Zapłacz dla mnie - Piotr Borlik - ebook + audiobook + książka

Zapłacz dla mnie ebook i audiobook

Piotr Borlik

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Na sopockiej plaży znaleziono ciało brutalnie zamordowanej nastolatki. Z jej łydki wycięto fragment skóry, a pod paznokciami nieżyjącej dziewczyny, uczennicy elitarnego liceum, odkryto naskórek szkolnego kolegi. Chłopak po szybkiej akcji policji trafia do aresztu. Kilka dni później, po dziewiętnastu latach spędzonych w zakładzie karnym, na wolność wychodzi Jakub Ramon, policjant skazany za zabójstwo partnera z patrolu. Zarówno jego proces sprzed niemal dwóch dekad, jak i wcześniejsze zwolnienie warunkowe są owiane tajemnicą. Znikome informacje w gazetach z dawnych czasów i obecny brak zainteresowania tematem mediów każą młodej dziennikarce Aśce Jaworskiej wybadać tę sprawę. Dziewczyna nieświadomie trafia do świata, w którym życie ludzkie jest jedynie towarem. Wbrew ostrzeżeniom, Jaworska coraz głębiej zanurza się w śledztwo i odkrywa powiązania Ramona z morderstwem nastolatki. Tuż po jego zwolnieniu na wolność wychodzi także oskarżony o zabójstwo nastolatek, a sprawą zajmuje się w znany w Trójmieście adwokat kojarzony z półświatkiem. Ambitna dziennikarka jeszcze nie wie, że sama jest tylko pionkiem w rękach ludzi, którzy kryją się w cieniu wydarzeń…

Piotr Borlik, rocznik 1986, inżynier po Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym. Mistrz Holandii, a także laureat trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Autor cyklu kryminałów "Boska proporcja", "Materiał ludzki", "Białe kłamstwa".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 10 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
4,2 (576 ocen)
268
194
87
25
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kazzia1

Nie oderwiesz się od lektury

Chciałam ująć jedna gwiazdkę za jedynie poprawność książki, jednak końcówka wybiła mnie z kapci 😀 mocna ocena celująca za kolejną mylącą do końca tropy fabułę 👍
10
Balkanyrudej

Dobrze spędzony czas

Początkowo nie mogłam się jakoś wczuć w historię, ale im dalej w las tym lepiej.
00
renatakz

Nie oderwiesz się od lektury

nie można się oderwać
00
Maluska85

Całkiem niezła

"Zapłacz dla mnie" to moje pierwsze spotkanie z Piotrem Borlikiem. Pierwszy tom o Jakubie Ramonie zapowiadał się interesująco. Spotkanie policjantów drogówki z politykami, morderstwo, niesłusznie skazany. Brzmi dobrze. Niespodziewałam się, że tak potoczą sie losy Jakuba po dwudziestu latach. I tak do końca sama nie wiem czy mi się to podoba czy też nie. W książce dużo się dzieje, czasami dla mnie za dużo i przyznam, że czasem się gubiłam w rozeznaniu o co chodzi. Na pewno przypadł mi do gustu styl autora. Sięgam po drugą część.
00
Alorak

Dobrze spędzony czas

fajna
00

Popularność




 

 

Copyright © Piotr Borlik, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

 

Zdjęcie na okładce

© Tim Robinson/Arcangel Images;

pmmart/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-985-3

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla M.

 

Prolog

24.12.2001, 22:00

Jeśli trzeci rok z rzędu przytrafia ci się nocny dyżur w wigilię Bożego Narodzenia, to znak, że być może nie jesteś najlepszy w swoim zawodzie. Wedle oficjalnej wersji służbę pełnią wtedy ochotnicy lub samotni policjanci, którzy w innym wypadku świąteczny czas spędziliby na zapijaniu smutków, prawda przedstawiała się jednak w mniej optymistycznych barwach – w takich sytuacjach zawsze pada na nieudaczników.

Wbrew pozorom ta myśl poprawiła Ramonowi humor. Już od kilku miesięcy chodziło mu po głowie, by porzucić szczeniackie marzenia o mundurze i ściganiu groźnych przestępców na rzecz lepiej płatnego zajęcia, ale do tej pory brakowało mu impulsu do działania. Nie miał jeszcze konkretnego pomysłu na życie, niemniej w tej chwili wszystko wydawało się lepsze niż zarywanie nocek u boku wiecznie głodnego partnera, wielbiciela kanapek z salcesonem. Cuchnącym salcesonem, dodał w myślach Jakub.

Zerknął z obrzydzeniem na siedzącego za kierownicą mężczyznę. Dzieliły ich trzy lata. Teoretycznie niewiele, a jednak patrząc na starszego kolegę, Ramon nie potrafił pozbyć się wrażenia, że czas na służbie działa na innych zasadach. Jedni chudną w przerażającym tempie, inni siwieją z dnia na dzień, a niektórzy stopniowo tracą kontakt z rzeczywistością. Paweł Oświęcimski zaliczał się do ostatniej grupy. Jeszcze dwa lata temu, gdy zaczynali wspólne patrole, sprawiał wrażenie sympatycznego gościa z pozytywnym podejściem do życia. Dużo czytał, w odwodzie zawsze miał jakąś ciekawostkę, a od śmierdzących kanapek i słodzonych napoi wolał kupowaną na stacji benzynowej kawę. Teraz praktycznie się nie odzywał, a jeśli akurat nie prowadził auta, to tępo wbijał wzrok w nieokreślony punkt na horyzoncie lub szeleścił papierem śniadaniowym.

– Kupiłeś coś Joli pod choinkę? – zagadał Jakub, nie mogąc dłużej znieść ciągnącej się od przeszło godziny ciszy.

Jak na złość, odkąd stanęli na skrzyżowaniu przy Grunwaldzkiej, żaden z nielicznych kierowców nie złamał przepisów, przez co policjanci skazani byli na własne towarzystwo. Przy tak znikomym ruchu Jakub zatrzymałby nawet pojazd przejeżdżający na żółtym świetle. Choć zazwyczaj przymykał oko na drobne wykroczenia, to teraz gotów był wykorzystać każdy pretekst, by odetchnąć świeżym powietrzem i pogadać z kimś normalnym.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, wlepił wzrok w widok za oknem. Śnieg prószył od rana i wszystko pokrywał gruby puch. Jak na ironię, odkąd Jakub rozpoczął pracę w policji, każde Boże Narodzenie było białe, podczas gdy wcześniej kilka lat z rzędu zamiast śniegu z nieba sączył się co najwyżej deszcz. Nie żeby przywiązywał do tego większą wagę, ale byłoby miło choć raz nacieszyć się magią świąt.

– Sama sobie kupiła – odparł niespodziewanie Oświęcimski.

Jakub odwrócił wzrok w jego stronę. W innych okolicznościach zakończyłby na tym rozmowę, ale teraz miał ochotę pociągnąć kolegę za język. Myśl o zwolnieniu się z policji wprawiła go w dobry nastrój, poza tym były święta i choć nie świadczyło to najlepiej o życiu towarzyskim Ramona, zaliczał Pawła do trójki najbliższych mu osób.

– Ale jak to? – dopytał. – Dałeś jej pieniądze?

– No – burknął Paweł. – Rok temu, jak kupiłem perfumy, to marudziła, że nie jej zapach. Teraz przynajmniej dostanie coś, co do niej pasuje.

