Incydent - Piotr Borlik - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Incydent ebook i audiobook

Piotr Borlik

4,3

86 osób interesuje się tą książką

Opis

W pociągu relacji Przemyśl–Warszawa dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie czterdzieści pięć osób. Policja szybko trafia na trop pracownika obsługi, jedynego ocalałego z wagonu. Zastępczyni prokuratora Natalia Kruger dostrzega nieścisłości w postępowaniu prowadzonym przez przełożonego oraz przez policję i postanawia samodzielnie przyjrzeć się sprawie. Wydaje się, że zamach jest elementem złożonej gry, trudno ją jednak rozpracować, bo próba dotarcia do zleceniodawców okazuje się niewygodna dla wielu wpływowych osób. Czy można wycenić ludzkie życie? Odpowiedź przeraża. Piotr Borlik kolejny raz mierzy się z trudnym tematem.

Piotr Borlik, rocznik 1986, inżynier, mistrz Holandii, a także laureat trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy dla osób zajmujących się twórczością artystyczną i upowszechnianiem kultury. Autor kryminałów "Boska proporcja", "Materiał ludzki", "Białe kłamstwa", "Zapłacz dla mnie", "Skłam, że mnie kochasz", "Wymazani z pamięci", "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów", "Czterdzieści dusz" i "Labirynt".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 3 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
4,3 (68 ocen)
32
25
7
4
0
Sortuj według:
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] „Incydent” Piotra Borlika skategoryzowany został jako kryminał polityczny, jednak tego drugiego członu zdecydowanie nie należy się bać – tu bardziej chodzi o pojęcie władzy w sensie ogólnym, nie politykę. Jest to historia rozpoczynająca się od ataku terrorystycznego na pociąg, który od początku wydaje się nieco podejrzany. Główna bohaterka, zastępca prokuratora Natalia Kruger, wbrew poleceniom szefostwa, przygląda się tej sprawie. Kreacja tej postaci wypadła naprawdę fajnie, Natalia jest bohaterką skomplikowaną, ale budzącą sympatię, ma potencjał na całą serię. Poza nią równie mocno przypadła mi do gustu dziennikarka, której mąż zginął w ataku, a która tak samo pilnie szuka wyjaśnienia i sprawiedliwości. Oczywiście są też sprawnie zbudowane postacie męskie, których siły rozkładają się równo z paniami. Intryga zbudowana jest fantastycznie, pełna zaskoczeń i cliffhangerów, przez które książkę ciężko odłożyć w czasie lektury. Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatni...
10
wanda79

Nie oderwiesz się od lektury

Pociągiem lubiłam jeździć właściwie od zawsze, a kiedy byłam dzieckiem, trasę Przemyśl - Jelenia Góra, znałam na pamięć. W dorosłym życiu przez kilka lat dojeżdżałam pociągiem do pracy - prawie godzinę w jedną stronę. To był piękny czas. Tylko ja, kawa i książka. W pociągu relacji Przemyśl - Warszawa ginie 45 pasażerów. Policja bardzo szybko wpada na trop winnego tej katastrofy, a ja nie mogę przestać się zastanawiać, co siedzi w głowie takiego człowieka, co kieruje jego postępowaniem? Trudno w tej sytuacji nawet o próbę zrozumienia takiego zachowania. Z pozoru ta sprawa wydaje się bardzo prosta, jedynie zastępczyni prokuratora, Natalia Kruger zaczyna dostrzegać w niej szereg nieścisłości. Wątpliwości, których wraz z rozwojem fabuły ma coraz więcej, skłaniają ją do tego, aby przyjrzeć się tej sprawie na własną rękę. Coś nie daje jej spokoju i ma wrażenie, że pewne fakty ktoś szybciutko chce zamieść pod dywan. Na szczęście, ona nigdy nie odpuszcza i prędzej czy później dotrze do prawd...
00
AdamS77

Nie oderwiesz się od lektury

Przeglądając zapowiedzi Wydawnictwa Prószyński i S-ka, napotkałam książkę Piotra Borlika "Incydent". Postanowiłam sobie, że jak tylko się ukaże na Legimi to sobie ją przeczytam. I w końcu nastąpił ten dzień. Usiadłam wygodnie w fotelu i zabrałam się do czytania. Okładka jest niesamowita i dała mi wiele do myślenia. Niby prosta, a ma coś w sobie takiego, co przyciąga wzrok. Pierwsze strony wbiły mnie w fotel. Nie spodziewałam się, że na dzień dobry dostane tak "ciekawe" zdarzenie. Powiem wam, im dalej tym było jeszcze lepiej. Nie byłam w stanie oderwać się od czytania. Cała historia bardzo mocno mnie wciągnęła. Byłam bardzo ciekawa, czy wyjdzie na jaw, kto stoi za pewnym tragicznym incydentem. Co się stało w "Pomarańczarce"? Dlaczego musiało do tego dojść? Kto pod kim dołki kopie i kto w nie wpadnie? Piotr Borlik w swojej najnowszej powieści poruszył bardzo ważny temat — korupcja. Korupcja na wysokich szczeblach niestety jest chlebem powszednim w wielu krajach. Czy robilibyście wszyst...
00
agga1976

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna , obawiałam się wątku politycznego ale nie dominuje fabuły.
00
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

W pociągu kierującym się w stronę Warszawy dochodzi do aktu terroru. W wagonie pełnym ludzi, nieznany sprawca rozpylił śmiercionośny gaz. Czterdzieści pięć ofiar ginie strasznych mękach. Pracownik obsługi jako jedyny ocalały, od razu trafił na celownik policji. Zamach elektryzuje społeczność, która domaga się szybkich działań. Sprawa budzi coraz więcej wątpliwości u zastępczyni prokuratora okręgowego Natalii Kruger oraz dziennikarki Aleksandry Woźniak będącej w zaawansowanej ciąży żony jednej z ofiar. Kobiety na własną rękę starają się dotrzeć do prawdy. Nie mając pojęcia, że tym samym narażają życie nie tylko swoje, ale i bliskich. Piotr Borlik w wybornej formie! Już z pierwszą przeczytaną książką wiedziałam, że kolejne biorę w ciemno. Fabuła sprawia wrażenie bardzo wiarygodnej, to przerażająco realny scenariusz, który mógłby się wydarzyć w dowolnym mieście w Europie. Jak łatwo zmanipulować społeczeństwo, by ślepo wierzyło zapewnieniom ludzi u władzy. Zostajemy wciągnięci w sieć intr...
00

Popularność




Copyright © Piotr Borlik, 2023

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© freedom_naruk | iStock

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8295-453-1

Warszawa 2023

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla M.

Rozdział I

Wystarczyło mu jedno spojrzenie na siedzącego przy oknie mężczyznę, by wiedział, z kim ma do czynienia. Nieobecny wzrok i spowolnione ruchy świadczyły o tym, że pomimo wczesnej pory pasażer zdążył już wypić kilka drinków. Tępy wyraz twarzy kontrastował z eleganckim i dobrze skrojonym garniturem. Romaniuk przez dwa miesiące pracy napatrzył się już na tego typu ludzi. Wolał mieć do czynienia ze śmierdzącym pijakiem ukrytym w toalecie, próbującym przejechać kilka przystanków na gapę, niż zwracać uwagę nowobogackim prostakom. Tacy byli najgorsi. Pomimo dobrej sytuacji materialnej mentalnie wciąż pozostawali zawistnymi Polaczkami traktującymi innych z góry. Już pierwszego dnia pracy trafił na grubasa, który nie potrafił zrozumieć, jak należy się zachowywać w strefie ciszy. Zignorował prośby Mychajła o zakończenie rozmowy telefonicznej, a na propozycję przenosin do innego wagonu zareagował śmiechem. Dopiero ingerencja kilku pasażerów, oburzonych tym zachowaniem, postawiła faceta do pionu, co nie przeszkodziło mu w nazwaniu Romaniuka na odchodnym „pieprzonym banderowcem”.

– Dla państwa kawa, herbata czy woda mineralna? – spytał, choć domyślał się, że napoje bezalkoholowe nikogo w przedziale nie interesują.

W oczekiwaniu na odpowiedź Mychajło spojrzał na siedzącą obok wstawionego mężczyzny blondynkę. Była młoda i całkiem ładna, można było się spodziewać, że alkoholik na delegacji nie będzie potrafił utrzymać spoconych łapsk przy sobie.

– Białe wino – powiedział biznesmen po dłuższej chwili.

– Napoje alkoholowe można zakupić jedynie w wagonie restauracyjnym – odparł uprzejmie Mychajło. – Z darmowego poczęstunku mogę zaproponować jeszcze colę lub sok.

– I to ma być pierwsza klasa? – warknął mężczyzna do siedzącej obok kobiety. – Mówiłem, żeby lecieć samo­lotem.

Blondynka nerwowo przełknęła ślinę. Zbyt dobrze znała szefa, by się łudzić, że poprzestanie na jednym komentarzu. Nawet na trzeźwo lubił się czepiać ludzi, a co dopiero, gdy trochę sobie wypił.

– Pójdę do Warsu i przyniosę szefowi wino – powiedziała szybko.

– Niestety, to też nie wchodzi w grę – zwrócił im uwagę Mychajło. – Zakupione tam napoje alkoholowe można spożywać tylko na miejscu. Przykro mi.

Mychajło powinien ruszyć dalej, ale tego dnia mógł sobie pozwolić na więcej. Perspektywa wydarzeń, jakie wkrótce miały się rozegrać, sprawiła, że powoli puszczały mu hamulce. Najchętniej zawlókłby gburowatego typa do pierwszego wagonu, gdzie spotkałaby go odpowiednia kara. Rzecz w tym, że w ten sposób zwróciłby na siebie uwagę i niepotrzebnie naraził na szwank cały plan. Nikt jednak nie zabroni mu odrobiny szczerości tuż przed śmiercią.

***

Aleksandra spojrzała na wyświetloną na ekranie informację o pięciominutowym opóźnieniu TLK z Przemyśla, którym miał przyjechać Cezary. Spodobała jej się nazwa pociągu – „Pomarańczarka”. Domyślała się obiekcji męża, dlatego nie uprzedziła go, że po niego wyjdzie. Najchętniej przykułby ją do łóżka – jakby nie wiedział, że kobieta, którą sześć lat temu wziął za żonę, nie potrafi długo usiedzieć w miejscu. Zaawansowana ciąża nie była żadnym przeciwwskazaniem do wyjścia na dworzec. Musiała jednak przyznać, że nawet po krótkim spacerze odczuwała znaczny dyskomfort, tak bardzo spuchły jej stopy. Z bólem serca już w drugim trymestrze odstawiła ukochane szpilki, po czym przeprosiła się z czółenkami i pantoflami, choć czuła, że za kilka tygodni z nich też będzie musiała zrezygnować. Głęboko w szafie na swoją kolej czekały dwie pary adidasów – jedne do biegania, drugie kupione wraz z karnetem na siłownię. Aleksandra na razie nie miała jednak zamiaru ich szukać. Nie chodziło nawet o zawstydzenie, choć z karnetu zrezygnowała po miesiącu, a przygoda z bieganiem skończyła się na zakupie ekwipunku. Sęk w tym, że zwyczajnie ich nie lubiła, podobnie jak noszenia spodni czy jednoczęściowych strojów kąpielowych.

Myśl o schowanych głęboko adidasach podsunęła jej pomysł na nowy artykuł z cyklu Wygodnie nie oznacza brzydko. Siadając do pierwszego tekstu, nie przypuszczała, że błahe rozważania na temat garderoby przyciągną aż tyle czytelniczek. W odróżnieniu od koleżanek z redakcji przykładała się do pracy, nie produkowała kolejnych kalek tekstów, jakie już powstały, ale i tak pozytywny oddźwięk bardzo ją zaskoczył. Już po dwóch miesiącach dostała stałą rubrykę, a po kolejnych trzech podwojono jej wierszówkę.

Ciąża wprawdzie mocno komplikowała dalszą wspinaczkę po szczeblach kariery, lecz z drugiej strony podczas zakupów w sklepach dla ciężarnych wymyśliła już kilka dobrych tematów. Teraz na pierwszy ogień planowała rzucić beznadziejne oferty w butikach dla przyszłych matek. To, co było dostępne w galeriach handlowych, wołało o pomstę do nieba. Sama, zamiast workowatych ciuchów, w których nie mogłaby spojrzeć na siebie w lustrze, kupowała sukienki i tuniki większe o kilka rozmiarów, a później własnoręcznie je przerabiała. To samo chciała zasugerować czytelniczkom. Teraz jednak największym problemem pozostawały opuchnięte stopy.

– No nie, nie dam rady – westchnęła ciężko.

Nie przejmując się pozostawiającym wiele do życzenia stanem podłogi dworca, zdjęła buty. Od razu poczuła ulgę. Ryzyko złapania grzybicy czy kurzajek nie miało dla niej w tej chwili znaczenia. Boso czuła się lżejsza co najmniej o kilka kilogramów.

Machając trzymanymi w ręce pantoflami i idąc w stronę peronu, wpadła na kolejny pomysł na artykuł. Miała już gotowy tytuł: Jak poprawić jakość życia, czekając na pociąg, czyli co można zrobić z pięcioma minutami wolnego czasu.

***

– Ma pan do wyboru dwie opcje – rzucił. – Albo ruszy pan swoje tłuste dupsko do wagonu restauracyjnego na drinka, albo zamknie się i nie będzie uprzykrzać życia pozostałym pasażerom.

Zdziwiona mina biznesmena rozbawiła Romaniuka. Tego typu ludzie zazwyczaj nie zapominali języka w gębie, a ten tutaj nabrał powietrza, lecz nie wydał z siebie żadnego dźwięku, do tego poczerwieniał. Gdyby miał krawat, zapewne musiałby go teraz mocno poluzować.

– Pani też niczego sobie nie życzy? – spytał Mychajło blondynkę.

Kobieta nerwowo wodziła wzrokiem między nim a swoim szefem.

– Lepiej niech pan już pójdzie – odparła ściszonym ­głosem.

– Wedle życzenia.

Uśmiechnięty, pchnął wózek i ruszył wzdłuż korytarza.

***

Pięć minut zamieniło się w piętnaście, a następnie w trzydzieści. Aleksandra zauważyła, że odkąd weszła na peron, na stację nie wjechał żaden pociąg. Co chwila przez megafon informowano pasażerów o kolejnych opóźnieniach i mocno ją to zaniepokoiło. Nie należała do osób łatwo wpadających w panikę, ale w środku czuła, że coś jest nie tak.

Z torebki wyjęła telefon komórkowy i wybrała numer męża. Pal sześć niespodzianka, musiała mieć pewność, że z Cezarym jest wszystko w porządku.

– Z tej strony Cezary Woźniak. – Usłyszała po pięciu sygnałach. Już miała odpowiedzieć, gdy uświadomiła sobie, że to nagranie z poczty głosowej. – W tej chwili nie mogę odebrać. Oddzwonię, gdy to będzie możliwe.

Rozłączyła się, po czym ponownie wybrała ten sam numer. Lęk rósł w niej z każdym kolejnym sygnałem. Po chwili w słuchawce usłyszała to samo nagranie.

– Spokojnie – powiedziała do siebie na głos. – Nic się nie dzieje. Ktoś ukradł trakcję albo gdzieś zrobił się zator. Do takich zdarzeń dochodzi codziennie.

Pogładziła brzuch. Obiecała sobie i Cezaremu, że będzie unikać stresu. Tak długo starali się o dziecko, że teraz dmuchali na zimne. Zwłaszcza Czarek. Kiedy mąż już wysiądzie z pociągu, ona nic mu nie powie o tych złych przeczuciach. Jak go znała, gotów był od razu zabrać ją do szpitala i kazać lekarzom, żeby się upewnili, czy z dzieckiem wszystko w porządku.

– To jakaś paranoja – rzucił stojący nieopodal mężczyzna z dużą torbą na ramieniu. – Na co komu te wszystkie pendolino, skoro i tak nie przyjeżdżają na czas.

Na peronie zebrała się już spora grupka oczekujących. Ola potrafiła wyobrazić sobie zamieszanie, jakie wywoła nadjeżdżający pociąg. Pomimo że dworzec przeszedł remont, słyszalność komunikatów dochodzących z megafonów wciąż pozostawiała wiele do życzenia, a gdy dodało się do tego gwar rozmów i napięcie, mało kto był w stanie zrozumieć nadawane komunikaty. Zaraz zaczną się nerwowe pytania, czy to aby na pewno właściwy pociąg, a nie któryś z pozostałych opóźnionych. Z pewnością znajdzie się też kilka osób, które siłą zaczną się przepychać do drzwi, jakby w obawie, że nie zdążą wsiąść przed odjazdem.

W innej sytuacji z zainteresowaniem obserwowałaby ludzi i ze swoich spostrzeżeń stworzyła kolejny tekst, na przykład o tym, jak niewiele trzeba, by tłum wpadł w panikę. Teraz jednak nie miała głowy do myślenia o pracy. Jak najszybciej chciała się spotkać z Cezarym i razem z nim wrócić do domu.

***

– Dla pana coś do picia?

