Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy - Rafał Kosik - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy

Felix, Net i Nika wracają do... liceum! Kłopoty z reorganizacją szkoły to nie jedyne, z którymi muszą się zmierzyć. Wszyscy będą musieli sobie poradzić z czymś, co wygląda na koniec świata, jaki znamy. Nie ma prądu, internetu, zaczyna brakować wody, jedzenia i wszystkiego, co daje nam technika i cywilizacja, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i uważamy za naturalny element naszego życia. Mnóstwo przygód, humoru i... nauki. Tom można czytać niezależnie od innych książek serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 689

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy ISBN: 978-83-64384-85-1 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2018 by Rafał Kosik Copyright © 2018 by Powergraph Copyright © 2018 for the cover by Rafał Kosik and Klaudia Wawrzeszkiewicz Copyright © 2018 for illustrations by Rafał Kosik and Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Projekt graficzny i okładka: Rafał Kosik Ilustracja na okładce: Klaudia Wawrzeszkiewicz Ilustracje we wnętrzu: Rafał Kosik i Jan Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

1. Głęboka restrukturyzacja

Płomienie z ogłuszającym rykiem wiły się i wzbijały w czerń przesłaniającą niebo. Paliło się wszystko wokół: domy, drzewa, samochody. Asfalt na ulicach topił się z gorąca, dymił, a miejscami bulgotał jak lawa, która za chwilę wystrzeli w niebo ognistym gejzerem. Z okien niższych pięter buchał tylko smolisty dym. Co mogło się tam spalić, już się spaliło. W szczelinach grubej kołdry dymu nad miastem można było dostrzec tańczące na niebie błyskawice.

Przecznicę dalej zawalił się osłabiony pożarem dom, dodając do tego chaosu pędzącą ognistym kanionem chmurę pyłu. Ziemia zadrżała, a grzmot zagłuszył na chwilę wszystko inne.

Nika obudziła się, zlana zimnym potem. Usiadła gwałtownie na łóżku i rozejrzała się po swoim półtorapokojowym mieszkaniu. Wyglądało jak zwykle. Rozkładana kanapa, na której spała, skrzypiała przy każdym ruchu, stara szafa obok jak zawsze nie domykała się, a na końcówce kranu samotna kropla wahała się, czy spaść, czy jeszcze chwilę zaczekać. Obok okrągły półpokoik w wykuszu starej kamienicy niezmiennie zastawiony był książkami. Te, które nie mieściły się na półkach, leżały nawet na trzech stopniach schodów prowadzących z głównego pokoju.

Do Niki powoli docierało, że to był tylko sen. Wstała i podeszła do okna. W dole przejechał zwyczajny tramwaj, aż w szafce zabrzęczały szklanki. Ludzie na chodniku spieszyli się całkowicie zwyczajnie, a na zwyczajnym niebie wisiały zwyczajne obłoki. Lodówka też buczała zwyczajnie. Tak, to tylko zły sen.

Dziesięć dni do…

Ziewnęła i wzięła komórkę. I natychmiast rozbudziła się do końca. Pierwszy dzień szkoły! Koniec wakacji! Powinna wyjść z domu kwadrans temu!

Pobiegła do łazienki, w ekspresowym tempie przemyła twarz i przejechała szczotką po zębach. Ubrała się, co na szczęście było proste, bo poprzedniego dnia wszystko przygotowała. Zupełnie nowa ciemnoróżowa spódniczka, wypatrzona w second handzie w Londynie, za jedyne dwa funciaki. Nika nigdy nie nosiła takiego koloru, ale przecież cały świat się zmienia, dlaczego i ona nie może? Wrzuciła do torby najpotrzebniejsze rzeczy i brudnopis. Nie sprawdziła nawet, jakie mają być dziś lekcje. Nieważne, przepisze potem na czysto. Wieczorem zaglądała na stronę szkoły – jeszcze nie umieszczono tam planu zajęć. Teraz było za późno, by zrobić cokolwiek poza zawiązaniem butów i dwustumetrowym sprintem do tramwaju. Albo półkilometrowym sprintem do metra. Przystanek tramwajowy był po drodze do metra, więc trasę za każdym razem wybierał los. Jeśli zbliżał się tramwaj, Nika wsiadała do tramwaju; jeśli go nie było, szła dalej.

Wiązanie sznurówek dziesięciodziurkowych martensów niestety chwilę trwało. Wprawdzie dawało się w nich swobodnie chodzić i bez wiązania, ale biegać już nie. Poprawiła jeszcze rude loki, bo przecież nic, nawet potencjalne spóźnienie na rozpoczęcie roku szkolnego, nie usprawiedliwia wyjścia z domu z koczudłem na głowie. Przygładziła białą koszulę i spódniczkę. Tak, jest OK. Otworzyła lodówkę w nadziei, że znajdzie tam coś, co zabierze, żeby zjeść po drodze. Nie znalazła – lodówka była niemal pusta.

Zamknęła drzwi i zbiegła na parter. Wetknęła do uszu słuchawki, a muzyka The Dumplings dodała jej energii. Drogę do przystanku pokonała, bijąc chyba rekord prędkości, a i tak drzwi tramwaju zamknęły jej się przed nosem.

Nice opadły ramiona. Stała, ciężko dysząc. No trudno, jeszcze kilka oddechów i pobiegnie dalej, do metra.

Wtedy drzwi otworzyły się, witając ją zapomnianym przez wakacje ściskiem. Nie czekając na nic, wskoczyła do zatłoczonego wnętrza i odetchnęła z ulgą. Nie było szans na dopchnięcie się do przodu i podziękowanie motorniczemu. Uniosła więc tylko dłoń ponad głowy współpasażerów i pomachała z nadzieją, że tamten zauważy to w jednej z kamer.

Wyglądało na to, że się jednak nie spóźni. Uwiesiła się na rurce. Jeszcze tylko dwadzieścia minut bujania się i obijania o ludzi, a potem przesiadka do autobusu, gdzie bujania się i obijania będzie tylko dziesięć minut.

* * *

— Jeszcze pięć minutek — mruknął Net i odwrócił się na drugi bok. Nawet nie zastanawiał się, co właściwie go obudziło.

— Po co mnie prosisz, żebym cię budził? — zapytał Manfred. — To nie ma sensu, jeśli rano zmieniasz zdanie.

— Ja rano i ja wieczorem to dwie różne osoby.

— Porozmawiaj ze sobą wieczornym i ustalcie wspólne stanowisko.

— Nie męcz mnie. Najpierw będzie apel. Tam nikt nie sprawdza obecności.

— Na apelu przekazywane są ważne informacje.

— Sprawdzę sobie w internecie.

— Strona szkoły nie była aktualizowana od tygodni. Wstawaj.

Konwersacja z Manfredem rozbudziła Neta wystarczająco, by już nie mógł zasnąć ponownie. Spod kołdry wysunęła się jedna noga i oparła o dywan. Chwilę później to samo zrobiła druga noga. Net na nic więcej nie znalazł energii.

— Nogi już wstały — powiedział.

— Nie próbuj starych sztuczek.

— I co z tego, że wstanę? — Net wymacał na nocnym stoliku okulary. — Zasnę w szkole na pierwszej lekcji.

Ociężałym ruchem podniósł je, jakby ważyły parę kilo, i włożył na nos.

— Nie, zasnę wcześniej, na przemówieniu Stokrotki — mruknął.

Dopiero teraz usiadł na łóżku. Strzecha włosów na jego głowie była przesunięta niesymetrycznie w prawo. Przejechał po nich palcami, ale to niczego nie zmieniło. Ziewnął przeciągle i popatrzył przez zmrużone oczy w obiektyw kamery jednego z kilku stojących na biurku komputerów. Prawe oko miał mocniej zmrużone niż lewe. Łypnął zły na kamerę.

— Zadowolony?

Kamera przesunęła się w prawo, w lewo i znów w prawo.

— Najwyżej w czterdziestu procentach — odparł Manfred. — W poprzednim roku szkolnym zdarzyło ci się siedem razy położyć w tej pozycji i zasnąć.

— Łatwo ci zrzędzić, bo ty nie musisz spać.

Manfred, jako program sztucznej inteligencji, rzeczywiście nie potrzebował snu.

Net ziewnął jeszcze raz i wreszcie wstał. Wakacje jednak rozleniwiają. A najbardziej odzwyczajają od wczesnego wstawania.

Pięć minut później stał przed lodówką z włosami ułożonymi jak należy, to znaczy nadal sterczącymi na wszystkie strony, ale przynajmniej symetrycznie. Choć półki były pełne, nie widział niczego, co nadawałoby się na śniadanie. Wreszcie zdecydował się na szynkę konserwową i sok pomarańczowy, bo niczego z bąbelkami oczywiście nie było. Że niby niezdrowe. Do tostera wrzucił dwa tosty i spróbował zebrać myśli. Pierwszy dzień szkoły. Co może być potrzebne? W sumie to skąd miałby wiedzieć, skoro szkolna strona nie działała. Wzruszył ramionami i postanowił zabrać tylko brudnopis.

— Wiesz, o której tata jedzie do pracy? — zapytał.

— Już pojechał — odparł z najbliższego głośnika Manfred. — Mama jeszcze nie wstała.

Net skrzywił się. W skrytości ducha liczył na to, że tata podwiezie go do szkoły. Tata był informatykiem i pracował w Instytucie Badań Nadzwyczajnych. Nie miał ścisłych godzin pracy, więc czasem się zdarzało, że wyjeżdżał tak, by przy okazji zabrać Neta. No ale nie dziś. Mama miała prawo jazdy, ale nie lubiła prowadzić. Zresztą pracowała w domu i zajmowała się bratosiostrą, czyli dwójką uczących się chodzić bliźniaków.

Wyjrzał na patio. Po drugiej stronie, za trawnikiem i krzewami ozdobnymi wznosiła się przeszklona pracownia malarska. Na sztalugach stał niedokończony wielki obraz. Trudno było powiedzieć, co przedstawiał. Mama zwykle rysowała abstrakcje. Jedyne, z czym Netowi kojarzył się ten obraz, to grzyb nuklearny. Wczoraj malowała do późna, czyli jeszcze trochę pośpi.

Piknięcie tostera sprowadziło jego myśli do bardziej przyziemnych spraw. Posmarował tosty masłem i nałożył kilka plasterków szynki. Nie zdarzało się, aby nie był głodny. Jadł całkiem sporo, a jednak jakimś cudem pozostawał chudy.

Podszedł do okna i pochłaniając wielkimi kęsami tosty, spojrzał na swoje miasto. Z wysokości ostatniego piętra apartamentowca ludzie w dole wyglądali jak mrówki. Dużo było tych mrówek, na pewno więcej niż jeszcze wczoraj, kiedy trwały wakacje. Znowu będzie tłok w autobusie.

Zerknął na telefon. Powinien wyjść z domu pięć minut temu. Wepchnął do ust ostatni kęs i w zamyśleniu zmarszczył brwi. Szynka, ser czy pasztet? A co tam! Wszystko naraz. Tak, jeszcze dwa tosty i powinno wystarczyć.

A może by tak taksa…?

* * *

To nie był zwykły budzik. To był BigBudzik. Miał formę sześcianu wykonanego ze stalowych elementów połączonych śrubami i nitami. Wewnątrz obracały się koła zębate, przekładnie, popychacze i mimośrody. Nie był przykręcony do stołu, ale ważył kilka kilogramów. Wyniesienie go i ukrycie gdzieś, gdzie nie byłoby go słychać, wystarczyłoby za poranną gimnastykę. BigBudzik wygrywał właśnie krótki motyw muzyczny ze starego filmu Bliskie spotkania trzeciego stopnia.

Felix siedział na łóżku i próbował wyłączyć urządzenie. To nie było proste, bo nic takiego jak wyłącznik nie istniało. Na obudowie znajdowało się kilka przełączników, pokręteł i suwaków. Uruchomiony wieczorem BigBudzik ustawiał losową sekwencję mechanizmu i każde jego poranne wyłączenie przypominało łamigłówkę. Tę całkowicie mechaniczną konstrukcję napędzał silnik elektryczny. W zasadzie wystarczyłoby wyjąć baterie. No ale to byłoby niesportowe.

Felix nie mógł mieć do nikogo pretensji. Sam skonstruował BigBudzik i sam go wczoraj ustawił. Teraz próbował losowo wciskać i przełączać co się dało. Dźwięk mechanicznej pozytywki nie cichł. Nie, tak się nie da. Możliwych kombinacji jest zbyt wiele. Tu trzeba się postarać i odnaleźć wewnętrzną logikę dzisiejszej sekwencji. Chłopak przetarł zaspane oczy i spróbował ponownie: pierwszy przełącznik w górę, dwa następne w dół, duże pokrętło dwa obroty w prawo, małe pokrętło ćwierć obrotu w lewo, środkowy suwak o jedną trzecią w górę.

Cisza.

Felix uśmiechnął się do siebie i wstał, zupełnie już rozbudzony. Zrobił dziesięć pompek, piętnaście przysiadów i dwadzieścia brzuszków. Wystarczy.

Przeszedł przez pokój przypominający warsztat szalonego wynalazcy. Co nie było aż tak odległe od rzeczywistości. Ustawiony pod ścianą długi stół roboczy z jednej strony płynnie zamieniał się w biurko z laptopem, zeszytami i tym, co zwykle leży na biurkach uczniów. Dalszą część pokoju wypełniały regały z częściami maszyn, z których wiele nadawałoby się do scenografii filmu science fiction. Pokój Felixa mieścił się w wysokiej piwnicy. Kiedyś był tu warsztat taty, ale odkąd zaczął on pracować w Instytucie Badań Nadzwyczajnych, warsztat zamienił się w rupieciarnię. Wystarczyły dwa dni i zamówiony kontener na odpadki, by doprowadzić miejsce do jakiego takiego porządku. W planach było przemalowanie ścian, ale to były odległe plany.

Felix założył na nadgarstek bransoletę survivalową z paracordu, którą w razie konieczności mógłby zamienić w trzy metry linki, otworzył laptop i wszedł na stronę szkoły. Dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka wciąż życzył uczniom radosnych wakacji. Data czerwcowa. Felix pokręcił głową z dezaprobatą. Lubił zawczasu wszystko przygotować, żeby rzeczywistość go nie zaskakiwała. Postanowił, że zabierze tylko brudnopis, choć perspektywa przepisywania wszystkiego nie wydawała się zachęcająca.

Na schodach rozległ się tupot psich łap. Wielki, czarny, kudłaty terrier rosyjski zbiegał, by sprawdzić, czemu jego pan wstał tak wcześnie.

— Caban! — Felix przytulił psa i podrapał go za uchem. — No widzisz, znowu szkoła. Koniec wylegiwania się. I na spacery będziemy chodzić tylko popołudniami.

Wziął z szafy ubranie i zaczął się wspinać po schodach. Minusem mieszkania w piwnicy było to, że do łazienki musiał chodzić na parter. Plusem, że miał spokój, bo nikomu nie chciało się tu zaglądać bez powodu.

— Wstałeś? — Z kuchni wychylił się tata. — Robię śniadanie angielskie. Reflektujesz?

— Jasne! — rzucił Felix i wszedł do łazienki.

Gdy z niej wychodził, prawie zderzył się z mamą. Jak zwykle elegancka i jak zwykle w pośpiechu, z małym neseserkiem w jednej dłoni i komórką w drugiej.

— Już wstałeś? — zdziwiła się. — A, no tak. Szkoła. Zapomniałam. Wakacje szybko zleciały, co?

— Za szybko — zgodził się Felix. — Podrzucisz mnie?

— Nie dam rady, Kotku. — Mama pocałowała go w czoło. — Mam dziś chyba z dziesięć spotkań. No tak, koniec wakacji! To wszystko wyjaśnia! Klienci wrócili i wszyscy naraz przypomnieli sobie, że mnie potrzebują.

— Za chwilę będzie śniadanie — rzucił z kuchni tata.

— Dzięki, zjem coś na mieście.

I już jej nie było. Chwilę później z podjazdu przed domem z piskiem opon wyjechało czerwone Mini1.

— Znowu za szybko jeździ — zauważył Felix.

— A piłowanie zimnego silnika to przepis na remont po stu tysiącach — dodał tata.

Przy drzwiach stał Golem Golem, dwumetrowy android, który wyglądał, jakby zrobiono go z niepotrzebnych części starych maszyn. Co zresztą było prawdą. Jednak, choć części nie były nowe, to na pewno w pełni sprawne.

— Czy potrzebna będzie moja pomoc przy śniadaniu? — zapytał niskim głosem Golem Golem.

— Dziękuję, nie — rzucił tata. — Poradzę sobie.

Kuchnia w domu państwa Polonów nie wyglądała jak przeciętna kuchnia. Zamiast zwyczajnych sprzętów, stały tu urządzenia rodem z futurystyczno-industrialnej wizji kuchni autorstwa architekta zakręconego na punkcie fantastyki naukowej. Na obiegającym pół pomieszczenia blacie stało kilka wyglądających na niedokończone maszyn o nieoczywistym przeznaczeniu. Część z nich pracowała, wypuszczając obłoczki pary i wydając dźwięki zgrzytania i mlaskania.

Na jednej zapaliła się czerwona lampka. Tata podstawił tam talerz i przesunął w górę solidną wajchę. Z przodu urządzenia otworzyła się klapka i wyjechała z niej metalowa łapka z jajkiem sadzonym. Druga łapka delikatnie zsunęła jajko na talerz. Tata podstawił drugi talerz, na który trafiło identyczne jajko.

Gdy tata przeszedł z talerzami do kolejnej maszyny, klapka otworzyła się po raz trzeci.

— A, zrobiłem też dla mamy — przypomniał sobie tata. — No to są trzy jajka. Masz koncepcję, jak podzielić jajko sadzone na pół?

Problem rozwiązał się sam, gdy urządzenie zsunęło jajko wprost na podłogę. Od razu zajął się nim Caban.

Kolejne maszyny wysypywały na talerze następne składniki. Śniadanie angielskie w wersji uproszczonej składało się z jajka sadzonego, przypieczonej parówki, podsmażonego pomidora, bekonu, pieczarek i fasolki w sosie pomidorowym. A do tego tosty. Do przygotowania śniadania wystarczyłaby duża patelnia, ale wówczas nie byłoby połowy zabawy.

Felix spojrzał podejrzliwie na tatę.

— Chciało ci się?

— Pierwszy dzień szkoły — wyjaśnił tata. — Przykra okoliczność. Więc wyżerka na osłodę.

Śniadanie smakowało równie pysznie, jak wyglądało. Felix zerkał co chwila na zegarek. Do przystanku miał pięć minut spaceru, a autobus odjeżdżał za osiem minut. Mały margines bezpieczeństwa.

— Tato…

— Tak, podwiozę cię. — Tata uśmiechnął się tajemniczo. — Dziś testujemy nowy wynalazek.

Wrzucili talerze do zmywarki, a dokładniej to podali je zmywarce, która odebrała je mechaniczną dłonią i sama włożyła do swojego wnętrza. Przeszli do garażu, gdzie stał czarny kanciasty Land Rover. Leciwy wehikuł co jakiś czas przechodził kolejne modyfikacje. Tata traktował go jak poligon doświadczalny dla swoich wynalazków.

— Co tym razem? — zapytał Felix.

— Cierpliwości. — Tata uśmiechnął się tajemniczo i wsiadł do środka.

Felix zauważył leżący w bagażniku dron, i to całkiem spory. Chciał zapytać, do czego ma służyć, ale zwyciężyła ciekawość. Wsiadł, zapiął pas i spojrzał wyczekująco na tatę. Ten uśmiechnął się tajemniczo i nacisnął kilka przycisków. Ekrany rozjarzyły się, przyciski podświetliły, a samochód uniósł się na pneumatycznym zawieszeniu. Nie rozległ się żaden dźwięk, jeśli nie liczyć cichego syku powietrza w przewodach. Zmodernizowany Land Rover prócz silnika spalinowego miał silnik elektryczny i pneumatyczny, zasilany ze zbiorników ze sprężonym powietrzem, tłoczonym tam podczas hamowania.

Wnętrze samochodu, oryginalnie przypominające raczej kabinę maszyny rolniczej niż samochodu, teraz, po wielu przeróbkach wyglądało raczej jak wnętrze futurystycznego pojazdu wojskowego. Dziesiątki przełączników upchnięto między kilkoma ekranami i dodatkowymi dźwigniami.

Wrota garażu uniosły się, a samochód bezszelestnie wytoczył na podjazd i przez elektrycznie rozsuwaną bramę wyjechał na ulicę.

— A teraz patrz! — Tata nacisnął duży zielony guzik, którego wcześniej chyba tam nie było.

— e-Zygmunt, gotowy do pracy — rozległo się z głośników. — Jaka destynacja?

— Nawigacja sterowana głosem? — zapytał Felix. — Nic specjalnego.

— Lepiej. Zaczekaj. Najpierw szkoła Felixa, potem Instytut Badań Nadzwyczajnych — powiedział przesadnie wyraźnie tata. — Wjazd przez fałszywą wierzbę.

— Przykro mi, adres nieznany.

— No tak, bo to jest wjazd top top top secret. — Tata podrapał się w głowę. — Nieważne. Na razie szkoła Felixa.

— Felix Polon, jak mniemam? Gimnazjum imienia profesora Kuszmińskiego?

— Tak właśnie, e-Zygmuncie.

— Przykro mi, adres nieznany.

— Jak to?! — Tata z wrażenia aż puścił kierownicę. — Wczoraj działało.

— Liceum imienia profesora Kuszmińskiego — rzucił Felix.

— Zrozumiałem, jadę. Podążam.

Tata spojrzał badawczo na Felixa.

— Dopiero co byłeś w drugiej klasie! — Tata wciąż nie trzymał kierownicy, choć samochód jechał. — Rany, serio przegapiłem rok? Za dużo energii poświęcam pracy. A niech to! Poważnie skończyłeś gimnazjum?

— Samo się skończyło — odparł Felix. — Zlikwidowali gimnazja. Teraz będę chodził do pierwszej klasy liceum. Tato, nie powinieneś… trzymać kierownicy?

— Poważnie? — Tata był szczerze zdziwiony. — No popatrz. Nie jestem na bieżąco.

— Kierownica… — Felix wskazał wąską uliczkę przed maską.

— Nie, w żadnym razie. — Tata założył ramiona, spojrzał na syna i poruszył porozumiewawczo brwiami. — Testujemy samochód autonomiczny. e-Zygmunt, depnij trochę.

— Dozwolona prędkość w tym obszarze to trzydzieści kilometrów na godzinę.

— O proszę. Jednak działa! Przykrość taka, że już nie potrafi jechać bez elektroniki.

— Czy to jest aby legalne? — zapytał Felix.

— W Kalifornii na pewno.

* * *

Nika dotarła sporo przed czasem. Przysiadła na murku obok schodów prowadzących do szkoły i obserwowała uczniów. Większość ubrana była elegancko, a przynajmniej odświętnie. Czasem pomachał jej ktoś znajomy. Nie zauważyła do tej pory nikogo ze swojej klasy, a wielu osób nie kojarzyła nawet z widzenia. Oni również wyglądali na zagubionych, jakby znaleźli się tu pierwszy raz.

Przy krawężniku bezszelestnie zatrzymał się czarny Land Rover. Felix wysiadł, pożegnał się z tatą i spojrzał na ponury i masywny gmach szkoły, przypominający trochę stary obiekt wojskowy. Dopiero po chwili dostrzegł Nikę. Przywitali się serdecznie, choć nie widzieli się zaledwie kilka dni.

— Dużo nowych — mruknęła Nika.

Felix obejrzał się za siebie. Pojawiało się coraz więcej uczniów. Do rozpoczęcia apelu pozostało dziesięć minut.

— Nie wyglądają na pierwszorocznych — zauważył. — Niektórzy są starsi od nas.

— Młodzież dziś tak szybko dorasta. — Net przeskoczył murek i stanął między nimi. — Za naszych czasów to było nie do pomyślenia.

Cmoknął Nikę i uścisnął dłoń Felixa.

— Znowu jesteśmy pierwszakami — rzucił. — Starszaki będą nam kraść kredki. A już czułem się taki dorosły, taki odpowiedzialny.

— À propos odpowiedzialności. — Felix wycelował w niego palec. — Wisisz mi dwie dychy.

— Oj tam, oj tam. Nie jestem aż tak odpowiedzialny, jak ty małostkowy.

— Dwadzieścia funtów, nie złotych.

— Oddam przecież.

— Miałam straszny sen — odezwała się Nika. — Śniła mi się apokalipsa.

— Apokalipsa… — Net machnął lekceważąco ręką. — Straszny sen to jest wtedy, jak się śni test z geografii.

— Był bardzo realistyczny. Pożar, walące się budynki, całe niebo w piorunach. Czułam się tak, jakby to wszystko się działo naprawdę. Ten sen był taki… — chwilę szukała właściwego słowa — … epicki.

— Epicko to zaraz będzie przynudzał Stokrotka — zauważył Net.

Felix spojrzał na zegarek i machnął głową, że już czas.

Na schodach dołączyli do nich Oskar i Wiktor.

— Nie zgadniecie, gdzie byłem — rzucił zamiast przywitania Oskar.

— W Grecji — odparł Net. — Wrzuciłeś ze sto zdjęć.

Oskar zmarszczył brwi i mruknął coś niewyraźnie. Pokazał im telefon, a dokładniej zdjęcie przedstawiające zamieszanie: straż pożarną, policję, antyterrorystów, ambulanse i tłum.

— Tego jeszcze nie wrzuciłem.

— To z Grecji? — zapytał Net.

— To Warszawa. Dwadzieścia minut temu. W metrze był zamach.

— Zamach w metrze? — Nika zatrzymała się w połowie schodów. — Mogłam tam być. Przyjechałam tramwajem, bo zdążyłam dobiec.

— No to nieźle — zauważył z przejęciem Net.

— Kilka sekund różnicy i bym poszła do metra.

— To nie był zamach, tylko próbny alarm — wyjaśnił Wiktor, który zawsze był doskonale poinformowany. — Ćwiczenia.

— Wyglądało na prawdziwe — powiedział z zawodem w głosie Oskar.

Nika westchnęła i ruszyła dalej.

— Widzieliście kogoś z naszej klasy? — zapytała. — Jest dużo nowych.

— Połączyli nas z Siódemką. Część uczniów od nich przeszła do nas. I tak jak u nas, wszyscy, którzy mieli iść do trzeciej gimnazjum, wylądowali w pierwszej liceum.

— A co się dzieje z tymi z niższych klas? — zapytał Net.

— Wracają do podstawówki2. W Siódemce będzie tylko podstawówka, a u nas tylko liceum.

— A to nie miało być jakoś inaczej zrobione?

— Lokalne zawirowania czasoprzestrzeni.

— Ale przypał – szepnął Net. — Degradacja. Jak to dobrze, że jesteśmy w trzeciej. Znaczy, że mieliśmy być.

Weszli do znajomego hallu szkoły i wraz z gęstniejącym tłumem licealistów podążyli schodami na ostatnie piętro, gdzie dziwnym kaprysem architekta umieszczono salę gimnastyczną. Tu też wszystko wyglądało znajomo: niewielkie podwyższenie z ustawionym mikrofonem, obok długi stół z tym samym co zawsze zielonym suknem. Za stołem siadali już nauczyciele, z których większość wykazywała tyle samo entuzjazmu, co uczniowie. Szykował się kolejny nudny apel.

— Nie ma Eftepa… — szepnął z radością Net. — Jest chory albo… Albo już tu nie pracuje! To by wyjaśniało, czemu strona nie była aktualizowana od początku wakacji.

Za stołem zasiadło kilka nieznanych im osób, zapewne nauczycieli z Siódemki. Eftepa rzeczywiście nie było nigdzie widać. Ani rzutnika, który zwykle obsługiwał, ani ekranu do prezentacji, a cały system nagłośnienia sprowadzał się do mikrofonu podłączonego do jednego głośnika.

Gdy wszyscy usiedli, do sali wszedł dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka. Tym razem zupełnie niepodobnie do siebie założył czarny garnitur i ciemnoszarą kamizelkę. Koszula i muszka również były szaroczarne, a pogrzebowego nastroju dopełniała ponura mina. Chyba trochę schudł, choć mogło to być złudzenie, bo przecież czarny wyszczupla. I tylko łysina pozostała taka sama.

— Witajcie w nowym roku szkolnym — powiedział Stokrotka do mikrofonu, a ton jego głosu pasowałby raczej do mowy pogrzebowej. — Nastąpiło wiele zmian. Wiele dobrych zmian, które z całą pewnością wpłyną na poprawienie jakości edukacji…

Zazwyczaj po trzecim zdaniu dyrektora połowa słuchaczy zupełnie traciła zainteresowanie przemową. To akurat się nie zmieniło.

— Myślicie, że Eftep odszedł? — zapytał szeptem Net. — Znaczy, nie że kopnął w matrycę, tylko że odszedł z naszej szkoły.

— Stokrotka go wyrzucił — wyjaśnił Wiktor. — Dyscyplinarnie.

— O! — Net spojrzał na niego z zainteresowaniem. — Super! — Zorientował się, że mówi za głośno i ściszył głos. — Za co?

— Poszło o jakieś przewały przy międzynarodowej olimpiadzie informatycznej.

Net ściągnął usta i wymienił spojrzenia z Felixem i Niką3, po czym zaśmiał się jak brzuchomówca. Jerzy Wierszewski, zwany przez uczniów Eftepem, od początku nauki w szkole uwziął się na Neta. Nauczycielowi trudno było znieść, że uczeń zna się na informatyce znacznie lepiej od niego.

— … pewne zmiany personalne — ciągnął tymczasem dyrektor — i głęboka restrukturyzacja. Jak już wspomniałem na wstępie, perspektywiczne decyzje…

Net, mimo najszczerszych chęci, nie potrafił się dłużej skupić na monotonnym słowotoku Stokrotki. I nie był w tym odosobniony. Popatrzył na Nikę i poruszył brwiami w sposób, który oznaczał: „zniknęła ostatnia przeszkoda, by ta szkoła stała się znośna”. Nika w odpowiedzi zmarszczyła nosek, co miało znaczyć: „pamiętaj o chemii i geografii”. Felix poruszył tylko kącikiem ust, co oznaczało: „zawsze może być gorzej”, na co Net skrzywił się „nie psuj mi tej chwili małego triumfu”.

— … wszystkim serdecznie nowego roku szkolnego. — Stokrotka skinął głową, co znaczyło, że skończył przemowę.

Dopiero jednak dłuższa cisza dała wszystkim do zrozumienia, że trzeba zacząć bić brawo. A jednoznaczny sygnał wysłał pan Czwartek, nauczyciel fizyki, który zaczął klaskać, nawet nie odrywając wzroku od ekranu leżącego na stole smartfona. Podzielna uwaga. Obok pan Cedynia, historyk, skupił się na czynności, która od zawsze wychodziła mu najlepiej – drzemał. Konstancja Konstantynopolska, geograficzka, siedziała nieruchomo i obserwowała salę przez zmrużone powieki niczym przez szczeliny strzelnicze.

Dyrektor skinął głową i przygarbiony, ruszył do jedynego wolnego miejsca za stołem. Jako że był bardzo niski, wyglądało to, jakby usiadł na małym stołeczku zamiast krzesła. Z drugiego końca stołu wstał przystojny trzydziestolatek z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, w nieskazitelnym grafitowym garniturze. Zapiął najniższy guzik marynarki i sprężystym krokiem podszedł do mikrofonu. Zdecydowanie przesadnym ruchem uniósł go o dwadzieścia centymetrów i uśmiechnął się do całej sali.

— Dzień dobry państwu — odezwał się miękkim, ale jednocześnie silnym głosem. — Witam panie i panów. Dziękuję bardzo mojemu zastępcy za ten erudycyjny wstęp, a teraz jednak przejdźmy do konkretów.

Net kaszlnął nieco zbyt głośno, choć gardło go ani trochę nie swędziało. Przez salę przeszła fala niemego niedowierzania. Dyrektor Stokrotka jeszcze bardziej skulił się za stołem.

— Nazywam się Romuald Wąs i jestem nowym dyrektorem tej szkoły.

Rozległy się szmery, a nowy dyrektor z lekkim uśmiechem na twarzy pozwolił tej chwili wybrzmieć i dopiero wtedy kontynuował:

— Pod moim kierownictwem ta szkoła odżyje i wyda na świat wybitnych absolwentów. Jestem pewien, że wspólnym wysiłkiem…

— E, przynudza tak samo, jak Stokrotka — szepnął Net.

— … trwają prace nad przywróceniem sprawności szkolnej strony. Na razie swoje nowe klasy i wychowawców poznacie z listy wywieszonej w szkolnej gablocie.

— Nowe klasy? — szepnął podejrzliwie Net.

— Dla nowych uczniów — odparł Wiktor. — Druga, trzecia i czwarta liceum.

— Zaleją nas imigranci z Siódemki. Będziemy mniejszością we własnej szkole.

— … uważam rok szkolny za rozpoczęty! — dokończył nowy dyrektor. Uniósł dłonie w uroczystym geście, a sala nagrodziła go niemrawymi brawami.

Zaczęło się szuranie krzesłami i przepychanie się do wyjścia. Tłum ruszył na parter, ale oczywiście tylko kilkanaście pierwszych osób miało szansę cokolwiek przeczytać w gablotkach.

Felix, Net i Nika dotarli tylko do podnóża schodów.

— Ile luda! — Net przeniósł spojrzenie na plecak Felixa. — Masz może lornetkę?

Pytanie wcale nie było pozbawione sensu, zważywszy, że zawartość Felixowego plecaka nieraz uratowała przyjaciołom skórę.

Felix pokręcił tylko głową.

— Nie potrafisz się włamać na szkolny serwer? — zapytała Nika.

— To banalnie proste — odparł Net. — Tylko po co? Tam nie ma tych tabelek.

Powoli przesuwali się do przodu. Od strony wiszących na ścianie gablotek dobiegały odgłosy niezadowolenia i ożywionych dyskusji. Gdy wreszcie tam dotarli, poznali ich przyczynę.

— Że what? — wykrzyknął Net. — Rozdzielili nas?! To jakaś chora pomyłka!

Sprawdzili raz jeszcze. Nie było wątpliwości. Felix i Net wylądowali w klasie C, a Nika w E. W każdej z klas co najmniej dwie trzecie uczniów było z Siódemki, ale nawet tych chodzących do Kuszmińskiego przetasowano. U Niki z poprzedniej klasy została tylko Aurelia, co było chyba najgorszym z możliwych rozwiązań – dziewczyny, delikatnie mówiąc, nie przepadały za sobą.

Na dole tabelek widniał niepozorny napis: „Mamy nadzieję, że to pomoże wyrównać poziom i lepiej zintegrować się uczniom obu szkół”.

— Brakuje też kilku naszych nauczycieli — zauważyła ze smutkiem Nika. — Nie ma pani Joli.

— Pewnie przenieśli ich do Siódemki — stwierdził Felix.

Wychowawcą Niki miał być profesor Butler, a przy klasie Felixa i Neta nie wpisano nikogo. Nika zmarszczyła nosek na samo wspomnienie zajęć z botaniki progresywnej, które prowadził kiedyś Butler. Nie był złym nauczycielem, prowadził naprawdę ciekawe lekcje, jednak, co istotne dla Niki, jego poziom higieny osobistej pozostawiał wiele do życzenia, podobnie jak i zawartość samej pracowni. Cóż, na szczęście godzina wychowawcza jest raz w tygodniu.

— To nic strasznego — starała się przekonać chyba bardziej siebie niż przyjaciół. — Przecież nie rozstajemy się całkiem.

— No wiesz… — mruknął Net.

— No wiem. Jakoś się muszę pocieszyć.

— Zapiszmy się na wspólne zajęcia dodatkowe — zaproponował Felix. — Póki są miejsca. Tylko że… — rozejrzał się po gablotkach — nie ma listy.

Dłużej nie mogli się przyglądać zawartości gablotek, bo napierał na nich tłumek kolejnych uczniów.

* * *

Nika nie przejmowała się wyglądem sali biologicznej. Po prostu wybrała miejsce pod oknem, z dala od regałów z akwariami, terrariami oraz roślinami, co do których nie było pewności, że nie gryzą. Za to uczniowie z Siódemki zaczęli od oglądania oświetlonych specjalnymi żarówkami okazów, jakby byli w zoo. Dopiero po chwili dotarło do nich, na co patrzą. Wtedy się cofnęli, a kilka dziewczyn chciało nawet wyjść. Zza przymkniętych drewnianych okiennych żaluzji sączyło się delikatne światło, w sali panował więc półmrok i pachniało trochę jak na wybiegu słoni.

— Wolne? — Aurelia, nie czekając na odpowiedź, położyła swoją torbę na ławce obok Niki.

Nika spojrzała na nią niechętnie. Przebojowa Aurelia była jej przeciwieństwem pod prawie każdym względem. Miała czarne kręcone włosy, ubierała się modnie i drogo. Kreowała się na nie tylko klasową, ale szkolną piękność, a do tego nieraz wytykała Nice brak pieniędzy. Nie mówiąc już o tym, że podrywała Neta.

— O, masz w końcu nową spódnicę — zauważyła. — Całkiem spoko. No, musimy się trzymać razem — wyjaśniła.

Nika tylko pokiwała głową. W tym trzymaniu się razem było jednak trochę racji.

Rozległ się dzwonek i dopiero teraz część uczniów zrozumiała swój błąd. Miejsca pod oknem i pośrodku były już zajęte. Zostały tylko te od strony regału.

Z zaplecza wyszedł profesor Butler. Zdawał się nie zauważać, że w sali jest ktoś poza nim. Uczniowie z Siódemki wytrzeszczyli oczy. Profesor Butler był chudym i niepozornym pięćdziesięciolatkiem. Poplamiony fartuch jakiś czas temu pewnie był biały, choć nikt by się o to nie założył. Siwe włosy, nieco za długie i nieco za rzadkie, były również nieco za tłuste. Grube okulary w przezroczystych oprawkach musiały być szczytem lansu w czasie pierwszych lotów w kosmos.

Profesor położył na stole dziennik i notes tak wymiętoszony, że część kartek zwinęła się w krzywe rurki. Odgarnął włosy na bok, a włosy zostały w tej pozycji, jak trzymane niewidzialną siłą. Albo, co bardziej prawdopodobne, długotrwałym brakiem kontaktów z szamponem.

Usiadł za stołem, otworzył dziennik, otworzył notes i zaczął przeglądać to jeden, to drugi.

— Ktoś zna temat zajęć? — zapytał, nie podnosząc wzroku. — Daję czwórkę.

Uczniowie z Siódemki popatrzyli po sobie z zaskoczeniem. Aurelia i Nika, które jako jedyne znały profesora, po prostu czekały.

— Czwórka za tę informację. — Butler chaotycznie przeglądał kolejne strony. — Piątka! Piątka po raz pierwszy.

Wreszcie odsunął dziennik i wertował już tylko notes. Kartki zwijały się, niektóre wypadały.

— Ściągnęli mnie z pracowitych wakacji w Białowieży — mruknął. — Myślałem, że to dopiero w październiku. Hm… Przecież sam sobie nie wpiszę nieprzygotowania.

Nika uniosła rękę, ale Butler tego nie zauważył.

— To jest godzina wychowawcza — powiedziała więc głośno.

— Nie ma takiego gatunku. — Butler uniósł wzrok. — A, że godzina wychowawcza… — Chwilę rozglądał się po uczniach przez zatłuszczone szkła. — To ja mam jakieś wychowawstwo?

— Jesteśmy pierwszą E — wyjaśniła Nika. — A pan jest naszym wychowawcą.

— No proszę! — Pokręcił głową. — Wczoraj jeszcze krzyżowałem żubry z sasankami, a tu mi dali wychowawstwo. — Podrapał się za uchem. — Czyli nie dowiedzieli się o krzyżowaniu. To i lepiej, he, he. — Uniósł wzrok, spojrzał na Nikę, zmrużył oczy, wysunął głowę do przodu, wreszcie przechylił okulary, żeby poprawić ogniskową. — A, Nika Mickiewicz. — Przysunął do siebie dziennik. — Pierwsza piątka w tym roku.

Część uczniów z Siódemki spojrzała na nią z lekką zawiścią.

— Eee… — Nika przygarbiła się. — Nie o to mi chodziło. Chciałam po prostu…

Aurelia spojrzała na nią wielkimi oczami. Jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu Niki, pokiwała głową z uznaniem i wyszczerzyła białe ząbki w uśmiechu.

— Nieźle. — Trąciła ją porozumiewawczo łokciem. — Damy sobie radę.

Profesor rozpisywał długopis w swoim notesie, ale długopis odmówił współpracy.

— Nie pisze… — Uniósł okulary i przyjrzał się z bliska kartce. Wysunął język i polizał papier. Przekrzywił głowę i chwilę mlaskał. — Wielkanocny majonez.

Przewrócił kartkę i zapisał coś. Dopiero teraz, ucieszony, wpisał ocenę do dziennika.

— Nika Mickiewicz… — Przewrócił okładkę dziennika i spojrzał na tytuł. — Pierwsza E? Byłaś w drugiej. Tak bardzo nie zdałaś, że cię cofnęli?

— To jest pierwsza liceum. — Nika była coraz bardziej speszona.

— A, czyli od razu przeskoczyłaś o dwie klasy wzwyż. Zuch dziewucha. — Wstał i zamyślił się. — O czym by wam tu opowiedzieć na godzinie wychowawczej…? — Chwilę chodził tam i z powrotem za stołem do doświadczeń i ssał kciuk, a uczniowie z Siódemki obserwowali go z niedowierzaniem, z uchylonymi ustami. — Dobra, zasłońcie całkiem żaluzje. Pokażę wam trochę ciekawych zdjęć przyrody.

Siedzący najbliżej okien z obawą wykonali prośbę profesora. On sam pociągnął za sznurek nad tablicą, opuścił biały ekran, włączył rzutnik i zaczął opowiadać:

— Sasanki zasadniczo są roślinami, ale bardzo tolerancyjnymi i otwartymi na nowe znajomości…

* * *

Felix i Net usiedli w ostatniej ławce w jednej z tych sal, które nie były przeznaczone do niczego konkretnego, tylko tak po prostu miały ławki i tablicę. Można w nich było nauczać dowolnego nudnego przedmiotu. Przed nimi szybko usiadł Oskar.

— Jesteśmy osaczeni — szepnął, rozglądając się czujnie. — Mało nas.

Było w tym sporo racji. Miejsca przed nimi zajęli Lucjan i Celina, ale większość uczniów pochodziła z Siódemki. Lucjan, zupełnie jak nie on, siedział cicho i nie zwracał na siebie uwagi. Dotarł jeszcze Gilbert, który usiadł obok Oskara. Było też kilku uczniów z innych dawnych klas Kuszmińskiego, ale zdecydowaną większość stanowili ci z Siódemki.

Z ich klasy była jeszcze Zosia, która siedziała bliżej tyłu i co chwila zerkała na Gilberta.

— Nie czaję tego pomysłu z rozdzieleniem klas. Jak to tak bez Niki? — poskarżył się Net. — Czuję się jak bez nogi. Wystarczyłoby wywalić Geralda i wszystko by grało.

Minęło już kilka minut od dzwonka, a nie pojawiał się żaden nauczyciel. W sali robiło się coraz głośniej.

— Nie tylko osaczeni, ale i porzuceni — powiedział Oskar, po czym szybko zastrzegł — nie, żebym akurat na to narzekał.

— Dlaczego nie mogliśmy zostać trzecią klasą? — ciągnął Net. — Jak w innych szkołach. Byśmy sobie po prostu dociągnęli spokojnie ten rok.

— To Romuald Wąs — odezwał się Gilbert. — Chce się wykazać. Najlepiej się wykazać poprzez działanie, bo przez brak działania to się wykazuje każda płyta chodnikowa. To wszystko jest logiczne. Mamy nowego dyrektora i on musiał coś zrobić, żeby nauczyciele go zauważyli. Bez tego byłby niewidzialnym dyrektorem. Jak zgolony wąs.

— Co ty bredzisz? — Lucjan spojrzał na niego z niesmakiem.

— Braki w sprycie nadrabiam inteligencją. Moim zdaniem mam rację.

— Co robiłeś przez całe wakacje? Wąchałeś klej?

— Tak. Zapisałem się do kółka modelarskiego w domu kultury. Przez większość czasu tworzyłem model czołgu w skali 1:0.

— Co? Nie ma takiej skali.

— Oni zorientowali się dopiero tydzień temu. Podczas wystawy prac.

Drzwi otworzyły się i momentalnie zapanowała cisza, a wszyscy wrócili na miejsca. Do sali wmaszerował wicedyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka z dziennikiem pod pachą.

— Nie ma nic gorszego niż dyrektor i wychowawca w jednej osobie — szepnął Oskar.

— Brzmi mądrze — przyznał Net. — Ale dlaczego?

— Bo nie ma wyższej instancji, do której można się odwołać.

Net zastanowił się nad tą mądrością, choć nie był pewien, czy to rzeczywiście taka mądrość. W życiu by mu nie przyszło do głowy skarżyć się Stokrotce na panią Jolę. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, do czego jest potrzebny wychowawca. Czy jego brak cokolwiek zmieniał?

— Najważniejsze, że w tej szkole nie ma już Eftepa — mruknął. — Z resztą jakoś sobie poradzę.

— Dzień dobry. — Stokrotka bez entuzjazmu usiadł za biurkiem i otworzył dziennik.

— Dzieeeń dooobryyy — odpowiedzieli bez entuzjazmu uczniowie. A przynajmniej większość z nich.

— Czemu my zawsze tak przeciągamy te samogłoski? — zapytał szeptem Net. I od razu, napotykając ciężkie spojrzenie Felixa, machnął ręką, że nieważne.

Dyrektor wyglądał na nieco przybitego, a jednocześnie zdezorientowanego. Nigdy wcześniej nie prowadził przecież lekcji. Są dyrektorzy-nauczyciele i są dyrektorzy-dyrektorzy. To był ten drugi przypadek.

— Sytuacja jest nadzwyczajna — zaczął Stokrotka. — W naszej szkole przybyło uczniów. Nauczycieli też przybyło, ale niestety nie aż tylu. Z jednym nauczycielem musieliśmy się… ekhem, rozstać. Powstał pewien deficyt. Chwilowo więc pierwsza C nie będzie miała wychowawcy. To nie znaczy w żadnym wypadku, że będziecie pozostawieni sami sobie! Do czasu przyjęcia do pracy nowego nauczyciela ja osobiście będę pełnił tę funkcję. Tak…?

To było reakcją na uniesioną dłoń Klaudii.

— Mam takie pytanie — zaczęła dziewczyna. — Bo ja mam koleżankę i ona trafiła do innej klasy. Czy to tak już będzie? Tak jak teraz?

— Być może część z was nie rozumie sensu podziału klas. — Mina dyrektora świadczyła o tym, że on też go nie rozumie. — Jest w tym jednak głęboki sens. Bardzo głęboki sens. Chodzi o… pfff… poprawę warunków nauczania i… samopoczucie.

— A ile to potrwa? — dopytywała Klaudia.

— Do końca czwartej klasy — odparł uprzejmie Stokrotka, po czym kontynuował — przy każdej reorganizacji pojawia się element… zamieszania. I właśnie w wyniku tego elementu nie macie wychowawcy…

Nie sposób było się dłużej skupić na słowach Stokrotki. Felix otworzył brudnopis i pod pozorem notowania poprawiał szkice jakiegoś swojego nowego wynalazku. Netowi zaś zwyczajnie zaczęły opadać powieki. Walczył z tym dzielnie przez jakieś siedemnaście i pół sekundy, po czym dał za wygraną i oparł czoło na przedramieniu. Znalazł się gdzie indziej i kiedy indziej.

Obudził go głośny huk. Jakby coś spadło. Jakby spadło coś wielkości i ciężaru sporej lodówki. Wyładowanej ołowiem. Otworzył oczy i ujrzał coś, co przypominało nisko wiszącą chmurę. Było ciemno i gorąco, śmierdziało spalenizną. Coś uwierało go w plecy. Sięgnął za siebie i namacał kamień, a dokładniej kawał gruzu. Całkiem spory. Gruz był wszędzie dookoła, a Net leżał w czymś w rodzaju głębokiego rowu o ścianach usypanych z rozkruszonego betonu, cegieł, kamieni i pogiętych elementów stalowych. Chmura w rzeczywistości była kłębowiskiem dymów, unoszących się nad pożarami, ukrytymi za krawędziami rowu.

— Coś wybuchło? — rzucił w przestrzeń i wstał. — Co tu się stało?! Szkoła się zawaliła, kiedy spałem?

Z trudem zaczął się wdrapywać na zbocze gruzowiska. Nikogo nie dostrzegał wśród gruzów.

Wreszcie dotarł na górę, skąd rozciągał się widok na pogrążone w mroku miasto, oświetlone jedynie piekielnym blaskiem płomieni. Górne piętra wieżowców niknęły w powłoce dymów. Niższe budynki w większości zamieniły się w spalone ruiny.

Net czuł narastającą panikę.

— Ale ja tylko zasnąłem na lekcji! — wykrzyknął.

Rzucił się na ziemię, gdy usłyszał odgłosy wystrzałów.

— Nie da się ukryć — przez wystrzały przebił się znajomy głos.

Net ostrożnie otworzył oczy i uniósł głowę. Nad nim stał Stokrotka i pukał palcem w blat.

— Oj! — Net momentalnie się rozbudził do końca i wyprostował na krześle.

Już zamierzał się tłumaczyć, ale dyrektor po prostu przeszedł dalej, kontynuując wątek:

— Zmiany programowe oznaczają również konieczność znacznych modyfikacji procesu edukacyjnego oraz wielotorowe podejście do zmiennych aspektów…

I Net od razu poczuł, że znowu zamykają mu się oczy. Zrobił trzy głębokie wdechy i wyprostował plecy, by przyjąć jak najmniej wygodną pozycję. Gdyby drugi raz zasnął, Stokrotka pewnie wyrzuciłby go z klasy, jednak chłopak przede wszystkim za nic nie chciał wracać do swojego snu.

Obok Felix zarysował już prawie całą stronę. Skomplikowany schemat wydał się Netowi zupełnie niezrozumiały, a próby odgadnięcia, co przedstawia, zamiast go rozbudzić, przywołały ponowną falę senności. Dzwonek, który zabrzmiał pół minuty później, był wybawieniem.

Wszyscy zaczęli się leniwie zbierać.

— Net Bielecki. — Stokrotka wycelował w niego palcem. — Zostań chwilę.

Net poczuł ciarki na plecach. Podszedł do biurka, z którego dyrektor wziął dziennik.

— Panie dyrektorze, bo ja tak… deficyt snu… spadek poziomu tlenu w sali… niekorzystna akustyka…

— Znasz się na komputerach. — Stokrotka nawet go nie słuchał. — Mamy mały problem ze szkolną stroną internetową. Nauczyciel, który się nią zajmował, już tu nie pracuje.

Net wydał z siebie mimowolny dźwięk, nieco przypominający kwiknięcie z trudem tłumionej satysfakcji. Szybko jednak przywrócił kamienny wyraz twarzy.

— No i tylko ten nauczyciel znał hasło dostępu — ciągnął Stokrotka. — Jestem wprawdzie pewien, że ten nauczyciel zabezpieczył wszystko jak należy… jednak gdybyś spróbował… gdyby udało ci się obejść jego zabezpieczenia, toby nam wszystkim znacznie ułatwiło sprawę.

— Ten nauczyciel nie zostawił hasła? — upewnił się Net.

— Rozstaliśmy się w mało przyjaznych okolicznościach. — Dyrektor wydął wargi. Ta rozmowa sprawiała mu kłopot, wiedział przecież, że Net wie, o kogo i o jaką sytuację chodzi. Jednocześnie nie chciał przyznać, że wie. I co gorsza, wiedział, że Net wie również i o tym. — W gabinecie mam komputer z dostępem do internetu. Nie chciałbym używać słowa „włamanie”…

— Szkoda czasu. — Net wyjął z plecaka tablet z klawiaturą ukrytą w etui i ustawił go na biurku. — Znaczy, szkoda czasu, żeby tam iść.

Wszedł na stronę logowania i wklepał w polu użytkownika „administrator”, a jako hasło też „administrator”. I pojawił się panel administracyjny. Udało się za pierwszym razem. To nawet nie było włamanie. Żadna trudność, zważywszy, że Eftep zawsze i wszędzie ustawiał to samo hasło. A raczej nie zmieniał ustawień domyślnych.

Już miał ogłosić sukces, ale w porę się powstrzymał. To by przecież wyglądało podejrzanie łatwo. Na szczęście Stokrotka nie widział ekranu. Net otworzył więc program do notatek i zaczął energicznie klepać w klawiaturę, naciskając losowe znaki. Robił przy tym bardzo mądrą minę. Po minucie uznał, że wystarczy. Zamknął notatnik.

— Mogę zmienić hasło. Oj, sorki! To znaczy, przepraszam. Tu może pan wpisać swoje nowe hasło. — Odwrócił tablet w stronę dyrektora i zasłonił oczy. — Nie patrzę.

* * *

Net odnalazł przyjaciół pod oknem w załomie korytarza na pierwszym piętrze, gdzie przez poprzednie lata zwykle spotykali się, żeby pogadać.

— Nie opowiadaj mi swoich snów, co? — rzucił w kierunku Niki. — To jest zaraźliwe.

— Co ci się śniło? — zapytała z zainteresowaniem.

— Mniej więcej to, co mi opowiedziałaś. Wolę sny o tropikalnych wyspach albo o jedzeniu.

— A czy…? — Nie dokończyła, bo Net ostrzegawczo uniósł palec.

— Tropikalne wyspy albo żarcie — powiedział powoli. — Może być jednocześnie.

Nika pokręciła z rezygnacją głową i wyjrzała przez okno. Wychodziło na park z fontannami, na ulicę przed wejściem do szkoły i na kawiarnię Zbędne Kalorie po przeciwnej stronie. W kawiarni też często bywali, ale dziesięciominutowa przerwa to za mało, żeby tam iść. Sklepiku na parterze jeszcze nie otworzyli, więc zabrakło pretekstu do kolejkowego integrowania się z siódemkowcami. Za to na odwiedzenie innego ważnego miejsca było wystarczająco dużo czasu.

— Lepiej zobaczmy, jak przetrwała wakacje Kwatera Główna. — Felix ruszył w kierunku schodów na strych.

Kwatera Główna była pomieszczeniem na prawie nieużywanym strychu, które przyjaciele zamienili w rodzaj tajnego klubu. Bardzo się przydała kilka razy podczas tajnych akcji.

W tym momencie zabrzmiał dzwonek. Przyjaciele zatrzymali się, zdziwieni.

— Ktoś się pomylił. — Felix spojrzał na zegarek.

— Wykrzaczył się program sterujący dzwonkiem — wyjaśnił Net.

— Nie, skrócili przerwy do pięciu minut — rzucił przechodzący obok Wiktor.

— Po co? — zapytał oburzonym głosem Net.

— Jest o jedną trzecią więcej uczniów. Więcej klas, więcej lekcji.

— Szkoła.zip — mruknął Net.

* * *

Dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka w ponurym nastroju przekroczył próg sekretariatu. Zamknął za sobą drzwi i zamarł. Sekretariat wypełniał klekot maszyny do pisania. Za biurkiem siedziała pani Helenka, szkolna sekretarka, i serdelkowatymi palcami uderzała w klawisze. Przepisywała odręczną notatkę z małej kartki. Stojący obok wyłączony komputer służył za podstawkę pod buteleczki z kolorowymi lakierami do paznokci. Sekretarka miała na sobie jaskrawożółtą obcisłą bluzkę, podkreślającą wszystkie niedoskonałości jej figury. Natapirowane blond włosy i przesadny make-up dopełniały obrazu.

W obecności sekretarki w sekretariacie nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie to, że dyrektor zwolnił ją z pracy jeszcze przed wakacjami.

— Dzień dobry, Helenko — powiedział ostrożnie dyrektor.

— Dzień dobry, panie dyrektorze. — Helenka nawet nie podniosła wzroku znad maszyny.

— Jak ci minęły wakacje?

— Spokojnie, bardzo spokojnie. Odpoczęłam dzięki dołóżkowym nausznikom.

— Ach tak…? — Dyrektor podszedł bliżej i przebiegł wzrokiem po dokumentach na biurku. — I to działa?

— Oczywiście. Tak było napisane w instrukcji obsługi. Zakłada się je na uszy przed snem i rano jest się zrelaksowanym. Tylko naturalne składniki: bawełna i polyester.

— Pamiętasz, jak przed wakacjami dyktowałem ci pismo w sprawie zwolnienia z pracy?

— Pamiętam. To było ostatnie pismo, jakie napisałam przed wakacjami. Wysłałam je w drodze do domu.

— Wysłałaś je? — Dyrektor uniósł brwi. — Ono było przeznaczone dla ciebie.

— Wysłałam je do siebie, na adres sekretariatu szkoły. — Sekretarka wskazała rynienkę z korespondencją przychodzącą. — No i dziś znalazłam je w skrzynce razem z innymi listami.

Stokrotka zamknął oczy i głęboko odetchnął.

— Mogłabyś otworzyć kopertę i przeczytać list? — poprosił.

— Oczywiście, panie dyrektorze. — Chwyciła nożyk do papieru w dwa palce, tak by nie uszkodzić jaskrawozielonych tipsów, rozcięła kopertę i wyciągnęła dokument. — Mając na uwadze wieloletnią współpracę oraz pozytywny stosunek –

— Nie musisz czytać na głos — powiedział dyrektor. Po namyśle dodał — nie pamiętasz, jak ci to dyktowałem?

— Pamiętam doskonale. Stał pan tam, gdzie teraz. Pytał pan, czemu nie piszę na komputerze, a ja odpowiedziałam, że od tych klawiszy komputerowych psuje mi się lakier na paznokciach i że lepiej napisać na maszynie i włożyć do segregatora.

Dyrektor przejechał dłonią po twarzy i czekał, aż sekretarka skończy czytać. Wreszcie spojrzała na Stokrotkę znad papieru z rzadkim u niej skupieniem.

— Zamierza pan zwolnić mnie z pracy? — zapytała z niedowierzaniem.

— Nie, nawet mi to nie przeszło przez myśl. — Dyrektor wziął z jej dłoni list i zgniótł go w kulkę. — Ktoś to przysłał na zły adres.

— Ach tak! — Pani Helenka uśmiechnęła się. — Cóż za ulga.

Zaczęła znów klepać na maszynie.

Dyrektor odwrócił się, żeby wejść do swojego gabinetu, ale zatrzymał się. Przez wakacje w sekretariacie przybyło coś, czego tu wcześniej nie było. Wciśnięty w kąt między kopiarką a koszem na śmieci stał wąski stolik i rachityczne składane krzesełko.

— Co to za stolik? — zapytał Stokrotka.

Helenka odwróciła się przez ramię i chwilę patrzyła na mebel.

— Kiedy przyszłam, już tu był — odparła.

Stokrotka otworzył obite sztuczną skórą drzwi i wszedł do gabinetu, eleganckiego jak na standardy sprzed czterdziestu lat. Obszedł biurko, przejeżdżając palcami po porysowanej powierzchni, i usiadł w głębokim fotelu. Spojrzał na przylepioną do monitora kartkę z nieaktualnym hasłem do szkolnego serwera. Trzeba będzie wpisać nowe, ale to za chwilę. Na razie ze wzruszeniem oparł dłonie o wyślizgany blat. Wygląda na to, że pora pożegnać się z tym miejscem. Trzeba będzie urządzić nowy gabinet, znacznie skromniejszy, gdzieś w nieużywanym pomieszczeniu, może obok pokoju nauczycielskiego. Spędził tu wiele lat i traktował gabinet jak swój drugi dom, a teraz ten młody, arogancki, nieopierzony… Ech.

Pogładził klawiaturę komputera, zerknął na paprotki pod oknem, na gipsowe popiersie patrona szkoły, na szafę z dokumentami, na skórzane fotele i na przedpotopowy interkom.

Przedpotopowy interkom właśnie zadzwonił.

Dyrektor zwlekał chwilę, nim nacisnął przycisk połączenia. Spodziewał się, co usłyszy.

— Tak kochanieńka?

— Panie dyrektorze, pan dyrektor do pana dyrektora.

A więc to naprawdę już.

— Proś pana dyrektora. I zrób nam, proszę, dwie kawy. — Stokrotka rozłączył się, ale w porę przypomniał sobie, jaką kawę przyrządza sekretarka. Nacisnął szybko przycisk. — Albo lepiej dwie herbaty.

Do gabinetu wszedł Romuald Wąs. W dłoni trzymał czarną teczkę z kilkoma dokumentami. Stokrotka wstał i wyszedł mu na przywitanie z wysilonym uśmiechem na ustach.

— Mam taką propozycję na wstępie — powiedział Wąs. — Przejdźmy na ty. To zdecydowanie ułatwi nam współpracę. — Wyciągnął rękę. — Romuald.

— Juliusz… — Stokrotka automatycznie uścisnął podaną dłoń. Pomysł niespecjalnie mu się podobał. Ale stało się.

— Mamy kilka spraw do przegadania, Julku. Juliuszu! Przepraszam…

— Tak, lepiej zostańmy przy tej wersji.

Stokrotka zastanawiał się chwilę, czy zaprosić gościa na fotele, ale zmienił zdanie. Podręcznik naturalnego przywódcy, który niedawno skończył powtórnie czytać, radził nie oddawać pola bez walki. Wrócił więc za biurko i usiadł w swoim fotelu.

— Jest kilka spraw do przegadania. Na przykład ten nowy podział klas.

Wąs przysiadł bokiem na biurku i patrzył teraz na Stokrotkę z góry. Stokrotka zmarkotniał. Nie do końca o to chodziło.

— Przedtem były klasy lepsze i gorsze — powiedział Wąs. — Przeanalizowałem średnią ocen i dobrałem uczniów tak, by średnia każdej klasy była jak najbardziej zbliżona.

Stokrotka nie miał pojęcia, czemu to miało służyć, i nie zamierzał się z tą niewiedzą ujawniać. A Wąs nie zamierzał ciągnąć tematu.

— Sklepik szkolny jest zamknięty — dodał Stokrotka. — Część uczniów nie przynosi drugiego śniadania, będą się więc wymykać do sklepu po drugiej stronie ulicy. Co w połączeniu z krótkimi przerwami oznacza, że będą się spóźniać.

— Wypowiedziałem umowę temu… jak mu tam?

— Robertowi. Podniosłeś mu czynsz.

— Mamy inflację.

— Podniosłeś trzykrotnie.

— Urynkowiłem warunki. Musimy dbać o szkolne finanse.

— Teraz nie mamy nawet tych kilkuset złotych.

— Może jakiemuś bankowi wynajmiemy. Albo wstawimy automaty. — Wąs zrobił zatroskaną minę. — Wiesz, przez ostatnie dni wakacji przejrzałem dokumenty księgowe. Nieco się w nich zagłębiłem. Skupiłem się głównie na kondycji finansowej naszej wspólnej szkoły. — Otworzył teczkę, wyjął z niej wydruk i podsunął Stokrotce. — Właśnie o tej kondycji chciałem z tobą porozmawiać.

Stokrotka wziął papier. Wyglądał znajomo.

— Rachunek za zakup oświetlenia gablotek w hallu szkoły — podpowiedział Wąs. — Oświetlenie „ogniskujące energię kosmiczną w celu poprawienia autoregulacji organizmów”. Dwukrotnie droższe od zwykłego oświetlenia.

Stokrotka poczuł, jak robi mu się gorąco.

— Tak, to był nieszczęśliwy zakup…

— Dalej mamy trzykrotnie droższe od zwykłych zasłony do okien. — Wąs wyjął z teczki kolejny wydruk. — Wyprodukowane w fabryce „przestrzegającej zasad równości, tolerancji społecznej i wolnego dostępu do mediów”.

Dyrektor otarł chusteczką spocone czoło, a tymczasem Wąs kładł przed nim kolejne wydruki.

— Horrendalnie droga gruzińska woda mineralna do dystrybutora w sekretariacie; nadprzewodzący piorunochron; kable do telefonów przesyłające sygnał z pięciokrotną prędkością światła; wycieraczki przy wejściu z funkcją „aktywnego usuwania zanieczyszczeń stałych z obuwia”. I jeszcze parę. — Rzucił kilka kartek i wyjął ostatni wydruk. — No i na koniec najładniejszy kwiatek. Opłata za ogrzewanie za cały rok z góry. — Kciukiem wskazał słoneczny dzień za oknem.

Stokrotka przełknął ślinę. To wszystko były zakupy dokonane przez panią Helenkę bez jego wiedzy. Za to zresztą zwolnił ją z pracy, a zwolnienie w postaci zwiniętej kulki tkwiło w kieszeni jego marynarki.

— Porozmawiajmy może o sprawach dotyczących uczniów — zaproponował.

— Nie działa szkolna strona.

— Pewien zdolny uczeń, Net Bielecki, pomógł mi rozwiązać ten problem. To już nieaktualne. Za to wciąż brakuje polonisty, a klasa pierwsza C nie ma wychowawcy.

Wąs nachylił się nad Stokrotką i powiedział grobowym głosem:

— Na koncie bankowym szkoły jest teraz minus trzy złote. Nie mamy pieniędzy, żeby zatrudnić brakującego nauczyciela.

Stokrotka nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Poluzował muszkę i wstał, byle być dalej od następcy. Podszedł do okna i złączył dłonie w takim geście, jakby przymierzał się do poważnej przemowy. Niestety, naprawdę nie wiedział, co powiedzieć.

— Nie, spokojnie. — Wąs uniósł pojednawczo dłonie i też wstał. — Ja wiem, że to nie twoja wina. Wszystko sprawdziłem. — Obszedł biurko i niby od niechcenia elegancko opadł na dyrektorski fotel. Nacisnął przycisk interkomu. — Pani Helu, przepisała pani ten dokument, o który prosiłem rano?

— Oczywiście, panie dyrektorze.

— Zatem poproszę.

Helenka otworzyła drzwi, przeszła przez cały gabinet i położyła dokument na biurku.

— Zaraz przyniosę dwie herbaty — powiedziała.

— Jedna wystarczy — odparł uprzejmie Wąs. — I nie teraz. Niech naciąga. Poproszę panią, kiedy nadejdzie czas. — Zaczekał, aż sekretarka wyjdzie, i przebiegł wzrokiem po tekście. — Tu jest ostatni dokument, który podpiszesz jako dyrektor, Juliuszu.

Uniósł kartkę w taki sposób, że Stokrotka musiał po nią podejść.

— Formalnie to ja już jestem wicedyrektorem. — Stokrotka rozejrzał się za miejscem, gdzie mógłby usiąść i podpisać.

— Jeżeli szukasz swojego biurka, to kazałem je wstawić do sekretariatu. — Wąs wstał i szerokim gestem zaprosił go na skórzaną kanapę dla gości. — Ale na razie usiądź tutaj wygodnie. Ważne, żeby podpis wyszedł równo i ładnie. Przeczytaj.

Stokrotka poczuł się, jakby był uczniem wezwanym na dywanik dyrektora. Usiadł przy niskim stoliku i zaczął czytać:

— Mając na uwadze wieloletnią współpracę oraz pozytywny stosunek –

— Nie musisz czytać na głos. — Wąs uniósł jedną dłoń w geście ni to łaski, ni to zakazu.

Stokrotka w milczeniu przebiegł wzrokiem dokument. To było wypowiedzenie umowy o pracę. Ale nie dla niego, tylko dla pani Helenki.

— Pomyślałem, że chciałbyś to podpisać osobiście. — Wąs włożył dłonie do kieszeni. Nie zamierzał siadać.

Stokrotka dotknął wypukłości w kieszeni marynarki i zadarł głowę, by spojrzeć na wysokiego następcę.

— Romualdzie, wolałbym –

— Zależy mi na tym, żebyś TY to podpisał — powiedział z uśmiechem Wąs, po czym spoważniał i dodał lodowatym tonem — chyba że wolisz odejść razem z nią.

* * *

Przyjaciele siedzieli w kawiarni Zbędne Kalorie nad szarlotką z bitą śmietaną i czekoladą na gorąco, też z bitą śmietaną. Pani Basia, właścicielka, uśmiechała się do nich zza baru. Sama wyglądała, jakby wszelkie przybytki serwujące zbędne kalorie omijała wielkim łukiem. W legginsach, w których często chodziła, mogłaby występować jako żywa reklama klubu fitness.

Nika pochłaniała swoje ciastko w przyspieszonym tempie.

— Wyglądasz, jakbyś nic nie jadła od wczoraj — zauważył Net.

— Jeszcze nie przyszedł przelew na tatę — przyznała.

— Mogłaś powiedzieć… — Net zatrzymał się w połowie drogi z widelczykiem do ust i spojrzał na nabity na niego kawałek szarlotki. — Myślałem, że przychodzi listonosz.

— Poradzę sobie — zapewniła. — Kiedyś przychodził listonosz, ale zmienili to.

— Tak powinno być szybciej.

— Nie jest. — Nika nabrała kolejny, dla odmiany mały kawałek ciastka. — Dostałam z banku kartę. Na tatę, ale jeżeli płacę zbliżeniowo, nikt nie sprawdza imienia. Nie robię zakupów za więcej niż parę złotych.

Net spojrzał na swoją zjedzoną w połowie szarlotkę i odłożył widelczyk.

— No i przesłodziłem się. Ktoś chce dokończyć? — Odsunął od siebie talerzyk, przemieszczając go w stronę Niki. — Co robisz w sobotę?

— Nawet nie wiem, co robię jutro.

Net zerknął na Felixa, który siedział z nosem w telefonie, co było raczej do niego niepodobne.

— W sobotę robimy grilla. Będą rodzice Felixa i… Felix też będzie. — Net kopnął przyjaciela pod stołem. — No i ty będziesz. — To było do Niki. — Mama Felixa ma zrobić sałatkę, a my ogarniamy, eee… węgiel drzewny, no i zasadniczą część konsumpcyjną. — Znów trącił Felixa butem. — Co nic nie mówisz?

— Zastanawiam się, kto ustalił skład klas — mruknął Felix znad komórki. — Kto wymyślił to przemieszanie. Bo średnia ocen to żaden powód. Nikt nie porównuje średniej ocen między klasami. Tym bardziej więc nie ma powodu, żeby ją wyrównywać w ten sposób.

— Kolejna głupia decyzja. — Net wzruszył ramionami. — Nie pierwszy raz.

— To nie jest przypadek. To dodatkowa robota dla dyrekcji, więc musi w tym być jakiś sens. Jeśli robisz zwykłe przemeblowanie w domu, to masz pół dnia z głowy. Nie robisz tego bez powodu.

— Tego nie ustala dyrektor, tylko rada pedagogiczna — zauważyła Nika.

— Pierwsza rada pedagogiczna odbędzie się za kilka dni — powiedział Felix. — Nie mogli wcześniej podjąć tej decyzji, bo się jeszcze nie spotkali. Na fejsie są zdjęcia z wakacji. Jeszcze trzy dni temu Christina opalała się na plaży w Nicei.

— Ej, research4 w internecie to moja specjalność. — Net zajrzał na ekran telefonu Felixa. — Może ustalili wszystko na czacie… O, wrzuciła zdjęcia w bikini!

Nika spojrzała na niego przez zmrużone powieki. Jednocześnie naturalnym ruchem przysunęła do siebie talerzyk z Netową szarlotką.

— Co z tym można zrobić? — zapytała. — Są przepisy, które to regulują?

— Manfred mógłby to sprawdzić — Net zerknął na swój plecak z tabletem — ale dziś trochę mniej się lubimy. Od pobudki mniej więcej.

— Do samorządu nie możemy z tym iść, bo jeszcze nie ma nowego samorządu — stwierdził Felix. — Wybory będą najwcześniej za tydzień.

— Poważnie mówisz, że moglibyśmy coś z tym zrobić? — Nika spojrzała na niego z nadzieją.

— Odwaliliśmy kilka niezłych akcji — przypomniał Net — przy których zmiana składu klas to pikuś z masłem.

— Nie wiem, czy aż tak — zastanowił się Felix. — Na początek porozmawiajmy ze Stokrotką.

— Stoi! A w sobotę grill. — Net energicznie skinął głową. — Powiedz rodzicom, że są zaproszeni.

— A są?

— No przecież! Moi się ucieszą.

Plan miał jeden słaby punkt – rodzice Neta nic nie wiedzieli o żadnym sobotnim grillu, wymyślił go bowiem przed chwilą.

— Ale najpierw — dodał Felix — jutro rano idziemy porozmawiać ze Stokrotką.

* * *

Magister inżynier Juliusz Stokrotka zszedł po schodach z tekturowym pudłem w dłoniach. W pudle były przedmioty osobiste, prywatne książki, płyty gramofonowe, kasety magnetofonowe i segregator z dokumentami dotyczącymi historii jego pracy. Dwa kroki za nim podążała Helenka z podobnym pudłem, z którego wystawały tubki kremów do rąk, szczotki do włosów i słodycze. Stokrotka zatrzymał się na dole schodów, opuścił głowę i westchnął. Postawił pudło na najniższym stopniu, wziął drugie pudło od Helenki i też je odstawił. Oboje chwilę patrzyli na siebie. Stokrotka zrobił krok i objął byłą sekretarkę. Ta po chwili odwzajemniła uścisk. Trwali tak dobre pół minuty, po czym cofnęli się i podnieśli swoje pudła. Helenka pociągnęła nosem, oboje spojrzeli jeszcze raz na szkołę i bez słowa odeszli w przeciwne strony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Autor uparł się, żeby nazwy samochodów pisać wielką literą [przyp. red.]. [wróć]

Wiem, że to tak nie wyglądało w rzeczywistości. Ale nie pozwólmy, by niewygodne fakty przeszkodziły w ciekawej opowieści ;) [wróć]

Ta historia została opisana w książce Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie. [wróć]

Research [wym. risercz] – ang. badania. Często używana jest forma w języku angielskim. [wróć]