Rekordowo długa wypowiedź, odnotował w myślach Ramon. Widocznie magia świąt działała nie tylko na bohaterów amerykańskich filmów, ale również na znudzonych życiem policjantów.

– Nie masz co liczyć na order dla najbardziej romantycznego męża – zaśmiał się. – Mogłeś chociaż dać kupon podarunkowy.

Wzruszenie ramion. Ulubiony gest starszego kolegi tym razem nie podziałał na Ramona demotywująco. Wprawdzie wciąż nie rozumiał, jak ktoś w pełni władz umysłowych, nieprzyciśnięty do ściany wpadką, mógł dać się zaciągnąć przed ołtarz w wieku dwudziestu trzech lat, niemniej tym razem nie zamierzał wytykać koledze życiowego błędu. Małżeństwo Oświęcimskich było dla niego doskonałym przykładem, jak dewastujące bywa włożenie na palec obrączki. Mieli na koncie zaledwie cztery lata pożycia małżeńskiego, a momentami zachowywali się, jakby ich staż był co najmniej pięć razy dłuższy.

– A w ogóle to jak Jola spędza Wigilię? – zapytał. – Pewnie zdążyła już przywyknąć, że jesteś w robocie. Jedni mają tradycyjnego karpia na stole, a inni tradycyjną kanapkę z salcesonem zatruwającą koledze życie.

– Jest u matki. Wróci po pasterce.

Zignorował uwagę o woni, która Ramonowi kojarzyła się z kocim moczem. Jakub odczuwał jednocześnie obrzydzenie i swego rodzaju fascynację, że codziennie można zażerać się ze smakiem identycznymi kanapkami.

Obaj powiedli wzrokiem za mijającym ich samochodem. Czarny opel astra przejechał podejrzanie wolno, jakby kierowca miał coś na sumieniu i bardzo mu zależało, by nie zwracać na siebie uwagi. Jeszcze chwilę wcześniej Ramon zaproponowałby rutynową kontrolę trzeźwości, ale rozmowa zaczęła się rozkręcać, więc dodał prowokująco:

– Tak właściwie to czemu jesteś na służbie? Przecież masz rodzinę. Nie powiesz mi, że zależy ci na nędznym dodatku.

Oświęcimski ponownie wzruszył ramionami. Jeśli sądził, że to wystarczy za odpowiedź, to był w błędzie.

– Przyznaj – ciągnął temat Jakub. – Sam prosisz o te dyżury, żeby nie siedzieć u teściowej.

Paweł nerwowo poprawił się w fotelu.

– Panie mądry – burknął – twoja teoria może i miałaby sens, ale pamiętaj, że siedziałem tu w Wigilię jeszcze przed ślubem.

Wreszcie jakaś bardziej żywiołowa reakcja, uśmiechnął się w duchu Ramon. Wolałby wprawdzie rozśmieszyć partnera, ale nawet to było lepsze niż wieczne wzruszanie ramionami. Taka okazja mogła się prędko nie powtórzyć, toteż zamiast patrzeć na ulicę, obrócił się w stronę kolegi i zapytał:

– Więc dlaczego? Nie powiesz mi, że nie chcesz przytyć podczas wigilijnego obżarstwa, bo codziennie wciskasz w siebie te… – Urwał nagle na widok mijającego ich samochodu.

Czarny sedan przemknął przed maską radiowozu tak szybko, że policjant nie zdążył rozpoznać marki, a co dopiero odczytać numery rejestracyjne. Jazdę z podobną prędkością, nawet gdyby warunki na drodze były korzystne, należałoby poczytywać za istną głupotę. Biorąc pod uwagę śliską nawierzchnię, zachowanie kierowcy graniczyło z szaleństwem.

Ramon spojrzał na partnera. Nie musiał nic mówić. Nawet pogrążony w marazmie Oświęcimski wiedział, jak zareagować. Niczym zaprogramowany do działania, włączył policyjnego koguta, wrzucił bieg i ruszył z piskiem opon.

Pomimo błyskawicznej reakcji policjantów czarny sedan pomału znikał im z oczu.

– Ile on jedzie? – spytał Jakub z niedowierzaniem.

– Dwieście? Nie mniej niż sto siedemdziesiąt. Zobacz, jak szybko się oddala.

– To gazuj. Trzeba go zatrzymać, zanim wyląduje na słupie albo w kogoś wjedzie. – Poczuł zastrzyk adrenaliny. Podekscytowany sięgnął po policyjne radio i zgłosił interwencję. Dyspozytorka poprosiła o powtórzenie komunikatu, jakby na potwierdzenie jego tezy o kryteriach doboru personelu na świąteczny dyżur. Pomimo zapewnień kobiety o wezwaniu wsparcia, w razie gdyby samochód zniknął im z oczu, Ramon wątpił, by ktokolwiek zareagował. Dzisiejszego wieczoru większość policjantów na służbie albo właśnie ucinała sobie drzemkę, albo „dosłownie na chwilkę” wpadała do najbliższych siedzących przy świątecznym stole. Tym razem Jakubowi było to na rękę. Jeśli żegnać się z mundurem, to z przytupem.

– Dawaj, dawaj – ponaglił kolegę.

– Jest ślisko – mruknął Oświęcimski.

– Nie dygaj. Święta są. Zrób sobie prezent i poczuj, jak smakuje życie!

Ku jego zaskoczeniu niewyszukana gadka podziałała na Pawła motywująco. Policjant zacisnął mocno dłonie na kierownicy, aż pobielały mu knykcie. Całym ciałem wyrażał determinację – pochylił się lekko do przodu, napiął mięśnie pleców i ramion. Jakub wyobraził go sobie, jak niczym Fred Flintstone przebija nogami podwozie i przebiera nimi po jezdni, by jechać jeszcze szybciej.

Po chwili nie było mu już tak wesoło. Wskazówka prędkościomierza dobijająca do stu osiemdziesięciu uświadomiła mu, że żarty się skończyły. Jeden niewłaściwy ruch, jeden rozkojarzony świątecznymi prezentami kierowca, który nie zwróci uwagi na policyjną syrenę i wjedzie na skrzyżowanie na zielonym świetle – niewiele trzeba, by ten wieczór zakończył się tragicznie. Co gorsza, za kierownicą radiowozu nie siedział przecież policjant doświadczony w pościgach.

– Widzę gnoja – syknął Oświęcimski przez zaciśnięte zęby, cały skupiony.

Jakub wcisnął plecy w fotel i zerknął na kolegę. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że to zupełnie inny człowiek. Jeszcze chwilę wcześniej na miejscu kierowcy siedział zblazowany facet, któremu nie chciało się nawet dupy ruszyć, żeby kupić żonie prezent pod choinkę. Teraz miał obok siebie samca alfa, co to w ramach prezentu rzuciłby żonę na stół, zerwał z niej ubranie i sprawił, że dostrzegłaby nie tylko pierwszą gwiazdkę, lecz także wszystkie pieprzone konstelacje.

Oba samochody przecięły skrzyżowanie na czerwonym świetle. Odległość między nimi stopniowo malała, ale Ramon wciąż nie był w stanie odczytać numerów rejestracyjnych.

– Chyba zwolnili – rzucił Paweł, redukując prędkość.

