Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
67 osób interesuje się tą książką
W świecie pośpiechu i braku czasu małe gesty życzliwości mają wielką siłę
Kasia pracuje w urokliwej herbaciarni, gdzie klienci zawsze mogą liczyć na aromatyczny napój, chwilę wytchnienia od codzienności i czas na przemyślenie ważnych spraw. Chociaż na co dzień nie narzuca się swoją obecnością, kradnie serca gości drobnymi gestami: ciasteczkiem z wróżbą, pięknym cytatem napisanym odręcznie na serwetce czy uśmiechem w ponury dzień. Wraz z rozgrzewającą herbatą serwuje im rozwiązania trapiących ich problemów.
Czy Antoni odważy się wysłać list do córki, z którą stracił kontakt? Z kim spędzi święta Ania, której rodzice się rozstali i w tym roku po raz pierwszy zasiądą do wigilii w innych domach? I wreszcie: czy uda się ocalić galerię sztuki, której właścicielka boryka się z problemami finansowymi?
Wzruszająca, pachnąca świętami opowieść o ludziach spragnionych nadziei i miłości, których losy splatają się w nieoczywisty sposób w szczególnym miejscu i czasie. Czasie, w którym za sprawą zwykłej herbaty mogą dziać się cuda…
Nie każdy błąd da się naprawić od razu, ale pierwszy krok może zmienić wszystko
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 275
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Copyright © 2026 by Zuzanna Jabłońska-Kordel
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Korekta: Anna Strakowska
Redakcja techniczna: Paweł Kremer
Projekt okładki: Lena Wójcik
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-226-7
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
Dział sprzedaży: [email protected]
EmocjePlusMinus.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Każda herbata ma swoją historię. Każda niesie ze sobą opowieść zapisaną aromatem, smakiem i naczyniem, w jakiej został przygotowany ten zacny trunek. Najpierw nadchodzi moment wyboru. Czy wybrać gliniany kubek z solidnym uchem, czy raczej filiżankę, przywodzącą na myśl ażurowe rękawiczki damy z poprzedniej epoki? To nie jest łatwy wybór. Powinien w dużej mierze być zależny od nastroju. Od tego, czego w danej chwili się potrzebuje. Siły płynącej z utwardzonej gliny czy odrobiny poezji, kryjącej się w delikatnej porcelanie? To wybór numer jeden. Po nim nadchodzi pora na decyzję numer dwa. Na którą herbatę padnie? Czy na lekką, zieloną, pachnącą jaśminem i spokojnym wieczorem spędzonym w ulubionym fotelu? Czy może raczej na starą, dobrą czarną, doprawioną odrobiną cynamonu i hojnie zaprawioną sokiem malinowym, która już po pierwszym łyku sprawia, że człowiek czuje się, jakby po długiej wędrówce wrócił do domu? A później, czy wypije się ją łapczywie jeszcze gorącą, niemal parzącą język, czy poczeka, aż nieco ostygnie? A może, dmuchając, opróżni się kubek, biorąc jeden maleńki łyczek po drugim? To wszystko, te pozornie nieistotne szczegóły, pisze historię każdej herbaty.
A jakie będzie zakończenie opowieści? Nie wiadomo. To zależy od tego, kto po tę herbatę sięgnął. I nieco od przypadku. I jeszcze, jeśli taka się trafi, to troszkę, troszeczkę od osoby, która postanowiła dopomóc czyjemuś szczęściu.
Jeśli ktoś postanowiłby pisać swoją historię w środku grudniowej nocy, kilka dni przed Wigilią Bożego Narodzenia w okolicy herbaciarni ukrytej w bocznej, brukowanej uliczce całkiem przeciętnego miasta, zobaczyłby coś niecodziennego. Otóż taka osoba byłaby świadkiem rozbłysku ciepłego światła za szybami wspomnianego sklepu z herbatą. Światło zniknęłoby równie szybko, jak się pojawiło, ale nie dałoby się ukryć: ktoś nagle zapalił, a sekundę później zgasił je wewnątrz lokalu.
Tak właśnie tłumaczyliby sobie to zjawisko przypadkowi świadkowie tej sytuacji. Bo ludzki mózg zawsze stara się znaleźć logiczne wyjaśnienie każdej sprawy. Szuka rozwiązania na dobrze sobie znanych ścieżkach.