Pytanie pracownika obsługi wyrwało Cezarego z drzemki. Leniwie się przeciągnął, ziewając z odsłoniętymi ustami. Nie pamiętał nawet, kiedy oparł głowę o szybę i przymknął powieki. Jak można było sądzić po zesztywniałym karku, trwał w tej pozycji od dłuższego czasu.

– Przepraszam – odparł – chyba zmęczenie mnie dopadło, tak tu ciepło i przyjemnie. Proszę mi powiedzieć, jaką ma pan kawę?

– Rozpuszczalna Nescafé.

– Tak myślałem – westchnął. – To w takim razie wodę poproszę. Bez gazu.

Mężczyzna stojący obok wózka z napojami zmarszczył lekko brwi.

– W wagonie restauracyjnym może pan zamówić kawę z ekspresu. Polecam, jest bardzo smaczna.

Woźniak przetarł zmęczone oczy. Propozycja była kusząca, ale miał ze sobą zbyt wiele cennych rzeczy, żeby zostawiać je bez opieki. Targanie walizki i torby z laptopem też wydawało się nie najlepszym pomysłem.

– Dzisiaj już dwie wypiłem – powiedział, odbierając od mężczyzny butelkę z wodą. – Lepiej będzie dla mojej wątroby, jeśli na tym poprzestanę.

Pracownik obsługi zawahał się lekko, po czym dodał przekonującym tonem:

– Naprawdę polecam. Proszę mi zaufać. Tak dobrej kawy nigdy pan nie pił. Gwarantuję. Jeśli panu nie zasmakuje, to osobiście zwrócę za nią pieniądze.

Cezary nie wiedział, co odpowiedzieć. Jego umysł działał jeszcze na zwolnionych obrotach. Mężczyzna ubrany w białą koszulę i kamizelkę od garnituru nie wyglądał na kogoś, kto stroi sobie żarty – wręcz przeciwnie, patrzył na niego z dziwnym naciskiem. Woźniak nigdy wcześniej nie spotkał się z taką formą promocji, choć jeździł pociągami regularnie.

– Nie będę narażał pana na koszty – rzucił po chwili zastanowienia.

– Akurat tam idę, żeby uzupełnić zapasy. Mogę pana odprowadzić – spróbował ponownie mężczyzna.

– Naprawdę, dziękuję. Woda mi wystarczy.

– Mamy też dobre pączki…

Facet stawał się męczący. Dopiero teraz Woźniak zwrócił uwagę na jego wilgotne od potu czoło i mocno przekrwione oczy. Wyglądał, jakby był chory lub mocno zdenerwowany.

– Proszę mi zaufać – dodał stanowczym tonem pracownik kolei. – Lepiej będzie, jeśli pan ze mną pójdzie.

– To nie jest zabawne – odparł Cezary. Nie zamierzał kontynuować rozmowy. Odwrócił głowę i uciekł spojrzeniem w stronę okna. Przez chwilę czuł na sobie wzrok mężczyzny, ale pisk kółek wózka z przekąskami świadczył o tym, że nieznajomy wreszcie dał za wygraną. Cezary z ciekawością nasłuchiwał, czy za chwilę kolejny pasażer nie dostanie nietypowej propozycji, by wspólnie pójść na spacer do wagonu restauracyjnego, lecz nic takiego nie nastąpiło. Za nim w tym wagonie siedziało co najmniej dziesięć, jeśli nie dwadzieścia osób, mimo to mężczyzna nikomu nie zaoferował napojów.

Może się obraził?, pomyślał Woźniak.

Jednego był pewny: ta dziwna wymiana zdań na pewno spodoba się Oli. Ostatnimi czasy dopisywała jej wena twórcza, więc być może napisze zabawny artykuł o tej nachalnej promocji.

Już od jakiegoś czasu planował nakłonić żonę do napisania powieści. Teksty, które wyrzucała z siebie w hurtowych ilościach, wprawdzie zapewniały regularny dochód, ale oboje często wyśmiewali poruszaną w nich tematykę. Zamiast kolejnego artykułu o wyższości sukienek nad spodniami mogła napisać coś ambitniejszego. Kończąc studia dziennikarskie, marzyła o pracy reporterki. Chciała zmieniać świat na lepsze, pokazywać rażącą niesprawiedliwość i ludzkie cierpienie. Ciąża była dobrą okazją, by nabrać dystansu i zaplanować przyszłość.

Już miał sięgnąć po komórkę i zadzwonić do żony, kiedy obok niego przemknął znajomy pracownik obsługi. Tym razem szedł bez wózka. Woźniak wychylił się, by spojrzeć, dokąd zmierza mężczyzna. Przeszło mu przez myśl, że poszedł do wagonu restauracyjnego po kawę z ekspresu, tamten stanął jednak przy drzwiach i pochylił się nad panelem z przyciskami.

***

Na peronie zebrał się spory tłum. Zdenerwowanie udzieliło się już niemal wszystkim. Większość narzekała na tak typowe dla PKP opóźnienia, Ola słyszała też sporo głosów pełnych niepokoju. Sama co rusz odświeżała strony portali internetowych w nadziei, że nie zobaczy tam żadnej informacji o katastrofie kolejowej.

Od tłoku i hałasu zakręciło jej się w głowie. Siedziała wprawdzie na ławce, ale ciepłe czerwcowe powietrze nagle zrobiło się duszne, trudno było oddychać. Równocześnie wyostrzył jej się zmysł powonienia. Czuła wyraźnie woń czosnku od siedzącej obok starszej kobiety i dławiący odór potu od stojącego przed nią mężczyzny.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Może się pan odrobinę przesunąć?

Nie zareagował. Gruby facet ubrany w wygniecioną koszulę z krótkim rękawem śmierdział, jakby nie mył się co najmniej od tygodnia. Do palety aromatów dołączył nagle piżmowy zapach perfum, jak gdyby ktoś wylał na siebie cały flakonik.

Aleksandra nie była w stanie tego dłużej wytrzymać. Musiała wyjść. Równie dobrze mogła poczekać na Czarka w kawiarni albo nawet w domu. Może jej mąż rzeczywiście miał rację, kiedy nalegał, żeby bardziej na siebie uważała podczas ciąży.

– Przepraszam – powtórzyła, wstając z ławki.

Tym razem mężczyzna zwrócił na nią uwagę. Wcale nie dlatego, że chciał ją przepuścić, tylko zamierzał zająć zwolnione przez nią miejsce. Pozostali oczekujący prezentowali podobny poziom empatii. Pomimo widocznej ciąży nikt nie raczył się przesunąć, by ułatwić jej przejście. Przepychanie się przez tłum utrudniały bose stopy, lecz nie była w stanie zmusić się do nałożenia butów.

Już miała zwrócić uwagę mężczyźnie stojącemu z dłońmi opartymi na biodrach, który blokował jej drogę, gdy z megafonu dobiegł kobiecy głos:

– Uwaga. – Komunikat był ledwo słyszalny z powodu trzasków. – Wszystkie dzisiejsze pociągi zostały odwołane. Na wybranych trasach w najbliższym czasie zostaną podstawione autobusy zastępcze. Wszelkich informacji udzielą państwu pracownicy oczekujący przy głównym wejściu. Proszę opuścić teren dworca.

– No bez jaj! – krzyknął ktoś.

– To skandal tak traktować ludzi – rozległ się inny głos.

Aleksandra popchnęła zastępującego jej drogę mężczyznę, nie przejmując się już dobrymi manierami. Nie miała czasu. Do kłopotów z oddychaniem dołączyły coraz mocniejsze zawroty głowy. Jeszcze chwila w tym ścisku i straci przytomność lub zwymiotuje. Obawiała się też reakcji tłumu. Wystarczy jeden okrzyk o bombie czy ataku terrorystycznym, a ludzie bezmyślnie ruszą w stronę wyjścia, ignorując jej ciążowy brzuch i nie zważając na to, że przypadkowe uderzenie łokciem może skończyć się tragicznie dla nienarodzonego dziecka.

Dochodząc do schodów, zobaczyła stojący kilkadziesiąt metrów dalej pociąg. W kierunku maszyny zmierzało kilkunastu policjantów, a w oddali słychać było nadjeżdżające radiowozy. Musiało wydarzyć się coś bardzo złego. Dotyczyło to jej męża. Czuła jego obecność. Była tak blisko, a jednak nie potrafiła mu pomóc.

Nisko nad głowami ludzi przeleciał helikopter. Nawet jeśli do tej pory ktoś naiwnie sądził, że odwołaniu wszystkich pociągów winna była jakaś błahostka, to teraz powinien przejrzeć na oczy. Aleksandra już oprzytomniała. Jeszcze chwilę wcześniej myślała tylko o tym, by oddalić się od dworca, nim ludzi ogarnie zbiorowa histeria. Byłaby to jednak zwykła ucieczka, odwrócenie się plecami do Cezarego, który mógł potrzebować pomocy.

– Z drogi! – powiedziała głośno, przepychając się w stronę torów.

Czuła na sobie wrogie spojrzenia. Nie interesowało jej, co pomyślą sobie inni. Podeszła na skraj peronu, rozejrzała się w obie strony, po czym zeskoczyła na torowisko i ruszyła w stronę pociągu. Ostre kamienie kaleczyły stopy, dlatego mimo wszystko musiała włożyć buty.

Rozdział II

Zanosiło się na burzę. Gęste ołowiane chmury dobrze oddawały nastrój Natalii, która od piętnastu minut wysłuchiwała naiwnych kłamstw mężczyzny siedzącego po drugiej stronie biurka. Kruger co rusz uciekała wzrokiem w stronę okna, nie mogąc znieść idiotyzmów wypływających z ust oskarżonego. Nie zawracała sobie głowy spisywaniem jego zeznań. Już przed spotkaniem przygotowała dokument, w którym Olgierd Pawłowski przyznawał się do zamordowania swojej matki. Papier czekał tylko na podpis mężczyzny – a ten wciąż mówił i mówił.

– Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiła – ciągnął Pawłowski. – Może nam się nie przelewało, ale żeby od razu popełniać samobójstwo? Jeślibym tylko zauważył jakieś symptomy, zrobiłbym wszystko, by ją od tego odwieść. Nie mogę sobie darować, że tamtego dnia dłużej zostałem w pracy. Gdybym mógł cofnąć czas… – Skrył twarz w dłoniach.

Kruger w myślach przeklinała, że nie wzięła parasola. Stacja metra znajdowała się dziesięć minut spacerem od budynku prokuratury. Później dwa razy tyle miała do domu rodziców, a obiecała, że dziś do nich wpadnie. Powinna zaoszczędzić trochę pieniędzy i kupić sobie samochód, choć perspektywa codziennego stania w korkach wcale nie była kusząca.

– Skończył pan? – spytała, otwierając szufladę biurka.

Pawłowski podniósł głowę i spojrzał na nią z zaskoczeniem.

– Nie rozumiem.

– Pytam, czy skończył pan przedstawienie. Jeśli tak, to możemy przejść do rozmowy właściwej. Zeznał pan, że drugiego kwietnia został pan dłużej w warsztacie. Zgadza się?

Mężczyzna zamrugał kilkakrotnie, zdziwiony słowami Kruger, ale posłusznie odpowiedział:

– Tak. Zaczął się sezon na wymianę opon z zimowych na letnie. Szef zawsze zatrudnia wtedy kilku dodatkowych chłopaków, tylko że cały czas trzeba im patrzeć na ręce i przez to wyrabiamy sporo nadgodzin.

– Nie wątpię. Pana alibi potwierdził niejaki Jacek Probierz, kolega z pracy.

– Dokładnie. Był wtedy ze mną. Wyszliśmy razem koło osiemnastej. Skąd te pytania? Przecież wszystko już opowiedziałem.

W tle słychać było pierwsze grzmoty.

A może zamiast kupować samochód, lepiej byłoby przeprowadzić się gdzieś bliżej?, pomyślała zastępczyni prokuratora. Wynajmowana przez nią kawalerka była tragicznie skomunikowana. Do pracy daleko, do córki i męża – jeszcze nie byłego – daleko, do rodziców daleko. No, to ostatnie miało akurat swoje plusy.

Decydując się na wyprowadzkę, nie przywiązywała wagi do wyboru mieszkania. Liczyły się dla niej niska kaucja, opłaty i względna czystość. Teraz, gdy już poukładała sobie wszystko w głowie, mogła pomyśleć o poszukaniu czegoś lepszego. Najrozsądniejsze wydawało się wynajęcie mieszkania blisko budynku prokuratury, z którego ostatnio rzadko wychodziła.

– Tak, opowiedział pan – przyznała po chwili. – Pana kolega lubi grać w karty, prawda?

– Co takiego? – Mężczyzna nerwowo poprawił się na krześle.

– Pytam, czy pana kolega lubi grać w karty. A ściślej mówiąc, w pokera.

– Nie wiem. Nie zwierza mi się. To ma coś wspólnego z moją matką?

Kruger uśmiechnęła się lekko.

– Zazwyczaj gra w sieci, całkiem dobrze mu idzie. A raz na jakiś czas lubi sobie zaszaleć w kasynie. Nigdy pana nie namawiał na wspólny wypad do Casino Warsaw?

– Nie wiem, o czym pani mówi – odparł Pawłowski oburzonym tonem. – Jestem już tym wszystkim zmęczony. Co chwila ktoś mnie wzywa na komendę albo do prokuratury. Śledztwo trwa w nieskończoność, przez co nie mogę normalnie żyć. Gdybym tylko mógł…

Krople deszczu zabębniły o parapet. Natalia wsłuchiwała się w ten rytm. Był równie chaotyczny, jak jej życie. Zbliżające się wielkimi krokami trzydzieste piąte urodziny jeszcze bardziej ją dobijały. Nie miała ochoty na kolację z siostrą i jej idealną rodziną ani ze wścibskim ojcem. Najchętniej poszłaby gdzieś z Zuzią i przynajmniej przez chwilę poczuła się jak prawdziwa matka. Wieczorem pewnie wróci do pracy, żeby tylko nie siedzieć samej w pustym mieszkaniu.

– Wróćmy do wydarzeń z drugiego kwietnia – weszła w słowo mężczyźnie, który mocno poczerwieniał na twarzy. – Proszę mi powiedzieć, jak to możliwe, że pracował pan razem z Probierzem do osiemnastej, skoro już o siedemnastej trzydzieści był on w kasynie?

– Że co? To niemożliwe. Musiała pani coś pomylić.

Wyjęła z otwartej szuflady kartkę z zeznaniami i zaczęła czytać:

– Drugiego kwietnia skończyłem pracę o szesnastej. Gdy wychodziłem, w warsztacie został już tylko Olgierd Pawłowski. Miał do skończenia przegląd w daewoo nubira. Samochód był mocno sfatygowany, więc namawiałem go, żeby poczekał z tym do jutra. Olgierd uparł się jednak, że zostanie dłużej. Dziwiłem się, bo szef nie toleruje nadgodzin, chyba że sam je narzuci, ale miałem już plany na wieczór i nie chciałem tracić więcej czasu.

– To kłamstwo – odpowiedział Pawłowski.

Natalia położyła kartkę na biurku i spojrzała na oskarżonego.

– Mam czytać dalej, czy zacznie pan rozmawiać ze mną poważnie? Naprawdę myślał pan, że wystarczy namówić kolegę do potwierdzenia pańskich zeznań, żeby odwrócić od siebie podejrzenia? Sąsiedzi zeznali, że słyszeli, jak tego dnia głośno kłócił się pan z matką, a później wybiegł zdenerwowany z mieszkania i wyrzucił coś do kontenera na śmieci.

Czerwień na policzkach Pawłowskiego przybrała odcień podobny do dojrzałego pomidora.

– Nie rozumiem, o co pani chodzi. Kim pani w ogóle jest? Zastępca prokuratora ma prawo tak ze mną rozmawiać? Chcę mówić z pani przełożonym!

– Może pan odmówić zeznań, niczego to jednak nie zmieni. Proszę mieć na uwadze, że zgodnie z artykułem sto czterdziestym ósmym, paragraf pierwszy, za zabicie człowieka mogę zasugerować karę od ośmiu lat pozbawienia wolności do dożywocia. Od pana zależy, którą opcję wybiorę.

Pawłowski potarł spocone czoło i wydusił:

– Pani nie ma prawa…

Nie miała siły ani ochoty tłumaczyć oskarżonemu zakresu obowiązków oraz uprawnień zastępcy prokuratora okręgowego. Jak większość wychowanych na filmach akcji, w których śledztwa prowadzili charyzmatyczni policjanci, facet nie miał pojęcia, że w rzeczywistości sprawę prowadzi prokurator lub – jak w tym przypadku – zastępca prokuratora.

– Zrobimy tak… – Wyjęła z szuflady przygotowany wcześniej dokument i podsunęła Pawłowskiemu. – Proszę się z tym zapoznać.

– Co to? – Spojrzał niepewnie na kartkę.

– Pańskie zeznania. Przyznaje się pan do zamordowania Janiny Pawłowskiej, pana matki. Opisuje pan, że dokonał tego nożem kuchennym, który później został wyrzucony do zbiorczego kontenera na śmieci. Jeśli pan podpisze ten dokument, ja zapomnę o składaniu fałszywych zeznań i nakłanianiu do tego innych. Zważywszy na czystą kartotekę, będę wnioskować o najniższy wymiar kary. Zbrodnia w afekcie i takie tam, nie wchodźmy w szczegóły.

