Materiał ludzki - Piotr Borlik - ebook + audiobook + książka

Materiał ludzki ebook i audiobook

Piotr Borlik

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Druga po „Boskiej proporcji” część cyklu kryminalnego z Agatą Stec.

Po zakończonym śledztwie w sprawie morderstwa w gdańskim parku Oliwskim w niewyjaśnionych okolicznościach znika główny świadek w sprawie. Komisarz Agata Stec nie ustaje w poszukiwaniach mężczyzny, z którym łączyły ją nie tylko służbowe relacje. Brak efektów w połączeniu z mnożącymi się pytaniami i wątpliwościami popycha policjantkę do podjęcia desperackich kroków. Tymczasem w niewielkiej wsi na Kaszubach dochodzi do makabrycznego odkrycia. Dwie młode kobiety znaleziono przywiązane do pali pośrodku pola i obrośnięte kwitnącymi powojnikami. Po tym, jak Agata ratuje życie jednej z nich, jej losem zaczyna interesować się brat policjantki, psycholog Artur Kamiński, nie tylko w celu udzielenia pomocy niedoszłej ofierze…

Piotr Borlik, rocznik 1986, inżynier, mistrz Holandii, a także laureat trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy dla osób zajmujących się twórczością artystyczną i upowszechnianiem kultury. Autor dziesięciu kryminałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 23 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,4 (796 ocen)
439
234
104
19
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kkatarzyna83

Z braku laku…

Tylko lektor był w stanie mnie przekonać do wysłuchania do końca. Pokręcone, niewiarygodne, nie podobała mi się.
10
Agata1Warpas

Z braku laku…

Zmęczyłam, nie wiem tylko czy sięgać po kolejna? Autor trochę przynudza opisami sytuacji z perspektyw każdego bohatera. Pętli, mąci niestety nie zawsze udolnie.
10
agniecha123

Nie oderwiesz się od lektury

Super 💪
00
anahwojcik

Nie oderwiesz się od lektury

Sztos!!!
00
JoasiaJaworski1981

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka. Do samego końca trzyma w napięciu…, mam nadzieję, że pan Piotr napiszę czwarta a potem piątą część o Agacie… takie książki czyta się jednym tchem. Polecam
00

Popularność




Copyright © Piotr Borlik, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© Millafedotova/Dreamstime.com

© Diana Opryshko/Dreamstime.com

© Dmytro Koltsuk/Dreamstime.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8352-572-3

Warszawa 2023

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla M.

Rozdział I

Uderzyła głową o coś twardego. Przywykła już do pobudek w nietypowych miejscach, ale tym razem nie chodziło o noc zakończoną w mieszkaniu śpiącego u jej boku nieznajomego mężczyzny. W takich sytuacjach do perfekcji opanowała bezszelestne wstawanie z łóżka, zbieranie swoich rzeczy i opuszczanie sypialni, zazwyczaj śmierdzącej potem i alkoholem. Nie przeszkadzał jej wirujący wokół świat ani fakt, że czasem, prócz towarzysza nocnych igraszek, w domu przebywali inni domownicy, na przykład dzieci.

Teraz jednak nie była w stanie ruszyć się z miejsca.

Skrępowane nogi i związane z tyłu ręce sugerowały przygodę z amatorem mocnych wrażeń. W przeszłości Agacie zdarzało się korzystać w łóżku z policyjnych kajdanek, ale to ona skuwała mężczyzn, nigdy odwrotnie. Jeśli dodać do tego szmaciany worek zarzucony na głowę, nie ulegało wątpliwości, że ją porwano.

Ze zdziwieniem odnotowała, że nie odczuwa strachu. Fajnie było pomyśleć o sobie jako o nieustraszonej pani komisarz, która nawet w takich okolicznościach potrafi zachować zimną krew, ale podejrzewała, że to zasługa substancji odurzającej. Głowę miała zbyt ciężką jak na zwykłego kaca, myśli zbyt łatwo uciekały, było jej strasznie gorąco, najchętniej po prostu zamknęłaby oczy i zasnęła. W tej chwili na wszystko zobojętniała. Nawet gdyby w tle usłyszała rozpaczliwe krzyki i odgłosy piły mechanicznej, wzruszyłaby jedynie ramionami.

Policyjny instynkt nakazywał skupić się na otoczeniu. Oblizała spierzchnięte wargi i mimo rozkojarzenia próbowała ocenić swoje położenie. Niewiele widziała przez naciągnięty na głowę worek. Co chwila przechylała się na bok, głową i ramieniem uderzała o coś twardego, a prócz uciążliwego szumu w uszach, utrudniającego zebranie myśli, słyszała pracę silnika. Raz na jakiś czas dochodziły do niej głośne skrzypnięcia. Znajdowała się w jadącym samochodzie, najprawdopodobniej leciwej furgonetce, w której, jak wywnioskowała po duszącym zapachu, przewożono wcześniej materiały budowlane.

Wytężyła słuch, ale nie wyłapała żadnych innych dźwięków. Oglądała kiedyś film, w którym porwany detektyw, pomimo przepaski na oczach, potrafił okreś­lić trasę przejazdu. Ona jednak swoje umiejętności dedukcji wyczerpała na tym, że kierowcy się spieszy i jedzie wyjątkowo wyboistą drogą. Co rusz podskakiwała na nierównościach, uderzając głową o bok samochodu.

Nagle pojazd zwolnił, a po chwili stanął. Agata czekała na odgłos otwieranych drzwi. Próbując przygotować się na to, co miało nadejść, usiadła z wysiłkiem i oparła plecy o ścianę furgonetki, by zachować resztki godności. Nikt jednak po nią nie przychodził. Po dłuższej chwili przymknęła ciężkie powieki i odpłynęła myślami do niedawnego wieczoru kawalerskiego Karola Olkowskiego. Sama nie wiedziała, czy wówczas bardziej zdziwił ją fakt, że chuderlawy podkomisarz znalazł kobietę, która skłonna była spędzić z nim resztę życia, czy to, że została zaproszona na męską imprezę. To ona wpadła na pomysł, by zaczaić się na nieporadnego kolegę i odegrać porwanie. Pozostali podchwycili pomysł. W imprezie nie brał udziału inspektor Lubomirski, mogli więc pożyczyć radiowóz i użyć go do przewiezienia Karola spod mieszkania do klubu ze striptizem.

Przez chwilę rozważała, czy koledzy z komisariatu nie wykręcili jej podobnego numeru, szybko jednak odrzuciła tę myśl. Każdy dobrze wiedział, że po czymś takim wycis­nęłaby wszystkim jądra, aż śpiewaliby falsetem. Jedyną osobą na komendzie, która nie spuszczała przed nią wzroku, był inspektor, ale maska zawsze poważnego i profesjonalnego przełożonego nie pozwoliłaby mu na tego typu żarty.

