym sztandar, przysięgła sobie nie postawić nogi w szpitalu przez resztę życia.
Skończywszy smażyć jajecznicę z cebulą, Digna zawołała domowników do kuchni. Przynieśli ze sobą krzesła, każde bowiem z dzieci, gdy tylko zaczynało stawiać pierwsze kroki, dostawało krzesło na własność, na swój wyłączny użytek. Stanowiło ono jedyną własność we wspólnej biedzie Ranquileów, gdzie nawet łóżka były wspólne, a odzież przechowywało się w wielkich wiklinowych koszach, skąd co rano każdy wyjmował to, co mu było potrzebne. Żadna rzecz nie miała właściciela.
Hipólito Ranquileo głośno siorbał matę i powoli żuł chleb z uwagi na braki w uzębieniu i chwiejące się w dziąsłach pozostałości. Miał zdrowy wygląd, choć nigdy nie uważał się za siłacza, ale teraz czuł, że się starzeje, że lata nagle przygniotły go swoim ciężarem. Żona zwalała całą winę na wędrowny tryb życia cyrkowców, wciąż zmieniających miejsce pobytu, jeżdżących bez określonego celu, odżywiających się źle i malujących twarze tymi nieprzyzwoitymi szminkami, na jakie Bóg zezwala może ulicznicom, ale które są szkodliwe dla przyzwoitego człowieka. W ciągu kilku lat przystojny kawaler, którego oświadczyny przyjęła, zmienił się w skarlałego człowieczka z twarzą wykrzywioną w grymasie na skutek ciągłego strojenia min, z nosem sterczącym jak dziób, wstrząsanego kaszlem i zasypiającego w połowie rozmowy. W zimowe miesiące, kiedy zmuszony był przerwać pracę w cyrku, zabawiał dzieci przebrany w kostium clowna. Pod białą maską i ogromnymi, czerwonymi ustami otwartymi w nieustannym śmiechu żona zauważała oznaki znużenia. Posunął się już nieco w latach, więc coraz trudniej było mu znaleźć pracę i żona karmiła się nadzieją, że któregoś dnia w końcu zapuści korzenie na wsi i pomoże jej w gospodarskich czynnościach. W owych czasach na siłę wprowadzano postęp i coraz to nowe dyspozycje przygniatały barki Digny. Rolnicy również musieli się przystosować do reguł gospodarki rynkowej. Ziemia i jej płody stawały się przedmiotem wolnej konkurencji i zysk każdego zależał od własnego wkładu, zaangażowania, inicjatywy i przedsiębiorczości; zmiany te objęły nawet niepiśmiennych Indian. Los uśmiechał się jednak tylko do tych, którzy mieli pieniądze, bo mogli nabyć za grosze lub wydzierżawić na dziewięćdziesiąt dziewięć lat ziemię stanowiącą własność ubogich rolników, takich jak Ranquileowie. Digna nie miała zamiaru opuszczać ziemi, na której się urodziła i wychowała swoje dzieci, aby przenosić się do jednego z tych nowo zbudowanych rolniczych osiedli. Tam pracodawcy codziennie szukali nowych ludzi do pracy, nie zawracając sobie głowy sąsiadami. Oznaczało to nową biedę pośród dawnej nędzy. Digna pragnęła, by jej rodzina nadal uprawiała ziemię, stanowiącą jej dziedziczną własność, ale coraz trudniej było bronić się przed wielkimi przedsiębiorstwami i to jeszcze przy braku męskiego ramienia, które przy tylu kłopotach byłoby tak pożyteczne.
Dignę Ranquileo zalała fala współczucia dla męża. To przecież dla niego odkładała najlepsze kęsy z garnka, największe jajka, najdelikatniejszą wełnę na kamizelki i skarpety, które własnoręcznie robiła dla niego na drutach. Parzyła mu ziółka na nerki, na rozpogodzenie myśli, na oczyszczenie krwi i na spokojny sen, ale nie ulegało już wątpliwości, że mimo tych wszystkich wysiłków Hipólito się starzeje. W pewnej chwili dwójka dzieci wszczęła kłótnię o resztki jajecznicy, a on patrzył na to obojętnie. Dawniej dałby im klapsa, żeby je rozdzielić, teraz jednak cała jego uwaga skupiona była na Evangelinie, nie spuszczał z niej wzroku, jakby bał się, że za chwilę zobaczy, jak zamienia się w siłacza podobnego do tego z cyrku. O tej porze dziewczynka była jeszcze zaspana i rozczochrana jak reszta dzieci. Nic w jej wyglądzie nie pozwalało się domyślać, co się z nią wydarzy kilka godzin później, dokładnie w samo południe.
- Uzdrów ją, mój Boże - powtórzyła Digna, zakrywając twarz fartuchem, żeby nikt nie dojrzał, że mówi sama do siebie.
Ranek zapowiadał się tak ciepły, że Hilda zaproponowała, by zjeść śniadanie w kuchni, ogrzanej jedynie ciepłem fajerek, ale mąż przypomniał jej, że powinna wystrzegać się przeziębień, bo w dzieciństwie chorowała na płuca. Trwała jeszcze kalendarzowa zima, choć barwy nieba o świcie i świergot ptactwa zapowiadały już niedaleką wiosnę. Powinni oszczędzać paliwo. Czasy były ciężkie, ale z uwagi na wątłe zdrowie żony profesor Leal nalegał na włączenie piecyka naftowego. Stare urządzenie krążyło po pokojach w dzień i w nocy, dotrzymując towarzystwa domownikom.
Kiedy Hilda rozstawiała naczynia, profesor Leal w płaszczu, szaliku i kapciach wyszedł na podwórze nasypać ziarna ptakom i nalać wody w miseczki. Zauważył mikroskopijne pączki na gałęziach i stwierdził, że niedługo drzewa wypuszczą liście, zmieniając się w swoiste zielone twierdze dające schronienie wędrownym ptakom. Uwielbiał przyglądać się, jak szybują swobodnie po niebie, i równie silnie nienawidził klatek, uważał bowiem, że to niewybaczalne zamykać w nich ptaki tylko po to, by zaspokoić czyjąś zachciankę oglądania ich z bliska. We wszystkich sprawach pozostawał wierny swoim anarchistycznym ideałom: jeżeli wolność jest podstawowym prawem człowieka, tym bardziej należy się ona istotom, które przyszły na świat ze skrzydłami.
Z kuchni zawołał profesora syn Francisco; herbata była gotowa i właśnie przyszedł José. Profesor ruszył szybkim krokiem, bo rzadko mógł gościć Josego o tak rannej porze i to jeszcze w sobotę; wciąż zajęty był pracą na rzecz bliźnich. Dostrzegł syna przy stole i po raz pierwszy zauważył u niego początki łysiny z tyłu głowy.
José był najsilniejszy i najbardziej krępy w rodzinie; on jeden nie miał długich kości i orlego nosa Lealów. Przypominał rybaka z południa i nic w jego wyglądzie nie zdradzało subtelności natury. Zaraz po ukończeniu liceum wstąpił do seminarium duchownego i z wyjątkiem ojca nikogo ta decyzja nie zaskoczyła, ponieważ od wczesnego dzieciństwa zachowywał się jak jezuita i bawił się w biskupa, czytając mszę w ornacie z ręcznika. Nie wiadomo było, skąd u niego te skłonności, w domu nikt nie był otwarcie praktykującym katolikiem, a matka, choć zawsze twierdziła, że jest wierząca, nie chodziła na mszę od dnia ślubu. Pocieszało profesora Leala jedynie to, że syn nie nosi sutanny, ale roboczy kombinezon, nie mieszka w klasztorze, lecz w robotniczej dzielnicy i jest bliżej wzlotów i upadków świata doczesnego niż tajemnicy eucharystii. José nosił spodnie odziedziczone po starszym bracie, wyblakłą koszulę i kamizelkę z szorstkiej wełny, zrobioną na drutach przez matkę. Na dłoniach miał pęcherze od narzędzi, zarabiał na utrzymanie jako hydraulik.
Własne bezpieczeństwo było ostatnią rzeczą, o jaką by się martwił José Leal. Nie potrafiłby zliczyć wszystkich ludzkich nieszczęść. Dźwigał na grzbiecie nieznośne brzemię bólu i niesprawiedliwości. Często wyrzucał Stwórcy, że wystawił na tak ciężką próbę jego wiarę: jeżeli Bóg jest miłością, to ten ogrom ludzkiego cierpienia zakrawa na kpiny. Trudna misja nakarmienia głodnych i przygarnięcia sierot starła z niego eklezjastyczną politurę, jaką nasiąkł w seminarium, i zmieniła go ostatecznie w posępnego człowieka, rozdartego między niecierpliwością serca a litością. Ojciec wyróżniał Josego spośród synów, ponieważ dostrzegał podobieństwo między własnymi ideałami a tym, co określał jako barbarzyńskie przesądy chrześcijaństwa. To sprawiło, że przestał mieć do syna żal i w końcu wybaczył mu kapłańskie powołanie; nie rozpaczał już po nocach z głową wtuloną w poduszkę, żeby nie martwić żony, nie mogąc przeżyć wstydu, że ktoś w jego rodzinie został księdzem.
- Tak naprawdę przyszedłem po ciebie, braciszku - zwrócił się José do Francisca - powinieneś zobaczyć pewną dziewczynkę w osiedlu. Tydzień temu została zgwałcona i od tej pory straciła mowę. Wykorzystaj do czegoś swoją znajomość psychologii, bo Pan Bóg nie może sobie poradzić ze wszystkimi problemami.
- Dzisiaj nie dam rady, muszę pojechać z Irene zrobić zdjęcia do reportażu, ale jutro pojadę obejrzeć małą. Ile ma lat?
- Dziesięć.
- Na Boga! Co za potwór mógł zrobić coś takiego temu biednemu niewinnemu dziecku? - wykrzyknęła Hilda.
- Jej własny ojciec.
- Dosyć, proszę - uciął profesor Leal - chcecie wpędzić matkę do grobu?
Francisco podał wszystkim herbatę i przez chwilę przy stole panowała cisza: szukano tematu do rozmowy, żeby Hilda przestała się martwić tą sprawą. Jedyna kobieta w tej kawalerskiej rodzinie zdołała narzucić wszystkim swą słodycz i dyskrecję. Żaden z mężczyzn nie widział, by kiedykolwiek wpadła w złość. W jej obecności nie zdarzały się chłopięce bójki, nie opowiadano sprośnych kawałów, nie mówiono wulgarnych słów. W dzieciństwie Francisco martwił się nieustannie, że matka, zmęczona surowym życiem, jakie wiodła, mogłaby się niepostrzeżenie rozpłynąć w powietrzu i któregoś dnia ulotnić się zupełnie jak mgła. Biegł wtedy do niej, obejmował ją, ciągnął za ubranie w rozpaczliwej próbie zatrzymania jej obecności, jej ciepła, zapachu jej fartucha, brzmienia głosu. Od tamtej pory minęło wiele lat, lecz czułość, jaką dla niej zachował, ciągle była najbardziej stałym uczuciem.
Jedynie Francisco pozostał w rodzinnym domu po tym, jak Javier się ożenił, a José wstąpił do seminarium. Zajmował ten sam pokój, co w dzieciństwie, z sosnowymi meblami i półkami uginającymi się pod ciężarem książek. Czasami miał zamiar wynająć niezależne mieszkanie, ale w gruncie rzeczy lubił towarzystwo swojej rodziny i nie zamierzał sprawiać rodzicom niepotrzebnego bólu. Dla nich istniały tylko trzy powody, dla jakich syn może wyprowadzić się z domu: wojna, małżeństwo i kapłaństwo. Potem mieli dodać jeszcze jeden: ucieczkę przed policją.
Dom Lealów był mały, stary, skromny, spragniony farby i remontu. W nocy delikatnie postękiwał, niczym sterana życiem staruszka, cierpiąca na reumatyzm. Zaprojektował go profesor Leal wiele lat temu w przekonaniu, że rzeczą najniezbędniejszą jest duża kuchnia, w której toczy się życie i w której można umieścić tajną drukarnię, podwórze, gdzie suszy się bieliznę i przesiaduje godzinami, obserwując przelatujące ptaki, i tyle pokoi, by pomieściły łóżka jego synów. Cała reszta zależy od potrzeby ducha i sprawności intelektualnej, mawiał, kiedy ktoś skarżył się na ciasnotę czy ubóstwo. Zamieszkali w tym domu i znalazło się tam dość przestrzeni i dobrej woli, by dać schronienie przyjaciołom w potrzebie i krewnym, którzy opuścili Europę, uciekając przed wojną. Rodzina była bardzo ze sobą zżyta. Dorastający synowie, którym już sypał się wąs, wciąż jeszcze potrafili wsunąć się rano do łóżka rodziców, by przeczytać gazetę i poprosić matkę, żeby podrapała ich w plecy. Kiedy starsi synowie się wyprowadzili, dom wydał się Lealom zbyt duży, po kątach snuły się cienie, a w korytarzach pobrzmiewało echo, wkrótce jednak przyszły na świat wnuki i powrócił codzienny rwetes.
Profesor Leal snuł marzenia o powrocie do ojczyzny od dnia, kiedy statek oddalił go od brzegów Europy. W ramach protestu przeciwko dojściu do władzy caudilla przysiągł nie zakładać skarpetek do dnia, aż ten znajdzie się w grobie, nie przypuszczając nawet, jak długo przyjdzie mu czekać na tę chwilę. Wierny podjętemu zobowiązaniu nie zważał na dolegliwości skóry stóp i pewne nieprzyjemności w środowisku: przy licznych okazjach spotykał się bowiem z ważnymi osobistościami, był członkiem komisji egzaminacyjnych w różnych szkołach i jego nagie stopy w wielkich butach na gumowej podeszwie wzbudzały nieuzasadnione uprzedzenia. Duma nie pozwalała mu jednak tłumaczyć, w czym rzecz, i wołał, żeby go uznawano za ekstrawaganckiego cudzoziemca, czy wręcz za biedaka, którego nie stać nawet na kupienie pary skarpet. Jeden jedyny raz, kiedy pojechał z całą rodziną w góry, by cieszyć się śniegiem, siedział w hotelu z nogami zsiniałymi i zziębniętymi na kość.
- Załóż skarpetki, człowieku - błagała go Hilda - nie widzisz, że Francisco nie ma pojęcia o twoim zobowiązaniu?
Ciskał na nią pełne godności spojrzenie i samotnie siedział przy kominku. Zaraz po śmierci swego wielkiego przeciwnika założył połyskliwe, czerwone skarpety, stanowiące wyraz całej jego filozofii życiowej, jednak nie upłynęło nawet pół godziny, a zmuszony był je zdjąć. Obywał się bez nich tyle czasu, że teraz trudno mu było wytrzymać. W tej sytuacji, żeby zachować twarz, złożył przysięgę, że nadal będzie chodził bez skarpet aż do upadku Generała, który żelazną ręką rządzi w jego przybranej ojczyźnie.
- Cholera, ale założycie mi je, jak umrę - mówił - chcę pójść do piekła w czerwonych skarpetach!
Nie wierzył w życie po życiu, ale wrodzony rozsądek podpowiadał mu, że wszelka ostrożność w tym względzie nie zawadzi. Przywrócenie w Hiszpanii demokracji nie oznaczało dla niego powrotu ani do skarpetek, ani do ojczyzny, powstrzymywali go synowie, wnuki i zapuszczone w amerykańskiej ziemi korzenie. Dom również nie doczekał się koniecznego remontu. Po przewrocie wojskowym rodzina miała pilniejsze sprawy. Z powodu przekonań politycznych profesor Leal znalazł się na liście osób niepożądanych i zmuszono go do przejścia na emeryturę. Nie stracił optymizmu, kiedy nagle znalazł się bez pracy, z drastycznie obniżonymi dochodami i na tajnej drukarni w kuchni wydrukował ogłoszenie, że udziela lekcji literatury, po czym rozwiesił je, gdzie się dało. Jego nieliczni uczniowie pomogli mu nieco podreperować budżet, dzięki czemu rodzina mogła wieść nadal skromne życie i pomagać Javierowi. Najstarszy syn miał poważne kłopoty materialne i nie był w stanie utrzymać żony i trójki dzieci. Lealowie żyli teraz na niższym poziomie, podobnie jak wiele osób z ich środowiska. Obywali się bez abonamentu koncertowego, bez teatru, książek, płyt i innych wyszukanych przyjemności, które zawsze tak ich cieszyły. Później, kiedy wyszło na jaw, że Javier także nie może znaleźć pracy, ojciec postanowił dobudować kilka pokoi i łazienkę na podwórzu, aby przygarnąć rodzinę syna. Trzej bracia spotykali się w weekendy, żeby układać cegły pod czujnym okiem profesora Leala, którego cała wiedza w tej materii brała się z podręcznika budownictwa kupionego na wyprzedaży książek używanych. Ponieważ żaden z nich nie miał doświadczenia w tych sprawach, a w podręczniku brakowało kilku stron, okazało się na koniec, jak zresztą było do przewidzenia, że ściany wyszły krzywe, ale zamierzali zasłonić ten defekt bluszczem. Javier do końca nie mógł pogodzić się z faktem, że jest na utrzymaniu rodziców, żyjąc z ich oszczędności. Odziedziczył po nich dumny charakter.
Mimo kłopotów był zadowolony z życia i czułby się zupełnie szczęśliwy, gdyby od wczesnej młodości nie spalała go niszczycielska pasja rewolucyjna, której zresztą zawdzięczał swój obecny charakter i egzystencję. Poświęcił wiele czasu, energii i oszczędności na rozpowszechnianie zasad wyznawanej ideologii. Trzech synów wychowywał zgodnie z własnymi przekonaniami i nauczył ich od dziecka posługiwać się tajną drukarnią w kuchni; zabierał ich ze sobą, gdy szedł rozdawać ulotki w bramach fabryk, za plecami policji. Hilda chodziła z nim na wszystkie zebrania związkowe i siedziała z nieodłącznymi drutami w ręku i motkiem wełny w torebce na kolanach. Podczas gdy mąż przemawiał do towarzyszy, ona zatapiała się w swoim utajonym świecie, smakując wspomnienia, wyszywając uczucia, wzniecając swe najgłębsze tęsknoty, izolując się zupełnie od gwałtownej politycznej dyskusji.
W długim i łagodnym procesie oczyszczenia udało się jej wymazać z pamięci większość przeżytych nieszczęść i myślami wracała wyłącznie do wydarzeń pomyślnych. Nigdy nie wspominała o wojnie, o poległych, których pochowała, o swoim wypadku ani o dalekiej drodze na wygnanie. Ci, którzy ją znali, przypisywali tę wybiórczą pamięć temu, że w młodości odniosła ciężką ranę głowy, ale profesor Leal umiał odczytywać drobne znaki i podejrzewał, że żona niczego nie zapomniała. Po prostu nie chciała nosić w sobie starych urazów, dlatego o nich nie mówiła, eliminując je milczeniem. Żona towarzyszyła mu przez tyle lat na wszystkich ścieżkach, że nie pamiętał już, jak wyglądało życie bez niej. Pewnym krokiem szła u jego boku w ulicznych manifestacjach. Swych synów wychowali w atmosferze bliskości i zażyłości. Hilda pomagała potrzebującym, nocowała pod gołym niebem w strajkowe noce, a świt nieraz zastawał ją cerującą cudzą bieliznę na zlecenie, kiedy nie starczało pieniędzy, żeby utrzymać rodzinę. Z takim samym entuzjazmem ruszyła z nim na wojnę i na wygnanie, przynosiła mu gorące posiłki do więzienia, kiedy został aresztowany i nie straciła spokoju w dniu, kiedy skonfiskowano ich meble, ani dobrego humoru, gdy spali trzęsąc się z zimna na pokładzie trzeciej klasy na statku wiozącym uchodźców. Hilda akceptowała wszystkie dziwactwa męża - było ich niemało - nie tracąc wewnętrznego opanowania, a przez lata wspólnego życia jej miłość do niego jeszcze się pogłębiła.
Wiele lat wcześniej w małej wiosce w Hiszpanii, zagubionej wśród urwistych wzgórz i winnic, poprosił ją o rękę. Odpowiedziała mu, że jest katoliczką i zamierza nią pozostać, że osobiście nie ma nic przeciwko Marksowi, ale nie ścierpi jego portretu u wezgłowia własnego łóżka, a dzieci chce ochrzcić, bo nie będzie ryzykować, że umrą poganami i po śmierci trafią do piekła. Profesor logiki i literatury był zagorzałym komunistą i ateistą, nie brakowało mu jednak intuicji, pojął więc, że nic nie zdoła zmienić stanowiska tej kruchej, zarumienionej dziewczyny z błyszczącymi oczami, w której zakochał się na zabój, lepiej więc będzie dojść do jakiegoś kompromisu. Ustalili, że wezmą ślub kościelny, innej możliwości zresztą w owych czasach nie było, że dzieci przystąpią do sakramentów, ale będą chodzić do świeckiej szkoły, że on podejmie decyzję w sprawie imion dla synów, a ona - dla córek i że po śmierci chcą być pochowani w grobie bez krzyża z wyrytym epitafium o pragmatycznej treści, które on napisze. Hilda przyjęła jego oświadczyny, ponieważ ten chudzielec z dłońmi pianisty i ogniem płonącym we krwi był właśnie takim mężczyzną, z jakim pragnęła się związać na resztę życia. Jeśli chodzi o zawarty kompromis, on z wrodzoną sobie uczciwością wypełnił wszystko, co dotyczyło jego, natomiast ona działała bardziej pokrętnie. Kiedy przyszedł na świat ich pierworodny syn, trwała wojna i gdy ojciec mógł ich wreszcie odwiedzić, mały był już ochrzczony imieniem Javier, po dziadku. Hilda znajdowała się w opłakanym stanie, nie był to więc właściwy moment na wszczynanie sporu, profesor jednak postanowił przezwać małego Władymirem, po Leninie. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić tego w życie, bo kiedy wołał go tym imieniem, żona pytała, o kogo u diabła mu chodzi, a malec patrzył na niego zdumiony i nie reagował. Na krótko przed następnym porodem Hilda przebudziła się rano i opowiedziała mężowi swój sen: urodziła syna i nazwali go José. Przez kilka tygodni trwał między małżonkami gwałtowny spór, aż w końcu znaleźli sprawiedliwe rozwiązanie: José Iljicz. Potem rzucili monetę, żeby los rozstrzygnął, jakiego imienia będą używać i wygrała Hilda, ale to nie jej zasługa, tylko losu, któremu widać nie podobało się otczestwo wodza rewolucji. Kilka lat później urodził się trzeci syn, a że stało się to wtedy, gdy profesor Leal zdążył już stracić znaczną część swego podziwu dla sowietów, uchroniło to małego od imienia Uljanow. Hilda nazwała go Francisco, po świętym z Asyżu, przyjacielu ubogich i ptaków. Może właśnie dlatego, że był najmłodszy i najbardziej podobny do ojca, obdarzyła go tak niezwykłą czułością. Chłopiec odwzajemniał głęboką miłość matki i oboje mogli służyć za idealną ilustrację kompleksu Edypa, co miało trwać, aż Francisco wszedł w okres dojrzewania, kiedy zmiany hormonalne pozwoliły mu wreszcie dostrzec, że na świecie istnieją też inne kobiety.
Owego sobotniego ranka Francisco dokończył herbatę, zarzucił na ramię torbę ze sprzętem fotograficznym i pożegnał się z rodziną.
Przez pierwsze miesiące po urodzeniu się Evangeliny Digna Ranquiłeo rozpaczała nad swoim nieszczęściem i wierzyła, że spotkała ją kara boska za pójście do szpitala zamiast rodzenia w domu. Będziesz rodzić w bólach, napisane jest jasno w Biblii i przypominał jej o tym wielebny ojciec. Później zrozumiała, że niezgłębione są wyroki Opatrzności. Być może to jasnowłose, jasnookie maleństwo to jakiś znak na jej drodze. Przy duchowej pomocy Prawdziwego Kościoła Ewangelickiego Digna poddała się losowi i zgodziła się kochać małą mimo swoich uprzedzeń. Często wspominała tamtą, którą zabrała pani Flores, a która sprawiedliwie należała do niej. Mąż pocieszał ją zauważając, że wygląda na silną i zdrową, i że z pewnością czeka ją lepsze życie w tamtej rodzinie.
Po porodzie obie matki upominały się o swoje noworodki, zapewniając, że widziały, jak przychodziły na świat i zorientowały się po kolorze włosów, że zaszła pomyłka, ale dyrektor szpitala nie chciał nawet słyszeć o tym i groził posłaniem ich obu do więzienia za rzucanie oszczerstw pod adresem szpitala. Ojcowie radzili po prostu zamienić dzieci i dać sobie spokój, kobiety jednak nie chciały tego robić niejako poza prawem. Uradziły tymczasowo chować tę dziewczynkę, którą tuliły w ramionach, aż sprawa zostanie wyjaśniona przez władze, ale po strajku w służbie zdrowia i pożarze w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdy zmienił się cały personel, a akta poginęły, obie straciły nadzieję, że kiedykolwiek dojdą prawdy. Zgodziły się wychowywać te nie swoje córki jak własne. Choć obie rodziny mieszkały niedaleko, mało miały okazji do spotykania się, a ich życie biegło odmiennymi torami. Od początku kobiety postanowiły traktować się jak kumy, a dziewczynki ochrzcić tym samym imieniem: gdyby kiedykolwiek udało im się odzyskać właściwe nazwisko, nie miałyby problemu z przyzwyczajaniem się do niego. Powiedziały córkom prawdę, gdy tylko te dorosły do wieku, żeby ją zrozumieć, ponieważ uznały, że tak czy inaczej prędzej czy później same by się dowiedziały. Cała okolica znała historię zamienionych Evangelin i z pewnością znalazłby się ktoś, kto powtórzyłby ją dziewczynkom.
Evangelina Flores wyrosła na typową wiejską dziewczynę, śniadą, o błyszczących oczach, szerokich biodrach, obfitym biuście i grubych, kształtnych nogach, mocno stojącą na ziemi. Była silna i wesołego usposobienia. Ranquileom przypadła w udziale istota wiecznie plączącą, lunatyczna i delikatna, która trudno się chowała. Hipólito traktował ją w specjalny sposób, szanował i podziwiał jej zaróżowioną skórę i jasne włosy - rzadkość w rodzinie. Kiedy był w domu, pilnował synów, by nie przyszło im do głowy wykorzystać dziewczynkę, w której żyłach nie płynie ta sama krew. Parę razy przyłapał Pradelia na tym, że łaskocze małą, głaszcze po kryjomu i obcałowuje, i żeby wybić mu z głowy chęć dalszego jej obmacywania, sprawił mu lanie, które o mało co nie wyprawiło go na tamten świat. Wobec Boga i ludzi Evangelina powinna być dla nich jak siostra, przykazał. Jednakże Hipólito przebywał w domu zaledwie przez parę miesięcy i przez resztę czasu nie mógł sprawdzać, czy jego polecenia są respektowane.
Od tego dnia, kiedy mając trzynaście lat uciekł z wędrownym cyrkiem, Hipólito Ranquileo był wierny swej profesji i nigdy nie pociągnęła go inna. Zona i dzieci żegnały się z nim z nastaniem wiosny, gdy zakwitały rozstawione namioty. Przemierzał kraj od wioski do wioski, popisując się swoimi cyrkowymi talentami w uciążliwych, karnawałowych przedstawieniach dla biedoty. Pod namiotem występował w wielu rolach. Najpierw był gimnastykiem na trapezie i kuglarzem, ale z czasem nie umiał już utrzymać tak doskonałej równowagi, a i zręczność rąk stawała się coraz mniejsza. Przestawił się więc na tresurę dzikich zwierząt, lecz wytrzymał krótko, bo były one w tak opłakanym stanie, że wzbudzały w nim litość i wyczerpały go nerwowo. W końcu przyjął rolę clowna. Jego życie, podobnie jak los zwykłego wieśniaka, zależało od ilości opadów i światła słonecznego. Przez zimne i wilgotne miesiące los nie jest łaskawy dla ubogich cyrków, więc Hipólito zapadał w sen zimowy we własnym domu, ale z nastaniem wiosny żegnał się z najbliższymi i odjeżdżał bez skrupułów, zrzucając na barki żony opiekę nad dziećmi i prace w gospodarstwie. Ona lepiej się na tym znała, ponieważ w jej żyłach płynęło doświadczenie wielu pokoleń. Jedyny raz, kiedy udał się do miasteczka z pieniędzmi za zbiory, żeby kupić ubrania i żywność na cały rok, upił się i skradziono mu wszystko. Przez długie miesiące w domu Ranquileów nie było cukru i nikt nie miał nowych butów, co skłoniło Hipólito, by jednak wszelkie zakupy powierzyć żonie. Jej zresztą też było tak wygodniej. Od początku ich małżeńskiego pożycia wzięła na swoje barki odpowiedzialność za rodzinę i ziemię. Często widywano ją pochyloną nad dzieżą albo nad bruzdą, otoczoną rojem dzieci w różnym wieku uwieszonych u jej spódnicy. Gdy podrósł Pradelio, liczyła, że wyręczy ją w niektórych pracach w gospodarstwie, ale syn w wieku lat piętnastu był najwyższym i najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziano w okolicy, dlatego też wszystkim wydało się oczywiste, że po odbyciu służby wojskowej wstąpił do policji1.
Kiedy spadły pierwsze deszcze, Digna Ranquileo ustawiała swoje krzesło w przedpokoju i zasiadała na nim wpatrzona w gościniec. Jej wiecznie zajęte ręce plotły kosze z wikliny albo cerowały ubranka dzieci, tymczasem oczy co rusz biegły w kierunku ścieżki. I oto któregoś dnia pojawiała się nagle na horyzoncie drobna figurka Hipólita z tekturową walizką. Wreszcie wraca ten, za którym tak tęskniła, cały i zdrowy, prawdziwy, idzie z każdym rokiem coraz wolniej, ale nadal jeszcze czuły i skory do żartów. Serce Digny kołatało z radości, tak samo jak wówczas, gdy wiele lat temu ujrzała go po raz pierwszy przy kasie objazdowego cyrku, kiedy w wytartej zielonej liberii ze złotym szamerowaniem i z tym swoim niesamowitym wyrazem czarnych oczu zapraszał publiczność na przedstawienie. Miał wtedy sympatyczną twarz, nie zeszpeconą jeszcze minami clowna. Digna nigdy nie potrafiła przywitać się z nim najzwyczajniej w świecie. Ogarniało ją uniesienie jak u nastolatki i gotowa była rzucić mu się w objęcia i przytulić, kryjąc łzy, ale miesiące rozłąki pogłębiały jej wstydliwość, więc witała go powściągliwie, spuszczając oczy i rumieniąc się. Jej mężczyzna był znowu przy niej, wrócił, teraz wszystko będzie inaczej, przynajmniej przez jakiś czas, on już postara się nadrobić swą nieobecność. I przez następne miesiące Digna wznosiła modły do wszystkich mędrców i proroków wymienianych w Biblii, aby za ich sprawą deszcz nigdy nie przestał padać, a w kalendarzu bez końca trwała tylko pora zimowa.
Dla dzieci powrót ojca miał mniejsze znaczenie. Po prostu któregoś dnia po przyjściu ze szkoły bądź z pola zastawały go rozpartego w wiklinowym fotelu przy drzwiach, popijającego matę, wtopionego w koloryt jesieni, jak gdyby nigdy nie opuszczał pól, domu, gron winorośli suszących się na żerdziach, psów wylegujących się na podwórzu. Dzieci zauważały zmącone zniecierpliwieniem oczy matki i jej pospieszne ruchy, by spełnić jego życzenia, i przyglądały się temu z niepokojem w obawie przed skarceniem. Szacunek dla ojca stanowi podstawę rodziny - głosi Stary Testament - dlatego w domu na ojca nie wolno mówić Tońcio Szalupa, nie można również rozmawiać o jego pracy w roli cyrkowego clowna; nie zadawajcie pytań, poczekajcie, aż wszystko sam wam opowie, kiedy będzie miał ochotę. Jak to za młodu przelatywał z jednego końca namiotu w drugi, nabity w armatę i wystrzelony w charakterze armatniej kuli, po czym lądował, uśmiechając się niepewnie, na siatce, ogłuszony wystrzałem; dzieci w pierwszej chwili przerażone ogarniała duma z ojca, bo szybował jak sokół. Digna nie pozwalała im chodzić do cyrku i oglądać smętnych popisów ojca, wołała, żeby raczej zapamiętały go jako pełnego wdzięku mężczyznę, niż wstydziły się widząc go w tej groteskowej roli starego, biednego, skopanego clowna, puszczającego głośno wiatry, piszczącego falsetem i chichoczącego bez powodu. Ilekroć jakiś cyrk przejeżdżał przez Los Riscos, ciągnąc za sobą rozczochranego niedźwiedzia, ilekroć hałaśliwie obwieszczano jego przybycie i przez głośniki zapraszano mieszkańców na wspaniałe przedstawienie z międzynarodową obsadą oklaskiwaną przez publiczność na całym świecie, powstrzymywała ją przed zaprowadzeniem dzieci na przedstawienie obawa przed clownami: wszyscy oni wyglądali tak samo i wszyscy - jak Hipólito.
W domowym zaciszu mąż zakładał czasami kostium i malował sobie twarz, nie po to jednak, by wyczyniać nieprzyzwoite łamańce czy wymyślać sprośne żarty, lecz żeby opowiadać dzieciom najdziwniejsze historie: o kobiecie z brodą, o małpoludzie tak bardzo silnym, że mógł ciągnąć ciężarówkę na łańcuchu trzymanym w zębach, o połykaczu ognia, który potrafił wprawdzie zgasić w ustach płonącą pochodnię, ale nie umiał stłumić palcami płomyczka świeczki; o karliczce albinosce galopującej na kozie na oklep, o gimnastyku, który podczas numeru na trapezie odpadł od najwyższej poprzeczki, runął na ziemię i obryzgał szanowną publikę własnym mózgiem.
- Istoty ludzkie mają taki sam mózg jak krowy - objaśnił Hipólito na zakończenie opowieści.
Dzieci mogły słuchać w nieskończoność wciąż tych samych historii, siedząc wokół ojca. Wobec zachwyconych oczu rodziny, chłonącej jego słowa zawieszone w czasie, Hipólito Ranquileo odzyskiwał całą godność, jaką odebrały mu liche role, w których był celem niewybrednych dowcipów.
