Miesiecznik W drodze 1/2024 (605) - Wydanie zbiorowe - ebook

Miesiecznik W drodze 1/2024 (605) ebook

Wydanie zbiorowe

4,8

Opis

Polecamy styczniowy numer miesięcznika „W drodze”: Czy Jezus wspierał patriarchat? Czym jest empatia? Jak pomóc księżom w kryzysie? Czy to możliwe, żeby 30 złotych uratowało życie?

 

Rozmowa w drodze

A w niej Jon Fosse. Prof. Nina Witoszek i Tomasz Maćkowiak rozmawiają o zeszłorocznym nobliście w dziedzinie literatury: jego twórczości, norweskim poczuciu humoru i o tym, dlaczego w protestanckiej Norwegii jest coraz więcej katolików.

 

Współczucie

Jacy jesteśmy? Empatyczni czy egoistyczni? Współczujący czy litościwi? Otwarci na drugiego człowieka czy zajęci wyłącznie swoimi sprawami? W przyglądaniu się sobie pomoże rozmowa Katarzyny Kolskiej z psycholożką Agnieszką Pawłowską, która mówi, że empatia „bardzo pomaga nam rozwijać nasze relacje społeczne i budować poczucie przynależności, co w hierarchii potrzeb jest niezmiernie istotne dla nas jako ludzi”.

O empatii i współczuciu w kontekście sakramentu pokuty pisze Roman Bielecki OP. Czego oczekujemy, idąc do spowiedzi? Tylko rozgrzeszenia? A może też współczucia, wsparcia, usłyszenia: „Pamiętam, co to znaczy nie mieć siły na modlitwę”.

W tym samym dziale jeszcze dwa znakomite teksty: Dorota Ronge-Juszczyk pisze o Fundacji Kasisi, która wspiera między innymi sierociniec prowadzony przez siostry w Zambii, a Dominik Jarczewski OP o Chłopaku z Oklahomy – misjonarzu, który zmarł jak męczennik; nie przed wiekami, ale 21 lipca 1981 roku. Przeczytaj, kim był ks. Stanley Francis Rother, znany wśród Indian pod majańskim imieniem Apla.

 

Patriarchat

Wszechobecny, niechciany, nieprzyjemny. O tym, skąd się wziął, opowiada Agata Czarnacka, a Małgorzata Terlikowska sprawdza, jak patriarchat ma się dzisiaj i mówi: „Kobiety w Kościele wciąż niewiele mają do powiedzenia. Nie są partnerkami w teologicznych dysputach, nie zasiadają w zaszczytnych gremiach kościelnych i niewiele osób liczy się z ich zdaniem”.

Monika Białkowska pisze o patriarchacie w czasach Jezusa i przybliża sytuację żyjących wtedy kobiet. „Dlaczego Jezus nie przeprowadził rewolucji społecznej? Dlaczego nie powiedział, że patriarchat jest zły, dlaczego nie polecił, żeby w życiu publicznym uważniej wsłuchiwać się w to, co mówią kobiety?”.

A ks. Grzegorz Strzelczyk opowiada Włodzimierzowi Bogaczykowi o kapłańskich kryzysach, wypaleniu, depresji, przepracowaniu i nałogach. Jak pomóc tym, którzy się pogubili?

 

Zacznij ten rok z miesięcznikiem „W drodze”!

 

SPIS TREŚCI:
ROZMOWA W DRODZE

Kluski ziemniaczane z wędzonką / przypadek Jona Fosse

rozmawiają prof. Nina Witoszek i Tomasz Maćkowiak

 

PATRIARCHAT

Źródło władzy / kto nami rządzi

rozmawiają Agata Czarnacka i Tomasz Maćkowiak

Ewangelia równości / Jezus i kobiety

Monika Białkowska

Delikatność i czułość / Kościół, który nie rani

Małgorzata Terlikowska

Wierzący, modlący się, czytający / formowanie księdza

rozmawiają ks. Grzegorz Strzelczyk i Włodzimierz Bogaczyk

 

WSPÓŁCZUCIE

Jestem dla ciebie, jestem dla siebie / czym jest empatia

rozmawiają Agnieszka Pawłowska i Katarzyna Kolska

Czy potrafilibyśmy żyć bez xanaxu? / zrozumienie w konfesjonale

Roman Bielecki OP

Opowieści o Kasisi / jak pomóc najuboższym

Dorota Ronge-Juszczyk

Chłopak z Oklahomy / życie oddane za Indian

Dominik Jarczewski OP

 

ORIENTACJE

Kino, które wchodzi pod skórę / w kinie i w domu

Wiesław Kot

Ostatni przystanek / „Nie przyszedł do mnie anioł” Paweł Grabowski w rozmowie z Agatą Puścikowską

Katarzyna Kolska

 

DOMINIKANIE NA NIEDZIELĘ

Zbawienie po ludzku / Paweł Jamróz OP

Liche miejsca / Krzysztof Popławski OP

Miłość za darmo / Paweł Koniarek OP

Przewodnicy i podróżni / Michał Golubiewski OP

Ewangelia ważniejsza niż ból! / Norbert Augustyn Lis OP

Zdumiewająca władza / Paweł Dąbrowski OP

 

FELIETONY

Miłością każda podróż jest... / Wojciech Ziółek SJ

Gelynder / ks. Grzegorz Strzelczyk

Jeszcze o tym samym / Paweł Krupa OP

Łączy nas rogal / Stefan Szczepłek

Happy New Year – szczęśliwego Nowego Roku! / Dariusz Duma

Zanim się zacznie / Paulina Wilk

Festiwal z marzeń / Benedykta Karolina Baumann OP

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 168

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Drodzy Czytelnicy,

odkąd pamiętam, słyszę o tym, że trzeba zmienić język, jakim Kościół komunikuje się ze współczesnym światem. Szukać metod, które pozwoliłyby pokazać Ewangelię jako tekst aktualny, inspirujący i zrozumiały dla słuchaczy.

Wydaje mi się, że takim mostem z powodzeniem mogą być słowa o uważności, szacunku, solidarności czy współczuciu, o czym piszemy w tym numerze miesięcznika. Nie pochodzą wprost ze słownika teologii, ale przecież czujemy, że w jakiś sposób łączą się z przesłaniem Dobrej Nowiny.

O potrzebie odnoszenia się do tego rodzaju sformułowań, wciągania ich w orbitę refleksji religijnej, przypomina tocząca się od kilku lat dyskusja na temat kościelnej synodalności. Jednym z jej elementów jest zwrócenie uwagi na to, że odnowa Kościoła to nie tylko kwestia innej formacji księży, troski o peryferie, przemyślenia formy katechezy czy przekazania większej odpowiedzialności w ręce ludzi świeckich. To również konieczność zmiany wzajemnych relacji wewnątrz wspólnoty, w kierunku większego zrozumienia i słuchania siebie nawzajem bez względu na wiek, płeć czy pozycję w hierarchii.

Z tą myślą zachęcam Państwa do lektury styczniowego „W drodze” i do szukania wzajemnych powiązań pomiędzy tym, co kościelne, a tym, co wynika ze zwykłej ludzkiej życzliwości. Może się okazać, że Ewangelia jest obecna między nami bardziej, niż nam się wydaje. I pozostaje nam ją tylko wydobyć, pokazując, że ci, którzy praktykują współczucie czy gościnność, żyją uczynkami miłosierdzia i „niedaleko są od królestwa Bożego”. ¶

Kluski ziemniaczane z wędzonką

Większość Norwegów, gdy wpada w depresję, sięga po medyczne antydepresanty. A Fosse znalazł antydepresant, który nie był chemiczny, tylko duchowy – to było jego odkrycie katolicyzmu.

Z badaczką literatury prof. Niną Witoszek

rozmawiaTomasz Maćkowiak

W wywiadzie dla Radia Tok FM wspomniała pani, że tegoroczny noblista, dramaturg i pisarz Jon Fosse jest jednym z przedstawicieli norweskich elit, które w ostatnich latach przeszły na katolicyzm. To jest jakoś zauważalne?

Ten trend trwa już od pewnego czasu. Mam norweskich przyjaciół, którzy nawrócili się na wiarę katolicką w latach dziewięćdziesiątych. Takich ludzi jest więcej. Teraz, kiedy się idzie na mszę na przykład do kościoła katolickiego w zachodniej części Oslo, widać tam zawsze sporo przedstawicieli elit politycznych i intelektualnych. Przychodzą regularnie. Połowa rządu się tam pojawia.

Połowa rządu?

No dobrze, trochę przesadziłam. Może nie jest to połowa, ale jedna trzecia ludzi, którzy liczą się w tutejszym panteonie politycznym. Sporo tam też celebrytów ze świata intelektualistów.

W norweskiej kulturze ten elitarny katolicyzm jest naprawdę widoczny. Ludzie, którzy już spełnili wszystkie swoje marzenia materialne czy zawodowe, szukają innych źródeł inspiracji. Można to różnie określać – że chodzi im o szukanie sensu życia albo o szukanie znaczenia tego, co robią. I szukają tego właśnie w katolicyzmie.

Wprawdzie nigdy się tym nie zajmowałam bliżej, ale teraz widzę, że na samym początku, w latach dziewięćdziesiątych nie rozumiałam tego zjawiska. Myślałam, że to jest po prostu moda, trend, który szybko minie. Ale tak się nie stało i widzę to na przykład, kiedy idę na pasterkę do kościoła dominikańskiego w dzielnicy Frogner, czyli kościoła, o którym wspomniałam. To jest zachodnie Oslo, jedna z najlepszych dzielnic w mieście. W dalszym ciągu widzę tam tych znanych ludzi i ich rodziny. A nawet widzę czasem ich dzieci, które w międzyczasie dorosły i kontynuują tę tradycję.

Katolickie elity w tradycyjnie protestanckim kraju. Jak to wyjaśnić?

Widocznie odkryli w katolicyzmie coś, czego nie daje im protestantyzm. To jest katolicyzm inny od polskiego, to znaczy nie jest to katolicyzm ludowy, tylko właśnie elitarny.

Trzeba w tym miejscu podkreślić, że w Oslo są jeszcze dwa czy trzy inne kościoły katolickie. Jest na przykład kościół św. Halvarda i kościół św. Olafa, ale tam chodzą ludzie z różnych żyjących w mieście mniejszości wyznających katolicyzm. Są między innymi ludzie z Filipin, ale jest też bardzo dużo Polaków. W kościele św. Olafa są nawet msze po polsku. Jest to niezbyt wymagający katolicyzm ludowy, kazania są zwykle na dość niskim poziomie intelektualnym. Mam wrażenie, że chodzi się tam w związku ze zwyczajowym rytuałem, w którym uczestniczy się automatycznie i trochę bezmyślnie, ale który jest częścią tożsamości wiernych reprezentujących różne mniejszości.

W Polsce dominuje przekonanie, że protestantyzm jako religia jest dojrzalszy, lepszy od katolicyzmu, który u nas często jest postrzegany jako magiczny.

Ja się mogę tylko domyślać, co przyciąga norweskie elity do katolicyzmu. W Kościele protestanckim wszystko jest podawane kawa na ławę. To jest bardzo spartański styl religijności, który nie ma w sobie żadnej uwodzicielskiej siły czy energii. A elity chcą być uwodzone, przy czym chodzi o uwodzenie duchowe i intelektualne. Ci ludzie oczekują nie tylko odnowy duchowej, ale też wyzwania intelektualnego oraz pewnego rytuału, który z tym się wiąże. Znajdują to w kościele na Frogner. Księża, którzy głoszą tam kazania, są oczytani i bardzo inteligentni, otwarci na dyskusje. W kazaniach cytują Heideggera, Camusa, Grahama Greena, ale też Rousseau czy Woltera. Potrafią odpowiednim cytatem wręcz zaczarować słuchaczy; ludzie wychodzą z kościoła i potem długo myślą i dyskutują nad tym, co usłyszeli.

Do tego dochodzi połączony z sakramentem rytuał, którego w Kościele protestanckim trochę brakuje. Norwegowie zwracają też uwagę na wystrój kościoła, który nie jest taki surowy jak w świątyniach luterańskich. Przestrzeń w katolickim kościele jest pełna symboli i rozmaitych odniesień. Kult Matki Bożej z jego kobiecą estetyką odpowiada tutejszej wrażliwości, bo Norwegowie są naturalnymi feministami, a protestantyzm jest kobiecych elementów w zasadzie pozbawiony. Obrazy Czarnej Madonny z Jezusem robią na nich ogromne wrażenie.

Ale chodzi nie tylko o estetykę?

Mówię cały czas o ludziach wykształconych i to solidnie. Oni w życiu już sporo osiągnęli, mają poukładane kariery, życie rodzinne, mają zabezpieczone i zaspokojone rozmaite potrzeby materialne, bo to bardzo zamożne społeczeństwo. I wygląda to tak, jakby oni w katolicyzmie szukali metafizyki, czyli tego, co przekracza materialną stronę życia. Jakby chcieli dotknąć jakiejś głębszej tajemnicy.

Ja bym porównała katolicyzm i protestantyzm do jazdy na nartach. Oba zapewniają kontakt z górą, ale protestantyzm jest jak narciarstwo zjazdowe: mamy wyciąg, jest wyznaczona trasa, jeśli robi się wszystko zgodnie z zasadami, których się nauczyło, to taka jazda jest przyjemna i bezpieczna.

Katolicyzm to wspinaczka pod górę, a potem zjazdowa przygoda w nieznanym lesie. Nie wiadomo, co nas tam czeka, to tajemnica, po drodze nie brak niespodzianek, jest to bardziej wyczerpujące, ale właśnie nieznane nas pociąga.

Trochę przypomina to karierę, jaką wśród zlaicyzowanych elit Zachodu robi europejska czy amerykańska wersja buddyzmu.

Tu też tak bywa, ale norweski buddyzm to jednak coś innego niż norweski katolicyzm. Norweski buddyzm jest bardzo pragmatyczny, kompletnie wyprany z transcendencji, metafizyki. Tak, jakby to była technika, która pomaga lepiej wykorzystać ludzką energię po to, aby wydajniej funkcjonować w biznesie, w szkole, na uniwersytecie. Ja bym powiedziała, że jest to „buddyzm protestancki” zupełnie pozbawiony metafizyki. To jest oczywiście generalizacja, bo Norwegowie uprawiają różne formy buddyzmu, nie mówiąc o poszukiwaniach duchowości w religii bahaitów, która zyskuje na popularności.

Ja od dawna zajmuję się zawodowo Czechami, które są najbardziej zlaicyzowanym krajem Europy, ale tam też wśród elit jest nadreprezentacja katolików. Kiedy więc usłyszałem, że zeszłoroczny noblista w dziedzinie literatury, najwybitniejszy norweski pisarz Jon Fosse jest katolikiem, to się tym zainteresowałem. Choć jego książek wcześniej nie znałem, to Drugie imię pochłonąłem w jeden wieczór, bo jest mi to bardzo bliskie: medytacyjna, poetycka proza o niepijącym alkoholiku, nawróconym w dojrzałym wieku na katolicyzm. To w zasadzie o mnie.

Jon Fosse przeżył dość długi okres w życiu, kiedy jako światowej sławy dramaturg zaczął się rozmieniać na drobne, podróżować, spać po hotelach – no i za dużo pić. W jednym z wywiadów powiedział, że w tym alkoholowym ciągu nie był najbardziej kreatywny, wręcz przeciwnie – doprowadził się do twórczej posuchy. To był najgorszy okres w jego życiu: bardzo mało wtedy tworzył, a to, co mu się udało napisać, nie miało żadnej głębi. Mam wrażenie, że picie było też rodzajem życiowej depresji. Jak to mówił Witkacy: Dotknęło go ssanie próżni, czyli poczuł pustkę codziennej egzystencji.

Większość Norwegów, gdy wpada w depresję, sięga po medyczne antydepresanty. A Fosse znalazł antydepresant, który nie był chemiczny, tylko duchowy – to było jego odkrycie katolicyzmu.

On już wcześniej był w Norwegii znany jako pisarz. Jak silna była jego pozycja w tamtejszym świecie literackim?

Był znany w Norwegii, gdy tylko zaczął pisać. Zaczynał od dramatów, które zostały tu zauważone i zapewniły mu sławę w kraju. Ja nie uważałam jego dramatów za interesujące. Wcześniej przez siedemnaście lat mieszkałam w Irlandii. Na tamtejszych scenach widziałam świetne realizacje sztuk Becketta, czytałam go i studiowałam, nawet moja praca doktorska była częściowo poświęcona Beckettowi. I kiedy zobaczyłam na scenie sztukę Fosse, wydała mi się bardzo podobna, ale zdecydowanie słabsza od Becketta. Pomyślałam, że to Beckett po norwesku, znacznie mniej dowcipny niż oryginał. Mówiąc wprost – było to dla mnie nudne.

Ale teraz, kiedy już się wgryzłam w język norweski, wiem, że Norwegowie potrafią być bardzo dowcipni, trzeba tylko znać „nynorsk” (nowonorweski), czyli unikalny zlepek wszystkich dialektów.

No to na czym polega norweskie poczucie humoru?

Fosse dostał kiedyś nordycką nagrodę literacką, po której zjechali się dziennikarze z całej Skandynawii, żeby robić z nim wywiady. Pamiętam jeden z nich. Dziennikarz zapytał: „Czym jest dla pana szczyt szczęścia?”. Na co Fosse odpowiedział: „Szczyt szczęścia to dla mnie kluski ziemniaczane z wędzonką”. Dziennikarz, mocno zaskoczony, pyta zatem: „A czym jest dla pana szczyt nieszczęścia?”. „Szczyt nieszczęścia to rozgotowane kluski ziemniaczane” – odpowiedział pisarz. Dziennikarz, zupełnie nie wiedząc, co dalej robić, pyta w końcu: „A jakie jest pańskie największe osiągnięcie?”. A na to Fosse: „Według mnie największym osiągnięciem są porządnie zrobione kluski ziemniaczane z wędzonką”.

Czy Norwegowie szybko docenili pisarstwo Fosse?

Tak, ale to nie była wielka popularność. Przez długi czas nie mógł żyć z pisarstwa. Jeśli sobie dobrze przypominam, był nauczycielem. W pisaniu miał wielkie przerwy.

Tyle że on się w międzyczasie bardzo rozwinął i teraz już nie sposób mu zarzucić wtórności czy podobieństw do Becketta. Fosse jest bardzo norweski w tym sensie, że uprawia raczej powolny tryb komunikacji, pełen przerw, pauz. Norwegowie piszą i rozmawiają zupełnie inaczej niż my w Polsce. Bo my jesteśmy bardzo barokowi – w naszej mowie jest pełno ruchu, rozgadania, a przy tym przesady i hiperbol. Norwegowie są pod tym względem naszym przeciwieństwem. Dominuje oszczędność w opowiadaniu o sobie, o innych, o relacjach z innymi.

To widać w literaturze?

Studiowałam jednocześnie Joyce’a, Becketta, Sheridana i Wilde’a, czyli plejadę bardzo błyskotliwych irlandzkich pisarzy. Byli ogromnie dowcipni i kiedy się przeniosłam do Norwegii, to brakowało mi tutaj komunikacyjnej ludyczności. Dziś wiem, że był to rodzaj uprzedzenia, bo wtedy Norwegii w zasadzie nie znałam. Byłam przyzwyczajona, że mądrą zadumę nad światem wyraża się słowem, zręcznym sformułowaniem. A tutaj, w Norwegii zadumę wyraża pauza – milczenie. Oni zadumę kryją w ciszy. Ja jestem bardzo polska w odbiorze i okropnie mnie to irytowało. Stąd mój dystans do pierwszych sztuk Fosse.

Wróćmy do nynorsk, w którym pisze Fosse.

Norwegia ma inną historię niż Polska. Bardzo długo była pod panowaniem duńskim i szwedzkim, tutejszy język literacki wykształcił się późno. Norwegowie na co dzień mówią w zasadzie regionalnymi dialektami. Język ogólnonorweski – ten popularny – funkcjonuje w literaturze i mediach. Ale na etapie kształtowania się ich kultury i ich nacjonalizmu w XIX wieku pewien działacz narodowy sfabrykował język „prawdziwie norweski”, bez obcych naleciałości, zgodny z ich narodową tożsamością: bliski naturze, morzu, górom. To była bardzo romantyczna koncepcja. I w taki sposób powstał nynorsk stworzony przez etnografa i intelektualistę Ivara Aasena.

Dwa warianty tego samego języka w tym samym kraju?

Tak, mniej więcej tak to wygląda. Przy czym nynorsk jest znacznie mniej popularny, niewielu używa go na co dzień. Ale rozumieją go wszyscy. Więcej, nynorsk uważany jest za urzekający język przyrody – są w nim wiatr i morze – więc kiedy objawił się Fosse, to wszyscy powiedzieli: On jest nasz!

Drugie imię jest u nas określane jako „powieść”, ale ja mam wrażenie, że to nowoczesna medytacyjna poezja. Każda kolejna część tego tekstu kończy się podobnie: zmęczony bohater kładzie się spać, a potem odmawia pacierz, potem różaniec, kolejne modlitwy są podane w całości, często po łacinie. A potem staje się coś niezwykle wzruszającego – zasypiając, obejmuje żonę – a wiadomo, że jego ukochana żona od dawna nie żyje. Ale on ją i tak obejmuje i modląc się po łacinie, zasypia.

Uważam, że w Polsce nie nastał jeszcze czas, aby się zachwycać Fosse, to może nadejdzie za piętnaście czy dwadzieścia lat. Ludziom zacznie brakować tej tajemnicy, tej łaciny, różańca. Tych mikrorytuałów, które prowadzą do transcendencji. Bo tak naprawdę wszyscy chcemy tego doświadczenia. W świecie Zachodu ta tęsknota prowadzi do tego, że ludzie zażywają amfetaminę albo ecstasy, albo piją. A Fosse po prostu przeszedł na katolicyzm.

W wywiadzie opowiadała pani też o tym, że Fosse mieszka w jaskini.

To się nazywa „Grotten”, czyli grota twórców, ale to tylko takie norweskie określenie. W rzeczywistości jest to drewniany dworek, a może raczej większa chatka. Skromna – to nie jest jakiś francuski pałac. Dyskretna, ale bardzo wygodnie, świetnie urządzona, położona w parku w samym centrum Oslo, dziesięć minut od Teatru Narodowego. Administruje nią norweski parlament. Przyznawana jest najwybitniejszym artystom narodowym, którzy przynieśli sławę krajowi. Do niedawna mieszkał tam jeszcze kompozytor Arne Nordheim, ale kiedy zmarł, parlament zaproponował to miejsce Fosse.

To podobnie jak w przedwojennej Polsce, kiedy władze przyznały mieszkanie na Zamku Królewskim w Warszawie Stefanowi Żeromskiemu.

Widać tu różnice między kulturami narodowymi: w Polsce to musiał być Zamek Królewski. W Norwegii to jest drewniana chata, naśladująca narodowy, chłopski, egalitarny styl.

Fosse też ma taki styl?

Tak, on jest bardzo konsekwentnym abnegatem. Chodzi rozczochrany, rozchełstany, bez krawata. Kiedy otrzymał nagrodę Nobla, powiedział, że nie będzie się angażował w żadne przyjęcia czy rauty na swoją cześć. Owszem, pojedzie do Sztokholmu odebrać nagrodę, ale potem wraca do domu i będzie dalej pisał. Żadnych konferencji ku czci, żadnych seminariów – nic. I to nie jest poza. Oni tacy są i Fosse też taki jest. Nie chce się rozdrabniać. No a poza tym on już nie musi nikomu imponować, nikogo czarować. Jest trochę oryginałem, ale przede wszystkim to norweski mędrzec mieszkający w grocie. A ponieważ jest katolikiem, jest też trochę ubogim franciszkaninem. On często podkreślał, że norwescy pisarze są zwykle biedni, żyją skromnie. Jeśli do tego dodać norweskie umiłowanie natury, to franciszkanizm bardzo celnie oddaje filozofię życia i pisania norweskiego noblisty. ¶

Nina Witoszek – badaczka literatury, profesor historii kultury na uniwersytecie w Oslo. Autorka wielu prac i książek o Skandynawii. Jedna z dziesięciu najwybitniejszych intelektualistek mieszkających w Norwegii według listy stworzonej w 2006 roku przez norweski dziennik „Dagbladet”.

Ziółka na serce

Wojciech Ziółek SJ

jezuita, uratowany grzesznik, Twitter: wziolek_sj

Miłością każda podróż jest…

Wiem, że Jonasz Kofta napisał na odwrót. Ale…

Z Tomska wyjechałem nazajutrz po Zaduszkach. Już w czasie drogi do podnowosybirskiego ośrodka wypoczynkowego dowiedziałem się o kolejnej wpadce bliskiego mi człowieka, który od lat zmaga się z nałogiem. Dobry, wrażliwy, niezwykle utalentowany. I zbawiony. Nie raz. Ale choć się stara, w swej słabości jest jak Kichijiro z Milczenia Martina Scorsese – po wielokroć przysięgający na wszystkie świętości i po tyleżkroć wypierający się swojej wiary. A ponieważ znam jego rodzinę, to wiem, jaki ból sprawiają im jego kolejne wpadki. Zabolało i mnie. Ale może właśnie dlatego, towarzysząc kilkunastu parom w trzydniowych „Spotkaniach małżeńskich”, tym wyraźniej mogłem zobaczyć, jak popełnione zło, poplątane relacje i wzajemne zranienia mogą być – jeśli tylko z miłością stawia się im czoła – przemieniane w dobro. Móc się temu przyglądać z bliska, to doświadczenie niezwykłe.

Z Nowosybirska ruszyłem na daleki zachód. Długa podróż samolotem do Sankt Petersburga, przesiadka, kolejny samolot do Królewca vel Kaliningradu, a potem jeszcze kilka godzin autobusem do Gdańska, do Ojczyzny, do mojej Polski. Po krótkim noclegu u Naszych, o czwartej nad ranem jechałem taksówką na dworzec. Puste, jeszcze śpiące miasto. Ciemno, cisza, spokój. Małomówny kierowca, cicha muzyka z radia i nagle… niespodziewanie, wyraźnie i czysto z głośników popłynęły dźwięki Wmoim ogrodzie DAAB. Fala wspomnień, jaka mnie zalała, była rozmiarów tsunami. Ileż to razy śpiewaliśmy tę piosenkę z moimi studentami z WAJ-u, czyli ze Wspólnoty Akademickiej Jezuitów w Krakowie! Niemal widziałem, jak śpiewamy ją znowu, jak na gitarze akompaniuje nam Wojtek Kowalski, jak tańczymy i jak się śmiejemy, dochodząc do słów „aż pewnej nocy puściły lody”. Jakie dobre wspomnienia! Bo też duszpasterstwo akademickie WAJ i Kraków to świadkowie ogromu dobra w moim życiu. Właśnie, Kraków. Byłem tam tylko niecałe cztery dni. Ale jakie! Spotkania z Naszymi z mojej „rodzonej” prowincji zakonnej; długie i serdeczne spotkanie z przyjacielem; oraz spotkanie, którego fizycznie nie było (Andrzej Sikorowski koncertował poza Krakowem), a które – dzięki niezwykłym słowom przekazanym za sprawą internetu – wydarzyło się naprawdę i wciąż karmi trwającą od lat bliską, braterską wręcz relację. Takie krakowskie cuda.

A potem był mój rodzinny Radom. Mówią, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. To prawda i o takim zdjęciu jeszcze wspomnę. Ale z rodziną wychodzi się przede wszystkim na dobre. Równe dwa lata temu zmarła Mamusia. Póki żyła, to ona nas zawsze zbierała, jednoczyła, przypominała o tym, co najważniejsze. Teraz, po dwóch latach, okazało się, że po śmierci nie zrezygnowała bynajmniej z tego, co zawsze było jej troską. Dzięki jej rocznicy – a ściślej mówiąc, dzięki niej samej – znów byliśmy razem. I dosłownie, i w przenośni. To, co jeszcze całkiem niedawno wydawało się smutną niemożliwością, teraz się realizowało na naszych oczach. Oczywiście był z nami i Tato. Odwiedziliśmy razem grób Mamusi, ale też groby jednych i drugich dziadków, a potem jeszcze kościół jego chrztu i dzieciństwa. To właśnie przed tym kościołem siostra zrobiła nam zdjęcie: Tato siedzi na wózku inwalidzkim, a ja stoję za nim. Obaj mamy podniesione do góry i rozłożone „na papieża” ręce. Z radości. Tak, mój Tato ma podniesione ręce w geście radości! Wisienką na rodzinnym torcie były narodziny drugiej córki mojej siostrzenicy, którą babcia Ola zawsze zachęcała do tego, by zdecydowała się na dziecko, i to najlepiej nie na jedno. Takie Mamusine cuda.

O czterodniowym spotkaniu przełożonych północnej prowincji polskich jezuitów mógłbym pisać wiele, bo wśród Naszych zawsze mi dobrze, a syberyjskie oddalenie jedynie wzmocniło tęsknotę za współbraćmi. Ale przytoczę tylko myśl, którą podsunął mi jeden z nich – wielki kibic żużla – przed czekającą mnie nazajutrz homilią: „Powiedz, że w kryzysach trzeba się zachowywać jak Bartosz Zmarzlik, bo on cztery razy został mistrzem świata dlatego, że kiedy mu nie szło, to nie zmieniał zębatek, tylko siebie”. Prawda, że mądrze?

Tak nastawiony duchowo mogłem już jechać do Gdyni na moje coroczne ćwiczenia duchowne. Tym razem kontemplacyjne, według metody naszego nieżyjącego już współbrata ojca Franza Jalicsa. Nie da się opowiedzieć tego, co się dzieje w środku człowieka w czasie ośmiodniowego milczenia i modlitwy. Nie mogę jednak nie napisać, jakim niesamowitym oswobodzeniem było olśnienie, że aby być przy Bogu, wystarczy nie być przy sobie, nie zajmować się swoimi problemami, życzeniami, myślami, uczuciami. Kiedy jestem przy sobie, to nie jestem przy Bogu i na odwrót.

Po przepięknym pożegnaniu z Trójmiastem – uroczy obiad z Panią Kasią z redakcji „W drodze” – dominikańskim tropem ruszyłem do Sankt Petersburga, ostatniego etapu mojej podróży. Tam miejscowi dominikanie z Pawłem Krupą na czele wywieźli mnie (bynajmniej nie podstępem) do wiejskiego domku pod Petersburgiem, abym przez pięć dni głosił im rekolekcje. Jeszcze nigdy nie żyłem tak długo i tak blisko z dominikanami! Ale było mi z nimi bardzo dobrze! Bo choć w tylu rzeczach różnimy się diametralnie, to w tym, co najważniejsze, byliśmy sobie bardzo bliscy. Kiedyś przecież wszyscy wyruszyliśmy w tę samą podróż, nie wiedząc, dokąd nas ona zaprowadzi. Wszyscy też tę podróż kontynuujemy, choć mamy świadomość, że aby dojechać do celu, trzeba całkowicie oddać kierownicę. Czyż to nie jest miłość? ¶

Źródło władzy

Nie wiemy, dlaczego jedne społeczności wybrały matriarchat, a inne patriarchat. Może to był przypadek? Na przykład w jednym plemieniu urodził się mądrzejszy mężczyzna, który miał taki rodzaj sprytu, że ludzie za nim poszli. A w innym plemieniu urodziła się niezwykle inteligentna kobieta, która miała inny talent, ale ludzie to docenili.

Z filozofką Agatą Czarnacką

rozmawiaTomasz Maćkowiak

Co to jest patriarchat?

To może ja zapytam: Czy oglądał pan serial ILove Dick wyprodukowany przez Amazon Studios?

Nie.