– Maska… – powiedziała na głos.

Zdziwiło ją brzmienie własnego głosu. Był zachrypnięty, jakby poprzedniego wieczoru wypiła o kilka kolejek za dużo. Wprawdzie po weselu Olkowskiego obiecała sobie, że przystopuje z alkoholem, ale nie ufała sobie na tyle, by z całą pewnością stwierdzić, że nie ułatwiła porywaczowi roboty i nie zataczała się gdzieś na ulicy. Nic nie pamiętała z porwania. Ostatnie, co kojarzyła, to wizyta u brata, podczas której jak zawsze najadła się do syta. Co było potem? Poszła do baru, zamiast wrócić do mieszkania? A może u Artura przesadziła z winem? Ostatnio serwował nieco gorsze trunki, ale i tak nigdy nie odmawiała kolejnych dolewek.

Maska, powtórzyła w myślach, uśmiechając się. Dzięki licznym rozmowom z bratem sama zaczęła rozkładać ludzi na czynniki pierwsze. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu do głowy by jej nie przyszło, by stwierdzić, że Grzechu nakłada maskę profesjonalisty. Wcześniej był dla niej wiecznie wkurzonym dryblasem, który czerpie satysfakcję z rugania podwładnych. Dziś wiedziała, że to tylko sposób na wzbudzenie respektu u policjantów, którzy bez bata nad głową zapominali, co to szacunek do munduru. Gdyby traktował ich jak partnerów, od razu zaczęliby pozwalać sobie na zbyt wiele. Czasami komisarz odnosiła wręcz wrażenie, że Lubomirski i tak zbytnio pobłażał swoim ludziom.

Samochód gwałtownie ruszył. Agata poleciała do przodu i wylądowała na wyłożonej tekturą podłodze. Zdołała przewrócić się na bok, ale po kilku nieudanych próbach wstania zrezygnowała z wysiłku. Teraz jeszcze dotkliwiej odczuwała każdą dziurę, w którą wjeżdżała furgonetka. O tym, że wciąż była zamroczona, najlepiej świadczył fakt, że zamiast próbować przeciąć więzy, słuchała mruczenia silnika i była zadowolona, że potrafi rozpoznać charakterystyczną pracę diesla. Na własnej skórze przekonała się o konieczności zmiany stylu jazdy po przejściu z benzyny na ropę, choć wciąż jeszcze zbyt wcześnie zmieniała biegi, dławiąc w ten sposób silnik.

– Do roboty – wychrypiała.

Kolejne uderzenie o ścianę pomogło jej wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli. Jeśli chciała wyjść z tego cało, musiała wreszcie wziąć się do pracy. Palcami wymacała krępującą nadgarstki opaskę zaciskową. Porywacz był na tyle miły, że nie zacisnął jej do końca. Wbrew pozorom nie było to Agacie na rękę. Tylko maksymalnie napięty pasek dawał nadzieję na zerwanie. Przekręciła element zaciskowy tak, by znajdował się na górze, w miejscu łączenia obu skrępowanych nadgarstków. Następnie chwyciła wystający fragment między palce i mocno pociągnęła. Jęknęła, kiedy plastik przeciął skórę. Było to jednak niczym w porównaniu z tym, co zamierzała zafundować porywaczowi.

Ignorując ból, odgięła ręce możliwie jak najdalej od pleców, usztywniła biodra i z całej siły uderzyła nadgarstkami o kość ogonową. Pierwsza próba nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Niezrażona niepowodzeniem, zacisnęła zęby i ponowiła ruch.

Opaska puściła po czwartej próbie.

Agata z ulgą wyprostowała ręce, pomasowała piekące nadgarstki, po czym zdjęła z głowy szmaciany worek. Niewiele to pomogło. Zamknięta w ciasnym furgonie bez okien, wciąż widziała tylko otaczającą ją czerń. Przynajmniej łatwiej jej się oddychało, choć unoszący się w powietrzu pył utrudniał swobodne nabranie powietrza do płuc.

Po dłuższej chwili zaczęła rozróżniać zarysy przedmiotów. Ostrożnie wstała, opierając się o ścianę, po czym usiadła na niewielkim siedzisku. Pozostało tylko oswobodzić nogi. Tu sprawa była prostsza. Mając wolne dłonie, bez problemu przyłożyła opaskę do metalowego wspornika siedziska i kilkoma ruchami przerwała pasek. Na miejscu porywacza użyłaby czegoś solidniejszego, ale najwyraźniej nie docenił ofiary lub uznał, że środek odurzający, który jej podał, powali ją na dłużej.

Samochód nagle skręcił w żwirową drogę, wstrząsy były mocniejsze niż poprzednio i policjantka musiała zaprzeć się plecami o ścianę furgonetki. Wyraźnie słyszała chrzęst drobnych kamieni pod oponami rozpędzonego pojazdu. Ktokolwiek siedział za kierownicą auta, w najmniejszym stopniu nie dbał o jego stan techniczny. Na takiej nawierzchni Agata nie ośmieliłaby się przekroczyć prędkości dwudziestu kilometrów na godzinę, podczas gdy porywacz mknął co najmniej trzy razy szybciej. Policjantka miała wrażenie, jakby ktoś zamknął ją w ciasnym, rozgrzanym pudełku i mocno nim potrząsał. Nie chciała nawet myśleć, jak byłaby sponiewierana, gdyby wciąż leżała związana na podłodze. Odbijałaby się od jednej ściany do drugiej, co chwila uderzając o coś głową. Przy odrobinie szczęścia porywacz nie musiałby zabijać ofiary, wyręczony przez metalowe elementy furgonu, które rozłupałyby jej czaszkę.

Po kilku minutach samochód zwolnił. Żwir ustąpił miejsca ubitej ziemi, nie oznaczało to jednak poprawy warunków jazdy, wręcz przeciwnie. Teraz nawet amator rajdów był zmuszony zdjąć nogę z gazu, choć i tak zbyt szybko wjeżdżał w głębokie dziury, przez co Agata z trudem utrzymywała się na siedzisku. Błagała w myślach, by furgonetka wreszcie stanęła.

Marzenie policjantki ziściło się już po chwili. Z ulgą przyjęła ciszę po wyłączeniu silnika. Chwilę później usłyszała odgłos otwieranych drzwi kabiny. Uważnie nasłuchiwała, czy wysiada jedna osoba, czy więcej. Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, ale ponieważ nie słyszała żadnych rozmów, uznała, że ma do czynienia z jednym porywaczem. Wspólnicy mogli czekać na miejscu, nie miała jednak na to wpływu.

Rozważała, w jaki sposób zaskoczyć przeciwnika. W grę wchodziły dwie możliwości: mogła uprzątnąć zerwane opaski zaciskowe, z powrotem założyć worek na głowę i spleść dłonie za plecami, wciąż udając otumanioną, by w odpowiednim momencie zaatakować porywacza, albo od razu rzucić się na niego, gdy tylko otworzy tylne drzwi pojazdu. Zdecydowała się na drugą opcję. Nigdy nie należała do cierpliwych, co wielokrotnie wytykał jej Artur.

