Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów - Rafał Kosik - ebook

Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów ebook

Rafał Kosik

4,8

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdzie trafiamy, gdy zasypiamy? Zastanów się dobrze, czy na pewno chcesz się tego dowiedzieć? Czy starczy ci odwagi, aby razem z Felixem, Netem i Niką rozwiązać zagadkę ogarniającej Warszawę epidemii senności, odkryć kim jest śledząca bohaterów postać w płaszczu i dokąd zmierza czarna karoca? Nie obawiaj się - senna rzeczywistość polskiego gimnazjum przyprawi cię nie tylko o dreszczyk strachu, ale też rozbawi. Kto kogo kocha, kto oszukuje i czym u diabła jest ta bekonia?

Bądź pewien - nie zaśniesz, dopóki nie skończysz czytać "Pałacu Snów".

Nominacja do Książki Roku 2007 Polskiej Sekcji IBBY!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 636

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów

Warszawa 2013
Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów ISBN: 978-83-61187-60-8 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2006-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2006-2013 by Powergraph Copyright © 2006-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik, Alicja Bobrowicz KOREKTA: Joanna Jankowska, Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dla Jasia

Dwóch mon­te­rów, w poma­rań­czo­wych kaskach, bia­łych kom­bi­ne­zo­nach z mnó­stwem kie­szeni i z narzę­dziami poprzy­pi­na­nymi do pasa, od dwu­dzie­stu minut tkwiło na masz­cie ante­no­wym, wzno­szą­cym się nad pen­tho­use’em pań­stwa Bie­lec­kich. Pani Bie­lecka obser­wo­wała, jak mon­tują do wysię­gnika, pra­wie dwa­dzie­ścia metrów nad pozio­mem dachu, kolejne pudełko i antenę do tele­fo­nii komór­ko­wej lub bez­prze­wo­do­wego inter­netu. Cóż, była to jedna z nie­do­god­no­ści miesz­ka­nia na naj­wyż­szym pię­trze apar­ta­men­towca. Na szczę­ście mon­te­rzy nie poja­wiali się czę­ściej niż raz na kilka mie­sięcy. Plu­sów było znacz­nie wię­cej, a jed­nym z nich – widok na wie­żowce w cen­trum War­szawy.

Pani Bie­lecka była malarką. Malo­wała abs­trak­cje, które jej syn, Net, uwa­żał za przy­pad­kowo roz­ło­żone na płasz­czyź­nie kolo­rowe plamy. Tym razem nie­spo­dzie­wa­nie naszła ją ochota na stwo­rze­nie cze­goś zupeł­nie nie w jej stylu. Patrząc na błysz­czące w słońcu ele­wa­cje biu­row­ców, wyobra­żała już sobie przy­szły obraz. Był jesz­cze sło­neczny dzień, ale wie­działa, że spę­dzi tutaj dosta­tecz­nie dużo czasu, by powstał zarys noc­nej pano­ramy War­szawy. Jej mąż twier­dził, że w obec­nym sta­nie nie powinna się prze­mę­czać, ale ona z uśmie­chem odpo­wia­dała mu, że ciąża to nie cho­roba.

Sama była cie­kawa, czy potrafi nama­lo­wać coś, co nie jest zupełną abs­trak­cją. Zaraz, jak się powinno zaczy­nać taki obraz? Naj­pierw trzeba wyzna­czyć wyraźną gra­nicę mię­dzy nie­bem a zie­mią. Wzięła cienki pędze­lek i nama­lo­wała na zagrun­to­wa­nym płót­nie poziomą kre­skę.

1. Nika

— Bar­dzo chcia­ła­bym być na uro­czy­stym roz­po­czę­ciu roku szkol­nego — powie­działa mama, odru­chowo popra­wia­jąc Feli­xowi jasną fry­zurę. — Nie­stety za trzy­na­ście i pół minuty w moim banku roz­po­czyna się ważne spo­tka­nie. Bądź grzeczny i słu­chaj pani.

— Mamo… — wes­tchnął Felix.

— Dobrze, wiem. — Poca­ło­wała go w czoło. — Jesteś już doro­sły. Cią­gle się zapo­mi­nam…

Stu­ka­jąc obca­sami, pode­szła do swo­jej czer­wo­nej Alfy Romeo1, wsia­dła i odje­chała z piskiem opon. Felix znów wes­tchnął i odwró­cił się do sza­rego budynku szkoły – Gim­na­zjum imie­nia pro­fe­sora Ste­fana Kusz­miń­skiego. Razem z innymi uczniami wspiął się po sze­ro­kich scho­dach do wiel­kich drzwi.

W hallu stała Olena, dziew­czyna star­sza od przy­ja­ciół o rok. Z pro­mien­nym uśmie­chem wrę­czała wszyst­kim wcho­dzą­cym kolo­rowe ulotki. Miała na sobie czarną spód­niczkę i białą bluzkę, do tego sta­ran­nie ufry­zo­wane, mocno pola­kie­ro­wane, rude włosy. Wyglą­dała jak praw­dziwa hostessa.

Felix nie­uf­nie wziął ulotkę, odszedł kawa­łek i przyj­rzał się jej. Wid­niało tam zdję­cie zna­jo­mej twa­rzy i pod­pis „Twój prze­wod­ni­czący”. Chwilę ana­li­zo­wał zdję­cie, aż wresz­cie z zasko­cze­niem roz­po­znał Mar­cela, chło­paka, z któ­rym miał nie­przy­jemne przej­ścia w poprzed­niej kla­sie. Na tym zdję­ciu wyglą­dał jakoś ina­czej niż w rze­czy­wi­sto­ści.

To by się nawet zga­dzało… Olena była sym­pa­tią Mar­cela, choć nikt nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego tak ładna dziew­czyna zadaje się z kimś takim jak Mar­cel. Chło­pak po raz kolejny powta­rzał rok.

— Cześć! — roz­le­gło się z tyłu, na uła­mek sekundy przed klep­nię­ciem w ramię.

Felix odwró­cił się z uśmie­chem. Uści­snął dłoń Neta, wyso­kiego chło­paka z ciem­no­blond fry­zurą, przy­po­mi­na­jącą stóg siana po wybu­chu gra­natu.

— Cześć! — odpo­wie­dział. Przy­wi­ta­nie nie było zbyt wylewne jak na pierw­szy dzień szkoły, ale Felix i Net pra­wie całe waka­cje spę­dzili wspól­nie.

— Na kom­pu­te­rze go tro­chę prze­ro­bili — oce­nił Net, trzy­ma­jąc w dłoni taką samą ulotkę. — Czoło mu pod­wyż­szyli i usu­nęli ten przy­mu­lony uśmie­szek. Też go w pierw­szej chwili nie pozna­łem.

Felix odwró­cił ulotkę. Prze­czy­tał kilka mało wyra­fi­no­wa­nych zdań:

„Gło­suj na mnie w wybo­rach samo­rzą­do­wych. Nie będziesz żało­wał. Jestem lep­szy od innych”.

Kory­ta­rzem zbli­żał się Wik­tor, niski chło­pak z ich klasy. Był praw­do­po­dob­nie naj­le­piej poin­for­mo­wa­nym czło­wie­kiem w całej szkole, choć źró­dła jego infor­ma­cji pozo­sta­wały tajem­nicą. Z wyra­zem nie­smaku na twa­rzy oglą­dał iden­tyczną ulotkę.

— Cześć! — zawo­łał do niego Net. — Nie­zły ubaw, co? Mar­cel na prze­wod­ni­czą­cego samo­rządu. To jakby goryl chciał pro­wa­dzić tur­niej sza­chowy.

— Za wcze­śnie zaczął. — Wik­tor wzru­szył ramio­nami. — Do wybo­rów jesz­cze sporo czasu.

— Dla­czego on wła­ści­wie chce być w samo­rzą­dzie? — zasta­no­wił się Net. — Prze­cież jest kre­ty­nem.

— Agre­syw­nym kre­ty­nem — uzu­peł­nił Felix. — Taki prze­wod­ni­czący to dla szkoły nic dobrego.

— Mar­cel jest kre­ty­nem — przy­znał Wik­tor. — I dla szkoły to nic dobrego. Ale dla niego samego wprost prze­ciw­nie. Członka samo­rządu nie można na przy­kład wyrzu­cić za złe zacho­wa­nie. To się nazywa immu­ni­tet. Korzy­ści jest zresztą wię­cej. Prze­czy­taj­cie regu­la­min.

— Samo­rząd ma słu­żyć szkole, a nie odwrot­nie — zauwa­żył Felix.

— Też czy­ta­łem tę bajkę… — pod­su­mo­wał iro­nicz­nie Net. — Ale spoko, prze­cież nikt nie zagło­suje na kre­tyna.

— Czo­łem chło­paki! — zawo­łał opa­lony na brąz Oskar, sta­jąc obok. Jego włosy, wypło­wiałe od słońca, stały się jesz­cze jaśniej­sze od Feli­xo­wych. — Jak waka­cje? Wyje­cha­li­ście cho­ciaż raz z mia­sta?

Felix i Net spoj­rzeli na sie­bie. O tym, co się wyda­rzyło pod­czas tych waka­cji, nie można było opo­wie­dzieć tak po pro­stu. Gdyby nie to, że zobo­wią­zali się do zacho­wa­nia tajem­nicy, ich pobyt nad morzem nada­wałby się na temat nie­złej książki sen­sa­cyj­nej2. Oskar już otwie­rał usta, by opo­wie­dzieć o swo­ich przy­go­dach, które w jego mnie­ma­niu były zapewne nie­sa­mo­wite. Unie­moż­li­wił mu to dzwo­nek, przy­po­mi­na­jący wszyst­kim, że dyrek­tor magi­ster inży­nier Juliusz Sto­krotka pra­gnie uro­czy­ście roz­po­cząć rok szkolny.

— Widzie­li­ście Nikę? — zapy­tał Net. — Zwy­kle się nie spóź­niała.

— Może jest już na górze — zasta­no­wił się Felix.

Sala gim­na­styczna, gdzie miała się odbyć uro­czy­stość, znaj­do­wała się na trze­cim pię­trze. Loka­li­za­cja nie­ty­powa, ale budy­nek szkoły był bar­dzo stary. Kie­dyś zapewne ina­czej wyobra­żano sobie odpo­wied­nie dla sali gim­na­stycz­nej miej­sce.

Co roku wyglą­dało to tak samo: nauczy­ciele sie­dzieli za dłu­gim sto­łem przy­kry­tym zie­lo­nym suk­nem, na środku stał mikro­fon, do któ­rego pro­du­ko­wał się dyrek­tor, a ucznio­wie przy­sy­piali na krze­słach, zaj­mu­ją­cych resztę sali.

Dyrek­tor Sto­krotka na tę spe­cjalną oka­zję zało­żył beżową lnianą mary­narkę z kami­zelką, nie­szczę­śli­wie pod­kre­śla­jącą jego wydatny brzu­szek, i sele­dy­nową koszulę. Do tego jasna mucha. Zacze­kał, aż wszy­scy usiądą, pogła­dził dło­nią łysinkę, opu­ścił mikro­fon, tra­dy­cyj­nie usta­wiony zbyt wysoko, i zaczął prze­mowę. Nie­stety, nikt z obec­nych nie potra­fił potem powtó­rzyć słów dyrek­tora, tra­dy­cją było bowiem rów­nież to, że ucznio­wie prze­sta­wali słu­chać prze­mowy już po kilku zda­niach.

Pół godziny póź­niej ci, któ­rzy nie zasnęli, okla­skami obu­dzili pozo­sta­łych, oznaj­mia­jąc koniec uro­czy­sto­ści.

Klasa druga „a” wbie­gła do swo­jej sali. Ucznio­wie zajęli miej­sca sprzed waka­cji. Miej­sce Niki pozo­stało puste. Pani Jola Cha­ber, wycho­waw­czyni, uśmie­chała się pro­mien­nie, widząc znów swo­ich pod­opiecz­nych. Nawet jeżeli dla nie­któ­rych z nich pierw­szy dzień roku szkol­nego nie był szcze­gól­nie szczę­śliwy, to przy­naj­mniej wszy­scy zga­dzali się, że pani Jola jest naj­mil­szą wycho­waw­czynią w gra­ni­cach pozna­nego wszech­świata.

Obok jej biurka stało dwóch nie­zna­jo­mych chło­pa­ków. Dopiero po chwili, gdy zamie­sza­nie uci­chło, wszy­scy ich zauwa­żyli. Zapa­dła cisza, a pani Jola wstała.

— Poznaj­cie nowych kole­gów — oznaj­miła. — Prze­nie­śli się do nas z innej szkoły. To Gerald i Gil­bert.

Gerald, wysoki blon­dyn o błę­kit­nych oczach, uśmiech­nął się uprzej­mie. Miał na sobie jeansy, modną bluzę i białe spor­towe buty. Wszyst­kie ele­menty jego stroju wyglą­dały, jakby dopiero co zostały kupione w naj­droż­szym skle­pie spor­to­wym. Gil­bert, niski bru­net o bystrym spoj­rze­niu, ukło­nił się lekko, jakby miał zacząć jakiś występ. Jego strój spra­wiał wra­że­nie nieco nie­sta­ran­nego. W ręku trzy­mał ple­cak typu kostka z napi­sem „Kult”.

— Za co was wyrzu­cili? — zapy­tał Lucjan, naj­wyż­szy chło­pak w kla­sie.

— Nie wyrzu­cili ich — wyja­śniła wycho­waw­czyni. — Zamknęli szkołę.

— Splaj­to­wała — spre­cy­zo­wał Gil­bert.

— Mie­li­śmy tego nie mówić… — wes­tchnął Gerald.

— To szkoła może splaj­to­wać? — zdzi­wił się Net. — Dżi­zas… Gaśmy zbędne żarówki.

Nowi, odpro­wa­dzani ciszą, prze­szli przez salę i zasie­dli w ostat­niej ławce.

— Nie mogła splaj­to­wać jakaś szkoła z dziew­czy­nami? — szep­nął pod nosem Net.

— Przy­dzie­lali ich chyba alfa­be­tycz­nie — odszep­nął Felix.

— Nam przy­pa­dła litera „G”. Widocz­nie nie było żad­nej Geno­wefy, Gry­zeldy ani Gości­sławy.

Lek­cja z wycho­waw­czy­nią miała mieć cha­rak­ter orga­ni­za­cyjny, ale i tak prze­ga­dali cały czas, opo­wia­da­jąc o waka­cjach. Felix i Net z przy­kro­ścią mil­czeli, słu­cha­jąc tylko opo­wie­ści innych. Dopiero gdy roz­legł się dzwo­nek na prze­rwę, pani Jola przy­po­mniała sobie, o czym miała roz­ma­wiać z uczniami. Zdą­żyła tylko powie­dzieć, że plan lek­cji i zajęć dodat­ko­wych jest wywie­szony w gablotce na par­te­rze.

— Co z tą Niką? — zapy­tał Net, gdy wyszli na kory­tarz.

— Ostatni raz widzie­li­śmy ją tydzień temu — przy­po­mniał Felix. — Coś się mogło stać…

— Może powin­ni­śmy do niej wpaść?

Felix zasta­no­wił się. Sprawa nie była pro­sta, bo urwa­nie się z kilku lek­cji pierw­szego dnia szkoły zro­bi­łoby na nauczy­cie­lach fatalne wra­że­nie. Z dru­giej strony, byli jedy­nymi przy­ja­ciółmi Niki. Byli w ogóle jedy­nymi oso­bami, które mogły jej pomóc, gdyby coś się stało. Nika nie miała tele­fonu. Miesz­kała sama w pół­to­ra­po­ko­jo­wym miesz­kanku na war­szaw­skiej Pra­dze. Jej rodzice nie żyli, a dziew­czyna ukry­wała ten fakt, by nie tra­fić do domu dziecka.

Roz­legł się dzwo­nek na trze­cią lek­cję. Felix wes­tchnął i zade­cy­do­wał:

— Jedziemy. Urwiemy matmę i histo­rię.

Zeszli na par­ter, ale nim doszli do por­tierni, drzwi otwo­rzyły się i do środka weszła Nika we wła­snej oso­bie. Zauwa­żyła chłop­ców i uśmiech­nęła się do nich, choć uśmiech ten nie był tak pro­mienny jak zawsze. Niby wyglą­dała jak zwy­kle: czarne mar­tensy, czarna spód­niczka z meta­lo­wym łań­cusz­kiem na klu­cze i jean­sowa kur­teczka, ale bra­ko­wało w tym wszyst­kim cha­rak­te­ry­stycz­nej dla dziew­czyny ener­gii. Rude włosy jakby mniej się krę­ciły, a pod­krą­żone oczy mniej błysz­czały.

— Dżi­zas! — prze­ra­ził się Net. — Wyglą­dasz, jakby cię prze­je­chały schody ruchome!

— Dzięki za szcze­rość. — Dziew­czyna pró­bo­wała się uśmiech­nąć. — Widzia­łam się w lustrze.

— Nie mogłaś spać?

— Gorzej. Nie mogłam się obu­dzić. Śniły mi się jakieś kosz­mary… Nie wiem. Prze­spa­łam budzik.

— Uwiel­biam kosz­mary. Zna­czy… takie tam softowe kosz­mary. Te twoje to chyba były w wer­sji hard. Coś pamię­tasz?

Nika zaprze­czyła.

— Luz. — Pokle­pał ją po ramie­niu i ruszyli na górę. — Kosz­mary to nie seriale. Prędko się nie powtó­rzą. Już myśle­li­śmy, że będziemy w kost­nicy iden­ty­fi­ko­wać twoje zwłoki.

— To miło, że się mar­twi­li­ście. — Nika uśmiech­nęła się. — Macie nasz plan lek­cji?

— Mam go od tygo­dnia. Ścią­gną­łem sobie ze szkol­nego ser­wera.

— Eftep nie zabez­pie­czył sieci po tej afe­rze ze stop­niami? — zdzi­wił się Felix.

Eftep był nauczy­cie­lem infor­ma­tyki, a przy oka­zji zaj­mo­wał się szkol­nymi kom­pu­te­rami. Mimo że jego spe­cjal­no­ścią były zabez­pie­cze­nia sieci kom­pu­te­ro­wych, wej­ście do szkol­nego kom­pu­tera nie sta­no­wiło więk­szego pro­blemu – tym bar­dziej dla Neta, który znał się na tym dosko­nale.

— Może i zabez­pie­czył. — Net wzru­szył ramio­nami. — Przez te jego nowe zabez­pie­cze­nia mógłby prze­pły­nąć płe­twal błę­kitny z rodziną i nikt by tego nie zauwa­żył.

Nika par­sk­nęła śmie­chem. Widać było, że towa­rzy­stwo przy­ja­ciół szybko popra­wia jej nastrój.

Zatrzy­mali się przed drzwiami sali mate­ma­tycz­nej. Sły­chać było wyraź­nie Ekierkę, ich mate­ma­tyczkę, która już się roz­krę­cała.

— No wła­śnie — szep­nął Net. — Zawsze mam ten pro­blem: kul­tu­ral­nie zapu­kać, prze­rwać nauczy­cie­lowi i zacząć twór­czo ściem­niać, dla­czego się spóź­ni­łem, czy prze­mknąć po cichu, kła­nia­jąc się do ziemi.

Wybrali roz­wią­za­nie pośred­nie. Otwo­rzyli drzwi bez puka­nia i zaczęli prze­pra­szać, prze­su­wa­jąc się do swo­ich miejsc. Ekierka miała dobry humor, mach­nęła więc tylko ręką.

— A, sia­daj­cie, sia­daj­cie…

Gerald obrzu­cił Nikę uważ­nym spoj­rze­niem. Net, widząc to, zmarsz­czył brwi.

* * *

Na dłu­giej prze­rwie kolejka przed szkol­nym skle­pi­kiem jak zwy­kle cią­gnęła się przez cały hall. Poja­wiły się też trzy auto­maty: z bato­nami i sło­dy­czami, drugi — z napo­jami, a trzeci z nowo­ścią sezonu – Oran­że­nadą w dwóch sma­kach.

— Pierw­sza w tym roku szkol­nym kolejka — wes­tchnęła Celina. — Jakie to roman­tyczne.

Trzy­mała za rękę Kle­mensa. Oboje sły­nęli z miło­ści do sło­dy­czy pod każdą posta­cią. Ofi­cjal­nie cho­dzili ze sobą, two­rząc kla­sową parę.

Kolejka była tra­dy­cyj­nym miej­scem spo­tkań towa­rzy­skich. Nawet jeśli ci, któ­rzy stali na końcu, nie mieli szans na zakupy przed dzwon­kiem, nikt się nie dener­wo­wał, bo było to tylko pre­tek­stem do roz­mów.

Felix, Net i Nika dotarli na par­ter, gdy pry­sła już nadzieja na kupie­nie cze­go­kol­wiek przed koń­cem prze­rwy. Aure­lia, roz­ma­wia­jąca wła­śnie z Lucja­nem, uśmiech­nęła się do Neta, bły­ska­jąc bie­lut­kimi ząb­kami. Net poma­chał do niej, potem spoj­rzał na nowe auto­maty i skrzy­wił się, przy­po­mi­na­jąc sobie, w co podobny auto­mat zamie­nił się w zeszłym roku szkol­nym3. Trójka przy­ja­ciół sta­nęła przed gablotą infor­ma­cyjną, zwy­kle cał­ko­wi­cie igno­ro­waną przez uczniów. Napis na nie­po­zor­nej kartce, przy­cze­pio­nej w rogu gabloty, gło­sił: „Wybory samo­rzą­dowe. Ter­min zgła­sza­nia kan­dy­da­tów – 15 wrze­śnia. Do reje­stra­cji kan­dy­data wyma­ga­nych jest dzie­sięć popie­ra­ją­cych go pod­pi­sów”.

— Kto był w poprzed­nim samo­rzą­dzie? — zapy­tała Nika.

— Poję­cia nie mam. — Net wzru­szył ramio­nami. — Tak szcze­rze, to śred­nio mnie to inte­re­suje.

— Hej! — zawo­łał Gerald, zwra­ca­jąc się wyłącz­nie do Niki, jakby Felixa i Neta nie było obok. — Wzią­łem dla cie­bie. Wiem, że lubisz. — Pod­szedł i wrę­czył jej zimną puszkę coli light.

— Dzięki… — Nika uśmiech­nęła się. Zasta­na­wiała się, czy może przy­jąć poda­ru­nek, ale Gerald już odszedł.

Net odpro­wa­dził go podejrz­li­wym spoj­rze­niem.

— Skąd niby wie, że lubisz? — zapy­tał, siląc się na obo­jęt­ność. — Zna­cie się?

— Jest miły. — Nika obra­cała puszkę. Wresz­cie ją otwo­rzyła.

— Jak dla mnie, jest rzy­go­genny.

Do przy­ja­ciół pod­szedł chło­pak z trze­ciej klasy, ubrany w ele­gancki gar­ni­tur i kra­wat. Wrę­czył im ulotkę i powie­dział:

— Cześć, jestem Hubert Drza­zga. Będzie­cie na mnie gło­so­wać?

— Facet! Nie znamy się — odparł roz­draż­niony Net. — Jak mamy gło­so­wać na kogoś, kogo nie znamy?

— Wła­śnie po to dałem wam ulotkę — pro­tek­cjo­nal­nym tonem wyja­śnił tam­ten. — Prze­czy­taj­cie uważ­nie, to mnie pozna­cie. — I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ruszył w kie­runku kolej­nej grupki.

— Pan Drza­zga ma podej­ście do wybor­ców jak ja do owsianki. — Net zgniótł ulotkę i wrzu­cił do kosza. — Wybory się jesz­cze nie zaczęły, a ja już mam dosyć. Może ty byś kan­dy­do­wał?

— Zwa­rio­wa­łeś?! — zapro­te­sto­wał Felix.

— Czemu nie? Nada­jesz się. Odpo­wie­dzialny jesteś, masz zawsze przy sobie chustki do nosa i tak dalej…

Felix pokrę­cił głową.

— Ja chcę wresz­cie mieć tro­chę spo­koju. Bez lata­le­rzy, mię­so­żer­nych roślin, tele­por­te­rów i robo­tów modu­ło­wych. I bez wybo­rów do samo­rządu.

* * *

Następ­nego dnia Nika wyglą­dała jesz­cze gorzej, choć tym razem przy­naj­mniej dotarła do szkoły przed ósmą.

— Wymu­si­łaś pierw­szeń­stwo na Ika­ru­sie?! — prze­ra­ził się Net, widząc ją w hallu. — Kobieto, zrób coś ze sobą! Wyglą­dasz jak wła­sne odbi­cie w witry­nie sklepu mię­snego. Może pij cie­płe mleko przed snem?

— Pod­no­sisz mnie na duchu… — zgryź­li­wie mruk­nęła Nika.

— Może powin­naś odwie­dzić dok­tora Jam­nika?

— Dzięki. — Nika unio­sła ręce w obron­nym geście. — Jesz­cze będzie chciał wezwać moich rodzi­ców. Sama jakoś sobie pora­dzę.

— A ja uwa­żam, że wyglą­dasz pięk­nie — ode­zwał się Gerald, sto­jący kilka kro­ków dalej.

— Pięk­nie? — par­sk­nął Net. — Mogłaby dostać rolę u Geo­rge’a Romero4.

— Więc to zna­czy, że zwy­kle wyglą­dasz jesz­cze pięk­niej? — zapy­tał Gerald, uno­sząc brwi.

Nika uśmiech­nęła się skrom­nie, a Net spoj­rzał na intruza sze­roko otwar­tymi oczyma.

W tej chwili poja­wiła się reszta klasy, co prze­rwało dal­szą dys­ku­sję. Dotarli do sali geo­gra­ficz­nej i zaczęli roz­pa­ko­wy­wać torby. Kilka zeszy­tów i ksią­żek Niki wysu­nęło się jej z rąk i spa­dło na pod­łogę. Dziew­czyna kuc­nęła, żeby je pod­nieść.

— Wstań! — Gerald objął ją deli­kat­nie i pocią­gnął w górę. Posłał jej powłó­czy­ste spoj­rze­nie. — Pozbie­ram to.

Nie zdą­żył, bo na zeszyty rzu­cił się Net.

— Ona nie jest para­li­tyczką — wark­nął. — Nie trzeba jej poma­gać… aż tak. — Poło­żył zeszyty na ławce.

— Zawsze się tak zacho­wuje? — Gerald uśmiech­nął się do Niki, kom­plet­nie igno­ru­jąc Neta.

Nim kto­kol­wiek zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, do sali sztyw­nym kro­kiem weszła pani Kon­stan­cja Kon­stan­ty­no­pol­ska, geo­gra­ficzka. Ucznio­wie rzu­cili się na swoje miej­sca, jakby przez drzwi wpły­nął lot­ni­sko­wiec w peł­nej goto­wo­ści bojo­wej.

— Dzień dobry! — powie­działa nauczy­cielka. — Mam nadzieję, że waka­cje były udane, bo teraz powin­ni­ście już o nich zapo­mnieć. Nad­szedł czas cięż­kiej pracy. Do matury już tylko parę lat.

Usia­dła za wyso­kim biur­kiem, omio­tła salę rada­ro­wym spoj­rze­niem i otwo­rzyła dzien­nik. Była zasu­szoną pięć­dzie­się­cio­latką i chyba wszy­scy ucznio­wie się jej bali.

— To może na począ­tek opo­wie­cie mi, gdzie spę­dzi­li­ście te waka­cje? Lam­bert, ty się naj­bar­dziej wier­cisz. Jak tam wycieczka do Sta­nów Zjed­no­czo­nych? Jakie mia­sta zwie­dzi­łeś?

Felix i Net powinni poczuć w tym momen­cie mściwą satys­fak­cję, ponie­waż w zeszłym roku szkol­nym Lam­bert wykrę­cił bar­dzo nie­ładny numer, zmie­nia­jąc im oceny w dzien­niku. Gdy sprawa wyszła na jaw, to jemu obni­żono ocenę ze spra­wo­wa­nia, a jego ojciec odwo­łał za karę ame­ry­kań­skie waka­cje.

— Byłem u cioci… — Lam­bert wstał ze spusz­czoną głową. — W Rado­miu.

Net w ogóle nie słu­chał duka­nia Lam­berta na temat Rado­mia. Co chwilę zer­kał nie­na­wist­nie w stronę Geralda. Wresz­cie nachy­lił się do Felixa i szep­nął:

— Zro­bił to tylko po to, żeby ją objąć!

— Pan Bie­lecki! — Geo­gra­ficzka zmru­żyła oczy. — Skoro jesteś taki roz­mowny, to może teraz ty opo­wiesz o swo­ich waka­cjach.

Netowi opa­dły ramiona. Wolno wstał.

— Byłem w Lon­dy­nie.

— No i? Zacznij od początku. Jak się tam dosta­łeś? Samo­lo­tem? Pocią­giem? Samo­cho­dem?

Net zawa­hał się.

— Wła­ści­wie, to nie wolno mi o tym mówić — oświad­czył, już prze­czu­wa­jąc, co to ozna­cza.

Rze­czy­wi­ście, Felix, Net i Nika wobec samego mini­stra spraw spe­cjal­nych zobo­wią­zali się do zacho­wa­nia tajem­nicy. Ale nawet gdyby mogli o tym opo­wia­dać, nie­wiele by to zmie­niło. Który nauczy­ciel uwie­rzyłby w tele­por­ta­cję do Lon­dynu albo w podróż w cza­sie do roku 2060? Nie mogli nawet opo­wie­dzieć o tym, że „nor­mal­niej­szą” część waka­cji spę­dzili w latarni mor­skiej Milo koło Łebo­sła­wowa. Samą bowiem loka­li­za­cję latarni utaj­niono, wraz z fak­tem ist­nie­nia tuż obok pod­ziem­nej bazy woj­sko­wej.

— Nie możesz? — Kon­stan­cja Kon­stan­ty­no­pol­ska zmru­żyła oczy. — A to dla­czego?

— Obie­ca­łem.

Nauczy­cielka poki­wała głową.

— Zatem wybie­raj. Dotrzy­mu­jesz obiet­nicy i pała, albo opo­wia­dasz i dosta­jesz… na co zasłu­żysz.

— A jakaś trze­cia moż­li­wość? Może opo­wiem o poprzed­nich waka­cjach? Może o feriach zimo­wych albo o tym, jak przy­je­chała do nas cio­cia z Łomży…

Kon­stan­cja unio­sła lekko brwi, które po chwili same opa­dły, jakby mię­śniom czoła zabra­kło siły na ich pod­trzy­my­wa­nie. Wpi­sała do dzien­nika coś, co mogło być tylko jedynką.

— Sia­daj! — syk­nęła. — Następ­nym razem zapy­tam cię o to samo. Ode­chce ci się dow­ci­pów.

Resztę lek­cji zajęło prze­py­ty­wa­nie pozo­sta­łych. Naj­szczę­śliw­szymi oso­bami były te, które zostały w mie­ście. Na szczę­ście nie star­czyło czasu na rela­cję Felixa ani Niki, bo skoń­czy­łoby się to tak samo jak w przy­padku Neta.

Następną lek­cją była fizyka z panem Anto­nim Czwart­kiem. Atmos­fera wyraź­nie roz­luź­niła się, fizyk odróż­niał bowiem dys­cy­plinę na lek­cji od ter­roru.

— Nie będę was pytał o waka­cje — zaczął — bo pew­nie po poprzed­niej lek­cji żału­je­cie, że gdzie­kol­wiek wyje­cha­li­ście. — Odpo­wie­działy mu śmie­chy. — Wiem, bo druga „b” już zdała mi rela­cję.

Po spraw­dze­niu listy obec­no­ści pan Czwar­tek wziął w rękę swój roz­kła­dany tele­sko­powo dłu­go­pis i zaczął prze­cha­dzać się po kla­sie. Zwy­kle roz­po­czy­nał lek­cję opo­wia­da­niem dow­cip­nej histo­ryjki, powią­za­nej z tema­tem. Po dzie­się­ciu minu­tach nauczy­ciel spoj­rzał na Nikę i zaczął mówić coraz wol­niej. Wresz­cie prze­rwał opo­wieść, nachy­lił się nad dziew­czyną i zapy­tał:

— Po co ci oku­lary prze­ciw­sło­neczne?

Nika zdjęła oku­lary, a nauczy­ciel drgnął.

— Wyglą­dasz, jak­byś nie spała od tygo­dnia — stwier­dził. — Co naj­mniej. Idź do leka­rza, jesz­cze przyj­muje.

— Nic mi nie jest — zaprze­czyła szybko Nika.

— Lek­cje nie są tak ważne jak zdro­wie. Uzu­peł­nisz sobie potem od kogoś. Lepiej będzie, jak dok­tor Jam­nik cię obej­rzy.

Nika wstała i nie­chęt­nie wyszła z sali.

— Przy­cho­dzi baba do leka­rza — ode­zwał się z ostat­niej ławki Gil­bert — a lekarz Jam­nik.

Ucznio­wie zachi­cho­tali. To było pierw­sze pełne zda­nie wypo­wie­dziane przez Gil­berta w nowej szkole.

* * *

Gabi­net lekar­ski pach­niał tym, co koja­rzy się z zastrzy­kami i innymi nie­przy­jem­nymi pro­ce­du­rami medycz­nymi. Wszystko, z wyjąt­kiem pod­łogi, było tu białe i malo­wane wie­lo­krot­nie – ktoś chyba wolał malo­wać, niż myć.

Dok­tor Jam­nik sie­dział za biur­kiem (rów­nież bia­łym) i pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie roz­pi­sać dłu­go­pis, rysu­jąc nim coś, co wyglą­dało na wykres EKG. Był oty­łym pięć­dzie­się­cio­lat­kiem. Czoło koń­czyło mu się na środku głowy, dalej były sta­ran­nie uli­zane, rzad­kie, szpa­ko­wate włosy. Nale­żał do typu ludzi, któ­rzy nie biorą się do niczego poważ­niej­szego niż zapa­rze­nie kawy, jeśli tylko nie jest to abso­lut­nie konieczne.

Gestem wska­zał Nice krze­sło. Usia­dła wypro­sto­wana i poło­żyła dło­nie na kola­nach. Lekarz się­gnął do sterty po pra­wej stro­nie biurka i wycią­gnął z jej środka teczkę z kartą pacjenta. Długo stu­dio­wał ją, sior­biąc ze szklanki zimną her­batę. Wresz­cie, nie pod­no­sząc wzroku znad doku­men­tów, zapy­tał:

— Co ci dolega, dro­gie dziecko?

— Śnią mi się kosz­mary — odpo­wie­działa szybko. — Zasy­piam nor­mal­nie, a rano budzę się, jak­bym w ogóle nie spała. Nie pamię­tam tych snów, ale wiem, że są straszne.

Lekarz poki­wał głową, poprze­rzu­cał papiery i nie­chcący chyba, prze­lot­nie zer­k­nął na pacjentkę. Po chwili znów na nią spoj­rzał.

— Po co te oku­lary?

Nika zdjęła oku­lary, poka­zu­jąc pod­krą­żone oczy. Dok­tor drgnął.

— Pa… lisz coś, dziecko? — zapy­tał i szybko powró­cił do prze­glą­da­nia papie­rów.

Zaprze­czyła gwał­tow­nie.

— Zapi­szę ci parę lekarstw. — Dok­tor Jam­nik bazgro­lił coś w kar­cie, potem się­gnął po blo­czek recept. — I dam ci tydzień zwol­nie­nia z zajęć.

— Nie potrze­buję zwol­nie­nia — zapro­te­sto­wała szybko Nika.

— Potrze­bu­jesz odpo­czynku. Tak, tego nie wolno baga­te­li­zo­wać. Wyśpisz się.

— Ale ja wła­śnie z tym spa­niem mam pro­blemy…

— Wła­śnie, wła­śnie… Tego nie wolno baga­te­li­zo­wać. — Znów poki­wał głową i zapi­sał coś w kar­cie.

Nika wes­tchnęła, wstała i podzię­ko­wała. W drzwiach spoj­rzała na receptę, odwró­ciła się i powie­działa.

— Wypi­sał pan receptę na Erykę Suro­wiec. Ja nazy­wam się Nika Mic­kie­wicz.

— Nie jesteś Eryka? — Jam­nik spoj­rzał na kartę. — No cóż… Nie będę wypi­sy­wał jesz­cze raz. To nie ma więk­szego zna­cze­nia. Aspi­rynę i wita­minę C dosta­niesz nawet bez recepty.

— Czy pan zawsze prze­pi­suje aspi­rynę i wita­minę C?

— Jest taka stara lekar­ska zasada, któ­rej jestem wierny od lat. — Dok­tor Jam­nik wyprę­żył dum­nie pierś i jesz­cze raz zaszczy­cił pacjentkę spoj­rze­niem. — Po pierw­sze: nie szko­dzić.

Nika unio­sła lekko brwi, poki­wała głową i wyszła pro­sto na cze­ka­ją­cego pod gabi­ne­tem Geralda.

— Odwiozę cię do domu — zapro­po­no­wał.

— Dzię­kuję, nie trzeba.

— Jesteś osła­biona. Możesz się prze­wró­cić… Dobrze wtedy mieć przy sobie przy­ja­ciela, który pomoże wstać.

Spoj­rzała na niego lekko zdzi­wiona.

— Nie zamie­rzam się prze­wra­cać.

— W życiu róż­nie bywa.

Nika uśmiech­nęła się.

— Naprawdę dzięki. Nic mi nie jest.

— Dosta­łaś prze­cież tydzień zwol­nie­nia.

Nika zatrzy­mała się.

— Pod­słu­chi­wa­łeś?

— Nie… Ten lekarz tylko… bar­dzo gło­śno mówił.

Dziew­czyna spoj­rzała na niego podejrz­li­wie i ruszyła dalej, a Gerald za nią. Za rogiem kory­ta­rza wpa­dli na Felixa i Neta. Mina Neta świad­czyła, że wszystko sły­szał.

— Kibel jest tam! — Wska­zał kciu­kiem za sie­bie. — Powie­dzia­łeś Czwart­kowi, że idziesz do kibla.

— No i co? — zapy­tał Gerald. — Chcę pomóc dziew­czy­nie bez­piecz­nie dotrzeć do domu.

— Dzięki, tra­fię sama — wtrą­ciła Nika, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi.

— Jesteś tu kom­plet­nie nowy. — Net pod­niósł głos. — Nie możesz nikogo odwo­zić do domu.

— A czy ja mogę sama zade­cy­do­wać? — ode­zwała się znów Nika i znów nikt nie zwró­cił na nią uwagi.

— Nie będziesz mi mówił, kogo mogę odwo­zić, a kogo nie! — Teraz już Gerald z tru­dem powstrzy­my­wał się, żeby nie krzy­czeć.

— Jak chcesz ją odwieźć? Na wrot­kach?!

Gerald zasta­no­wił się, nie łapiąc dow­cipu.

— Mam mie­sięczny.

— Koja­rzysz reklamy typu „przed i po”? — zapy­tał Net. — Ty jesteś ten „przed”.

Gerald zmarsz­czył czoło, znów zasta­na­wia­jąc się nad tym, co usły­szał.

— A ty jesteś… — pró­bo­wał coś naprędce wymy­ślić — za kiep­ski dla takiej dziew­czyny.

Net sap­nął ze zło­ści.

— Roz­wiążmy więc tę sprawę po męsku — oświad­czył poważ­nie.

Felix i Nika spoj­rzeli na niego z zasko­cze­niem.

— Niech tak będzie. — Gerald zmru­żył oczy. — Gdzie i kiedy?

— Po lek­cjach za szkołą.

— Będę cze­kał. — Zmie­rzył jesz­cze Neta wro­gim spoj­rze­niem i odszedł.

Net podał Nice jej torbę.

— Dzięki. — Dziew­czyna była wyraź­nie roze­źlona. Nie cze­ka­jąc na chło­pa­ków, ruszyła w stronę scho­dów.

Felix odcze­kał chwilę, spoj­rzał na Neta i powie­dział poważ­nym tonem:

— Prze­cież ty nie umiesz się bić.

— I nie zamie­rzam. — Net uśmiech­nął się zło­śli­wie i zatarł ręce. — On tam będzie sobie stał za szkołą, a ja odwiozę Nikę do domu. Też mam mie­sięczny. Wiem, że chce zostać na histo­rii, ale potem wymknę się z nią ze szkoły.

— Sprytne, ale co zro­bisz jutro?

— O tym będę myślał jutro. Ważne, że roz­wią­za­łem dzi­siej­szy pro­blem.

— Nie jestem pewny, czy to dobry plan.

* * *

Po histo­rii Net cze­kał na Nikę w hallu i przy­go­to­wy­wał się men­tal­nie do urwa­nia się z ostat­niej lek­cji. Wresz­cie, gdy dziew­czyna nie scho­dziła, wbiegł na dru­gie pię­tro. Nika roz­ma­wiała z Feli­xem.

— Co ty tu jesz­cze robisz? — Net udał zdzi­wie­nie. — Dosta­łaś to zwol­nie­nie czy nie?

— Dosta­łam — Nika wzru­szyła ramio­nami — ale od jutra.

— To zdeka bez sensu…

— Jesz­cze bar­dziej bez sensu jest recepta.

— Niech zgadnę: aspi­ryna i wita­mina C?

— Jak­bym była prze­zię­biona, toby się przy­dały. — Spoj­rzała na niego podejrz­li­wie. — Wolał­byś, żeby mnie już tu nie było, co?

— No wiesz… — Net skrzy­wił się lekko. — Wtedy ten wypierd dałby ci spo­kój.

— O to ci cho­dzi! — Nika aż fuk­nęła ze zło­ści. — Nie obcho­dzi cię, że się źle czuję! Chcesz mnie tylko izo­lo­wać od Geralda?

— Jesteś jakaś taka nie­miła… w ogól­nym zary­sie…, a do niego się uśmie­cha­łaś!

— Bo on nie powta­rza przy każ­dej oka­zji, że nie tra­fi­łam w drzwi wagonu metra, że zja­dłam roba­czywy majo­nez, że myłam głowę w pralce ani że…

— … że zupa znów była za słona? — pod­su­nął Net.

— Wła­śnie o tym mówię! — Nika obró­ciła się na pię­cie i ode­szła.

— Czy ja powie­dzia­łem coś nie tak? — zdzi­wił się Net. — Jak przed­tem chcia­łem, żeby poszła do leka­rza, to nie chciała.

Felix podra­pał się za uchem.

— Czy ja wiem… Może cza­sem powi­nie­neś nieco przy­ha­mo­wać.

— Gerald jest noto­rycz­nie przy­ha­mo­wany. Może nawet gene­tycz­nie. I co?

— Ma odpo­wied­nie podej­ście psy­cho­lo­giczne do kobiet — mruk­nął Felix.

Net wydął usta i spoj­rzał w bok.

— Rze­czy­wi­ście, gdzieś czy­ta­łem, że dziew­czyny nie ocze­kują roz­wią­za­nia pro­blemu, tylko pocie­sze­nia. To kom­plet­nie bez sensu.

— Ale działa.

* * *

Po ostat­niej lek­cji Felix i Net wol­nym kro­kiem doszli do hallu i zatrzy­mali się, cze­ka­jąc na przy­ja­ciółkę. Wielu uczniów, zamiast wycho­dzić głów­nym wyj­ściem, kie­ro­wało się ku drzwiom na patio, które pro­wa­dziły do zaro­śnię­tego ogrodu na tyłach szkoły.

— Jak tam sprawy w Insty­tu­cie? — zapy­tał Net. — Co u two­jego taty?

Insty­tut Badań Spe­cjal­nych jesz­cze przed waka­cjami roz­po­czął prace nad wyja­śnie­niem prze­zna­cze­nia pew­nej taj­nej maszy­ne­rii mili­tar­nej z okresu dru­giej wojny świa­to­wej, zwa­nej pier­ście­niem lub Wun­rung5. Przez długi czas prace nie posu­wały się do przodu. Część naukow­ców obwi­niała o to tatę Felixa. Dopiero Felix, Net i Nika odkryli, tro­chę przy­pad­kiem i w dosyć dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, do czego służy super­tajna maszy­ne­ria. Prawdę mówiąc, to jej dzia­ła­nie nie­chcący wypró­bo­wali na sobie.

— Gdy pro­jekt miał kło­poty, pró­bo­wali zwa­lać winę na tatę. — Felix uśmiech­nął się. — Nie­chcący więc jemu przy­pi­suje się teraz cały suk­ces. Broni się przed tym, ale to nie­wiele pomaga.

— Chyba zacznę nama­wiać mojego do zmiany pracy — zasta­no­wił się Net. — W tej swo­jej fir­mie już nie może wytrzy­mać. Ma mak­sy­mal­nie wredną sze­fową.

— Wyba­dam sytu­ację — obie­cał Felix. — Byłoby super, gdyby twój tata też pra­co­wał w Insty­tu­cie.

Nika zeszła wresz­cie ze scho­dów i zbli­żyła się do chłop­ców.

— Możemy iść — oznaj­miła, ale zamiast skrę­cić w stronę wyj­ścia, zbie­gła po kilku schod­kach do otwar­tych drzwi na patio.

— Zaraz… — Net lekko się zanie­po­koił. — A… gdzie ty wła­ści­wie idziesz?

— Idę za szkołę — oświad­czyła, nie odwra­ca­jąc się. — Chcę zoba­czyć, jak się o mnie bije­cie.

Net zdrę­twiał, spoj­rzał na Felixa, potem na Nikę, już idącą żwi­rową alejką, i znów na Felixa.

— Felix, zrób coś…

— Rzu­ci­łeś Geral­dowi wyzwa­nie.

— Aż tak jed­no­znacz­nie to zabrzmiało? Może… da się to obró­cić w żart?

— To brzmiało cał­ko­wi­cie jed­no­znacz­nie. — Felix poki­wał smutno głową.

— Pomi­nę­li­śmy etap wybie­ra­nia broni — Net roz­pacz­li­wie szu­kał roz­wią­za­nia. — Wybrał­bym mie­cze świetlne i sprawa roz­my­łaby się z przy­czyn tech­nicz­nych…

Chrzęst żwiru pod butami Niki cichł w oddali. Net prze­łknął ślinę i zer­k­nął na wyj­ście ze szkoły, jak pasa­żer toną­cego okrętu na odpły­wa­jącą w dal ostat­nią sza­lupę. Potem spoj­rzał na drzwi patio.

— Chyba musimy tam iść — zade­cy­do­wał cicho.

Felix pokle­pał go po ramie­niu i razem wyszli na patio. Cztery skrzy­dła budynku zamie­niały je w szarą stud­nię, odbi­ja­jącą echem kroki. Net miał wra­że­nie, że budy­nek drwiąco wpa­truje się w niego wszyst­kimi oknami. Z prze­ciw­nej strony patio znaj­do­wał się krótki tunel, wycięty w par­te­ro­wej kon­dy­gna­cji mię­dzy gabi­ne­tem dok­tora Jam­nika a biblio­teką. Jak wyj­ście na arenę. Tak musieli się czuć przed walką rzym­scy gla­dia­to­rzy. Przy­naj­mniej ci nie­zbyt zdolni. Wła­ści­wie, jak się lepiej zasta­no­wić, to traf­niej­sze byłoby porów­na­nie do chrze­ści­jan, rzu­ca­nych lwom na pożar­cie.

— Pomo­żesz mi? — zapy­tał cichutko Net, sta­ra­jąc się iść jak naj­wol­niej.

— Powstrzy­mam go, gdy będzie kopał leżą­cego.

— Cho­dziło mi bar­dziej o… wspar­cie tak­tyczne.

— Sam chcia­łeś się bić — przy­po­mniał Felix. — Nie będzie źle. Pamię­taj, że prze­ciw­nik nie oce­nia two­jej siły, tylko twoje poczu­cie siły. Twoją pew­ność sie­bie.

— Ale ja mam bar­dzo zani­żone poczu­cie wła­snej siły, o pew­no­ści sie­bie nie wspo­mi­na­jąc.

— Spró­buj przy­naj­mniej uda­wać. Zdol­no­ści aktor­skie masz.

— Jeśli nawet, to jestem akto­rem cha­rak­te­ry­stycz­nym. — Net zgar­bił się i powłó­czył już nogami. — Gram role wiecz­nych pechow­ców. Skąd mogłem wie­dzieć, że to tak wyj­dzie? Masz przy­naj­mniej w swoim ple­caku jakiś zestaw pierw­szej pomocy?

— Oczy­wi­ście, że mam. Teraz wypro­stuj się. Uda­waj pew­nego sie­bie, jak­byś już wygrał.

— Dobrze przy­naj­mniej, że nie zej­dzie się cała szkoła…

To, co zoba­czyli po przej­ściu tune­lem, spra­wiło, że Net aż się zachwiał. Resztki jego pew­no­ści sie­bie ucie­kły z pola bitwy wraz ze zdol­no­ściami aktor­skimi. Gerald roz­grze­wał się, truch­ta­jąc w miej­scu i wyma­chu­jąc rękoma, a wokół zachwasz­czo­nego traw­niczka stało kil­ka­dzie­siąt osób z róż­nych klas. Na roz­wa­ża­nia, skąd się dowie­dzieli o pla­no­wa­nej walce, nie było czasu.

— Dziew­czyny mają lepiej — jęk­nął Net. — Ich nikt nie chce bić. — Oddał Feli­xowi oku­lary. Po zasta­no­wie­niu dał mu jesz­cze tele­fon. — Już zacznij wystu­ki­wać „112”…

Sta­nął na wprost pod­ska­ku­ją­cego wciąż Geralda i uniósł pię­ści, jak to robią bok­se­rzy w tele­wi­zji. Przy­naj­mniej sta­rał się je tak uło­żyć.

Jedy­nym pocie­sze­niem był fakt, że nie­mal wszy­scy kibi­co­wali wła­śnie jemu.

— Net Bie-lecki! Net Bie-lecki! Net Bie-lecki! — krzy­czały dziew­czyny.

— Zanim zacznie­cie — ode­zwała się Nika — chcia­ła­bym wie­dzieć, dla­czego to robi­cie? — Chłopcy wypro­sto­wali się i spoj­rzeli na nią. — Czy ja jestem ostat­nią paczką chip­sów w skle­piku szkol­nym? I co potem? Mam pójść do kina z tym, który wygra? Nie chcę się kum­plo­wać z tro­glo­dy­tami! Nie ode­zwę się wię­cej do tego, który ude­rzy pierw­szy.

Popa­trzyła na nich, odwró­ciła się i odda­liła szyb­kim kro­kiem. Zawie­dziona publicz­ność chwilę się roz­glą­dała, a potem ucznio­wie wolno zaczęli się roz­cho­dzić. Aure­lia została dłu­żej, patrzyła smutno na Neta, ale wresz­cie i ona ode­szła. Został tylko Felix. Net i Gerald stali na środku traw­nika i nie­chęt­nie mie­rzyli się wzro­kiem, nie bar­dzo wie­dząc, co teraz zro­bić. Pod­nie­śli wresz­cie ple­caki i ruszyli do wyj­ścia, zacho­wu­jąc pomię­dzy sobą spory dystans.

Zza szkol­nego ogro­dze­nia całej sce­nie przy­glą­dała się postać w wymię­tym płasz­czu nie­okre­ślo­nego koloru i czar­nych oku­la­rach.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji w tej książce nazwy samo­cho­dów są pisane wielką literą. [wróć]

Nawet powstała taka książka. Nosi tytuł Felix, Net i Nika oraz Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa. [wróć]

Histo­ria ta została opi­sana w książce Felix, Net i Nika oraz Gang Nie­wi­dzial­nych Ludzi. [wróć]

Geo­rge A. Romero – ame­ry­kań­ski reży­ser hor­ro­rów. Jego naj­słyn­niej­szy film to Noc żywych tru­pów. [wróć]

Zostało to opi­sane w książce Felix, Net i Nika oraz Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa. [wróć]

2. Lepiej roz­ma­wiać, niż się obra­żać

Przez kolejne dwa dni Nika nie przy­cho­dziła do szkoły. Net był ponury, z Geral­dem omi­jali się sze­ro­kim łukiem. Wyko­rzy­stał to Lam­bert, pró­bu­jąc odna­leźć w Geral­dzie kum­pla.

— Przy­naj­mniej — mruk­nął Net, gdy na prze­rwie stali z Feli­xem w kolejce do skle­piku — wszy­scy myślą, że jestem odważny. Widzia­łeś, jak patrzyła na mnie Aure­lia?

— Warto by poje­chać i spraw­dzić, co się u niej dzieje — powie­dział Felix. — U Niki oczy­wi­ście.

— Po tym, jak się zacho­wała?! — Net zaci­snął usta. — W życiu! Jeśli woli tego… tego… szam­pona.

— Już pierw­szego dnia pytał mnie o Nikę — wtrą­ciła sto­jąca przed nimi Celina.

— Jak to pytał? — zdzi­wił się Net. — O co pytał?

— Co ona lubi i takie tam… Jakby był jakimś detek­ty­wem.

— Dla­tego wie­dział o tej coli light… — Net poki­wał głową. — No, ale tra­fił na podatny grunt…

— Chyba za łatwo rezy­gnu­jesz — uśmiech­nęła się smutno Celina.

— O co ja się w ogóle szar­pię? — Net prych­nął pogar­dli­wie.

— W końcu, czy mało jest faj­nych dziew­czyn w tej szkole? — Popa­trzył po kolejce przed nimi. — Ład­nych, na pozio­mie, takich, które nie mają w gło­wie prze­ciągu? Mało jest takich, które nie lecą tylko na kasę? Które potra­fią się ubrać w lum­pek­sie i wyglą­dać super? Takich, na które można liczyć w każ­dej sytu­acji? Takich, które nie narze­kają na wszystko? — Zmarsz­czył brwi i chwilę się zasta­na­wiał, wodząc wzro­kiem po dziew­czynach. — No, może rze­czy­wi­ście mało ich jest… Dobra, pojadę do niej dzi­siaj. Ale sam. Choćby po to, żeby osta­tecz­nie wyja­śnić sprawę!

Roz­legł się dzwo­nek, co ozna­czało, że reszta sto­ją­cych w kolejce osób będzie musiała przyjść tu znów na następ­nej prze­rwie.

— Nie obra­zisz się, że pojadę sam? — zapy­tał jesz­cze Net. — To jed­nak spe­cy­ficzna sytu­acja.

— Jedź — odparł Felix. — I tak umó­wi­łem się z ojcem na zło­mo­wi­sku.

— Na zło­mo­wi­sku?

— Zbie­ram czę­ści do nowego robota. Chcę, żeby był naprawdę duży. Wpad­niesz, to zoba­czysz.

— Może w sobotę? — zasta­no­wił się Net. — Może wycią­gnę Nikę na wie­czór fil­mowy?

— Jed­nak myślisz pozy­tyw­nie. — Felix uśmiech­nął się. — Wobec tego trzeba będzie się poświę­cić i jakieś bab­skie nudy wypo­ży­czyć.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki


Obawiam się, że to po prostu skrót od KONserwatora POwierzchni POZiomych. Robot patrzył na niego chwilę, aż włączył mu się wentylator. — O Boże... — szepnął Konpopoz, spuszczając wzrok. — O mój Boże... Odwrócił się i szurając szczotkami, powoli odjechał. — Ups... — syknął Felix. — Chyba sprawiłeś mu przykrość — zauważyła Nika. — Sprawiłeś przykrość odkurzaczowi — pokiwał głową Net. — To się może przyśnić.

— Wprowadzili mu, zdaje się, profil językowy obwoźnego sprzedawcy nawozu do paprotek — wtrącił Net, starając się nie wychylać głowy zza korpusu robota. — W towarzystwie jak znalazł. Wyobraźcie sobie eleganckie przyjęcie na sto osób i kulturalny odkurzacz wielkości małego słonia dyskretnie krążący między stolikami. „Przepraszam, ale chyba pieróg wysunął się panu z ust i spadł na dywan. Proszę się nie przejmować, wessę go i będę w pobliżu, na wypadek gdyby wymsknął się panu jeszcze klopsik”.