– Może gość się ogarnął?

Podjechali pod zderzak sedana. Oświęcimski sprawiał wrażenie, jakby był gotów staranować amatora nocnych pościgów. Ten na szczęście włączył prawy kierunkowskaz, po czym zjechał na stację benzynową. Zrobił to na tyle nieudolnie, że najechał przednim kołem na krawężnik. Gdyby wcześniej nie zwolnił, czekałoby go dachowanie.

– Na pewno pijany – skomentował Paweł. – Albo gorzej.

Ramon zignorował te słowa. Sięgnął po radio, by poinformować o zatrzymaniu i nadać numery rejestracyjne, ale zamiast tego zamarł z wyciągniętą dłonią. Bardzo chciałby się mylić. Oddałby wiele, żeby to okazało się zwykłym przywidzeniem. Było w końcu ciemno, a on odczuwał już zmęczenie nocną służbą.

– HB – przeczytał na głos Paweł, pozbawiając go złudzeń, po czym westchnął: – Ja pierdolę…

Lepiej ująć tego się nie dało, pomyślał Ramon. Dwie pierwsze litery numeru rejestracyjnego nie pozostawiały złudzeń, że wdepnęli w bagno. Samochodów z rządowymi blachami po prostu się nie zatrzymuje, bez względu na to, czy w środku siedzi prezydent w drodze na oficjalne spotkanie, czy na tylnej kanapie wegetuje pijany w sztok minister albo czy inny wybraniec narodu posłał swoją ochronę na świąteczne zakupy. Od pewnych rzeczy po prostu rozsądniej jest odwrócić wzrok.

– Co robimy? – spytał niepewnie Oświęcimski.

Teraz to Jakub miał ochotę wzruszyć ramionami. Nie mogli ot tak wrzucić wstecznego biegu i odjechać, choć wydawało się to najrozsądniejszym rozwiązaniem.

– Spróbujemy ich bardziej nie wkurzyć – odparł, gdy otworzyły się drzwi limuzyny.

Jeśli wcześniej miał podstawy, by snuć domysły, że kierowca znajdował się pod wpływem alkoholu, to teraz nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Mężczyzna nie tyle wyszedł na zewnątrz, ile wypadł z samochodu, zatoczył szeroki łuk, po czym oparł się o maskę. Zarówno jego postura, jak i ubranie nie pasowały do wizerunku pracowników BOR-u. Pokaźnych rozmiarów brzuch opinał paskudny sweter w renifery wpuszczony w sztruksowe spodnie.

Po chwili otworzyły się również drzwi po stronie pasażera i wysiadł kolejny mężczyzna – wprawdzie znacznie szczuplejszy i wyższy, ale też w niczym nie przypominał borowika. Tak jak kierowca miał na sobie świąteczny sweter, a na głowie dodatkowo czerwoną czapkę Świętego Mikołaja.

– Tego jeszcze nie grali – rzucił Jakub w stronę Pawła.

– Może ukradli tę furę?

– Nie sądzę.

Powoli odpiął pas bezpieczeństwa. Każdym milimetrem ciała czuł, że to zła decyzja, ale otworzył drzwi i wysiadł na zewnątrz.

– Chodź, zobaczmy, o co chodzi – dodał niechętnie. – Najwyżej odwieziemy ich do domu, żeby po drodze nie wyrżnęli w drzewo.

Oświęcimski skinął głową. Jego wcześniejszy animusz ustąpił miejsca rezygnacji. Obaj wiedzieli, że z tego spotkania nie może wyniknąć nic dobrego. Interwencja nawet u trzeźwego polityka oznaczała problemy, a gdy dochodził do tego alkohol, nie sposób było przewidzieć konsekwencji, które wcale nie musiały ograniczyć się do kłopotów służbowych.

– Chujki stójki! – zawołał kierowca, jakby na potwierdzenie tych przemyśleń.

Policjanci spojrzeli po sobie. Teoretycznie to Paweł powinien zabrać głos jako starszy rangą, ale po jego minie widać było, że wcale się do tego nie kwapi. Ramon chciał jak najszybciej mieć nieprzyjemności za sobą, toteż odparł najłagodniej, jak potrafił:

– Dobry wieczór, najmocniej przepraszamy, ale…

– Morda! – przerwał mu drugi z mężczyzn.

Jego twarz wydała mu się znajoma. Nigdy nie interesował się polityką, ale kojarzył tę facjatę z pierwszych stron gazet. Nie miał stuprocentowej pewności, ale jeśli się nie mylił, to ich kłopoty będą znacznie większe, niż przypuszczał. Urażony minister niemal każdemu potrafi uprzykrzyć życie.

– Wiesz, kim jestem? – spytał, chwiejnym krokiem podchodząc do radiowozu.

Ramon otworzył usta, lecz mężczyzna nie dał mu dojść do głosu.

– Morda, kurwo jebana! – krzyknął nadspodziewanie płynnie. – Wiesz, synku, z kim zadarłeś? Masz pojęcie, psie w dupę jebany?

– Doszło do nieporozumienia – odpowiedział uspokajająco Jakub.

– Twoja morda to nieporozumienie.

– Zapewne ma pan rację, dlatego proponuję… – Urwał, gdy mężczyzna wyjął zza paska spodni pistolet. Sądząc po tym, jak go trzymał, nie używał go zbyt często. Uniósł broń nad głowę, po czym skierował do dołu niczym filmowy członek brooklyńskiego gangu, który broni używa jedynie do straszenia ofiar. To jednak nie był film. W innym wypadku Ramon jednym ruchem wytrąciłby politykowi broń i nie przejmując się konsekwencjami służbowymi, rzuciłby go na ziemię i skuł kajdankami.

– No co? – spytał mężczyzna z triumfalnym uśmiechem. – Mowę chujkowi odjęło?

Jakub spojrzał mu prosto w oczy. Ku swojemu zdziwieniu nie odczuwał strachu. Tak naprawdę nie czuł teraz zupełnie nic. Było mu wszystko jedno, jakby nie celowano do niego z glocka, lecz z plastikowej zabawki na wodę.

– Proszę to odłożyć – odparł spokojnie.

– Na kolana, psie! – Minister spojrzał na Oświęcimskiego i dodał: – Ty też, kurwiszonie jebany.

Paweł nie oponował. Bez zająknięcia wykonał polecenie, po czym błagalnie spojrzał na Ramona.

– Do nogi – rozkazał mu mężczyzna.

Nie rób tego, Paweł, pomyślał Ramon. Nie nakręcaj go. Daj mu czas do namysłu. Niech zrozumie, że przeholował, w przeciwnym razie zaraz każe ci lizać buty albo wymyśli coś jeszcze gorszego.

Jakub spojrzał prosząco na kierowcę auta w nadziei, że ten przemówi politykowi do rozumu. Na nic takiego się jednak nie zapowiadało. Utrzymanie się na nogach kosztowało go zbyt wiele, by dodatkowo był w stanie zrobić cokolwiek.

– Zapomnijmy o wszystkim – zasugerował Jakub. – Jest Wigilia. Wróćmy spokojnie do swoich rodzin.

– Najpierw padniesz przede mną na kolana – odparł minister z wyraźnie słyszalną w głosie pogardą. – Liczę do trzech albo odstrzelę temu grubasowi łeb.