Pulsująca w żyłach adrenalina na dobre przegnała wcześniejsze otumanienie. Agata była gotowa, z napiętymi mięśniami czekała na dogodną chwilę. Słyszała kroki porywacza, który nieświadomy niebezpieczeństwa szedł ku tyłowi samochodu. Nie robiło jej różnicy, czy po drugiej stronie czeka dwumetrowy osiłek z kijem bejsbolowym, czy chuderlawy pokurcz. Gotowa była na starcie z każdym przeciwnikiem.

Skrzypnięcie drzwi było dla niej jak gong rozpoczynający walkę. Niczym rugbysta skoczyła na porywacza i powaliła go na ziemię. Nie miała czasu uważniej mu się przyjrzeć, zauważyła jedynie, że to mężczyzna. Rozsądek podpowiadał, by go obezwładnić, Stec jednak rzadko słuchała głosu rozsądku. Podniosła się z ziemi, po czym wymierzyła porywaczowi kopniaka w twarz. Krew trys­nęła mu z nosa, ochlapując czerwonymi kropelkami buty i spodnie Agaty. Dopiero teraz zwróciła uwagę, że ma na sobie domowy dres. Oznaczało to, że po kolacji z bratem wróciła do mieszkania i zmieniła ubranie. Mężczyzna mógł się wcześniej tam włamać i obserwować ją z ukrycia. To dodatkowo ją rozsierdziło.

– Kim jesteś? – krzyknęła, ponownie kopiąc go w głowę.

Nie dała porywaczowi czasu na odpowiedź, wymierzając mu kolejnego kopniaka, tym razem w brzuch. Najchętniej połamałaby mu wszystkie kości, by raz na zawsze zapamiętał, czym się kończy zadzieranie z wkurzoną policjantką, ale nauczona doświadczeniem nie chciała przesadzić z obrażeniami. Grzechu i tak wytknie jej złamany nos mężczyzny i kilka wybitych zębów. Być może da radę zasłonić się obroną konieczną, z innych uszkodzeń ciała trudniej będzie się wytłumaczyć.

Z poczuciem niespełnienia kucnęła przy porywaczu.

– Jesteś aresztowany – oznajmiła. – Nie mam kajdanek, więc cię nie skuję, ale daj mi najmniejszy powód, a połamię ci wszystkie gnaty. Rozumiesz?

Nie doczekała się reakcji. Mężczyzna był przytomny, ale nieobecne spojrzenie sugerowało wstrząśnienie mózgu. To mogło oznaczać większe problemy. Jeśli znajdzie w miarę zaradnego prawnika, będzie mógł ją pozwać za bezprawne działanie w trakcie zatrzymania. Nie byłby to pierwszy tego typu zarzut pod adresem Stec, na razie jednak nie zaprzątała sobie tym głowy.

Rozejrzała się po okolicy. Samochód stał pośrodku drogi gruntowej w otoczeniu pól. Nigdzie nie było widać żadnych zabudowań. W oddali rósł las iglasty. Słyszała tylko koniki polne, ptaki, wiatr szumiący w zaroślach i swój ciężki oddech.

– Gdzieś ty mnie wywiózł? – spytała bardziej samą siebie niż mężczyznę.

Nie miała nic przy sobie, więc jedynym sposobem na wezwanie wsparcia było skorzystanie z komórki porywacza. Nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko temu, toteż bez skrępowania przeszukała jego kieszenie. Znalazła tylko kluczyki do samochodu.

– Nigdzie się nie ruszaj – mruknęła, po czym wstała i podeszła do furgonetki.

Pojazd wyglądał tak, jak go sobie wyobrażała, kiedy siedziała w środku. Pomijając grubą warstwę brudu i zastygłe odpryski błota, większość dolnej części karoserii pokrywała rdza. Na boku samochodu widniał ledwie widoczny napis „Bud-Max”.

Otworzyła przednie drzwi, po czym zajęła miejsce kierowcy. Nie uśmiechało jej się targać nieznajomego do środka, a potem jechać starym rzęchem nie wiadomo gdzie. Miała nadzieję znaleźć komórkę mężczyzny, choć panujący w kabinie syf zniechęcał do poszukiwań. Sama nie przywiązywała większej wagi do porządków, ale widok leżącej na siedzeniu pasażera nadgniłej skórki banana i pustych butelek po piwie czy bocznego schowka po brzegi wypchanego petami to nawet dla niej było za dużo.

Telefon leżał na desce rozdzielczej. Zadowolona chwyciła komórkę i wyszła na zewnątrz. Entuzjazm komisarz trwał tylko chwilę, gdy uświadomiła sobie, że bez PIN-u nigdzie nie zadzwoni.

– Ej! – zawołała. – Śpiąca królewno! Pora się budzić. Nie mam zamiaru spędzić tu całego dnia.

Wróciła do mężczyzny i lekko trąciła go butem. Nie zareagował. By się upewnić, że nie symuluje, kopnęła mocniej, tym razem w biodro. Wyglądał na nieprzytomnego. Ci dzisiejsi mężczyźni, pomyślała, wystarczy dwa razy takiego kopnąć, by na dobre odpłynął.

Postanowiła dać porywaczowi kilka minut. Jeśli nie dojdzie do siebie, zataszczy go do furgonetki i sama spróbuje dojechać gdzieś, gdzie znajdzie cywilizację. Korzystając z wolnej chwili, ruszyła w kierunku niewielkiego wzniesienia, skąd miała nadzieję dostrzec jakieś zabudowania. Na samą myśl o prowadzeniu starego rzęcha zaczynała się stresować. Sama chciała zmienić swojego forda z powrotem na fiata 500, którego sprzedaż uznawała za duży błąd. Nic tak dobrze jej się nie prowadziło, jak filigranowe autko z Włoch. Może i miało słabe przyspieszenie, może wywoływało uśmiech politowania u innych policjantów, ale to wszystko traciło na znaczeniu, gdy przychodziło do parkowania.