– Ale ja…

– Oczywiście nie musi pan niczego podpisywać. Będę wtedy musiała sporządzić nowy dokument, w którym nie potraktuję już pana tak wyrozumiale. To jak?

Mężczyzna wziął kartkę w dłonie i zaczął czytać.

A może by tak wymigać się od wizyty u rodziców?, pomyślała Kruger, uciekając wzrokiem w stronę okna.

***

Od sprawnie zamkniętego śledztwa lepsze było tylko sprawne zamknięcie dwóch śledztw. W myśl tej maksymy Kruger wybrała numer komisarza Adama Skowrona, który z ramienia policji zajmował się sprawą uprowadzenia dwojga dzieci. Pomimo braku dowodów Natalia podejrzewała ojca zaginionych. Od początku jego reakcje wydawały się przesadne, jakby odgrywał wyuczoną rolę. Żeby zyskać pewność, zleciła śledzenie mężczyzny.

– No? – Usłyszała po dwóch sygnałach.

– No? – powtórzyła. – A jakieś „cześć” albo „co słychać”?

– Freddy, nie mogę teraz gadać. Coś ważnego?

Przezwisko użyte przez policjanta nie robiło na niej wrażenia. Mówiono tak na nią od podstawówki, kiedy to Koszmar z ulicy Wiązów śnił się po nocach wszystkim dzieciakom, którym nieodpowiedzialni rodzice pozwolili oglądać krwawy horror. Wkurzało ją to wtedy, tak samo zresztą jak nazwisko. Dopiero po latach zrozumiała, że nie tylko nazwisku zawdzięczała tę ksywkę. Ogromną rolę odgrywał w jej przypadku wybuchowy charakter. W końcu starszej o trzy lata siostry nikt tak nie męczył. Koniec końców pogodziła się z oryginalnym jak na kobietę przezwiskiem, a nazwiska nie zmieniła nawet po ślubie.

– A co cię tak zajmuje? – spytała kpiącym tonem.

– Serio pytasz? Zazdroszczę, że Zimny nie przydzielił ci tej sprawy. Widocznie przed emeryturą chce sam jeszcze popracować w terenie.

Kruger zmarszczyła brwi.

– Nie rozumiem. Co się dzieje? O jakiej sprawie mówisz?

– Naprawdę nie wiesz? Pani zastępczyni prokuratora, zawsze pierwsza na miejscu zbrodni, nie słyszała o najgłoś­niejszej sprawie w całym kraju?

– Adam, skończ pieprzyć.

– Czterdzieści pięć trupów tuż obok dworca kolejowego Warszawa Wschodnia. Wystarczy? Ktoś rozpylił zabójczy gaz w wagonie pełnym ludzi. Wszyscy zmarli na miejscu. Twój szef nie pozwala moim ludziom wejść do środka. Czekamy, aż będzie bezpiecznie.

– Mówisz, że stary tam jest? – spytała Natalia z zaskoczeniem.

– Był jeszcze przede mną. Osobiście nadzoruje działania policji. Muszę kończyć. Ewakuujemy ostatnich pasażerów z innych wagonów. Zdzwonimy się.

Przez dłuższą chwilę trwała z telefonem przyłożonym do ucha. Wiadomość była szokująca. Zaskoczyła ją też informacja, że Jarosław Zimny osobiście pofatygował się na miejsce zbrodni. Od czasu, gdy Kruger zaczęła pracę, obecnie sześćdziesięciotrzyletni prokurator okręgowy ani razu nie wybrał się w teren. Wszystkie sprawy rozdzielał pomiędzy swoich trzech zastępców, czasem nawet asesorów. W kuluarach robiono już zakłady, kiedy wreszcie zwolni stołek i przejdzie na emeryturę.

A tu wreszcie zdarzyło się coś, co zmusiło go do wzięcia się do pracy. Natalia nie potrafiła powstrzymać ciekawości. Sprawa porwania poczeka, ona musi na własne oczy zobaczyć szefa w akcji.

***

Ludzie wezwani przez Zimnego byli powiązani z wojskiem. Służbiści ubrani w białe skafandry nie pozwalali nikomu podejść do skażonego wagonu bliżej niż na odległość dziesięciu metrów. Kierujący nimi mężczyzna nawet nie raczył podzielić się ze Skowronem wynikami badań, choć sam dostawał od podwładnych regularne raporty. Przez cały czas nie wyściubiał nosa z wojskowego samochodu, w którym teraz przebywał też prokurator.

Nie mogąc znieść bezczynności, komisarz pomógł w ewakuacji pozostałych pasażerów i pracowników obsługi. Wszystkich przewieziono do Szpitala Praskiego, by poddać ich niezbędnym badaniom. Według wstępnych ustaleń żaden z podróżnych jadących innymi wagonami nie został poszkodowany, choć pewność można było uzyskać dopiero po wydaniu opinii przez lekarza.

Skowron rozejrzał się wokół. Teren odgrodzono policyjnymi taśmami, za którymi tłoczyli się dziennikarze i gapie. Jego ludzie, zamiast zająć się pracą, pilnowali, by nikt nie przekroczył wyznaczonej linii. Trwało to już drugą godzinę, co powoli zaczynało działać komisarzowi na nerwy.

– Widzisz, Rudnicki, wygląda na to, że przebranżowiliśmy się na ochroniarzy – rzucił do jednego z pilnujących porządku policjantów.

Niezadowolona mina funkcjonariusza mówiła sama za siebie. Rudnicki też miał już dosyć bezczynnego przyglądania się pracy wojskowych.

– Taa – odparł. – Żeby tak nam jeszcze pensje zamienili. Nie wie szef, jak długo potrwa ta szopka?

– Oby jak najkrócej.

Skowrona korciło, by zapalić papierosa, ale w pobliżu wagonu obowiązywał bezwzględny zakaz używania ognia. Wciąż zachodziło ryzyko, że rozpylona przez zamachowca substancja mogła być łatwopalna.

– Nie ogarniam tych ludzi – dodał po chwili. – Nie mają nic lepszego do roboty? Dziennikarzy rozumiem, choć i tak nie dowiedzą się nic poza tym, co będzie w oficjalnym komunikacie, który pewnie niedługo wygłosi prokurator. Ale reszta?

– Stali nawet w deszczu. Najlepsza jest tamta babka. – Policjant wskazał palcem zapłakaną kobietę, żywo gestykulującą w stronę pilnującego taśmy mężczyzny. – Stachu ma z nią skaranie boskie. Kilka razy próbowała przedrzeć się do wagonu.

– Dziennikarka?

– Raczej nie. Twierdzi, że jej mąż jechał tym pociągiem. Normalnie byśmy ją naprostowali… – Rudnicki odchrząknął. – Ale odpuściliśmy, bo jest w ciąży.

– Pogadam z nią. I tak nie mam nic lepszego do roboty.

Skowron poklepał podwładnego po ramieniu, po czym ruszył w stronę zapłakanej kobiety. Wolał nie pytać, co Rudnicki rozumiał przez „naprostowanie”. Dwudziestoletnia służba nauczyła go, że pewnych kwestii lepiej nie poruszać, żeby później nie musieć kłamać w oficjalnych raportach.

***

Nie mogła się dodzwonić do przełożonego. Bezproblemowo przeszła przez pilnujących porządku policjantów, którzy skierowali ją do wojskowego jeepa stojącego nieopodal wagonu, ale pilnujący samochodu mężczyzna w wojskowym mundurze za nic nie chciał jej przepuścić.

Cholerny służbista, jak nazwała go w myślach, nawet nie spojrzał na jej legitymację. Szeroki w barach, wyższy od Kruger o głowę, wyglądał niczym wyrzeźbiony z kamienia. Natalia wielokrotnie spotykała się z nieuprzejmym traktowaniem przez policjantów, zależności służbowe wymuszały jednak na mundurowych posłuszeństwo wobec niej. Tu jednak nie miała żadnej możliwości wywarcia nacisku.

– Człowieku – westchnęła zniecierpliwiona. – Rozumiem, że nie możesz mnie przepuścić, ale powiedz komuś, żeby przekazał prokuratorowi Zimnemu, że tu jestem. Przecież co rusz ktoś podchodzi do samochodu.

– Nie ma pani upoważnienia.

– Czy ty sam siebie słyszysz? Masz mu tylko powiedzieć, że przyjechałam. Nic więcej.

– Proszę odejść i pozwolić mi wykonywać swoje obowiązki.

Pomimo rozsadzającej ją irytacji musiała przyznać, że mężczyzna był asertywny. Większość funkcjonariuszy na jego miejscu dla świętego spokoju dawno już by skapitulowała, podczas gdy on ani przez chwilę się nie zawahał. Sama nie pogardziłaby takim człowiekiem w swoich szeregach. Mimo sympatii dla Skowrona nie mogła mieć pewności, że policjant zawsze będzie postępował zgodnie z jej zaleceniami.

Rozejrzała się w poszukiwaniu komisarza. Zamiast tracić czas z małomównym strażnikiem, wolała wypytać Adama o szczegóły zdarzenia. Ze zdziwieniem spostrzegła, że policjanci jedynie statystowali wojskowym i pilnowali, by osoby postronne nie przekraczały wyznaczonej taśmami linii, a właściwą pracę wykonywali ludzie w zielonych mundurach lub w białych kombinezonach.

Drzwi jeepa otworzyły się i z auta wysiadł prokurator. Nawet nie spojrzał w kierunku Kruger. Wyglądał na mocno zdenerwowanego, by nie powiedzieć roztrzęsionego. Trzymał przy uchu telefon, przestępował z nogi na nogę, nerwowo kiwał głową, jakby odbierał od kogoś instrukcje. Natalia nigdy nie widziała go w takim stanie. Bardziej kojarzył jej się z wiecznie znudzonym urzędnikiem. O podejściu prokuratora do pracy najlepiej świadczył fakt, że kiedy wyjeżdżał na trzytygodniowy urlop, nikt nawet nie zauważał jego nieobecności.

– Jarek! – zawołała.

Nie lubiła publicznie zwracać się do przełożonego po imieniu. I tak zbyt często wysłuchiwała komentarzy o znajomościach, którym rzekomo zawdzięczała stanowisko. Wśród policjantów uchodziła za córkę zasłużonego komisarza, której tatuś załatwił ciepłą posadkę. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Ojciec od początku sprzeciwiał się jej planom. Inna sprawa, że Zimny faktycznie często bywał u nich w domu, a ona swego czasu nawet nazywała go wujkiem.

Prokurator odwrócił się do niej plecami. Natalia zwróciła uwagę na jego ubiór. Zazwyczaj do pracy przychodził w sztruksowej marynarce – jednej z dwóch – i casualowej koszuli – jednej z pięciu. Teraz miał na sobie elegancki czarny garnitur, jakby włożony specjalnie do występu przed kamerami. Wydało jej się to dziwne, Skowron wspomniał przecież, że prokurator był na miejscu jeszcze przed nim, więc kiedy Zimny zdążył się przebrać?

Po chwili mężczyzna odsunął telefon od ucha i dostrzegł Natalię. Przez kilka sekund patrzył na nią badawczo. Kruger poczuła się nieswojo. We wzroku prokuratora było coś niepokojącego. Nie potrafiła tego nazwać, ale bardzo jej się to nie podobało.

– Przepuścić ją! – zawołał w końcu.

Wojskowy skinął głową i zrobił krok w bok. Natalię korciło, by dopiec nadgorliwemu służbiście, lecz ugryzła się w język. Koniec końców wykonywał tylko swoje obowiązki.

– Co tu robisz? – spytał prokurator, gdy podeszła bliżej.

– Pomyślałam, że przyda ci się pomoc.

– Ponoć tak jesteś zawalona robotą, że nie masz w co rąk włożyć.

Wzruszyła ramionami. Rozmowy z Zimnym nigdy nie należały do przyjemnych. Jego protekcjonalny ton działał jej na nerwy. I tak przynajmniej wywalczyła, by nie zwracał się do niej per „Natka”.

– Skoro już tu jesteś, to chodź do samochodu i przydaj się do czegoś – dodał po chwili.

– Co tu robi wojsko?

– Zaraz wszystkiego się dowiesz. Chodź.

Ruszył z powrotem w stronę jeepa. Być może Natalia przesadzała, ale miała wrażenie, że Zimny zachowuje się inaczej niż zwykle. Mówił jakby szybciej i pewniej, nie wzdychał przy tym jak stary astmatyk. Może Skowron miał rację? Może przed emeryturą prokurator chciał raz jeszcze poczuć adrenalinę i poprowadzić głośną sprawę?

Miejsce z przodu było zajęte, otworzyła więc tylne drzwi i weszła do środka. Od razu w nozdrza uderzył ją silny zapach wody kolońskiej. Jej przełożony takiej nie używał, a więc zapewne pachniał tak mężczyzna siedzący przed nią.

– Panie pułkowniku, to moja zastępczyni, Natalia Kruger – powiedział Zimny, gdy zamknęła za sobą drzwi. – Zaufany człowiek. Jej pomoc z pewnością nam się przyda.

– Dzień dobry – przywitała się.

Mężczyzna patrzył na jej odbicie w lusterku wstecznym.

Nie przepadał za kobietami na męskich stanowiskach. Nie uważał się za seksistę, lecz za pragmatyka. Z doświadczenia wiedział, że baby w mundurze zachowują się irracjonalnie. Może i dawały z siebie więcej niż mężczyźni, ale też nie potrafiły zachować dystansu, jakby na każdym kroku musiały udowadniać swoją wartość.

– Witam – odparł niechętnie. – Możemy wrócić do omawiania sprawy, czy jeszcze planuje pan jakichś gości?

Zimny nerwowo poprawił się w fotelu. Natalia czekała na jego ripostę, ta jednak nie nadeszła. Ciekawe, pomyślała. Zazwyczaj nikomu nie puszcza płazem tego typu odzywek.

– No to jeszcze raz – kontynuował pułkownik. – Mamy czterdzieści pięć ofiar śmiertelnych. Dokładniejsze wyniki poznamy po sekcji, ale z niemal stuprocentową pewnością możemy stwierdzić, że doszło do zatrucia silnie toksycznym gazem z grupy fosfonianów. Sprawcy najprawdopodobniej zamknęli drzwi z obu stron i rozpylili go w całym wagonie.

– To był atak samobójczy? – spytała Kruger.

Pułkownik znacząco odchrząknął.

– Natka… – warknął Zimny. – Nie przerywaj.

Zacisnęła zęby. Nie podobał jej się ten cały pułkownik. Nie rozumiała, czemu Jarek tak się przy nim krygował. Gdyby to był przynajmniej generał, ale zwykły oficer?

– Wszystkie ofiary siedziały na swoich miejscach – ciąg­nął po chwili wojskowy. – Nie zauważono śladów stawiania oporu. Być może zastraszono ich bronią, to jednak tylko domysły. Jeśli rzeczywiście zamachowcy użyli sarinu lub jakiejś jego pochodnej, to ofiary musiały cierpieć przed śmiercią. Duszności, skurcze mięśni, mdłości, bezwiedne oddawanie kału i moczu, drgawki. To tylko kilka podstawowych objawów, po których następuje zapadnięcie w śpiączkę. Zachodzi podejrzenie, że skoro nikt nie ruszył się z miejsca ani nawet nie próbował otworzyć okna, to gaz zadziałał wyjątkowo szybko i większość tych objawów wystąpiła, gdy pasażerowie praktycznie niczego już nie czuli.

– Przede wszystkim trzeba uspokoić opinię publiczną – wtrącił Zimny. – Mam już gotowe oświadczenie dla mediów. Miałem sam je wygłosić, ale skoro już tu jesteś, to możesz się tym zająć. Kiedyś trzeba zacząć dbać o wizerunek. – Spojrzał przez ramię i puścił oko do Natalii.

Było w tym coś obrzydliwego. Nie chodziło nawet o fakt, że zginęło niemal pięćdziesiąt osób, a prokurator myślał tylko o tym, jak wypadnie prokuratura.

– Gaz już ulotnił się w powietrzu – dodał pułkownik, nim Kruger zdążyła skomentować. – Pozostałym pasażerom nie grozi niebezpieczeństwo. Zostali odwiezieni do szpitala, gdzie poddano ich kwarantannie. Na razie teren pozostanie ogrodzony policyjnymi taśmami. Najważniejsze jest teraz ustalenie tożsamości zmarłych i sprawdzenie, czy wśród nich są zamachowcy.

– Tu masz oświadczenie. – Zimny sięgnął po tekturową teczkę i podał ją Natalii. – Przeczytaj, zapamiętaj i ładnie uśmiechaj się do kamer. Nie odpowiadaj na żadne pytania. Dobro śledztwa i inne tego typu bzdury, wiesz, o co chodzi.

– Ale kto prowadzi sprawę? – spytała, odbierając dokumenty. – Dlaczego to ja mam wygłaszać oświadczenie, a nie rzecznik prokuratury?

– A co, nie chcesz być sławna? Spokojnie, oficjalnie ja prowadzę sprawę. To zbyt duży kaliber dla zastępcy prokuratora okręgowego. Zaraz zaczęliby ci wypominać brak doświadczenia. Zresztą nieoficjalnie też ja wszystko koordynuję. Mam dla ciebie kilka zadań, większość jednak wezmę na siebie. Jeśli dobrze się spiszesz, to porozmawiamy o awansie.

Otworzyła teczkę i zaczęła czytać przygotowane oświadczenie. Spodziewała się odręcznych, sporządzonych na szybko zapisków, tymczasem trzymała w dłoni wydruk z komputera. Nigdzie nie widziała przenośnej drukarki ani laptopa, ale nie chciała zadawać niepotrzebnych pytań.

Przebiegła tekst wzrokiem. Krótki komunikat ograniczał się do suchych faktów dotyczących trasy pociągu, w którym doszło do incydentu, liczby ofiar oraz przybliżonej godziny zdarzenia. Podstawowe dane były poprzetykane wstawkami o zażegnaniu niebezpieczeństwa, tajemnicy śledztwa i wzmożonej pracy policji oraz wojska. Nigdy wcześniej nie występowała przed kamerami, niemniej powinna dać sobie radę.

– Wszystko jasne? – spytał Zimny, gdy skończyła czytać.

– A coś o sprawcach? – spytała.

– Mamy swoje podejrzenia, ale za wcześnie, by o tym mówić.

Chowała kartkę do teczki, gdy jej uwagę przykuł pewien szczegół.

– Chwila… – powiedziała, wracając wzrokiem do wydrukowanego dokumentu. – Wspominał pan o czterdziestu pięciu ofiarach śmiertelnych, a w oświadczeniu widnieje liczba czterdzieści sześć.

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Twarz pułkownika wyrażała więcej niż gniew. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby chciał rzucić się Zimnemu do gardła.

– To zwykły błąd – odparł nerwowo prokurator. – Musiałem się pomylić. Znaleziono czterdzieści pięć ciał.

Rozdział III

Pomimo wieloletniej współpracy z Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej nie potrafił się przyzwyczaić do ich specyficznego stylu bycia. Wyczuwał od tych ludzi niechęć, niekiedy wręcz pogardę. Patrzyli na niego wyniośle, jakby w ten sposób chcieli zagłuszyć wyrzuty sumienia. Adamiak uważał ich za hipokrytów. Przyjmowanie wysokich łapówek, ustawianie przetargów, sprzedaż tajemnic państwowych – wszystko to nie przeszkadzało im prawić banałów o honorze czy wypinać piersi do kolejnych odznaczeń. Byli niczym sportowcy na dopingu publicznie negujący zażywanie niedozwolonych środków i głośno piętnujący kolegów, których na tym przyłapano.

Pułkownik Bartłomiej Szczygielski całym sobą potwierdzał tę opinię. Był spięty i małomówny. Wyglądał na obrażonego, jakby zapomniał, że na wejściu przyjął kopertę z dwudziestoma tysiącami złotych – co było jedynie skromną zaliczką na poczet dalszej współpracy.

– Może się pan czegoś napije? – spytał Adamiak.

– Nie, dziękuję. Nie przyszedłem tu w celach towarzyskich.

– Jak pan chce, pułkowniku. Ja nie odmówię sobie szklaneczki whisky.

– Bez nazwisk i stopni, proszę – warknął pułkownik.

Gospodarz uśmiechnął się pod nosem. Ostrożność Szczygielskiego w tym wypadku była uzasadniona. Mariusz nie bez powodu zaprosił wojskowego do swojego gabinetu. Oprócz wygodnych skórzanych foteli i dobrze wyposażonego barku to pomieszczenie miało jeszcze inne zalety: zainstalowany podsłuch oraz trzy kamery rejestrujące powierzchnię całego pokoju.

Adamiak otworzył szafkę z alkoholami, wyjął szklaną karafkę i nalał sobie drinka.

– Na pewno się pan nie skusi? – spytał.

– Wolałbym od razu przejść do konkretów.

– Oczywiście. Jak pan sobie życzy.

Siedzący w fotelu mężczyzna nerwowo ściskał w dłoniach czarny skórzany neseser. Nie podobało mu się zachowanie gospodarza. Adamiak był nonszalancki i lekkomyślny. Kto to słyszał, żeby w takiej sytuacji sięgać po alkohol? Brakuje tylko, żeby puścił muzykę i zaprosił dziewczynki, pomyślał.

Gdyby nie decyzje na górze, Szczygielski inaczej by z nim rozmawiał. Cała ta sytuacja coraz mniej mu się podobała. Początkowo była mowa o jednej, góra dwóch ofiarach śmiertelnych, a teraz Adamiak z tygodnia na tydzień poszerzał skalę działań.

– Tak jak pan sobie życzył, przygotowałem trzy scenariusze – powiedział pułkownik, otwierając neseser.

W rzeczywistości w grę wchodziła tylko jedna opcja. Pozostałe przygotował wyłącznie na odczepnego. Zważywszy na okoliczności, nazywanie siebie uczciwym byłoby nadużyciem, ale wewnętrzny kodeks nakazywał mu przedstawić sprawę jasno.

– Osobiście uważam, że powinien pan wybrać pierwszą opcję – dodał zgodnie z prawdą.

– Zamieniam się w słuch.

Pułkownik położył na blacie trzy zbindowane dokumenty, po czym zamknął teczkę i odstawił ją na podłogę.

– Mina pułapka – powiedział, wskazując Adamiakowi jedną z propozycji. – W ten sam sposób załatwiono naszych chłopców w Ghazni. Sto kilogramów trotylu ukryte we wcześniej wybranym miejscu. Dzięki możliwości zdalnego odpalenia ładunku przez cały czas będziemy mieli sytuację pod kontrolą.

– Ghazni? – spytał Adamiak, podnosząc z ciekawością brwi.

– To w Afganistanie. – Bartłomiej z politowaniem pokręcił głową i dodał chłodnym tonem: – Nie wiem, czemu się dziwię, że pan o tym nie słyszał. To w końcu tylko śmierć pięciu polskich żołnierzy. Co to dla pana.

Gospodarz upił łyk whisky. Pełne ironii słowa wojskowego nie zrobiły na nim wrażenia, utwierdziły go tylko we wcześniejszej ocenie.

– Ale jak to zainstalować na lotnisku? – spytał.

Pułkownik pokręcił głową.

– Do tego zmierzam. Opcja z samolotem nie wchodzi w grę. Zbyt dużo komplikacji. Tu nie wystarczą pana znajomości w ministerstwie czy prokuraturze. Zresztą ten Zimny to skończony idiota. Wolałbym odsunąć go od sprawy i wysłać na zasłużoną emeryturę.

Hipokryzja poziom drugi, pomyślał Adamiak.

Nie minęło pięć minut, od kiedy pułkownik zakazał używania nazwisk, a sam już nie trzymał się tej zasady. Prokurator okręgowy może rzeczywiście nie grzeszył inteligencją, miał za to wiele innych zalet – brak ambicji, zachłanność i tchórzostwo. Czyniło go to idealnym pionkiem na stanowisku. Nie zadawał niepotrzebnych pytań, nie stawiał się, nie groził pójściem do telewizji. Takich ludzi Adamiak potrzebował jak najwięcej.

– Od początku mówiliśmy o samolocie – odparł. – Nic innego nie wchodzi w grę.

– Wiem, ale przyszedłem tu, by wyperswadować panu ten pomysł. To nie ma prawa się udać. Zbyt wiele zewnętrznych czynników, nad którymi nie będziemy w stanie zapanować.

– O to już proszę się nie martwić. Dlaczego nie spróbować sarinu? Pierwsza próba udała się wręcz doskonale.

– Nie powiedziałbym. – Pułkownik zmarszczył brwi, niezadowolony. – Przypominam, że w przypadku samolotu mówimy o ponad stu niewinnych obywatelach naszego kraju. Skoro mamy osierocić ich dzieci, to przynajmniej zapewnijmy im szybką śmierć. Pomijam już problem, jak wnieść taki ładunek na pokład.

– Rozumiem pana obawy, ale na szczęście to nie pan decyduje. Zapoznam się ze wszystkimi materiałami i dam znać.

– Nie, nie rozumie pan…

– Koniec rozmowy. – Adamiak wstał od biurka.

Nie miał zamiaru wysłuchiwać moralizujących kazań skorumpowanego żołnierza. Zadaniem Szczygielskiego było wykonywanie prostych poleceń, rzecz w tym, że nawet to powoli zaczynało go przerastać.

***

Limuzyna czekała już na podjeździe. Z pojazdu niemal dziesięciometrowej długości dobiegały głośne śmiechy i muzyka. Izabela z politowaniem patrzyła na wysiadającą z samochodu dziewczynę. Młoda, co najwyżej dwudziestoletnia, ubrana w obcisłą czarną sukienkę ledwo zakrywającą pośladki. Do tego szpilki na absurdalnie wysokim obcasie, w jakich Adamiak nie potrafiłaby zrobić kilku kroków.

W środku zostały jeszcze co najmniej dwie dziewczyny, choć w samochodzie tych rozmiarów mogło być ich znacznie więcej.

– Pomożesz mi z krawatem? – Usłyszała głos Mariusza dochodzący z łazienki.

– Nie strój się tak! – rzuciła. – Dziewczyny i tak zaraz cię rozbiorą.

Odwróciła się od okna. Choć wielokrotnie powtarzała, że już jej to nie rusza, to tak naprawdę było wprost przeciwnie. Nie potrafiła zaakceptować faktu, że Mariusz po pięćdziesiątce zamiast godności wybrał zabawy z małolatami. Zrozumiałaby stałą kochankę i wynajmowany apartament w centrum, gdzie wpadałby raz czy dwa razy w tygodniu. Taki układ przynajmniej pozwoliłby jej zachować pozory i szacunek do samej siebie.

Widok męża ubranego w elegancki garnitur tylko pogłębił przygnębienie Izy. Ktoś z jego klasą nie powinien zniżać się do takiego poziomu.

– To jak? – spytał Mariusz, rozkładając bezradnie ręce, z pomiętym krawatem przewieszonym przez kark. – Pomożesz mi?

– Od kiedy pomocą nazywasz odwalanie całej roboty?

– Racja. Czy możesz zawiązać mi krawat?

Patrzyła na niego wyczekująco.

– Poproszę – dodał po chwili, odgadując jej myśli. – Wiem, że ci się to nie podoba, ale z Frankiewiczem nie można inaczej.

– Och, biedactwo ty moje. Jak ty się poświęcasz dla rodziny. Normalnie bohater domu. Jeszcze trochę, a zbuduję ci pomnik.

– Przesadzasz. To tylko interesy.

Podeszła do Mariusza i zajęła się jego krawatem. Pomimo złości na męża musiała przyznać, że potrafił dobrać poszczególne elementy garderoby. Większość mężczyzn do grafitowego garnituru włożyłaby czarne buty, a on zdecydował się na burgund. Do tego biała koszula, poszetka i ciemnobordowy krawat.

– Interesy? – spytała, zaciskając lekko połyskujący materiał na jego szyi. Celowo użyła do tego zbyt dużej siły. – Powinieneś zacząć trzymać swój interes na wodzy. Że też ci nie wstyd odstawiać taką szopkę przy dzieciach.

– Prosiłem, żeby szofer nie wjeżdżał na teren posesji. Zajmę się tym. To ostatni raz.

– Nie tłumacz się. – Poprawiła węzeł, by wyglądał perfekcyjnie. – Nie rozumiem tylko, jak po tym wszystkim możesz patrzeć w lustro.

Strzepnęła pyłek z ramienia męża. Z zewnątrz wciąż dochodziła głośna muzyka. Brakowało tylko, żeby szofer zaczął trąbić.

– Leć, bo oszaleję – powiedziała.

– Już niedługo to się skończy, obiecuję.

Pochylił się, by pocałować ją w policzek, ale w porę odchyliła głowę. To, że nie robiła mężowi awantury o pijane siksy na ich podjeździe, nie oznaczało jeszcze, że akceptowała ten fakt. Zdawała sobie sprawę, że świat, do którego wkroczył wiele lat temu, rządził się swoimi prawami, lecz nie zamierzała pozwalać, by ów świat przekraczał próg jej domu.

– Kocham cię – dodał cicho Mariusz.

– Wiem. – Iza machnęła ręką. – Idź już, bo zaraz wyjdę na zewnątrz i powiem twoim koleżankom, co sądzę o ich sposobie na życie.

– Jeszcze kilka tygodni. Masz moje słowo.

Odwróciła się do niego plecami. Nie miała ochoty wysłuchiwać kolejnych obietnic bez pokrycia. Koniec, o którym mówił, mógł nastąpić tylko w dwóch przypadkach: aresztowania Mariusza lub jego śmierci. Gdyby miała wybierać, wolałaby drugą opcję. Wprawdzie wspólnie dopilnowali, by sąd nie miał możliwości położyć rąk na ich dobytku, ale w państwie prawa, jakim podobno jest Polska, zawsze można znaleźć lukę i nagiąć przepisy w swoją stronę.

Usłyszała, jak zamykają się drzwi wejściowe. Spojrzała przez okno. Teraz przy samochodzie stały już dwie dziewczyny. Do brunetki w czarnej sukience dołączyła blondynka w srebrnej kreacji o podobnym kroju i w równie wysokich szpilkach. Izabela już miała się odwrócić, by nie widzieć, jak wpadają Mariuszowi w objęcia, gdy dostrzegła syna zmierzającego w stronę samochodu.

Nie mogła go winić, że zainteresował się atrakcyjnymi dziewczynami, wysyłającymi oczywiste sygnały do bogatych facetów. Chłopak chciał imponować ojcu, toteż nic dziwnego, że i pod tym względem zamierzał mu dorównać.

***

– Do domu – rozkazał, widząc syna opartego o karoserię limuzyny i flirtującego z prostytutkami. – A wy do samochodu. Kto w ogóle wam pozwolił wysiadać, co?

Dziewczyny zrobiły przesadnie zasmucone miny. Były już pijane, co nie miało prawa się wydarzyć. Nie po to Mariusz płacił horrendalne stawki godzinowe, by podsyłali mu podpite prostytutki.

– No co ty, ojciec – marudził Norbert. – Może pojadę dzisiaj z tobą?

– Wykluczone. Wracaj do domu i ucz się do egzaminów. Tym razem nie mam zamiaru ci pomagać.

– Oj tam, nie przesadzaj…

– Zakończyłem tę rozmowę. Śpieszę się na spotkanie.

Wyminął syna i otworzył drzwi limuzyny. Nie miał zamiaru jechać z prostytutkami, usiadł więc z przodu, obok kierowcy. Nie musiał oglądać się za siebie, by wiedzieć, że Iza stoi w oknie. Z jej perspektywy z pewnością wyglądał żałośnie – pięćdziesięcioczterolatek, po którego podjeżdża luksusowe auto pełne wstawionych dziewczyn. Aż dziwne, że jeszcze nie zaczęła grozić mu rozwodem.

– Ile razy mam powtarzać, żeby nie wjeżdżać pod dom! – skarcił szofera, kiedy ten odpalił silnik.

– Ja nic nie wiem – odparł mężczyzna z lekko wyczuwalnym wschodnim akcentem.

Cały Balcerzak, pomyślał Mariusz. Polski biznesmen z krwi i kości. Nie przepuści żadnej okazji do cięcia kosztów. Co z tego, że wysłał dziewczyny, które najwyraźniej jedną imprezę miały już za sobą. Co z tego, że kierowca z Ukrainy nie zna Warszawy i będzie błądzić bez sensu. Ważne, że udało się przyoszczędzić trochę grosza.

– Zmieniamy trasę – powiedział. – Jedź do swojego szefa.

Szofer skinął głową i posłusznie ruszył.

Wyjeżdżając na ulicę, Mariusz spojrzał w boczne lusterko na stojącego pod domem syna. Chłopak na każdym kroku udowadniał, że jest skończonym idiotą. Adamiak zdawał sobie sprawę, że sam zawiódł jako ojciec, ale mimo to nie pojmował, dlaczego Norbert momentami zachowywał się jak kretyn. Rozumiałby, gdyby syn miał mu za złe brak zainteresowania i teraz próbował się na nim zemścić. Norbert był jednak zbyt ograniczony, by myśleć w taki sposób. Dla niego liczyła się tylko rozpoznawalność. Chciał być kimś. Chciał, by go szanowano, ale wyobrażał sobie, że to osiągnie, przepuszczając majątek ojca na imprezach, na których stawiał znajomym alkohol i narkotyki.

Mariusz nie miał pomysłu, co począć z synem. Chłopak co rusz przebąkiwał o wejściu do rodzinnego biznesu, chociaż nie potrafił ukończyć studiów z zarządzania i marketingu. Zresztą gdyby był bystrzejszy, to i tak nie miał co liczyć na przejęcie firmy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za kilka miesięcy nie będzie czego przejmować.

Klub należący do pracodawcy prostytutek znajdował się po drodze do Frankiewicza, dlatego nie było ryzyka, że Mariusz bardzo się spóźni. Miłośnik młodych dziewczyn wprawdzie dostawał takie łapówki, że nie powinien mieć Adamiakowi za złe niewielkiej obsuwy, ale dla niego samego punktualność była rzeczą kluczową. Jego ojciec zwykł mawiać, że życie jest zbyt krótkie, by marnować je na bezproduktywne czekanie. On też wziął sobie tę maksymę do serca. Hipokryzją byłoby wymaganie od innych punktualności bez przestrzegania jej samemu.