Wydawca: Powergraph Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mars - Rafał Kosik

Osadnicy przybywający na Marsa przez stulecia, stworzyli tu miasta, zbudowali cywilizację. Emigrowali z przeludnionej Ziemi szukając nowego, lepszego świata, przestrzeni i pracy.

Świat Czerwonej Planety ukazany jest oczami kilkorga bohaterów, którzy w wyniku zrządzenia losu dostają się wir przełomowych wydarzeń. Cywilizacja zdaje się kwitnąć. Cała planeta to jedno państwo z jednym parlamentem, mówiące wspólnym językiem. Zdaje się być tu idealnie, pominąwszy surowy klimat. Gdzieś nad tym szczęśliwym światem wisi jednak widmo zagłady. Ludzie w nowym świecie wciąż mają stare wady. Nasilają się ruchy separatystyczne na słabiej rozwiniętej półkuli południowej. Porzucone w połowie i okrojone programy formujące planetę sprawiają, że wszystkie parametry określające jakość klimatu zaczynają spadać. Ścierające się koncepcje pchają cywilizację na drogę z której nie ma powrotu.

Dokładnie w trzysta lat po rozpoczęciu procesu terraformowania Marsa, na pustyni ma miejsce przerażające odkrycie które stawia w zupełnie innym świetle historię Marsa. Tę dawną i tę zupełnie nową.

Opinie o ebooku Mars - Rafał Kosik

Cytaty z ebooka Mars - Rafał Kosik

Ludzie pracujący we wszystkich bazach zostawią tę planetę bezludną na dwa lata. W tym czasie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, automaty, krążąc wokół rosnących okręgów, będą wylewać kolejne warstwy betonu i zbudują sześćsetmetrowe budowle. Trzony wież elektrolitycznych. Po dwóch latach ludzie wrócą tu z nowym sprzętem i dokończą pracę zbyt już skomplikowaną dla maszyn. Wreszcie, po kilku sezonach prac, opuszczą Marsa na niemal sto lat. Kontrolowane reakcje nuklearne podgrzeją grunt, rozpoczynając proces uwalniania wody, uwięzionej dotychczas wiele metrów pod powierzchnią, i podgrzewania planety. To z kolei przyczyni się do roztopienia czap polarnych i uwolnienia do atmosfery jeszcze większej ilości wilgoci i dwutlenku węgla, doprowadzając do gwałtownego efektu cieplarnianego. Setki podobnych wież elektrolitycznych na całej planecie będą pracowicie przechwytywać wilgoć i produkować tlen, by pierwsi osadnicy mogli odetchnąć czystym powietrzem. Przywitają ich zielone od porostów skały, zarośnięte stepy, zamiast pustyni. Lasy będą jednak musieli zasadzić sami, a morza... na morza trzeba będzie zaczekać znacznie dłużej.
W centrum stało kilkadziesiąt wieżowców. Słabe ciążenie znakomicie ułatwiało stawianie wysokich budynków. Głównym ograniczeniem przy ich konstruowaniu była odporność na wiatr. Działki w centrum miasta były najdroższe, bo kilometrami ciągnąca się we wszystkich kierunkach zabudowa dawała najlepszą ochronę przed pustynią. Dlatego też każdy nowy budynek biurowy projektowano co najmniej na czterdzieści kondygnacji, by zoptymalizować koszty. Tak wysokie budynki zachowywały się stabilniej w czasie trzęsień ziemi, co dla większości ludzi było trudne do zrozumienia.
Kiedyś planowano kolonizować Marsa, umieszczając na jałowej planecie szklane kopuły habitatów. Cóż to byłoby jednak za życie? Ciągły strach przed rozszczelnieniem powłoki i uduszeniem.
Dwa lata temu senator Griffin mógł sobie pogratulować przepchnięcia ustawy przyznającej środki na projekt Waterfall. W kierunku Marsa leciała pierwsza kometa, na tym etapie podróży kierowana już w prosty sposób. Towarzyszyły jej trzy bezzałogowe statki. Podgrzewając laserami powierzchnię komety, powodowały wrzenie i wyrzut masy w odpowiednim kierunku. To wystarczało do drobnych korekt toru lotu. Niewielkie jądro i kilkadziesiąt milionów ton lodu. Częściowo H2O, częściowo CO2 plus nieistotne domieszki. Wielkość imponująca, choć nie w skali planetarnej. Jeśli uda się trafić w okolice bieguna, bilans tlenowy poprawi się zaledwie o ułamek procenta, ale otworzy to drogę do zupełnie innego sposobu terraformowania Marsa. Zdecydowana większość lodu wyparuje podczas lotu przez atmosferę i spadnie w postaci deszczu. Dodatkową korzyścią będzie naruszenie pozostałej czapy lodowej, która dotychczas nie całkiem zanikła, i to mimo podgrzania atmosfery. Już wkrótce dopuszczalnym kosztem energetycznym będzie można zmieniać tor lotu podobnych obiektów. Pozwoli to na pozyskanie zarówno tlenu, jak i wody, w ilościach umożliwiających dokończenie przemiany Marsa w prawdziwą drugą Ziemię.
Oczywiście istnieje ryzyko rozpadu obiektu przed dotarciem do celu. Stanowiłoby to pewne zagrożenie dla obszarów zamieszkanych, choć największym zmartwieniem naukowców pozostawało niewielkie kamienne jądro, którego nie dawało się dokładnie zbadać. „Niewielkie” jądro uderzające w Marsa mogło oznaczać katastrofę na skalę ziemskiej zagłady dinozaurów i powrót sztucznie przerwanej epoki lodowcowej. Oznaczałoby to również kres panowania ludzi na Czerwonej Planecie.
Nowy Londyn był miastem zaprojektowanym przez urbanistę z planem rozwoju na pierwsze pięćdziesiąt lat. Brak jakichkolwiek barier, wynikających z istniejącej zabudowy bądź warunków ukształtowania terenu, zdejmował wszelkie ograniczenia, co nad wyraz często przerastało wyobraźnię twórcy. Żeby chociaż jakieś góry, uskok terenu czy krater... Nowy Londyn powstawał w bólach na pustyni, pod którą rozciągała się lita skała, gładka jak stół. Jedynym punktem zaczepienia były trzy wieże elektrolityczne. Z braku jakichkolwiek założeń projektant wykonał cztery główne ulice biegnące w czterech kierunkach świata, kilometrowej średnicy rondo i dalej ulice porządkujące zabudowę w równe kwadraty.
Początkowo wytworzył się okrąg o średnicy dwudziestu kilometrów. Miasto rozrastało się niemal równomiernie we wszystkich kierunkach. Na zdjęciach satelitarnych Nowy Londyn wyglądał jak organizm żyjący w trudnych warunkach, bojący się wypuścić dalej w otoczenie odnogę, by jej nie stracić. Nowe osiedla powstawały jako półkoliste narośla na ciele miasta. Początkowo były to niemal slumsy dla biednych imigrantów, ciągle zasypywane przez pustynie. W miarę upływu czasu następne i jeszcze następne budynki tworzyły ochronę przed piaskiem, a starsze osiedla podnosiły swój status. Wraz ze statusem rosły i czynsze. Mieszkańcy albo zdążyli się wzbogacić, albo przenosili się dalej.
Pożary na Marsie zdarzały się rzadko, niska zawartość tlenu w atmosferze i sporadyczne używanie w budownictwie materiałów palnych nie sprzyjały im. Niemal wszystko, co łatwo ulegało spaleniu, musiało przylecieć z Ziemi. Było więc drogie.
— Pisał pan, że człowiek jest zwierzęciem, które wyewoluowało w sposób naturalny, więc i wszystko, co robi, jest naturalne. — Jednak pani pamięta. Podałem też przykład pierwszych jednokomórkowców, które doprowadziły do katastrofy ekologicznej na niespotykaną już nigdy potem skalę, „zatruwając” ziemską atmosferę tlenem cząsteczkowym. — Dzięki temu mogliśmy się pojawić na świecie. — Tak więc pojęcie katastrofy ekologicznej jest względne.
Domy wyglądały podobnie. Elewacje mieniły się różnymi odcieniami brudnej czerwieni i pomarańczu, zachodnie ściany budynków najczęściej nie miały okien lub okna wybito później, gdy kolejne osiedla wytworzyły osłonę przed piaskami. Wtedy też zapewne powstały nieco bardziej wyszukane domy z większymi oknami. Niemal każdy miał na dachu baterie słoneczne lub szklarnię. A czasem jedno i drugie.
Wiatry zachodnie wiały częściej niż inne. Patrząc na plan Nowego Londynu, można było odnieść wrażenie, jakby miasto próbowało przyjąć jak najbardziej aerodynamiczny kształt. Strona wschodnia wydłużała się nieznacznie jak w spadającej kropli. Warstwa „naskórka” z prostych, tanich domów była najgrubsza od zachodu. Metro tutaj jeszcze nie docierało. Jego sieć rosła wolniej niż zabudowa.
Formowanie planet to w najlepszym razie setki lat. Dawno temu względy polityczne przeważyły i proces postanowiono skrócić. Wiedziano, że negatywne skutki wyjdą na jaw za kilka pokoleń, w dalekiej przyszłości. Teraz właśnie jest ta daleka przyszłość. Płacimy za krótkowzroczność i małość polityków, których imion nikt już dziś nie pamięta. Nigdy wcześniej nie formowaliśmy planet, więc mamy tylko wiedzę teoretyczną, ale wiemy, czego na pewno robić nie wolno. Proszę sobie wyobrazić ciężarną matkę, która nie może się doczekać dziecka i próbuje wybrać na lekarza prowadzącego ciążę tego, który zgodzi się przyspieszyć poród o kilka miesięcy. Tak właśnie zachowywali się politycy sto pięćdziesiąt lat temu i tak dziś zachowują się nasi wyborcy. Chcą żyć normalnie już teraz. Nie dopuszczając do siebie możliwości dłuższej perspektywy.

Fragment ebooka Mars - Rafał Kosik

Warszawa 2013

COPYRIGHT© 2003-2013 by Rafał KosikCOPYRIGHT© 2009-2013 by Powergraph COPYRIGHT© 2009-2013 for the cover illustration by Rafał Kosik

WYDANIE I

ISBN 978-83-61187-61-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

REDAKTOR PROWADZĄCA SERII Katarzyna Sienkiewicz-KosikILUSTRACJE ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCE Rafał KosikREDAKCJA Katarzyna Sienkiewicz-KosikKOREKTA Maria Aleksandrow SKŁAD Powergraph

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

WYDAWCA Powergraph sp. z o.o. Cegłowska 16/2, 01-803 Warszawa tel./faks: 22 834 18 25www.powergraph.pl, sklep.powergraph.pl, e-mail: powergraph@powergraph.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
2040
Prolog
2035
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
2340
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43

2040

Prolog

Z tej wysokości widziała wyraźnie wyłaniające się już ponad powierzchnię pustyni trzy ustawione w trójkąt okręgi o średnicy pięćdziesięciu metrów każdy. Krzątające się wokół nich postacie w białych skafandrach wyglądały jak termity oglądające fundamenty swojego przyszłego domu.

Przekręciła regulator ciągu, rozpoczynając hamowanie. Mały otwarty latacz zniżał lot, przymierzając się do lądowania w bazie umiejscowionej trzysta metrów od okręgów. Składała się z kilkunastu obłych kontenerów, łączących je zewnętrznych korytarzy oraz kopuły chroniącej główne pomieszczenia habitatu.

Na czarnym, bezchmurnym niebie świetnie widoczne były gwiazdy. Tak mogło wyglądać niebo nad australijskim Interiorem czy nad Teksasem. Ale to miejsce nazywało się Utopia Planitia i od Teksasu dzieliło je w tej chwili sto milionów kilometrów. Okolicę oświetlały ustawione na wysokich rusztowaniach lampy sodowe, nadające wszystkiemu w zasięgu wzroku zjadliwie pomarańczowy odcień.

Latacz, trzeszcząc amortyzatorami i wzbijając chmurę pyłu, usiadł wewnątrz wyznaczonego okrągłego pola. Trzy niewielkie dysze zamarły i po chwili, stygnąc, zaczęły tykać – ledwo słyszalnie za sprawą rzadkiej atmosfery. Jedna z postaci krzątających się przy zabudowaniach uniosła rękę, pozdrawiając przybyłą. Kobieta odpowiedziała tym samym gestem, choć z tej odległości nie mogła rozpoznać twarzy ukrytej za szkłem hełmu.

Odpięła pas i lekko, tak dalece jak pozwalał jej gruby kombinezon, zeskoczyła na ziemię. Podeszła do dystrybutora stojącego opodal lądowiska, wyciągnęła jeden z grubych kabli, rozwinęła go i wpięła trzy końcówki do trzech gniazd w tylnej części kadłuba latacza. Zielona kontrolka zgasła, zapaliła się czerwona. W papierowym notesie, leżącym za przezroczystymi drzwiczkami dystrybutora, ołówkiem, przyczepionym łańcuszkiem do urządzenia, kobieta zapisała godzinę rozpoczęcia ładowania. Potem starannie zamknęła drzwiczki.

Przestawiła częstotliwość radia na główny kanał bazy.

—... raz zacina się trakcja w trójce — usłyszała fragment rozmowy. Rozejrzała się, ale nie stwierdziła, do kogo należy głos. Ten ktoś mógł być nawet po drugiej stronie bazy. Już w pierwszym tygodniu prac wysiadła udawana stereofonia, pozwalająca określić przynajmniej kierunek, z którego dochodzi sygnał. Nikt nie potrafił tego naprawić.

— Rozbieramy i jeszcze raz przeglądamy śrubkę za śrubką — odpowiedział drugi głos. — Nie wyobrażam sobie nawet, co będzie, jak to za tydzień albo za miesiąc się zatnie.

— Ja też szanuję swoją emeryturę.

Z poziomu ziemi widać było, że trzy okrągłe mury mają kilkanaście metrów wysokości. Na krawędzi pierwszego z nich leżał podłużny ciemny kształt uczepiony ścian dwiema solidnymi łapami. Po ledwo widocznej z tej odległości drabince wolno wspinał się w jego kierunku człowiek w krępującym mu ruchy skafandrze. Dotarł do maszyny i otworzył pokrywę. Wgramolił się wyżej, chowając się we wnętrzu do połowy. To zapewne on był jednym z rozmówców.

To były już ostatnie poprawki. Dalej, oddalone ze względów bezpieczeństwa o pół kilometra, stały trzy wrzecionowate rakiety, którymi za dwa dni odlecą do domu. Ludzie pracujący we wszystkich bazach zostawią tę planetę bezludną na dwa lata. W tym czasie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, automaty, krążąc wokół rosnących okręgów, będą wylewać kolejne warstwy betonu i zbudują sześćsetmetrowe budowle. Trzony wież elektrolitycznych. Po dwóch latach ludzie wrócą tu z nowym sprzętem i dokończą pracę zbyt już skomplikowaną dla maszyn. Wreszcie, po kilku sezonach prac, opuszczą Marsa na niemal sto lat. Kontrolowane reakcje nuklearne podgrzeją grunt, rozpoczynając proces uwalniania wody, uwięzionej dotychczas wiele metrów pod powierzchnią, i podgrzewania planety. To z kolei przyczyni się do roztopienia czap polarnych i uwolnienia do atmosfery jeszcze większej ilości wilgoci i dwutlenku węgla, doprowadzając do gwałtownego efektu cieplarnianego.

Setki podobnych wież elektrolitycznych na całej planecie będą pracowicie przechwytywać wilgoć i produkować tlen, by pierwsi osadnicy mogli odetchnąć czystym powietrzem. Przywitają ich zielone od porostów skały, zarośnięte stepy, zamiast pustyni.

Lasy będą jednak musieli zasadzić sami, a morza... na morza trzeba będzie zaczekać znacznie dłużej.

Jaka przyszłość nas tu czeka?, pomyślała.

Odpowiedzią był głośny wrzask, wypełniający wnętrze jej hełmu. Drgnęła, wyprostowała się i rozejrzała, próbując odszukać źródło dźwięku. Ludzie w zasięgu jej wzroku zrobili to samo. Krzyk zmienił częstotliwość, co oznaczało rozszczelnienie skafandra, po czym ucichł zduszonym jękiem i metalicznym zgrzytem. Słychać było teraz monotonne szuranie i terkot. Dźwięk bez kierunku i odległości trwał zawieszony między ludźmi, to nasilając się, to słabnąc. Zdawał się dochodzić od strony rakiet, chwilę potem z habitatu, to znów od budowy.

Im mocniej wsłuchiwała się w ten dźwięk, tym mniej wiedziała, czym on jest. Poczuła nieprzyjemne ciarki na plecach. Obejrzała się – za barakiem magazynowym zaczynała się pustynia. Krzyk mógł dochodzić skądkolwiek, więc i stamtąd.

Wyobraziła sobie maszyny kroczące z Wojny światówH. G. Wellsa, które idąc przez pustynię w stronę bazy, szurały w piasku i terkotały gwintowanymi tulejami gigantycznych kończyn. Irracjonalnie czekała, aż wejdą w zasięg sodowego światła...

Technicy, poprawiający instalację hydrauliczną przy zabudowaniach bazy, stali zdezorientowani, trzymając w rękach narzędzia; troje ludzi pod jedną z rakiet gestykulowało, zetknęli się hełmami, aby rozmawiać bez radia. Mechanik na jednej z wież wciąż grzebał we wnętrzu automatu – na zewnątrz wystawały tylko jego nogi. Nie było wiadomo, co dzieje się wewnątrz bazy, ale przebywający tam ludzie zapewne nie korzystali z radia.

— Meldować się po kolei! — rzucił jakiś głos przebijający się przez szuranie. — Sekcjami. Pierwsza!

Kolejne osoby rzucały swoje nazwiska w kolejności alfabetycznej.

— Druga!

Znów kilka nazwisk. Gdy nikt nic nie mówił, mikrofony wyłączały się i powracał ów niepokojący dźwięk – ni to terkot, ni szuranie.Szur, szur...

— Trzecia!

Nazwiska, potem kolejne dwie sekcje i kolejne nazwiska. Potem szuranie. Ludzie z bazy wiedzieli już o krzyku, bo w okrągłych oknach pojawiły się twarze.

Niektórzy ze strachem wpatrywali się w pustynię.

— Martinez?

Szur, szur, szur.

— Martinez?! Odezwij się.

Szur, szur, szur.

— Martinez!!!

Ktoś rzucił trzymane w dłoni narzędzie i zaczął biec, inni od razu poszli w jego ślady.

Kobieta spojrzała za nimi. Nie wiedziała, kim jest Martinez ani gdzie go szukać. Powiodła wzrokiem w kierunku celu, do którego wszyscy biegli – na powstające wieże. Zacisnęła zęby. Z wnętrza powoli przesuwającego się automatu wystawały nogi. Nieruchome.

Ktoś wyłączył napęd. Terkot zwolnił i ustał. Wtedy pobiegła i ona.

Nie było maszyn kroczących ani Marsjan. Były tylko zacinający się mechanizm i nieostrożny, spieszący się mechanik.

Gdy z trudem łapiąc oddech, dotarła na miejsce, układali go na ziemi. Kombinezon był rozerwany w połowie klatki piersiowej, a wypływająca z niego krew od razu zamarzała. Górnej części ciała nie było – należała już do północnej wieży.

* * *

Pogrzeb trwał krótko. Nie było czasu na uroczyste ceremonie. Kilkadziesiąt osób w zamyśleniu wpatrywało się zza złocistych szyb hełmów w niski kurhan. Potem, jeden za drugim, odeszli. Liczyli się z ofiarami, były częścią tej gry.

Kobieta została najdłużej. Żegnała człowieka, którego nawet nie znała, a potem ruszyła w przeciwną stronę niż wszyscy. Miała jeszcze dość tlenu. Weszła niemal na szczyt jednej z wydm, by przed snem popatrzeć na nocny Mars. Zasapała się, choć ważyła tutaj mniej niż połowę tego co na Ziemi. Z niepokojem myślała o tym, co będzie, jak wróci do domu. Po trzech zaledwie miesiącach pracy tutaj odzwyczaiła się od własnego ciężaru.

Za plecami miała pracującą całą dobę bazę, przed sobą zanurzoną w bladym blasku gwiazd, ciągnącą się przez tysiące kilometrów martwą pustynię. Nie, nie do końca martwą – gdzieś tam musi być następna baza i jeszcze następna. Obok każdej z nich rośnie, lub jest już wykańczana, wieża. Czasem dwie. Nie wiadomo, dlaczego układ trzech wież będzie tylko tu.

Gdzieś tam, sto, dwieście kilometrów dalej, spoczywała sonda Viking 2.

Żałowała, że nie dożyje narodzin nowego świata. Będzie się tu mogło osiedlić dopiero piąte pokolenie, ludzie, którzy ją będą oglądać na starych zdjęciach, pośród wielu innych anonimowych postaci. Żal przyszłych dni. Znowu ta sama cholerna nostalgia. Przecież tak samo myśleli jej przodkowie, i tak samo będą myśleć kolejne pokolenia o swoich następcach.

Odwróciła się i zrobiła pierwszy krok w dół, ale zatrzymała się. Wydało się jej, że widzi na sąsiedniej wydmie jakiś ruch. Zaczęła wspinać się piaszczystym zboczem na szczyt.

Zatrzymała się oniemiała. Przeszył ją zimny dreszcz. Teraz widziała już wyraźnie – pięćdziesiąt metrów dalej stała dwójka dzieci. Kilkuletni chłopczyk obejmował starszą dziewczynkę, a ona przytulała go opiekuńczo. Drugą ręką wskazywała jakiś odległy punkt na pustyni.

Kobieta, nie mogąc oderwać od nich wzroku, osunęła się na kolana. To musiał być odblask... złudzenie... Dzieci nie miały skafandrów.

2305

1

Allen Ryan zajęty był zwracaniem obiadu do foliowej torebki. Każdy, kto miał wątpliwą przyjemność wymiotowania w stanie nieważkości, wie, jakie to trudne. Nie wystarczy pochylić się, by wszystko co zbędne wypłynęło z ust. O nie, trzeba to wydmuchnąć, wypchnąć językiem bądź w jakikolwiek inny sposób sprawić, by znalazło się na zewnątrz – najlepiej w torebce. Po każdej takiej sesji powietrze wokół pełne było małych mętnych kropelek, które przez długie minuty osiadały na ścianach, przedmiotach bądź współpasażerach.

Allen nie spodziewał się aż tak trudnych warunków. Nikt go na przykład nie uprzedził, że tu nie ma sztucznego ciążenia. Dwa dni temu, po wyłączeniu głównego ciągu zapewniającego przyspieszenie półtora G, wszystko, łącznie z pasażerami, nagle uniosło się w powietrze. Kilkakrotnie ostrzegano ich o zbliżającym się wyłączeniu silników, jednak Allen nie kojarzył tego z zanikiem ciążenia.

Chłopak wiedział, że aby zapewnić ciążenie, statek powinien się obracać jak pocisk wystrzelony z rewolweru lub mieć obrotowe pierścienie mieszkalne. To była teoria, ale poruszając się we wnętrzu statku plątaniną korytarzy, trudno było stwierdzić, gdzie jest przód, gdzie tył i czy to wszystko się obraca, czy nie. Przed startem nie obejrzał statku, a w części dostępnej dla pasażerów nie było okien. To również bardzo rozczarowało Allena. Nie tylko nie mógł rzucić ostatniego spojrzenia malejącej w oddali matce Ziemi, ale nawet nie czuł, że się przemieszcza.

Bilet na podróż frachtowcem był tani. Za miejsce na bardziej komfortowym statku pasażerskim, nawet w trzeciej klasie, musiałby zapłacić pięciokrotnie więcej. Przed startem nie widział powodu do uszczuplania swoich skromnych oszczędności. Z perspektywy dwutygodniowego zamknięcia w zardzewiałym pudle wyglądało to z pewnością inaczej niż na miękkim fotelu na wprost biuściastej dziewczyny z biura podróży. Nie namawiała go wcale na podróż frachtowcem. Wprost przeciwnie – uprzedzała, że warunki będą surowe. Chyba tylko inaczej pojmowała słowo „surowe” lub, co bardziej prawdopodobne, nic o tych warunkach nie wiedziała.

Tak czy inaczej, sam wybrał i siedział teraz uczepiony jedną ręką jakiegoś uchwytu, drugą próbując złapać w torebkę własne wymiociny. Nie on jeden rzygał, toteż zapach unoszący się w powietrzu był mało przyjemny. Wymienniki powietrza ustawiono na minimum, do tego stopniowo zmniejszano ciśnienie, by ułatwić późniejszą aklimatyzację. Po dwu dniach braku ciążenia wszyscy, nawet ci, których żołądek nie buntował się, stracili apetyt.

Dla pasażerów przeznaczono trzy kajuty z piętrowymi kojami i wiecznie migającymi, dającymi zimne, nieprzyjemne światło jarzeniówkami. Z oferty podróży tym złomem skorzystało dwadzieścia pięć osób. Zapewne równie ubogich jak on.

Coraz mniej ludzi emigrowało na Marsa. Allen wiedział o tym, ale właśnie w tym upatrywał swojej szansy. Miał dwadzieścia lat i cały majątek zakodowany w mikrochipie jedynej karty kredytowej. Już samo posiadanie karty kredytowej świadczyło o jego niskiej pozycji społecznej. Rodziców nie znał, dalszej rodziny też nie. Był sam, a rachunek ekonomiczny ostatnich trzech lat nie wyglądał najlepiej. Oszczędności kurczyły się niezależnie od tego, jakiej pracy się podejmował. Życie w mieście było zbyt drogie. Allen nie mógł zrozumieć w jaki sposób ludzie, z którymi pracował, potrafili utrzymać siebie i rodzinę. Jeśli nie chciał wylądować w tekturowym domku pod mostem, miał do wyboru kilka rozwiązań, a Mars był prawdopodobnie najlepszym z nich. Dla wielu najtrudniejszą decyzją było porzucenie praktyk religijnych – na Marsie były zabronione. Jednak dla Allena to akurat nie stanowiło problemu.

Większość pasażerów prawie nie opuszczała kajut. Postanowili przewegetować podróż. Dokładnie tak to wyglądało. Jedli, spali, trochę rozmawiali. Allen nie mógł znieść ich towarzystwa. Nudząc się, wędrował korytarzami i oglądał wszystko, co nie było zamknięte.

Raz wszedł niechcący przez właz techniczny do jednej z ładowni. Była po brzegi wypełniona opakowanymi w drewniane ramy silnikami spalinowymi. Po co silniki spalinowe na Marsie? Tam przecież nie ma paliw kopalnych.

— Połknij to. — Czarnowłosa dziewczynka przerwała mu rozmyślania. Wyciągała do niego dłoń z szarą pastylką.

Uniósł wzrok, koncentrując się na jej palcach. Było mu już wszystko jedno. Wziął pastylkę i przyjrzał się jej z bliska.

— Pomoże, jeśli dasz jej wystarczająco dużo czasu — usłyszał.

Włożył ją do ust i połknął bez popijania. Powstrzymał kolejną falę nudności.

Kwadrans spędził na walce z żołądkiem. Potem poczuł się lepiej. Płynąc od ściany do ściany, odnalazł dziewczynę w mesie.

— Dzięki. — Uśmiechnął się. — Chyba działa.

— Kosztuje grosze i można kupić w każdej aptece. Znalazłam właśnie zapasowe opakowanie i rozdaję wszystkim. Jessica — przedstawiła się, wyciągając dłoń.

— Allen — uścisnął jej drobną rączkę, unosząc się na środek sali. Głupio to wyglądało, bo zamiast kontynuować rozmowę, szukał podparcia, by chociaż pozostać przodem do dziewczyny. Ona jednak niezrażona kontynuowała:

— Podróżuję z mamą i bratem. Tato jest na Marsie od trzech lat. Nie mogę się już doczekać lądowania, bo tutaj jest strasznie nudno. Nic się nie dzieje.

— Nudno, fakt, ale lepiej, że nic się nie dzieje. — Chwycił się obudowy lampy. — To znaczy, że jeszcze żyjemy.

Mówił poważnie, ale ona zaśmiała się, biorąc to za żart.

— Jak to?

— Mam na myśli awarię. Zastanawiałem się też przed odlotem, że mogłoby okazać się, że nie ma żadnej kolonii, a statki otwierają luki i wyrzucają emigrantów w przestrzeń kosmiczną, by powrócić po następny ładunek. Nie, nie chciałem cię wystraszyć, przepraszam.

Nie powinno się opowiadać takich rzeczy trzynastoletnim dziewczynkom. Zmarszczyła brwi. Allen przyjrzał się jej dokładniej. Czarne włosy, niewinna buźka, porządne ubranie. Zapewne traktowała tę podróż jak zabawę. Tylko czemu mamusia wybrała taki substandard? Nie zapytał. Wolał uniknąć identycznego pytania z jej strony.

— Byłeś kiedyś na Marsie? — zapytała.

— Nie, ale... dużo czytałem. Pracowałem kiedyś w bibliotece.

Nie dodał, że jako sprzątacz.

— Czy to prawda, że tam wszyscy są o połowę lżejsi? — zapytał mały chłopczyk, podlatując do nich tak sprawnie, jakby robił to od dawna.

— To mój brat, Jared — przedstawiła go dziewczynka.

— Będę archeologiem — oznajmił.

Powiedział to z niezwykłą pewnością siebie.

— Wybrałeś złą planetę — odparł Allen. — Na Marsie nikogo przed nami nie było. Może bakterie... miliardy lat temu.

— Byli Marsjanie!

— Jak ich znajdziesz, pierwszy ci pogratuluję. Co do ciążenia, to po kilku dniach się przyzwyczajasz, a kiedy wrócisz na Ziemię, będzie ci się wydawało, że nosisz drugiego siebie na plecach.

— My nigdy nie wrócimy na Ziemię — powiedział malec, poważniejąc.

2

Allen zamknął oczy i zaciągnął się rzadkim, ciepłym powietrzem pachnącym przegrzanym metalem powierzchni kadłuba. Przypomniał sobie historię pierwszych ludzi na Marsie. Kobieta i mężczyzna przylecieli tu, by zatknąć gwiaździsty sztandar i flagę zjednoczonej Europy. Trwała wtedy zażarta dyskusja, kto ma pierwszy postawić stopę na Czerwonej Planecie – mężczyzna czy kobieta. Oni załatwili to w sposób najprostszy z możliwych. Zeskoczyli z trapu, trzymając się za ręce i nigdy nikomu nie powiedzieli, które z nich pierwsze dotknęło czerwonego piasku. Najpewniej sami nie wiedzieli. Nie chcieli też zdradzić, którą flagę wbili najpierw.

— Tutaj będę żył i tutaj umrę — powiedział cicho, wodząc wzrokiem po horyzoncie.

Inni pasażerowie nie dali mu się zachwycać pierwszą chwilą nowego życia. Potrącali go, mrucząc pod nosem nieuprzejme uwagi. Westchnął i razem z nimi ruszył stromym trapem rezonującym w rytm kroków. Marsjański wiatr rozwiewał jego jasne włosy.

Uderzenie gorąca nie było spowodowane upałem, to osłony radiacyjne w seriach trzasków i głuchych uderzeń oddawały nadmiar ciepła. Kiedy zeszli z trapu, poczuli jeszcze żar bijący od nagrzanej silnikami płyty lądowiska. Ciągnęła się daleko, przechodząc płynnie w pomarańczoworudą pustynię. Chyba od dawna nikt tu nie sprzątał, bo na betonie tworzyły się niewielkie ruchome wydmy wyglądające jak żebra. Lądujący statek oczyścił z piachu obszar o średnicy stu metrów, usypując na jego krawędziach dwumetrowy wał. Niebo było fioletowo-różowe, choć może było to wrażenie wywołane długim przebywaniem w sztucznym oświetleniu. Nigdzie wokoło ani śladu miasta.

Im dalej od statku, tym mocniej czuć było chłód zbliżającego się wieczoru. Allen odwrócił się i uniósł głowę – dopiero teraz mógł obejrzeć statek z zewnątrz. Nocą na Florydzie, w strugach ulewnego deszczu, niewiele widział. Statek był średniej wielkości klasycznym frachtowcem z ledwo widoczną nazwą wymalowaną białą farbą – „Yellowstone”. Nie mogło tu być mowy o sztucznej grawitacji. Wysoki na sto dwadzieścia metrów, najszerszy na dwóch trzecich wysokości i zwężający się łukiem ku górze kadłub, w kontrastowym świetle zachodzącego słońca, wyglądał jak wieża gotyckiej katedry, choć zamiast wykuszy, rozet, gzymsów i przypór miał jedynie obłe wybrzuszenia i guzy kryjące bliżej nieznane szczegóły wnętrza. Powietrze wokół statku drgało. Cztery wielkie, szeroko rozstawione podpory utrzymywały gasnące czerwienią dysze kilka metrów nad ziemią. Rzadki, niebieskawy dym unosił się wzdłuż kadłuba, wyżej dawał się porwać wiatrowi.

Kilometr dalej stał identyczny frachtowiec i dwa statki pasażerskie klasy 500. Większe jednostki w ogóle nie wchodziły w atmosferę. Okrążały planetę, zrzucając ładunek w cylindrycznych kontenerach, które spadały, rozżarzając się do białości w górnych warstwach atmosfery, by potem wypuścić spadochrony i uderzyć w pustynię gdzieś z dala od miast. Statki, uwolnione od ciężaru, wykorzystywały grawitację Marsa, by przy minimalnym zużyciu paliwa wrócić na Ziemię. Zawartość kontenerów zabierano kopterami bądź transporterami. Nic się nie marnowało – wykorzystywano nawet same kontenery i ich spadochrony.

Cóż, nie każdy ładunek mógł przetrwać lot przez atmosferę i uderzenie w grunt. Średnie jednostki zawsze będą potrzebne.

Allen przestał kontemplować ten widok i dogonił resztę grupy. Ponieważ jego bagaż ograniczał się do jednego plecaka, pomógł starszej kobiecie nieść ciężką torbę. Nie było tu portu kosmicznego w ziemskim rozumieniu. Nikt nawet po nich nie wyjechał. Właściwie tego właśnie należało się spodziewać, decydując się na emigrację do nieco zacofanego świata. Allen był z tego nawet zadowolony.

Pasażerowie, narzekając, szli w stronę odległego o pół kilometra, skonstruowanego z kilku kopuł, budynku z napisem „New London”. Pod nogami zaczynał im chrzęścić nawiewany znów piasek. Ciekawe, że znalazł się na powierzchni Marsa częściowo w wyniku działań człowieka. Gdy już pokonali piaskowy wał otaczający statek, zobaczyli jadący w ich stronę mały pojazd, który okazał się wózkiem bagażowym. Kierowca zatrzymał się, zaczekał, aż upchną swoje torby, plecaki i walizki na niewielkiej platformie, i bez słowa odjechał.

Pasażerowie ruszyli dalej pieszo, wciąż narzekając. Cóż... Spacer kosztował mniej energii niż wysłanie po nich autobusu. Racje żywnościowe dla człowieka poruszającego się pieszo były przecież takie same, jak dla przywiezionego autobusem. Marsjańska rzeczywistość.

Tuż przed budynkiem portu minęli kilka kopterów przycumowanych linkami do ziemi. Allen czuł niezwykłą lekkość ciała, tym silniejszą, że przez ostatnie dni musiał znosić półtora G wstecznego ciągu. Przechodząc pod skrzydłem koptera, czuł, że bez trudu doskoczyłby do wiszącego cztery metry nad ziemią rotora.

Wchodząc do hali portu, rzucił ostatnie spojrzenie na „Yellowstone”. Za dwa dni frachtowiec wystartuje w drogę powrotną. Potem, na blisko półtora roku komunikacja z Ziemią ustanie. Koniec sezonu tłumaczył te pustki i senną atmosferę.

Wnętrze hali wyglądało imponująco. Dopiero tutaj widać było, że budynki portu są ogromne – były zagłębione na kilka kondygnacji w ziemię.

Z dwudziestu stanowisk odprawy paszportowej pracowało tylko jedno. W pustej, przygotowującej się już do dłuższego przestoju hali uformowała się kolejka. W szczycie, kiedy Ziemia i Mars zbliżały się do siebie, przewijało się tędy kilka tysięcy osób dziennie.

Nie istniały prawne ograniczenia zabraniające swobodnego przemieszczania się po całej planecie. Mieszkańcy Marsa mieli takie same paszporty, posługiwali się, przynajmniej w teorii, jednym językiem i wybierali przedstawicieli do wspólnego parlamentu. Jedyną szansą na przystosowanie tej planety do potrzeb ludzi było prowadzenie jednolitej globalnej polityki. Formalnie wszyscy należeli więc do jednego społeczeństwa. Jednak oficer imigracyjny miał mundur brytyjski. Pewne siły obawiały się widocznie zbytniego poczucia jedności i dbały, by zachować przeniesione z Ziemi podziały. Trzy miliardy Marsjan stanowiły najliczniejsze państwo w Układzie Słonecznym. Nie mogło być oczywiście mowy o rebelii. Kolonia długo jeszcze nie będzie mogła funkcjonować bez dostaw z Ziemi.

Allen doczekał się na swoją kolej. Znudzony, myślący już o urlopie oficer zadał rutynowe pytanie o cel podróży i nie czekając na odpowiedź, przybił cyfrową pieczęć. Palmtop Allena piknął, potwierdzając otrzymanie stempla przez kartę ID. Obyło się bez wylewnych powitań. Dziewczyna w czapce z daszkiem i przylepionym do ust sztucznym uśmiechem przesłała każdemu broszurkę z podstawowymi informacjami dotyczącymi pierwszych dni w Nowym Londynie, rozdała dwulitrowe butelki wody i wskazała drogę do stacji kolejki podziemnej.

Utrzymanie naziemnych dróg poza miastami było nieopłacalne. Nawet przy ładnej pogodzie usuwanie z nich piasku kosztowałoby zbyt wiele, a metalowe szyny zużywałyby się szybko. Tak więc port z miastem łączył blisko trzydziestokilometrowy tunel z dwoma torami szybkiej kolejki elektrycznej podobnej do ziemskiego metra z połowy XXI wieku.

Zeszli kilkanaście metrów pod ziemię; nie było schodów ruchomych ani wind. Złożony z dwóch wagonów pociąg wyglądał zabawnie przy jednym z trzystumetrowych peronów pustej podziemnej stacji. Aby oszczędzać energię, zbędne wagony stały na bocznicy.

Wszyscy wsiedli. Pociąg łagodnie przyspieszył i teraz płynął niemal bezgłośnie na pneumatycznym zawieszeniu, nawet nie na poduszce magnetycznej. Dysze przed pierwszymi kołami zdmuchiwały ziarenka piasku, które mogłyby się tam znaleźć. Wszystko po to, by spowolnić proces zużycia szyn.

Allen nigdzie nie widział Jessiki. Zmęczeni podróżni w większości spali, ale ani jej, ani Jareda wśród nich nie było. Już pod koniec podróży trzymała się na uboczu. Widział ją kilka razy, ale uśmiechała się tylko, nie podejmując rozmowy – może przestraszył ją tym gadaniem o otwieraniu luków w próżni. No, a teraz znikła całkiem.

Za oknem przesuwały się nieregularne ściany korytarza. Pociąg monotonnie pokonywał kilometry tunelu. Ci, którzy nie spali, wertowali broszurę, uderzając palcem wskazującym w ekrany palmtopów. Allen zerknął tylko na jej początek i wiedział, że po dotarciu do miasta najpierw musi udać się do centrum imigracyjnego.

Poprawił się w fotelu i pociągnął spory łyk z butelki. Był ciekaw, ile prawdy jest w tym, że do wszystkich napojów na Marsie dodawane są leki, głównie przeciw astmie.

* * *

Wyszedł z podziemnej stacji do przeszklonej hali. Rozejrzał się – właściwie przypominała halę pierwszego lepszego dworca kolejowego na Ziemi. Za oknami widział wysokie budynki, błyszczące czerwienią w świetle zachodzącego słońca. Johannesburg? Miami? Prawie. Poprawił plecak, sprawdził, czy portfel schowany jest głęboko w zapiętej kieszeni, i wyszedł na ulicę w kolorowy tłum. Tu było już widać różnicę. Ludzie może trochę wyżsi, nie było za to samochodów, z wyjątkiem elektrycznych autobusów miejskich. Przy krawężnikach parkowały łaziki na grubych oponach. Do oszklonych, zakurzonych kabin trzeba było się niemal wspinać.

Większość ludzi przemieszczała się na wszelkiego typu rowerach. Dwu-, trój- i czterokołowych, poziomych, pionowych, ze szklanymi osłonami i bez. W centrum stało kilkadziesiąt wieżowców. Słabe ciążenie znakomicie ułatwiało stawianie wysokich budynków. Głównym ograniczeniem przy ich konstruowaniu była odporność na wiatr. Działki w centrum miasta były najdroższe, bo kilometrami ciągnąca się we wszystkich kierunkach zabudowa dawała najlepszą ochronę przed pustynią. Dlatego też każdy nowy budynek biurowy projektowano co najmniej na czterdzieści kondygnacji, by zoptymalizować koszty. Tak wysokie budynki zachowywały się stabilniej w czasie trzęsień ziemi, co dla większości ludzi było trudne do zrozumienia.

Jednak najwyższymi budowlami w Nowym Londynie były trzy wieże elektrolityczne. Betonowe trzony konstrukcji miały ponad sześćset metrów wysokości. Otoczone plątaniną rur i chodników główne elementy aparatury: skraplacze, baterie słoneczne i same komory elektrolityczne znajdowały się mniej więcej w połowie wysokości, powyżej miejsca, gdzie niszczące burze pyłowe wiały najsilniej. Aparatura po stu latach pracy traciła szczelność, toteż w trójkącie między wieżami cały czas siąpił rzadki deszczyk; w kogoś, kto stałby tam przez godzinę, mogły trafić jedna, dwie krople. Umieszczono tam główny park miejski, w którym rosły prawie stuletnie teraz dęby. Allenowi nie wydawało się to niecodzienne, ale dla przeciętnego Marsjanina drzewa były rzadkim widokiem.

Wilgoć tracona przez wieże zapewniała okolicy całkiem dobry klimat. Nic więc dziwnego, że park otaczały najdroższe w mieście apartamentowce z zielonymi od bujnej roślinności loggiami, z tarasami penthouse’ów przypominającymi dżungle. Takie widoki zazwyczaj były głównym tłem reklamówek marsjańskich biur podróży. Brakowało tylko wyjaśnienia, że mieszkają tu jedynie najbogatsi. Pustynię pokazywano za to jako ciekawostkę turystyczną, lokalną atrakcję, przemilczając, że mimo ogromnych wysiłków zajmuje ona nadal ponad dziewięćdziesiąt pięć procent powierzchni planety.

Z zapatrzenia wyrwał go hałasujący samochód-odkurzacz zbierający naniesiony w ciągu dnia piasek. Wszystko pokrywała warstwa pomarańczowego piasku i pyłu. Ich ziarenka gromadziły się już przy podeszwach wojskowych butów Allena.

Biuro imigracyjne... Chłopak zerknął na plan centrum miasta na wyświetlaczu palmtopa. Central Park, jak nazywano trójkąt między wieżami, stanowił doskonały punkt orientacyjny. Stacja, na której wysiadł, była oddalona od parku o ponad pół kilometra. Biuro znajdowało się dwieście metrów stąd, ale... na pewno było już zamknięte.

Krwistoczerwone słońce kryło się za dachami biurowców. Niebo na wschodzie było wyraźnie fioletowe, co doskonale świadczyło o postępujących procesach zmiany składu atmosfery. Allen miał w zasięgu wzroku kilka szyldów hoteli z wyeksponowanymi informacjami o cenie za noc i dobowym limicie zużycia wody. Szyldy zamiast neonów... Ponownie wyjął z kieszeni palmtop i przeliczył dolary amerykańskie na lokalne. Wybrał najtańszy hotel i poprawiając plecak, ruszył w jego kierunku. Cena była prawie dziesięciokrotnie niższa od cen w podobnych hotelach na Ziemi.

Tutejszej architektury nie można było nazwać szczególnie ładną. Większość domów była po prostu kostkami ustawionymi wzdłuż ulicy, z trudem utrzymującymi jednolitą wysokość zabudowy. Hotel o oryginalnej nazwie „Mars” nie był wyjątkiem.

Allen pociągnął szklane drzwi i wszedł do zakurzonej recepcji. Najtańszym materiałem na Marsie, prócz szkła, był rodzaj sztucznego kamienia uzyskiwanego z nadtopionego i barwionego piasku. Nazywano go nie całkiem poprawnie lastrikiem. Większość elementów wystroju wnętrza w recepcji wykonano właśnie z lastriko i ze szkła.

Allen uderzył w dzwonek stojący obok płytkiej doniczki z iglastym bonsai. Doniczka miała szklaną przykrywkę w kształcie kopułki. Z zaplecza wyszedł przygarbiony staruszek nieco zdziwiony widokiem gościa. Pewnie nie spodziewał się nikogo z Ziemi przez najbliższe półtora roku.

— Ostatni transport. — Przywitał go skinieniem głowy. Wpisał dane do archaicznego terminalu i poprosił o kartę płatniczą.

— Tym nie może pan płacić — stwierdził, biorąc do ręki Visę. — Dziś przenocuję pana na kredyt, ale jutro rano musi pan założyć konto w tutejszym oddziale banku.

Allen zapewnił go, że tak uczyni. Musiał zgłosić się też do urzędu pracy.

Z dwunastu pokoi jedenaście było wolnych. Dziadek dał mu lokum na drugim piętrze, na tyłach budynku. Widać było stamtąd śmietnik, niechlujne podwórka innych domów, ale też szczyty drzew Central Parku. Zapewne więc był to jeden z lepszych pokoi.

Allen wziął prysznic, wykorzystując ponad połowę czterolitrowego dziennego limitu wody. Położył się i natychmiast zasnął.

3

Obudził go głód. Nie zjadł przecież kolacji. Leżał z zamkniętymi oczami i próbował sobie przypomnieć, gdzie jest. Seattle... koja na „Yellowstone”... hotel „Mars”! Czując suchość w gardle i nosie, z trudem otworzył oczy. Uniósł się na łokciach. Przed oczyma zatańczyły mu czarne plamy. Odczekał chwilę i wstał. Wypił połowę pozostałej wody z butelki, którą dostał w porcie kosmicznym. Trochę pomogło.

Zauważył, że kibel ma konstrukcję przypominającą toalety w samolotach. Znowu oszczędność. Oszczędność wody, energii, powietrza, żywności, ubrań. Tu wszystko trzeba oszczędzać!

Przylot ostatnim transportem miał swoje plusy. Bez kolejki załatwił nowe obywatelstwo. Procedura była niezwykle prosta i po pięciu minutach miał w ręku kartę ze swoim nowym ID. O dziwo, pasowała do jego ziemskiego palmtopa – to nawet więcej niż globalizacja. W obecności urzędnika przejechał kciukiem po czytniku linii papilarnych, czym nieodwracalnie zaprogramował kartę do swojego wyłącznego użytku. W ogóle nie poczuł doniosłości chwili. Poszedł do najbliższego dużego banku i otworzył konto, wydając polecenie przelania na nie wszystkich oszczędności z konta ziemskiego. Tutaj również obsłużono go niezwykle szybko. Przelew z Ziemi miał iść dwa dni, ale bank przyznał mu od razu kredyt w wysokości stu dolarów. Kolejne miłe zaskoczenie.

Wyszedł na ulicę i zaczął się rozglądać za jakimś barem. Pierwszy był za drogi. Kanapka kosztowała ponad dziesięć dolarów. Allen przeliczył to na walutę amerykańską i ze zdziwieniem stwierdził, że zwykła kanapka jest tu prawie dziesięć razy droższa niż w Seattle. Sprawdził kilka następnych barów – wszędzie ceny były podobne.

Jednak musiał coś zjeść i się napić. Stał na ulicy, zastanawiając się, co zrobić. Gorąco stawało się nieznośne. Jak co dzień. Nie ma co tak stać... Wszedł do baru z kilkoma pustymi stolikami. Panował tu zaduch, nie było klimatyzacji. Zamówił kanapkę za jedenaście dolarów i dużą kawę za osiem. Jedno i drugie smakowało nieszczególnie. Zawartość kanapki smakiem i konsystencją przypominała mielone mięso, ale wolał nie pytać, co to jest naprawdę.

Z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że jego palmtop nie loguje się do sieci miejskiej. Na Ziemi, we wszystkich chyba miastach, internet był dobrem powszechnie dostępnym. Tutaj najwyraźniej nie istniały publiczne nadajniki, które kosztem gigawatów energii pokrywałyby miasto zasięgiem, umożliwiając każdemu swobodny dostęp do sieci.

Schował więc palmtop i na przypiętym linką do stołu książniku przejrzał poranne serwisy informacyjne. Lokalne wiadomości niewiele mu mówiły. Przestudiował oferty biur pośrednictwa pracy, ale okazało się, że i tak musi się tam udać osobiście, by się najpierw zarejestrować. Ceny żywności skłaniały go do szybkiego działania. Umówił się w biurze Headsearchers, na wszelki wypadek zostawiając sobie godzinę zapasu.

Zjadł, wypił, zapłacił i wyszedł z dusznej nory do rozgrzanego piekarnika. Znów mroczki przed oczami. Wrócił do cienia i oparł się o ścianę. Paskudny klimat. Ludzie idący chodnikami mieli przeważnie sandały zakryte z wierzchu przewiewnym materiałem, spodnie do półłydek i koszule z szerokimi rękawami. Wszystko to z materiału przypominającego len. Wiele osób nosiło jasne kapelusze. Allen spojrzał po sobie. Długie bawełniane spodnie wojskowe, koszula, wprawdzie rozpięta, ale też bawełniana. No i buty. Solidne skórzane buty. Wiedział, że tu będzie gorąco, ale nie spodziewał się, że aż tak. Ciekawe, ile kosztują ubrania? Podwinął nogawki spodni i rękawy koszuli. Trochę pomogło.

Uniósł wzrok i uśmiechnął się. Biuro Headsearchers znajdowało się po przeciwnej stronie ulicy. Miał więc czas na godzinny spacer. Najbliższy i największy na całej planecie park znajdował się o kilka minut drogi. Central Park. Allen udał się w jego stronę, spływając potem i kryjąc się w cieniu tam, gdzie było to możliwe.

* * *

W Central Parku znajdował się największy pod względem powierzchni zbiornik wody na Marsie. Reklamy pokazywały wielkie jezioro pod szklaną kopułą, przez którą przeświecało czerwonawe niebo. Allen stał teraz przed tym jeziorem. Na urodzonych tu musiało robić wrażenie, ale dla Allena był to zwykły staw. Zawsze fotografowano go tak, by wydawał się większy. W najszerszym miejscu miał siedemdziesiąt metrów. Głębokość nie przekraczała trzydziestu centymetrów. Nawet zamoczyć nóg nie było wolno.

Spojrzał w górę. I dopiero ten widok zrobił na nim wrażenie. Trzy wieże elektrolityczne zbiegały się w perspektywie sześćset metrów wyżej i wyglądały tam wysoko jak cienkie rurki. W rzeczywistości średnica kominów u podstawy wynosiła pięćdziesiąt, a na szczycie prawie trzydzieści metrów. Wyszedł na zewnątrz, by lepiej się im przyjrzeć. Na Ziemi budowano wyższe wieżowce, ale te wieże miały w sobie nieopisany majestat. Stały tutaj, nim pojawili się pierwsi osadnicy i będą tu stać dłużej niż jakiekolwiek budynki w tym mieście. W dziwny sposób wiedział o tym.

Dalej, w cieniu drzew stał mały pomnik zagubionych duszyczek. Odlane z brązu postaci dwojga dzieci.

Obszedł park, pomimo tłumu dookoła, ciesząc się cieniem i chłodem. Stare drzewa, cień – zwykły ziemski park.

Wrócił przed biurowiec, w którym znajdowało się biuro Headsearchers. Windą wjechał na czterdzieste trzecie piętro. W biurze stały wyłącznie biurka, fotele i płaskie terminale. Żadnych przepierzeń, szaf, boksów. Zapewne wszystkie biura tak tu wyglądały. Szafy nie były potrzebne, bo wszystkie dokumenty leżały w pamięciach masowych serwerów gdzieś w podziemiach.

Allen skierował się do działu konsultantów. Dziewczyna z długimi blond włosami, na pewno niepraktycznymi w takim klimacie, wskazała mu krzesło przed swoim biurkiem. Tabliczka informowała, że konsultantka nazywa się Doris Westwood.

— Czym mogę panu służyć? — zapytała, uśmiechając się niewymuszenie.

— Szukam pracy.

— Przyleciał pan ostatnim transportem — stwierdziła, patrząc na jego strój. — Mało dziś klientów. Wypełnię ankietę za pana. — Znów się uśmiechnęła. — Proszę się nie martwić, mamy dużo ofert.

Skąd wiedziała, że się martwił? Wszyscy się martwili?

Stukała w klawisze terminala. Podłączony do niego książnik popiskiwał cicho za każdym razem, gdy naciskała enter. Allen przypuszczał, że gdyby nie jej pomoc, spędziłby tu dużo czasu.

— Pana imię i nazwisko?

— Allen Ryan.

— Urodzony?

— Minnesota. Piąty lipca dwa tysiące dwieście osiemdziesiąty czwarty.

— Minnesota? A dokładniej?

— Niestety...

— Wpiszę Saint Paul. To zdaje się stolica stanu. Nie mogę zostawić pustej rubryki. Imiona rodziców?

Allen spuścił wzrok.

— Moi rodzice też nie żyją — powiedziała dziewczyna. — Wykształcenie?

— Podstawowe...

— Języki obce?

— Portugalski. Ledwo ledwo.

— Lepiej wpiszę, że brak. Dotychczasowe doświadczenie zawodowe?

— Budowa i konserwacja urządzeń mechanicznych. Praktycznie każdego rodzaju – pracowałem w wielu różnych miejscach. Naprawiałem kosiarki do trawy, windy, klimatyzatory. Ostatnie dwa lata spędziłem przy budowie kopterów marsjańskich u Bella. Znam w nich każdą śrubkę, jeśli można tak napisać.

Doris spojrzała na niego.

— Chciałby pan pracować przy kopterach?

— Myślę, że tak.

— Zobaczę, co da się zrobić. — Już stukała w klawisze. — Na pewno potrzebują mechaników, choć w naszym biurze nie zgłaszali zapotrzebowania. Sami się do nich odezwiemy.

— Byłoby świetnie...

Allen przyłapał się na tym, że jak uczniak mnie w palcach róg koszuli.

— Jeśli znajdziemy panu pracę, nasza prowizja wynosi połowę pierwszej pensji miesięcznej. Może być płatna w ratach do pół roku. Zgadza się pan?

— Chyba muszę.

Anioł nie dziewczyna. Chciał zapytać, co robi wieczorem, ale przypomniał sobie, że stać go jedynie na zaproszenie jej na spacer. Znów spuścił wzrok.

— Proszę o pana ID.

— Wyciągnął z kieszeni palmtop i nacisnął przycisk identyfikacji.

— Dziękuję. Skontaktujemy się z panem, gdy tylko znajdziemy jakąś pracę. Nie wiem, czy będę to ja. Jutro kończy mi się kontrakt. Połowa naszych klientów to imigranci.

— Jeszcze jedno... nie mogę się zalogować do sieci miejskiej, żeby ściągnąć wiadomości.

— Nie przeczytał pan chyba do końca broszurki, którą rozdają w porcie kosmicznym. — Uśmiechnęła się. — Bez wykupienia dodatkowego abonamentu będzie pan mógł się logować tylko lokalnie, na przykład w knajpach, gdy miejskie serwery przetworzą pana nowe dane.

Pożegnał się i wyszedł. Wiadomość od dziewczyny przyszła po chwili, gdy był w windzie. Dostał pracę, zapewne tymczasową, choć nic nie było pewne. Następnego dnia rano miał się udać do zachodniej części miasta.

Zastanawiał się, czy gdyby wyszedł z budynku, dostałby tę wiadomość dopiero po zbliżeniu się do jakiegoś lokalnego nadajnika. Wrócił do hotelu bocznymi uliczkami, gdzie wyrastające z dachów kanciaste konstrukcje baterii słonecznych rzucały odrobinę cienia.

4

Senator Richard Griffin wyłączył ekran terminala, podniósł z popielniczki wypalone do połowy cygaro i wyszedł na obszerny taras swojego apartamentu przy Central Parku. Zaciągnął się. Z żeliwnego stolika podniósł dużą wojskową lornetkę. Zadarł głowę i wyregulował ostrość na plątaninie rur wychodzących z cylindrów komór elektrolitycznych najbliższej wieży. Komory stanowiły najniższą część wielopiętrowego systemu pozyskiwania tlenu, który umieszczono w połowie wysokości betonowego trzonu wieży. Na pierwszy rzut oka widać korozję i zacieki. To było właśnie źródło życiodajnego dla roślin parku deszczu, ale oznaczało również ciągły spadek produkcji tlenu.

Konkretny lokalny zysk kosztem globalnie rozmytej straty. Działo się tak we wszystkich wieżach i nie był to wynik celowego działania. Wieże obliczono na sto pięćdziesiąt lat pracy. Po dwustu miały prawo zacząć szwankować. Tyle że według pierwotnego planu wszędzie wokół miast powinny być już lasy przerabiające dwutlenek węgla w tlen. Plan minimum zakładał roślinność stepową, ale w rzeczywistości i ta nie chciała się utrzymać na jałowym, ruchomym piasku.

Senator patrzył jeszcze chwilę na wieżę, po czym odłożył lornetkę i usiadł na leżaku.

— Można by tam polecieć — powiedział do siebie — i zobaczyć, jak to wygląda naprawdę.

W założeniu wieże miały być bezobsługowe. Plany leżały zapomniane gdzieś na Ziemi, a projektujący je inżynierowie od przeszło dwóch wieków odpoczywali w Alei Zasłużonych. Możliwe, że na Marsie nie było ani jednej osoby zdolnej się połapać w tych setkach kilometrów rur. Ostatnie ekspertyzy sprzed kilku lat zaginęły w okolicznościach na tyle dziwnych, że aż podejrzanych. Nowych nie było i nic nie wskazywało na to, by prędko miały powstać. Obszar w promieniu dwóch kilometrów od wież objęto całkowitym zakazem lotów, a z ziemi nie było jak się wspiąć do maszynerii.

Nie dalej jak miesiąc temu spadająca śruba zabiła przechodnia. Strata niewielka, ale prasa podchwyciła tanią sensację. Ktoś nawet opublikował animację walącej się wieży. Bzdura! Beton będzie tu stać jeszcze i dwa tysiące lat.

Sprawa ucichła równie nagle, jak się pojawiła. Griffin bezskutecznie próbował odnaleźć w archiwach redakcyjnych nazwisko ofiary. Nie było też nigdzie aktu zgonu. Policja zagubiła wszelkie materiały dotyczące wypadku, a policjanci prowadzący śledztwo awansowali i zostali przeniesieni do Sargass. Senator nie miał czasu zajmować się dalej tą sprawą. Bałagan w biurokracji to problem kogo innego.

Raport, który przed chwilą przeczytał, niepokoił go, choć tego właśnie mniej więcej się spodziewał. Optymiści twierdzili, że o tlen nie trzeba się już martwić, bo „Stan równowagi został osiągnięty”. Większości ludzi to wystarczało i z radością wyrzucali z głowy jedno zmartwienie. W rzeczywistości było źle, a ściślej mówiąc, wszystko zmierzało w złą stronę. Tyle że optymiści mieli znacznie silniejszy dar przekonywania niż Griffin.

Dobre efekty w zalesianiu osiągano jedynie wewnątrz niewielkich i w miarę nowych kraterów uderzeniowych, których korony nie uległy jeszcze erozji. Osłonięte przed burzami piaskowymi oazy zieleni wciąż wymagały nawożenia i nawadniania. Nawożenie było proste: odpadki organiczne z miast, po wstępnym przetworzeniu i odzyskaniu w procesie fermentacji biogazu, transportowano do najbliższych oaz. Gorzej było z nawadnianiem. Wydajność nowoczesnych skraplaczy była niewystarczająca. Drzewa często usychały. Nie mieli kilku stuleci, by przechodzić stopniowo od roślinności pustynnej, poprzez stepową, sawannę, aż do lasów. A z braku oceanów tylko wielkie połacie lasów mogły ustabilizować klimat na poziomie umożliwiającym ludziom komfortowe życie. Bez nawadniania nawet mchy i porosty zdychały z braku wilgoci. Przetestowano kilkaset gatunków, nie znajdując odpowiedniego. O równowadze nie mogło być mowy.

Pozostawały wieże elektrolityczne produkujące tlen z wody.

Kiedyś planowano kolonizować Marsa, umieszczając na jałowej planecie szklane kopuły habitatów. Cóż to byłoby jednak za życie? Ciągły strach przed rozszczelnieniem powłoki i uduszeniem.

Dwa lata temu senator Griffin mógł sobie pogratulować przepchnięcia ustawy przyznającej środki na projekt Waterfall. W kierunku Marsa leciała pierwsza kometa, na tym etapie podróży kierowana już w prosty sposób. Towarzyszyły jej trzy bezzałogowe statki. Podgrzewając laserami powierzchnię komety, powodowały wrzenie i wyrzut masy w odpowiednim kierunku. To wystarczało do drobnych korekt toru lotu. Niewielkie jądro i kilkadziesiąt milionów ton lodu. Częściowo H2O, częściowo CO2 plus nieistotne domieszki. Wielkość imponująca, choć nie w skali planetarnej. Jeśli uda się trafić w okolice bieguna, bilans tlenowy poprawi się zaledwie o ułamek procenta, ale otworzy to drogę do zupełnie innego sposobu terraformowania Marsa. Zdecydowana większość lodu wyparuje podczas lotu przez atmosferę i spadnie w postaci deszczu. Dodatkową korzyścią będzie naruszenie pozostałej czapy lodowej, która dotychczas nie całkiem zanikła, i to mimo podgrzania atmosfery.

Już wkrótce dopuszczalnym kosztem energetycznym będzie można zmieniać tor lotu podobnych obiektów. Pozwoli to na pozyskanie zarówno tlenu, jak i wody, w ilościach umożliwiających dokończenie przemiany Marsa w prawdziwą drugą Ziemię.

Oczywiście istnieje ryzyko rozpadu obiektu przed dotarciem do celu. Stanowiłoby to pewne zagrożenie dla obszarów zamieszkanych, choć największym zmartwieniem naukowców pozostawało niewielkie kamienne jądro, którego nie dawało się dokładnie zbadać. „Niewielkie” jądro uderzające w Marsa mogło oznaczać katastrofę na skalę ziemskiej zagłady dinozaurów i powrót sztucznie przerwanej epoki lodowcowej. Oznaczałoby to również kres panowania ludzi na Czerwonej Planecie. Ale do tego czasu został jeszcze ponad miesiąc. Parę tęgich głów pracowało nad tym w ścisłej tajemnicy.

Griffin uważał się za marsjańskiego patriotę i wizjonera, choć nie uzewnętrzniał tego ostentacyjnie. Myślał już o następcy projektu Waterfall, który miałby się rozpocząć wiele lat po jego śmierci. Skoro można zmieniać orbity asteroidów i komet, to czemu nie sprowadzić na orbitę Marsa wielkiej bryły tlenku żelaza? Bardzo ryzykowne, ale możliwe. Senator nie był jednak głupi i wiedział, że skomplikowane polityczne układy długo jeszcze na to nie pozwolą. To oznaczałoby przecież początek uniezależniania się Marsa od Ziemi. Trzeba z tym jeszcze poczekać.

Sprowadzenie komety było bardzo skomplikowane technicznie, ale to problemy prawne i logistyczne przyprawiały senatora o ból głowy. W świetle aktualnego prawa, za wprowadzenie w atmosferę tak dużego obiektu groziła kara śmierci. Trzeba przepchnąć parę ustaw, nim wszystko wyjdzie na jaw. Ponadto pamiętać o takich drobiazgach, jak na przykład odwołanie wszystkich ekspedycji polarnych.

Szczerze mówiąc, o komecie lecącej w stronę Marsa wiedział senator Griffin i zaledwie kilkunastu jego współpracowników. Jak i kiedy powiedzieć to pozostałym kilku miliardom obywateli – oto kolejny problem, pytanie bez dobrej odpowiedzi.

Na razie potrzebował jeszcze jednej osoby – koordynatora naziemnej części projektu. Kogoś niezależnego, spoza aktualnego politycznego przydziału. Zbyt wielu ludziom zależało na jego niepowodzeniu. Tak. Senator Griffin potrzebował kogoś niezależnego i uczciwego. I to szybko. Ale jak znaleźć kogoś takiego? Nikt odpowiedni nie przychodził mu do głowy. Jak nie dopuścić, żeby wrogowie nie podstawili mu wtyczki?

— Przejrzeć stare ogłoszenia — mruknął, wracając do gabinetu.

Usiadł przed terminalem i wywołał stronę największego biura pośrednictwa pracy.

5

Wokół miasta rozciągała się bariera składająca się z trzech oddalonych od siebie o kilkanaście metrów parkanów z gęstej metalowej siatki. Zewnętrzny miał pięć metrów wysokości, środkowy siedem i pół, a wewnętrzny dziesięć. Ich celem było spowodowanie zawirowań powietrza i wytrącenie przynajmniej większych ziaren. Barierę dawało się stosunkowo łatwo przesuwać. Po każdej burzy setki spychaczy i wywrotek podejmowało syzyfową pracę ponownego przetransportowania piasku w głąb pustyni. Wszystko wskazywało na to, że zachodniej części miasta nie uda się uratować. Prawie stumetrowa diuna napierała na mur, grożąc jego przekroczeniem w ciągu najbliższych tygodni.

Spychaczokoparka na wielkich niskociśnieniowych oponach wspinała się na strome zbocze. Allen co chwilę zerkał na wskaźnik przechyłu, choć do czerwonej linii było bardzo daleko. Tuż przed wierzchołkiem należało tylko opuścić czerpak i docisnąć gaz. Nie sposób się było nawet pomylić, bo całą hydrauliką czerpaka sterowały dwie dźwignie. Praca w sumie prosta. Gdy dostał ją po zaledwie kilku minutach od wypełnienia ankiety w urzędzie, nawet nie pomyślał o wybrzydzaniu. Zbyt dobrze pamiętał kłopoty, jakie miał na Ziemi.

Sto metrów dalej po prawej i lewej stronie inne maszyny robiły dokładnie to samo i z dokładnie takim samym efektem. Po trzech godzinach pracy Allen miał wrażenie, że poznał znaczenie powiedzenia „syzyfowa praca”. Jeśli nawet przesunął wierzchołek diuny o metr, to nikt nie mógł tego obiektywnie potwierdzić. Piasek drobnymi strużkami leniwie zsuwał się po łagodniejszym zboczu w stronę zewnętrznego podnóża wydmy, gdzie kilkanaście maszyn podkopywało zbocze, ładując piach na płaskie wywrotki. Przypominające żółwie pojazdy wywoziły urobek poza południową i północną część miasta.

Zewnętrzny kraniec zachodniej część Nowego Londynu zwano West Endem, analogicznie do wschodniego – East Endu. W większości były tu niemal slumsy. Mimo to broniono ich. Allen, wykonując automatycznie, po raz setny tę samą sekwencję czynności, zastanawiał się, ile w tym szczerej troski o mieszkańców, a ile obawy przed ich migracją do lepszych dzielnic.

Marsjańska polityka była pełna sprzeczności. Z jednej strony, próbowano wszelkimi środkami zwiększyć produkcję tlenu, z drugiej, dużej mocy silnik spychaczokoparki spalał wodór, czyli robił coś dokładnie odwrotnego. Być może pojazdy elektryczne były za słabe, by tutaj pracować, ale przecież takich maszyn wokół innych miast musiały być tysiące!

Allen odczuwał senność spowodowaną niższym ciśnieniem i niższą zawartością tlenu. Aklimatyzacja jeszcze trwała. Powrót na Ziemię ponoć był trudniejszy z powodu ciążenia, ale on nie chciał przecież wracać. Tu miał pracę. Fotel był wygodny, kabina klimatyzowana – i nie chodziło nawet o komfort, ale o przeżycie – temperatura była tu taka sama, jak latem na Saharze. Nocą, niestety, spadała czasem znacznie poniżej zera. Warunki może trudne, ale potrafił na siebie zarobić, a to było najważniejsze. Nie orientował się jeszcze zbyt dobrze w cenach; wyliczył tylko, że rachunek za hotel zabierze dwadzieścia pięć procent jego wynagrodzenia. Dalej od centrum ceny na pewno były niższe. Zamierzał zwiedzić miasto i gdy tylko skończy załatwiać formalności, przenieść się do miłej i taniej dzielnicy.

Po południu, podczas przerwy na lunch przysiadł się do ławy, przy której siedział jego nowy szef. Nazywał się Briks i był solidnie zbudowanym czterdziestolatkiem. Nie golił się chyba od tygodnia.

Kilkudziesięciu robotników kończyło jeść bliżej nieokreśloną białą papkę smakującą rozgotowanym ryżem. Pod szerokim namiotem z metalizowanego materiału było tylko odrobinę chłodniej niż na zewnątrz.

— Przepraszam — odezwał się Allen. — Jaki sens ma moja praca? Od rana przesuwam piasek i ledwo spłaszczyłem odrobinę szczyt góry.

Szef spojrzał na niego bez zdziwienia czy irytacji i odpowiedział:

— Wiatr porzuca ziarenka tuż za wierzchołkiem wydmy. Dlatego wierzchołek przesuwa się. Strona zawietrzna jest bardzo stroma. Gdy zostanie przekroczona wartość graniczna, ziarenka zaczynają osypywać się i przesuwa się również podstawa wydmy. — Mówiąc to, obrócił się na ławie i sięgnął dłonią do piasku leżącego na podłodze namiotu. Palcem przesypał ziarenka przez szczyt małej górki. — Cofając wierzchołek wydmy, opóźniamy jej marsz, a wybierając piasek tutaj — wskazał kciukiem podnóże — zmniejszamy ilość, jaka dociera do wierzchołka.

— Ta praca będzie trwać w nieskończoność — zauważył Allen.

Kilku robotników zaśmiało się, nie unosząc wzroku.

— Wydmy będą wędrować, dopóki będzie piasek i wiatr.

— Nie ma na to sposobu?

— Wielu nad tym myślało. Padł kiedyś pomysł zeszklenia powierzchni wydm wokół miasta palnikami, żeby wiatr nie przesuwał ziarenek.

— Czemu tego nie zrobiono?

— Bo piasek z pustyni wjechałby do miasta jak po autostradzie.

Znów śmiechy w tle.

— Dlaczego więc miasto wybudowano tutaj?

— Według optymistycznych planów, które zwabiły nas na tę cholerną planetę, wszędzie dookoła — zatoczył ręką łuk — od pół wieku miały być lasy. A przynajmniej zielone łąki.

6

W porze lunchu biuro opustoszało. Doris była jedyną osobą na całym piętrze. Siedziała przed płaskim ekranem terminala, a stukanie klawiszy niosło się do szklanych ścian i powracało. Poszukujących pracy było bardzo mało, jak zawsze pod koniec okresu bliskości Ziemi. Przybywało za to ofert pracodawców. Od wczoraj, od wyjścia tego nowego chłopaka z Ziemi, nikt nie przyszedł. Załatwiła dosłownie kilka zdalnych kontraktów. Allen Ryan... Był sympatyczny i nieco zagubiony. Bardzo chciała mu znaleźć pracę przy naziemnej obsłudze kopterów. Jeszcze wczoraj wysłała zapytanie na lotnisko i do kilku firm, które miały własne maszyny, ale nadal nie było odpowiedzi.

Zamierzała właśnie wyjść, gdy na ekranie pojawiła się nowa wiadomość. Odpowiedź z bazy danych, ale na zapytanie dotyczące jej samej. Od miesiąca raz dziennie przeczesywała bazę, a nawet umieściła w niej własne CV i dość wygórowane oczekiwania. Musiała znaleźć pracę i dla siebie. Okres ku temu był najlepszy, zresztą dlatego właśnie, wraz ze wznowieniem komunikacji z Ziemią, miała zamiar wrócić do biura pośrednictwa. Kontrakt okresowy umożliwiał jej dostęp do ofert i wybranie w ostatniej chwili tej najlepszej. Szefowie nie mieli nic przeciwko temu.

Otworzyła wiadomość, która właśnie przyszła, razem z czternastoma innymi przesłała ją do swojego palmtopa, po czym zjechała do baru na lunch, by przy jedzeniu przejrzeć oferty.

W barze też czuło się atmosferę końca sezonu. O połowę mniej ludzi. Ceny kanapek z serem i szynką, kawy i herbaty poszły już dziesięć procent w górę. Ceny żywności z Ziemi za miesiąc urosną o sto procent, a i tej lokalnej gdzieś o połowę. Potem, za trzy, cztery miesiące produkty miejscowe zaczną tanieć. Doris od kilku dni czekała, aż sałatka z tuńczyka się zestarzeje i zostanie przeceniona. Teraz kosztowała piętnaście dolarów, ale jeśli ten skąpiec nie przeceni jej jutro, to będzie się nadawała najwyżej na kompost. No tak, jutro już tu nie przyjdzie... Lodówka z ziemskimi specjałami niedługo zacznie pustoszeć. Mrożone ryby, mięso, jajka, przetwory mleczne i cała reszta zdrożeją tak, że całe zapasy, mimo że nafaszerowane przeciwutleniaczami, będą szły od razu do ekskluzywnych sklepów i barów dlatop managementu.

Zamówiła kanapkę z serem, szynką i majonezem oraz dużą kawę. W końcu to ostatni dzień w pracy. Smakując kanapkę drobnymi kęsami, uważnie czytała oferty. Ponieważ dobrze wiedziała, jak sformułować zapytanie, wszystkie propozycje spełniały jej oczekiwania. Co wybrać? Kilka dotyczyło stanowisk w firmach handlowych; asystent dyrektora marketingu w transporcie miejskim; handlowiec w dużej agencji reklamowej; koordynator publicznego projektu – wymagane pełne zaangażowanie i dyspozycyjność; konsultant w liniach lotniczych – praca w systemie zmianowym; konsultantka w hot lineprzedstawiciela dystrybutora systemów nawigacyjnych.

Od wczoraj pojawiła się tylko jedna nowa oferta, a słowo „koordynator” dobrze brzmiało. Niewiele myśląc, wysłała aplikację na podany adres. Pozostałych ofert przezornie nie skasowała.

Włożyła do ust ostatni kęs kanapki i z żalem odstawiła talerz. Gdy wychodziła, ktoś właśnie kupował sałatkę. Wjechała windą na czterdzieste trzecie piętro. Godzinę później jej palmtop pisnął trzykrotnie, oznajmiając odebranie nowej wiadomości: „16: 00. Central West Road 3, Apt. 23”. Gwizdnęła cicho. Central West Road numer trzy to adres tuż przy Central Parku. Niezły projekt publiczny, w najdroższych apartamentach.

Mam nadzieję, że nie chodzi o dom publiczny, pomyślała z pewnym rozbawieniem, funkcja koordynatora oznaczałaby burdelmamę.

* * *

Nowy Londyn był miastem zaprojektowanym przez urbanistę z planem rozwoju na pierwsze pięćdziesiąt lat. Brak jakichkolwiek barier, wynikających z istniejącej zabudowy bądź warunków ukształtowania terenu, zdejmował wszelkie ograniczenia, co nad wyraz często przerastało wyobraźnię twórcy. Żeby chociaż jakieś góry, uskok terenu czy krater... Nowy Londyn powstawał w bólach na pustyni, pod którą rozciągała się lita skała, gładka jak stół. Jedynym punktem zaczepienia były trzy wieże elektrolityczne. Z braku jakichkolwiek założeń projektant wykonał cztery główne ulice biegnące w czterech kierunkach świata, kilometrowej średnicy rondo i dalej ulice porządkujące zabudowę w równe kwadraty. Początkowo wytworzył się okrąg o średnicy dwudziestu kilometrów. Miasto rozrastało się niemal równomiernie we wszystkich kierunkach. Na zdjęciach satelitarnych Nowy Londyn wyglądał jak organizm żyjący w trudnych warunkach, bojący się wypuścić dalej w otoczenie odnogę, by jej nie stracić. Nowe osiedla powstawały jako półkoliste narośla na ciele miasta. Początkowo były to niemal slumsy dla biednych imigrantów, ciągle zasypywane przez pustynie. W miarę upływu czasu następne i jeszcze następne budynki tworzyły ochronę przed piaskiem, a starsze osiedla podnosiły swój status. Wraz ze statusem rosły i czynsze. Mieszkańcy albo zdążyli się wzbogacić, albo przenosili się dalej.

Doris, nie spiesząc się, opuściła rejon prostopadłych ulic i weszła w obszar koncentrycznie usytuowanych budynków stanowiących ścisłe centrum, zwane Centralnym Kręgiem. Tutaj ulokowały się najdroższe powierzchnie mieszkalne na całej planecie.

Policjanci niechętnym okiem patrzyli na przybyszów z peryferii zapuszczających się poza rejon Central Parku, i poza cztery pasaże stanowiące przedłużenie czterech głównych alei. Wstęp tutaj nie był i nie mógł być zakazany, ale istniało wiele sposobów, by zniechęcić ludzi do myszkowania między apartamentowcami. Doris była ładna i zgrabna, a do tego dobrze ubrana. Mogła uchodzić za mieszkankę dzielnicy. Nie groziła jej więc kontrola. W najgorszym wypadku mogła pokazać wiadomość stanowiącą zaproszenie.

Odszukała dom numer trzy i wcisnęła odpowiedni przycisk na domofonie. Zerknęła na zegarek – za minutę czwarta. Wiedziała, że przy pierwszym kontakcie punktualność jest niezwykle istotna.

Domofon wyświetlił prośbę o identyfikację. Wyciągnęła z plecaczka palmtop i nacisnęła przycisk ID. Drzwi otworzyły się same. Nie dostrzegła spisu lokatorów. Przeszła przez pusty hall, wsiadła do windy i wcisnęła przycisk z numerem dwadzieścia trzy – tutaj każde mieszkanie zajmowało całe piętro.

Winda otworzyła się na mały kwadratowy hall. Poza drzwiami od windy były tutaj wielkie mahoniowe drzwi apartamentu i przeszklone wyjście do schodów ewakuacyjnych. Pożary na Marsie zdarzały się rzadko, niska zawartość tlenu w atmosferze i sporadyczne używanie w budownictwie materiałów palnych nie sprzyjały im. Niemal wszystko, co łatwo ulegało spaleniu, musiało przylecieć z Ziemi. Było więc drogie.

Nie dostrzegła dzwonka, zapukała do drzwi. Od razu otworzył... lokaj. Coś takiego widziała ostatnio na filmie. Prawdziwy lokaj. Szpakowate włosy, spodnie w paski, i cała reszta.

— Panna Westwood? Zapraszam.

Nie poprosił o ponowną identyfikację. Przekroczyła próg apartamentu i od razu poczuła chłodny powiew klimatyzacji. Tylko raz w życiu była w budynku o takim standardzie. Lokaj zaprosił ją dalej, do gabinetu. Znalazła się nagle w innym świecie. Na podłodze przestronnego pomieszczenia leżał gruby dywan w skomplikowane wzory z dominującym kolorem purpurowym. W regał z książkami (papierowymi!) wmontowano ogromne akwarium. Stanęła przed nim i oczarowana wpatrywała się w łagodnie falującą roślinami zielonkawą migotliwą niezwykłość. Jaskrawe stworzenia ze starego świata snuły się sennie wzdłuż szklanej ściany. W jej umyśle obudziło się wspomnienie akwarium większego od domu. Miała wtedy trzy lata i mieszkała jeszcze na Ziemi, w starym Londynie. Ojciec zabrał ją do oceanarium, gdzie spędziła półtorej godziny z nosem przylepionym do szyby. Nigdy nie widziała prawdziwego oceanu.

— Myśli pani o marnowaniu wody?

— Och... nie. — Odwróciła się zaskoczona.

— Proszę się nie obawiać, to obieg zamknięty. Richard Griffin — przedstawił się właściciel akwarium. Elegancki, korpulentny pięćdziesięciolatek.

— Tak... poznaję pana — powiedziała. — Doris Westwood.

Uścisnął jej delikatną rękę, uśmiechając się pod siwymi wąsami.

— Wodę mamy pod stopami. Jest jej dość, by stworzyć morza na jednej czwartej powierzchni planety.

— Dlaczego... więc...

— Nie umiemy jej wydostać na powierzchnię? Nie wiemy też, jak sprawić, by nie wsiąkła ponownie.

— Kiedyś były tutaj morza...

— Większość tamtej wody ulotniła się w przestrzeń kosmiczną. Cienka atmosfera nie mogła temu zapobiec. Istnieje też teoria, mówiąca, że woda pojawiała się okresowo, wyłącznie po upadkach meteorytów.

Sięgnął do ciężkiego drewnianego biurka i otworzył szklane wieczko humidoru.

— Cygara nie palą się tu zbyt dobrze. Trzeba je suszyć na wiór i ciągle podtrzymywać żar, bo gasną. To niestety wyklucza komfort delektowania się. Poczęstuje się pani?

Wyciągnął w jej stronę otwarte pudełko. Paliła kiedyś papierosy, ale okazało się to zbyt drogim nałogiem. Poza tym uważała, że kobieta z cygarem wygląda po prostu nieelegancko, tym bardziej że w tutejszej atmosferze cygaro trzeba było niemal ssać jak smoczek. Podziękowała. Senator sprawnym ruchem odciął końcówkę, lekko nacisnął cygaro w połowie długości, sprawdzając wilgotność, czy raczej jej brak, i włożył je do ust. Przypalił gabinetową zapalniczką oprawioną w kostkę marmuru.

— Wie pani, kim jestem?

— Jest pan ekologiem.

— Byłem nim w młodości, na Ziemi. Tutaj to słowo niewiele znaczy, choć tak nas nazywają. Staram się uformować środowisko tej planety tak, by przypominała Ziemię. Nasze organizmy nie są przystosowane do życia w tutejszych warunkach. Nie chcąc zmieniać organizmu, musimy zmienić środowisko.

— Czytałam pana książkę, choć było to tak dawno, że niewiele pamiętam. Pisał pan o problemach etycznych dotyczących terraformowania.

Gestem zaprosił ją na zacieniony taras. Było tu niewiele chłodniej niż na ulicy, ale widok wart był opuszczenia strefy działania klimatyzacji. Na białych kafelkach w dużych donicach z przykrywkami szczelnie przylegającymi do pni stało kilkanaście tropikalnych roślin. Za białą balustradą łagodnie kołysały się wierzchołki drzew. Przy odrobinie wyobraźni można było poczuć się jak na Ziemi.

Wieże elektrolityczne były tak blisko, że zdawały się nachylać nad tarasem. Na policzek dziewczyny spadła kropla wody. Uśmiechnęła się. To na szczęście.

Usiedli przy żeliwnym stoliku na żeliwnych krzesełkach. Lokaj przyniósł dwie wysokie szklanki kawy frappe.

Griffin uśmiechnął się, widząc, jak dziewczyna patrzy na napój.

— Pisałem, że wobec braku życia na Marsie problem etyczny nie istnieje. Dlatego rozstałem się z przyjaciółmi, którzy twierdzili, że planetę należy zostawić jej własnemu losowi.