Szła przez pole, rozgarniając zboże. Wychowana w mieście, nie potrafiła rozpoznać, czy to pszenica, owies czy żyto. Wyschnięta ziemia brudziła buty, drobinki gleby wpadały do skarpetek, pot spływał po czole. Dres miała cały mokry. Spojrzała przez ramię. Nieznajomy wciąż spał w najlepsze, jakby omyłkowo wstrzyknął sobie substancję, którą wcześniej zastosował na niej. Wzruszyła ramionami i weszła na wzniesienie, próbując przypomnieć sobie coś więcej z przebiegu ostatnich godzin. Na świeżym powietrzu lepiej jej się myślało, ale wciąż ostatnie, co pamiętała, to rozmowa z bratem. Teraz słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oznaczało to, że dochodziła dziewiąta wieczorem. Kilka tygodni temu Artur zmienił dzień i godzinę cotygodniowych kolacji na piątek o siedemnastej. Próbowała przyjeżdżać punktualnie, znając niechęć brata do spóźnień. Mniej więcej po dwóch godzinach zwykle kończył rozmowę i taktownie zaczynał wypraszać siostrę, zasłaniając się obowiązkami. Droga do domu zajmuje jej zwykle pół godziny, powinna zatem wrócić do domu około dziewiętnastej trzydzieści. Co robiła później? Czy możliwe, że nieznajomy odurzył ją i wiózł gdzieś przez ponad godzinę? Wziąwszy pod uwagę fakt, że zdążyła dojść do siebie, nie wydawało się to wcale tak nieprawdopodobne. Pytanie tylko, dokąd ją wiózł i dlaczego.

Raz jeszcze spojrzała przez ramię, by się upewnić, że nieudolny porywacz pozostał na swoim miejscu. Nie darowałaby sobie, gdyby przez nieuwagę pozwoliła mu uciec. Wprawdzie miała przy sobie kluczyki do auta, a w bieganiu na krótkie dystanse radziła sobie całkiem nieźle, ale nie miała ochoty ganiać po polach, zwłaszcza że wciąż odczuwała niewielkie zawroty głowy.

Doszła do szczytu wzniesienia i rozejrzała się. Jak okiem sięgnąć otaczały ją pola i gęsty las. Droga, którą przyjechali, zakręcała i ginęła w oddali. Z tego, co pamiętała, podążali nią dobrych kilka minut, a wcześniej pokonali dłuższy fragment po żwirze.

– Dlaczego zatrzymałeś się akurat w tym miejscu? – spytała.

Już miała ruszyć w drogę powrotną, gdy coś po drugiej stronie wzniesienia przykuło jej uwagę. Sama nie wiedziała, na co właściwie patrzy. Najpierw uznała, że to krzewy, bo były obrośnięte liśćmi, ale kształty bardziej przypominały dwa strachy na wróble. Nabite na pale kukły stały mniej więcej w odległości jednego metra od siebie, zwrócone ku sobie twarzami. Nie wyglądały jak te, które widywała czasem w telewizji. Nie miały na głowach kapeluszy ani w ogóle ubrań. Z miejsca, gdzie stała, nie potrafiła określić, z czego je zrobiono, ale dałaby sobie rękę uciąć, że nie była to słoma. Pięły się po nich rośliny, niektóre nawet kwitły.

Zaintrygowana zeszła na dół. Nie podobało jej się, że straciła z oczu nieprzytomnego porywacza, ale wygrała ciekawość. Coś w tych strachach na wróble było nietypowego. Czuła, że to właśnie przez nie sprowadzono ją w to miejsce. Nie potrafiła jeszcze tego doprecyzować, a jednak policyjny instynkt podpowiadał, że zaraz się dowie, o co w tym wszystkim chodzi.

Już w połowie drogi nos podrzucił pierwszy trop. Nie miało to nic wspólnego z instynktem. Poczuła smród. Znała go aż za dobrze. Nie był to typowy dla pól zapach obornika, lecz duszący, lekko słodkawy fetor gnijącego ciała. W przeszłości widywała już wiele zwłok, ale i tak nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Z każdym kolejnym krokiem czuła odór coraz wyraźniej. Powstrzymując mdłości, przypomniała sobie, dlaczego starała się przyjeżdżać na miejsca zbrodni na czczo.

Podniosła rękę i zasłoniła nos rękawem. Na szkoleniu uczono, by oddychać przez usta, ale z doświadczenia wiedziała, że to tylko teoria. Czuła, jak smród ją otacza, wgryza się w skórę, przenika między włókna dresu. Nawet gdyby teraz zawróciła do furgonetki, to i tak fetor śmierci będzie jej towarzyszyć, dopóki nie zmyje z siebie brudu i nie wypierze ubrań. Zresztą i to nie zawsze pomagało. Artur pewnie znał konkretną nazwę tego zjawiska, ale Agacie wystarczyło wiedzieć, że raczej nie zje dzisiaj kolacji. Postanowienie o ograniczeniu alkoholu straciło na ważności. Priorytet miała konieczność przeczyszczenia organizmu.

Pomimo odoru podeszła bliżej. Musiała wiedzieć, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Wyszłaby na skończoną idiotkę, gdyby po wezwaniu posiłków okazało się, że poniosła ją wyobraźnia, a rzekomy smród gnijących ciał pochodził od zwierzęcej padliny. Loża szyderców na komisariacie od razu wytknęłaby jej nadgorliwość. Po zakończonym śledztwie Roberta vel Pawła Mazura i jego wspólnika na kilka tygodni stała się najbardziej rozpoznawalną policjantką w kraju, co jak łatwo zgadnąć, niektórym nie przypadło do gustu. Potrafiła sobie wyobrazić złośliwe komentarze, że na siłę szuka spektakularnych śledztw, byle tylko wrócić na świecznik.

Czy tego chciała, czy nie, prawdopodobnie tak właśnie się stanie. Dotarłszy na miejsce, nie miała już co do tego wątpliwości. To były ludzkie zwłoki. Ze wszystkich sił próbując powstrzymać odruch wymiotny, przyjrzała im się bliżej. W pierwszej chwili myślała, że ciała wbito na drewniane pale, lecz w rzeczywistości czymś je do nich przytwierdzono. Agacie od razu przyszła na myśl martwa kobieta znaleziona w gdańskiej palmiarni. Teraz też zwłoki pokrywały rośliny. Ciemnozielone liście oplatały ciała, jakby z nich wyrastały. Kwiaty miały po pięć płatków – nie była w stanie pozbyć się skojarzeń ze sprawą seryjnego mordercy z Gdańska z manią na punkcie ciągu Fibonacciego – i były w różnych kolorach, na jednych zwłokach kwitły na różowo, a na drugich na niebiesko. Policjantka najchętniej od razu dokładnie zbadałaby ciała, ale nie chciała zniszczyć śladów. Poza tym na drodze zostawiła nieprzytomnego mężczyznę, który z jakiegoś powodu ją tu sprowadził.

– Chory zjeb – mruknęła z odrazą.

To nie mógł być przypadek, że zatrzymał się akurat w tym miejscu. Do tej pory jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami zamknięcia sprawy Mazura były przytyki kolegów na komisariacie, a teraz najwyraźniej stała się celem jakiegoś psychopaty. Nie potrafiła pojąć, czym kierował się mężczyzna zamieniający ofiary w pieprzone pergole, ale popełnił błąd, porywając Agatę. Być może wymyślił sobie, że zrobi z niej kolejny okaz? Przyjdzie mu za to słono zapłacić.