– Nie zrobię tego. Rozumiem wzburzenie, niemniej…

– Trzy! Dwa…

Jakub ciężko westchnął. Ani myślał dać się poniżyć. Nie chodziło o honor czy inne górnolotne określenia kojarzone z mundurem. Gdyby czuł, że jego życiu naprawdę grozi niebezpieczeństwo, nie wahałby się ani sekundy, zdawał sobie jednak sprawę, że polityk nie pociągnie za spust. To zwykły błazen, który za dużo wypił i pomyliły mu się role. Do tej pory broni mógł używać co najwyżej na strzelnicy albo strojąc groźne miny przed lustrem.

– Jeden – warknął minister. – Sam tego chciałeś.

Jakub usłyszał charakterystyczny zgrzyt towarzyszący odbezpieczaniu broni. Po chwili rozległ się głośny huk. To nie był strzał ostrzegawczy. Przynajmniej nie dla Pawła Oświęcimskiego, którego ciało osunęło się na ziemię.

Rozdział I

19 lat później

W całej redakcji tylko cztery osoby piły czarną kawę bez dodatków. Wbrew pozorom nie byli to zatwardziali wyjadacze zajmujący się reportażami kryminalnymi, lecz grafik, korektor, dziewczyna od lokalnej polityki i autorka tego jakże rewolucyjnego odkrycia we własnej osobie – świeżo upieczona absolwentka dziennikarstwa z chwilowo podciętymi skrzydłami.

Aśka Jaworska już pierwszego dnia odbiła się od ściany w postaci redaktora naczelnego. Mężczyzna z wysokim czołem i w okularach z czerwonymi oprawkami nijak niepasującymi do reszty stroju błyskawicznie sprowadził ją na ziemię. Pełen etat? Zapomnij. Własne biurko? Zbędna fanaberia. Własne tematy? Dziewczynko, za dużo filmów się naoglądałaś. W jednej chwili praca idealna zmieniła się w monotonne poprawianie cudzych tekstów w oczekiwaniu na ochłap rzucony przez któregoś ze starszych kolegów. W ciągu trzech tygodni dostała raptem dwa malutkie zlecenia – recenzję książki, której nie przeczytała, i notkę o awanturze w sopockim klubie. Resztę czasu wypełniało jej nanoszenie poprawek, picie kawy i dyskretna obserwacja współpracowników.

Zerknęła na siedzącą po drugiej stronie kobietę. Dobijająca pięćdziesiątki reporterka zaliczała się do najliczniejszej grupy kawoszy – amatorów mleka. Drugie miejsce zajmowali ci dodający cukru lub słodziku, na podium mieściły się też dziewczyny z działu kadr, solidarnie opowiadające się za mlekiem owsianym, choć żadna nie miała uczulenia na laktozę. Na szarym końcu plasowały się pojedyncze przypadki dziennikarzy używających smakowych syropów, w tym redaktor naczelny, który ukradkiem wzmacniał kawę kilkoma kroplami whisky.

O wilku mowa, pomyślała, gdy Zygmunt Mucha wszedł do pomieszczenia, trzaskając drzwiami. To było pierwsze kolegium redakcyjne, na które została zaproszona, ale próżno było szukać w tym jakiejkolwiek nobilitacji. W pierwszej chwili bardzo się ucieszyła, obecność pozostałych do tej pory ignorowanych przez starego dziennikarzy pozbawiła ją jednak złudzeń. Skoro zebrano cały zespół w jednym pomieszczeniu, to zapowiadała się nudna pogadanka.

– Wszyscy są? – spytał, wodząc wzrokiem po ściśniętych pracownikach.

Brakowało trzech osób, zauważyła Aśka, ale nie zamierzała zabierać głosu. Paweł jak zawsze zaczynał dzień od dyżuru pod urzędem miasta, a pozostała dwójka nieobecnych przebywała na zwolnieniach lekarskich, o czym naczelny powinien był wiedzieć.

– Dobrze – dodał po chwili. – W takim razie wszyscy odkładają telefony i słuchają, co mam do powiedzenia.

Pomimo braku sympatii do Muchy nie mogła odmówić mu charyzmy, dzięki której z łatwością rozstawiał wszystkich po kątach, nawet dziennikarzy ze znanymi nazwiskami. Patrząc na niego z boku, można było odnieść wrażenie, że ten wysoki i szczupły mężczyzna w zbyt luźnych dżinsach i jeszcze luźniejszej koszuli, której nie zaszkodziłoby porządne prasowanie, nie nadaje się do zarządzania ludźmi. Nic bardziej mylnego. To właśnie niepasujące do całości czerwone okulary najlepiej oddawały jego charakter. Często podnosił głos, szybko się irytował, a na jakąkolwiek oznakę sprzeciwu reagował wybuchem, o czym Aśka przekonała się na własnej skórze.

Najlepszym dowodem posłuchu, jaki miał u podwładnych, było zachowanie ciasno stłoczonych dziennikarzy. Zazwyczaj kolegia odbywały się w skromnym gronie najbardziej zasłużonych pracowników, teraz jednak całą redakcję zebrano w zdecydowanie niedostosowanym do tego pomieszczeniu. Było duszno i gorąco. Pomimo dostawionych krzeseł kilkanaście osób musiało stać pod ścianą, lecz nie pojawił się ani jeden głosu sprzeciwu.

– Daliśmy dupy – kontynuował naczelny. – Od tygodnia wszyscy rozpisują się o tej zamordowanej dziewczynie, a my strzeliliśmy raptem kilka suchych sprawozdań, przy czym żadnego na pierwszej stronie.

Jaworska lekko pochyliła się do przodu, by zerknąć na siedzącego bliżej drzwi reportera śledczego. Siedząc w pracy, nie tylko obserwowała, kto jaką kawę preferuje, lecz także z zainteresowaniem śledziła życie redakcji, i nie trzeba było wykazywać się specjalną spostrzegawczością, by zwrócić uwagę na wściekłą minę Adriana Wiśniewskiego, największą gwiazdę gazety, wielokrotnie nagradzanego reportera kryminalnego znanego między innymi z serii tekstów demaskujących trójmiejską szajkę odpowiedzialną za handel młodymi kobietami. Kilka dni wcześniej starł się ze starym. Jak wywnioskowała na podstawie jego cichych warknięć, gdy szybko przemykał między biurkami, chodziło wtedy właśnie o sprawę martwej licealistki. Najwyraźniej Zygmunt Mucha nie popisał się intuicją i zbagatelizował temat. Tym razem Wiśniewski powstrzymał się od komentarza, choć nie omieszkał rzucać przełożonemu gniewnych spojrzeń, które ten ignorował.

– Pora obrócić nasz błąd w sukces – dodał Mucha. – Tak naprawdę konkurencja wymyśla tylko coraz głupsze teorie, wejdziemy więc na scenę jako jedyni, którzy się do tej pory nie ośmieszyli. Uruchomcie wszystkie kontakty. – Spojrzał na Adriana i dziennikarza siedzącego po jego prawej stronie. – Macie wolną rękę w doborze zespołu. Na dziś chcę mieć podsumowanie dotychczasowych działań policji. Tekst ma się skupiać na jej indolencji, ale nie w prześmiewczy sposób. Żadnych złośliwości, tylko karcące komentarze. Ostro i konkretnie.

Pomimo krótkiego stażu Aśka wiedziała, kto trafi do grupy Wiśniewskiego. Oddałaby wszystko, żeby się tam znaleźć, ale większe szanse miała na trafienie szóstki w totka. Do tej pory Adrian nie zamienił z nią ani słowa, zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia.

– Magda… – Naczelny zwrócił się do kobiety siedzącej naprzeciwko Jaworskiej. – Pogadaj z rodziną denatki. Babka lubi rozmawiać z mediami, nie powinnaś mieć problemu z namówieniem jej na wywiad. Skup się na emocjach: wejdź do pokoju dziewczyny, zobacz, co czytała, jakich zespołów słuchała i tak dalej. Najlepiej jakbyś znalazła pamiętnik, jeśli w ogóle dzieciaki w dzisiejszych czasach prowadzą coś takiego.

Kobieta skinęła głową.

– Paweł… – Mucha omiótł wzrokiem pomieszczenie. – Gdzie, do cholery, jest Paweł?

Kilku dziennikarzy rozejrzało się wokół w poszukiwaniu kolegi, jakby zapomnieli, że ten każdy dzień zaczynał od wizyty w urzędzie miasta. Pozostali za wszelką cenę unikali wzroku przełożonego, z nagłym zaciekawieniem przyglądając się własnym butom niczym uczniowie, którzy modlą się w duchu, by nauczyciel nie wywołał ich do tablicy.

Aśka uważała się za fajną babkę, ale oddałaby wiele, aby tylko pozbyć się kilku utrudniających życie cech. Jedną z nich niewątpliwie była awersja do ciszy. Nie potrzebowała konsultacji psychologicznej, by wiedzieć, że stał za tym brak pewności siebie. Nigdy nie miała problemu z publicznymi wystąpieniami, w szkole udzielała się nawet w kółku teatralnym, ale gdy zapadała cisza, zaczynała zachowywać się irracjonalnie. Miało to swoje dobre strony, na przykład kiedy zagadywała sąsiadów w windzie – dzięki temu z większością utrzymywała przyjazne relacje – czasem jednak sprowadzała sobie na głowę niemałe kłopoty.

– Zazwyczaj wraca przed jedenastą – wypaliła.

Naczelny spiorunował ją wzrokiem. Choć posturą przypominał stracha na wróble, wyglądał teraz naprawdę groźnie. Oparł dłonie na biodrach i pochylił się do przodu, a jego twarz coraz bardziej zbliżała się barwą do oprawek. W pomieszczeniu panowała taka cisza, że słychać było świst powietrza wydobywającego się z jego nozdrzy.

– Że co?! – spytał, wciąż patrząc na młodą dziennikarkę.

– Jest w urzędzie miasta. – Z trudem utrzymywała kontakt wzrokowy z przełożonym. Miała wrażenie, że z każdą sekundą maleje coraz bardziej, aż głowa ledwo wystaje jej ponad stół. Gdyby tylko mogła, cofnęłaby ten niepotrzebny komentarz. – Myślałam, że każdy o tym wie. Jak zdążyłam się zorientować, jeździ tam od ponad pięciu lat. Wcześniej codzienny dyżur pełniła…

– Stop! – Mucha wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń. Jeszcze przez chwilę patrzył Aśce prosto w oczy, jakby rozważał w myślach, co zrobić z krnąbrną dziewuchą. Nie wyglądał bynajmniej na kogoś szukającego odpowiednich słów, by wyrazić wdzięczność za przekazaną informację. Oczekiwała najgorszego, toteż odetchnęła z ulgą, gdy przeskoczył wzrokiem na mężczyznę stojącego pod ścianą.

– Robert – rzucił. – Przejmiesz temat po Pawle. Pojedziesz pogadać z tym dziwolągiem, który znalazł dziewczynę. Wypytaj go o szczegóły. W razie potrzeby podkoloryzuj jego słowa. To stary pijak i awanturnik, nikt nie weźmie na poważnie ewentualnych skarg.

– Ale ja już mam pilne zadanie – odparł dziennikarz.

– Owszem, masz. Rozmowę z mężczyzną, który znalazł ciało licealistki. – Naczelny uciął temat.

Biorąc pod uwagę jego wcześniejszą deklarację o swobodzie w doborze zespołu przez Wiśniewskiego, dość stanowczo przydzielał pracownikom zadania. Jak tak dalej pójdzie, to zaangażuje wszystkich najlepszych ludzi i Adrianowi zostanie mniej doświadczona kadra.

– Kiedy ja naprawdę nie mogę – dodał Robert, zwracając na siebie uwagę wszystkich w pomieszczeniu.

Mucha nawet nie zaszczycił go wzrokiem.

– Wybacz, ale nie ty decydujesz, co możesz, a czego nie. Nie przyjmuję odmowy.

– To może jednak zadzwonię do Pawła i przekażę mu temat. Był pierwszym wyborem szefa, na pewno lepiej sobie z tym poradzi.

– Zadzwonić to ty możesz do innej gazety i poszukać sobie roboty. Dziś na biurku chcę widzieć gotowy tekst, inaczej nie masz po co się tu pokazywać.

Naczelny mówił tonem spokojnym i pewnym siebie, ale Aśka zwróciła uwagę na jego rozedrgane dłonie. Nie miała wątpliwości, że nagła zmiana frontu i zaangażowanie tylu dziennikarzy kosztem innych tekstów były spowodowane naciskiem właściciela gazety. Mucha musiał mieć za sobą trudną rozmowę, w której nie mógł sobie pozwolić na odmowę. Jest wysoce prawdopodobne, że odreagował to większą ilością whisky w kawie, po którą teraz sięgnął.

– Kiedy ja naprawdę mam ważny temat. – Robert nie dawał za wygraną. – Chodzi o Jakuba Ramona, policjanta, który przed dziewiętnastoma laty rzekomo strzelił partnerowi w głowę. Na pewno szef to pamięta. Sprawa śmierdziała na kilometr.

Jaworska dostrzegła zainteresowanie w oczach przełożonego.

– I co? – dopytał Mucha. – Jakiś nowy trop?

– Gość dziś wychodzi. Powinien siedzieć jeszcze dwa lata, ale ktoś na górze pociągnął za sznurki i dali mu zwolnienie warunkowe. Zabójca policjanta nie ma prawa wyjść przed czasem. Dzieje się coś podejrzanego. Gdyby nie kumpel w kryminalnej, nawet bym się o tym nie dowiedział. Komuś zależy, żeby to przeszło bez echa.

Naczelny upił spory łyk kawy. Lekko się przy tym skrzywił, co potwierdziło tezę Aśki o większej niż zazwyczaj porcji alkoholu.

– Sprawa leżała odłogiem tyle lat, więc kilka dni więcej jej nie zaszkodzi – odparł po chwili namysłu.

– Ktoś nas ubiegnie… – mruknął niezadowolony Robert.

Mucha popatrzył na dziennikarza takim wzrokiem, że gdyby spojrzenie mogło zabijać, ten wiłby się w konwulsjach, aż padłby trupem.

Tym razem nie było niezręcznej ciszy. Kilka osób skomentowało pod nosem słowa kolegi, ktoś odkaszlnął, ktoś inny głośno upił łyk kawy. W takich warunkach Jaworskiej myślało się lepiej. Wolałaby ożywioną rozmowę albo lecącą w tle muzykę, ale nie zamierzała wybrzydzać. Najważniejsze, że nie słyszała gonitwy myśli w swojej głowie, a tych było niemało.

To mógł być ten moment. Zamiast czekać, aż ktoś łaskawie rzuci jej ochłap, postanowiła skorzystać z nadarzającej się okazji. Wolałaby aktualny temat, ale ten dotyczący zabójcy policjanta też miał potencjał. Tak naprawdę wzięłaby wszystko, byle zająć się wreszcie prawdziwą pracą. Z drugiej strony może rozsądniej byłoby się nie wychylać? Mucha i tak wyglądał na wkurzonego, nie wiadomo, jak zareaguje na propozycję nieopierzonej dziennikarki.

– To może ja zajmę się tym Ramonem? – wypaliła, nim zdążyły ogarnąć ją wątpliwości.

Naczelny skrzywił się, jakby powiedziała coś w nieznanym mu języku.

– Temat oczywiście wciąż jest jego – dodała szybko. – Ja tylko pojadę pod więzienie i zobaczę co i jak.

Robert cicho parsknął pod nosem, ale to wystarczyło, by spąsowiała.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – rzucił. – Facet dziewiętnaście lat przesiedział z najgroźniejszymi przestępcami. Myślisz, że będzie chciał gadać z uroczą blondyneczką w białej koszuli? Zresztą tu nie chodzi o rozmowę, on i tak nic nie powie. Trzeba go obserwować z ukrycia, zobaczyć, z kim się spotka. Jestem umówiony z pracownikiem więzienia, który widział pismo dotyczące zwolnienia warunkowego. Trzeba dokładnie się przyjrzeć, kto i kiedy je podpisał. Dotrzeć do powodu tej decyzji. To nie robota dla…

– Stop! – Naczelny ponownie wyciągnął dłoń, tym razem uciszając Roberta. – Nie mamy na to czasu. Niech młoda obada temat. – Spojrzał na Jaworską, po czym dodał: – Jeśli dasz radę, to witamy na pokładzie, jeśli nie, lepiej poszukaj sobie fuchy w jakimś pisemku dla dziewczyn. – Skinął głową i upił kolejny łyk wzmocnionej kawy. – A teraz do roboty! – Energicznie klasnął w dłonie.

Aśka jako pierwsza zerwała się z miejsca i szybkim krokiem ruszyła do komputera, by sprawdzić, kim jest Jakub Ramon. Kto jak kto, ale ona nie potrzebowała dodatkowej motywacji do pracy.

***

To nie był dobry pomysł. To był wręcz bardzo głupi pomysł, o czym Jakub Ramon wiedział doskonale, mimo to nie potrafił się powstrzymać i chwycił między dwa palce pukiel rudych włosów stojącej naprzeciwko niego kobiety. Tak jak się spodziewał, były sztywne, ale elastyczne, niczym małe sprężynki. Z każdym ruchem strażniczki poruszały się, jakby żyły własnym życiem, drgając na wszystkie strony. W pierwszej chwili skojarzyły mu się z plastikowymi piłkarzykami, które podobnie zachowywały się po strzale. Po namyśle stwierdził jednak, że bardziej przypominają inny gadżet z jego dzieciństwa – kolorową sprężynę; jak się ją spuszczało ze schodów, dzięki sile grawitacji potrafiła sama zejść na dół.

Oba skojarzenia wiązały się ze wspomnieniem beztroskiej zabawy, co mogło choć w niewielkim stopniu usprawiedliwiać jego nieodpowiednie zachowanie. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie rudowłosej, by mieć pewność, że nie podzielała tej cokolwiek naciąganej teorii.

– Co pan robi? – Odsunęła się gwałtownie. Mało brakowało, a kilka włosów zostałoby Jakubowi między palcami.

– Przepraszam, to było silniejsze ode mnie – odparł, rozkładając bezradnie ręce. Nie chciał wyjść na zboczeńca, jednego z tych cuchnących potem zwyrodnialców, co to chwytają młode dziewczyny za pośladki w zatłoczonym autobusie. Nigdy nie gwizdnął za kobietą ani nawet lubieżnie się do żadnej nie uśmiechnął. Teraz też nie miał niczego złego na myśli, choć w oczach strażniczki mógł uchodzić za degenerata, którego nie powinno się wypuszczać na wolność.

Uśmiechnął się, odsłaniając zęby. Kiedyś nie musiał robić nic więcej, by zyskać sympatię kobiet. Minęło jednak dziewiętnaście lat. Nawet jeśli wciąż miał nieskazitelny uśmiech, o co w więzieniu nie było łatwo, to odcięty od zwykłych ludzi zatracił dawny sznyt. To, co dawniej zostałoby odebrane za urocze, teraz co najwyżej mogło wywołać uśmiech politowania.

– Ma pani piękne włosy – dodał świadomy, że takim zachowaniem nie poprawia swojej sytuacji.

– Pieprzony zwyrol – warknęła strażniczka. – Że też takich wypuszczają na wolność.

Podeszła do metalowego regału zawalonego różnej wielkości pojemnikami. Niektóre wyglądały na puste, z innych prawie wysypywała się zawartość. Jakub nie dostrzegł żadnej logiki w ich ustawieniu czy oznaczeniach, ale większą uwagę niż na pomazanych pisakami etykietach skupił na rezonujących loczkach, które teraz skojarzyły mu się ze słodkimi żelkami z dzieciństwa. Najwyraźniej jednak istniał jakiś system, gdyż po chwili rudowłosa wróciła z pojemnikiem w dłoni. Jeśli nie z najmniejszym, to z pewnością jednym z mniejszych, zauważył Ramon.

– Proszę – powiedziała, niedbale wysypując zawartość kuwety na stół.

Nie było tego wiele. Zamszowy portfel zawierający kilka monet, stary bilet miesięczny i kołonotatnik, w którym planował spisywać swoje myśli, ale strażnik nie pozwolił mu wziąć go do celi – tyle pozostało z jego dawnego życia.

– Portfel… – prychnął cicho. – To zabawne móc znowu używać tego słowa w jego zwykłym znaczeniu.

Obrócił go w dłoni, dotykając opuszkami palców chropowatej powierzchni. Człowiek, który przed dziewiętnastoma laty go ze sobą przyniósł, tamten młody i naiwny policjant, przed ogłoszeniem wyroku wykuł na blachę wszystkie więzienne terminy, by na dzień dobry nie palnąć niczego głupiego. Portfel – czyli oględnie mówiąc, damski narząd płciowy – zajmował na tej liście zaszczytne miejsce.

Strażniczka zmarszczyła brwi i rzuciła mu pytające spojrzenie, ale nie rozwinął wypowiedzi. Nie chciał, by myślała o nim jeszcze gorzej.

– Jeśli wszystko się zgadza, to proszę podpisać – rzuciła, wskazując leżący obok formularz.

Odłożył portfel na stolik. Nie chciał go z powrotem. Nie zamierzał odcinać się od poprzedniego życia grubą kreską, ale na noszenie przy sobie melancholijnych pamiątek nie mógł sobie pozwolić, niepotrzebnie by go rozpraszały. Przed nim był ciężki dzień i jeszcze trudniejsza noc, podczas której nawet chwilę dekoncentracji mógłby przypłacić głową.