Ale czy zawsze powinno zawierzać się szkiełku i oku? Czy jednak czasem lepiej widzi się sercem?
Antoni otworzył tę samą szafkę z herbatą, którą zwykł otwierać codziennie rano od ponad czterdziestu lat. Jak zawsze sięgnął po to samo opakowanie, które brał z półki każdego poranka. To była taka śmieszna, kolorowa puszka ze słonikami w różnych kolorach. Wszystkie unosiły trąby. „Wiesz, słonie, a zwłaszcza te z uniesionymi trąbami, przynoszą szczęście”, zwykła mówić. Antoni się wtedy uśmiechał i się z nią zgadzał. Słonie na tej puszce zdawały się przynosić mu szczęście, bo miał ją. Pierwszą miłość, żonę, mamę swojej ukochanej córki.
Nie przyznałby się do tego, bo wolał uchodzić za osobę twardo stąpającą po ziemi, ale zastanawiał się czasem, czy szczęście może się skończyć. Czy na każdą osobę przewidziany jest jakiś odgórny limit. Ludzie śmieją się czasem, że nie stali w kolejce po wzrost czy po poczucie humoru. A czy taka kolejka obowiązywała też do szczęścia? Może w niej nie stał? Zdarzało się też, że nachodziły go myśli, czy nie korzystał ze swojego zbyt łapczywie. Czy nie powinien był dozować sobie radości, dobrych emocji, poczucia, że świat jest przytulnym miejscem. Choć przecież świat właśnie taki był. Do czasu, gdy była tu ona.
Otworzył puszkę ze słonikami. Dziś nie umiał wykrzesać z siebie ani jednej pozytywnej myśli na ich widok. Nie wierzył już w ich magiczne moce. Po podniesieniu wieczka westchnął ciężko i siłą woli powstrzymał się od ciśnięcia Bogu ducha winnej puszki o blat. Była pusta. Zapomniał, że wczorajszego poranka wsypał do szklanki, tej samej od lat, ostatnią porcję. Ramiona mu opadły i smętnie spuścił głowę. Gdyby tu była, zaśmiałaby się perliście, zupełnie tak jak wtedy, gdy miała dwadzieścia lat, i powiedziałaby, że to doskonały argument, by napić się herbaty na mieście, a w drodze powrotnej uzupełnić zapasy.
Ale jej tu nie było, a Antoni nie cieszył się na myśl o opuszczeniu z domu. Nie miał jednak wyjścia. Zanim włożył buty i ciepłe, zimowe okrycie, zerknął na trójdzielny kalendarz ścienny. Innego nie uznawał. Swoją drogą, gdy Ada była mała, zawsze to jej zdjęcie zastępowało jakiś bliżej nieznany Antoniemu krajobraz, który dziś wisiał powyżej trzech kartek z miesiącami: listopad, grudzień, styczeń. Zaśmiał się gorzko na myśl o tych, dla których nadejście nowego roku coś zmieni. Co to za pomysły z całą tą symboliką? Jeśli ktoś chciałby coś zmienić, powinien zrobić to od razu. „Tak jak zrobiła to Adrianna”, przeszła mu przez głowę natrętna myśl. Odgonił od siebie wspomnienie o córce i w głowie przeliczył, ile dni zostało do świąt. Jeśli dobrze by to rozegrał, mógł wybrać się dziś na większe zakupy i uniknąć apogeum tłumów i tego wszechobecnego podekscytowania i szczęścia, które emanowały z ludzi na myśl o nadchodzących dniach przygotowań i późniejszego biesiadowania przy stole z rodziną i przyjaciółmi, ludźmi, których kochali. Antoniego kłuło to nie dlatego, że nie rozumiał. Rozumiał doskonale. Znał te uczucia. Dlatego patrzenie na tych, którzy mieli na co czekać, tak bardzo bolało.
Nim wyszedł, wyjął z szuflady dużą, zakupową torbę. Najpierw skierował kroki w stronę herbaciarni. Niestety, tego gatunku nie znalazłby w żadnym markecie. Jeśli chciał pić tę konkretną herbatę przez najbliższe dni, musiał odwiedzić dwa sklepy. Po paru minutach dotarł do niedużego lokalu ukrytego w bocznej uliczce. Wnętrze nie było jednak na tyle małe, by nie pomieścić kilku stolików i krzesełek. Kiedyś, w innym życiu, zdarzało się, że Antoni przysiadywał na którymś z nich i pił espresso, które w herbaciarni również serwowano, a naprzeciw niego siedziała ona, drobnymi łykami popijając ulubiony napar.
Bo ta herbata wcale nie była ukochanym napojem Antoniego od zawsze. Prawdę mówiąc, dzisiaj też za nią nie przepadał. Ani za tą, ani za żadną inną. Drażniły go liście, które plątały się w kubku podczas picia, a gdy używał zaparzacza, napar był zdecydowanie za lekki. Z kolei herbata w torebkach jawiła się Antoniemu jako profanacja. Jednak tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. W przypadku Antoniego okazało się, że herbata może stać się tym, co trzyma człowieka przy zdrowych zmysłach.
Kilka lat temu jego świat się zatrzymał. Kręcili się na karuzeli życia razem z żoną przez dekady. Bawili się świetnie, choć jak wszyscy mieli gorsze chwile, ale tych lepszych było zdecydowanie więcej. A później ona… Po prostu zniknęła. Niemal z dnia na dzień. Diagnoza, szpital, kilka tygodni. Tyle wystarczyło, by z jego życia umknęło całe światło.
Ale nie tylko jego świat stanął w miejscu. Była jeszcze Ada. Niby już dorosła, nie mieszkali razem, ale wciąż jego dziecko. Więc musiał się trzymać. Automatycznie załatwił wszystkie formalności. Drażniło go to słowo. Tak jakby odejście człowieka dało się zamknąć w kilku aktach, dokumentach, podpisach. W tym małym, żałosnym słoiczku, który wraz z prochami jego żony znalazł schronienie kilka metrów pod ziemią. Trzymał się mimo to. A raczej udawał. Robił, co mógł, by Adrianna nie czuła się bardziej samotna, niż i tak już zawsze miała być. Na śmierć mamy nigdy nie ma dobrego momentu, ale to było zdecydowanie za wcześnie. Przed tym, jak skończyła studia, przed jej ślubem…
„Cholerny ślub”, pomyślał Antoni. „Gdyby jej matka tu była, pewnie byłoby inaczej. Albo Ada podjęłaby inną decyzję, albo…”. Znów urwał myśl w pół słowa. Nie chciał pozwolić jej ujrzeć światła dziennego.
– Dzień dobry – przywitał się, bo w końcu nadeszła jego kolej na złożenie zamówienia. – Poproszę dwieście gramów Jaśminowego Snu… – powiedział i na chwilę zgubił myśl. Twarz sprzedawczyni wydawała mu się znajoma, ale od tygodni albo nawet miesięcy obsługiwał go pan Henryk, właściciel. Może ze względu na nadchodzący świąteczny galimatias zatrudnił kogoś do pomocy?
– Oczywiście, proszę. – Kobieta podała mu zieloną torebeczkę z herbatą, sezonowo ozdobioną nadrukowaną czerwoną kokardą. – Czy coś jeszcze?
– Ja… Poproszę espresso – powiedział i miał wrażenie, że te słowa wypowiedział ktoś obok. Nie miał zamiaru zamawiać kawy. Nie chciał siedzieć przy stoliku, obserwować szczęśliwych ludzi. Był poza nawiasem. Jego to szczęście już nie dotyczyło. Chyba ta poranna sesja wspomnień całkiem pomieszała mu w głowie.
– Podam do stolika – powiedziała z uśmiechem ekspedientka, nieświadoma tego, jakie emocje kłębiły się w głowie i sercu Antoniego. Nie wypadało mu już jednak odwołać zamówienia. Zapłacił i krok za krokiem powlókł się do najbliższego wolnego krzesła. Nawet nie miał ze sobą gazety, by zająć czymś głowę i ręce. „Może to i lepiej”, pomyślał po chwili. Gazeta byłaby sygnałem tego, że Antoni czuje się w tym miejscu dobrze i swobodnie. A nie chciał ani sprawiać takiego wrażenia, ani tym bardziej się tak poczuć.
Z braku zajęcia, mimo początkowej niechęci do innych odwiedzających herbaciarnię, zaczął zwracać na nich uwagę. Dłużej zawiesił wzrok na młodej kobiecie z dzieckiem, które z uśmiechem wskazywało paluszkiem na jedną ze świątecznych ozdób, jakich w herbaciarni nie brakowało. Po chwili oderwał od niej spojrzenie. Nie chciał, by poczuła się nieswojo. Ta młoda mama nieodwracalnie wywołała w nim poczucie tego, że coś stracił. A nawet jeśli to się jeszcze nie wydarzyło, z pewnością stanie się już niedługo.
Kobieta zza lady ruszyła w jego stronę z tacą. Postawiła przed Antonim nie tylko espresso i szklankę wody, lecz także ciasteczko. Wyglądało jak takie z wróżbą. Antoni nie darzył wróżb ani szczególną sympatią, ani antypatią, jednak te słodycze przywodziły mu na myśl bardziej andrzejki niż Boże Narodzenie.
– Na koszt firmy – powiedziała kobieta, nim Antoni zdążył wyjaśnić, że nie zamawiał nic poza kawą.
– Dziękuję – odparł, próbując przywołać na usta coś na kształt uśmiechu, ale szło mu opornie. Chyba jego mięśnie twarzy zapomniały, co to uśmiech. – A czy te ciastka nie mają więcej wspólnego z andrzejkami? – Znowu to samo. Odezwał się, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Zaklął w myślach. Tyle dobrego, że kobieta nie wydawała się zaskoczona jego pytaniem.
– Teoretycznie ma pan rację, ale ja wychodzę z założenia, że czasem nikomu nie zaszkodzi dobre słowo – powiedziała i posłała mu uśmiech, a później pospiesznie wróciła do kasy, do której zdążyła utworzyć się spora kolejka. Antoni wzruszył ramionami. Obawiał się, że jeśli zostawi ciasteczko nietknięte, sprawi kobiecie przykrość. A mimo że w myślach nazywał się zgorzkniałym starcem, choć nie był wcale aż tak wiekowy, nie miał najmniejszej ochoty na psucie nastroju innym.
Sięgnął po szklankę z wodą. W mig przypomniały mu się ich, jego i Basi, piękne, zagraniczne wakacje. Kiedyś takie wyjazdy nie były oczywistością. Dzisiaj wielu młodym egzotyką wydaje się letni wyjazd w polskie góry czy na Mazury, bo chętniej wybierają odległe kierunki na całym świecie. Oj, w ich czasach było inaczej. Gdy stanęli na włoskiej ziemi, czuli się, jakby złapali za nogi samego Pana Boga.
I właśnie wtedy po raz pierwszy pił espresso. Wiedział, że dla młodych to zabawne. Jak to? Trzeba było przejechać pół Europy, żeby napić się kawy, która w każdej sieciowej kawiarni widnieje jako jeden z klasyków? Ano właśnie tak. Nie umieli powiedzieć ani słowa po włosku, a przemiły kelner ni w ząb nie rozumiał żadnego z języków, w których próbowali z nim rozmawiać, ale na migi wyjaśnił, jak należy pić tę śmieszną, małą kawę. Antoni prawie, prawie zaśmiał się na to wspomnienie, w którym espresso było czymś wybitnie niecodziennym. Jednak zaraz oprzytomniał i uzmysłowił sobie, że wcale nie jest mu do śmiechu. Już nie dzielił tego wspomnienia z nikim. Niektórzy lubią mieć wszystko dla siebie. Jemu znacznie bardziej odpowiadało bycie współwłaścicielem.
Zawiesił wzrok na oknie. Przed oczami mignęła mu dziewczyna, którą widział już chwilę temu. Zawinięta w szalik po sam nos i z czapką nasuniętą niemal na oczy wyglądała, jakby nadeszła zima stulecia. Antoni tego nie deprecjonował. Wiedział, że wszystko jest kwestią doświadczeń. On miał możliwość przeżycia niejednej prawdziwej zimy. Śnieżnej. Takiej, podczas której temperatury regularnie spadały znacznie poniżej zera. To miało swój urok. Coroczne kuligi i wypady na sanki z rodzeństwem i kuzynostwem… Chciało się żyć. Adrianna, choć chowana już w bardziej cieplarnianym klimacie, też załapała się na zimowe szaleństwa. Antoni, gdy mocno się postarał, do dzisiaj potrafił przywołać w pamięci dźwięk śmiechu dziewczynki, gdy w zawrotnym w swoim odczuciu tempie mknęła w dół zbocza. „Z górki na pazurki!”, krzyczała jej mama, a Ada chichotała jeszcze głośniej. Inne dzieci dookoła też się śmiały, ale Antoni zawsze potrafił wyodrębnić śmiech córki spośród tego pełnego szczęścia harmidru.
Mężczyzna dopił kawę. Ku swojemu zaskoczeniu nie miał wielkiej ochoty opuszczać herbaciarni. Gubił się we wspomnieniach, ale jego myśli dryfowały spokojnie. Po raz pierwszy od dawna nie czuł oczekiwania. Sam nie wiedział, na co czeka. Aż córka się do niego odezwie? Aż przyjdzie mu dołączyć do Basi? Na tę myśl aż nim wstrząsnęło. Nie chodziło o to, że jakoś wybitnie chciało mu się żyć. W sumie wcale nie miał na to ochoty, ale wiedział, że Adrianna już zawsze żyłaby z brzemieniem. Plułaby sobie w brodę, że go posłuchała i wtedy, gdy kazał jej się do siebie nie odzywać, dostosowała się do jego woli. Jednak mimo całej miłości, jaką darzył córkę, nie umiał zmusić się do przełamania lodów. Ta jego upiorna duma! Basia niejednokrotnie ją przeklinała… Ale ona umiała machnąć ręką i na nią, i na niego, Antoniego. Nie to co Ada. Ona była kropka w kropkę jak jej ojciec. Skoro Antoni kazał się jej do siebie nie odzywać, to dziewczyna się nie odezwie. Koniec i kropka.
Gdybyż Adrianna była jeszcze nieopierzoną dwudziestolatką i gdyby mógł zrzucić winę za jej widzimisię, na młody wiek! Może wtedy przymknąłby oko. Może przełknąłby jej decyzję. Ale jego córce minęła już trzydziestka. Jej wybory były w pełni świadome i, cóż, niekoniecznie mieściły się w granicach akceptacji Antoniego.
Początkowo, w pierwszych dniach po tym, jak wypowiedział te brzemienne słowa, był przekonany, że Ada zastanawia się nad swoją decyzją. Że rozważa, jak ją zmienić, ale tak, by nie pokazać, że uległa. To była cała ona. W sytuacji konfliktu starannie omijała tę z ewentualności, którą było przyznanie ojcu racji. Zresztą to rozumiał. Naprawdę córka, choć w jej twarzy widział rysy Basi, z charakteru była taka jak on. Uparta jak osioł. Jednak mijały dni, a później tygodnie, a Adrianna nie dawała znaku życia. Antoni sprawdzał jej profile w mediach społecznościowych i stąd domyślał się, że nic poważnego się jej nie stało. Ale wiadomości ani telefonu się nie doczekał.
Po pewnym czasie zaczął rozważać, czy by nie odezwać się jako pierwszy. Tylko że zwykły telefon, zaczęty od banalnego „Co słychać?”, absolutnie nie wchodził w grę. Oboje wiedzieli, co sprawiło, że stracili kontakt na długie miesiące. A zakopywania problemów pod dywan tak Antoni, jak i Ada nie znosili.
I tak trwali w tym impasie, niezdolni do tego, by wyciągnąć dłoń na zgodę. Milczenie przedłużało się i przedłużało. Jedynym łącznikiem pomiędzy nimi był Mateusz. Widać było, że chłopak nie czuje się komfortowo w tej sytuacji i że najchętniej zmusiłby ich do zażegnania tego bezsensownego konfliktu, ale nie mówił tego na głos. Antoni był mu wdzięczny za odwiedziny, które chłopak w pewnym momencie zaczął uskuteczniać. Zdawał sobie sprawę, że córkę interesuje, czy wszystko u niego w porządku, jednak sama ta świadomość nie mogła zasklepić rany w jego sercu, która dzień po dniu stawała się coraz głębsza. Niedługo minie rok od tamtej felernej rozmowy, która okazała się ich, jego i Adrianny, ostatnią.
Najsmutniejszy rok w życiu Antoniego. Być może nawet smutniejszy niż ten, w którym opuściła ich Basia. Mężczyzna westchnął i z rezygnacją spojrzał na ciastko. Już wcale nie miał na nie ochoty, ale gdyby zabrał je ze sobą w kieszeni owinięte w serwetkę, całe by się pokruszyło. Sięgnął więc po ciasteczko w kształcie rogalika i przełamał je na pół. Miał zamiar wyjąć wróżbę ze środka i nawet jej nie przeczytawszy, po wyjściu z herbaciarni wyrzucić do najbliższego kosza, ale oczy same powędrowały w kierunku mikroskopijnej, drobno zadrukowanej karteczki. Wtedy Antoni, choć musiał wytężyć wzrok, nie mógł się powstrzymać przed przeczytaniem tego, co też w wielkiej fabryce masowo nadrukowano na tej i innych, podobnych karteluszkach. Nie był dzieckiem i nie wierzył w to, by akurat to konkretne ciastko z właśnie tym, a nie innym przekazem zostało mu zapisane w gwiazdach. Jednak po odczytaniu malutkich literek niemal zatrząsł się z oburzenia.
Ludzie zwykle odkładają najważniejsze słowa na później, a ich bliscy odnajdują je w pośmiertnych listach. – Markus Zusak, Złodziejka książek
„Że co, proszę?”, pomyślał Antoni. „To jest to miłe słowo na poprawę nastroju?”. Przez chwilę siedział na krześle, czując święte oburzenie obejmujące każdą komórkę jego ciała. Wściekle chwycił Bogu ducha winną karteczkę i zmiął ją w dłoni. To nie wina tej miłej ekspedientki. Skąd mogła wiedzieć, że producenci tych ciasteczek nawet nie myślą o tym, jaki wpływ mogą wywrzeć na nieszczęśnika, który trafi na tak podły cytat? Gdy tylko się uspokoi, podejdzie do niej i w uprzejmych słowach uprzedzi, że te ciastka nie są najlepszym wyborem na okazanie klientowi sympatii. A już na pewno nie na poprawę humoru. Po chwili jednak rozluźnił dłoń, którą zaciskał, od kiedy chwycił karteczkę. Delikatnie położył ją na stole i wygładził kciukiem. Raz jeszcze przeczytał cytat.
Ludzie zwykle odkładają najważniejsze słowa na później, a ich bliscy odnajdują je w pośmiertnych listach. – Markus Zusak, Złodziejka książek
Zostawił na oparciu krzesła torebkę z kupioną herbatą i raz jeszcze stanął w kolejce do lady. Nie do końca wiedział, dlaczego postanowił wypić tu, na miejscu, coś jeszcze. Pomyślał, że wbrew temu, co czuł chwilę wcześniej, nie ma ochoty opuszczać herbaciarni.
– Jeszcze jedno espresso? – spytała ekspedientka z uśmiechem, gdy przyszła jego kolej.
– Nie, tym razem… Poproszę o herbatę. O Jaśminowy Sen – złożył zamówienie.
– Jest pan pewien?
Antoni ze zdumienia szeroko otworzył oczy.
– A dlaczegóż by nie? – odpowiedział pytaniem.
– Cóż, kupił pan duże opakowanie tej herbaty – odpowiedziała ekspedientka, wzruszając ramionami. – I w związku z tym zakładam, że będzie miał pan okazję niejednokrotnie napić się Jaśminowego Snu w nadchodzących dniach. Może więc miałby pan ochotę na coś innego? – zapytała i wbiła w Antoniego wzrok.
Miała rację. Antoni wcale nie chciał pić tej samej herbaty, którą już długo, może zbyt długo, pił dzień w dzień. Prawda była jednak taka, że ni w ząb nie znał się na herbacie.
– To może ja doradzę? – zaproponowała po chwili milczenia, ale w jej głosie nie było śladu zniecierpliwienia. Antoni wyczuł raczej coś przypominające… Troskę? Prawdziwe zainteresowanie? Być może właśnie ten ciepły ton sprawił, że mężczyzna, zanim zdążył się namyślić, by odmówić, odpowiedział:
– Poproszę.
– Dobrze. Wobec tego przygotuję zimową herbatę z dodatkami. Będzie pysznie, słodko, choć nie przesadnie, i bardzo, ale to bardzo aromatycznie. Czy moja rekomendacja pana przekonała? – Lekko przechyliła głowę.
W tej kobiecie było coś dziwnego. Antoni miał wrażenie, że już kiedyś ją gdzieś spotkał, a jednocześnie, że pochodzi z całkiem innej rzeczywistości. I chociaż jeszcze chwilę temu mężczyzna nie chciał myśleć o świętach ani o niczym, co z nimi związane, a czymś takim bezdyskusyjnie była zimowa herbata, postanowił przystać na propozycję.
– Chyba się skuszę – zdecydował. Znowu spróbował posłać dziewczynie uprzejmy uśmiech, ale jego mimika dalej nie do końca współpracowała. Kobieta jednak zrozumiała intencję, bo w odpowiedzi uniosła kąciki ust.
– Podam do stolika – powiedziała tak jak przy poprzednim zamówieniu.
– A, przepraszam? – Antoni usłyszał swój własny głos, nim zdążył się zorientować, że zamierza o coś spytać.
– Słucham pana bardzo uważnie – odparła kobieta, odwracając się tak, by ponownie móc popatrzeć na mężczyznę. Ta odpowiedź w każdej innej sytuacji byłaby dziwna, ale w tamtej chwili Antoniemu wydała się jak najbardziej na miejscu.
– Czy ma pani może kartkę? Albo… kilka? – spytał na głos, a w duchu zastanawiał się, co też wyprawia. Na co mu te kartki? Co zamierza z nimi zrobić?
– I pewnie przyda się też długopis? Proszę uprzejmie – odparła kobieta jakby nigdy nic i podała Antoniemu kartki trzymane pod ladą. Gdy wyciągała ręce, zerknął na plakietkę przyczepioną do jej fartuszka.
– Bardzo dziękuję, pani Kasiu – powiedział i skinął głową, po czym pospiesznie ruszył w kierunku stolika. Gdy usiadł, początkowo wbił tępy wzrok w kartki. Dlaczego o nie poprosił? Wystarczyła chwila, by z pełną mocą dotarło do niego to, co jego podświadomość wykombinowała już dobrą chwilę wcześniej.
Żywi odnajdują to, co najważniejsze, w listach tych, którzy odeszli. Ale Antoni swego czasu lubował się w chadzaniu pod prąd. Być może odnajdzie sens, jeśli sam napisze list do kogoś, kogo już nie ma.
Tak bardzo pragnął z nią porozmawiać, choćby ostatni raz. Gdyby tu była, nigdy nie dopuściłaby do całego tego ambarasu z ich córką. To znaczy, niekoniecznie wpłynęłaby na decyzję Ady. Być może nawet by nie próbowała. Ale tak by ich zakręciła, że oboje szybko zapomnieliby o całej sprawie. Nawet jeśli Adrianna nie zmieniłaby zdania. Nawet jeżeli Antoni rzuciłby w złości te podłe słowa. Kochał córkę, ale nie miał w sobie tych umiejętności siania zgody, jakie posiadała jego żona. Basia potrafiła pogodzić nawet najbardziej zacietrzewionych i upartych ludzi. Może jeśli zacznie pisać tak, jakby z nią rozmawiał, jakby była tuż obok, będzie mu choć trochę lżej. Nie oczekiwał żadnych znaków, nagłego olśnienia, cudownego rozwiązania problemów.
Jedyne, czego chciał, to choć przez chwilę poczuć się mniej samotnym.
Sięgnął po długopis. To nie to samo co wieczne pióro, w którym niegdyś się lubował, ale całkiem nieźle układał się pomiędzy palcami. Miał czarny tusz, czyli jedyny, jaki Antoni akceptował. Mężczyzna przyłożył wkład do kartki i… Nic.
Nie miał pojęcia, jak zacząć. Ale na tym etapie nie chciał się poddać. Skoro zawrócił głowę tej sympatycznej Kasi, przyniósł kartki do stolika, a długopis spełniał wszystkie jego wymagania… Nie zamierzał odpuścić.
Bo choć nie liczył na żadną odpowiedź od wszechświata, to miał nadzieję na jedno. Na to, że mimo iż tak długo nie było jej obok, nadal umie do niej mówić. Że nadal pamięta, jakie zwroty z jego ust rozczulały ją najbardziej. Że choć odeszła, nie stała się dla niego kimś odległym i nieuchwytnym. Po chwili przyszły do niego słowa, które kiedyś, przypadkowo, gdzieś usłyszał. Wtedy pewnie wpadły mu jednym uchem, a wypadły drugim, ale pamięć to dobry kompan i w specjalnych szkatułkach przechowuje to, co dziś być może nie ma znaczenia, ale kiedyś może okazać się, że ta wcześniej nieistotna myśl jest jedynym, co sprawia, że życie wciąż ma sens.
A Antoniemu właśnie przypomniało się zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: nasi bliscy żyją, dopóki o nich pamiętamy.
Traktował pamięć o Basi jak pomnik. NIczym cenny zabytek, którego trzeba strzec. Nie wpadł na to, że być może w ten sposób sam się od niej oddala. Że budując jej monument, zaczyna zapominać o tym, jaka była naprawdę.
Skoncentrował się. Pomyślał, że może będzie łatwiej, gdy rozpocznie list zgodnie ze sztuką. W prawym górnym rogu napisał miejscowość i datę. Po chwili namysłu dodał nazwę herbaciarni. Zastanowił się, jak zwróciłby się do Basi, gdyby to była prawdziwa rozmowa, a ona wróciła do domu po długiej, bardzo długiej podróży. Z jednej strony te rozmyślania sprawiały, że czuł tysiące malutkich igiełek wbijających mu się prosto w serce, ale z drugiej uświadamiał sobie, że po raz pierwszy od dawna jest ze sobą całkowicie szczery. Nie pakował uczuć do szczelnie zamkniętego pojemnika. Pozwolił się otworzyć na wszystkie, nawet te najboleśniejsze i najtrudniejsze emocje. W końcu zaczął list.
Moje Najjaśniejsze Słońce!
Tak zawsze mówił, gdy wiedział, że zachował się jak krnąbrny dzieciak i szedł przeprosić. Albo gdy zobaczyli się po tym, jak musieli spędzić osobno kilka dni. Wiedział, że lubiła, gdy nazywał ją właśnie w ten sposób. Zawsze miękło jej wtedy serce.
W pierwszym momencie chciał napisać, że u nich wszystko dobrze i że jakoś sobie radzą, ale zaraz przywołał się do porządku. Nie taki był cel napisania tego listu. Ta myśl z kolei doprowadziła go do innej, mianowicie takiej, że pisze list, którego adresatka nigdy nie przeczyta, i że jest to działanie wybitnie bezsensowne. Westchnął. Może to i była prawda, ale w zasadzie nie miał nic lepszego do roboty. Powinien zrobić większe zakupy, a później zamknie się w domu na kilka dobrych dni. Ponownie przytknął długopis do kartki i na sekundę przymknął oczy. Co czuje? Co chciałby jej powiedzieć?
Bez Ciebie jest trudno.
Znowu się zaciął. Nie wiedział, co więcej mógłby dodać. Mimo wszystko zawsze uważał, że większą moc mają czyny niż słowa, choć te ostatnie nie dość, że potrafiły ranić, to umiały też nieźle namieszać…
Gdy nie ma Cię obok, trudniej obrócić w pył te wszystkie głupoty, które mówię w złości.
Nad słowami, które wyszły spod jego ręki jako następne, nie zastanawiał się ani przez chwilę. Po prostu przelał na papier to, co grało w jego duszy. Przez chwilę wpatrywał się w większości niezapisaną stronę, a później kartka zaczęła zapełniać się niemal sama. Tak jakby Antoni pisał sercem, a jego ręka dzierżąca długopis była tylko pośrednikiem.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Przedmowa
Świąteczna wróżba
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Przedmowa
Meritum publikacji