Zdawała sobie sprawę, że powinna natychmiast pobiec z powrotem do furgonetki, aby dopilnować, by porywacz nie uciekł, zamiast tego raz jeszcze przyjrzała się jednej z ofiar. Coś nie dawało jej spokoju. O ile zwłoki stojące bliżej niej wyglądały i cuchnęły, jakby spędziły tu kilka tygodni, o tyle drugi strach na wróble sprawiał inne wrażenie. Porastająca go roślina nie była tak rozłożysta, a samo ciało nie zostało jeszcze poddane procesom rozpadu gnilnego. Sądząc po włosach sięgających wychudzonych ramion, należało do kobiety. Trudno było określić jej wiek. Ofiara równie dobrze mogła mieć dwadzieścia, jak i ponad czterdzieści lat.

Agata podeszła bliżej, a wtedy zauważyła coś jeszcze. W skórę kobiety wchodziła ledwie widoczna rurka, która pięła się gdzieś w górę. Policjantka wytarła spocone czoło i odchyliła liście przykrywające górną część konstrukcji, odsłaniając przezroczysty worek. Kilka sekund zajęło jej zrozumienie, na co patrzy.

Kroplówka. Nie zdążyła opróżnić się do końca, wciąż tłoczyła płyn do żyły ofiary, co mogło oznaczać…

Agata usłyszała cichy jęk. Odruchowo odskoczyła do tyłu i sięgnęła do pasa, gdzie zazwyczaj miała kaburę z bronią, ale z oczywistych powodów niczego tam nie znalazła. W innych okolicznościach wyśmiałaby samą siebie, teraz jednak zamarła w bezruchu. Nie przesłyszała się. Jedna z ofiar żyła. Jej ciało pokrywały rośliny, lecz wciąż oddychała.

– Agata Stec, policja – powiedziała głośno komisarz. – Jesteś już bezpieczna.

W odpowiedzi usłyszała kolejne jęknięcie. Policjantka najchętniej od razu by wyswobodziła kobietę, ale nie miała pojęcia, czy zdejmując ofiarę z pala, do którego ją przyczepiono, przypadkiem czegoś nie zerwie i nie doprowadzi do śmierci nieszczęśniczki. Pomimo podłączonej kroplówki była przeraźliwie chuda. Stec nigdy wcześniej nie widziała tak wystających kości policzkowych. Wyglądały, jakby lada chwila miały przebić skórę.

– Zaraz do ciebie wrócę – dodała. – Na moment muszę odejść, żeby wezwać pomoc. Niedługo przyjedzie po ciebie ambulans i pojedziesz do szpitala. Twój koszmar dobiegł końca. – W rzeczywistości wcale nie była tego taka pewna. Nie potrafiła ocenić, jak długo kobieta tu przebywała, wiedziała jednak, że z pewnością zniszczyło to nie tylko jej ciało, lecz także umysł. Regeneracja fizyczna pod opieką lekarzy mogła się udać, ale naprawienie psychiki z pewnością będzie wymagać więcej czasu i wysiłku.

Ruszyła biegiem w stronę furgonetki. Wcześniej była zbyt łagodna dla porywacza. To, co zrobił tej kobiecie, powinno automatycznie wpisać go na listę zwyrodnialców, którym nie przysługiwały żadne prawa. Uznała za niesprawiedliwe, że z kimś takim musi obchodzić się jak z jajkiem. Gdyby to od niej zależało, już teraz psychol dostałby to, na co zasłużył.

Lekko zdyszana dobiegła do samochodu. Porywacz wciąż leżał na miejscu, gdzie go zostawiła.

– Koniec drzemki! – zawołała. – Czeka na ciebie wygodne łóżko w celi.

Nie zareagował. Agata stanęła nad nim i dotknęła go butem, a następnie pochyliła się i mocno nim potrząsnęła. Bez efektu. Wolałaby tego uniknąć, leżący jak kłoda zwyrodnialec nie pozostawiał jej jednak wyboru. Uchyliła szerzej drzwi do paki furgonetki, po czym chwyciła go pod pachy. Mierzył nieco mniej niż metr osiemdziesiąt wzrostu i ważył około osiemdziesięciu kilogramów. Policjantka głośno stęknęła, z trudem ciągnąc mężczyznę, a następnie oparła go o tył samochodu. Wątpiła, czy da radę wciągnąć porywacza na górę, ale nie mogła tak go zostawić.

– Wstawaj, chłopie. – Poklepała go po twarzy.

Powoli traciła cierpliwość. Kilkanaście metrów dalej konająca kobieta czekała na pomoc, podczas gdy ona marnowała czas na nieprzytomnego psychopatę.

– Wstawaj! – krzyknęła.

Dopiero teraz zauważyła, że mężczyzna ma bladą twarz. Być może po prostu miał taką karnację, a jednak niesiona impulsem przyłożyła mu dłoń do szyi. Nie wyczuła tętna.

– Ja pierdolę… – westchnęła, po czym opadła na drogę.

Rozdział II

– Aberracja, co nie? – usłyszał za plecami.

Spojrzał na mężczyznę stojącego przy polnej drodze. Szeroki uśmiech na jego twarzy nie pasował do powagi sytuacji. Bardziej niż policjanta na służbie, przypominał przypadkowego gapia, który chciałby sobie zrobić selfie na tle zwłok. Z postury też nie wyglądał na glinę. Był zbyt niski i chudy, a zwisająca z niego koszula z krótkimi rękawami miała ogromne plamy potu pod pachami. Paweł nie czuł się zbyt dobrze w swoim ciele, ale wolałby już pozostać przy dziesięciokilowej nadwadze, niż robić za wieszak na ubrania.

– Aberracja – powtórzył nieznajomy, podchodząc bliżej. – Odchylenie od normy, wynaturzenie. Miałem już wcześniej do czynienia z podobną zbrodnią. Karol Olkowski. – Wyciągnął dłoń. – Podkomisarz policji w Gdańsku, choć mój awans jest kwestią kilku tygodni.

– Paweł Wilk – odpowiedział, odwzajemniając gest. – Aspirant sztabowy w Czarnowie.

Olkowski skinął głową.

– O, widzisz. Może tobie też coś skapnie z tego tortu i wskoczysz do korpusu młodszych oficerów. Trzymaj się mnie, zjadłem na tym zęby. Niespełna rok temu rozwiązałem najgłośniejszą sprawę w całym kraju. Pewnie słyszałeś o duecie morderców wzorujących się na Fibo… Fibola… – Urwał i odchrząknął, wyraźnie zakłopotany.

Paweł tylko na niego patrzył, niepewny, o co chodzi, dopiero po chwili coś mu zaświtało.

– Ta sprawa z Gdańska? Trudno było nie słyszeć, trąbili o tym przez cały czas. Myślałem, że rozwiązała ją taka babka, bodajże Stec. Przez chwilę to nawet odniosłem wrażenie, że ją tu widziałem. – Rozejrzał się po tłumie osób kręcących się w pobliżu, w większości policjantów i techników, ale nigdzie nie widział kobiety, o którą mu chodziło.

Olkowski wydął wargi i prychnął:

– Dam ci pierwszą lekcję: nigdy nie wierz telewizji. Zrobili z Agaty bohaterkę, choć to ja odwaliłem całą czarną robotę. Tak to już niestety jest w dzisiejszym świecie, wystarczy mieć fajne cycki i równe ząbki, a media zrobią z ciebie gwiazdę. Tacy jak my są skazani na życie w cieniu.

Paweł nie wiedział, co odpowiedzieć, więc po prostu niezobowiązująco pokręcił głową. Zamiast tracić czas z gadatliwym podkomisarzem, wolałby z bliska kontrolować pracę techników – na wypadek, gdyby znaleźli coś, czego nie powinni. Do tej pory miał okazję współpracować tylko z policjantami z Bytowa, którzy, delikatnie mówiąc, nie należeli do profesjonalistów, a mimo to panoszyli się niczym agenci FBI. Tym razem mogło być trudniej, choć sądząc po podejściu do pracy jego rozmówcy, być może Paweł przeceniał kolegów z Trójmiasta.

– Co do Agaty… – kontynuował podkomisarz – to rzeczywiście mogłeś ją tu widzieć. To ona rozpętała tę burzę. Tym razem jednak trochę przesadziła. Rzuciłem okiem na zwłoki gościa, który ją porwał. Powiem ci w tajemnicy – Olkowski ostentacyjnie ściszył głos – że obrażenia na ciele nie wyglądały, jakby Stec tylko się broniła. Grzechu, to znaczy inspektor Lubomirski, kazał jej wsiąść do karetki i pojechać do szpitala. Pewnie będą udawali, że też mocno dostała, choć w rzeczywistości nic jej nie jest.

Paweł zamrugał, zaskoczony. W końcu usłyszał coś ciekawego i postanowił to wykorzystać.

– Nie mieści mi się w głowie – skomentował. – Dlaczego Janiak miałby ją porywać? To nie ma najmniejszego sensu.

Olkowski otworzył szerzej oczy.

– A co, znałeś go? – spytał.

Aspirant odparł:

– Znam wszystkich w Czarnowie. To znaczy, myślałem, że znam. W życiu bym go nie podejrzewał o coś takiego. Zawsze wiedziałem, że jest lekko niezrównoważony, ale żeby aż tak? Nie wiem, jak mogłem tego nie zauważyć.

– Najciemniej pod latarnią. Co miałeś na myśli, mówiąc, że był lekko niezrównoważony?

Gdańszczanin połknął przynętę. Gołym okiem było widać, że niespełnione ambicje i zazdrość zżerały go od środka. Można było łatwo nim manipulować. Żądny wyjścia przed szereg, podchwyci każdą informację, byle tylko zabłysnąć. Paweł początkowo chciał tylko obserwować pracę przyjezdnych, ale grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji.

– Leczył się w Bytowie – odpowiedział, udając zakłopotanie. – Nie ukrywał tego i to stępiło moją czujność. Uznałem, że skoro publicznie mówi o swoich kłopotach, to żaden z niego psychol. Zresztą nie było powodu, by go obserwować.

– Co dokładniej mu dolegało?

– Zawsze był dziwny. Podobno miał talent do dłubania w drewnie. Nawet z Warszawy tu przyjeżdżali po jego rzeźby. Moim zdaniem to nic nadzwyczajnego – ot, zwykłe posążki. – Wzruszył ramionami. – W każdym razie artystom wolno więcej, dlatego nikt się nie przejmował jego odchyłami. Czasem gadał do siebie, zazwyczaj jednak siedział w domu. Aż dziwne, że znalazł sobie żonę. Baśka była naprawdę fajną dziewczyną, do dziś nie wiem, co w nim widziała. Może pieniądze?

– Albo lubiła jego dłuto – zaśmiał się Olkowski i mrug­nął znacząco. – Wiesz, o co chodzi.

Wilk zignorował głupi żart i kontynuował:

– Jego stan pogorszył się po śmierci Baśki, jakieś półtora roku temu. Wtedy zaczął jeździć do Bytowa z powodu depresji. Ja osobiście nie wierzę w takie rzeczy. Jak człowiek porządnie pracuje, to nie ma czasu na użalanie się nad sobą. Ale podobno artyści są delikatni. Nie mam pojęcia, kiedy zaczął… – skinął głową w kierunku, gdzie łaziło teraz najwięcej ludzi – tę swoją chorą grę, ale obawiam się, że coś wspólnego może mieć z tym zniknięcie jego córki.

Olkowski aż poczerwieniał na twarzy z emocji i od razu rzucił się na temat jak pies na kość:

– Myślisz, że zrobił z niej kwietnik? Kiedy dokładnie zniknęła?

Paweł podrapał się po głowie, udając, że próbuje sobie przypomnieć, po czym odparł:

– No, jakoś tak jesienią zeszłego roku. Miała dopiero dwadzieścia lat. Całe życie było przed nią. Mam nadzieję, że po prostu uciekła od ojca psychola, ale teraz boję się, że nie zdążyła.

– Sprawdzimy to. W pierwszej kolejności musimy ustalić tożsamość ofiar. Nie zaszkodzi też sprawdzić dom Janiaka.

– Służę pomocą. Czuję się odpowiedzialny za tę zbrodnię. – Pokręcił głową z udawanym smutkiem. Był z siebie dumny. Nigdy nie uważał się za świetnego aktora, ale ten popis spokojnie zasługiwał na Oscara.

Technicy wynieśli ciało. Czterech mężczyzn ostrożnie ułożyło czarny foliowy worek na pace policyjnego samochodu, po czym ruszyło z powrotem, by zabezpieczyć teren. Wilk żałował, że nie może przyjrzeć się ofierze. Kilka tygodni wcześniej przegrał z własną ciekawością i zapuścił się w te okolice, ale zabrakło mu odwagi, by z bliska obejrzeć porośnięte kwiatami ciała. Nie miał pojęcia, że porwane utrzymywano przy życiu. Chciał wierzyć, że zainterweniowałby, gdyby o tym wiedział.

– Epicka zbrodnia – skomentował Olkowski. – Ciekawe, co kierowało Janiakiem. To miał być jakiś rodzaj sztuki?

Paweł ponownie wzruszył ramionami i odparł:

– Pewnie tak.

– Tylko po co mu była Stec?

– Widocznie miał jakiś klucz w doborze ofiar. Oprócz córki Janiaka w Czarnowie w ostatnich miesiącach nikt nie zniknął, musiał więc ich tu ściągać. Może policjantka, która rozwiązała najgłośniejszą sprawę ostatnich lat, miała być czymś w rodzaju wisienki na torcie?

– Może. – Podkomisarz pokiwał głową. – Podoba mi się twoja droga dedukcji. Oczywiście to ja w głównej mierze rozwiązałem tamtą sprawę, ale morderca mógł tego nie wiedzieć. Wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.

Skończywszy zdanie, wyprężył się jak struna. Nagła reakcja zaskoczyła Pawła. Już miał zapytać, o co chodzi, gdy dostrzegł zmierzającego w ich kierunku mężczyznę w jasnych spodniach i wyprasowanej białej koszuli z krótkim rękawem. W odróżnieniu od Olkowskiego wyglądał, jak na policjanta przystało: wysoki, muskularny, już samym wyglądem wzbudzał respekt. Na gładko ogolonej głowie nie było widać śladu potu mimo temperatury sięgającej powyżej dwudziestu pięciu stopni. Szedł szybkim krokiem, najwyraźniej lekko podenerwowany.

Olkowski nerwowo przełknął ślinę.

– Panie inspektorze – powiedział piskliwym głosem. – Właśnie miałem panu przedstawić…

– Co tu jeszcze robisz, Olkowski? – wszedł mu w słowo mężczyzna, najwyraźniej przełożony podkomisarza. – Poprzednim razem nie wyraziłem się jasno?

– Kiedy ja już wszystko zrobiłem. Ustaliłem tożsamość ofiary… Yyy… – Policjant się zająknął. – To znaczy, mordercy, którego powstrzymała Stec. Nie musiałem wcale jechać do Czarnowa, to Czarnowo przyjechało do mnie.

Wilk poczuł na sobie wzrok inspektora. Było w tym mężczyźnie coś nakazującego posłuszeństwo. Kojarzył się Pawłowi z filmowymi postaciami sierżantów poniewierających rekrutów na poligonie, a reakcja Olkowskiego wyraźnie dowodziła, że ta metoda dawała dobre efekty.

– Aspirant sztabowy Paweł Wilk – przedstawił się. – Jestem szefem miejscowej policji.

Zabrzmiało to, jakby dowodził posterunkiem z prawdziwego zdarzenia, podczas gdy w Czarnowie, oprócz niego, pracowało tylko dwóch policjantów. Obaj grubo po pięćdziesiątce, od pracy bardziej cenili sobie święty spokój. Kiedyś denerwowało go, gdy zamiast pełnić dyżur, wymykali się na ryby, ale dawno już zrozumiał, że na lepszą kadrę nie ma co liczyć. Czasami czuł się jak szeryf samodzielnie stawiający czoła złoczyńcom.

Skorumpowany szeryf, dodał w myślach.

Inspektor skinął mu głową i ponownie spojrzał na Olkowskiego, który od razu zaczął streszczać przełożonemu wszystko, czego dowiedział się chwilę wcześniej. Sposób, w jaki mówił podkomisarz, sugerował, że zdobyte informacje były skutkiem jego nadprzeciętnych umiejętności i policyjnej intuicji. Jeśli sądził, że w ten sposób przekona do siebie szefa, był w błędzie. Paweł nie znał ich relacji, ale inspektor nie wyglądał na kogoś, kto byłby skłonny w to uwierzyć.

Po wysłuchaniu relacji Lubomirski skinął głową.

– Trzymajmy się tej wersji – stwierdził. – Potrzebuję dowodów, że facet leczył się w psychiatryku. Nie obchodzi mnie żadna tajemnica lekarska, mam je jeszcze dzisiaj mieć na swoim biurku.

– Zrozumiano – odparł gorliwie podkomisarz. – Co z Agatą? Zostanie zawieszona?

Lubomirski zmarszczył brwi.

– Niby z jakiego powodu? Powstrzymała mordercę i uratowała życie młodej kobiety.

Olkowski się zmieszał.

– Wie szef, o czym mówię…

– Udam, że tego nie słyszałem – przerwał mu inspektor. – Rzecz wygląda następująco. – Zerknął na Pawła. – Teoretycznie sprawę powinni prowadzić kryminalni z Bytowa. To ich teren. Mamy jednak swoje powody, by na to nie pozwolić. Nie będę ukrywał, że chodzi o komisarz Agatę Stec. Nie potrzebujemy nadgorliwych urzędasów, którzy zamiast skupić się na tym, co istotne, zaczną węszyć wokół okoliczności śmierci Janiaka. Śmieć dostał to, na co zasłużył. Ważne, że został powstrzymany i uratowano jedną z ofiar. Prokurator jest tego samego zdania, oficjalnie już przydzielił nam tę sprawę. Początkowo chciałem zająć się tym osobiście, ale widzę, że wasza dwójka doskonale sobie radzi.

Olkowski mrugnął porozumiewawczo do Pawła. Na jego twarzy malowała się duma. Wyglądał, jakby oczekiwał od Wilka podziękowania za włączenie do sprawy, choć tak naprawdę to aspirantowi należały się słowa wdzięczności.

– Powinniśmy zacząć od ustalenia tożsamości ofiary – oznajmił podkomisarz. – Zachodzi duże prawdopodobieństwo, że może to być córka Janiaka. Trzeba też przesłuchać tę ocalałą.

– Nie – odparł stanowczo Lubomirski. – Wasze zadanie ogranicza się do zamknięcia sprawy. Mamy ciało, mamy sprawcę i całkiem solidne podwaliny, by stworzyć chwyt­liwą teorię o motywach mordercy. Resztą zajmę się osobiście. Tobie zresztą też powinno to być na rękę – dodał, patrząc Pawłowi prosto w oczy. – Nie chcesz chyba, żeby cała Polska wypominała, że pod twoim nosem działy się takie makabryczne rzeczy.

Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo, stwierdził w myślach Wilk.

***

Zaparkował służbową octavię pod komisariatem. Zazwyczaj używał jej także jako samochodu prywatnego, ale teraz wolał przestrzegać procedur. Głupio byłoby zwrócić na siebie uwagę przez tak drobne nadużycie. Od domu dzieliło go raptem pięćset metrów, a krótki spacer po ciężkim dniu dobrze mu zrobi. Ustanie gonitwa myśli w głowie, spali się trochę kalorii i Paweł nacieszy się ciszą po rozmowach z męczącym podkomisarzem.

Mało brakowało, a Olkowski dalej siedziałby mu na głowie. Nalegał, by razem pojechali do bytowskiego psychiatry, u którego leczył się Janiak. Sprawiał wrażenie, jakby opacznie rozumiał ideę pracy w parze i zakładał, że niczym nowożeńcy nie powinni odstępować się na krok. Paweł rzucił w końcu wymówkę o konieczności powrotu na posterunek, gdzie rzekomo czekała na niego masa papierkowej roboty, choć w rzeczywistości był ze wszystkim na bieżąco.

Z tym jednym radził sobie doskonale. Filmowi policjanci często psioczą na papierkową robotę, ale on nie uważał, by był to powód do narzekań. Czasami nawet wyobrażał sobie, że zamiast na posterunku, mógłby pracować za biurkiem w jakiejś instytucji. Każda wizyta w urzędzie gminy Czarnowa przekonywała go jednak, że nie byłby to dobry pomysł; bałagan w papierach i niezrozumiałe procedury szybko obrzydziłyby mu pracę.

Spojrzał na znajdujący się za jego plecami pomalowany na niebiesko budynek. Zgodnie z grafikiem dyżur powinien pełnić Leszek, co oznaczało, że prawdopodobnie nie ma w środku nikogo. Paweł zmienił plany. Zamiast wrócić do domu, gdzie czekała na niego żona z dwójką kipiących energią urwisów, wszedł na posterunek. Tak jak założył, nikt nie pełnił dyżuru. W ciepłe dni jego podwładni nie potrafili usiedzieć w pracy dłużej niż sześć godzin, a zdarzało się, że pod pozorem służby w terenie wymykali się nad jezioro na cały dzień. Wiedzieli o tym wszyscy, łącznie z wójtem, ale nikt do tej pory nie złożył skargi. Niektórym było to wręcz na rękę.

– To się porobiło – powiedział na głos, padając na fotel.

Sam już nie wiedział, czy rozpaczać z powodu wykrytej zbrodni, czy wręcz przeciwnie, odetchnąć z ulgą. To musiało się wreszcie stać. Nawet w takiej dziurze jak Czarnowo ludzie prędzej czy później zainteresowaliby się nieużytkowaną ziemią przy drodze na Miastko. Dla niepoznaki posiano tam owies, ale z tego, co Paweł wiedział, nikt nie zamierzał go zebrać. Od początku uważał, że wybrana lokalizacja wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem. Gdyby to on decydował, wybrałby sad lub inne ogrodzone miejsce, rozumiał jednak, że w obawie przed wykryciem nikt nie chciał trzymać na swoim terenie czegoś takiego. Las też nie wchodził w grę. Pewnie udałoby się przekonać miejscowych, by nie zapuszczali się w jakieś miejsce, ale co roku kręciło się tutaj mnóstwo turystów i przyjezdnych grzybiarzy, pragnących pooddychać kaszubskim powietrzem.

Im dłużej nad tym dumał, tym bardziej skłaniał się ku przekonaniu, że na dobre wyszło. Jedyny problem stanowiła uratowana przez Stec kobieta. Paweł wątpił, by była w stanie powiedzieć coś istotnego, ale jej zeznania i tak mogły sporo namieszać. Na szczęście policji z Gdańska też zależało na jak najszybszym zamknięciu sprawy. Z powodu porywczości pani komisarz dogłębne zbadanie wszystkich tropów nikomu nie było na rękę.

Z rozważań wyrwał go dzwonek telefonu. Nie musiał patrzeć na wyświetlacz, by wiedzieć, kto dzwoni. Już wcześniej oczekiwał tej rozmowy, co nie znaczyło, że się do niej przygotował. Przebiegu tego typu rozmów po prostu nie sposób zaplanować.

– Dzień dobry – powiedział nerwowo, odebrawszy połączenie.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry – odpowiedział męski głos. – Jak wyglądają sprawy?

– Trzymam rękę na pulsie. Mamy szczęście, że ta policjantka w ferworze walki zabiła Janiaka. Ci z Gdańska zamierzają zrzucić wszystko na niego.

– Policja to jedno, musisz jednak dopilnować, żeby dziennikarze się tu nie panoszyli.

– Oczywiście. Na razie mamy spokój, ale będę czuwał. Z tego, co się dowiedziałem, rzecznik prokuratury wieczorem ma wydać oficjalne oświadczenie.

Zgrywał pewnego siebie, a w rzeczywistości w ogóle nie pomyślał o mediach. Sam udział Agaty Stec w sprawie automatycznie powinien zainteresować wszystkie telewizje. Komisarz zyskała ogólnopolską sławę i choć nie wykorzystała swoich pięciu minut, by zawalczyć o autorski program w jakiejś stacji lub napisać książkę, to i tak jej nazwisko od czasu do czasu pojawiało się w prasie. Gdy tylko wyjdzie na jaw, że ma coś wspólnego z kolejną spektakularną zbrodnią, dziennikarze nie dadzą jej spokoju, a Czarnowo na kilka dni stanie się najważniejszym punktem na mapie Polski.

– Ktoś dostarczy ci kilka wskazówek – odparł mężczyzna. – Będzie tam między innymi lista osób, z którymi musisz porozmawiać. Jeśli chodzi o media, to na razie trzymaj je na dystans. Gdyby ktoś zaczął węszyć, podrzuć coś o tej policjantce, na przykład na temat okoliczności śmierci Janiaka. Niech wywęszą skandal, niech skupią się na dochodzeniu w kwestii przekroczenia granic obrony koniecznej przez panią komisarz. Po śmierci Igora Stachowiaka opinia publiczna jest wyczulona na takie tematy. W ten sposób odwrócimy ich uwagę od naszych spraw.

– Zrozumiano. Cały czas byłem na miejscu i nawiązałem kontakt z gdańską policją. Zostałem przydzielony do tego dochodzenia razem z podkomisarzem Olkowskim. Facet wydaje się nieszkodliwy. Wysłałem go do Bytowa, by potwierdził informacje o leczeniu psychiatrycznym Janiaka. Jak na razie je mi z ręki.

– Doskonale. A co z naszą drugą sprawą?

Tego pytania Paweł obawiał się najbardziej. Najchętniej odmówiłby, zasłonił się natłokiem obowiązków, nawet jeśli miałoby to oznaczać niańczenie Olkowskiego. Znał jednak swojego rozmówcę na tyle dobrze, by wiedzieć, czego od niego wymaga.

– Nie chciałem ryzykować… – odparł niepewnie.

– Nie robiąc nic, ryzykujesz jeszcze bardziej. Nie tylko wykrycie. Przede wszystkim życie swojej rodziny.

– Przecież nie mogę tak po prostu tam pojechać. Ktoś może mnie zauważyć. Teraz wszyscy będą podwójnie czujni. Trzeba zmienić miejsce albo w ogóle na jakiś czas to przerwać.

– To już twój problem. Ktoś musi zastąpić Janiaka w obowiązkach. Ty nadajesz się do tego najlepiej.

Paweł poczuł, jak po czole spływa mu kropla potu.

– Na Boga, jestem policjantem. Nie oczekuj ode mnie takich rzeczy.

– Za późno na skruchę. Kroplówka zostanie dostarczona razem ze wskazówkami, co dokładnie masz zrobić. Nie zawiedź mnie, Pawełku. Potraktuj to jako awans.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI