Miesiecznik W drodze 3/2024 (607) - Wydanie zbiorowe - ebook

Miesiecznik W drodze 3/2024 (607) ebook

Wydanie zbiorowe

5,0

Opis

Marcowy miesięcznik „W drodze” a w nim: Czy wystarczy, że w Wielkim Poście odmówię sobie słodyczy, kawy, alkoholu? Czy naprawdę cierpienie uszlachetnia? Jak pogodzić się z samobójczą śmiercią bliskiej osoby? Co nam zabiera ufność w Bożą opatrzność? Jak to jest być szczęśliwym człowiekiem?

 

Co cię boli?

Ból dotyka każdego z nas, ale dla niektórych jest codziennością: nic nie pomaga, nie mogą z bólu wytrzymać, marzą o jednym dniu bez bólu. O tym, czy jest to możliwe, i o tym, jak szukać ratunku, gdy boli, opowiada Michalinie Kaczmarkiewicz dr Jarosław Woroń i stanowczo rozprawia się ze słynnym stwierdzeniem, że cierpienie uszlachetnia.

Te słowa doskonale korespondują z tym, o czym pisze Michał Paluch OP, że Jezus nas zbawił nie dlatego, że cierpiał, ale dlatego cierpiał i nas zbawił, ponieważ nas kochał. Przeczytaj, co o cierpieniu mówi teologia.

O cierpieniu i o tym, jaki stosunek do cierpienia przez wieki miał Kościół, dlaczego promował biczowanie i stosowanie dotkliwych praktyk pokutnych jako przejawów miłości do Boga, opowiada Paweł Krupa OP. Czy trzeba cierpieć, żeby być uczniem Chrystusa? – pyta Tomasz Maćkowiak.

 

Wielki Post, Wielka Noc

Uczestniczymy w nabożeństwach drogi krzyżowej, śpiewamy Gorzkie żale, szykujemy się na rekolekcje – chcemy, żeby te czterdzieści dni nas przemieniło, żebyśmy byli inni, lepsi. Tylko że Wielki Post mija, a my wciąż jesteśmy tacy sami… Czy powinniśmy czuć się tym rozczarowani?
O co tak naprawdę chodzi w Wielkim Poście – pisze ks. Andrzej Draguła. A abp Adrian Galbas SAC i Roman Bielecki OP rozmawiają o wielkopostnych postanowieniach i upodabnianiu się do Chrystusa. „Jeżeli mały Jasiu postanawia w Wiel­kim Poście nie jeść cukierków, to w porządku, ale jeżeli to samo postanawia dorosły Jan, to być może warto przemyśleć, czy aby na pewno nie ma innych obszarów, w których powinien bardziej nad sobą popracować”.

Tomasz Grabowski OP na Triduum Paschalne przygotował przewodnik, jak się przygotować do tych trzech najważniejszych dni. Przeczytaj Czwartek, piątek, sobota.

 

Odnaleźć sens

Śmierć bliskiej osoby, która popełniła samobójstwo boli w sposób szczególny. Rodzi poczucie winy, że czegoś na czas nie zobaczyliśmy, że w porę nie pospieszyliśmy z pomocą, że coś zaniedbaliśmy. Jak towarzyszyć w żałobie tym, którzy stracili najbliższą osobę w wyniku samobójczej śmierci pisze Małgorzata Terlikowska.

A lęk o to, czy ci, którzy popełnili samobójstwo, będą zbawieni, stara się ukoić Wacław Oszajca SJ.

 

Kiedy się modlisz

Nie mogę się skupić na modlitwie, bo ciągle myślę o czymś innym. Brzmi znajomo? Krzysztof Pałys OP mierzy się z naszym pragnieniem skupiania myśli na modlitwie i pisze także o tym, jak zatruwamy sobie życie złymi myślami, kiedy pozwalamy, by nad nami panowały.

 

Rozmowa w drodze

Dariusz Duma i Katarzyna Kolska rozmawiają o szczęściu. Każdy z nas chce być szczęśliwy, tylko bardzo różnie rozumiemy szczęście. Co gorsza, czasem tak za nim gonimy, że nie zauważamy, iż ono już jest. Filozof mówi, że jest szczęśliwym człowiekiem. Jak to zrobił? – przeczytaj!

 

Jeszcze więcej…

Jak w każdym numerze felietony naszych, recenzje książek (Ostatni dzień na Ziemi, David Vann, Wydawnictwo Pauza; Antoni Gaudí. Boży architekt, Patrick Sbalchiero, Wydawnictwo W drodze) i filmów, a także dominikanie na niedzielę.

Kup i czytaj marcowy miesięcznik „W drodze”!

 

SPIS TREŚCI

ROZMOWA W DRODZE

Szczęście jest wtedy, kiedy dążysz / za dużo, za mało

rozmawiają Dariusz Duma i Katarzyna Kolska

 

CO CIĘ BOLI?

Nie mogę już wytrzymać / w labiryncie medycyny

rozmowa z Jarosławem Woroniem

Nie uszlachetnia / o cierpieniu w teologii

Michał Paluch OP

Podziwiajmy, nie naśladujmy / nadużycia w religijności

rozmawiają Paweł Krupa OP i Tomasz Maćkowiak

 

WIELKI POST, WIELKA NOC

Nie podskoczyłem odpowiednio wysoko / gdzie szukać sensu postu

rozmawiają abp Adrian Galbas SAC i Roman Bielecki OP

Mściwy Bóg i duch pokuty / duchowy trening

ks. Andrzej Draguła

Czwartek, piątek, sobota / jak przeżyć Triduum Paschalne

Tomasz Grabowski OP

 

ODNALEŹĆ SENS

Po prostu bądź / towarzyszenie po stracie

Małgorzata Terlikowska

Obym się nie narodził / czy będą zbawieni?

Wacław Oszajca SJ

 

KIEDY SIĘ MODLISZ

Nie jesteś swoimi myślami / o rozeznawaniu

Krzysztof Pałys OP

 

ORIENTACJE

Niebezpieczeństwa czasu przeszłego / co nowego w kinie

Wiesław Kot

Pięć krzyży i jeden / „Ostatni dzień na Ziemi” Davida Vanna

Aleksandra Przybylska

 

DOMINIKANIE NA NIEDZIELĘ

Jak Grek z Żydem / Paweł Koniarek OP

Uratowani / Michał Golubiewski OP

Czyste serce wzmocnieniem ducha / Norbert Augustyn Lis OP

Oblubieniec biegnie / Paweł Dąbrowski OP

Nieobecny Jest / Krzysztof Popławski OP

 

FELIETONY

Boléro dla kotów / Stefan Szczepłek

Gdzieście się podziali? / Paweł Krupa OP

Mój rodaku… / Wojciech Ziółek SJ

Usznupani przi sznupaniu / ks. Grzegorz Strzelczyk

Niepokojące słowo / Paulina Wilk

Nie muszę być Jasiem Fasolą / Benedykt a Karolina Baumann OP

Zaciągnięty dług / Dariusz Duma

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
karimetka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne artykuły, bardzo dobry wywiad z dr medycyny nt. leków przeciwbólowych, artykuł o. Palucha o cierpieniu (czy uszlachetnia) i skłaniający do refleksji wywiad z abp. Galbasem SAC o postanowieniach wielkopolstnych. Wart polecenia.
00

Popularność




Drodzy Czytelnicy,

„odczuwamy ból po to, żeby żyć” – mówi doktor Jarosław Woroń, na co dzień pracujący w Zakładzie Farmakologii Klinicznej UJ. Próbując go opisać, mówimy, że nas piecze, pali, mrowi, rozsadza, rozpiera. Skala określeń jest bardzo szeroka. Dodajmy do tego związane z bólem doświadczenie bezradności, upokorzenia, a niekiedy także zależności od drugiej osoby. Czy współczesna medycyna jest już na tym etapie, że będziemy mogli wyeliminować ból i cierpienie? I czy będzie to dotyczyło również naszej psychiki i duszy?

Wielokrotnie w tym numerze miesięcznika pada zdanie o tym, że cierpienie nie uszlachetnia. Nasi autorzy przywołują je przy różnych okazjach, niezależnie od siebie, tłumacząc błędne myślenie, które przez wieki było istotnym elementem duszpasterskiego przekazu Kościoła. Gdzie szukać źródeł twierdzenia o uszlachetniającej mocy cierpienia? Jak zauważa w swoim eseju dominikanin ojciec Michał Paluch, zdanie „Zbawienie przyszło przez krzyż” to skrót myślowy domagający się istotnego dopowiedzenia. „Zbawienie przyszło przez miłość, która nie boi się cierpienia i śmierci (…). Może się wydawać, że chodzi o drobiazg – jedno słowo – a opisujemy to samo wydarzenie (…). Zauważmy jednak, że zależnie od rozwinięcia, które przedstawimy, jesteśmy w dwóch różnych światach”.

Zbliżając się do świętowania tajemnicy Paschy Chrystusa, chciałbym Państwu życzyć odnalezienia się w prawdzie, że wiara ze swej natury jest wystawiana na kryzysy. Doświadczamy w niej zarówno bólu, jak i pociechy, Wielkiego Piątku i Niedzieli Zmartwychwstania. Ale może dzięki temu właśnie jest wiarygodna, potrafi rozumieć i pocieszać tych, którzy są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga (2 Kor 1,4b). ¶

Szczęście jest wtedy, kiedy dążysz

Po to właśnie ludzkość tworzy rytuały, żeby celebrować szczęście. Dlatego w kalendarzu, w zakładach pracy, w redakcjach, w rodzinach mamy święta, rocznice, niedziele. Żebyśmy nie przeoczyli szczęścia.

Z filozofem i biznesmenem Dariuszem Dumą

rozmawiaKatarzyna Kolska

Pozwolę sobie zacząć naszą rozmowę od bardzo osobistego pytania: Czy pan jest szczęśliwym człowiekiem?

(cisza) Tak, choć mam z tą odpowiedzią pewien kłopot. Po pierwsze, nie zawsze to, że jestem szczęśliwy, oznacza, że jestem wesoły, że jest mi lekko, że nie mam jakiegoś deficytu, zmartwienia, troski. W tym sensie moje poczucie szczęścia nie zawsze jest szczęśliwe.

Po drugie, kiedy mówię, że jestem szczęśliwy, wiem, jak reagują na to ludzie, jak to czytają lub jak to słyszą – obie reakcje są dla mnie trudne. Pierwsza to oczywiście zazdrość, więc po co ją prowokować. Ale druga, chyba głębsza, to rodzaj niedowierzania, które wynika z założenia: No przecież szczęście jest niemożliwe. Jeśli ktoś gada, że jest szczęśliwy, to najprawdopodobniej zaraz przedstawi siedem filarów szczęścia albo pięć technik szczęśliwości i będzie nas nauczał, będzie nam to sprzedawał i będzie szczęśliwy, kasując za to pieniądze. Dlatego ja, jeśli mam czas, a rozumiem, że w tej rozmowie mamy czas, od razu zastrzegam, że moje szczęście jest – tak mi się wydaje – prawdziwe, a przez to trudne.

Ale pana starszy kolega filozof Władysław Tatarkiewicz mówił, że szczęście to ideał niemożliwy do osiągnięcia.

To prawda, ale powiedziałby, że tak samo jest z innymi ideałami: Tak jak nie ma idealnej miłości, jak nie ma idealnej prawdy, jak nie ma idealnego dobra, tak nie ma idealnego szczęścia. Wydaje mi się, że te inne nieidealności jakoś łatwiej nam zaakceptować, a to, że nie ma idealnego szczęścia, wielu z nas albo zniechęca, albo wprawia w owo niedowierzanie. Oczywiście nie ma idealnego szczęścia, ale to nie znaczy, że nie przeczuwamy, czym ono jest. To nie znaczy, że do niego nie zmierzamy. I chyba już teraz powiem, że wcale nie ma obowiązku być szczęśliwym.

To na pewno. A czy pan, mówiąc, że jest szczęśliwym człowiekiem, deklaruje to jako filozof czy jako biznesmen?

Przede wszystkim jako człowiek. Bo i filozof, i biznesmen, i wykładowca, i konsultant, i inwestor, i tak dalej – to są tylko składowe mnie jako człowieka, role, wcale przecież nie najważniejsze. I może dlatego to moje szczęście się broni, bo w żadnej z nich nie oczekuję od siebie ideału czy perfekcji. No i pojawia się pytanie, czy do mojego szczęścia potrzeba tak zwanego sukcesu w tych wszystkich rolach? Bo przecież szczęście to nie sukces. A często sukces to nie szczęście – zarówno pisane z przerwą, jak i razem.

Jutro przypadają moje imieniny, pewnie ci, którzy będą mi składali życzenia, oprócz zdrowia, pomyślności i sukcesów zawodowych będą mi życzyli szczęścia. Jak powinnam sobie te ich życzenia zdefiniować?

Hm… W języku angielskim są dwa słowa: luck i happiness. Po polsku można powiedzieć, że albo nam się szczęści, albo nam się poszczęści, albo będziemy szczęśliwi, prawda? Myślę, że ci jutrzejsi pani życzeniodawcy będą mieli na myśli to, żeby się pani szczęściło, to znaczy, żeby była pani uśmiechnięta, zadowolona, zdrowa, żeby powodziło się pani we wszystkich przedsięwzięciach, żeby szef panią dobrze traktował, żeby trafiały się pani same dobre rzeczy, na przykład wygrana w loterii, i żeby budziła się pani codziennie wypoczęta i zadowolona z życia. My sobie tak uporczywie tego życzymy, ponieważ wiemy, że realistycznie rzecz biorąc, nie da się tego osiągnąć. Bardzo rzadko jest przecież tak, że nam się szczęści w każdej dziedzinie. Bo albo jakaś choroba dotyka nas albo kogoś w rodzinie, albo zdarzy się kłótnia, zgubię sto złotych, ktoś mnie oszuka, dostanę mandat. Każdemu z nas się nie poszczęści na mnóstwo sposobów.

I to znaczy, że przez to nie możemy być szczęśliwi?

Możemy. Bo szczęście to mądre spojrzenie na to szczęszczenie się lub ewentualny jego brak i umiejętność bycia szczęśliwym obok tego albo mimo to. Czasem wygląda na to, że się nam zbytnio nie szczęści, a jednak z pogodą ducha znosimy te nieoptymalności i te nieszczęścia różnej natury i jesteśmy szczęśliwi. Tak, może właśnie pogoda ducha jest tutaj kluczowym słowem. Moi koledzy filozofowie twierdzą, że jednym z największych unieszczęśliwiaczy ludzkości są nieadekwatne oczekiwania względem siebie, względem życia i względem relacji. Moja siostra ma za trzy dni bardzo poważną operację i dla niej szczęściem będzie to, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Bo szczęście przybiera bardzo różne formy zależnie od tego, co przeżywamy, gdzie jesteśmy, w jakich okolicznościach się w danym momencie znaleźliśmy.

Najtęższe umysły filozoficzne od najdawniejszych czasów łamały sobie głowy, żeby powiedzieć, co to jest szczęście. A pan jaką ma jego definicję?

Żyć z pogodą ducha, akceptując siebie i świat taki, jaki jest. Umiarkowanie chcieć dobrych rzeczy, bo nadmiar chcenia bywa kłopotem. Zachować harmonię różnych dóbr, różnych spraw, różnych trosk. No i żeby nieszczęścia nie spadały na mnie wszystkie naraz, a zwłaszcza te, które uznaję za najbardziej dotkliwe.

Psychologia podpowiada, że czynniki uskrzydlające nas czy dające to wyczuwalne szczęście zależą od tego, jaką mamy osobowość: jednego bardziej uszczęśliwi poklask innych ludzi, drugiego obiektywna wartość tego, co zrobił, trzeciego zmiana i różnorodność, czwartego stałość i względny spokój albo miłość w relacjach. A to by oznaczało, że każdy z nas powinien usiąść i się zastanowić.

Nad czym?

Nad własną definicją szczęścia. W wielu krajach przeprowadza się badania określające tak zwane indeksy szczęścia. Wynika z nich, że ludzie są bardzo nieszczęśliwi albo ciężko im być szczęśliwymi, kiedy cierpią biedę, ale okazuje się również, że powyżej pewnego dochodu mają za dużo i to też ich unieszczęśliwia.

To ciekawe.

Są też badania mówiące o tym, że poziom frustracji mierzy się liczbą samobójstw, skalą depresji w społeczeństwie i tak dalej. Przyczyną tego jest często nadmiar.

Kiedyś rozmawiałem z Polką wychowaną i wykształconą w Stanach Zjednoczonych. Zaczęliśmy rozmowę bardzo grzecznościowo: Co tam u ciebie? A ona mówi: Słabo, mam depresję. Ja mówię: Oj, depresję? A ona odpowiada, mówiąc coś dla nas dzisiaj bardzo ważnego, a mianowicie: Darek, a jak można nie mieć depresji, jeśli się niczego sensownego nie robi ze swoim życiem? Dlatego wracając do pani pytania o moją definicję szczęścia, powiedziałbym, że to jest właśnie szczęście: robić coś sensownego ze swoim życiem.

Wspomniał pan, że nadmiar nie czyni nas szczęśliwymi. Ale to jest wbrew temu, do czego zachęca współczesny świat: reklamy podpowiadają: Kup najnowszy samochód, kup najlepszy telefon, wyjedź na wymarzone wakacje – wtedy będziesz superszczęśliwy.

No właśnie. Dlatego od razu trzeba rozmontować pewien mechanizm naszej kultury. Te reklamy są tak intensywne nie dlatego, że reklamodawcy trafnie odczytali nasze potrzeby, ale dlatego, że mają tak mocne własne potrzeby. Zachęcanie nas do kupna nowego samochodu czy telefonu nie wynika z tego, że ktoś chce nas uszczęśliwić, tylko z tego, że ktoś ma coś do sprzedania. Nadmiar propozycji mamy w każdej dziedzinie, od sklepu spożywczego, w którym jest dostępne po dwadzieścia rodzajów każdego towaru, po formy spędzania czasu. Ale to wszystko wynika właśnie z potrzeby tych, którzy chcą na tym zarobić, a nie z troski o szczęście konsumentów.

Pod prąd tego, o czym mówimy, idzie minimalizm, który też ma nam podobno zapewnić szczęście.

Wiele razy o nim czytałem, ale prawdę mówiąc, znam niewielu ludzi, którzy by ten minimalizm naprawdę realizowali. Statystyczny Polak ma podobno siedemnaście T-shirtów, a ubrania, które kupujemy, zakładamy średnio siedem razy od momentu zakupu. Nie chcę już nawet mówić o tym, ile żywności marnujemy. Więc trzeba się zastanowić, czym jest ten minimalizm albo takie biblijne poprzestanie na małym i czy naprawdę chcemy to z przekonaniem pokazać sobie i naszym dzieciom? Obawiam się, a nawet prowokacyjnie powiem, że z przesytu wymyśliliśmy minimalizm.

Skoro zahaczył pan o Biblię… W jednym z psalmów są takie słowa: „Szczęśliwy człowiek, który służy Panu i chodzi Jego drogami”.

No to ja powiem, że wiara i religia, bo to nie to samo, bardzo pomagają być szczęśliwym. Świadomość, że to, co tu, to nie wszystko i że czeka nas coś innego, większego, wspanialszego, że jest zbawienie, to perspektywa, która uszczęśliwia.

Chyba nie wszystkich. Będą tacy, którzy powiedzą: Wiara i religia nas ograniczają, a skoro nas ograniczają, to nie mogą nas uszczęśliwić.

To prawda. Tak jakby szczęściem było życie bez ograniczeń… Tymczasem widzimy, że takie życie kończy się nudą. I powiem tutaj najszczerzej na świecie, że z zazdrością patrzę czasem na zakonnice i zakonników klauzurowych, którzy wszystko oddali, a kiedy czasami się z nimi spotykam, uśmiechają się jakoś prawdziwiej niż my. Drogą do szczęścia jest czuwanie nad poziomem naszych pragnień i w związku z tym ograniczenie tych pragnień powoduje, że szczęście jest łatwiejsze. Tylko trzeba najpierw zrozumieć, że ja nie muszę tego wszystkiego mieć, że ja nie muszę tego wszystkiego przeżyć. Zaryzykuję i powiem wprost: w tym znaczeniu to nawet nie tyle wiara uszczęśliwia, ile uszczęśliwia dotarcie do prawdy o naszej kondycji. W gruncie rzeczy wszystko – włącznie z sobą i życiem – dostaliśmy bez naszej specjalnej zasługi. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Jakie to piękne, że mamy taki organ w duszy, w umyśle, w sercu – zależy, jak kto woli – który może poczuć szczęście albo który każe nam do niego dążyć, albo pozwala je zrozumieć, przecież to jest cudowne! Na swój sposób jest to uszczęśliwiające. Dlatego myślę, że religia w tej swojej części, w której jakoś docieka po pierwsze prawdy o nas, a po drugie bardzo świadomie docieka sensu życia, po prostu pomaga. I mówię to z zazdrością, bo nie mam aż tak wielkiej wiary, żebym był tak nadprzyrodzenie szczęśliwy.

A może szczęście jest właśnie stanem umysłu, duszy, serca, tylko trzeba je w sobie odnaleźć?

To, o czym pani mówi, współgra z tym, czego się dowiadujemy o budowie i chemii mózgu. Na przykład, że optymizm i życzliwość w stosunku do innych, jak się okazuje, są genetyczne, to znaczy, że są ludzie, którzy się rodzą z dużo wyższym poziomem optymizmu i życzliwości do świata. Budzi się taki człowiek i spontanicznie się uśmiecha. Podczas gdy są tacy wśród nas, którzy się budzą, rozglądają i widzą: Oj, ciemno, zimno, mokro, muszę walczyć. To jest oczywiście chemia. Nie wiemy do końca, czy to jest tak, że ja najpierw coś postanawiam i wtedy ta chemia mózgu się ustawia, czy też najpierw jest chemia mózgu i wtedy ja jestem jakiś. Natomiast myślę, że bez względu na to, jaki się urodziłem, to dzięki refleksji nad sobą jestem w stanie robić rzeczy dobre i wartościowe. Psychologia powie: albo nerwicowe błędne koło, albo mechanizm pozytywnego wzmocnienia. Ponieważ wierzę w dobro, to je realizuję, a ponieważ je realizuję, to ono mnie uskrzydla, a ponieważ mnie uskrzydla, to wierzę. Versus to koło negatywne, w którym domniemuję, że będzie źle, więc gdy się wydarza źle, to na to zwracam uwagę, no i właściwie pogrążam się a to w melancholii, a to w jakiejś desperacji, a na koniec dnia zagraża mi depresja.

Jeśli powiemy o szczęściu tak, jak wielu z nas pewnie myśli, że bycie szczęśliwym to posiadanie, może nie nadmiaru, ale tyle, żeby spokojnie i dostatnio żyć, bycie zdrowym, realizowanie się w pracy, to można zaryzykować stwierdzenie, że spora grupa ludzi nigdy nie będzie szczęśliwa, bo ledwo im starcza do pierwszego, bo są chorzy, bo mają dzieci z niepełnosprawnością.

Powiem z własnego doświadczenia – czasem z zażenowaniem i wstydem patrzę na to, że dostaję, zdobywam, osiągam coraz nowe rzeczy, a mimo to zamiast wdzięczności chciwość każe chcieć więcej. Nie tylko ja tak myślę, że gdy już będę miał pięćdziesiąt tysięcy, sto tysięcy, dwieście tysięcy, samochód, mieszkanie, żonę, dziecko i tak dalej – no to już będę szczęśliwy. I potem nagle się okazuje, że kiedy już to mamy, nie zadowala nas to, więc eskalujemy. Nie lubię tego w sobie. A ponieważ zajmuję się czasami psychoonkologią czy psychodiabetologią i mam kontakt z ludźmi naprawdę ciężko chorymi lub przeżywającymi chorobę kogoś bardzo bliskiego, na przykład dziecka, to jest mi wstyd za siebie, bo widzę w ich oczach dużo pogody ducha, dużo determinacji. Patrzę na to z podziwem, ale i z lekką obawą, czy ja bym tak umiał, gdyby mnie to spotkało. A czy oni są szczęśliwi? Imperatyw szczęścia jest w każdym z nas…

Płacząc nad swoim umierającym dzieckiem, mają taki imperatyw?

Inaczej, niż sobie to wyobrażamy, ale myślę, że nawet człowiek, który jakoś złorzeczy i który jest w desperacji, ma potencjał i pragnienie, żeby zobaczyć w tym wszystkim jakiś sens, nawet jeśli jest to sens niewypowiedziany słowami. Stąd bunt, stąd dramatyzm pytania: Dlaczego właśnie ja? Bardzo w to wierzę i mówiąc to, czuję jakiś rodzaj ciężaru, że pewnie i mnie przyjdzie kiedyś w takiej sytuacji szukać sensu dla siebie. Nie umiem powiedzieć, że będę wtedy szukał pozytywnej drogi, bo wiem, że to są słowa zobowiązujące i że jeśli mi się kiedyś coś przydarzy, to będzie trzeba z nich zdać egzamin. Zrozumienie nieuchronności tego, co i tak nadejdzie, jest bliskie mądrości, a mądrość uszczęśliwia.

A może to jest tak, że postrzegamy szczęście jako stan, do którego dążymy, i przez to tracimy z oczu małe szczęścia, które nam się wydarzają?

Bodziec często powtarzany przestaje być świadomie zauważany. Kiedy doświadczamy czegoś dobrego pierwszy raz, to radość z tego zdarzenia jest wielka. Natomiast kiedy rzecz się rutynizuje, kiedy staje się powtarzalna, to przestaje być dostrzegana i odczuwana. Powszednieje. Stąd właśnie – w związku z nadmiarem, o którym rozmawialiśmy – coraz częściej się mówi o uważności i wzywa do wdzięczności: Hej, człowieku, zauważ, ile masz, zauważ, co masz, ucz się być tu i teraz. Doceń swoje szczęście.

Pobrzmiewa tu nuta duńskiego hygge…

Hygge to jeden z modeli życia, który mówi: Nie gwałć rzeczywistości swoimi pragnieniami. Słuchaj jej, to znaczy zobacz prawdę o relacjach, zobacz prawdę o przyrodzie, zobacz prawdę o czasie, zobacz prawdę o życiu i doświadczaj, a nie profiluj tego na miarę swoich wyobrażeń, które często są napędzane chciwością, głodem posiadania. Odpuść.

Czy jest różnica między szczęściem a przyjemnością?

Oczywiście, że tak. Nie każda przyjemność prowadzi do szczęścia i nie każde szczęście jest przyjemne. Najprostszy przykład – największe sukcesy osiągnęliśmy w stresie, wysiłku, mobilizacji i dyscyplinie. Czy to matura, czy dyplom, czy oświadczyny, czy urodzenie dziecka, nagroda, premia, nawet powiedziałbym, że szczęśliwe wakacje – przecież to wszystko wymaga trudu, aby się wydarzyło. A potem jest ten moment przejścia od trudu do uświadomienia sobie, co osiągnęliśmy. Po to właśnie ludzkość tworzy rytuały, żeby celebrować szczęście. Dlatego w kalendarzu, w zakładach pracy, w redakcjach, w rodzinach mamy święta, mamy niedziele. Żebyśmy nie przeoczyli szczęścia.

A szczęście to jest coś, co widzimy z perspektywy, czy też coś, co czujemy w tym momencie?

I tak, i tak, a im ktoś mądrzejszy, tym łatwiej to zobaczy na co dzień.

Wyrazem mądrości czy mądrego życia jest umieć od czasu do czasu pomyśleć: Chyba jestem szczęśliwy. Nic wielkiego się nie wydarzyło, ale jest dobrze. Podam oklepany przykład: zobaczmy, ilu ludzi zastępuje przeżywanie szczęścia w pięknych miejscach fotografowaniem tych miejsc. A potem mają tyle zdjęć, że już nigdy do nich nie wracają. To może być nawet bardzo pouczająca lekcja – że nasze życie to jest robienie zdjęć smartfonem. I jeśli się nie ma umiejętności refleksji, to zbiera się je po nic, dla samej świadomości, że napchałem się szczęśliwymi momentami. Ale czy jestem szczęśliwy? Mam 55 lat i czasami sobie myślę, jakie to szczęście, że dożyłem, bo przecież wielu nie dożyło. Nie lubię szukać szczęścia w porównywaniu się z innymi, ale obiektywnie trzeba ten fakt docenić. Świadomość darów, które dostaliśmy naprawdę za nic, jest bardzo ważna.

A kiedy ktoś deklaruje, że jest nieszczęśliwy, to co pan wtedy słyszy?

Prośbę o rozmowę, o obecność, o zrozumienie i empatię. Nawet jeśli mówi: Zostawcie mnie w spokoju. Bo przecież jest jakiś powód tego nieszczęścia, a porozmawianie o nim przynosi ulgę. Szczęście – żeby je poczuć – wymaga także momentów nieszczęścia.

To znaczy, że gdyby nie było nieszczęścia, to byśmy nie wiedzieli, że zdarzyły nam się szczęśliwe chwile?

Tak. To byśmy nie wiedzieli, czym jest szczęście. Szczęście byłoby po prostu normalnym stanem. Potrzeba kontrastu. Żeby zobaczyć, czym jest dobro, trzeba doświadczyć zła; żeby zrozumieć wolność, trzeba doświadczyć niewoli, a przynajmniej umieć ją sobie wyobrazić.

My jesteśmy narodem narzekaczy. Wszystko jest złe: zła pogoda, złe drogi, złe widoki, złe zarobki. To gdzie tu miejsce na szczęście…

To prawda. Ale to narzekactwo jest też świadectwem naszej inteligencji, wyobraźni i przedsiębiorczości. Wiemy, jak mogłoby być. Złościmy się, że tak (jeszcze) nie jest. Tylko rodzi się tu pytanie, co my robimy z tym niezadowoleniem i konfrontacją z niedoskonałą rzeczywistością? Bo jeśli robimy z tym coś niedobrego, czyli powiedziałbym, bijemy pianę negatywnych emocji, no to źle. Ale jeśli – nieważne, czy po dziesięciu minutach, czy po dziesięciu godzinach, czy po dziesięciu latach narzekania – powiemy sobie: No dobrze, a co teraz z tym robimy? – i użyjemy swoich zasobów, żeby coś zmienić, to będzie super. Moi zaprzyjaźnieni hodowcy kwiatów opowiadali mi o pewnym eksperymencie: dano roślinie idealne warunki, czyli idealną temperaturę, idealną wilgotność, idealne oświetlenie. I ona wtedy zaczęła marnieć, ponieważ roślina żyje dzięki temu, że dąży do światła, do wody i do słońca. Pragnienie daje energię do poszukiwań. Dlatego na poziomie symboliczno-poetyckim można zaryzykować twierdzenie, że szczęście jest wtedy, kiedy dążysz. Czasem mówię w świecie biznesowym, że dobra organizacja, dobry zespół, dobra rodzina to są ludzie, którym się razem dokądś spieszy, ale nie dlatego, że ktoś ich goni, tylko dlatego, że tak bardzo czegoś pragną. I wtedy zapominasz zadawać sobie pytanie, czy jesteś szczęśliwy, bo właśnie jesteś. Jest taka definicja, która mówi: Szczęście się kończy, kiedy się zaczynasz zastanawiać, czy jesteś szczęśliwy. Bo wtedy zawsze się coś znajdzie. Więc może trzeba sobie powiedzieć: Życzmy sobie, żebyśmy się nie musieli zastanawiać, czy jesteśmy szczęśliwi, żebyśmy nie mieli na to czasu. ¶

Dariusz Duma – ur. 1968, filozof, przedsiębiorca, trener, coach, doradca, prezes Chiltern Consultancy International Polska, pionier i autorytet konsultingu biznesowego w Polsce. Popularyzuje wiedzę, kompetencje i wartości związane z przedsiębiorczością, przywództwem, otwartością na zmiany, skutecznością biznesową i zarządzaniem przez wartości. Autor książki Serce iportfel. Być sobą wpracy wydanej nakładem Wydawnictwa W drodze.

Tam i z powrotem

Stefan Szczepłek

dziennikarz, komentator sportowy

Boléro dla kotów

W marcu przypada rocznica urodzin Maurice’a Ravela. Nie okrągła, sto czterdziesta dziewiąta, więc raczej nie będzie o niej głośno. Nie czarujmy się – ja też nie pamiętałem o tej rocznicy. Wystarczy, że znam dwie daty urodzin Chopina. Ravel mi się przypomniał, kiedy po raz tysięczny wysłuchałem Bolera, które zna każdy niezależnie od tego, czy lubi muzykę, czy nie. Szczerze mówiąc, wybrałem sobie taki temat także dlatego, że muzyka łagodzi obyczaje. W szczególnych czasach, w jakich żyjemy od 15 października, wszystko, co łagodzi obyczaje, jest cenne, bo poziom zacietrzewienia osiągnął w naszym kraju stan klęski żywiołowej. A ponieważ umówiliśmy się z redaktorem naczelnym ojcem Romanem, że o polityce nie piszę, to napiszę o ludziach. Otóż Ravel jest ciekawym przykładem człowieka, który osiągnął szczyty mimo różnych przeciwności, zazdrości mniej od niego zdolnych lub go nierozumiejących, a nigdy publicznie nie obnosił się ze swoją krzywdą. W dodatku nie kreował się na kogoś wyjątkowego i miał dystans do tego, co robił. Po premierze Boléra napisał do szwajcarskiego kompozytora Arthura Honeggera, że ma świadomość osiągniętego sukcesu, jednak dziwi go to, że popularność zdobywa utwór, który nie jest muzyką.

Kiedy o lekcje kompozycji poprosił go George Gershwin, Ravel odmówił, uważając, że nie byłby w stanie niczego go nauczyć. Czy rzeczywiście tak myślał, czy grał przed samym sobą?

Ravel chodził swoimi ścieżkami. Dwukrotnie wyrzucano go z Konserwatorium Paryskiego za coś, co nazwalibyśmy brakiem postępów w nauce. Pięciokrotne próby zdobycia prestiżowej Prix de Rome, francuskiej nagrody dla wybitnych artystów, skończyły się niepowodzeniem. Nie przyznano mu jej nawet wtedy, kiedy był już znanym kompozytorem. On się tym nie przejmował (przynajmniej oficjalnie) i robił swoje, a jego utwory cieszyły się popularnością. Krótko mówiąc, był to mistrz, który nie zdobył złotego medalu. Mamy takich wielu w różnych dziedzinach. Najwięksi pechowcy zostają docenieni dopiero po śmierci, kiedy nie mogą się już cieszyć sukcesem. Ravel do nich nie należał. Sporo jego utworów było grywanych i wystawianych za jego życia, a ich popularność jest niezmienna. Wszystko to znajdowało wyraz w honorariach.

A jednak bywają w życiu takie chwile, kiedy ma się poczucie, że Pan Bóg o nas zapomniał. Jeden się wtedy na Stwórcę gniewa, inny pyta: Za co, dlaczego, przecież jestem dobrym chrześcijaninem? Tylko czy, postępując po chrześcijańsku, wypełniamy bezinteresownie naturalne człowiecze obowiązki, czy robimy to, myśląc o nagrodzie? A jeśli tak, to gdzie mielibyśmy ją odebrać? Na ziemi czy w niebie? Wierzę w życie pozagrobowe, ale ja wolałbym na ziemi. Kto się przyzna, że myśli inaczej? Nie wiem, jakie Ravel miał relacje z Panem Bogiem. Chyba nie narzekał, zażyłości nie było, ale mógł się czuć pokrzywdzony. Jego matka – Baskijka – nawet na starych zdjęciach odznacza się urodą. On też ma bardzo szlachetne rysy, ale być może zadawał sobie pytanie: Dlaczego nie jestem ciut wyższy?