– To nie moje – odparł. – Dokumenty oddał mi wcześ­niej pani kolega. Proszę te rzeczy wyrzucić albo komuś oddać. W środku powinno znajdować się kilka złotych, chyba że ktoś je sobie pożyczył.

Złożył podpis na formularzu, po czym odwrócił się i podszedł do metalowej kraty. Stojący po drugiej stronie mężczyzna nie zaszczycił go spojrzeniem. Skupiony na obrazie z kamer wcisnął coś na konsolecie, po czym rozległ się dźwięk dzwonka. Jakub pchnął drzwi i ruszył przed siebie ciągnącym się w nieskończoność korytarzem, aż doszedł do dwuskrzydłowej bramy prowadzącej na zewnątrz. Nie potrafił zliczyć, ile razy wyobrażał sobie tę chwilę. Przez pierwsze miesiące odsiadki rozmyślał o niej każdego wieczoru, wpatrując się w odrapany sufit i słuchając chrapania współwięźniów. Był przekonany, że opuszczaniu tych przeklętych murów będzie towarzyszyć stan euforii, którego nie sposób porównać z niczym innym, tymczasem teraz nawet się nie uśmiechnął.

To zdecydowanie nie był czas na świętowanie.

***

Nie znalazła zbyt wiele informacji na temat okoliczności skazania Jakuba Ramona. Wszystkie materiały z tamtego okresu bardziej niż rzetelną robotę dziennikarską przypominały sprawozdania rzecznika prasowego, jakby pisała je ta sama osoba, zmieniając jedynie poszczególne słowa i kolejność zdań. Przeskakując po kolejnych akapitach, zaczynała rozumieć, jak czują się wykładowcy, którzy rokrocznie otrzymują od studentów kopie tych samych referatów ściągniętych z internetu. Tu jednak nie chodziło o leniwych i skacowanych młodziaków, błędnie przekonanych o swoim nadprzeciętnym sprycie, lecz o doświadczonych opiniotwórców, którym jak nikomu innemu powinno zależeć na dotarciu do prawdy.

Aśka była zbyt młoda, by pamiętać tę sprawę, ale wydawało jej się oczywiste, że zabójstwem policjanta powinna żyć cała Polska, tymczasem teksty o Ramonie zajmowały pierwsze strony gazet tylko przez dwa dni. Gdyby coś podobnego miało miejsce dzisiaj, dziennikarze prześcigaliby się w snuciu nowych teorii, patrzyliby policji na ręce i relacjonowaliby postępy w śledztwie dzień po dniu. Swoje pięć minut miałyby zarówno rodziny ofiary, jak i domniemanego sprawcy, nie mówiąc nawet o adwokacie oskarżonego, który pchałby się do każdej telewizji, aby się wylansować.

Zgodnie z wersją powtarzaną przez wszystkie gazety doszło do kłótni między dwoma policjantami, którzy rzekomo od dawna się nie dogadywali. Przedmiotem sporu były ponoć długi Ramona, nigdzie jednak nie podano konkretnej kwoty. Z niewyjaśnionych przyczyn radiowóz zjechał na stację benzynową, gdzie między policjantami miało dojść do rękoczynów. Według relacji jedynego naocznego świadka Ramon zachowywał się agresywnie, kilka razy uderzył partnera, po czym wyciągnął pistolet i strzelił mu w głowę. Pomimo długich poszukiwań Jaworska nie dotarła do nazwiska świadka. Żaden z zajmujących się tematem dziennikarzy nie zadał sobie trudu, by przepytać pracowników stacji benzynowej albo sprawdzić nagrania z monitoringu – jeśli w tamtych czasach kamery były normą, czego nie była pewna. Im dłużej wertowała kolejne łudząco podobne do siebie artykuły, tym bardziej skłaniała się ku tezie Roberta: coś tu śmierdziało. Bardziej przypominało to czasy cenzury za głębokiej komuny niż rok dwa tysiące pierwszy. Nikt nie zadawał żadnych niewygodnych pytań, nikt nie podważał faktów, nikt nie przeprowadził rzetelnego dziennikarskiego śledztwa. Jej obecny pracodawca również się nie popisał i opublikował te same głupoty, co reszta. Aśka nie znała redaktora Kulińskiego, który podpisał się pod tekstem, ale starsi koledzy z pewnością pamiętali byłego współpracownika, tak więc przy najbliższej okazji spróbuje dostać do niego kontakt.

Czeka mnie dużo pracy, stwierdziła usatysfakcjonowana. Jakby brakowało niejasności związanych ze skazaniem Ramona, to jego przedterminowe zwolnienie owiane było jeszcze większą tajemnicą. Gdy na wolność wychodzi znany kryminalista, media zwykle straszą ludzi wizerunkiem bestii, prowokując środowiska zwolenników kary śmierci. Sęk w tym, że Ramon nie zaliczał się do znanych kryminalistów, jakby zabicie policjanta nie było wystarczającym osiągnięciem w tej materii. Nie rozumiała, dlaczego przez te wszystkie lata żaden z reporterów śledczych nie podjął się zgłębienia tematu, choć od dawna modne było roztrząsanie spraw zamiecionych pod dywan. O ile wcześniej uznała się za szczęściarę, o tyle teraz wyraźnie poczuła, że kariera stoi przed nią otworem.

Wbrew sugestii starszego kolegi z redakcji zamierzała rozpocząć od rozmowy z samym zainteresowanym. Pomijając aurę tajemnicy, jaką był owiany, interesowało ją, jakim jest człowiekiem. Bała się nawet myśleć, jak inni osadzeni powitali byłego policjanta w więzieniu, ale skoro przetrwał dziewiętnaście lat, to musiał wykazać się diabelsko silną wolą.

Stanęła kilkanaście metrów od bramy, z której za kilka minut miał się wyłonić Jakub Ramon. Gdyby nie Robert, nigdy nie poznałaby dokładnej godziny jego wypuszczenia. Pracownicy więzienia nie odpowiadali na żadne pytania, a naczelnik, zamiast udzielić odpowiedzi, poprosił ją o podanie danych personalnych. Mogła to być jej nadinterpretacja spowodowana rosnącą liczbą niejasności związanych ze skazaniem i wypuszczeniem byłego policjanta, ale Jaworska odniosła wrażenie, że w tonie mężczyzny usłyszała groźbę.

Zniecierpliwiona spojrzała na zegarek. Nie oczekiwała, że służba więzienna zwraca uwagę na punktualność, skoro jej klienci odmierzają czas nie w minutach, lecz w latach, niemniej półgodzinna obsuwa to już spora przesada. A może Robert ją wystawił? Wkurzony utratą tematu podał niewłaściwą godzinę?

Już miała wybrać numer redakcyjnego kolegi, by go ochrzanić, gdy jej uwagę zwrócił mężczyzna wysiadający z białego sportowego samochodu zaparkowanego niedaleko bramy. Ubrany w spodnie dopasowane kolorem do lakieru auta i hawajską koszulę z krótkim rękawem wyglądał jak przerysowana wersja gangstera, od którego zajeżdżało wiochą. Jakby nie dość mu było sportowej fury wartej co najmniej sto tysięcy złotych, to dodatkowo obwiesił się złotem.

– Mentalny inwalida – skomentowała po cichu, bo facet zaparkował na miejscu przeznaczonym dla osób niepełnosprawnych. Pod wpływem impulsu sfotografowała nieznajomego oraz tablicę rejestracyjną samochodu, po czym wysłała zdjęcia znajomemu policjantowi. Znajomemu znajomego, poprawiła się w myślach, wybierając numer kolegi, którego widziała dwa razy w życiu.

– Aśka? – usłyszała po dwóch sygnałach.

– No hej – odparła z lekkim zażenowaniem.

Flirtowanie z mężczyznami w celu wykorzystania ich jako źródła informacji nie było w jej stylu. Z Konradem spiknął ją dawny współlokator, choć obydwoje wiedzieli, że policjant nie był w jej typie. Zniechęcił ją na samym starcie – niższy od niej, palił papierosy i nosił koszulki z logo zespołów heavymetalowych. Po pierwszym spotkaniu skasowała jego numer, uznawszy, że nie będzie w ten sposób budować sieci kontaktów, ale Konrad najwyraźniej błędnie odczytał jej brak zainteresowania, bo trzy dni później stanął pod drzwiami mieszkania Aśki z bukietem tulipanów. Skąd znał adres? Twierdził, że jest po prostu dobry w swoim fachu, ale ona się domyślała, że to sprawka dawnego współlokatora, który w przeciwieństwie do niej nie miał skrupułów i chciał pomóc koleżance w osiągnięciu sukcesu zawodowego. Dziwnym trafem numer Konrada znalazł się z powrotem w jej telefonie, a sam zainteresowany zachowywał się, jakby w jego mniemaniu podczas pierwszej randki coś między nimi zaiskrzyło.

Cóż, teraz przynajmniej mogła tę znajomość wykorzystać.

– Masz chwilkę? – spytała, przyglądając się młodemu mężczyźnie nonszalancko opartemu o maskę sportowego auta.

– Jasne. Chciałem akurat do ciebie zadzwonić. Zastanawiałem się, czy nie poszłabyś ze mną do kina na nowych Avengersów?

No tak, zaśmiała się w myślach, do kompletu brakowało tylko filmów o ratujących świat superbohaterach w kolorowych piżamach.

– Nie widziałam poprzednich części – odparła wymijająco. – Tak naprawdę dzwonię, bo mam do ciebie prośbę. Dałbyś radę sprawdzić dla mnie numery rejestracyjne, które ci przed chwilą wysłałam?

Obwieszony złotem chłopak, jakby wyczuwając, że o nim mowa, obrócił się nagle w stronę Jaworskiej. Dziewczyna spuściła wzrok, udając w pełni skupioną na rozmowie telefonicznej.

– A co, ktoś ci wjechał w tyłek? – zaśmiał się Konrad.

– Po prostu jestem ciekawa. Wysłałam również zdjęcie kierowcy. Dałbyś radę wrzucić je do policyjnej bazy danych i zobaczyć, czy był notowany? Macie na pewno system rozpoznawania twarzy.

– Mieć, owszem, mamy, ale nie możemy sobie ot tak z niego korzystać. Muszę wiedzieć, do czego ci to potrzebne.

– Sorry, Kondziu, ale nie mam teraz czasu. To dla mnie bardzo, bardzo ważne. Sprawdź to, a przecierpię seans w kinie, a potem dam się nawet zaprosić na kolację.

Policjant przez chwilę się zastanawiał, po czym odparł krótko:

– Zobaczę, co się da zrobić.

– Dzięki. Muszę na razie lecieć, zadzwonię później.

Kondziu, powtórzyła w myślach, chowając telefon do torebki. Co jej do głowy strzeliło, żeby użyć tak kretyńskiego zdrobnienia? Do tej pory nie miała większych problemów z radzeniem sobie ze stresem, ale co innego denerwować się z powodu terminu oddania projektu lub wybuchów szefa, a co innego zostać przyłapaną przez gangstera.

Kątem oka spojrzała na nieznajomego. Nie wyglądał bynajmniej na zagniewanego, wręcz przeciwnie, pomachał do niej szeroko uśmiechnięty. Skonsternowana rozejrzała się wokół. W polu widzenia miała jedynie starszawą kobietę w zdecydowanie zbyt ciepłej jak na tę porę roku kurtce, toteż posłała mu pytające spojrzenie. Nie wiedziała, jak zareagować. Uśmiechnąć się, odmachać? A może udać oburzoną?

Na szczęście po chwili rozległ się głośny dźwięk zwiastujący otwarcie bramy. Oboje równocześnie spojrzeli w tamtą stronę. Szerokie skrzydło uchylało się powoli, jakby dozując emocje szczęśliwcowi wychodzącemu na wolność. Asia z zapartym tchem wyczekiwała sylwetki Ramona, nie ruszyła się jednak z miejsca, gdy były policjant wyszedł na wyłożony kostką brukową chodnik. Powodem zmiany decyzji nie był stres ani nawet wygląd mężczyzny – wyobrażała go sobie w znoszonych dżinsach i byle jakiej koszulce, tymczasem były skazaniec miał na sobie elegancką granatową koszulę z długim rękawem i spodnie wyprasowane w kant – nie, zaniechała rozmowy, ponieważ amator hawajskich koszul rozłożył szeroko ręce i ruszył w stronę Ramona.

Reszta potoczyła się błyskawicznie. Aśka żałowała, że nie stoi bliżej i nie słyszy słów wypowiedzianych przez byłego policjanta. Jednocześnie bała się, że nie zachowała bezpiecznej odległości, gdy ten po krótkiej wymianie zdań chwycił młodszego kolegę i cisnął nim o maskę samochodu.

Dziennikarce serce podskoczyło do gardła. Jeśli wcześ­niej współczuła Ramonowi, że był pozbawiony uczciwego procesu, i planowała przynajmniej spróbować oczyścić jego nazwisko, to teraz zupełnie zmieniła zdanie. Ten człowiek nie wyglądał na ofiarę systemu. Być może kiedyś rzeczywiście nią był, ale obecnie sprawiał wrażenie zakapiora, który nie może się doczekać powrotu za kratki. Na szczęście powściągnął nerwy i pozwolił chłopakowi wstać, po czym – jakby do tej pory nie było wystarczająco dziwnie – poprawił mu koszulę.

Pomimo ciekawości, jak dalej potoczy się ta scena, Jaworska sięgnęła po wibrujący telefon i odczytała wiadomość od Konrada. Serce jeszcze bardziej jej przyspieszyło, kiedy zdała sobie sprawę, w jak wielkim była błędzie.

Ta sprawa nie śmierdziała. Ona cuchnęła na kilometr.

Niezła bryka – napisał. – Jaguar F-type, nie pytaj nawet, ile kosztuje. Kupiony tydzień temu, zarejestrowany na Jakuba Ramona. Nie wiem, w co się wkręciłaś, ale lepiej daj sobie spokój. Nie chcesz wiedzieć, kim jest ten facet. Ten drugi zresztą też. Opowiem ci na żywo, po filmie. Przyjdę po ciebie o osiemnastej!

Czyli jednak nie obejdzie się bez mężczyzn w obcisłych portkach, uznała, odpisując, by potwierdzić seans kinowy. Jakoś to przeżyje. Czym są dwie godziny nudy w porównaniu z możliwościami, jakie właśnie się przed nią otworzyły?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI