Mefisto i ja - Lynda Chater - ebook

Mefisto i ja ebook

Lynda Chater

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 8371326432

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 541

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lynda Chater

Wychowała się w Ashford, w hrabstwie Middlesex (Anglia), z wykształcenia jest architektem krajobrazu. Przez kilka lat pracowała w tym zawodzie w Londynie, obecnie zaś z mężem i kotem mieszka w Guildford, gdzie pracuje nad nową powieścią.

Lynda Chater

Mefisto i ja

MSamie ™ęczyłtOT wysifck'46

T&gzsr™**widziatam'* iustruje mnie

Mefisto i j

Mefisto i ja

Przełożyła z angielskiego Barbara Korzon

Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy Dzielnicy Żoliborz Wypożyczalnia nr 16

5160-072656-00'

Wydawnictwo Książnica'

Tytuł oryginału That Devil Called Love

Opracowanie graficzne Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce © Stone/FPM

Copyright © Lynda Chater 1999 Wszelkie prawa zastrzeżone

For the Polish edition

Copyright © by Wydawnictwo „Książnica", Katowioe 2003

W książce wykorzystano fragmenty

Tragicznych dziejów doktora Fausta Ch. Marlowe'a

w przekładzie J. Kasprowicza

oraz Fausta J. W. Goethego

w przekładzie E. Zegadłowicza

ISBN 83-7132-643-2

Podziękowania za pomoc, zachętę i dobre rady niechaj przyjmie Luigi Bonomi

ROZDZIAŁ 1

Zawarłam znajomość z diabłem w dniu, gdy wylano mnie z pracy. Wtedy ukazał mi się po raz pierwszy. Przedstawił się jako „Mefisto", więc tak go będę nazywać, zwłaszcza że jesteśmy już teraz na „ty". Czy to naprawdę diabeł? On twierdzi, że tak. Nie jest wprawdzie Wielkim Szatanem, ale w piekielnej hierarchii zajmuje nie najgorsze miejsce. Tak powiedział. Czy mu wierzę? Sama nie wiem, bo czy diabeł może mówić prawdę? Zobaczymy. Już wkrótce się tego dowiem.

Jak się to wszystko zaczęło? Był piątek, mokre grudniowe popołudnie. Zgodnie z harmonogramem pracy zasiadłam akurat przy biurku w wypożyczalni, kiedy służbowy komputer dostał ataku histerii i postanowił udawać, że nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

Kolejka czytelników zaczynała się niecierpliwić, zmuszona w dodatku walczyć o miejsce z tłumem powracających z zakupów, przemokniętych ludzi, którzy przyszli tu tylko w tym celu, aby się schronić przed deszczem.

Beztrosko otrząsając mokre parasolki, przez ciżbę przepchnęła się grupka kosztownie ubranych kobiet; wszystkie rozglądały się wokół tak cielęcym wzrokiem, jakby żadnej z nich dotąd nie zdarzyło się widzieć biblioteki. I pewnie tak było. W wyobraźni tych osób na mapie Guildfordu musiała w tym miejscu widnieć biała plama, dzieląca magazyn Jaegera od salonu Laury Ashley. Dla nich był to tylko jeden

z martwych punktów rozsianych po trasie codziennych

zakupów. Irytujące utrudnienie.

Zgromadziwszy się w pobliżu mego biurka, całe to eleganckie towarzystwo zajęło się oceną efektów swoich żmudnych wielodniowych łowów — sprawdzaniem spisów świątecznych sprawunków oraz oglądaniem ostatnich nabytków. Przed oczami przesuwały mi się eleganckie markowe etykietki: Gucci. Armani. Chanel. Lapiniąue — „dla kobiety, która chce czegoś więcej".

Śledziłam je z jawną zazdrością. Ja też chciałam „czegoś więcej", i to nawet bardzo, tylko że nie miałam nikogo, kto by mi kupił na gwiazdkę buteleczkę perfum Lapiniąue. Andrew jak zwykle podaruje mi jakąś książkę, ja zaś jak zwykle będę się starała nie okazać rozczarowania, że nie zobaczę go w święta. Och, gdybym miała odwagę zaprosić Andrew na świąteczny lunch! Może byłby to wreszcie ten niezbędny impuls, który zmieniłby nasze stosunki, kładąc kres platonicznej stagnacji trwającej już tyle lat. Cóż, kiedy znów stchórzyłam.

Nakazałam sobie nie patrzeć w stronę tych paniuś. I co by mi przyszło z flakonika perfum Lapiniąue? Mężczyźnie nie wystarczy ładny zapach, aby niemoralna oferta zgorzkniałej pięćdziesięcioletniej baby wydała mu się atrakcyjna. Do tego trzeba znacznie więcej.

— A poza tym te perfumy pachną pewnie jak kocie siuśki mruknęłam pod nosem, waląc wściekle w klawisz komputera. Znałam te jego napady; zazwyczaj mijały po paru minutach, ale dziś był szczególnie uparty.

. ~~ Słucham? Co takiego? — zdziwiła się zadbana czytelniczka, wręczając mi wybraną książkę.

v^c> Spojrzałam na okładkę. „Ślub w raju", głosiły , °,e. ltefy tytułu- Poniżej widniała tropikalna plaża, na której nieprawdopodobnie przystojny brunet o płomiennych ,° ®jm°wal omdlewającą — pewnie ze szczęścia

, 01? ^ niożna czytać taki chłam? Z ciekawością zerknęłam na stojącą przed biurkiem kobietę.

SDie„_. ° ^uacja „Wymarzonego romansu" — po-wyjasnic, uznając widocznie mój wyraz twarzy za

oznakę zainteresowania książką. — Bohaterowie przy końcu mieli się już pobrać, ale ją porwali bandyci, a Brett, ten na okładce, poprzysiągł, że ją odnajdzie. Nawet na końcu świata!

— Wygląda na to, że mu się udało — zakpiłam, patrząc na obrazek.

— Uhm — westchnęła z przejęciem. — Umieram z ciekawości, jak do tego doszło. — Pogładziła postać na obrazku czubkiem palca w eleganckiej rękawiczce i posłała mi płochliwy uśmiech. — Fantastyczny mężczyzna, prawda?

Uśmiechnęłam się całą gębą.

— Niezły — przytaknęłam — pod warunkiem że lubi się mężczyzn, którym z uszu wyrastają palmy. Temu akurat z lewego.

— Zupełnie tego nie zauważyłam! — wykrzyknęła z lekką konsternacją. — Może warto byłoby napisać do wydawnictwa i wytknąć im ten śmieszny błąd — orzekła po chwili, przyjrzawszy się ilustracji. — Chyba tak zrobię. — Umieściła Bretta w torbie z zakupami i poklepała go czule. — Czasami za taki list można otrzymać nagrodę.

Głupia krowa. Zwróciłam się do następnej osoby w kolejce. Był to łagodny z wyglądu człowiek z całym naręczem książek. Gdy zobaczyłam jednak, co wybrał, uśmiech mi zamarł na ustach. „Pisane krwią: Antologia autentycznych zbrodni", „Zabójcza arytmetyka — wstrząsająca relacja niedoszłej denatki", „Poślubiłam mordercę", „Dziesięciu największych seryjnych morderców naszych czasów".

O Jezu, czyżby nikt już nie czytał prawdziwych książek? Książek z normalną akcją, pisanych przez normalnych, prawdziwych autorów? Swoją drogą trudno je dziś znaleźć. Jeśli ktokolwiek ma jeszcze ochotę sięgnąć po jakąś klasyczną pozycję, musi godzinami przedzierać się przez półki zastawione sagami o seksie i zakupach, tajemniczymi morderstwami tudzież mnóstwem głupawych romansów historycznych, że nie wspomnę już o całej sekcji poświęconej takim osobnikom jak Mills i Boon.

Każdy od czasu do czasu lubi przeczytać sobie coś lekkiego. Sama kładę się nieraz do łóżka z jakimś romansidłem Jilly Cooper lub biorę kąpiel w towarzystwie pięknej bohaterki najnowszej powieści Jackie Collins, ale żeby na tym poprzestawać? Najgorsze, że zawartość naszej biblioteki staje się odbiciem tych żałosnych gustów. Nie mamy tu nawet wszystkich dzieł Dickensa. Z Jane Austen jest jeszcze gorzej, tak więc nagła popularność telewizyjnej wersji „Dumy i uprzedzenia" zastała nas kompletnie nieprzygotowanych, a jedyny zaczytany egzemplarz tej książki zaginął wkrótce bez śladu w skomplikowanym łańcuchu — czytaj: bałaganie — wypożyczeń międzybibliotecznych.

Komputer, który w końcu pogodził się z losem, zameldował ostrym piśnięciem, że kolejny czytelnik przetrzymuje egzemplarz „Anatomii dla początkujących". Zaczęłam przypominać winowajcy, co o tym mówi regulamin, gdy poczułam na ramieniu czyjąś rękę. Był to nasz kierownik.

— Harriet, byłabyś uprzejma wpaść na chwilkę do mojego biura? Chciałbym zamienić z tobą parę słów.

Zmuszona zaniechać prawienia reprymendy młodemu entuzjaście doktora Crippena, ruszyłam za szefem na pierwsze piętro, do jego obskurnej dziupli, szumnie zwanej gabinetem.

Stoimy w obliczu kolejnej, bardzo poważnej obniżki funduszów oświadczył, zamknąwszy drzwi. — Konieczna będzie pewna... hm... reorganizacja. W tej sytuacji postanowiliśmy zredukować księgozbiory kilku mniej popularnych działów, a uzyskaną powierzchnię przeznaczyć na rozbudowę sekcji „Życie i nauka", ze szczególnym uwzględnieniem materiałów audiowizualnych. Musimy się unowocześnić, dostosować profil do dzisiejszych wymagań. Trzeba poz yc się części tych starych, zakurzonych „cegieł" i ustawie frontem do młodzieży.

Tylk°CZ!Ści?,Może^piej wszystkich? — mruknęłam zezwnlen^ przez głośnik muzykę pop, załatw

ODłate yn WySfrk * całon°cną działalność, wprowadź

Nie 1 kl°POty Z fors* masz z gtowtf

Z pewnym zaklopotS. Z,°shwostld' P°P«rzył ™ mnie

— Annette Baker bardzo chętnie poprowadzi nowy dział...

— To świetnie — weszłam mu w słowo. — Zupełnie nie widzę siebie w tej roli. Miałabym doradzać piętnastoletnim łebkom, w którym poradniku znajdą najlepsze wskazówki, jak w miarę bezboleśnie popełnić samobójstwo? O nie, wolałabym raczej.... — Zamilkłam, gdyż nagle zaczęło mi świtać, co jest prawdziwym celem tej rozmowy.

W odpowiedzi na moje milczenie wyłożył mi ów cel bez ogródek — w prostych żołnierskich słowach. Pewnie! Jak najszybciej załatwić nieprzyjemną sprawę—i spokój! Zbliżał się przecież weekend, a on chciał spędzić te dni w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

— Bardzo mi przykro — bąknął na koniec, wyciągając rękę, by pocieszająco poklepać mnie po ramieniu.

Uchyliłam się przed jego fałszywym współczuciem i ślepa od łez niezdarnie wybiegłam z pokoju. Przekonana, że gapi się na mnie kto żyw, z pochyloną, głową przepchnęłam się przez stojącą na podeście grupę i czym prędzej pognałam na górę. Pozwoliłam sobie odetchnąć dopiero na drugim piętrze, gdzie na szczęście nie było gapiów.

— Podli Filistyni — sapnęłam, chwytając się metalowej poręczy balkonu. Nowy atak gniewnych łez sprawił, że zwisające na długim łańcuszku moje okulary do czytania zaczęły z głośnym grzechotem obijać się o tę poręcz. Parę osób popatrzyło w górę. No tak, podstarzała jejmość łkająca jak dziecko — jakiż to zabawny widok!

Odetchnęłam głęboko, otarłam oczy i po raz ostatni ogarnęłam spojrzeniem swe utracone królestwo. Moi wierni poddani karnie tkwili na półkach, nieświadomi, że ich królowa została zdetronizowana i że pod rządami nowego reżimu czeka ich srogi ucisk. Moje ukochane książki —jedyni prawdziwi przyjaciele. Ileż samotnych nocy spędziłam w ich towarzystwie! Pozwalały mi uciekać do innego świata, gdzie nadal istnieją prawdziwe wartości, gdzie zawsze nagradza się cnotę, a szlachetna, choć nieładna heroina nieodmiennie zwycięża frywolne piękności, zdobywając serce mężczyzny dzięki swoim duchowym przymiotom.

O, gdybyż tak było w rzeczywistym świecie! Niestety, dzisiaj to już niemożliwe. Bo jakież ukryte walory mogłyby dziś zrównoważyć coś tak okropnego jak zmarszczki czy choćby siwiejące włosy? W naszym świecie starzenie się jest zbrodnią. Ja byłam winna tej zbrodni, postanowiono więc wyrzucić mnie na śmietnik razem z kupą moich ,,zakurzonych cegieł". Trzeba wszak zrobić miejsce nowiutkim, lśniącym bestsellerom. Niechaj dumnie głoszą wszem wobec, że i tutaj, w te stare mury zwycięsko wkroczyła młodość. Och, ten kult młodości! A inni niech umierają. Zakręciło mi się w głowie, oparłam się więc o barierę, spoglądając zamglonym wzrokiem w dół. Między półkami snuły się jakieś figurki. Gdyby ten balkonik znajdował się trochę wyżej, sprawa byłaby prosta — mały ruch do przodu, i koniec z moim niepotrzebnym życiem.

W tym momencie zobaczyłam j ą. Wychodziła właśnie z archiwum z plikiem czasopism pod pachą. Ubrana jak zwykle w wyzywająco obcisły kostiumik, kręciła biodrami z bezczelną pewnością siebie, właściwą ludziom, którym zawsze i wszędzie wszystko przychodzi bez trudu. Panna Annette Baker. Wschodząca gwiazda. Nadzieja całej Służby Bibliotecznej hrabstwa Surrey, z listą kwalifikacji długą na pół metra. Dodajmy do tego urodę i co najgorsze — jawną admirację całej męskiej części personelu. Fama niosła, ze sypia z szefem, co najprawdopodobniej stanowiło jedyny jej pomysł na „Zycie i naukę". Mogłabym i ja nauczyć cię

tyłkiemeCZy' ^ zdzir0, Umiesz tylko dobrze kręcić

nhi ,8azety na- biurku, zawróciła znów do ar-

ch wum. Wiedziałam, że za chwilę musi znaleźć się tuż pod

kloned^'if° yalanl ^ Pierwszy 0Pasły tom encyklopedii z lezącej na stole sterty - aha A do D" — i na

KS3111 g,° ^ rtU"^ale dl* -rti by

moLTużvTS;'Ev,d0 "u- P°kaŻ* d™ni°m) do czego już sobie te wr^acK iJ^f^aanych cegieł. Ha, wyobraziłam się na podłodze nr'™!! 1 słodka pieszczotka rozpłaszczy .a! SSSSZEw™*tym "m,mbalastem' kt6reg°

Nie. Powoli odłożyłam książkę. Od razu byłoby wiadomo, że to ja. Skazano by mnie za morderstwo. A mnie nagle zachciało się żyć. Samobójstwo? O nie, teraz już nie zamierzałam schodzić z tego świata. Ani wracać do swojego biurka.

W drodze ku schodom przystanęłam na chwilę przy szafie z materiałami biurowymi, skąd wyjęłam spory słoik kleju, by w pokoju dla personelu opróżnić całą jego lepką zawartość do wytwornej skórzanej torebki panny Baker. I zaraz poszłam do domu.

Całe moje mieszkanie mówiło o samotności. Na wycieraczce przed drzwiami leżał rachunek za gaz i jakieś dwie reklamy, w holu wór pełen śmieci — zapomniałam je rano wystawić. Na automatycznej sekretarce żadnych wiadomości. Bezrobotna maszyna patrzyła na mnie z niemym wyrzutem. Stół w salonie wyglądał jak zwykle: przypominał wystawę księgarską po eksplozji lub trzęsieniu ziemi. Z rachunkiem za gaz rozprawiłam się szybko, wpuszczając go w wąski prześwit pomiędzy Trollope'em a Thackerayem, i zaczęłam szukać filiżanki niezupełnie zarośniętej pleśnią.

Zdając się na ekspres do parzenia kawy, przymknęłam oczy, by uniknąć dalszych niemiłych widoków: sterty brudnych talerzy w zlewie, wystrzępionego przewodu przy czajniku elektrycznym (znów nie chciało mi się go naprawić), a przede wszystkim nigdy nie używanego kompletu do fondue, niechcianego prezentu, który najlepiej byłoby wyrzucić, ale jakoś nie mogłam się na to zdobyć. Był symbolem tego stylu życia, który budził we mnie pogardę i zarazem głęboką tęsknotę.

Ochrzciłam kawę sporą dozą whisky i sztywno jak kołek usiadłam w wykuszowym oknie — trudno o relaks w tak cholernym zimnie. Ale dziś przynajmniej gładko wzięłam pierwszą przeszkodę: udało mi się zamanifestować swoją tu obecność i prawa do tego lokum. Bywały bowiem dni, gdy po prostu siedziałam bez ruchu przy stole w płaszczu, szaliku i czapce, czując się jak złodziej we własnym domu, jak intruz dokonujący przeglądu żałosnych dowodów czyjejś całkiem bezsensownej egzystencji. Trwało to zwykle dopóty, dopóki nie nakazałam sobie wziąć do ręki pierwszej lepszej książki. Otwierałam ją na chybił trafił i po kilku minutach odrętwienie zaczynało ustępować.

Tym razem jednak nie mogłam nawet patrzeć na książki. Potrafiłam tylko gapić się tępym wzrokiem na widoczne za oknem światła Guildfordu. Podobno właśnie za ten widok płacę tak horrendalnie wysoki czynsz. Podobno. Przy zawieraniu umowy nie chciało mi się słuchać wyliczeń; nudzą mnie takie detale. Ale teraz... Jak długo zdołam tu wytrzymać?

Nie chodziło tylko o pieniądze. Najgorsze ze wszystkiego było to, że straciłam pracę, którą tak kochałam i którą miałabym nadal, gdyby nie zjawiła się ta pannica. Dotrwałabym w bibliotece do emerytury, gdyby mój przełożony zechciał myśleć głową, a nie fiutem.

Ten diabelny seks! On decyduje o wszystkim. Cała rzecz w tym, czy włada się tą tajną bronią w walce o posiadanie i wpływy. Od tego zależy, kto wygra swe życie, a kto je z kretesem przegra. A jakie szanse na awans do grona zwycięzców pozostają brzydkiej pięćdziesięcioletniej kobiecie, cierpiącej na bóle w stawach i żylaki? Żadne. Nie dość że ostatecznie i nieodwołalnie wykluczono mnie już z tej rozgrywki, to jeszcze kazano stać z boku i przyglądać się temu, co straciłam. Nie było od tego ucieczki. Z książek, z filmów, z telewizji, z ulicznych tablic reklamowych, nawet z tych wsuwanych mi pod drzwi ulotek wiało seksem, zewsząd atakowała mnie myśl: Wszyscy to robią.

szyscy, tylko nie ja. Z czego wynikało jasno, że jako Kobieta, a nawet jednostka ludzka stanowię kompletnie nietrafiony produkt.

S°bie Z tym radzić? Zarówno z tą fatalną

w n.„ l 1 permanentnym brakiem seksu? Zwłaszcza że

Dowinna^n1™ m,niemaniu kobieta pięćdziesięcioletnia nie

jej godnośri ^iWacPraSnieri seksualnych — uwłaczałoby to

to niesmar ^ mimo wszystko je odczuwa? Och, jakiż

^Temów LfkrCt! JedCn Z tych °kr°Pnie wstydliwych problemów, które można tylko ignorować, zmiatając je skrzętnie pod dywan. Co pomyślał sobie listonosz, przynosząc mi w zeszłym tygodniu pewną niedużą paczkę? Że jakiś daleki krewniak pod wpływem wyrzutów sumienia przysłał mi pudełko czekoladek? Że to suszarka do włosów? A może domyślił się prawdy? Sądząc po konspiracyjnym uśmieszku, z jakim potrząsnął paczuszką, zanim zdecydował się ją wręczyć, chyba się jednak domyślił, że zawiera najnowszy, szybkoobrotowy model wibratora „King Dong" z udoskonaloną powłoką i nader realistyczną końcówką.

Nikt nie przyznaje się do masturbacji, a już na pewno nie kobieta w moim wieku, ale czy naprawdę jest się czego wstydzić? Lepsze to niż nic. Lepsze w każdym razie od tego, co pamiętam ze swoich młodzieńczych doświadczeń. Zdarzyło się to tylko raz. Tak rozpaczliwie chciałam się dowiedzieć, jak to jest, że pewnego wieczoru, po prywatce z okazji ukończenia szóstej klasy, zdecydowałam się pójść na całość z niejakim Barrym Thompsonem na tylnym siedzeniu jego furgonetki. Odbyło się to tak szybko i z mojej przynajmniej strony nie tylko bez oczekiwanej, lecz i jakiejkolwiek satysfakcji, że nie mogłam się wprost nadziwić, czemu ludzie, do licha, robią wokół tego tyle szumu. Po kilku tygodniach trwożnego oczekiwania na miesiączkę poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej — dopóki nie wyjdę za mąż.

Wyjść za mąż! Dla mnie okazało się to zbyt trudne. Natura niestety poskąpiła mi urody. Boleję nad tym do dziś. Słaba to pociecha, że podobno piękna buzia i kształtne ciało to jeszcze nie wszystko. Akurat! Praktyka bynajmniej tego nie dowodzi, wręcz przeciwnie. Przekonałam się o tym już jako gruba, brzydka nastolatka, zwłaszcza gdy wyszło na jaw, iż Barry Thompson zdeflorował mnie tylko dlatego, żeby wygrać zakład. Powinnam była już wtedy trzeźwo ocenić swe wątpliwe walory fizyczne, aleja, zamiast się zająć czym innym — pomyśleć o przyszłej karierze czy popracować nad sobą, by nabrać pewności siebie, co mogłoby odmienić całe moje życie — ja zrejterowałam w świat książek, postanawiając cierpliwie czekać do chwili, aż z po-czwarki wyłoni się motyl. Młodzieńcza brzydota, taka jak moja, nie trwa przecież wiecznie, powiedziałam sobie. Byłam

przekonana, że pewnego dnia zbudzę się jako młode urocze stworzenie i wtedy dopiero zacznie się prawdziwe życie.

Moje koleżanki szkolne znikały gdzieś jedna po drugiej — im pilno było wejść w życie, wziąć z niego co można, zakosztować wszelkich jego smaków. Wpierw była to wolna miłość, fascynacja hasłami dzieci kwiatów, później małżeństwo, macierzyństwo, wychowywanie potomstwa. Ja tymczasem przyjęłam skromniutką posadę w miejscowej bibliotece, zdecydowana przeczekać tam chude lata, dopóki nie pojawi się mój piękny książę na swoim białym rumaku. Ocknęłam się wreszcie tuż przed trzydziestką i nagle stwierdziłam ze zgrozą, że zmarnowałam młodość w jałowym oczekiwaniu na coś, co nigdy się nie zdarzy. Podstawową przeszkodą był już teraz nie tyle mój wygląd, ile wiek. Wszyscy przyzwoici mężczyźni — zdolni dostrzec ukryte walory duchowe — zostali już rozchwytani.

Ogarnięta ślepą paniką zaczęłam na gwałt szukać męża, obniżając z dnia na dzień swoje wymagania. Księcia na białym koniu zastąpił zwyczajny rycerz, później zwyczajny wieśniak, a gdy i ten się nie zjawił, gotowa byłam przyjąć kogokolwiek. Za późno. Na rynku małżeńskim pozostały już tylko dwie kategorie nieżonatych mężczyzn: życiowi nieudacznicy, tacy sami jak ja, i ambitni karierowicze. Pierwsi nie chcieli wiązać się z osobą, w której jak w lustrze oglądaliby stale własne niedostatki, ci drudzy natomiast po latach zażartych zmagań o karierę, pozycję, pieniądze mieli juz teraz na tyle wysokie konta, żeby od przyszłej małżonki wymagać wszelkich możliwych walorów. A cóż miałam ja?

Czemu nikt mnie nie ostrzegł, że tak się to skończy? zemu sama nie pomyślałam, że siedząc z założonymi rękami, osiądę w końcu na lodzie?

lafa> a z ostatki nadziei. Kiedy wreszcie mój

siałam r,^ zacz^ odmierzać końcowe minuty, mu-

nie wvide8° prawdą: przegrałam. Nigdy już

lata t>o7nst C- nuate domu ani dzieci. Na stare

lata pozostanę sama jak palec.

do Eh^fdtem S*ę menoPauzy — uderzeń krwi y, potow, suchej skory, wszystkich tych okrutnych

objawów świadczących o końcu zdolności rozrodczych

— tak teraz zaczynałam pragnąć, żeby stało się to jak najszybciej. Bo i po co mi te resztki kobiecości? Dzisiaj miesięczna przypadłość już tylko przypominała mi o tym, że jako kobieta nie spełniłam swoich naturalnych zadań.

A co osiągnęłam w zamian? Wielkie zero, a teraz na dodatek jeszcze straciłam pracę.

Whisky zaczynała robić swoje. Zapragnęłam nagle urżnąć się w trupa — miałam wszak ku temu odpowiedni powód. Czyż wszyscy bezrobotni nie szukają pociechy w kielichu?

Odrzucając wszelkie preteksty — że to tylko dodatek do kawy — ruszyłam do kuchni po szklankę i właśnie w tej chwili zadzwonił telefon. Automatyczna sekretarka tak gorliwie zerwała się do pracy, że nie miałam sumienia sprawiać jej zawodu. Stojąc w drzwiach z butelką w ręku, pozwoliłam przyjąć wiadomość.

— Harriet? Jesteś tam? — odezwał się damski głos.

— Dzwoniłam do biblioteki, ale mi powiedziano, że poszłaś do domu. Czy coś się stało?

Sally. Moja najlepsza i obecnie jedyna przyjaciółka. Kiedyś było ich więcej, ale wszystkie przestały w końcu dzwonić, zrażone pewnie permanentnym brakiem odpowiedzi na ich zaproszenia i inne grzecznościowe gesty. Nie chciałam podtrzymywać tych kontaktów ze strachu przed odrzuceniem, ale jak im to miałam powiedzieć? Że to samoobrona? Że wolę skończyć znajomość, zanim zrobią to one?

Z Sally jest inaczej. Ona nie rozumie takich subtelności. Nie ma na to czasu. Za bardzo jest zajęta urządzaniem życia bliźnim. Wiedziałam, co oznacza ten telefon: rutynowa kontrola. Nie widziałyśmy się parę dni, a ja w tym czasie mogłam przecież strasznie narozrabiać — wściec się na kogoś albo wyciąć inny głupi numer.

— Harriet?

Głos Sally brzmi zupełnie jak gdakanie kwoki zaganiającej swoje nieposłuszne stadko. Wie, że jestem w domu, i nie popuści. Pewnie swoim zwyczajem zamierza wygłosić długą reprymendę. Zacznie od wiercenia mi dziury w brzuchu, że prowadzę fatalny tryb życia, że się izoluję, że przejawiam nadmierny pociąg do trunków, a skończy oczywiście mnóstwem dobrych rad. Powinnam częściej wychodzić z domu. Poznawać nowych ludzi. Zostać członkinią jakiegoś klubu

towarzyskiego.

Ja i klub towarzyski! Zakrawa to wprost na kpiny. Perory mojej przyjaciółki irytują mnie do tego stopnia, że chwilami zaczynam prawie lubić samotność — chociażby na przekór Sally.

— Odezwij się, Harriet. Dzwonię, żeby się upewnić, czy pamiętasz o moim dzisiejszym przyjęciu.

Zapomniałam. Ale przecież już jej mówiłam, że nie przyjdę. Dobrze wie, jak nie cierpię takich imprez — tych układnych wieloletnich małżeństw i zepsutych młodych arogantów. Samotna kobieta w średnim wieku to dla nich mniej więcej to samo co grzechotnik w koszu fortuny. Sally nie ma pojęcia, jak to jest być towarem, co wyszedł z obiegu. Od lat jest mężatką, a jej Duncan to istny ideał.

Postanowiłam milczeć, potem jednak przyszło mi na myśl, że takie przyjęcie to chyba najlepsze lekarstwo na mój dzisiejszy nastrój. Lepiej upić się w towarzystwie niż tak po chamsku do lustra. No i może będzie tam Andrew. Z tą myślą podniosłam słuchawkę.

— Sally?

— Nareszcie! Co się stało?

Nic. Natychmiast zajęłam pozycje obronne. Do diabła, jakim cudem ona zawsze umie wyczuć każdy mój niefart? To znaczy nic nadzwyczajnego — sprostowałam po sekundzie. Moi szefowie uznali, że stałam się zbędna, i tyle. Oni to nazywają wcześniejszą emeryturą.

Och, Harriet... — Wyobraziłam sobie wyraz jej twarzy: kwintesencja pełnego udręki współczucia. Przycho-zi o jej to bez trudu. — I co teraz zamierzasz robić?

TZeyi UJ^C' za chwilę ona mi to powie, położyłam wród^m? P°Szlam do kuchni P° szklankę. Gdy

wawczvch ill l doPiero na etapie kursów przygoto-u ryk z ofertami pracy. Nalałam sobie pół

szklanki i zaczęłam liczyć żyłki w fornirze półek na książki. Pozwoliłam jej mówić przez kwadrans, ignorując dokładnie wszystkie dobre rady z wyjątkiem końcowej sugestii:

— Strzel sobie mocnego drinka i przyjeżdżaj do mnie na drugiego.

ROZDZIAŁ 2

Mieszanka towarzyska na przyjęciu Sally okazała się taka, jak przewidywałam — grono jej modnych przyjaciół ze studia aranżacji wnętrz oraz koledzy Duncana, pracownicy uniwersytetu. Wszyscy ze swoimi „partnerami". Żywiołowo nienawidzę tego słowa! To taki kołtuński zamiennik, wymyślony specjalnie po to, żeby ludziom w mojej sytuacji nie wykłuwać oczu swoim wyższym statusem rodzinnym. Jeśli chodzi o mnie, skutek jest wręcz odwrotny. Była też garstka studentów Duncana, co miało dowodzić jego więzi z młodszą generacją. Andrew? Nie dostrzegłam go w tłumie, Sally jednak poinformowała mnie zaraz, znacząco mrużąc przy tym oko, że jeszcze go nie ma, ale przyjdzie na pewno. Został zaproszony. Oddałam jej płaszcz oblana krwistym rumieńcem. Czyżby i to wiedziała? Domyśliła się w końcu, co do niego czuję?

Andrew to jedyny znany mi wyjątek od reguły, która mówi, że samotny mężczyzna w pewnym wieku absolutnie nie nadaje się na męża: skoro dotąd uchował się w stanie bezżennym, to musi mieć jakiś feler. Andrew tymczasem jest o parę lat ode mnie starszy, wykłada literaturę angielską i nie ma żadnych widocznych defektów. Pewien drobny feler, którego nie liczę, można łatwo usunąć za pomocą butelki head and shoulders. Nasza kilkuletnia znajomość zaczęła się od kłótni o komplet dzieł George Eliot podczas jakiejś garażowej wyprzedaży u któregoś z klientów Sally. Po tym incydencie pan profesor z nieznanych mi przyczyn postanowił się ze mną zaprzyjaźnić. Nasz związek ma charakter czysto platoniczny — o niczym innym nie było nigdy mowy nawet w formie najlżejszej aluzji a jednak to głównie ta znajomość trzyma mnie jeszcze przy życiu. Gdyby nie ona, dawno bym popadła w skrajną desperację. Wciąż skrycie marzę o Andrew, w czym zresztą nie jestem odosobniona. Wzdycha do niego większość dojrzalszych mieszkanek kampusu — tych, jak to mówią, po ciemnej stronie trzydziestki.

Spłoszona domyślnym uśmieszkiem Sally, czym prędzej uciekłam do salonu. Pośrodku stały pary małżeńskie pochłonięte ożywioną dyskusją o hipotekach, opłatach za college i ogrodnictwie. W kątach tkwiły grupki studentów, pochłaniając metodycznie darmowe jadło i trunki. Przyniesione w kieszeniach puszki lagera przeznaczone były na później — kiedy już skończy się wino. Mądre posunięcie. W trosce o własne potrzeby powędrowałam do kuchni i gdy zostałam tam sama, przezornie wsunęłam dwie flaszki pomiędzy lodówkę a stylowy walijski kredens. Było mało prawdopodobne, aby ktoś tam zajrzał.

Wróciłam do towarzystwa — i wtedy go zobaczyłam. Oparty o ścianę przy drzwiach młody człowiek miał na sobie długi czarny płaszcz, na głowie czarne kędzierzawe włosy, które dawno nie widziały nożyc, a na twarzy parodniowy zarost, ale tym, co przykuło moją uwagę, były oczy. Miał oczy zimnego szydercy — który wszystko widzi i wszystkich osądza. Jakiś autsajder? Ktoś nowy? Spojrzał na mnie tak jakoś... że na chwilę znieruchomiałam. Zrobiło mi się zimno. Zaraz potem ktoś przepchnął mi się za plecami, a on się nagle uśmiechnął. Mimo woli rozejrzałam się dookoła; dla kogóż to jest taki łaskaw?

Nareszcie mnie dostrzegłaś! — rzucił władczym tonem. W takim razie pora się przedstawić.

Drgnęłam, uświadamiając sobie, że zwraca się do mnie.

— Słucham?

nrrvm^ami.na *m^ Mefisto, a moim władcą jest Lucyfer, narc a i pan wszystkich duchów — wyrecytował nieznajomy.

lubkS SeUnent Duncana- Jeden z tych, którzy

ę wygłupiać. Sally opowiadała mi o nich. Podobno godzinami potrafią się bawić w takie gierki. Zamki, smoki, diabły i tak dalej. Nie miałam ochoty na tego rodzaju dyrdymały.

— A ja jestem Jezus Chrystus — odparłam z kamienną twarzą. — Chętnie bym sobie z tobą pogadała, ale chcę się załapać na resztki Ostatniej Wieczerzy, zanim twoi kumple zdążą je zmieść ze stołu — wymownie spojrzałam w stronę bufetu. — Zechciej mi więc wybaczyć.

— Poczekaj, Harriet, ty naprawdę nie wiesz, kim jestem?

Wybałuszyłam na niego oczy; skąd ten młokos zna moje

imię? Wyglądał jak oni wszyscy, ci teraźniejsi studenci, ale... było w nim coś dziwnego, coś... Trudno to określić.

— Ha, jednak zauważyłaś, że różnię się czymś od innych.

Jakiś świrus czy co? Jedno z tych kulawych kacząt Sally,

które wciąż zagarnia pod skrzydła, tak jak kiedyś mnie?

— Przychodzę od samego Wielkiego Szatana, żeby spełnić twoje pragnienia.

Roześmiałam się głośno.

— Źle trafiłeś. Tutaj takie teksty na nikim nie zrobią wrażenia. Nie wiesz, że dzisiaj nikt już nie wierzy w diabła?

Doprawdy? Więc dlaczego wszyscy się go boją? — Po tych słowach przeszył mnie zimnym spojrzeniem. — Z jakiego powodu ten świat miałby poświęcać tyle wysiłku budowie wszelkich możliwych umocnień, które wy, ludzie, nazywacie cywilizacją, jeśli nie z trwogi przed diabłem? Tak, sztuka, społeczeństwo, religia to przecież nic innego jak tylko mniej lub bardziej zakamuflowana forma asekuracji przed piekłem. Przed chaosem. To w Boga ludzie nie wierzą, bo choć wolą się do tego nie przyznawać, wszyscy doskonale wiedzą, że sami go wymyślili.

Zrezygnowałam z pójścia do bufetu. Ten student plótł straszne bzdury — pewnie się czegoś naćpał — a jednak mnie sprowokował. Rzucasz mi wyzwanie? pomyślałam. Dobrze, młokosie, zabawimy się po twojemu. Postanowiłam mu pokazać, że trafił na godnego siebie przeciwnika.

— Skoro rzeczywiście jesteś diabłem, to co tu robisz? — spytałam fałszywie żartobliwym tonem. Na początek podbiję ci bębenka, ty mądralo. — Owszem, gdzieś w Trzecim Świecie miałbyś ręce pełne roboty, ale tu, w takim Guildfordzie? Co tu może być ciekawego? To tylko tuzin -kowe spotkanie towarzyskie i bardzo przeciętni ludzie. Zwykła klasa średnia.

— Mówisz o Trzecim Świecie? Och tak, pracują tam moi pobratymcy, tylko wiesz co? Tamtych ludzi nie trzeba długo przekonywać, że diabeł istnieje. Miałbym od razu tylu nawróconych, że mógłbym im już tylko wygłaszać kazania, a to dość nudne zajęcie, nie uważasz? O wiele zabawniej jest tutaj, w małym bezpiecznym miasteczku, istnej twierdzy ładu i spokoju. My, diabły, lubimy wybić parę dziurek w takiej szacownej budowli i wpuścić tam trochę dymu...

Dobiegający nas zewsząd gwar rozmów utonął nagle w ogłuszającym ryku bigbitu — pewnie jakiś student dobrał się do stereo. Zaalarmowana Sally przebiegła obok i muzyka zaraz przycichła. Złapałam się na tym, że wybijam takt nogą i co jeszcze dziwniejsze, poczułam się niezwykle pewna siebie. Ni stąd, ni zowąd zaczęłam się dobrze bawić.

— Aha, chcesz nas zniszczyć — rzuciłam z uśmiechem. — Po cóż więc uprawiać salonowe gierki? Nie lepiej byłoby użyć paru rakiet? Pif-paf, i po wszystkim.

— No cóż, moja moc ma pewne granice — westchnął ów młody dowcipniś. — Musimy się trzymać określonych reguł. I bardzo słusznie. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to świetny pomysł: rozwalić wszechświat na atomy, rozpocząć wszystko od początku, a kiedy pierwsza ryba wypełznie z pierwotnego błota, urządzić wielkie barbecue. Pięknie, tylko co mielibyśmy wtedy do roboty? Powiem ci w sekrecie, że bez was, drodzy grzesznicy, my wszyscy, łącznie z Lucyferem, czulibyśmy się trochę osamotnieni. Wyobraź sobie:

sami potępieńcy! Nie byłoby kogo kusić ani kogo

zw ^ zic. Żadnej rozrywki. Nieciekawa byłaby taka wiecz-nosc. 3

i ■ ^-^śpialiśmy się oboje. Pomyślałam, że teraz zaniecha t ■^ey/n,le ^ żartów. Zerknąwszy na swoją szklankę, ' ZC JeSt Pusta* Wiem> że alkohol to Ucha trochę n a szczę,sc^' a^e te8° wieczoru tylko on mógł mnie ę pocieszyc. Rozejrzałam się za butelką — żadnej nie

było na widoku — i popadłam w gwałtowną rozterkę: iść do kucłuii? Ale jeśli to zrobię, mój rozmówca może mnie opuścić. Znajdzie sobie kogoś innego, i koniec naszej dyskusji, a bardzo tego nie chciałam. Uświadomiłam sobie nagle, że zależy mi na jego towarzystwie. W tym młodym człowieku było coś... dziwnie pociągającego. Zostać? Ale tak desperacko pragnęłam się napić!

— Wiesz co, Harriet? Picie ci nie pomoże — odezwał się nagle. — Tobie do szczęścia trzeba czegoś więcej.

Popatrzyłam na niego podejrzliwie: czyżbym nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła głośno myśleć?

— O co ci chodzi? — burknęłam. — Niby czego mi trzeba?

— Ty mi to powiedz — odrzekł z szerokim uśmiechem. — Gdybyś mogła otrzymać wszystko, czego pragniesz, co byś wybrała?

Westchnęłam — kolejna salonowa gierka.

— Dosłownie wszystko?

— Dosłownie. Bez żadnych ograniczeń.

— Hm, mogę wymienić parę drobiazgów, które dobrze byłoby mieć, zwłaszcza teraz, w mojej sytuacji. Takich na przykład jak praca. Jak trochę forsy na życie. Nieźle też byłoby zrzucić z karku parę latek, powiedzmy, ze dwadzieścia pięć, tak dla równego rachunku. Wy, diabły, macie pod tym względem ładne osiągnięcia, prawda? Ten słynny pakt z Faustem...

Przerwałam, bo w drzwiach ukazał się Andrew w towarzystwie młodej kobiety, pewnie którejś ze swoich studentek. Była szczupła, wysoka i w przeciwieństwie do jego niedbałego stylu — bardzo elegancka. Leciutko kołysząc biodrami w rytm muzyki, szła przed nim o jakieś dwa kroki. Pewnie po to, żeby mógł podziwiać jej nogi w cieniutkich pończoszkach, doskonale widoczne spod krótkiej sukienki. Nogi miała zgrabne... Kiedy Andrew zrównał się z nią przy kominku, odwróciła się do niego z uśmiechem. Jednym rzutem oka oceniłam resztę jej walorów — gęste kasztanowe włosy, ładną twarz, duże błyszczące oczy — i ogarnęła mnie zawiść.

_ Skoro już o tym mowa — zwróciłam się znów do

Mefista — zażyczyłabym sobie jeszcze kilku poprawek kosmetycznych. To nic przyjemnego urodzić się z twarzą jak tył autobusu. — Czy mówiąc to, miałam nadzieję, że zaprotestuje, powie, że piękno to coś więcej niż tylko ładna powierzchowność? Ale on mnie nawet nie słuchał. Patrzył na tę dziewczynę, towarzyszkę Andrew.

— „A więc to lice wygnało na morze tysiąc okrętów i spaliło Ilium?" — mruknął pod nosem.

Aha, to Marlowe. „Tragiczne dzieje doktora Fausta". Czyżby stąd wziął się pomysł tego bełkotu o diable?

Odetchnęłam głęboko — ależ ze mnie idiotka. Jak mogłam bodaj przez chwilę pomyśleć, że ktoś tak młody i tak atrakcyjny gustuje w moim towarzystwie! Wystarczyło mu zobaczyć przeciętnie ładną dziewczynę i proszę — moja osoba przestała go interesować.

— Jeśli chcesz uciąć sobie pogawędkę z tą tam Heleną Trojańską, to się nie krępuj — powiedziałam w miarę spokojnie. — I tak właśnie miałam poszukać czegoś do picia.

Żeby mu to unaocznić, podniosłam do góry swoją pustą szklankę i nagle drgnęłam ze zdumienia: na rękę trysnął mi strumyk ciemnoczerwonego wina. Szklanka była pełna po brzegi! Czym prędzej upiłam z niej łyczek, żeby się znów nie przelała, i poczułam na języku cierpki bukiet szlachetnie wytrawnego trunku. Skąd on wytrzasnął to wino? Było znacznie lepsze niż sikacz serwowany zazwyczaj u Sally. I kiedy napełnił mi szklankę? W ogóle tego nie zauważyłam, a on to zrobił? Po chwili ochłonęłam: trywialna sztuczka.

usia przynieść ze sobą butelkę. Pod tym swoim płaszczys-kiem mógłby ukryć całą baterię.

Muzyka znów zabrzmiała głośniej, przerywając mi te ^P*ewa*0 miłości. W drugim końcu salonu OtrnmM a' pr7t!llona d° siebie para zaczęła tańczyć. mniC Zał°SC,r a ia? Ach- dość udawania, dość tej

gapa Się M™d7ewP<S^ęSObie'Czas Się Upić' MeBSt° WCiąŻ

— On jej nie pieprzy — mruknął po chwili.

— Skąd do diabła ty to możesz wiedzieć? — fuknęłam z irytacją, ciekawość jednak wzięła we mnie górę nad złością. Zostałam.

— Uwierz mi, a ja ci to udowodnię. Bo dotąd nie uwierzyłaś w ani jedno moje słowo, prawda?

— Jasne że nie — wyrwało mi się. Nieważne, i tak mnie przejrzał.

— Porozglądaj się dookoła — mówił dalej. — Przypatrz się tym ludziom. Wydają się tacy poukładani, tacy przyzwoici! Zawsze grają zgodnie z zasadami, w każdej sytuacji zachowują właściwą postawę, nigdy nie mówią tego, co naprawdę myślą. Ha, zdaje im się, że diabeł nie znajdzie do nich dostępu! Tak dobrze się zabezpieczyli! Murami i fosą. O, na powierzchni ślicznie to wygląda, ale co się dzieje pod spodem? Jak myślisz?

— Jeden Bóg to wie — mruknęłam.

— Bóg? Mylisz się, Harriet. I mylił się ten, kto wymyślił to powiedzonko. A teraz posłuchaj. Nie jesteś tutaj jedyną grzesznicą. Tym ludziom może się wydawać, że są zupełnie bezpieczni w swych malutkich bastionach cywilizacji, ale to nieprawda. Nie wiedzą, głupcy, że chociaż zamknęli bramy i powyrzucali klucze, diabeł siedzi z nimi w środku. W nich samych. Są zepsuci do szpiku kości.

— Czemuż to nazywasz mnie grzesznicą? — warknęłam oburzona. — Nie robię przecież nic złego.

— Mnie nie oszukasz. Diabeł wie wszystko. Czyżbyś zapomniała o tym drobnym dzisiejszym incydencie tam, w bibliotece? To twój morderczy impuls sprawił, że wyszedłem z piekła, aby ci złożyć wizytę. Musisz wiedzieć, że nie mam zwyczaju tracić czasu na jakieś pospolite grzeszki.

— Ja... ja przecież... —W głowie zaczynało mi się kręcić. Skąd on to wie? Pociągnęłam wielki łyk wina i z osłupieniem wlepiłam wzrok w szklankę: wciąż była pełna. Jak to możliwe? Halucynacje czy co? — Przecież nic nie zrobiłam tej... pannicy...

— Nie zrobiłaś, bo cię powstrzymałem. Zabójstwo pokrzyżowałoby mi plany. Ale i bez tego było na co patrzeć! Pieknie nagrzeszyłaś! Za taki pokaz gniewu mogłabyś zdobyć Oscara, nie mówiąc już o pysze i zazdrości, co daje nam w sumie aż trzy spośród siedmiu grzechów głównych.

Otworzyłam usta, ale je prędko zamknęłam, nie ufając własnemu głosowi.

— Cztery pozostałe — kontynuował Mefisto, rozglądając się po salonie — z pewnością znajdziemy tutaj. Popatrz

— wskazał głową elegancką damę stojącą na skraju środkowej grupy, jedną z tych wytwornych przyjaciółek Sally.

— Widzę już obżarstwo. Posłuchaj.

Sapnęłam głośno i chwyciłam się jego ramienia; muzyka nagle ucichła, a w głowie odezwał mi się czyjś głos. Co to takiego, na Boga? Telepatia?

Wziąć jeszcze kawałek kurczaka? Chyba nikt nie zobaczy... Zostały tylko trzy nóżki... Zjadłam wprawdzie już cztery, ale przecież nikt tego nie liczy...

Rozpoznałam ten głos! To ona, ta wytworna dama! Przypadkiem słyszałam jej rozmowę z Sally. Paplała o swojej ostatniej diecie. Ale jakim cudem słyszę ją teraz? Co się ze mną dzieje?

— Nie bój się — szepnął Mefisto — nie zwariowałaś. To tylko jedna z moich sztuczek. Słuchaj dalej.

Gdyby mi się udało zgarnąć ten kąsek w serwetkę, mogłabym pójść do łazienki i spokojnie wyssać te kosteczki... mmm... doskonały ten tłuszczyk... A może wziąć cały półmisek? Ze niby idę poczęstować gości w drugim pokoju? W ten sposób można by zwędzić wszystkie!

Dama zaczęła zbliżać się chyłkiem do stołu. Teraz

juz z podziwem popatrzyłam na Mefista. Niezła sztuczka.

— Pokażę ci teraz lenistwo — szepnął mi do ucha, ws azując jakiegoś studenta tkwiącego sennie na sofie. Głos w mojej g o wie przeszedł nagle w leniwy baryton.

_ lP0 cJl0^er? obiecałem Sandrze, że wpadnę do niej po Nipam- ^raPać P° nocy na to piekielne wzgórze?

gotowa L'6 mi Slę"i ^dzwonić, że nie przyjdę? Lepiej nie... będzie udał^ przy ^ 1 zw^lić mi się na głowę. Najlepiej O ranv chnTzapor"nia^em- Wolno mi zapomnieć, prawda? Tany' Ch°lerme chc* ™ się siusiu... trzeba by pójść do

łazienki... ale tak mi tutaj wygodnie... Nie, nie będę się ruszał... Gdzież ja podziałem to piwo?

Przed sofą przeszedł Duncan — głos ucichł. Pan domu zmienił taśmę z muzyką i zwrócił się do kogoś stojącego obok.

— No i jak leci, George? Masz ochotę na trochę disco? — Wykonał parodię dyskotekowego tańca i obaj panowie wybuchnęli śmiechem.

— Kolej na chciwość — wymamrotał półgłosem Mefisto.

Nie uśmiechaj się tak głupio, George, dobiegł mnie głos Duncana. Takiś zadowolony ze swojego nowego citroena? Miej go sobie... Ciekawe, jaką zrobisz minę, gdy zobaczysz mnie w bmw. Już niedługo... Niech no tylko dostanę awans, a Sally dobije targu z tym nowym klientem... Gdyby nie te piekielne opłaty za szkołę, już bym pokazał ci tyły... Ipokażę. Jak tylko matka Sally nareszcie kopnie w kalendarz, spłacimy hipotekę, i będę dobry... Ten stary nietoperz długo już nie pociągnie...

— Jak ty to robisz, do licha? — spytałam Mefista, starając się nie parsknąć śmiechem. Więc taki jest prawdziwy Duncan, płomienny rzecznik socjalizmu! — Czy ty mnie hipnotyzujesz?

— Sza! — przyłożył palec do ust. — Poczekaj, to jeszcze nie wszystko. Najlepsze zostawiłem na koniec. — Ujął mnie pod łokieć i obrócił, tak że w polu widzenia miałam teraz kominek, a przed nim Andrew i tę jego flamę, pogrążonych w żywej konwersacji.

Co też ona sobie o mnie myśli? Wzdrygnęłam się mimo woli, bo był to prawdziwy szok usłyszeć z tak bliska znajomy głos. Głos Andrew. Czy to tylko zbieg okoliczności, że przyszliśmy tutaj o tym samym czasie? Pewnie tak. Jednakże... stoi tak blisko... że czuję ciepło jej ciała.

— Rozpusta — zachichotał Mefisto.

Przez tę sukienkę wyraźnie widać jej sutki. Co by zrobiła, gdybym tak ich dotknął? Na Boga, o czym ja myślę? Pewnie dałaby mi w pysk, gdybym choć tylko spróbował pocałować ją na dobranoc. Muszę wziąć się w garść. Nie wolno robić z siebie durnia. Jej chodzi o stopnie za ostatni semestr... i tylko dlatego ze mną rozmawia... ale... czy nie wolno mi trochę pomarzyć? Wyobrazić sobie, że trzymam w dłoniach te piersi, że przykładam do nich policzek, czuję jedwabistą gładkość młodej skóry...

Zacisnęłam powieki, by stłumić łzy zazdrości i gniewnej urazy: o mnie z pewnością nigdy tak nie myślał. Mężczyźni. Wszyscy oni tacy sami. Dla nich liczy się tylko to, co sprawia przyjemność zmysłom. Żaden nie potrafi spojrzeć głębiej.

Poczułam na ramieniu rękę Mefista.

— Dużo byś dała, żeby się znaleźć w jej skórze, co, Harriet?

Gwałtownie obróciłam się w jego stronę. Zirytowała mnie nagła świadomość, że on i we mnie czyta jak w otwartej księdze. Zna wszystkie moje myśli dzięki swoim niegodziwym sztuczkom!

— Wcale bym nie chciała być taka jak ona! Gdybym była młoda i piękna, miałabym coś lepszego do roboty niż wdzięczenie się do mężczyzny, który mógłby być moim ojcem! Spróbowałabym żyć przyzwoicie... znaleźć choć trochę szczęścia w tym cholernym świecie!

Nic na to nie odrzekł, uśmiechnął się tylko z wyższoś-cią. Wypiłam potężny łyk wina — i zatkało mnie ze zdumienia: szklanka natychmiast wypełniła się znowu ciemnoczerwonym trunkiem. Sama z siebie! To niemożliwe! Musiał mnie czymś odurzyć. Wsypał mi do szklanki jakieś prochy.

Skoro jesteś diabłem i wszystko możesz — syknęłam, wpatrując się w niego z wściekłością — to okaż tę swoją moc i spełnij moje pragnienia! — Czułam, że wzbiera we mnie isteria, ale co tam! — Czego chcesz w zamian? Mojej duszy? A bierz ją sobie! Po co mi ona potrzebna? Moja dusza! Pies z kulawą nogą jej nie chce!

Harriet! Co się dzieje?

Jtotchwyci* nmie za ramiona — Sally. Patrzyła na mnie z zatroskaną miną.

"" ,s?olcój! ~ Wyrwałam się z jej objęć i poszukałam wzrokiem Mefista. Nie było go. Zniknął

— Chodź, Harriet, usiądź. — Sally znowu otoczyła mnie ramieniem. — Wiem, że przeżyłaś dziś okropny stres — powiedziała uspokajająco, prowadząc mnie w stronę sofy — ale nie martw się, moja droga, wszystko się ułoży. Już dobrze...

Wszyscy gapili się na mnie, jakby było na co. Chwiejnie klapnęłam na sofę. Strasznie kręciło mi się w głowie.

— Ten mężczyzna...

— Jaki mężczyzna? — Sally rozejrzała się dookoła. — Czyżby Andrew znów ci czymś dokuczył?

Zaczęłam opisywać jej Mefista — musiała go przecież widzieć. Słuchała w milczeniu, obracając w palcach naszyjnik — błyszczącą staroć, nabytą ostatnio gdzieś na targowisku. Z kunsztownego łańcuszka zwisał pęczek jakichś amuletów. Przyjrzawszy im się bliżej, stwierdziłam, że wszystkie mają kształt pięciokątów.

— Nie, Harriet — odezwała się wreszcie. Jej głos dochodził do mnie jak gdyby z wielkiej odległości. — Nikogo takiego tu dzisiaj nie było. Musiałaś go chyba sobie uroić.

ROZDZIAŁ 3

Fatalnie bolał mnie kark. Co z tą poduszką? Czemu taka twarda? Jakby ktoś zamienił ją na worek z piaskiem i przylepił go czymś do łóżka. Dlaczego to draństwo nawet nie drgnie? Z trudem zmieniłam pozycję i napotkałam jakąś miękką pionową powierzchnię, którą po dłuższej chwili udało mi się zidentyfikować jako oparcie sofy. Gdzie ja jestem?

Spróbowałam usiąść i świeczki stanęły mi w oczach, taki ból dźgnął mnie w prawe ramię. Cholera. Powoli otworzyłam oczy. Byłam w salonie — u Sally. W sączącym się przez kotary zimnym świetle ranka pokój wyglądał inaczej niż wczoraj — szaro i nieprzyjaźnie. Na stoliku przy sofie stały puste kieliszki po winie, w powietrzu wisiała ciężka woń skwaśniałego jadła i trunków. Od tych niemiłych wyziewów pod moją odrętwiałą czaszką jął odzywać się tępy ból. Dostałam dreszczy, więc szczelniej przykryłam się kołdrą

_jakaś litościwa dusza musiała ją na mnie narzucić, ale kto

i kiedy? Teraz dla odmiany oblały mnie zimne poty. Boże, co za okropność... Zebrało mi się na torsje.

— Nie śpisz już, Harriet? Przyniosłam ci kawę.

O Chryste! Błagam, zabierz stąd Sally! Spraw, aby to, co się dzieje, nie było prawdą, myślałam z rozpaczą, chowając głowę pod kołdrę. Pozwól mi zamknąć oczy i obudzić się we własnym łóżku. Przyrzekam, że się poprawię — ograniczę picie, przestanę źle myśleć o ludziach, przyłożę się bardziej do pracy...

Ach, przecież nie mam już pracy, a Bóg nie istnieje. Przepełniona nieznośnym żalem nad sobą, z rezygnacją usiadłam na sofie i trzęsącą się ręką sięgnęłam po filiżankę.

— Jak się czujesz? — zapytała Sally. — Spałaś wczoraj tak mocno, że nie mieliśmy serca cię budzić.

Kochanie, nie widziałaś przypadkiem kluczyków od wozu? — Zapinając po drodze kołnierzyk koszuli, do pokoju wpakował się Duncan. Na mój widok gwałtownie przystanął. —- Uch, przepraszam cię, Harriet. Na śmierć zapomniałem, że tu jesteś — oznajmił z szerokim uśmiechem. — Lepiej się dziś czujesz?

Spojrzałam na niego i nagle... zaczęłam coś sobie mętnie przypominać... Że wczoraj jakimś sposobem potrafiłam czytać w cudzych myślach i... tak! Że Duncan chciał mieć bmw, Andrew przelecieć tę dziewczynę, a ja... Ja chciałam znowu yc młoda. Ale przecież to nonsens. Musiało mi się to przyśnie. Miałam po prostu zły sen.

ła7ieni!^^r0ta!fm Przeprosiny i wymknęłam się do w nim t'n ^e J3ZU Podbiegłam do lustra. Zobaczyłam poznaczona j , twarz okrągłą jak księżyc w pełni,

poręczy sofv flevv ^elciczerwonymi pręgami od twardej nym^poirzeni,! t'0 nabległe krwis* oczy ° niezbyt przytom-cE z c^^ 'T SUChą'.P^arszczoną skórą. Poli-

Cienkie brunatne żyłek. Obwisły podbródek.

natne włosy, obcięte krótko, i stylu „bez

żadnych dziwactw". Jednym słowem, brzydką starą babę. Niepotrzebny rupieć.

Na domiar złego czułam się jak zżuta i wypluta — marzyłam wprost o kąpieli. Wielka biała wanna, obwieszona półeczkami z mnóstwem kolorowych flakoników i malutkich uroczych koszyczków z pięknie pachnącym mydłem, lśniła jak fałszywa obietnica... Cóż by to była za rozkosz zanurzyć się w gorącej aromatycznej wodzie... Musiałam niestety przezwyciężyć tę pokusę. Nie wolno nadużywać cudzej gościnności. A zresztą czy jest sens się kąpać, kiedy człowiek nie ma się w co przebrać? Mam włożyć na siebie to samo ubranie, w którym spałam? Odrzuciwszy tę myśl, wyobraziłam sobie Sally, jak pławi się w morzu wonnej piany, jak wyłania się z niego wyświeżona, pachnąca i piękna, a potem owinięta białym mięciutkim ręcznikiem idzie do sypialni, gdzie ręcznik bezszelestnie opada na dywan, kiedy Duncan bierze ją w ramiona...

Musiałam poprzestać na pobieżnym myciu. Ochlapałam twarz zimną wodą, która oczywiście spłynęła mi zaraz po rękach, mocząc rękawy bluzki aż do łokci. Ręcznik pachniał wodą po goleniu. Przyjrzawszy mu się z bliska, znalazłam przyczepiony do tkaniny ciemny kędzierzawy włosek. Czyżby tego właśnie ręcznika używał dziś Duncan? Zaczęłam powoli wycierać twarz, wyobrażając sobie to wszystko, co oglądał ów kawałek materiału, wędrując po męskim ciele. Widziałam, jak zsuwa się z brzucha ku intymnym częściom Duncana... tym sekretnym częściom dozwolonym jedynie dla Sally. Jak to jest być mężatką? Znać cudze ciało jak własne?

Z poczuciem, że nie powinnam o tym myśleć, chwyciłam z półki nad wanną jakiś bladoniebieski słoiczek. „Lapiniąue — głosił napis. — Krem do wszechstronnej pielęgnacji skóry. Nawilża, odżywia, odmładza."

Czyżby w tym krył się sekret świetnego wyglądu Sally? Zaczerpnęłam palcem sporą ilość tej czarodziejskiej substancji i nałożyłam ją sobie na twarz. Przez następnych parę minut próbowałam wklepać to wszystko w skórę. Bez powodzenia. Zdecydowałam się zatem wytrzeć pozostałość ręcznikiem Duncana i z nadzieją zerknęłam w lustro: będą jakieś dobroczynne zmiany? Delikatnie, samymi opuszkami palców dotknęłam miejsc pod oczami. Hm... Skóra wydawała się jakby mniej sucha, ale czy młodsza? Bóg raczy wiedzieć...

Ktoś poruszył klamką u drzwi. Drgnęłam z przestrachu i chwyciwszy na chybił trafił jakąś szczoteczkę z wieszaka nad umywalką, szybko wyszorowałam zęby, szczoteczkę zaś osuszyłam wilgotnym już teraz i nieco lepkim ręcznikiem. Grzebień! Nie znalazłam żadnego, zdecydowałam się więc przyczesać szczotką do mycia pleców, wiszącą na kołku przy drzwiach. Bez żadnej uchwytnej przyczyny spuściłam wodę w toalecie, wzięłam głęboki oddech i wyszłam do holu.

W połowie schodów dobiegły mnie z kuchni głosy Duncana i Sally.

— Właśnie że znacznie sensowniej jest sprzedać go teraz, przed końcem gwarancji.

— No wiesz! Po to mieć gwarancję, żeby z niej nie korzystać?

O Boże! Nie będę ci teraz tłumaczył wszystkiego od początku. Poza tym te jazdy do twojej matki strasznie nabijają licznik. Jak będziemy czekać do wiosny, nie dostanę już takiej ceny.

Aleja lubię nasz wóz. Nie rozumiem, dlaczego chcesz wpakować tyle pieniędzy w coś takiego jak bmw.

Kaszlnęłam głośno, aby zasygnalizować, że wchodzę, nim jednak sięgnęłam do klamki, z kuchni wypadł Duncan, pod zwani aj ąc pękiem kluczyków.

JennV? — zapytał. — Spóźni się na keję konnej jazdy. — Nie czekając na odpowiedź, posłał mi e cjonalny uśmiech i zniknął w drzwiach do garażu. kn^ręC,DunCan ntaprawd? chce mieć bmw. Weszłam do w ^afr ZaStakm Sally za^ Władaniem naczyń

— Zjesz coś, Harriet?

jednakziefćcrzanlf .^jśćjak najprędzej, zgodziłam się

nym do białości stoYe^w przy wyszorowa-

w tym samym walijskim stylu co

kredens — przyglądałam się Sally zręcznie uwijającej się po kuchni.

Ma czterdzieści pięć lat, ale nikt by jej tyle nie dał. I zawsze taka elegancka! Dziś też wyglądała jak z żurnala: zgrabny ciemnozielony kostium, sięgające ramion blond włosy schludnie wymodelowane, na twarzy mistrzowski makijaż. Umie używać kosmetyków!

— Mam dziś spotkanie z klientem — wyjaśniła, patrząc na zegarek — ale nie musisz się spieszyć, dopiero o jedenastej. A poza tym nie mogę wyjść z domu, dopóki Duncan nie wróci z tej swojej szkółki jeździeckiej. — Umieściwszy kilka kromek chleba w chromowanym tosterze, podjęła przerwany wątek: — Jak wiesz, w soboty raczej nie pracuję, ale dziś to szczególna sprawa. Duncan uważa, że powinnam przycisnąć klienta o parę prywatnych zleceń. Twierdzi, że zarabiałabym o wiele lepiej, gdybym odeszła z pracowni i zaczęła działać na własną rękę. Ja nie jestem tego taka pewna, trzeba jednak próbować swych sił, nie uważasz? W przeciwnym razie można utknąć na zawsze w jakiejś nieciekawej pracy.

Urwała nagle. Pewnie przyszła jej na myśl m oj a nudna praca i to, co mnie właśnie spotkało. Praca Sally wcale nie jest nudna. Projektowanie wnętrz to twórczość, sztuka budowania marzeń. Sally wyczarowuje tła, na których bogaci próżniacy mogą później przeżywać swe fantazje. Raz jest to sypialnia a la „Baśnie z tysiąca i jednej nocy" dla rozpieszczonej jedynaczki miejscowego przemysłowca, kiedy indziej gotycka jadalnia dla amerykańskiego bankiera czy rzymskie termy dla ekskluzywnego klubu zdrowia, z całym antycznym sztafażem, nie wyłączając posągów, marmurowych posadzek i mozaik.

Przed nosem wykwitła mi kawa i gorąca grzanka obficie posmarowana masłem.

— Wsuwaj — zakomenderowała Sally. — Dobrze ci zrobi — dodała, opadając na stojące naprzeciw mnie krzesło. W jej spojrzeniu dostrzegłam ciekawość. — Nie najświetniej dzisiaj wyglądasz.

Zaczęłam żałośnie żuć grzankę. Pewnie że nie najświetniej, zwłaszcza w porównaniu z tobą... Sally ma wszystko.

— ciekawą i dobrze płatną pracę, do tego męża, dzieci, niekny dom... Nic jej nie grozi. Do czego ja w ogóle jestem jej potrzebna? Czemu taka kobieta chce się ze mną przyjaznic? Już nieraz zadawałam sobie to pytanie. Czyżbym miała jej służyć za odstraszający przykład, taki, jakimi posługują się dietetycy, polecając pacjentkom przylepić do drzwi lodówki obrazek z otyłą kobietą? „Uważaj, jeden fałszywy krok i będziesz wyglądać tak samo."

Coś błysnęło przy ściance kredensu, a ja z nagłym poczuciem winy przypomniałam sobie ukryte tam wczoraj butelki.

— Sally — spytałam z wahaniem — co tu się działo? Mam na myśli wczorajszy wieczór. Bardzo narozrabiałam?

Parsknęła śmiechem.^

— Och nie, skądże! Świetnie się bawiłaś. Jeszcze nigdy nie widziałam cię w takim nastroju. Rozpuściłaś włosy i w ogóle... Pełny luz. No i bardzo dobrze. Musiało ci to być potrzebne.

Popatrzyłam na nią ze zdumieniem. Pełny luz? Dlaczego nic nie pamiętam?

— Sally, co znaczy to „w ogóle"? Co ja takiego robiłam?

— Zaraz... Niech sobie przypomnę, jak to było... No więc tak: w pewnej chwili zaczęłaś zachowywać się trochę dziwnie. Szukałaś jakiegoś studenta, który rzekomo miał cię czymś odurzyć. Wypytywałaś wszystkich po kolei, czy nie zauważyli, że dosypuje ci czegoś do szklanki. Później — Sally uśmiechnęła się z rozbawieniem — później Duncan podkręcił muzykę i poprosił cię do tańca. Och, Harriet, ależ z ciebie cicha woda! Nie miałam pojęcia, że potrafisz się tak poruszać.

Wzdrygnęłam się w duchu: co pomyślał sobie o mnie Andrew?

A potem tańczyłaś z Andrew...

— Niemożliwe!

.7 A^fż tak! Przetańczyliście razem cały album Dire hSS^Nie ^obrażałam sobie, że i Andrew potrafi tak oze o oje piliście to samo.—Pochyliła się ku—

mnie

przez stoł i spytała konfidencjonalnie; — Nie powiesz mi chyba, że zapomniałaś o dzisiejszej randce?

— O randce?

— No tak. Popołudniowa herbatka czy coś w tym rodzaju. Mniejsza o nazwę. Kiedy już przestaliście szaleć na parkiecie, co trwało dłuższą chwilę, prawdę mówiąc więcej niż godzinę, wszczęliście wielką debatę na temat dobra i zła. Bardzo intelektualną. Nie będę udawać, że cokolwiek z niej zrozumiałam, dla mnie to za mądre. Pamiętam tylko, co powiedział Andrew: że o tym wszystkim napisał już Marlowe w swoim „Fauście" i że chętnie ci to pokaże, jeśli go odwiedzisz dzisiaj po południu. Obiecał ci także pieczone placuszki.

— Nie pamiętasz przypadkiem, o której to miało być? — bąknęłam z głupią miną. W głowie miałam białą plamę. Żeby tak kompletnie zapomnieć! Co ja nagadałam temu Andrew?

— O czwartej — uśmiechnęła się Sally. — Coś mi się zdaje, że on czuje do ciebie miętę.

Do mnie? Wierutne bzdury! Nie widziała, jak flirtował z tą studentką? A jednak jej słowa odniosły iście czarodziejski skutek — wzbudziły we mnie szaleńczą nadzieję, że może mimo wszystko mylę się co do Andrew, może jednak mu na mnie zależy. Zerknęłam na zegarek: jedenasta. Jeszcze tylko pięć godzin...

Wybiegłam od Sally takim pędem, że na ścieżce przed domem zderzyłam się z powracającym akurat Duncanem. Kilkanaście broszur reklamowych firmy BMW wylądowało na klombie.

Zaraz po przyjściu do domu zaaplikowałam sobie długą kąpiel połączoną z myciem głowy, postanowiłam bowiem oczyścić ciało i umysł z wszelkich nieprzyjemnych śladów swoich wczorajszych ekscesów. Popołudnie wlokło się jak ślimak. Próbowałam czytać — nic z tego, w żaden sposób nie mogłam się skupić. Ten wczorajszy wieczór... Co u licha we mnie wstąpiło? Że też pozwoliłam sobie aż tak się ujpić! I po tym wszystkim Andrew postanowił mnie zaprosić? To właśnie było najbardziej zastanawiające.

Już za pięć czwarta stanęłam pod jego drzwiami, stremowana jak nastolatka przed pierwszą randką.

Uśmiechnął się na mój widok.

— Czujesz się dziś lepiej?

Poprowadził mnie do salonu, gdzie zajęłam swoje zwykłe miejsce — w fotelu obok kominka. Czy padnie mi teraz do stóp, by wyznać dozgonną, tak długo tajoną miłość?

— Zdaje się, że wczoraj wszyscy wypiliśmy trochę za dużo — stwierdził z lekkim westchnieniem, przeczesując palcami brodę. — Strasznie trudno mi było zabrać się dziś do pracy. Widzisz tę stertę? — wykonał nieokreślony gest w stronę biurka. — Eseje moich studentów. Do wtorku muszę je ocenić, a cały poniedziałek mam dosłownie wypchany spotkaniami, na jutro natomiast jedna z mych studentek zamówiła sobie ekstrakonsultację. Będę musiał wieczorem uporać się jakoś z tą górą — rzucił smętnie już w drodze do kuchni. — Nie wypada zawalać roboty z powodu dzikiej hulanki, prawda? — zakończył, przystając w otwartych drzwiach.

— Cóż, Andrew — bąknęłam — bierzesz na siebie tyle obowiązków... — Nadzieje, że ta wizyta przekształci się wreszcie w romantyczny wieczór, prysły jak bańka mydlana Sally swoim zwyczajem grubo przesadziła.

To prawda — mruknął. — Wciąż tylko praca i żadnej rozrywki. Wrócił właśnie z papierową torbą, z której wydobył opakowane w celofan zawiniątko. Placuszki. — Masz ochotę?

Wiem, na co ty masz ochotę! Musiałam ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć tego głośno. Nie zapomniałam, jakim wzrokiem pożerał wczoraj tę studentkę. Mogłabym założyć się o każdą sumę, że wiem, kto przychodzi na tę na ''^^trakonsultację". Tak ważną, że poświęcasz

ciemliun^ 21611' ^ w r?kę widelec, więc czekałam SDosóh & rŹ Up°ra Si^z °Pak°waniem. Robił to w taki leżacvm nr a ^awartiosc Paczuszki wylądowała w końcu na y® Prz^d kominkiem dywaniku.

beztrosko^nrW^ stuc^enckich czasach, co? — zauważył Podniod upuszczony placuszek, nabił na widelec

smętnie zwisający mi z ręki i nakierował ją w stronę skwierczącego ognia. Nie lepiej byłoby przypiec to na ruszcie? pomyślałam. Każdy by tak zrobił, ale nie Andrew. Tylko że to właśnie stanowiło jego zaletę. Był inny niż wszyscy i za to go kochałam.

Cenił tradycyjne wartości. Podobnie jak ja lubił wiktoriańskie powieści i szczęśliwe zakończenia. I wierzył w zwycięstwo dobra — jeśli już nie w życiu, to przynajmniej w literaturze. W życiu zresztą także trzymał się własnych, niemodnych już zasad. Na przykład gdy uczelni obcięto fundusze, on jeden odmówił okrojenia wykładów; nie obniżył też wymagań wobec swych studentów, choć działo się tak wszędzie dookoła. Uważano go za ekscentryka, zarzucano mu staroświeckość, dla mnie jednak była to uczciwość. Uważałam Andrew za człowieka honoru, to znaczy... najczęściej tak było.

— Pójdę nastawić czajnik — oznajmił, kierując się do kuchni. Patrzyłam na niego ukradkiem, starając się pogodzić swój romantyczny obraz jego osoby z tymi jakże przyziemnymi realiami. Czy wszyscy rycerze zamieniają z czasem swe białe rumaki na miękkie bambosze, zastawę do herbaty i kominek? Mój rycerz zamiast lśniącej zbroi miał na sobie sztruksowe workowate spodnie w kolorze ciemnobrązowym i wymiętą sportową marynarkę z łatami na łokciach i wystrzępionymi rękawami. Czarne trykotowe polo nadawało mu z lekka artystyczny wygląd, stanowiąc zarazem doskonałe tło dla jego siwiejących włosów — był niezbyt ciemnym szatynem — aczkolwiek i dla łupieżu, obficie sypiącego mu się z głowy, ilekroć przegaraął sobie włosy. Sięgały mu prawie do ramion. Choć jego fryzurze brakowało wszelkiego stylu, ja ją uwielbiałam; cierpiałam też skrycie za każdym razem, kiedy fryzjer skrócił mu ją bodaj o centymetr.

Czajnik wykonał już swoją powinność i Andrew mógł wreszcie zasiąść obok mnie przy kominku, tylko że teraz zajął się dla odmiany swym wytwornym sprzętem do herbaty, poświęcając mu więcej uwagi niż mnie. Czegóż tam nie było! Dzbanek z szydełkowym kapturkiem, malutkie delikatne filiżanki i takież spodeczki, miseczka na cukier i srebrne szczypczyki, miniaturowe siteczko, łyżeczki, kilka srebrnych tacek i piękny dzbanuszek do mleka. Nabiwszy na widelec trzeci już placuszek, zbliżyłam go do ognia, delektując się mimo wszystko swojską atmosferą tego rytuału. Gdy Andrew zaczął nalewać herbatę, zagapiłam się w jego profil: fascynujące, jak potrafi zmieniać się ta twarz zależnie od punktu widzenia! W tym „kadrze" jego orli nos oświetlony blaskiem kominka stał się jeszcze bardziej wydatny, a gładkie normalnie policzki, obciągnięte papierowo suchą skórą, wyglądały jak płaskorzeźba. Każda wyryta tu linia wydawała mi się hieroglifem brzemiennym w ukryte znaczenia.

— Nad czym tak dumasz, Harriet? — zapytał, unosząc brew. — Czy coś się stało?

Zawahałam się lekko. Czyżby Sally nic mu nie mówiła?

Okazało się, że jednak nie. Gdy poinformowałam go krótko, że zwolniono mnie z pracy, dodając, w jaki sposób, wydawał się wstrząśnięty i zatroskany. Pochylił się naprzód i dotknął mej dłoni, mamrocząc ze szczerym współczuciem:

— Jeśli mógłbym coś dla ciebie zrobić...

Obejmij mnie, ty idioto! krzyknęłam bezgłośnie. Przynajmniej usiądź trochę bliżej.

Mój placuszek zajął się ogniem. Przerażona rzuciłam widelec, który upadł na palenisko, wzniecając deszcz iskier. Na dywanik sfrunęły płonące okruchy ciasta.

— O psiakrew! — mruknął Andrew. Poderwał się z miejsca i zaczął zadeptywać malutkie ogniska rozsiane po dywaniku. A mówiłem sobie, żeby kupić więcej tych placuszków! I co teraz będzie? — Odwrócił się do mnie i wyszczerzył zęby. — O ten ostatni będziesz pewnie musiała stoczyć ze mną walkę!

Szansa na romans wyraźnie przepadła. Już prawie się z tym pogodziłam, ale jak on może w takiej chwili pozwalać so ie na żarty? Zapomniał, że straciłam pracę? Nie rozumie, ww y?°] sw*at runął w gruzy? On tymczasem kucnął przy nai JiHr.U 1 Sam ^ kolejnym placuszkiem, bojąc się

poczęstunku3' " SPaUĆ ™ popiół całj* reszt? Jeg°

— Wiesz, Harriet — odezwał się z wolna — takie rzeczy okazują się czasem zbawienne, choć z początku na to nie wygląda.

O czym on mówi, do diabła? Pociągnąwszy nosem z żałości nad sobą, wlepiłam oczy w tlące się jeszcze fragmenty mocno steranego dywanika.

— Chcesz powiedzieć — spytałam z wątłym uśmiechem — że stworzyłam ci pretekst do kupna nowego dywanu?

— A po cóż mi nowy dywan? — rzucił ze szczerym zdziwieniem. —Mówiłem o wcześniejszej emeryturze. Że dla ciebie może to oznaczać początek nowego życia. Będziesz miała teraz dość czasu na własne zainteresowania, no w ogóle na wszystko, co może ci sprawić przyjemność. Prawdę mówiąc, nawet ci trochę zazdroszczę.

O, nie były to słowa, które pragnęłam usłyszeć! Łaknęłam współczucia — całego morza współczucia. Żebym mogła godzinami wylewać swe żale — narzekać na niesprawiedliwość zwierzchników, ubolewać nad upadkiem mojej biblioteki, a nade wszystko usłyszeć od Andrew, że równie surowo jak ja ocenia osobę panny Annette Baker: ona i jej podobni stanowią zagrożenie dla cywilizacji; przez nich ludzie oduczą się czytać i pisać!

— Gdyby to mnie dano tego rodzaju szansę — ciągnął Andrew — skorzystałbym z niej bez namysłu, niestety, wiele jeszcze wody upłynie, nim będę miał taką możliwość. Ciąży na mnie zbyt dużo długoterminowych zobowiązań... Poza tym — uzupełnił, odwracając ostrożnie widelec — na wydziale panuje taki bałagan, że gdyby mnie tam zabrakło, to koniec. Wszystko by poszło w rozsypkę. Ktoś musi to trzymać w garści.

Ci mężczyźni! Każdemu się zdaje, że jest jedyny i niezastąpiony. I liczy się wyłącznie jego praca. No bo co robi Andrew? Mówi o sobie. O moim nieszczęściu zdążył już zapomnieć. Tylko patrzeć, jak napomknie o tej swojej książce... Postanowiłam go ubiec.

— Jak ci idzie pisanie? — wpadłam mu w słowo, starannie ukrywając swój zawód. Jeszcze tego brakuje, aby mi zarzucił, że się nad sobą rozczulam.

— Ach, z tym jest największy kłopot. — Wrzucił na talerz czwarty placuszek i sięgnął po masło. Ostatni, pomyślałam, przeznaczony jest pewnie na później. Skonsumuje go po moim wyjściu. — Rzecz w tym, że wciąż brak mi czasu.

Ta książka! Pracował nad nią już chyba pięć lat. Jak zdołałam wywnioskować z jego bardzo powściągliwych uwag, miało to być studium jakichś mitów i legend. Nie widziałam jak dotąd ani jednej strony owego dzieła, toteż czasem przychodziło mi na myśl, że może samo jest mitem? Doskonałą wymówką pozwalającą Andrew wykręcić się od kłopotliwych spotkań towarzyskich albo skrócić zbyt nudną wizytę.

— Tak więc—mówił dalej —powinnaś dostrzegaćjasne strony swojej sytuacji. Mogłabyś... mm... — wgryzł się łakomie w ociekający masłem placuszek, zachęcając mnie gestem, abym poszła za jego przykładem — ...mogłabyś i ty coś pisać. Jestem pewien, że cię na to stać. Powinnaś pójść na jakiś kurs literacki. Nasz uniwersytet prowadzi wiele takich kursów. Masz teraz czas, więc to idealny moment.

On nic nie rozumie. Kompletnie. Czasu to ja zawsze miałam dosyć. Znacznie więcej, niż było mi trzeba. Stanęły mi przed oczyma wszystkie samotne wieczory, weekendy długie jak wieczność, cała żałosna szarzyzna mojej egzystencji, wśród której z rzadka tylko błyskał promyk słońca

a były nim nasze spotkania. Czy choć raz przyszło mu na myśl, że nie z miłości do literatury tak żarłocznie pożeram książki, ale z chęci ucieczki od pustki swojego życia?

Wypowiedziałaś wczoraj tyle fascynujących uwag o „Fauście" i jego legendzie. Studiujesz to zagadnienie?

Nie. Byłam mu wdzięczna, że przestał mówić o kursach. — Widziałam raz sztukę Marlowe'a na scenie, niewiele z niej jednak pamiętam. Masz może coś na ten temat?

— Zobaczmy... Podszedł do półki i wyjął z niej kilka omow — Mam Marlowe'a, Goethego i trochę komentarzy... Mogę ci je pożyczyć.

prze8tedać te książki, zerkając ukradkiem na , ory wchłonął tymczasem trzy pozostałe placuszki

i aż cztery filiżanki herbaty. I nagle wpadła mi w oko dziwnie znajoma fraza: „Arcymonarcha i pan wszystkich duchów". Niedawno gdzieś ją słyszałam, ale gdzie?

— Wielu pisarzy próbowało się zmierzyć z legendą Fausta — stwierdził Andrew. Wyjął mi z ręki książkę, nasadził na nos okulary i w zadumie jął przewracać strony. — Marlowe zrobił z tego zwykły moralitet. Jego Faust zawiera pakt z diabłem, który w zamian za duszę ofiarowuje mu ekstra dwadzieścia cztery lata życia. Bohater dramatu trwoni jednak te lata na ziemskie uciechy, by dojść na koniec do wniosku, że wszystko to była marność. Pełen skruchy pragnie odpokutować za swoje występki, cóż, kiedy jest już za późno. O północy zjawia się Mefisto, porywa grzesznika i zabiera do piekła. — Przybliżywszy książkę do ognia, Andrew odczytał stosowny fragment: — „Z wolna się toczą gwiazdy, czas ucieka, / Zegar uderzy, szatan się pojawi i Faust potępion".

Okulary i odbijający się w nich blask płomieni nadały jego twarzy całkiem inny wyraz. Łakomy uczniak ustąpił miejsca wyrafinowanemu intelektualiście. Było w nim teraz coś tajemniczego. Ten Andrew wydał mi się jeszcze bardziej pociągający, lecz zarazem daleki i tak nieprzystępny...

— Goethe natomiast — mówił dalej — jako człowiek Oświecenia, wierzył w odpuszczenie grzechów. Uważał, że naturalnym prawem jednostki jest dążenie do prawdy, więc chociaż na drodze ku jej poznaniu człowiek popełnia błędy, Bóg może mu to wybaczyć. — Przerwawszy na moment swój wywód, tak energicznie zaatakował ostatni kawałek placuszka, że z ust trysnął mu strumyk stopionego masła, spłynął po podbródku i zatłuścił brodę.

Miałam wielką ochotę chwycić chusteczkę i wytrzeć mu tę tłustą plamę, byłaby to jednak zbyt daleko idąca poufałość. Aby przezwyciężyć ów niewczesny impuls, wetknęłam nos w drugą książkę. I znowu pewne jej frazy wydały mi się znajome. Zaczęła powracać mi pamięć wydarzeń ostatniej nocy.

— Tak więc w interpretacji Goethego Faust nie zostaje potępiony. W ostatniej chwili jakaś siła wyrywa go diabłu i unosi w niebiosa. Goethe wzbogacił też motyw Fausta o nowy wątek. Das ewig Weibliche.

— Das co?

— To znaczy „wieczna kobiecość" — odrzekł marzycielskim tonem i roześmiał się cicho. — Tym, co ratuje Fausta od piekła, jest miłość dobrej kobiety.

Poczułam ostre ukłucie zazdrości: o kim on teraz myśli? Sięgnął po książkę, którą miałam w ręku — był to „Faust" Goethego — więc czym prędzej przybliżyłam ją do oczu, udając, że czytam. Spójrz na mnie, Andrew, prosiłam bezgłośnie, to ja jestem dobrą kobietą, a nie ta twoja studentka. Wiesz, co ona zrobi? Przeżuje cię i wypluje, a ja... ja uratuję cię przed wszystkim. Wierz mi, nie wezmę ci za złe nawet tego masła na brodzie.

— W późniejszych interpretacjach tej legendy pojawiło się oczywiście wiele nowych wątków...

Przestałam słuchać, gapiąc się szeroko otwartymi oczyma w kolejną stronicę książki, gdzie widniał taki oto fragment:

Mefistofeles: — Wyznać ci muszę! Dla mnie zamknięta jest droga przez ten maleńki znaczek u twojego proga.

Faust:

Pentagram broni?

Moja pamięć gwałtownie ożyła — teraz przypomniałam sobie wszystko. Pięciokąty w naszyjniku Sally, studenta, tory twierdził, że ma na imię Mefisto, jego bezczelne przechwałki, a potem kuglarskie sztuczki. I to, że nikt go nie znał ani nawet nie pamiętał, by ktoś taki był na przyjęciu. Ale iaKi?a?lętałai^- też jego nagłe zniknięcie, gdy

i nntla flę nas dotknęłam ramienia Andrew

pokazałam mu to miejsce w tekście.

p0 00 chodzi z tym pentagramem?

fragment^ 0^ary * przebiegł spojrzeniem wskazany

;les nie może wisi amulet.

wviść 7^nraV^° takLżarcik Goethego. Mefistofeles wyj pracowni Fausta,gdyż nad drzwiami wis

Foremny pięciokąt w kształcie gwiazdy, czyli pentagram, to tradycyjny talizman chroniący przed demonami.

Czy to możliwe? zadałam sobie pytanie. Czy istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że zeszłego wieczoru rzeczywiście objawił mi się diabeł? No dobrze, załóżmy, że to był diabeł. Z jakiego powodu miałby się wdawać w rozmowy akurat ze mną? Na przyjęciu było tyle osób, wśród których mógł bez trudu znaleźć sobie kogoś ciekawszego. Nie, to czysty nonsens.

— Powiedz mi, Andrew, dlaczego w tych wszystkich utworach osobą paktującą z diabłem jest zawsze mężczyzna?

Wyraźnie zaskoczyłam go tym pytaniem, szybko jednak odzyskał kontenans.

— Dlaczego? — powtórzył z uśmiechem. — Myślę, że feministki musiały przeoczyć ten temat. Możesz być jednak pewna, że wkrótce się za to wezmą. Ha, Faust w spódnicy!

— zachichotał. — Dałby on diabłu popalić!

— Kobieta może nie byłaby tak łasa na te doczesne uciechy — odparłam uszczypliwym tonem. — Mamy w sobie zbyt dużo godności, żeby się rzucać na oślep na każdą napotkaną nowość. Nic nie mam przeciwko poznawaniu prawdy, nie za każde jednak doświadczenie warto płacić duszą. — Na chwilę zamilkłam, bo nagle nie wiadomo czemu zebrało mi się na płacz. Cóż ze mnie za hipokrytka! żachnęłam się w duchu. Przecież gdyby ktokolwiek zaproponował mi choć trochę tych doczesnych uciech, rzuciłabym się na nie jak wilk, nie bacząc na żadną godność.

— Muszę już iść — powiedziałam głośno, podnosząc się z miejsca. — Mam do zrobienia jeszcze parę rzeczy, a później wychodzę, jestem umówiona. — Bezsensowne kłamstwa, nie zamierzałam jednak czekać do momentu, aż Andrew zacznie mówić o swoich esejach, dając mi do zrozumienia, że powinnam się wynieść. Ambicja. Czemu ta piekielna ambicja każe nam wciąż postępować wbrew naszym prawdziwym pragnieniom?

— Och, musisz już iść? — Z widocznym rozczarowaniem zerknął na zegarek. — A ja cię chciałem zaprosić do pubu...

— A ja myślałam... — Zagapiłam się w niego z poczuciem totalnej klęski. Psiakrew! Tak zmarnować szansę! Trzeba było poczekać jeszcze parę minut, zamiast otwierać tę

głupią gębę!

Wstał również i poklepał mnie po ramieniu.

— Masz rację, Harriet. Jak zwykle. Powinienem przeczytać dziś te eseje. Co ja bym bez ciebie zrobił? Nikt tak jak ty nie potrafi mnie przywołać do porządku.

— Ja... hm... mogłabym zmienić plany...

— Nonsens, moja droga — zaprotestował z uśmiechem. —Nie śmiałbym psuć twoich planów. Zachowałem się przed chwilą jak skończony egoista, nie biorąc ich pod uwagę. Należało wcześniej złożyć ci tę propozycję.

— Zatem innym razem? — spytałam rozmyślnie niedbałym tonem. Nawet mi to nieźle wyszło. — Może w przyszłym tygodniu?

— Och tak, oczywiście. — Po tych słowach nagle się zasępił. —Tylko wiesz, fatalnie się składa... prawie wszystkie najbliższe wieczory mam zajęte. Jest koniec semestru i z tej okazji każdy wydział czuje się w obowiązku urządzić jakąś nudną fetę. Wcale mnie to nie bawi, ale cóż... trzeba robić dobrą minę do złej gry w imię poprawnych stosunków międzywydziałowych. — Zaśmiał się głośno, więc musiałam zrobić to i ja, choć w tym, co powiedział, nie było nic zabawnego. — Zadzwonię do ciebie — obiecał, odprowadzając mnie do wyjścia.

Byłam już prawie na schodach, kiedy usłyszałam:

— Harriet?

Zawróciłam w te pędy.

— Tak?