Boska proporcja - Piotr Borlik - ebook + audiobook + książka

Boska proporcja ebook i audiobook

Piotr Borlik

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Matka to skarb, a miejsce skarbu jest głęboko pod ziemią. W zamkniętej dla zwiedzających palmiarni parku Oliwskiego zostają znalezione zaaranżowane, w sposób równie makabryczny jak piękny, zwłoki dziewczyny. Człowiek odpowiedzialny za remont obiektu znika, a na miejscu zbrodni jako jeden z pierwszych pojawia się Robert Mazur – zabójca po wyroku będący pod stałą kontrolą terapeuty. Sprawę bada komisarz gdańskiej policji Agata Stec, której alkohol, kac i pobudka w obcym łóżku nie są obce. Żyje pracą, przeklina i całkiem nieźle radzi sobie w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, choć nieustannie, jako przełożona grupy śledczej, musi znosić seksistowskie przytyki. Agata nie przepada za pracą zespołową, a za jedynego przyjaciela uważa starszego brata – znanego psychologa Artura Kamińskiego, którego potajemnie wciąga w kulisy śledztwa, licząc na jego doświadczenie w pracy z psychopatycznymi jednostkami. Elegancki i powściągliwy, otaczający się pięknymi i drogimi przedmiotami, wyczulony na rytuały Kamiński to przeciwieństwo porywczej siostry. Ta sprawa stanowi autentyczne wyzwanie dla jego nieprzeciętnego intelektu. Napisany z brawurą i mistrzowską precyzją kryminał plastyczny jak serial i dynamiczny jak życie. „Boska proporcja” jest pierwszą częścią trylogii, której kolejne tomy to „Materiał ludzki” i „Białe kłamstwa”.

Piotr Borlik, rocznik 1986, inżynier, mistrz Holandii, a także laureat trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy dla osób zajmujących się twórczością artystyczną i upowszechnianiem kultury. Autor dziesięciu kryminałów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 57 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,1 (1171 ocen)
551
324
207
82
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lorelei_l

Z braku laku…

Zmęczyłam, ale tylko dzięki cudownemu głosowi pana Filipa. Postać Agaty mnie męczyła, wątek mordercy też przewidywalny, (spojlery) całe to tłumaczenie matematyczne miałam ochotę przewinąć, bo żywcem ściągnięte od Dana Browna. Po kolejne części nie sięgnę.
10
alekspaz38

Z braku laku…

typowy kryminał.. główna bohaterka to nadpobudliwa, ambitna policjantka, która nadużywa alkohol, jest agresywna i musi wyładowywać swoje frustracje na podwładnych. dodatkowo poznajemy jej brata- genialnego psychologa bardzo mocno zainspirowanego postacią Hannibala Lectera. książka sili się na oryginalność i wyjątkową inteligencję.
10
Olga604

Całkiem niezła

"Boska proporcja" Piotra Borlika to kryminalna powieść, której fabuła zaczyna się od znalezienia makabrycznie zaaranżowanych zwłok dziewczyny w zamkniętej palmiarni Parku Oliwskiego. Autor prowadzi czytelnika przez labirynt zdarzeń, gdzie głównym tropem jest śledztwo komisarza Agaty Stec i współpraca z jej bratem, psychologiem Arturem Kamińskim. Jednym z najmocniejszych punktów tej powieści jest niezwykle plastyczny język, który pozwala na wyobrażenie sobie każdego szczegółu zbrodni. Borlik umiejętnie łączy wątki makabryczności z estetyką, tworząc atmosferę, która przyciąga czytelnika od pierwszych stron. Jednakże, pomimo tego, "Boska proporcja" nie jest pozbawiona pewnych mankamentów. Narracja ukazuje Agatę Stec jako nietypową postać, walczącą z własnymi demonami i przekleństwami. Jej relacje z otoczeniem, szczególnie w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, dodają powieści nuty autentyzmu. Niestety, brakuje głębokiego rozwinięcia postaci, co sprawia, że czytelnikowi trudno się z n...
00
Adella60

Dobrze spędzony czas

Nic ciekawego nie wnoszaca pozycja. Postacie słabo zarysowane. Pisana na siłę
00
Chochlikowebooki

Nie oderwiesz się od lektury

Cóż to była za świetna książka, która otwiera trylogie. Jestem bardzo ciekawa kolejnych części.
00

Popularność




Copyright © Piotr Borlik, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© Adriana/Adobe Stock

© Wyxina Tresse/Pexels

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8352-571-6

Warszawa 2023

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla M.

Rozdział I

Matka to skarb, a miejsce skarbu jest głęboko pod ziemią.

Robert rozumiał to jak nikt inny. Na własnej skórze się przekonał, czym grozi pozostawienie mentalnej pępowiny, która z roku na rok coraz ciaśniej owija się wokół szyi i trzyma na uwięzi niczym smycz. Niematerialna, lecz tak mocna, że musiał ją odciąć jakże materialnym, twardym ostrzem. Wreszcie się uwolnił, ale to dopiero początek. Nowo odkrytej wiedzy nie zamierzał zachowywać tylko dla siebie. Na świecie roi się od pozbawionych skrupułów matek, które w imię źle pojętej miłości robią z dzieci pozbawione własnego zdania marionetki. Nie mógł na to pozwolić. Nie mógł bezczynnie patrzeć na ludzką krzywdę.

Lata obserwacji wyrobiły w nim zdolność szybkiego namierzania nadopiekuńczych mamusiek. Pierwszego wrześ­nia stadami wychodzą na ulice, by przypilnować pociech. Wyprasowana koszula, pachnący nowością tornister, nieobcierające stópek butki – wszystko dopięte na ostatni guzik. Rozumiał, że można tak traktować siedmiolatki, ale nie widział wytłumaczenia dla matek otaczających niewidzialną bańką starsze dzieci. Na jego oczach toksyczna miłość wysysała z nich całą energię. Nawet się nie obejrzą, a nie będą potrafiły radzić sobie w życiu bez podsuwanych pod nos obiadków, wyprasowanych skarpetek, opłaconych rachunków i wspólnych wieczorów z kochaną mamusią. Taką, jaką miał przed sobą.

Kobieta w szarym płaszczu w zasadzie nie wyróżniała się niczym szczególnym. Niewysoka, korpulentna, z włosami spiętymi gumką – dawno już przestała dbać o swój wygląd. Mazur zgadywał, że wolała kupić dziecku najlepsze buty do gry w piłkę, niż znaleźć nowszy model własnych znoszonych czółenek, pamiętających zapewne chrzest rozpuszczonego bachora. Wcale by go nie zdziwiło, gdyby pod płaszczem miała spraną, porozciąganą bluzkę, choć synalek biegał po boisku w stroju piłkarskim za kilkaset złotych. To jednak nie wygląd kobiety przykuwał uwagę, lecz jej zaangażowanie. Wzdrygała się podczas podbramkowych sytuacji, dodawała synowi otuchy po każdym niecelnym podaniu. Chłopak nie wykazywał się niczym szczególnym, ale to jej nie przeszkadzało, by głośno wyrażać zachwyt. Typowa cecha ślepej miłości, uznał. Widziała tylko sukcesy syna. To nic, że trzy razy z rzędu podał piłkę przeciwnikowi, a jego strzał minął bramkę o kilka metrów. Najważniejsze, że w decydującej chwili sfaulował rywala wychodzącego na czystą pozycję.

Mazur odpuściłby, gdyby chłopiec – na oko dwunastoletni – zrugał matkę za robienie mu wstydu przy kolegach albo przynajmniej się zaczerwienił, on jednak zdawał się potrzebować maminego dopingu. Ten wręcz dodawał mu skrzydeł.

Robert nie potrzebował innych powodów do działania.

***

Sąsiadująca z parkiem Oliwskim prywatna szkoła podstawowa dla chłopców była najlepszym miejscem do szukania przyszłych ofiar. Mazur od wielu miesięcy obserwował kilka kobiet odwożących dzieci na lekcje. Jeszcze przed zakończeniem poprzedniego roku szkolnego zamierzał przeciąć nożem kolejną pępowinę, ale szczęście mu nie dopisało i musiał obejść się smakiem.

Cieszyła go teraz perspektywa coraz krótszych dni. Wrześniowy chłód i wcześniejsze zachody słońca oznaczały mniejszą liczbę przechodniów, dzięki czemu łatwiej będzie podejść do nadopiekuńczej matki. Wydawać by się mogło, że najlepsze warunki do pracy będzie miał zimą, gdy zmrok nadchodzi najwcześniej, ale akurat wtedy władze miasta skutecznie utrudniają mu zadanie. Robert nie potrafił sobie wyobrazić głupszego pomysłu niż iluminacje świąteczne w parku Oliwskim. Nie dość, że niepotrzebnie trwoniono pieniądze podatników, to jeszcze wymarzone miejsce zbrodni co roku od listopada do końca stycznia zamieniano w centrum rodzinnej rozrywki, a on był zmuszony, by szukać ofiar w parku Reagana czy w innych pomniejszych skupiskach zieleni.

Teraz jednak mógł działać swobodnie. Dochodziła szesnasta, mecz powinien zakończyć się lada chwila. Do szkolnej szatni wpuszczano tylko uczniów, kobieta będzie musiała jakoś zagospodarować czas, zanim syn weźmie prysznic i przebierze się w przygotowane przez nią ubrania. Niezależnie od tego, czy pójdzie na spacer, czy poczeka pod szkołą, Mazur liczył na owocne zakończenie dnia.

Tak jak założył, wraz z końcowym gwizdkiem odprowadziła syna wzrokiem, a potem sama skierowała się w stronę parku. Odruchowo wymacał rękojeść noża w wewnętrznej kieszeni kurtki. Nic nadzwyczajnego. Ot, zwykłe ostrze, którym przed laty uwolnił się od niezdrowego układu z matką. Czasem go korciło, by sprawić sobie bardziej profesjonalną zabawkę, ale sentyment zawsze brał górę. Tu nie było miejsca na fajerwerki. Podczas podcinania gardła niewątpliwie odczuwał przyjemność, ale działał głównie z poczucia obowiązku.

Ciekawiło go, jaką trasę obierze nieznajoma. Pogrążona w myślach ani razu nie obejrzała się za siebie, nie musiał zatem trzymać dystansu. Na razie i tak nie mógł nic zdziałać. Wokół kręciło się zbyt wielu spacerowiczów.

– Nie stój jak cielę – syknął w jej kierunku, gdy zatrzymała się przy prostokątnym stawie.

Oddałby wszystko, żeby tylko weszła w sąsiednią alejkę, po obu stronach obsadzoną wysokim żywopłotem. Przy odrobinie szczęścia podbiegłby, szybko dokonał dzieła i zniknął niezauważony, ale niestety, mamuśka ruszyła wzdłuż brzegu. Po drugiej stronie wody siedziała na ławce starsza para i dokarmiała kaczki. Ubrani w ciepłe kurtki i czapki, okutani szalikami, wyglądali, jakby chcieli tam przezimować. Kilka metrów dalej dwie dziewczyny spacerowały z wózkami i najwyraźniej zmierzały w tę samą stronę, co jego cel.

Korciło go, by mimo wszystko doskoczyć do kobiety i nic sobie nie robiąc z obecności świadków, poderżnąć jej gardło. I tak nikt nie zobaczy jego twarzy. Staruszkowie mogli w ogóle nie zwrócić na niego uwagi, a młode matki co najwyżej zaczną histerycznie krzyczeć i wzywać policję. Zanim na miejscu zjawi się patrol, on już dawno wróci do domu i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku otworzy butelkę wybornego wina.

– Żadnych głupich akcji – skarcił się pod nosem. – Zero ryzyka. Pełen profesjonalizm.

Najwyżej pójdzie za kobietą do samochodu i zanotuje numery rejestracyjne. Tyle wystarczyło, by namierzyć miejsce zamieszkania. Dotąd nie odwiedzał ofiar w domach, ale tak dawno nie przecinał pępowiny, że czekanie na kolejną akcję było męką. Ręce drżały mu z podniecenia – zupełnie jak wtedy, gdy zabił pierwszy raz. Krótka abstynencja ma swoje dobre strony, uznał, oblizując wargi.

Jak na złość, nieznajoma poszła w stronę drugiego wyjścia. Jeśli skręci w Rybińskiego, to koniec. Mazur nawet w nocy nie zdecydowałby się na atak w tak ruchliwym miejscu. Mniej ryzykowałby na rzadziej uczęszczanej ulicy Kanapariusza, ale godzina była jeszcze zbyt wczesna, żeby myśleć o czymś takim.

Poczuł nagłą potrzebę działania.

– Halo! – krzyknął, momentalnie żałując podjętej decyzji. – Proszę pani! Proszę na mnie poczekać!

To był błąd. Robert zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo to z uśmiechem skinął głową. Jeśli kobieta dostrzeg­ła go wcześniej, kiedy gapił się na nią podczas meczu, całą akcję szlag trafi. Nie po to miesiącami pracował z psychologiem, żeby teraz działać impulsywnie. Czasem trzeba odpuścić – Artur powtarzał mu to jak mantrę w czasie cotygodniowych sesji. Zagryźć zęby i poczekać na dogodniejszą okazję.

Trzeba przyznać, że trafił mu się terapeuta z powołania. Zamiast wygłaszać psychologiczne bzdury albo od razu wysłać go do czubków, spojrzał na problem w życiowy sposób. Nie potępiał Roberta. Nie nazywał go mordercą ani psychopatą. Poprzednim łapiduchom Mazur nie był w stanie wyznać prawdy. O tym, co robił, opowiadał jak o nocnych majakach, co i tak brzydziło pożal się Boże specjalistów. Ale nie Artura. On był inny. W tych swoich eleganckich garniturach wyglądał co najmniej jak dyrektor banku. Już sam fakt, że przyjmował tylko wybranych pacjentów, świadczył o jego renomie i nietypowym podejściu. Mazur wiedział, że powinien przystopować, ale czekał już tak długo…

– Dzień dobry – zawołał ponownie, podchodząc bliżej. – Przepraszam, że niepokoję, ale wydaje mi się, że nasze dzieci chodzą do tej samej klasy.

– Doprawdy?

Patrzyła na niego nieufnie, odruchowo przyciskając torebkę do tułowia. Rozejrzała się nerwowo, szukając wzrokiem innych spacerowiczów, ale po chwili nieco poluzowała uścisk – najwyraźniej zdał pierwszy test. Nie wyglądał na złodzieja ani zboczeńca, a obecność starszej pary i spacerujących nieopodal kobiet dodała jej odwagi.

– Chyba nigdy nie mieliśmy przyjemności się poznać – dodała, wciąż z lekką niepewnością.

– Zwykle to żona przywozi i odbiera naszego urwisa, ale dziś padło na mnie. Przepraszam, że niepokoję, ale skojarzyłem panią z zebrania rodziców, dlatego pozwoliłem sobie zawołać. Spóźniłem się na mecz, a obiecałem, że będę kibicował. Może mi pani pokrótce streścić przebieg? Pani Krystian coś strzelił?

Wystarczyło, by wspomniał o chłopcu – jego imię wykrzyczała tyle razy, że nie sposób było go nie zapamiętać – a twarz kobiety się rozpromieniła. Nieufność znikła w jednej chwili. Długie lata, które przepracował jako doradca klienta, i terapia nauczyły go, jak przekonywać do siebie nieznajomych. Często wystarczył uśmiech, by przełamać pierwsze lody. W tym wypadku sprawę ułatwiała toksyczna miłość matki do syna.

– Raz był bliski, ale spudłował – odpowiedziała z entuzjazmem. – On zresztą lepiej czuje się na obronie. Jest wyższy i silniejszy od kolegów, więc biega trochę wolniej, ale za to dobrze mu idzie w polu karnym.

– Rzeczywiście, chłop jak dąb. A ktoś strzelił bramkę czy znowu było na zero? Czasem żałuję, że mój chłopak nie wybrał koszykówki. Tam przynajmniej więcej by się działo.

Czuł na sobie jej spojrzenie. Był już tak blisko. Nie mógł teraz nawalić. Z trudem odwracał wzrok od szyi wołającej o ostrze. Oczyma wyobraźni widział, jak zalewa ją krew, jak zdziwione spojrzenie kobiety zachodzi mgłą, jak przecięta pępowina uwalnia nastolatka z toksycznej uwięzi.

Zrobił kilka kroków w bok, byle tylko oddalić się od ruchliwej ulicy.

– Ale co ja tam wiem o sporcie. – Machnął ręką. – Sam zawsze stawałem na bramce, bo marny był ze mnie zawodnik. Żona to się śmieje, że ogląda więcej meczów w telewizji niż ja. Nie wiem, jakoś nie potrafię znaleźć przyjemności w dopingowaniu zgrai facetów ganiających za dmuchaną piłką.

– Trochę pana rozumiem. Jeszcze dwa lata temu nie wiedziałam, co to spalony. Ale Krystek mnie podszkolił i mogę teraz przeżywać emocje razem z nim. To dla niego ważne.

Robert nie wątpił w szczerość jej słów. Świadomie czy nie, swoim zachowaniem kastrowała syna i uzależniała go od siebie. Z jego matką było podobnie. Najpierw wspólne zabawy, spacery i odprowadzanie do szkoły, potem pomaganie w lekcjach, pytania o nowe znajomości i plany na wakacje. Nawet studia mu wybrała, a większość pracy magisterskiej wyszła spod jej ręki. Gdyby nie zareagował w porę, zapewne znalazłaby mu żonę i pomogła spłodzić syna.

– Nie będę dłużej pani niepokoił. – Uśmiechnął się ciepło, po czym ruszył w stronę obsadzonej wysokim żywopłotem alejki. Zrobiwszy parę kroków, odwrócił się w kierunku kobiety. – Chyba że pani też już wraca, to możemy przejść się razem.

Przez chwilę rozważała propozycję. Biła się z myślami: rozsądniej byłoby wyjść na ulicę i okrążyć park, ale wtedy nie mogłaby rozmawiać na swój ulubiony temat. Zapewne uwielbiała opowiadać o Krystianie i jego wybitnych umiejętnościach. Co z tego, że codziennie pomagała mu w lekcjach, a on, zamiast pisać wypracowania, wolał grać na komputerze, dla niej i tak był nieskazitelnym diamentem.

Wciąż się wahała. Musiał ją dodatkowo zachęcić.

– Ciekaw jestem nowego planu lekcji – dodał. – Osobiście uważam, że dzieci powinny mieć więcej zajęć z matematyki. Najwięcej pracy jest dla inżynierów i informatyków, trzeba w chłopakach wyrobić zainteresowanie w tym kierunku, a nie męczyć lekturami czy budową wewnętrzną pantofelka.

Z trudem powstrzymał triumfalny uśmiech, gdy kobieta ruszyła w jego stronę. Najwidoczniej trafił w czuły punkt.

– Jestem tego samego zdania – oświadczyła. – Krystek ma smykałkę do komputerów, ale w dzisiejszych czasach to za mało. Nie zostanie przecież serwisantem sprzętu. Tak lubi gry, że pewnie niedługo sam będzie pisał nowe.

– No tak, a bez matematyki ani rusz.

Szli wolnym krokiem w stronę stawu. W odpowiednim momencie celowo lekko skręcił, by zamiast ścieżką prowadzącą wzdłuż wody przeszli kilkanaście kroków dalej, do równoległej alejki. Pulsująca w żyłach adrenalina zagłuszała słowa mamuśki, która zapewne bełkotała coś o przestarzałym systemie edukacji czy zbyt dużej ilości materiału do przyswojenia. Dla Roberta nie miało to najmniejszego znaczenia. Liczyła się tylko pępowina i…

Rozległ się głośny krzyk. Po chwili dołączył do niego kolejny, wyraźniejszy, który przerodził się w wołanie o pomoc.

– Co, u licha? – spytała kobieta, spoglądając na Roberta.

Mazur z trudem powstrzymał cisnące się na usta przekleństwa. Był już tak blisko. Wystarczyło kilka kroków, by dotarli w ustronne miejsce, a tu ktoś postanowił popsuć mu zabawę.

– Może zadzwonić po policję? – dodała.

Od strony palmiarni biegły dwie dziewczyny, od stóp do głów ubrane na czarno. Wyglądały, jakby zamiast świętować uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, wybrały imprezę z tanim winem i gitarą akustyczną. Im akurat przydaliby się nad­opiekuńczy rodzice, stwierdził w myślach Robert. Widok panien w podartych spodniach i z przekłutymi uszami utwierdził go w przekonaniu, że zniesienie mundurków było chybionym pomysłem. Kto to słyszał, żeby nastolatka chodziła po ulicy w koszulce z pentagramem i wizerunkiem nagiej kobiety w środku. Do tego ta dołująca czerń. Dziewczyny powinny ubierać się w jaśniejsze, przyjemniejsze dla oka kolory.

– Ona nie żyje! – wrzeszczała niższa z nastolatek.

Druga chciała coś dodać, ale tylko się zatoczyła, zasłaniając usta dłonią.

– Ludzie, zróbcie coś! – Trzeźwiejsza z dziewczyn błagalnie spojrzała na Roberta. – Tam jest trup!

Ktoś mnie ubiegł, pomyślał. Spojrzał na stojącą obok kobietę, zastanawiając się, czy ma jeszcze choć cień szansy na poderżnięcie jej gardła. Była roztrzęsiona, mógłby więc zaoferować jej pomocne ramię i odprowadzić ją do samochodu, tyle że głupie smarkule oczekiwały od niego reakcji. Gotowe jeszcze pójść za nim i skomleć o pomoc.

– Sprawdzę, co się stało – rzucił niechętnie. – Niech pani wezwie policję i popilnuje tych małolat. Mam nadzieję, że to tylko głupi żart.

– A czy to bezpieczne?

Wzruszył ramionami. Tak naprawdę chciał jak najszybciej się od nich oddalić. Ręce wciąż drżały mu z podniecenia, a brak możliwości zaspokojenia żądzy doprowadzał go do wściekłości. Najchętniej wyjąłby nóż i pochlastał durne dziewuchy, przez nie musiał obejść się smakiem. Czekał go trudny wieczór i jeszcze gorsza noc. Być może nie wytrzyma bez niezapowiedzianej wizyty u Artura. Tylko co mu powie? Przecież się nie przyzna, że wdał się w rozmowę z potencjalną ofiarą. Kamiński wiele razy mu tłumaczył, jak powinien podchodzić do kobiet. Dziesiątki godzin pracowali nad tłumieniem emocji i planowaniem każdego kroku na chłodno. Jeśli psycholog się dowie, co zrobił, gotów wyrzucić go z terapii!

Nie, o niczym mu nie powie. W ogóle się z nim nie skontaktuje. Jakoś sobie poradzi. W ostateczności pójdzie do burdelu i za dodatkową opłatą obije twarz jakiejś Ukraince. To powinno go uspokoić, przynajmniej na chwilę. Przetrwa noc, a z samego rana wróci w okolice parku i dorwie jakąś toksyczną matkę. Nieważne już którą. Wszystkie są takie same.

Nagle coś zrozumiał.

– Nie, kurwa! – krzyknął, mijając rozhisteryzowane nastolatki.

Spojrzały na niego dziwnie, ale szedł dalej. Dopiero teraz do niego dotarło, że trup w parku oznaczał wzmożone patrole policji przez kilka najbliższych tygodni, co uniemożliwi mu działanie. Przecież czekał na to całe wakacje! Nie mogli mu tego zrobić. Nie po tylu miesiącach posuchy. Nie, kurwa, tak się po prostu nie robi!

Dysząc z wściekłości, dotarł do palmiarni. Drzwi do oszklonego budynku były otwarte, ale żeby się do nich dostać, musiał przejść pod rusztowaniem. Na tablicy informacyjnej przeczytał wzmiankę o pracach renowacyjnych i zamknięciu obiektu dla zwiedzających. W środku nikogo nie było. O remoncie świadczyły tylko chaotycznie porozrzucane materiały i kolejne rusztowania. Od progu buchnęło wilgotne, ciepłe powietrze.

Rozejrzał się wokół. Prócz wysokich palm i innych tropikalnych roślin, których nazw nie znał, nie dostrzegł nic interesującego. Żadnych zwłok, na wyłożonej kostką podłodze nie było nawet kropli krwi. W środku panował półmrok. Wszedł dalej. Budynek był wysoki, ale zajmował zaledwie kilkadziesiąt metrów kwadratowych, obejście wszystkiego nie powinno zająć dużo czasu. Skoro już stracił szansę na skorzystanie z noża, to przynajmniej popatrzy sobie na świeże zwłoki, pocieszał się Mazur. Tych jednak nigdzie nie dostrzegł.

Doszedł do centralnego punktu pomieszczenia, gdzie ros­ła ogromna palma. Wokół stały rusztowania, a dach przesłonięto pilśniowymi płytami. Daktylowiec wyglądał imponująco, Robert nie przyszedł tu jednak, by podziwiać rośliny. Poza tym nie odpowiadały mu wysoka temperatura ani wilgoć panujące w pomieszczeniu. Jak najszybciej chciał stamtąd wyjść.

– Gdzie byś pił na miejscu dzieciarni? – spytał na głos. – Raczej nie pod wielką palmą, tylko gdzieś z boku, żeby robotnicy nie widzieli. Chyba że młodzi nie mają teraz za grosz przyzwoitości i chlają, gdzie popadnie.

– Halo?! – W odpowiedzi usłyszał głos kobiety w szarym płaszczu. – Jest pan tam?

– Jestem, jestem! – krzyknął przez ramię. – Dziewczyny chyba z nas zażartowały. Może ich koleżanka wypiła za dużo i ucięła sobie drzemkę. Smarkule wybiegły i zaczęły krzyczeć, to się ocknęła.

– Zadzwoniłam po policję. Ktoś powinien tu przyjechać w ciągu kilku minut. – Kobieta zbliżała się do niego. – Pomyślałam, że wrócę do szkoły, bo chłopcy już pewnie skończyli się przebierać. Mogę poczekać tam z Krystianem i pańskim synem, tylko… – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. – Przez to wszystko nie zdążyliśmy się sobie przedstawić.

Spojrzał na nią, przygryzając wargę. Była tak blisko. Wystarczyło podejść, wyciągnąć nóż i rozkoszować się zaskoczeniem na jej twarzy. Robert jednak nie był pewien, czy w budynku nie zainstalowano monitoringu. Poza tym głupie smarkule mogły zapamiętać jego twarz. Nie dość, że doniosłyby policji, to od razu przypisano by mu jeszcze jedną zbrodnię – jeśli w ogóle do niej doszło.

– Dość już narozrabiałeś. – Usłyszał w głowie głos psychologa. – Czy ty w ogóle nie masz wyobraźni? Wracaj do domu i odczekaj kilka dni!

– Proszę się tak do niego nie zwracać – odpowiedział mu głos matki Mazura. – Robuś jest bystrym chłopcem i sam wie, co dla niego dobre.

Mężczyzna zatkał dłońmi uszy i zacisnął powieki.

– Nie teraz – jęknął. – Błagam, zostawcie mnie w spokoju.

O dziwo, poskutkowało. Zwykle tego typu dialogi trwały w nieskończoność, głównie przez matkę, która potrafiła godzinami bronić go przed atakami Kamińskiego. Najgorzej było, kiedy do dyskusji włączały się wcześniejsze ofiary Roberta. Wtedy wszyscy podnosili głos i wyzywali się od najgorszych, a do ich opanowania mężczyzna potrzebował co najmniej dwóch butelek wina.

Otwierając oczy, przypomniał sobie o obecności kobiety w szarym płaszczu. Po spektaklu, który przed chwilą odegrał, zapewne będzie się trzymać od niego z daleka.

Tak jak przypuszczał, niedoszła ofiara stała jak wryta z wystraszoną miną. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał złudzeń – uznała go za wariata. Aż dziwne, że od razu nie pobiegła do wyjścia. Może sparaliżował ją strach? Robert uśmiechnął się do własnych myśli. Takiej przychylności losu się nie spodziewał. Nawet wilgoć i wysoka temperatura przestały mu przeszkadzać.

Włożył dłoń do wewnętrznej kieszeni kurtki i dotknął ostrza. Kobieta wciąż stała jak słup. Nie patrzyła jednak na niego. Głowę miała zadartą do góry, jakby wypatrywała już spotkania ze Świętym Piotrem.

– Matko Boska… – szepnęła.

Wreszcie normalna reakcja, stwierdził z satysfakcją. Odcinanie pępowiny otumanionej ofierze odzierało dzieło z dramatyzmu. Samo uwolnienie nastolatka traktował jako misję, ale cała otoczka stanowiła swego rodzaju zapłatę za jego poświęcenie. Nie po to narażał się dla chłopaka, żeby nie czerpać z tego choćby odrobiny przyjemności.

Zrobił krok do przodu. Żywił cichą nadzieję, że to otrzeźwi kobietę i rzuci się ona do rozpaczliwej ucieczki. Byłoby miło przewrócić ją w tropikalne rośliny i tam dokończyć dzieła. Ale nie, głupia bladź nawet nie drgnęła.

– Co to? – jęknęła tylko, gdy stanął obok niej. Wciąż gapiła się w ten sam punkt. – To nie może być człowiek.

Robert niechętnie zadarł głowę do góry. Nie wiedział, co mogło tak przykuć uwagę nieznajomej, że nawet nie spojrzała na oprawcę.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie.

Stał z dłonią zaciśniętą na rękojeści noża, nie mogąc oderwać wzroku od zawieszonego kilka metrów wyżej ciała. Szukał zwłok na ziemi, podczas gdy nad sobą miał prawdziwe dzieło sztuki. Inaczej nie mógł tego nazwać. Ciało przytwierdzone do pnia wyglądało, jakby wyrastało prosto z niego. Wrażenie potęgował fakt, że w całości było pokryte zielonymi roślinami. Dopiero po dłuższej chwili Mazur rozpoznał koniczynę. Z dołu wydawało się, że listki wyrastają ze skóry nieboszczyka, jeden przy drugim. Pokrywały też liny, którymi ofiarę przywiązano do drzewa. Robert nie rozumiał przesłania, ale nie przeszkadzało mu to w podziwianiu artyzmu.

– To jest… piękne – jęknął podekscytowany.

Stojąca obok kobieta spojrzała na niego przerażona. Sądziła, że spotkało ją coś strasznego, i nawet do głowy jej nie przyszło, że cudem uszła z życiem.

Rozdział II

Komisarz Agata Stec od pięciu minut szukała miejsca parkingowego. Ulice Rybińskiego, Kanapariusza, Polanki, a nawet Schopenhauera, były w całości pozastawiane, co doprowadziło ją do wściekłości. W takich chwilach żałowała, że zrezygnowała ze swojego fiata 500 i dała się namówić na blisko dwukrotnie większego forda. Co jej do łba strzeliło, żeby posłuchać kolegów z pracy? Po co bezdzietnej rozwódce większy bagażnik? Po co dwulitrowy silnik? W dupie miała liczbę koni mechanicznych, a reszta parametrów brzmiała niczym czarna magia. I tak jeździła autem wyłącznie po mieście, a zakupy najczęściej zamawiała z dostawą do domu.

– Pies to jebał – warknęła, wjeżdżając na chodnik. I tak już była spóźniona. Niech no tylko któryś z krawężników wystawi jej mandat lub założy blokadę. Od razu go dorwie i jasno mu wytłumaczy, jak wielki popełnił błąd. Kto to w ogóle słyszał, żeby przy parku Oliwskim nie było dużego, bezpłatnego parkingu?

Kłopoty ze znalezieniem miejsca tylko dolały oliwy do ognia. Od rana jej dzień przypominał jedno wielkie nie­porozumienie. Nienawidziła budzić się w obcym łóżku z obcym facetem. Sytuacji nie poprawiła jego dziesięcioletnia córka, która radośnie wparowała do sypialni, bo ojciec obiecał jej podwózkę do szkoły. Agata dawno już tak się nie wstydziła. Bez słowa się ubrała i wróciła do domu taksówką, co wcale nie oznaczało końca komplikacji.

Zimny prysznic i równie zimna kawa przypomniały jej o samochodzie pozostawionym poprzedniego wieczoru gdzieś w centrum. Tylko gdzie? Na szczęście jej lista ulubionych nocnych klubów liczyła tylko cztery pozycje, po godzinie odetchnęła więc z ulgą. No, może nie do końca, bo wciśnięty za wycieraczkę mandat za nieopłacone parkowanie ponownie podniósł jej ciśnienie. Gdyby nie wezwanie na miejsce zbrodni, dorwałaby krążącego po okolicy służbistę i wepchnęła mu świstek w gardło.

Minęła piąta, a przez to całe zamieszanie nie zdążyła nawet zjeść śniadania. Głowa pękała jej z powodu kaca i niewyspania. We krwi zapewne wciąż krążył alkohol. Nic, tylko zamknąć się w domu, strzelić klina i zapomnieć o całym świecie. Na to się jednak nie zapowiadało.

Po wejściu do parku od razu ruszyła w kierunku palmiarni. Na co dzień unikała tego typu miejsc. Nie lubiła patrzeć na spacerujące rodziny, matki z dziećmi ani starsze pary uroczo trzymające się za ręce. Przypominało jej to o własnej porażce, przez którą do dziś budziła się z obcymi facetami w łóżku.

Teraz jednak z powodu morderstwa park zamknięto dla spacerowiczów. Wokół palmiarni roiło się za to od dziennikarzy, którzy zza policyjnej taśmy wykrzykiwali pytania, jakby oczekiwali ekskluzywnego wywiadu z denatem. Stec na widok reporterów dostawała białej gorączki. Zmęczona ciężką nocą i porankiem, minęła tłumek, czekając tylko, aż ktoś zapyta ją o szczegóły sprawy. Trudno o dogodniejszą okazję, by rozładować negatywne emocje. Jak na złość, nikt jej nie zaczepił. Policjant pilnujący porządku podniósł taśmę, by mogła swobodnie przejść. Kojarzyła jego twarz. Sądząc po głupawym uśmieszku, on też ją kojarzył. W duchu dziękowała, że do niej nie zagadał. Dość już miała kłopotów z kolegami.

W palmiarni było nieprzyjemnie ciepło. Tuż za progiem poczuła zawroty głowy; gdyby nie pusty żołądek, na bank skończyłoby się to zwróceniem śniadania. Przystanęła i przytrzymała się metalowego słupka.

– Dasz radę – mruknęła pod nosem. – Rusz dupę i miej to za sobą.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wilgoć i duchota w pomieszczeniu obnażyły jej niedyspozycję. Najchętniej nakazałaby podwładnym, by wynieśli ciało na zewnątrz, gdzie przynajmniej było czym oddychać.

– Agata, do chuja pana! – Usłyszała znajomy głos. – Ruszże się, bo gorąco tu jak w piekle.

Podniosła wzrok. Podkomisarz Karol Olkowski stał kilka metrów przed nią. Niski i niezdrowo chudy, wyglądał, jakby zakończył proces dojrzewania pod koniec podstawówki. Agata często podśmiewała się, że powinien nosić ubrania dla dzieci, bo nawet najmniejsze dla dorosłych wisiały na nim jak na wieszaku. Tak też było i tym razem, choć wilgotny materiał miejscami przylegał do jego ciała.

– Idę przecież – odburknęła. – Mów lepiej, co tu mamy.

Mężczyzna otarł pot z czoła. Jego zmęczona twarz dodała Agacie otuchy. Najwyraźniej nie tylko ona czuła się tu nie najlepiej.

– Sama musisz to zobaczyć. Technicy już zabezpieczyli ślady.

– Świadkowie?

– Ciało znalazły dwie wstawione małolaty. Urządziły sobie wagary w niewłaściwym miejscu. Jak wytrzeźwieją, to spiszemy ich zeznania. Przepytaliśmy też kobietę, która wezwała policję i…

Spojrzała na Olkowskiego wyczekująco, ale nie kontynuował. Nie miała ochoty na zabawę w zgadywanki.

– No? – spytała. – Mam cię prosić czy co?

– Coś ty taka drażliwa? Nie dość, że wyglądasz jak zombi, to jeszcze cuchniesz jak… jak jebane zombi.

– Bóg ci nie dał wyglądu, to przynajmniej mógł sypnąć trochę intelektu. Powiesz, o co chodzi, czy mam się bawić w quizy?

Dotarli do wysokiej palmy. Wokół stało kilkoro policjantów, którzy tylko zabierali tlen.

– Spisaliśmy też jednego typka – odparł w końcu podkomisarz. – Dziwny gość. Przyjechał odebrać dzieciaka ze szkoły, tak przynajmniej twierdziła ta babka. Spacerowali razem po parku, kiedy dziewczyny zaczęły wzywać pomocy. Facet nie jest zbyt rozmowny. Już mieliśmy go puścić, kiedy zaczął wypytywać o zwłoki, jakby go to rajcowało. Jest w nim coś niepokojącego. Trzeba będzie go prześwietlić. Może psychol nie wytrzymał i zbyt szybko wrócił na miejsce zbrodni?

Komisarz klepnęła mężczyznę w ramię. Pod palcami poczuła przepocony materiał.

– A gdzie trup? – Rozejrzała się wokół.

Olkowski pokazał głową w kierunku palmy. Już miała zrugać go za kolejną zagadkę, gdy dostrzegła przytwierdzone do pnia ciało. Dwóch techników stojących na umocowanym obok rusztowaniu próbowało odwiązać zwłoki i spuścić je na ziemię.

– Ja pierdolę – powiedziała z zaskoczeniem.

Podkomisarz pokiwał głową. Najwidoczniej nie tylko ona zareagowała w taki sposób.

Zmrużyła oczy i ponownie spojrzała w górę. Ciało powieszono wysoko, jakieś trzy metry nad ziemią. W całości pokryte roślinnością, wyglądało prawie jak rzeźba wycięta z żywopłotu. Płeć ofiary sugerowały tylko długie rozpuszczone włosy. Nieboszczka unosiła głowę ku górze. Warstwa zieleni uniemożliwiała rozpoznanie rysów twarzy, wyróżniał się tylko zionący otwór szeroko otwartych ust.

Policjantka próbowała się domyślić, w jaki sposób morderca umieścił zwłoki tak wysoko. Ciasno przylegały plecami do palmy, splecione z tyłu ręce obejmowały pień. Oplatał je ciemny sznur, przypominający…

– Owinął ją wnętrznościami, pieprzony świr – zaklęła.

Z niedowierzaniem spojrzała na Olkowskiego. Mężczyzna przypatrywał jej się z krzywym uśmieszkiem.

– Popatrz na to – powiedział, wskazując coś butem.

Schyliła się i podniosła leżącą na ziemi koniczynę.

– Czterolistna. Może wreszcie szczęście zacznie mi dopisywać, bo na razie zaliczam wpadkę za wpadką.

– Słabe to szczęście – mruknął.

– Nie mów, że… – Urwała nagle.

Technikom udało się ściągnąć ciało na rusztowanie. Rozsypało się przy tym mnóstwo zielonych, delikatnych listków; opadały na podłogę niczym płatki śniegu. Mimo ponurych okoliczności Agata stwierdziła, że dawno nie widziała czegoś tak pięknego. Najwyraźniej nie była w tym odosobniona, bo dwóch stojących obok policjantów wyjęło telefony i zaczęło filmować miejsce zbrodni.

– Pojebało? – Naskoczyła na jednego z nich. – Może jeszcze chcesz to wrzucić na YouTube?

– Ja tylko…

– Tylko co?

– Już, już, kasuję. Wyluzuj.

Technicy zaczęli opuszczać ciało. Kilka kolejnych listków opadło jej na twarz i mundur. Z ramienia zdjęła kolejną czterolistną koniczynę. Dopiero teraz spostrzegła, że roślina była nienaturalnie sztywna, jakby zasuszona, choć zdrowy zielony kolor zdawał się temu przeczyć.

– Niech technicy dokładnie zbadają te koniczyny – rzuciła do Olkowskiego. – Na moje oko czymś je zaimpregnowano. Sprawdźcie też, po ile mają listków. Jeśli wszystkie są czterolistne, to trafiliśmy na wyjątkowo wytrwałego psychola, który w ten sposób być może usiłuje nam coś zakomunikować. Skonsultuj się z botanikiem, biologiem czy kimkolwiek, kto powie nam coś więcej o koniczynie i możliwości wyhodowania jej na ludzkiej skórze.

– Ten zjeb je poprzyszywał! – krzyknął jeden z techników. – W życiu nie widziałem czegoś podobnego.

Agata spojrzała w górę. Zdążyła już przywyknąć do nieprzyjemnej duchoty panującej w palmiarni, ale i tak wolałaby odetchnąć świeżym powietrzem.

– Może to jakiś wyjątkowo przesądny Irlandczyk? – zażartował Olkowski.

– Znamy tożsamość ofiary? – spytała, ignorując komentarz.

– Nie znaleźliśmy żadnych dokumentów. Smarkule też twierdzą, że nie przyszła tutaj z nimi. Jak ogarnę temat, to przedzwonię do Kaśki, żeby przeszukała bazę zaginionych. Pewnie ktoś już jej szuka.

– No dobra, to dopilnuj, żeby ciało zabezpieczono, i zleć wszystkie badania. Ja pogadam z zarządcą parku, dawno już powinni go tu ściągnąć. Trzeba też wypytać ekipę remontową. Nie rozumiem, jakim cudem nikt tej dziewczyny wcześniej nie znalazł.

Zawodowa ciekawość dodała jej energii. Wreszcie trafiła na coś interesującego, a nie na kolejny gwałt czy zbrodnię w afekcie. Dla takich spraw zatrudniła się w policji. Nie pozwoli, by kac i zmęczenie obniżyły jej wydajność.

***

Stec nie lubiła rozmawiać z pracownikami budżetówki. Słabo już sobie radziła z szeregowymi urzędnikami, którzy, jak uważała, zawsze mieli na wszystko za dużo czasu, ale prawdziwy koszmar zaczynał się dopiero w kontakcie ze zwierzchnikami. Dawno już dostrzegła zależność – im dłuższy staż, tym większa skostniałość i brak chęci do współpracy. Wolała już drobnych cwaniaczków i wyjadaczy z korporacji, którzy przynajmniej mieli mózgi na właściwym miejscu i konkretnie odpowiadali na pytania, zamiast przerzucać odpowiedzialność na inne wydziały.

Rozczarowała ją informacja, że park Oliwski nie ma kompetentnego menedżera, tylko podlega Gdańskiemu Zarządowi Dróg i Zieleni, a ściślej – kierownikowi działu utrzymania zieleni. Dość powiedzieć, że zjawił się na miejscu dopiero godzinę po wezwaniu i zachowywał się, jakby robił policji łaskę. Biedaczysko nie przywykło do pracy po godzinach.

Stała kilka metrów dalej, ale słyszała, jak Olgierd Bogdanowicz przedstawia się policjantowi pilnującemu porządku w obrębie terenu odgrodzonego taśmą. Westchnęła na widok starszawego jegomościa w brunatnym płaszczu i filcowym kapeluszu. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby ktoś jej powiedział, że dziad od trzech dekad piastuje to samo stanowisko. Doskonale znała ten typ ludzi. Stała pensyjka, ciasne mieszkanie, ten sam samochód od dziesięciu lat i przekonanie, że życie jest niesprawiedliwe. Zamiast wziąć się do roboty, woleli okopać się na bezpiecznej pozycji i torpedować wszelkie zmiany, a potem mieli pretensje do całego świata, że znajomi z młodości jeżdżą luksusowymi samochodami i mają po kilka kochanek, podczas gdy oni z trudem odkładają pieniądze na cotygodniową wizytę w burdelu.

– Przepuść go! – krzyknęła do funkcjonariusza stojącego przy taśmie. Wciąż nie mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię.

Mężczyzna w brunatnym płaszczu od razu ruszył w kierunku palmiarni, zupełnie ignorując policjantkę.

– Moment! – zawołała. – Komisarz Agata Stec, to ze mną będzie pan rozmawiał. Do środka pana nie wpuszczę, technicy jeszcze kończą pracę.

Zatrzymał się i spojrzał na nią krzywo.

– Myślałem, że sprawę prowadzi mężczyzna.

Najwyraźniej do cech kierownika działu utrzymania zieleni mogła dopisać seksizm. W jego łysej łepetynie nie mieściło się, że kobiety mogą piastować wysokie stanowiska. Najlepiej, gdyby siedziały w domach i wychowywały dzieci, a jeśli już muszą pracować, to niech zatrudniają się jako sekretarki albo hostessy. Nie przeszkadzało to, oczywiście, starym dziadom załatwiać intratnych posadek swoim córeczkom. Banda hipokrytów.

– No to spotkało pana rozczarowanie – odparła spokojnie Agata. – Kolejnym będzie konieczność zamknięcia palmiarni i okolicznych terenów na kilka najbliższych dni.

– I to pani o tym decyduje? Palmiarnia i tak jest zamknięta z powodu remontu.

Nie miała czasu ani ochoty na słowne przepychanki. Kiedyś wyjaśniłaby mu w kilku ostrych słowach, jak należy okazywać szacunek wobec munduru, ale dawno już wyrosła z potrzeby udowadniania własnej wartości.

– Jak pan już zapewne wie, w okolicach godziny szesnastej w mieszczącej się za naszymi plecami palmiarni znaleziono zwłoki kobiety. Prowadzę tę sprawę i w związku z tym mam do pana kilka pytań. Rozumiem, że dostęp do środka powinna mieć tylko ekipa remontowa?

– Tak. Prace zaczęły się w zeszłym miesiącu, ale co to ma do rzeczy?

Sprawiał wrażenie urażonego, jakby uwłaczało mu składanie wyjaśnień przed kobietą. Co rusz zerkał w kierunku wejścia do palmiarni, unikając wzroku policjantki.

– Pan osobiście nadzorował prace? Dlaczego o godzinie szesnastej nikogo nie było na miejscu, a drzwi były otwarte?

– Co też pani opowiada? – Wyprostował się nagle jak struna. – Prace trwają od godziny szóstej rano do osiemnastej. Zresztą nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Muszę wejść do środka i dopilnować, żeby nikt nie uszkodził daktylowca.

Ruszył do przodu, ale Agata błyskawicznie zastąpiła mu drogę. Zdziwiona mina Bogdanowicza nawet ją rozbawiła.

– Będziemy rozmawiać tutaj – oznajmiła spokojnie. – Potrzebuję namiarów do wszystkich członków ekipy remontowej. Nazwiska, adresy, numery telefonów. Chcę wiedzieć, dlaczego zakończyli pracę co najmniej dwie godziny przed czasem. Poza tym wątpię, by przegapili mordercę wspinającego się na palmę i przywiązującego do niej ciało.

– Powiedziała pani, do palmy? – Obrzucił ją oburzonym wzrokiem. Najwyraźniej bardziej interesowała go roś­lina niż życie jakiejś tam kobiety.

– Tak powiedziałam. Rozumiem, że to najcenniejszy okaz w całej palmiarni.

Mężczyzna się żachnął.

– Cóż za ignorancja. To jest, droga pani, ponadstuosiemdziesięcioletnia roślina. Serce parku. To właśnie z jej powodu cały ten ambaras z przebudową i podniesieniem dachu. Rada miasta wydzieliła na ten cel blisko osiem milionów złotych. Muszę tam wejść, i to natychmiast!

Czekało go kolejne rozczarowanie. Krzyk nigdy nie działał na Agatę, choć sama wielokrotnie podnosiła głos, by załatwić sprawę. Notując bez pośpiechu zeznania Bogdanowicza, zastanawiała się, co morderca chciał osiągnąć. Wątpiła, by miejsce pozostawienia zwłok było przypadkowe.

– Komuś przeszkadzała ta palma? – spytała, ignorując wściekły wzrok rozmówcy. – Osiem milionów to całkiem spora suma, którą można było przeznaczyć na inne cele. Nie było żadnych protestów?

– Akurat w tym temacie mieszkańcy Oliwy byli zgodni. Wszyscy stanęli murem za daktylowcem. Remont dawno już miał dobiec końca, ale drugi raz byliśmy zmuszeni zmienić wykonawcę. Patałachy zaniżały koszty w dokumentacji przetargowej. W praktyce okazało się, że nie potrafią zmieścić się w budżecie. Po pani słowach wnioskuję, że ta trzecia ekipa też nie wywiązuje się z obowiązków.

– Macie tu monitoring?

– I może jeszcze jacuzzi? – Pokręcił głową z politowaniem. – Palmiarnia i cały park Oliwski nie są biletowane. Samo ogrzewanie budynku pochłania rocznie ponad milion złotych, a na drzewach nie rosną pieniądze, tylko co najwyżej banany. Po co nam monitoring, skoro policja czuwa nad naszym bezpieczeństwem? – dodał ironicznie.

Od rozmowy z bucem rozbolała ją głowa. Dochodziła osiemnasta, a ona, zamiast odsypiać ciężką noc, słuchała narzekań głupiego dziada. I tak nie spodziewała się uzyskać od niego żadnych znaczących informacji. Wątpliwe, by osobiście angażował się w pracę w terenie, trzeba będzie wypytać podwładnych. Najrozsądniej z samego rana. Podjedzie do wydziału i kolejno przesłucha wszystkich pracowników, zwłaszcza tych najniższego szczebla, bo zwykle wiedzą najwięcej.

– To wróćmy do ekipy remontowej. Tak jak powiedziałam, potrzebuję nazwisk wszystkich pracowników i ich adresy.

– Mam wyrecytować z pamięci? Nie wiem, nie ja zajmuję się takimi rzeczami. Pamiętam tylko nazwę firmy: Her-Bud. Skoro to wszystko, to rozumiem, że mogę już wejść do środka?

Jeszcze chwilę wcześniej puściłaby go do domu i spisała jego zeznania dopiero następnego dnia, przy okazji przesłuchania pozostałych pracowników, ale swoimi odzywkami załatwił sobie wieczór na komendzie.

– Momencik. – Podeszła do drzwi. – Olkowski! Rusz dupę, pan kierownik chce z tobą porozmawiać.

Uśmiechnęła się do Bogdanowicza, gdy ten nerwowo przestępował z nogi na nogę. Musiała przyznać, że ewidentnie leżał mu na sercu główny okaz w palmiarni, nie zmieniało to jednak faktu, że jako człowiek był zwykłym prostakiem przywykłym do traktowania ludzi z góry.

Karol wyszedł po kilku sekundach. Prawie mu współczuła. Słaniał się na nogach, a w nagrodę czekała go jeszcze rozmowa z bucowatym urzędnikiem.

– Umieram – wymamrotał, wycierając pot z czoła. Łapczywie zaczerpnął świeżego powietrza. – O, jak tu dobrze. Co tam?

– Tu masz pana Olgierda Bogdanowicza, kierownika działu zieleni. Jak skończysz, zabierzesz pana na komendę i spiszesz zeznania. Rano chcę mieć wszystko na biurku.

– Serio? – Przez moment wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale zrezygnował.

– I tak już tutaj kończycie. Dasz sobie radę.

Poklepała go po spoconych plecach. Trochę było jej go żal, ale zszokowana mina Bogdanowicza wyparła jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

***

Siedziba firmy Her-Bud mieściła się w południowej części Gdyni przy ulicy Parkowej. Wysoki budynek otoczony trawnikiem wyglądał jak przestroga dla mieszkańców domów postawionych po drugiej stronie ulicy. Nic, tylko czekać, aż dołączą do niego kolejne oszklone biurowce, a spokojne dotychczas osiedle zmieni się w zakorkowane centrum biznesu. Komisarz Stec przerabiała to na własnej skórze. Całe życie mieszkała na gdańskim Przymorzu, niegdyś kojarzącym się z falowcem i plażą, a teraz puchnącym za sprawą wieżowców mieszkalnych i równie paskudnych z wyglądu biurowców. Szkoda, że w tym wszystkim nie pomyślano o rozbudowie dróg. Dojazd na komendę zabierał jej dziesięć minut dłużej, a liczba samochodów wciąż rosła w zatrważającym tempie.

Odetchnęła z ulgą na widok wolnych miejsc parkingowych dla klientów firmy. Równie przyjemnym zaskoczeniem był brak parkometrów, które ostatnimi czasy wyras­tały wszędzie niczym grzyby po deszczu. Łatwiej zgarniać pieniądze z przymusowych haraczy, niż zbudować parkingi z prawdziwego zdarzenia. Agata, mimo wykonywanego zawodu, sprzeciwiała się wystawianiu mandatów za nieopłacone parkowanie, czym w przeszłości wiele razy podpadła przełożonym. Na szczęście ten etap kariery dawno już miała za sobą.

Na podjeździe stał tylko jeden samochód – czarne bmw, zapewne należące do właściciela firmy. Stec wcześ­niej uprzedziła o swoim przyjeździe sekretarkę, która w ostatniej chwili zatrzymała mężczyznę w biurze. W trakcie krótkiej rozmowy telefonicznej zobowiązał się, że do przyjazdu komisarz zadzwoni do kierownika ekipy odpowiedzialnej za prace w oliwskiej palmiarni i wyciągnie od niego jak najwięcej informacji. Agata wątpiła jednak w skuteczność jego działań. Coś jej mówiło, że dotarcie do majstra wcale nie będzie takie proste.

Jacek Biernat czekał na nią przy recepcji. Stanowisko za jego plecami było puste, a przygaszone światła świadczyły o tym, że cały zespół zakończył już pracę. Agata nie mog­ła uciec od porównania Bogdanowicza, obrażonego za zawracanie głowy po godzinach, z uśmiechniętym mężczyzną, który wyszedł jej naprzeciw. Właściciel Her-Budu­ był znacznie młodszy, miał dobrze skrojony garnitur, szpakowate włosy i drobne zmarszczki od uśmiechu w kącikach oczu. W innych okolicznościach być może rozważyłaby, czyby nie zaprosić go na drinka.

– Komisarz Agata Stec – przedstawiła się oficjalnym tonem. – Dziękuję, że pan na mnie zaczekał.

– Nie ma za co. To oczywiste, że jestem do dyspozycji policji.

Nie dla wszystkich takie oczywiste, pomyślała, ściskając dłoń mężczyzny. Ruszyli razem korytarzem do gabinetu mieszczącego się na samym końcu. Pomimo przygaszonych świateł zwróciła uwagę na rozwieszone na ścianach zdjęcia zakończonych realizacji. Rozpoznała kompleks budynków mieszkalnych mijanych przez nią każdego dnia w drodze do pracy.

Sam gabinet nie wyróżniał się niczym szczególnym. Przestronny, z przeszklonymi drzwiami i oknami sięgającymi sufitu, wyglądał niczym wyjęty z katalogu z profesjonalnymi, acz nudnymi do bólu aranżacjami biur. Wszystko tu było kanciaste, nowoczesne i pozbawione duszy.

– Dzwoniłem do Patryka z dziesięć razy, ale wciąż nie odbiera – oświadczył mężczyzna, gdy usiedli po przeciwnych stronach biurka.

– Rozumiem, że mówi pan o osobie nadzorującej prace w palmiarni?

– Tak, tak. Patryk Brzozowski. Jeden z moich najlepszych ludzi. Współpracujemy od ponad dziesięciu lat i jeszcze nigdy nie nawalił. Tym bardziej dziwi mnie cała ta sytuacja. Przez telefon wspominała pani, że już o szesnastej nikogo tam nie było?

– Tak. Drzwi nie zabezpieczono, przez co weszła tam jakaś dzieciarnia i znalazła zwłoki kobiety.

Mężczyzna zwolnił blokadę oparcia fotela i zaczął nerwowo bujać się w przód i w tył. Agata patrzyła na niego uważnie. Facet wprawdzie sprawiał dobre wrażenie, ale jak na razie nie za bardzo okazał się przydatny.

– To do niego nie pasuje – stwierdził wreszcie.

– A pozostali pracownicy? Kontaktował się pan z nimi?

– Widzi pani, to nie takie proste. – Pochylił się w jej stronę i oparł łokcie na blacie biurka. – Przejęliśmy to zlecenie po dwóch innych ekipach, które nie podołały zadaniu. Nie chcę pani zanudzać szczegółami, ale podniesienie dachu o pięć metrów nie jest łatwą sprawą. Pomijając konieczność wzmocnienia fundamentów, największy problem stanowi palma. Nie można tak po prostu zdjąć obecnego zadaszenia i dobudować nowego, zwłaszcza teraz, gdy warunki atmosferyczne nie sprzyjają egzotycznym roślinom.

Rzuciła mu wyczekujące spojrzenie. Jak na właściciela dobrze prosperującej firmy przejawiał duże zapędy do owijania w bawełnę.

– Mówię to, żeby nakreślić pani specyfikę zlecenia – ciągnął, wróciwszy do irytującego bujania. – Nim zaczną się właściwe prace, trzeba najpierw wszystko pomierzyć i w związku z tym na miejscu był tylko Patryk. Czasem pomagał mu któryś z młodszych chłopaków. Rozmawiałem już z nimi i żaden w ostatnim tygodniu tam nie zachodził.

– A rusztowania?

– Pamiątka po poprzednikach. Dawno już mieli je zabrać, ale widocznie coś bardziej ich pochłonęło.

Czyli znowu nic, stwierdziła w myślach. Zaraz się okaże, że facet akurat tego dnia nie przyszedł do pracy, bo ściągnięto go do innego projektu lub zwyczajnie zapił na urodzinach u kolegi.

– Znalezienie pana Brzozowskiego jest teraz jednym z naszych priorytetów – oznajmiła zrezygnowana. – Potrzebuję aktualnego adresu zamieszkania. Proszę mi też powiedzieć, czy wcześniej w palmiarni wydarzyło się coś niepokojącego? Może ktoś protestował przeciwko remontowi albo poprzednicy rzucali wam kłody pod nogi?

– Nic takiego do mnie nie dotarło. Oczywiście wypytam chłopaków, ale wątpię. Wbrew pozorom to nie jest duży rynek i staramy się sobie nie bruździć. Co do adresu, to nawet nie muszę go szukać. Znamy się z Patrykiem od lat, parę razy byłem u niego z wizytą. Przypasowało mu to zlecenie, bo mieszka po przeciwnej stronie alei Grunwaldzkiej. Proszę bardzo, to jego wizytówka. – Podał jej prostokącik z kartonu.

Rozmowę uznała za zakończoną. Profesjonalizm jej podpowiadał, by jechała prosto do Brzozowskiego, ale pusty żołądek był innego zdania. Jakby w odpowiedzi na jej rozterki w kieszeni poczuła wibracje telefonu.

– Przepraszam – rzuciła, wyjmując komórkę. – W zasadzie to już skończyliśmy… O, w mordę!

Zdziwiona mina biznesmena przypomniała jej, gdzie się znajduje.

– Coś w sprawie śledztwa? – spytał.

– Nie, nie – odparła zmieszana. – Dziękuję za poświęcony mi czas. Jutro ktoś z naszych ludzi przyjedzie, żeby zebrać zeznania pomocników Brzozowskiego. Jeśli o czymś pan sobie przypomni, proszę do mnie zadzwonić.

Skrywając zażenowanie, wyjęła swoją wizytówkę i położyła na blacie biurka. Który to już raz zdarzyło jej się zachować w ten sposób? I to z jakiego powodu? Gdyby rzeczywiście znaleziono sprawcę, to mogłaby sobie wybaczyć, ale chodziło przecież o coś zupełnie innego. Skąd taka reakcja?

Szybko się pożegnała, po czym ruszyła w stronę samochodu. Była na siebie wściekła. Sama już nie wiedziała, czy z powodu bezmyślnej reakcji, czy treści otrzymanej wiadomości.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI