Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2 - Rafał Kosik - ebook

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2 ebook

Rafał Kosik

4,8

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Wystrzelona przypadkiem rakieta krąży po orbicie okołoziemskiej i wkrótce spadnie na Warszawę. Kto wygra wyścig z czasem? Trójka czternastolatków, naukowcy z Instytutu Badań Nadzwyczajnych czy... Mała Armia?

Rzeczywistość warszawskiego gimnazjum, szalone akcje i wynalazki, odjechany humor i szczypta powagi - to przepis na książkę, którą pokochali młodzi czytelnicy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 598

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (310 ocen)
253
41
13
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lemoniade

Całkiem niezła

Gdyby nie to, że bohaterowie rozwiązali problem który ciągnął się przez dwie ponad 500-stronnicowe książki za pomocą rzucenia śnieżki, to byłoby 5/5.
00
JeremiJeremi

Nie oderwiesz się od lektury

super!
00
anatt

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca lektura,nawet dla dorosłego.
00
Vela100

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia

Warszawa 2013
Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia ISBN: 978-83-61187-37-0 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2009-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dla Jasia

1. Przy­cza­jony odku­rzacz, ukryty mop

Felix biegł po zie­lo­nej łące peł­nej pach­ną­cych świe­żo­ścią kwia­tów rumianku. Sadził dłu­gie susy, jakby ziem­ska gra­wi­ta­cja nie­spo­dzie­wa­nie osła­bła. Ale to nie była gra­wi­ta­cja, Felix testo­wał wła­śnie ulep­szone buty na wyso­kich hop­sa­sach. Zestaw dwóch sprę­żyn wybi­jał go wysoko i daleko, a sied­mio­me­trowe buty nio­sły po zie­lo­nych pagór­kach. Kolo­rowe motyle pod­ry­wały się do lotu z kolo­ro­wych kwia­tów, ptaszki zgod­nie świer­go­liły motyw muzyczny z ostat­niego Bonda, a słońce uśmie­chało się cie­pło i sze­roko. Wie­trzyk ani za chłodny, ani za cie­pły, taki w sam raz, roz­wie­wał włosy mło­dego wyna­lazcy. Tak wygląda szczę­ście, aż chce się tak biec i biec bez końca. Po nie­bie leciał sen­nie klucz różo­wych słoni, wyżej peł­zały leni­wie białe obłoczki… Słoni? Dopiero lata­jące sło­nie spra­wiły, że eufo­ria Felixa nieco osła­bła. Zaczął dostrze­gać, że wokoło nie wszystko wygląda, jak powinno. Motyle były wiel­ko­ści szpa­ków, a rumianki kiwały się w rytm dobie­ga­ją­cej zewsząd muzyki. No i te kan­gury. Skąd na pol­skiej łące nie­bieskie kan­gury z reni­fe­ro­wymi poro­żami? Biegł jed­nak dalej, choć mniej bez­tro­sko, coraz wol­niej, z coraz więk­szym tru­dem. Wie­trzyk prze­szedł w zimny świsz­czący wiatr. Sprę­żyny zapa­dały się w ziemi. Teraz, zamiast poma­gać, prze­szka­dzały. Felix schy­lił się, by zdjąć prawy but, ale w miej­scu sznu­ró­wek ujrzał zamek kodowy z trzema pokrę­tłami ponu­me­ro­wa­nymi na obwo­dzie od jed­nego do dzie­się­ciu. Spró­bo­wał pokrę­cić jed­nym z nich i stwier­dził z prze­ra­że­niem, że to nie­moż­liwe – w rze­czy­wi­sto­ści pokrę­tła były zazę­bio­nymi ze sobą try­bami.

Świst nara­stał i nie był to wiatr. Felix odwró­cił się. W jego stronę pędziło pod górę kil­ka­na­ście kol­co­bo­tów, przy­po­mi­na­ją­cych wyko­nane w cało­ści ze stali samo­bieżne opony od cię­ża­ró­wek. Wyry­wa­jąc trawę, pod­ska­ki­wały na nie­rów­no­ściach. Nie miał jak ucie­kać, sprę­żyny tkwiły w ziemi. Butów nie można było zdjąć ani odkrę­cić sta­lo­wych pode­szew, trzy­ma­ją­cych sprę­żyny. Wygięty nie­na­tu­ral­nie Felix patrzył na zbli­ża­jące się kol­co­boty i nie mógł niczego zro­bić. Były tuż-tuż. Przy­go­to­wał się na ude­rze­nie, ale one ze świ­stem wyso­ko­obro­to­wych sil­ni­ków minęły go i pomknęły ku szczy­towi pagórka. Więc nie goniły go, lecz jedy­nie podą­żały w tym samym kie­runku. To zna­czy… dokąd? Felix nie miał poję­cia, gdzie idzie, ale wspi­nał się już po stro­mym zbo­czu. Sprę­żyny nie­zna­nym spo­so­bem uwol­niły się z ziemi, ale przy każ­dym kroku musiał je wyszar­py­wać ze zwię­dłej trawy.

Znów dźwięk z tyłu, jakby szum tysięcy małych skrzy­de­łek. Chmara prze­sła­nia­jąca ciem­nie­jące niebo sunęła w górę stoku. Owady kotło­wały się, two­rząc zawi­ro­wa­nia, ciem­niej­sze obszary. Felix roz­po­znał mikro­boty i rzu­cił się na zie­mię. Tak jak kol­co­boty, minęły go, jedy­nie parę wplą­tało się we włosy i łasko­tały go teraz. Chmara znik­nęła za szczy­tem. Pod­niósł się. Jesz­cze kawa­łek. Na nogach nie miał już sprę­żyn, tylko zwy­kłe buty. Nie zwró­cił na to uwagi. W kilku kro­kach dotarł na szczyt.

Tam w dole była War­szawa, ale inna, ciemna pod pochmur­nym nie­bem. Wie­żowce sku­piły się cia­sno w szarą grupę, mniej­sze szare bloki tło­czyły się przy nich, a niskie domki przy­cup­nęły ściana w ścianę przy blo­kach. Wokoło mrocz­nej bryły mia­sta koły­sały się wiel­kie drzewa. Błysk na nie­bie, wysoko z lewej. Przez chmury prze­dzie­rała się jasność, zni­żała się, celo­wała w mia­sto. Ryk sil­ni­ków dobiegł z opóź­nie­niem, rakieta wyło­niła się z chmur i pod pła­skim kątem leciała wprost na War­szawę.

Dum! Felix otwo­rzył oczy i cze­kał na wybuch. Wolno powra­cał do rze­czy­wi­sto­ści. Na szczę­ście, to tylko zły sen. Ode­tchnął z ulgą. Za dużo się naczy­tał ksią­żek i naoglą­dał fil­mów w kli­ma­tach kata­stro­ficz­nego science fic­tion. Rakiety kosmiczne spa­da­jące na mia­sta, mikro­sko­pijne roboty pro­du­ko­wane w chiń­skich fabry­kach, orbi­talne spi­ski… Ziew­nął. Za oknem było ciemno. Się­gnął do leżą­cego na sto­liku zegarka, ale zaspane oczy nie mogły odczy­tać godziny.

— Szó­sta trzy­na­ście — wyja­śnił uprzej­mie Golem Golem, sto­jący na swoim zwy­kłym miej­scu. — Do spo­tka­nia zostało około dwóch godzin i czter­dzie­stu sied­miu minut.

— Spo­tka­nia?… — Felix ziew­nął ponow­nie i usiadł na łóżku. Gdzieś w zaspa­nych komór­kach mózgu kieł­ko­wał nie­po­kój. Spo­tka­nie, spo­tka­nie… Zapa­lił lampkę nocną i wzrok od razu padł na skrzy­nię ze sprzę­tem, którą poprzed­niego dnia zosta­wił na pod­ło­dze. I wtedy wspo­mnie­nia spa­dły na niego jak lawina kamieni: impreza syl­we­strowa u Gil­berta, rakieta odpa­lona w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, sza­lona ucieczka przez las, heli­kop­tery, tajni agenci, poszu­ki­wa­nia genial­nego mate­ma­tyka, kol­co­boty, mikro­boty, wizyta u ana­chrona, potem w obser­wa­to­rium astro­no­micz­nym… To było wczo­raj. A dziś, ech… dziś miał z Netem i Niką jechać do bazy kol­co­bo­tów, by pod­jąć ostat­nią, roz­pacz­liwą próbę zmiany tra­jek­to­rii lotu rakiety. Jeśli się nie uda, rakieta spad­nie gdzieś w War­sza­wie z siłą nisz­czącą dużej bomby lot­ni­czej. Dum!

— Ożeż ty… — Felix roz­bu­dził się momen­tal­nie. — To nie był sen!

— Nie mogę ani potwier­dzić, ani zaprze­czyć — odparł robot. — Two­jego mózgu nie widzę w sieci.

— Bar­dzo mnie to cie­szy. — Felix wstał. I tak by już nie zasnął. — Prawdę mówiąc, to jedyna rzecz, która mnie teraz cie­szy.

Per­spek­tywa prze­chy­trze­nia nie­zna­nym spo­so­bem cze­goś nie­zna­nego o nie­zna­nych zamia­rach i nie­zna­nych moż­li­wo­ściach dzia­łała lepiej niż kawa. Po cichu poszedł się umyć, zro­bił sobie kanapkę i wró­cił z nią do piw­nicy. Żuł w mil­cze­niu, pró­bu­jąc zebrać myśli. Nie­wia­do­mych było wię­cej niż wia­do­mych, a ryzyko pozo­sta­wało nie­znane. Prze­łknął ostatni kęs i spoj­rzał na skrzy­nię ze sprzę­tem. Ważyła z osiem­dzie­siąt kilo, więc będzie musiał ją nieść Golem Golem. Jak w biały dzień prze­my­cić przez całe mia­sto dwu­stu­ki­lo­wego robota? Kolejna rzecz, o któ­rej nie pomy­ślał w zamie­sza­niu poprzed­niego dnia.

Pod­niósł wieko skrzyni. Wykry­wacz metalu, łopata, worek bre­zen­towy, zmon­to­wany zdal­nie ste­ro­wany robot Skła­dak, woj­skowe racje żyw­no­ściowe, na wypa­dek gdyby mieli spę­dzić tam cały dzień, oraz wiele innych, nie­wąt­pli­wie potrzeb­nych rze­czy. Tylko co tak naprawdę mogło być przy­datne w kon­fron­ta­cji z nie­zna­nym? Zatrza­snął skrzy­nię. To zupeł­nie bez sensu! Rów­nie dobrze można by tam dorzu­cić wier­tarkę z kom­ple­tem wier­teł uda­ro­wych! Zatrzy­mał się i zasta­no­wił. Wier­tarka… Nie, to już prze­sada. Zawar­tość całego warsz­tatu ser­wi­so­wego czoł­gów by nie pomo­gła. Tu trzeba pomy­słu. Dum!

Felix zer­k­nął na ścianę piw­nicy. Gdzieś za nią, w ziemi, kręt wier­cił tunel – co jakiś czas akty­wo­wał się i uży­wał dud­nika.

Chło­pak odpa­lił kom­pu­ter i przez komu­ni­ka­tor Net.com wywo­łał Neta. Przy­ja­ciel ode­brał dopiero po chwili. W okienku poja­wiła się jego zaspana twarz, ze śla­dami odgnie­cio­nymi przez poduszkę. Włosy, ster­czące zwy­kle na wszyst­kie strony, miał przy­kle­pane na prawo. Wyglą­dały, jakby zasty­gły w sil­nym bocz­nym wie­trze.

— Obu­dzi­łem? — zapy­tał Felix.

Net zamru­gał nie­przy­tom­nie, się­gnął po butelkę, pocią­gnął dwa łyki wody i odparł:

— Skąd to przy­pusz­cze­nie, sta­aary?…

— Pró­bo­wa­łem zebrać myśli i dosze­dłem do wnio­sku, że całe nasze wcze­śniej­sze przy­go­to­wa­nia niczemu nie słu­żyły. Jeśli jedziesz gdzieś, gdzie­kol­wiek, ale nie wiesz gdzie, to nie zabie­rasz ze sobą akwa­lungu, rakiet śnież­nych ani spa­do­chronu. Mam rację?

— Hę?

— Jeśli nie masz bla­dego poję­cia, gdzie się znaj­dziesz, to bie­rzesz zestaw mini­mum. — Felix nie zwra­cał uwagi na roz­ko­ja­rze­nie przy­ja­ciela. — Maska do nur­ko­wa­nia nie przyda się na Antark­ty­dzie. Będzie tylko zbęd­nym cię­ża­rem.

— Ale osso chozi?… — Net znów przy­sy­piał.

— Nie wiem. — Felix wstał, prze­szedł na koniec pokoju i wró­cił przed ekran. — Myślę na głos. Poni­żej pię­ciu kilo­me­trów nad pozio­mem morza znaj­duje się pięć­dzie­siąt pro­cent powie­trza. Tar­cie spa­da­ją­cej rakiety będzie rosło w miarę obni­ża­nia orbity, ale zasad­ni­cze hamo­wa­nie roz­pocz­nie się dopiero na wyso­ko­ści około pię­ciu kilo­me­trów. — Felix zamy­ślił się. — Tak przy­naj­mniej sądzę. Nie bar­dzo wiem, kogo zapy­tać.

— I co z tego wynika?

— To, że mamy wię­cej czasu. O kilka godzin wię­cej. Skoro nie mogli­śmy zmie­nić toru lotu rakiety wcze­śniej, teraz to nie­wiele da. Istotne będą ostat­nie minuty spa­da­nia.

— Ale wiesz to, czy przy­pusz­czasz?

— Przy­pusz­czam, że wiem. Teraz rakieta leci z pręd­ko­ścią około dwu­dzie­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Z taką pręd­ko­ścią trasę Gdańsk–War­szawa poko­nał­byś w jakąś minutę.

— PKP potrze­buje na to ponad pię­ciu godzin. I co?

— Jeśli wcze­śniej nie zmie­ni­li­śmy toru lotu rakiety, to teraz już się nie da. Zna­czy da się, ale dopiero w ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu, może kil­ku­na­stu minu­tach lotu. Mówię o ostat­nim okrą­że­niu, o jego koń­cówce. Teraz całe okrą­że­nie to mniej niż pół­to­rej godziny.

— Na­dal nie rozu­miem, do czego zmie­rzasz.

— Jak­bym to wie­dział, tobym już nie zmie­rzał, tylko tam był. Musimy poga­dać.

— Prze­cież gadamy…

— Nie tak! Oso­bi­ście. Uma­wia­li­śmy się na dzie­wiątą, żeby poje­chać do gniazda kol­co­bo­tów, ale nie ma po co tam jechać bez pomy­słu.

— Tro­chę mi ulżyło, ale zna­jąc cie­bie, nie na długo. Wcze­śniacka pora…

— Obudź się wresz­cie!

Net się spo­licz­ko­wał.

— Ała! — Spoj­rzał z wyrzu­tem na Felixa. — Nie rób tak wię­cej. — Potar­gał włosy, szarp­nął je w lewo i już wyglą­dał jak zwy­kle. Spoj­rzał w kamerkę. — Nie no, nie muszę tego robić na wizji… Będę, jak tylko się wybędę. Dzwoń do Niki.

* * *

Nie­całą godzinę póź­niej cała trójka sie­działa już w pokoju Felixa, jeśli warsz­tat w piw­nicy można nazwać poko­jem. Netowi zamy­kały się oczy, nie roz­bu­dził się jesz­cze do końca. Loki Niki nie wyglą­dały na tak bujne jak zwy­kle. Zapewne spie­szyła się i nie zdą­żyła ich porząd­nie nakrę­cić.

— Bar­dzo się cie­szę, że nie musimy tam jechać — mruk­nął sen­nie Net. — Wyprawa była bez szans.

— Nie o to cho­dzi, że nie mie­li­by­śmy szans — odparł Felix. — Mamy prze­cież świeżo wykoń­czo­nego Golema Golema.

— Tak czułby się Kolumb, gdyby w 1492 roku dostał świeżo wykoń­czony kajak kajak.

— Cho­dzi o to, żeby nie dzia­łać pochop­nie. Znów prze­oczy­li­śmy oczy­wi­stą oczy­wi­stość. To nie przy­pa­dek, że rakieta ma spaść na War­szawę.

— Stąd wystar­to­wała — przy­po­mniała Nika.

— Pod­rzuć kamień z całej siły i zamknij oczy. Nikła szansa, że spad­nie ci na głowę. Praw­do­po­do­bień­stwo, że rakieta spad­nie w każ­dym miej­scu, nad któ­rym prze­la­tuje, jest takie samo. Prze­oczy­li­śmy to!

Nika roz­sz­nu­ro­wała buty i wypro­sto­wała nogi.

— Co się tak krzy­wisz? — zauwa­żył Net.

— Bolą mnie nogi. Ja rosnę, a buty nie.

— To załóż inne.

— Mam tylko te. Nie­ważne, mów dalej.

Felix przez chwilę wpa­try­wał się w jej buty, po czym kon­ty­nu­ował:

— Teraz jedy­nym spo­so­bem zmiany toru lotu rakiety jest wyda­nie odpo­wied­niego pole­ce­nia tkwią­cemu na niej kol­co­bo­towi. Żeby to zro­bić, musimy poznać i zła­mać kod, jakim się one poro­zu­mie­wają…

— Szy­kuje się wykład. — Net usiadł wygod­niej.

— Żadna tech­no­lo­gia nie bie­rze się zni­kąd. — Felix cho­dził po pokoju tam i z powro­tem. — Jest następ­stwem poprzed­niej, wynika z niej. Żeby powstała tele­wi­zja, naj­pierw musiało być radio, przed radiem tele­fon, a przed nim tele­graf. Histo­rię można by tak cofać aż do odkry­cia ognia.

— Pomiń te etapy i powiedz, co wymy­śli­łeś — pora­dził Net.

— Ja wciąż wymy­ślam.

— Prze­stań przy­naj­mniej tak łazić w kółko.

— Cho­dze­nie i mówie­nie wspo­maga mi myśle­nie, że się tak wyrażę poetycko. Coś mi cho­dzi po mózgu z tym nastę­po­wa­niem, nara­sta­niem tech­no­lo­gii…

— Pro­gramy kom­pu­te­rowe nara­stają, nie ewo­lu­ują — przy­tak­nął Net. — Wycho­dzi nowa wer­sja sys­temu ope­ra­cyj­nego, a błędy ma te same. Plus nowe. Każda nowa wer­sja dowol­nego pro­gramu jest cięż­sza. I co z tego?

— Ani kol­co­boty, ani mikro­boty nie wzięły się zni­kąd. Tech­no­lo­gie, które je stwo­rzyły, są kon­ty­nu­acją tech­no­lo­gii, które znamy.

— A jeżeli twórca kol­co­bo­tów ma tajne, pod­ziemne labo­ra­to­rium?

— Dziś tak się nie da. Otwo­rzysz maskę Forda1 i masz tam te same elek­tro­niczne klocki, co w BMW. Nawet naj­lep­szych nie stać na to, żeby biec obok pele­tonu. Rolls-Royce robi debe­ściar­skie samo­chody na świe­cie, ale od paru lat jest wła­sno­ścią BMW, który pro­du­kuje samo­chody popu­larne. Czemu nie jest odwrot­nie? Czemu firma robiąca naj­lep­sze samo­chody nie kupuje innych firm? — Felix spoj­rzał na nich zna­cząco. — Bo ten, kto pro­du­kuje cze­goś wię­cej, ma wię­cej pie­nię­dzy na bada­nia nad dosko­na­le­niem swo­ich tech­no­lo­gii. I szybko wyprze­dza resztę. To, co robi, jest coraz lep­sze. A gdzie się robi wszyst­kiego dużo?

— W Chi­nach — pod­su­nęła Nika.

— Czuję się jak w szkole — przy­znał Net. — A jest nie­dziela…

— Cicho, myślę… — Felix przy­tknął palec wska­zu­jący do nosa, a kciuk do brody i w ten spo­sób trzy razy prze­szedł pokój. — Klu­czem do powo­dze­nia jest więc sprze­daż wła­snej pro­duk­cji i kupo­wa­nie cudzej. Han­del. Rów­nież han­del wie­dzą. Sztab naukow­ców trzeba jakoś opła­cić. Praw­nicy, patenty, zakupy potrzeb­nych tech­no­lo­gii u innych, tajem­nica han­dlowa… Na dłuż­szą metę nie można utaj­nić badań nad zaawan­so­wa­nymi tech­no­lo­giami. Są bar­dzo kosz­towne i tak powią­zane z pracą innych labo­ra­to­riów, że każdy chcący pra­co­wać tylko dla sie­bie musi splaj­to­wać. Nawet jeśli jest naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem świata. Nie da się wygrać z glo­balną eko­no­mią. Każde roz­wią­za­nie szybko staje się prze­sta­rzałe.

— Czyli że w kol­co­bo­tach jest na przy­kład… — Net zasta­no­wił się — pro­ce­sor Intela albo AMD z lap­topa, który można kupić w pierw­szym lep­szym skle­pie. — Felix ski­nął głową, a Net kon­ty­nu­ował — i jest tam software wzięty… skądś. Jak two­rzy­łem pro­gram ste­ru­jący Gole­mem Gole­mem, korzy­sta­łem z goto­wych roz­wią­zań. Bez nich nie dał­bym rady nawet zacząć.

— Więc metoda kodo­wa­nia komu­ni­ka­tów kol­co­bo­tów też jest roz­wi­nię­ciem… cze­goś, co już ist­nieje — wtrą­ciła Nika.

— Wła­śnie! — Felix ode­tchnął. — Musimy zna­leźć to coś, a wtedy roz­ko­do­wa­nie ich roz­mów sta­nie się znacz­nie prost­sze.

Dum!, roz­le­gło się zza ściany. Przy­ja­ciele aż pod­sko­czyli.

— Jesz­cze się nie roz­ła­do­wał? — zdzi­wił się Net.

— Włą­cza się i wyłą­cza przy­pad­kowo. Tata przy­niósł ste­ro­wa­nie i będzie go dziś łapał.

— Pora roku nie naj­lep­sza na prace w ogródku. Chyba musi użyć młota pneu­ma­tycz­nego.

— Myślę, że chce się po pro­stu czymś zająć. — Felix wzru­szył ramio­nami. — A my zaj­mijmy się naszą sprawą. Pomyślmy, na czym może być wzo­ro­wany kod trans­mi­sji kol­co­bo­tów.

— Może to jakiś prze­ro­biony kod trans­mi­sji tele­wi­zji sate­li­tar­nej albo ste­ro­wa­nia sate­li­tami?

— Jeśli mogę się wtrą­cić — ode­zwał się Man­fred z Neto­wego lap­topa. — Pamię­ta­cie pro­gram Amais, ten do ana­lizy danych mili­tar­nych? Roz­ma­wia­łem z nim na ten temat. Twier­dził, że zebrał dostępne dane z całej sieci i trans­mi­sja z naszej rakiety naj­bar­dziej przy­po­mina mu sygnał pro­gramujący inte­li­gentne kosiarki do trawy… z Chin.

— Więc to wojna z Chi­nami?! — wykrzyk­nął Net. — Zaata­ko­wały nas Chiny? Kosiarką? Bez sensu… — Zasta­no­wił się i popra­wił sam — raczej zro­bił to ktoś, kto im pode­brał tech­no­lo­gię trans­mi­sji.

— Po co kosiarka ma trans­mi­to­wać cokol­wiek? — zasta­no­wił się Felix.

— Do kom­pletu z kosiarką jest cen­tralka — wyja­śnił Man­fred. — Cho­dzi o to, żeby łatwo ją zapro­gra­mo­wać. Głu­pio by było na przy­kład, gdyby kosiarka wyru­szyła do pracy pod­czas gar­den party lub w deszcz. Jak masz więk­szy ogród, możesz kupić kilka kosia­rek i połą­czyć je z jedną cen­tralką. Zasięg nie może być mały, bo ogród też nie musi być mały. Nie musi, ale może, a wtedy sygnały będą się nakła­dać.

— Więc muszą być kodo­wane, żeby kosiarka sąsiada nie ode­brała sygnału z obcej cen­tralki i zamiast traw­nika nie ostrzy­gła komuś pudla — dokoń­czył Net. — Mają tak wybitną tech­no­lo­gię?

— Nie mają wybit­nej tech­no­lo­gii, tylko naj­sła­biej jej pil­no­wali — odparł Felix.

— Poszpe­ram po sieci. To chwilę zaj­mie.

— Ale kosiarki do trawy?… Po co brać kod od pro­du­centa kosia­rek?

— Może żeby było go trud­niej roz­gryźć? — pod­su­nęła Nika. — Wszy­scy będą szu­kać raczej wśród pro­gra­mów woj­sko­wych.

— Wła­śnie — zgo­dził się Net. — Coś bym prze­gryzł. Jesz­cze nie jadłem śnia­da­nia.

Ponie­waż Nika rów­nież nie jadła, wszy­scy weszli na górę. Net zabrał ze sobą mini­kom­pu­ter z Man­fre­dem, choć pro­gram i tak zajął się wyszu­ki­wa­niem w inter­ne­cie infor­ma­cji o pro­du­cen­tach kosia­rek.

Po kuchni krę­ciła się mama, zaspana, jesz­cze w szla­froku. Tata koń­czył w pośpie­chu kanapkę.

— Co na śnia­da­nie? — zapy­tał Felix, gdy wymie­niono już przy­wi­ta­nia.

— Zaraz się pozbie­ram, to coś wymy­ślę — odparła mama, ale jej mina zdra­dzała, że naj­chęt­niej wró­ci­łaby do łóżka.

— Rozu­miem… Zro­bię jajecz­nicę. Chcesz?

— Nie. Położę się. Obudź­cie mnie za dwie godziny.

Wyszła z kuchni i wdra­pała się na pię­tro. Tata wytarł ser­wetką usta i zajął się prze­glą­da­niem zawar­to­ści swo­jej torby.

— Będziesz łapał kręta? — zapy­tał Felix.

Tata zaprze­czył.

— Jadę do Insty­tutu.

— Mój tata też dziś tam sie­dzi — wtrą­cił Net. — Poje­chał z rana.

— Wydział Infor­ma­tyki wciąż pra­cuje nad zła­ma­niem kodu. Podej­rze­wają, że to pozwoli poznać dokładne miej­sce upadku. W zasa­dzie tylko oni mają jesz­cze coś do roboty.

— To na jakim wydziale ty teraz jesteś? — zapy­tał Felix.

— Od pierw­szego stycz­nia głów­nie na Wydziale Aero­nau­tyki. Na nasze dzia­ła­nie jest już za późno, ale i tak muszę jechać, mamy kon­trolę z Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych.

— W nie­dzielę?

— To chyba jedyne mini­ster­stwo, w któ­rym nie uży­wają zegar­ków ani kalen­da­rzy.

Przed domem zatrzy­mał się srebrny mikro­bus. Tata narzu­cił kurtkę i poca­ło­wał syna. Resz­cie poma­chał.

— Zosta­wiam wam samo­chód — dodał. — Na wszelki wypa­dek.

Wyszedł.

— Kon­trola? — zapy­tał w prze­strzeń Felix.

— Rób lepiej tę jajecz­nicę — pona­glił Net. — Z peł­nym brzu­chem lepiej się myśli.

Felix wyjął z lodówki jajka i zaczął roz­grze­wać patel­nię.

— Cała sztuka polega na tym, żeby nie roz­wa­lić żół­tek — wyja­śnił, pre­cy­zyj­nie wtłu­ku­jąc jajka na patel­nię. — Wtedy naj­pierw zetnie się białko i jajecz­nica będzie lep­sza.

Wzięli tale­rze z gotową jajecz­nicą i prze­nie­śli się do salonu, by obej­rzeć ser­wis infor­ma­cyjny. Zasie­dli na kana­pie, a Felix włą­czył tele­wi­zor.

Ilona Bogucka, ubrana w ele­gancki płaszcz, stała na chod­niku przy ruchli­wej ulicy. Obok niej star­szy pan trzy­mał w ramio­nach małego psa rasy nie­okre­ślo­nej i robił to, czego nie powinno się robić pod­czas wywia­dów, czyli patrzył pro­sto w obiek­tyw.

— Pan Maciej wyszedł z psem na ostatni spa­cer — dra­ma­tycz­nym gło­sem powie­działa repor­terka. — Zaraz wsią­dzie w pociąg i poje­dzie do kuzynki z Kolu­szek, by prze­cze­kać kata­klizm.

— Mówi­łem pani, że jadę do niej na waka­cje, dopiero w lipcu — zaprze­czył star­szy pan.

Wyraz pyska psa potwier­dzał, że on rów­nież ni­gdzie się nie wybiera. Ilona opu­ściła na chwilę mikro­fon i syk­nęła:

— Uma­wia­li­śmy się…

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią i pokrę­cił głową.

— Nie ucie­kłem z War­szawy, gdy każ­dego dnia spa­dały na nią dzie­siątki takich bomb. Dla­czego miał­bym ucie­kać teraz? Chodź, Lalur.

Posta­wił psa na chod­niku i odszedł. Lalur z god­no­ścią podrep­tał za swym panem. Nie­zra­żona tym nie­po­wo­dze­niem repor­terka z uśmie­chem odwró­ciła się do kamery:

— Jak pań­stwo widzą, część miesz­kań­ców z prze­ra­że­nia popa­dła w marazm. Tym­cza­sem rakieta może spaść gdzie­kol­wiek i tra­fić kogo­kol­wiek. I to tra­fić na śmierć!

Na ulicy, tuż za nią, zatrzy­mała się śmie­ciarka. Z okna kabiny wychy­lił się męż­czy­zna w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie i ryk­nął:

— Prze­stań siać panikę, babo! Dzień jak co dzień!

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i wybuch­nęli śmie­chem. W reży­serce ktoś musiał się zorien­to­wać, co się dzieje, bo obraz prze­sko­czył do stu­dia. Pre­zen­ter wyszarp­nął palec z nosa i spoj­rzał prze­ra­żony w kamerę.

— Mów coś… — roz­legł się przy­ci­szony szept z OFF-u2

— Aaa… Yyy… Eee… — zaczął pre­zen­ter. — Ze środka ogar­nię­tego paniką mia­sta mówiła dla pań­stwa Ilona Bogucka. Oglą­dają pań­stwo „Niusy czy Niu­anse”, wyda­nie spe­cjalne „Nad­ciąga totalny kata­klizm”. Przy­po­mnijmy jesz­cze raz, że pre­zy­dent mia­sta zaape­lo­wał do miesz­kań­ców, by nie ule­gali panice.

Prze­bitka na chod­nik w cen­trum. Kame­rzy­sta sta­rał się poka­zy­wać ogar­nięte paniką mia­sto, ale gdzie­kol­wiek wyce­lo­wał kamerę, tra­fiał na by­naj­mniej nie­spa­ni­ko­wa­nych ludzi: mamy z wóz­kami, pary na spa­ce­rach, bawiące się dzieci.

Felix pod­szedł do okna i wyj­rzał. Więk­szość sąsia­dów, któ­rzy wczo­raj wie­czo­rem pospiesz­nie pako­wali samo­chody, wró­ciła do domów.

— Nie ma żad­nej paniki — stwier­dził. — Gdyby to było lato, pod­le­wa­liby kwiatki.

Powrót do stu­dia. Obok pre­zen­tera poja­wił się szczu­pły, przy­gar­biony męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce. Pre­zen­ter przed­sta­wił go:

— Pro­fe­sor Dyn­dała jest wybit­nym socjo­lo­giem. Witam pana. — Pro­fe­sor ski­nął głową. — Niech nam pan powie, skąd w ludziach to prze­ra­że­nie. Wydaje się, jakby mia­sto osza­lało. Nie­wiele bra­kuje, by ludzie zaczęli się tra­to­wać, ucie­ka­jąc pie­szo.

Pro­fe­sor spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego. Spoj­rzał w bok, gdzie zapewne znaj­do­wał się moni­tor z pod­glą­dem z mia­sta, odchrząk­nął i odpo­wie­dział:

— My, Polacy, ni­gdy nie byli­śmy tchó­rzami. Byli­śmy za to lek­ko­myślni. War­szawa jest tak duża, że wystar­czy chwila zasta­no­wie­nia, by dojść do wnio­sku, że ucie­kać nie warto.

Prze­bitka na korek na tra­sie wylo­to­wej do Gdań­ska.

— Tam nie ma śniegu. — Nika wska­zała ekran. — To pew­nie zdję­cia z pierw­szego dnia waka­cji, kiedy wszy­scy jadą na urlopy.

— Czyli uważa pan, że nie­wielka część miesz­kań­ców zigno­ro­wała to nie­wy­obra­żalne zagro­że­nie?

— Więk­szość zigno­ro­wała. Musia­łoby wyda­rzyć się coś, co wywo­ła­łoby panikę. Widzę tu wielką rolę mediów, które powinny się powstrzy­mać przed –

— A paniki wywo­ły­wać prze­cież nie chcemy — prze­rwał mu pre­zen­ter. — Obej­rzyjmy teraz symu­la­cję kom­pu­te­rową ude­rze­nia. Osoby o sła­bych ner­wach pro­szone są o zamknię­cie oczu na dzie­sięć sekund.

Ani­ma­cja cał­kiem reali­stycz­nie przed­sta­wiała scenę jak z filmu Arma­ged­don. Pło­nąca kula wiel­ko­ści sali gim­na­stycz­nej spa­dała wprost na mia­sto. W chwili wybu­chu przy­ja­ciele cof­nęli się od ekranu.

— To wygląda jak wybuch nukle­arny — mruk­nęła Nika.

— To wygląda jak chęć zwięk­sze­nia oglą­dal­no­ści — popra­wił ją Felix. — Zaraz pew­nie będą reklamy.

Rze­czy­wi­ście. Ani­ma­cja płyn­nie prze­szła w reklamę pla­strów opa­trun­ko­wych, a po niej prze­le­ciały trzy spoty środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Tym­cza­sem przy­ja­ciele skoń­czyli jajecz­nicę.

— Chce­cie to oglą­dać? — zapy­tał Net. — Wszyst­kiego możemy się dowie­dzieć z inter­netu.

— Zacze­kaj chwilę — odparł Felix. — Reklamy już się koń­czą.

— Blok rekla­mowy za nami — powie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem pre­zen­ter. — Romu­ald Świeży, witam ponow­nie. Za chwilę dowiemy się, jakie miej­sca są naj­nie­bez­piecz­niej­sze w chwili nie­uchron­nego ude­rze­nia. Przed­tem jed­nak infor­ma­cja han­dlowa.

Na ekra­nie poja­wiła się kolejna reklama, tym razem gaśnicy. Akto­rowi udało się nią uga­sić wielki pożar domu tak szybko i spraw­nie, że oca­lały firanki, a na ścia­nach nie poja­wiły się nawet osma­le­nia. Lek­tor prze­czy­tał:

— Pro­gram „Nad­ciąga totalny kata­klizm” spon­so­ruje pro­du­cent gaśnic Kry­styna Plus.

— To już prze­sada — skrzy­wił się Net.

— Chyba cały pro­gram jest po to, żeby ludzie ze stra­chu kupo­wali te pla­stry i gaśnice — przy­znała Nika.

— Wyłączmy to…

— Za chwilę wysłu­chamy apelu mini­stra spraw spe­cjal­nych — powie­dział pre­zen­ter, więc przy­ja­ciele skon­cen­tro­wali się. — Przed­tem jed­nak sprawdźmy, co się dzieje w ogar­nię­tym paniką mie­ście. Ilono, sły­szysz nas?

— Tak, Romu­al­dzie. Gło­śno i wyraź­nie. — Tym razem repor­terka stała na tle krza­ków, gdzie nikt nie mógł wejść w kadr i powie­dzieć, co myśli. — Prze­cha­dza­jąc się po ogar­nię­tym paniką mie­ście, przy­pad­kowo natknę­łam się na spa­ce­ru­ją­cego rów­nież pro­fe­sora Nako­niecz­nego, eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cjo­lo­gii budowli.

— Kon­struk­cji budow­la­nych — popra­wił ją ktoś spoza kadru.

Kamera prze­su­nęła się w lewo, uka­zu­jąc sto­ją­cego obok tęgiego męż­czy­znę. Coś w jego wyglą­dzie spra­wiało, że naprawdę wyglą­dał na eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cji budow­la­nych.

— Jakoś tak — zgo­dziła się repor­terka. — Według pana pro­gnoz, jak bar­dzo prze­ra­ża­jące będą znisz­cze­nia?

— Rakieta może zbu­rzyć stary dom, jest jed­nak wąt­pliwe, by dopro­wa­dziła do zawa­le­nia się nowo­cze­snych kon­struk­cji z żel­betu. Znisz­czone zosta­nie naj­wy­żej kilka kon­dy­gna­cji.

— Jakie miej­sce jest pana zda­niem naj­bez­piecz­niej­sze, by prze­cze­kać nie­uchronną kata­strofę? Schron prze­ciw­lot­ni­czy?

— Wła­sne miesz­ka­nie — odparł z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią eks­pert. — Nie ma bez­piecz­niej­szych ani mniej bez­piecz­nych miejsc. Piw­nice domów nie są ani tro­chę lep­sze od stry­chów czy przejść pod­ziem­nych. Upa­dek rakiety to cał­ko­wita nie­wia­doma. Może się skoń­czyć na fajer­wer­kach i znisz­cze­niu traw­nika.

— Ile osób może zgi­nąć?

— Liczymy na to, że nie zgi­nie nikt.

— Ale jakby pan miał pro­gno­zo­wać — naci­skała repor­terka.

— Co mam pani powie­dzieć? — roz­ło­żył ręce. — Trzy osoby? Trzy­dzie­ści?

— Dzię­kuję bar­dzo. — Ilona odwró­ciła się do kamery. — Jak pań­stwo sły­szeli, według eks­per­tów zgi­nie od trzech do trzy­dzie­stu osób.

Eks­pert chciał zapro­te­sto­wać, ale na ekra­nie znów poja­wił się widok ze stu­dia.

— Pro­fe­sor Dyn­dała jest innego zda­nia.

Eks­pert spoj­rzał na niego z takim wyra­zem twa­rzy, jakby chciał powie­dzieć „Doprawdy?”. Odchrząk­nął i wydu­kał:

— No, może trzy­sta…

Pre­zen­ter dys­kret­nie uniósł dłu­go­pis i poru­szył nim, jakby wska­zy­wał sufit.

— Aha… — Eks­pert zro­zu­miał. — Raczej trzy tysiące.

— A gdzie naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm?

Tym razem gość nie wie­dział, jaka odpo­wiedź będzie wła­ściwa.

— Naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc „Niusy czy Niu­anse”! — oznaj­mił rado­śnie pre­zen­ter. — A teraz łączymy się z Mini­ster­stwem Spraw Spe­cjal­nych, skąd wygłosi prze­mó­wie­nie mini­ster Jakub Roz­ner.

Na ekra­nie poja­wił się mini­ster spraw spe­cjal­nych. Przy­ja­ciele zapa­trzyli się w tele­wi­zor. Po chwili zro­zu­mieli, że to powtórka mate­riału z wczo­raj, który już widzieli.

— Posta­rajmy się jed­nak opty­mi­stycz­nie patrzeć w przy­szłość — wyszcze­rzył się znów pre­zen­ter. — A w stu­diu kolejny gość – redak­tor naczelny mie­sięcz­nika „Necro­po­li­tan”.

— Witam pań­stwa. — Ubrany w ide­al­nie czarny gar­ni­tur męż­czy­zna ski­nął głową. W klapę mary­narki miał wpięty zna­czek – malutką srebrną łopatkę. — My patrzymy opty­mi­stycz­nie w przy­szłość. Spo­dzie­wamy się pięt­na­sto­pro­cen­to­wego wzro­stu sprze­daży.

— Ściem­niają — wes­tchnął Net.

— Nie wie­dzą nic nowego — pod­su­mo­wał Felix i wyłą­czył tele­wi­zor.

Wró­cili do kuchni.

— Drę się do was na cały regu­la­tor — przy­wi­tał ich od progu Man­fred ze sto­ją­cego na stole lap­topa. — Już mia­łem dzwo­nić.

— Masz coś? — Net nachy­lił się nad ekra­nem.

— Zna­la­złem ory­gi­nalny software ste­ru­jący kosiar­kami. Jest bar­dzo skom­pli­ko­wany. Zapewne to mody­fi­ka­cja pro­gramu, który pier­wot­nie słu­żył do obsługi bar­dziej zło­żo­nej maszyny. Może bez­za­ło­go­wej koparki. Zna­la­złem też ozna­cze­nie pro­du­centa. I uwa­żaj­cie, to jakaś pol­ska firma. Zaraz spraw­dzę. — Po chwili Man­fred ode­zwał się już innym tonem — mówi wam coś nazwa IBN?

— Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych?! — wykrzyk­nęli jed­no­cze­śnie przy­ja­ciele.

— Wygląda na to, że chiń­ski pro­du­cent inte­li­gent­nych kosia­rek do trawy kupił ten kod do trans­mi­sji danych razem z pro­gra­mem od Insty­tutu. Więc Insty­tut musi mieć algo­rytm, czyli zasadę, według któ­rej jest kodo­wana treść trans­mi­sji. Jeżeli go poznamy, reszta będzie znacz­nie łatwiej­sza. Zna­jąc algo­rytm, roz­ko­du­jemy sygnał w godzinę, zamiast w rok.

— Naj­ciem­niej pod latar­nią — przy­znał Net.

— Może już wie­dzą i dla­tego ta kon­trola — zasta­no­wił się Felix. — Może w Mini­ster­stwie myślą, że dane wycie­kły z Insty­tutu.

— Obec­nie w powszech­nym uży­ciu jest kil­ka­na­ście rodza­jów kodów, ale nawet naj­prost­sze z nich są znacz­nie lep­sze od tych sto­so­wa­nych w nie­miec­kiej Enig­mie. Nad zła­ma­niem szy­fru Enigmy przez kil­ka­na­ście lat gło­wili się naj­lepsi kryp­to­lo­dzy. Udało się to Pola­kom3.

— Dziś ten szyfr pew­nie zostałby zła­many w kilka sekund — wes­tchnął Net. — Nasz pro­blem jest znacz­nie poważ­niej­szy.

— No, ale mamy prze­cież ten software kosiarki — przy­po­mniała Nika.

— Trans­mi­sję koduje się za pomocą klu­cza i trzeba ten klucz mieć, żeby ją roz­ko­do­wać. Klucz to ciąg zna­ków… Nie­ważne. Nie mamy tego klu­cza, a kodo­wa­nie trans­mi­sji danych do kosia­rek jest zale­d­wie podobne do kodo­wa­nia kol­co­bo­tów. Zapewne więc w kol­co­bo­tach jest now­sza wer­sja software’u z kosia­rek.

— To już coś — oce­nił Net.

— To nie wystar­czy. Jest mało praw­do­po­dobne, byśmy zna­leźli wła­ściwy klucz, ale jeśli znaj­dziemy wła­ściwą wer­sję algo­rytmu, to już będziemy do przodu.

— To jak z otwie­ra­niem skom­pli­ko­wa­nego zamka w drzwiach bez klu­cza. Łatwiej to zro­bić, gdy ma się iden­tyczny zamek i można go roz­krę­cić i zba­dać, jak jest zro­biony.

— No wła­śnie. Algo­rytm to instruk­cja two­rze­nia kodu. I two­rze­nia klu­cza. To jak­by­śmy dostali w łapki dokład­nie roz­ry­so­wany zamek.

— Pro­blem jed­nak polega na tym, że ten algo­rytm sie­dzi sobie gdzieś w naj­le­piej zabez­pie­czo­nym ser­we­rze, na naj­niż­szym pozio­mie Insty­tutu. — Felix potarł brodę. — A dostać się tam można… Hm… Nie można. Chyba że twój tata ma przy­znany dostęp.

— Za krótko pra­cuje. — Net pokrę­cił głową. — Nie ma upraw­nień. Wspo­mi­nał nie­dawno, że jest sze­fem zespołu, ale ma niż­sze prawa dostępu do danych niż jego zastępca.

— Możemy mu powie­dzieć, o co cho­dzi — wtrą­ciła Nika. — Znaj­dzie kogoś, kto będzie miał upraw­nie­nia.

— Wąt­pliwe, czy uwie­rzy. — Net skrzy­wił się na samą myśl o tłu­ma­cze­niu wyda­rzeń ostat­nich trzech tygo­dni. — I wąt­pliwe, czy jemu uwie­rzą.

— Pierw­sze pyta­nie, jakie pad­nie, będzie brzmiało „Skąd wiesz?” — powie­dział Felix. — A na to pyta­nie nie będzie dobrej odpo­wie­dzi.

— To ważna sprawa — nale­gała Nika. — Zostało dzie­sięć godzin. Chyba warto nara­zić się na trudne pyta­nia.

Net wes­tchnął, wycią­gnął tele­fon i wybrał numer.

— Nie ma zasięgu — oznaj­mił z ulgą. — Albo jest pod zie­mią, albo włą­czyli znów te zagłu­sza­cze tele­fo­nów.

— Zadzwoń do Insty­tutu — pora­dził Felix. — Prze­łą­czą cię na wewnętrzny.

Net wybrał nowy numer.

— Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych, inte­li­gentna sekre­tarka numer dwa­dzie­ścia osiem. W czym mogę pomóc?

— Dzień dobry. Net Bie­lecki, popro­szę z Wydzia­łem Infor­ma­tyki.

— Pro­szę wpro­wa­dzić kod auto­ry­za­cji.

— Yyy…

— Kod nie­po­prawny.

Znie­sma­czony Net roz­łą­czył się.

— Nor­mal­nie nie było pro­ble­mów z dodzwo­nie­niem się — zauwa­żył Felix. — Mają tam dziś nie­zły saj­gon. Może to i lepiej… Nasi sta­rzy mogliby zostać wzięci za szpie­gów. Jeżeli kata­strofa będzie poważna, to roz­pocz­nie się poszu­ki­wa­nie win­nych. W połą­cze­niu z naszymi poprzed­nimi doko­na­niami, mam na myśli regu­la­cję pieca Gil­berta, wszy­scy dzien­ni­ka­rze i pro­ku­ra­to­rzy rzu­ci­liby się na nas. Na naszych sta­rych, ści­ślej mówiąc. A skoro twój tata i tak nie ma dostępu do naj­taj­niej­szych danych, to nie­wiele by zmie­niło.

— Możemy iść na poli­cję — zapro­po­no­wała Nika. — Opo­wiemy o tych kodach, o tym wszyst­kim, powinni nam uwie­rzyć.

— Panie ofi­ce­rze — prze­drzeź­nił ją Net. — Widzia­łam UFO w kształ­cie tap­czanu.

— Masz lep­szy pomysł?

Net uśmiech­nął się zło­wróżb­nie. Felix poznał ten uśmiech i zapy­tał:

— Chcesz się wła­mać do jed­nej z naj­le­piej strze­żo­nych sieci kom­pu­te­ro­wych w Euro­pie?

— Taki pomysł przed chwilą wpadł mi do głowy — przy­znał bez­tro­skim tonem Net. — Jeżeli może to oca­lić jeden z war­szaw­skich traw­ni­ków. A czemu pytasz?

— Nie, nic. Spoko. Zaraz się obu­dzę i zadzwo­nię do cie­bie, żeby zapy­tać, czy masz jakiś pomysł.

— Uży­wa­jąc two­jego spo­sobu wyra­ża­nia się, mam zarys pomy­słu. Pro­ble­mem jest to, że żeby nie wia­domo jak dobry był hac­ker, zdal­nie nie wepnie wycią­gnię­tej wtyczki. To zabez­pie­cze­nie klasy zero. Trzeba tam fizycz­nie wejść, żeby cokol­wiek zro­bić.

— Skąd wiesz?

— Przy­pusz­czam. — Net uśmiech­nął się sze­roko. — Znów uży­wa­jąc two­jego –

— Ale jak niby chcesz to zro­bić? Zacznij od próby kupie­nia kapu­sty w zie­le­niaku bez kolejki. Potem poroz­ma­wiamy o wej­ściu na naj­niż­szy poziom Insty­tutu.

— Zaraz tam naj­niż­szy. — Net wzru­szył ramio­nami. — Na naj­niż­szym mają pew­nie piw­niczkę z winami.

— Poważ­nie pytam.

— Dla bez­pie­czeń­stwa albo ser­wer z naj­taj­niej­szymi danymi jest odpięty od sieci, albo dane znaj­dują się na wyj­mo­wa­nych nośni­kach, które wkłada się do czyt­nika tylko wtedy, kiedy są potrzebne. Widzia­łeś pierw­szy Mis­sion: Impos­si­ble z Tomem Cru­ise’em?

— Nie­śmier­telna wielka kratka wen­ty­la­cyjna w sufi­cie — przy­tak­nął Felix. — Nie liczył­bym na to. W tym samym fil­mie heli­kop­ter wle­ciał do Euro­tu­nelu, który ma cztery, może pięć metrów śred­nicy. To okre­śla poziom reali­zmu.

— Cze­piasz się szcze­gó­łów. Cho­dzi o ideę.

— No, dawaj dalej.

— Dalej to jest nie­okre­ślona mgli­stość poza­ide­owa. Trzeba wymy­ślić, jak to zro­bić.

— Poziom minus sie­dem — ode­zwał się nagle Man­fred. — Ser­wery z super­taj­nymi danymi znaj­dują się w budynku B na pozio­mie minus sie­dem.

— My mie­li­śmy dostęp do poziomu minus trzy — przy­po­mniał sobie Felix. — I to w budynku A. Potrze­bu­jemy kogoś, kto jest teraz w Insty­tu­cie i ma nie­ogra­ni­czony dostęp. Hm. Chyba nawet sam dyrek­tor nie ma takich upraw­nień. Może szef Wydziału Infor­ma­tycz­nego?

— Hubert Mol­ler z Archi­wum — zasta­no­wiła się Nika. — Tylko jego znamy, ale on raczej nie ma upraw­nień do niczego poza kusto­szo­wa­niem.

— Roz­na­kin! — wykrzyk­nął Net. — RObot ZNA­Ku­jący i INfor­mu­jący. Pamię­ta­cie? Ten żółty ze schi­zo­fre­niczną dru­karką. Wszę­dzie się krę­cił. Może on ma dostęp na poziom minus sie­dem?

— Chcesz popro­sić o pomoc robota z roz­dwo­je­niem oso­bo­wo­ści? — zapy­tał Felix. — Będzie z tego wię­cej kło­potu niż pożytku. On dru­kuje, co myśli, pamię­tasz? Głu­pio będzie wyglą­dało, jeśli potem wszę­dzie będą pona­le­piane taśmy z zapi­sem naszych dzia­łań.

— Znamy tylko jego i Kon­po­poza. Kon­po­poz to kawał nie­życz­li­wego chama. Nie chciał nam poma­gać, nawet jak byli­śmy tuż obok. Odpada.

— I tak nie mam poję­cia, jak można by się z nimi poro­zu­mieć.

— To aku­rat da się zała­twić — wtrą­cił się Man­fred. — Wewnątrz Insty­tutu elek­tro­gi­ty­ma­cje dzia­łają jak komu­ni­ka­tory. Każda ma numer i można się za ich pomocą poro­zu­mie­wać. Wszyst­kie roboty z pro­gra­mem AI na pokła­dzie też mają takie numery. Wystar­czy naj­niż­sze upraw­nie­nie dostępu, by dostać listę tych nume­rów.

— Ale my nie mamy nawet naj­niż­szych upraw­nień — zauwa­żył Net.

— Być może mamy… — Felix wstał. — Chodź­cie.

Zeszli do piw­nicy i przy­wi­tali się ze sto­ją­cym na swoim miej­scu w rogu Gole­mem Gole­mem. Felix otwo­rzył szu­fladę i wygrze­bał z niej iden­ty­fi­ka­tor z chi­pem, logo IBN i pod­pi­sem „Felix Polon” pod zdję­ciem.

— Dosta­li­śmy to pod­czas ostat­niej wizyty w Insty­tu­cie — powie­dział. — Tu jest numer. Może jesz­cze aktu­alny.

— Ale wtedy będą wie­dzieli, że to ty — zauwa­żyła Nika.

— W razie czego powiem, że chcia­łem spraw­dzić numer taty.

Net otwo­rzył stronę Insty­tutu i klik­nął „Kon­takt”. Wyświe­tliło się kilka tele­fo­nów i adre­sów mailo­wych. Spoj­rzał na iden­ty­fi­ka­tor Felixa. Pod nazwi­skiem był wydru­ko­wany dzie­wię­cio­cy­frowy numer. Na stro­nie bra­ko­wało jed­nak miej­sca, gdzie można by go wpi­sać.

— To by było za pro­ste. — Net przyj­rzał się iden­ty­fi­ka­to­rowi. — Mam w domu czyt­nik kart chi­po­wych… Nie, to zbyt ryzy­kowne.

Net, nie pyta­jąc o pozwo­le­nie, usiadł na Feli­xo­wym super­fo­telu, roz­pro­sto­wał palce jak pia­ni­sta przed kon­cer­tem i zaczął kla­wi­szo­wać po lap­to­pie. Przy­zwy­cza­jeni do tego Felix i Nika nie sta­rali się cze­go­kol­wiek zro­zu­mieć. Chwilę póź­niej Net opadł na opar­cie i dum­nie wska­zał ekran.

— Lista jest, ale nie ma jak się połą­czyć z tymi nume­rami.

— Jak to zro­bi­łeś? — zdzi­wiła się Nika. — Wła­ma­łeś się na stronę Insty­tutu?

— Zaraz wła­ma­łeś… Inte­li­gent­nie ją prze­szu­ka­łem. Ten doku­ment nie był zako­do­wany, tylko nie­zlin­ko­wany. To zale­d­wie część nume­rów, tych jaw­nych. Pro­szę. — Wska­zał jedną z pozy­cji. — Jest Roz­na­kin. Teraz potrze­bu­jemy kogoś mądrego, kto będzie umiał ten numer użyć. Czyli mamy numer tele­fonu, ale nie mamy apa­ratu, żeby z niego zadzwo­nić.

— Mam takiego kum­pla — ode­zwał się Felix. — Zna się tro­chę na kom­pu­te­rach. Napi­sał nawet pro­gram sztucz­nej inte­li­gen­cji.

— Dzięki za men­tal­nego gumi­sia. — Net zamy­ślił się. — Mam pewien pomysł. Jest tak banal­nie pro­sty, że aż się boję. Tak szcze­rze mówiąc, to Net.com jest wzo­ro­wany na innych komu­ni­ka­to­rach, nie wymy­śli­łem go od pod­staw. Ma tylko lep­sze zabez­pie­cze­nia, to już mój wkład. Sys­tem łącz­no­ści wewnątrz Insty­tutu zapewne też wyko­rzy­stuje gotowe roz­wią­za­nia. A pomysł wygląda mniej wię­cej tak, żeby się z nim połą­czyć za pomocą Net.comu. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie nie widzę prze­szkód.

Znów zaczął kla­wi­szo­wać.

— Man­fred, przy­dasz się.

— Cze­kam zwarty i gotowy.

— Znajdź adres odpo­wied­niego ser­wera Insty­tutu.

— Sądzisz, że z zewnątrz można się tam dostać? — zapy­tał Felix. — Tak po pro­stu?

— Elek­tro­gi­ty­ma­cja mojego sta­rego działa w domu.

— Nie zasta­na­wia­łem się nad zasadą jej dzia­ła­nia — przy­znał Felix. — Zapewne łączy się z sie­cią bez­prze­wo­dową albo GSM.

— Masz adres — powie­dział Man­fred. Na ekra­nie poja­wiła się linijka tek­stu. — Pro­to­kół trans­mi­sji pra­wie ten sam co w Net.com.

— Łatwi­zna, rzekł­bym. — Net wkle­pał adres i zalo­go­wał się nume­rem z iden­ty­fi­ka­tora. Udało się za pierw­szym razem. Wpi­sał więc numer Roz­na­kina.

Po chwili na ekra­nie poja­wił się tekst:

„Roz­na­kin. Czym mogę słu­żyć?”.

— Naprawdę bułka z dże­mem. — Net pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową i napi­sał:

„Roz­na­kin, witaj. Tu Felix, Net i Nika. Pamię­tasz nas?”.

Na ekra­nie migała tylko kre­ska kur­sora. Gdy przy­ja­ciele stra­cili już nadzieję na odpo­wiedź, robot dał jed­nak znak życia:

„Tak, pamię­tam. Opro­wa­dza­łem Was po Insty­tu­cie… Wybacz­cie, sia­dła mi baza danych z datami, więc nie wiem, kiedy to było”.

„Mniej wię­cej dwa mie­siące temu” – odpi­sał Net. – „Zwie­dza­li­śmy Wydział Maszyn Kro­czą­cych i Archi­wum. Co u Cie­bie?”.

„Mało mam ostat­nio pracy. Nie wzy­wają mnie już do ozna­cza­nia”.

— Nie wspo­mi­naj o dru­karce — popro­siła Nika.

„A jak tam Twoja dru­karka?” – napi­sał Net.

— Musia­łeś…

„Dawno niczego nie wydru­ko­wała. Mam tak mało pracy…”.

„Nie ma nic do ozna­cza­nia?”.

„Nie wzy­wają mnie już”.

— Ma doła — stwier­dził Net. — Pomy­śl­cie, jak go podejść.

— Nie możemy po pro­stu go popro­sić? — zapy­tała Nika.

— On wie, czego nie wolno mu robić. Ale pro­gram AI pro­gramuje się sam na pod­sta­wie bodź­ców z oto­cze­nia. A to zna­czy, że można go przepro­gramować roz­mową. Jeśli tylko się umie… OK, spró­bujmy.

„Sły­sza­łeś o rakie­cie, która ma spaść na War­szawę?”.

„Nie mam tu dostępu do świata zewnętrz­nego. Cza­sem tylko ścią­gnę sobie aktu­ali­za­cję sys­temu”.

„Dziś wie­czo­rem na War­szawę spad­nie rakieta. Mogą zgi­nąć ludzie. I parę auto­ma­tów”.

„Przy­kro mi z tego powodu”.

„Pró­bu­jemy temu zapo­biec. Potrze­bu­jemy two­jej pomocy”.

— Co mu napi­sać? — zasta­no­wił się Net.

— Napisz mu prawdę — odparła Nika.

— Napisz po pro­stu — dodał Felix — że na pozio­mie minus sie­dem jest coś, co może zapo­biec kata­stro­fie.

Net spoj­rzał na pochy­la­ją­cego się nad nim Felixa, potem na Nikę i powie­dział:

— W tym świe­tle wyglą­da­cie jak zom­bie.

— Pisz, bo sobie pomy­śli, że coś knu­jemy — pona­glił go Felix.

— Bo knu­jemy… — mruk­nął Net. W kilku zda­niach opi­sał bez ściem­nia­nia, o co cho­dzi.

Roz­na­kin mil­czał chwilę, po czym odpi­sał:

„Zgoda. Sprawa wygląda poważ­nie. Posta­ram się pomóc. Mam tylko jeden waru­nek. Potem będę mógł ozna­czyć tamto miej­sce jako zahac­ko­wane”.

„OK, jeśli nie wspo­mnisz o nas”.

„Dru­karka dawno nie dawała znaku życia. Mam tylko mały pro­blem z ukła­dem napę­do­wym. Coś się zacięło”.

Felix zamknął oczy i pokrę­cił głową.

— Za gładko szło — mruk­nął.

„Czy możesz coś z tym zro­bić?” – napi­sał Net.

„Pró­buję. Tu jest bar­dzo ciemno. Nie dzia­łają mi też reflek­tory”.

„Może masz wyła­do­wane aku­mu­la­tory? Sprawdź to”.

„Nie mogę ich spraw­dzić. Nie dzia­łają czuj­niki aku­mu­la­to­rów. Nie dzia­łają czuj­niki układu napę­do­wego. Nie działa dru­karka”.

Nika poło­żyła dłoń na ramie­niu Neta.

— On jest na zło­mie — szep­nęła. — Nie wie o tym. Obu­dzi­li­śmy go.

— Nie wyłą­czyli go?! — obu­rzył się Net. — Bez­dusz­ność ludzka nie zna gra­nic!

Zasta­no­wił się chwilę i napi­sał:

„Spró­bu­jemy kiedy indziej. Teraz się wyłącz, do następ­nego wezwa­nia”.

„Przy­ją­łem. Żegnam biał­kow­ców do następ­nego spo­tka­nia”.

Net prze­rwał połą­cze­nie i pokrę­cił głową.

— Smutne…

— Ale to nie zmie­nia faktu, że mamy pro­blem — przy­po­mniał Felix. — Został nam Kon­po­poz.

— Prze­cież to jest ska­zane na nie­po­wo­dze­nie.

Dum!, roz­le­gło się zza ściany. Przy­ja­ciele aż pod­sko­czyli.

— Nie ma nad czym myśleć. — Net wpi­sał numer Kon­po­poza. — To się i tak nie uda, ale trzeba spró­bo­wać.

Na ekra­nie poja­wił się napis:

„Nie znam Two­jego iden­ty­fi­ka­tora”.

„Tu Felix, Net i Nika” – odpi­sał Net. – „Pamię­tasz nas?”.

„Nie­stety tak. Mie­li­śmy nie­przy­jem­ność poznać się we wrze­śniu zeszłego roku. Nie macie upraw­nień do uży­wa­nia tego łącza”.

„To jedyny spo­sób, żeby się z Tobą skon­tak­to­wać. Jesteś jedyną osobą, która może pomóc”.

„Z wielką rado­ścią pra­gnę oświad­czyć, iż nie wolno mi kon­ty­nu­ować tej roz­mowy”.

— Roz­łą­czył się, cham — stwier­dził Net. — Cóż. Przy­naj­mniej pró­bo­wa­li­śmy.

— Spró­bujmy jesz­cze raz — powie­dział Felix. — Musimy tylko wymy­ślić pierw­sze zda­nie, które powstrzyma go przed roz­łą­cze­niem się.

— Może lepiej ja spró­buję — zapro­po­no­wał Man­fred.

— Może lepiej poga­dać z twoim tatą — ode­zwała się Nika. — W końcu tam sie­dzi paru mądrych face­tów, któ­rzy roz­wią­zują ten sam pro­blem, co my. Nawet nie musisz mu opo­wia­dać całej histo­rii. Powiedz tylko, co wymy­śli­li­śmy. Oni zro­bią resztę.

Net zmarsz­czył brwi.

— Pomy­śl­cie nad tym — dodała dziew­czyna. — Idę zro­bić her­batę.

— Sam już nie wiem — mruk­nął cicho Felix, gdy wyszła z piw­nicy.

— Nie da się powie­dzieć tylko o kodo­wa­niu trans­mi­sji — dodał Net. — Będziemy musieli zdra­dzić im wszystko: o bazie kol­co­bo­tów i o mikro­bo­tach ste­ro­wa­nych z orbity.

— A wtedy ano­ni­mowy mail, który wysła­li­śmy do Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych, prze­sta­nie być ano­ni­mowy, nasi sta­rzy staną się głów­nymi podej­rza­nymi, a Nika straci dom — dokoń­czył Felix. — Nie możemy tego zro­bić. Koniec tematu.

Net poki­wał głową i ponow­nie wpi­sał numer Kon­po­poza.

„Pan Polon i pan Bie­lecki znowu mi się narzu­cają w podej­rza­nych oko­licz­no­ściach?”.

— Ja spró­buję. — Felix pochy­lił się nad kla­wia­turą i wpi­sał:

„Pierw­sze prawo robo­tyki zabra­nia ci się roz­łą­czyć”.

„Nie­sza­nowni biał­kowcy raczą mnie szan­ta­żo­wać? Znam pierw­sze prawo robo­tyki – robot nie może skrzyw­dzić czło­wieka ani przez zanie­cha­nie dzia­ła­nia dopu­ścić, aby czło­wiek doznał krzywdy. Tylko tyle. Nie ma tam słowa o koniecz­no­ści pro­wa­dze­nia przy­krej kon­wer­sa­cji”.

Felix gestem zgo­nił Neta z fotela, usiadł wygod­nie i wpi­sał:

„Dziś wie­czo­rem na War­szawę spad­nie rakieta. Mogą zgi­nąć ludzie”.

„Ogrom­nie mi przy­kro, ale obrona prze­ciw­ra­kie­towa nie wcho­dzi w zakres moich kom­pe­ten­cji”.

„Wiemy, jak powstrzy­mać rakietę. Tylko Ty możesz nam w tym pomóc”.

„Mopem i wia­drem? Doprawdy wyka­zali się Pań­stwo wybit­nie nisko­lot­nym poczu­ciem humoru”.

„W budynku B, na pozio­mie minus sie­dem, znaj­duje się dysk z taj­nymi danymi. One pozwolą nam zmie­nić tra­jek­to­rię rakiety”.

„Roz­ważmy przez chwilę, że mógł­bym roz­wa­żyć roz­wa­że­nie ogra­ni­czo­nej współ­pracy. Skąd mogę wie­dzieć, że Pań­stwo nie są pozba­wio­nymi sumie­nia prze­stęp­cami i nie pla­nują cze­goś wprost odwrot­nego?”.

„Ponie­waż teraz rakieta celuje w War­szawę. Każda inna tra­jek­to­ria będzie lep­sza”.

Gdy chwilę póź­niej Nika wró­ciła z tacką, na któ­rej stały trzy paru­jące kubki, chłopcy przy­wi­tali ją sze­ro­kimi, trium­fal­nymi uśmie­chami.

* * *

Kon­po­poz był spo­rym, nie­bie­skim robo­tem na gumo­wych gąsie­ni­cach. Wyglą­dał tro­chę jak kary­ka­tu­ralny model śmie­ciarki lub żuko­po­dob­nego owada. Był wysoki na pół­tora metra, długi też na pół­tora, a sze­roki zale­d­wie na pół. Więk­szą jego część sta­no­wił obły zbior­nik, zakoń­czony z tyłu dziwną kon­struk­cją drąż­ków, szczo­tek i ela­stycz­nych rur. Z przodu, nieco poni­żej garbu zbior­nika, z obu­dowy wysta­wała kopułka z dwoma obiek­ty­wami i antenką. Po oby­dwu jej stro­nach przy­le­gały do kadłuba zło­żone sta­lowe ramiona, zakoń­czone trój­pal­cza­stymi dłońmi.

Robot jechał pustym kory­ta­rzem w głę­bo­kich pod­zie­miach Insty­tutu Badań Nad­zwy­czaj­nych. Opusz­czona myjka usu­wała z pod­łogi nie­wi­dzialny brud. Jeśli ktoś zna­jący Kon­po­poza przyj­rzałby się mu dokład­niej, zauwa­żyłby, że robot zacho­wuje się podej­rza­nie – prze­myka przy ścia­nie, roz­gląda się ner­wowo i przy­spie­sza, mija­jąc kolejne drzwi. Nie­świa­do­mie zmie­niał co chwilę koń­cówkę czysz­czącą.

Gdy zza rogu wyszedł zaczy­tany w papie­rach nauko­wiec, robot wyko­nał ostry zwrot i scho­wał się we wnęce. Ści­ślej mówiąc, scho­wała się tylko nie­wielka jego część, a reszta wysta­wała na kory­tarz. Wyglą­dało to co naj­mniej dziw­nie, ale Kon­po­poz nie był robo­tem szpie­gow­skim. Zapro­gra­mo­wano go do sprzą­ta­nia i tylko w tym był dobry. Nauko­wiec obszedł wielki zad robota, nawet na niego nie zer­k­nąw­szy. Głowa, czyli wie­życzka z obiek­ty­wami, wychy­liła się i odpro­wa­dziła męż­czy­znę wzro­kiem. Naukowcy pra­cu­jący w Insty­tu­cie tak się przy­zwy­cza­ili do krą­żą­cego po kory­tarzach robota, że prze­stali go zauwa­żać. Gdyby Kon­po­poz miał choć odro­binę empa­tii4, z pew­no­ścią zda­wałby sobie z tego sprawę.

Nauko­wiec odszedł, a robot, ze sztuczną duszą na ramie­niu, pod­je­chał do windy. Drżącą, z zupeł­nie nie­wy­ja­śnio­nych hydrau­licz­nie powo­dów, dło­nią wci­snął guzik. Z wra­że­nia zapo­mniał wezwać windę zdal­nie. Gdy drzwi roz­su­nęły się, ruszył do przodu, ale zaraz rap­tow­nie zatrzy­mał się. Jadący windą dwaj męż­czyźni zwró­cili na niego uwagę, dopiero gdy usły­szeli pisk zatrzy­ma­nych w miej­scu gąsie­nic.

— Co z tobą? — zapy­tał jeden z nich. — Zmie­ścimy się.

Robot patrzył na nich obiek­ty­wami bez wyrazu. Cyfrowe prze­ra­że­nie nie jest roz­po­zna­walne dla ludzi. Wresz­cie drgnął i wje­chał do windy. Nie­mal oparł się o ścianę. Zamarł w tej pozy­cji, gapiąc się w szli­fo­waną stal.

— Które pię­tro?

— Minus sie­dem.

* * *

— Przy­cza­jony odku­rzacz, ukryty mop — szep­nął Net.

— Nic z tego nie będzie. — Felix pokrę­cił głową. Patrzyli na ekran lap­topa, gdzie w oknie prze­ka­zy­wany był na żywo nie­wy­raźny obraz z kamer robota – teraz ściana windy.

— Dla­czego? Nie­źle mu idzie.

— Te dyski, czy na czym to tam trzy­mają, nie leżą na półce jak kla­sery ze znacz­kami. Kiedy ten cham­ski odku­rzacz weź­mie pierw­szy z brzegu dysk, włą­czy się jakiś alarm.

— Nie mamy innego pomy­słu, a czasu jest coraz mniej.

— A co macie zamiar zro­bić potem? — zapy­tała Nika. — Dosta­niemy instruk­cję do kodo­wa­nia trans­mi­sji kol­co­bo­tów, tak? Napi­sze­cie pole­ce­nie o zmia­nie usta­wie­nia rakiety? Jak chce­cie to wysłać do kol­co­bota na orbi­cie?

— Coś wymy­ślimy — odparł Felix.

Sie­dzieli na krze­słach, tylko Felix oku­po­wał fotel. Mimo wcze­snej pory było ciemno. Chmury szczel­nie zasnu­wały niebo nad War­szawą, a przez małe okna wpa­dało nie­wiele świa­tła.

Dziew­czyna pocią­gnęła łyk gorą­cej her­baty i zapy­tała:

— Nawet nie roz­pa­tru­je­cie zała­twie­nia tego nor­mal­nie?

— Nie — odparł bez odwra­ca­nia się Net — bo wtedy nad­cią­gnie kupa pro­ble­mów.

* * *

Drzwi windy otwo­rzyły się i robot wje­chał tyłem w szary, beto­nowy kory­tarz. Rozej­rzał się, obró­cił w prawo, w lewo i dopiero wtedy wpadł na pomysł posłu­że­nia się pla­nem całego budynku, któ­rego to planu uży­wał prze­cież na co dzień. Trze­cie drzwi po pra­wej, te naj­grub­sze, sta­lowe, z zam­kiem kodo­wym. Na kory­tarzu nie było nikogo, ale Kon­po­poz i tak prze­kra­dał się przy ścia­nie. W miarę zbli­ża­nia się do drzwi jechał coraz wol­niej. Ostat­nie metry poko­nał w tem­pie kula­wego śli­maka. Dys­kret­nie zer­kał na kamerę pod sufi­tem, choć jej obec­ność nie­wiele zmie­niała, bo każdy robot i czło­wiek na tere­nie Insty­tutu był wypo­sa­żony w loka­li­za­tor.

Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa kodu do tego zamka nie można było wpro­wa­dzić zdal­nie. Kon­po­poz pobrał z bazy danych aktu­alny kod i wstu­kał go mecha­nicz­nym pal­cem. Drzwi syk­nęły sprę­żo­nym powie­trzem i roz­su­nęły się. Robot wto­czył się kawa­łek i zamarł, widząc wyce­lo­waną w sie­bie kolejną kamerę. Dopiero ostrze­gaw­cze pik­nię­cie zamy­ka­ją­cych się drzwi zmu­siło go do rusze­nia się z miej­sca. Sta­lowe wrota zatrza­snęły się.

Sie­dzący za biur­kiem z kom­pu­te­rem wąsaty straż­nik poma­chał życz­li­wie do robota, na co ten odpo­wie­dział szyb­kim opusz­cze­niem głowy. Pomiesz­cze­nie było nie­mal puste. Oprócz biurka znaj­do­wały się tu trzy sta­lowe komody, otwarty regał z segre­ga­to­rami i tablica z wypi­sa­nymi macz­kiem instruk­cjami. Na lewo od biurka były kolejne drzwi, tym razem z pan­cer­nego szkła. Nie­stety, rów­nież wypo­sa­żone w zamek kodowy. Za nimi, pogrą­żone w pół­mroku, w rów­nych rzę­dach stały szafy ser­we­rów.

Kon­po­poz nie wie­dział, co wła­ści­wie zro­bić. Zdo­łał już kil­ka­na­ście razy wyra­zić wewnętrzny żal za pod­ję­cie się tej misji. Coś jed­nak zro­bić musiał. Straż­nik czy­tał książkę, ale za chwilę, może dwie zorien­tuje się, że robot tkwi przed nim nie­ru­chomo. Kon­po­poz zebrał się w sobie, włą­czył odku­rzacz, usta­wił siłę ssa­nia na mak­si­mum i zaczął suwać ssawką pod nogami straż­nika. Męż­czy­zna uniósł stopy, potem prze­su­nął się z całym krze­słem. Gdy robot wciąż krę­cił się dookoła, straż­nik sap­nął, odło­żył książkę i wstał.

— Roz­pro­stuję kości — oznaj­mił.

Wpi­sał kod i wyszedł przez sta­lowe drzwi. Gdy te zasu­nęły się z powro­tem, Kon­po­poz wyłą­czył odku­rzacz i zamarł w cał­ko­wi­tej ciszy. W kwar­co­wych obwo­dach ukry­tych pod sta­lową kopułką trwała wewnętrzna walka mię­dzy nad­rzęd­nymi zasa­dami praw robo­tyki a regu­lu­ją­cym jego codzienną pracę regu­la­mi­nem kon­ser­wa­tora powierzchni pozio­mych.

* * *

— Co on wypra­wia? — Net wska­zał ekran. Przy­su­nął do sie­bie lap­top i wpi­sał: „Nie stój tak! On zaraz wróci”.

Odpo­wiedź przy­szła natych­miast: „Łatwo mówić komuś, kto grzeje biał­kowy zadek w cie­płym fotelu daleko stąd. Nie mam poję­cia, czemu się tak nara­żam. Dosta­łem już wezwa­nie do ser­wisu. Chyba się poła­pali”.

„Chcą cię napra­wić, bo snu­jesz się przy ścia­nach jak trój­noga żyrafa. Zacho­wuj się nor­mal­nie”.

„Pań­stwa defi­ni­cja nor­mal­no­ści jest mi wielce obca. Poza tym tu jest drugi zamek kodowy”.

„Prze­stań tyle gadać. Sprawdź w szu­fla­dzie”.

— W szu­fla­dzie? — zdzi­wiła się Nika. — Chyba nie sądzisz, że kod dostępu do takiego miej­sca jest w szu­fla­dzie?

— Sys­temy bez­pie­czeń­stwa są coraz bar­dziej prze­wraż­li­wione — wyja­śnił Net. — Wyma­gają szes­na­sto­zna­ko­wych haseł ze zna­kami spe­cjal­nymi i każą je zmie­niać co tydzień. W efek­cie żaden czło­wiek nie potrafi ich zapa­mię­tać i trzeba je zapi­sy­wać na kartce. To przy­po­mina wkła­da­nie klu­cza pod wycie­raczkę.

* * *

Kon­po­poz nie­szczę­śli­wie jęk­nął pompą hydrau­liczną, ze zło­ści zgrzyt­nął prze­kład­nią i wresz­cie ruszył się z miej­sca. Obje­chał biurko i otwo­rzył pierw­szą od góry szu­fladę. Na samym wierz­chu leżała kartka, na któ­rej zapi­sano odręcz­nie dwa słupki danych. W pierw­szym słupku były sze­ścio­cy­frowe ciągi liczb, w dru­gim coś dłuż­szego, wyglą­da­ją­cego na zupeł­nie przy­pad­kowe znaki. Kon­po­poz na wszelki wypa­dek zapa­mię­tał całą treść kartki, choć zapewne tylko ostat­nie pozy­cje zawie­rały aktu­alne kody: krót­szy – do szkla­nych drzwi, dłuż­szy – do sieci wewnętrz­nej. Wyco­fał się zza biurka, pod­je­chał do drzwi i wpro­wa­dził sze­ścio­cy­frowy kod. Wej­ście sta­nęło otwo­rem, a robot z emo­cji aż sap­nął ssawką odku­rza­cza. Ni­gdy nie prze­kro­czył tego progu. Ta część była sprzą­tana elek­tro­sta­tycz­nie, a jak to nie pomo­gło, w osta­tecz­no­ści sprzą­tał sam straż­nik.

Gdy zapa­liło się świa­tło, pomiesz­cze­nie wydało się mniej­sze niż przed chwilą. Stały tu trzy ser­wery wiel­ko­ści lodó­wek, a jedną ścianę zasła­niał regał z zamknię­tymi za szkłem małymi pudeł­kami, w któ­rych zapewne znaj­do­wały się dyski twarde albo inne nośniki danych. Kon­po­poz obej­rzał się na sta­lowe drzwi – straż­nik jesz­cze nie wró­cił. Zresztą gdyby wró­cił, to już wyłaby syrena alar­mowa. Zamknął więc za sobą szklane drzwi. Ruszył w kie­runku regału, dotarł do ser­we­rów i… oka­zało się, że jest mię­dzy nimi za wąsko. Szyb­kie zer­k­nię­cie na drzwi – na­dal nic. Obje­chał ser­wery z dru­giej strony. Nie­stety, tu też za wąsko. Drżał już z ner­wów, prze­kaź­niki mu kli­kały, zawory osprzętu sprzą­ta­ją­cego posy­ki­wały. Nie było wyj­ścia. Musiał zro­bić to, czego bar­dzo nie lubił. Roz­le­gło się kilka meta­licz­nych klik­nięć i z przed­niej czę­ści kor­pusu robota odłą­czył się cylin­dryczny frag­ment z głową i dwoma ramio­nami – ta część Kon­po­poza, która była Kon­po­pozem wła­ści­wym. Mały robo­cik na trzech kół­kach pod­je­chał do regału i odszu­kał prze­słany mu przed­tem przez Neta iden­ty­fi­ka­tor pro­gramu ste­ro­wa­nia kosiar­kami. Otwo­rzył szklane drzwiczki i wyjął wła­ściwy dysk.

* * *

— Wart kil­ka­na­ście milio­nów sys­tem zabez­pie­czeń pada przez kartkę i dłu­go­pis — pod­su­mo­wał Net.

— To się nazywa „czyn­nik ludzki” — wyja­śnił uprzej­mie Man­fred. — Naj­bar­dziej awa­ryjna część każ­dego sys­temu.

— Jasne, recy­tuj nam tu swoje kom­pleksy — odparł Net i napi­sał: „Włóż dysk do czyt­nika i wyślij mi kod z dru­giego słupka”.

„Tego to się sam domy­śli­łem, Wasze Biał­kowe Mości”.

— Że też musimy to zno­sić. — Net prze­kleił kod do otwar­tego obok okienka i odpi­sał:

„Jeśli ist­nieje sztuczne niebo dla sztucz­nej inte­li­gen­cji, to masz zakle­pane miej­sce w hono­ro­wej loży szy­der­ców. Wyłącz wizję. To odciąży łącze”.

„Cie­kawe, jakie mają pań­stwo pomy­sły na odcią­że­nie mojego cyber­su­mie­nia”.

„Reset” – chciał odpi­sać Net, ale się powstrzy­mał.

Obraz wnę­trza ser­we­rowni zgasł, a pasek trans­mi­sji danych zaczął się prze­su­wać.

— Więc się udało? — zdzi­wiła się Nika. — Tak po pro­stu?

— Nie czas żało­wać róż przed zacho­dem słońca — odparł Net. — Jesz­cze się nie udało. Pro­ces uda­wa­nia się trwa.

Nika uśmiech­nęła się lekko. Pasek wska­zy­wał pięt­na­ście pro­cent.

* * *

Kon­po­poz wła­ściwy podry­gi­wał ner­wowo na trzech kół­kach i wpa­try­wał się w pasek postępu na małym moni­torku. Pra­gnął jak naj­szyb­ciej połą­czyć się z resztą swo­jego ciała. Niech­by go nawet zła­pali na wykra­da­niu danych, byle tylko nie w takiej postaci!

Wtedy sta­lowe drzwi zaczęły się roz­su­wać. Pasek na trzy­dzie­stu pro­cen­tach. Źle! Co robić?! Co robić?! Potarł ner­wowo sta­lowe rączki i rozej­rzał się. Źle. Tu, gdzie stał, był ukryty przed wzro­kiem straż­nika, ale reszta jego osoby tkwiła na samym środku, na wprost szkla­nych drzwi, dokład­nie pod lampą. Robot sprzą­ta­jący musi doko­ny­wać szyb­kich wybo­rów. Jeśli z pra­wej strony na dywan wyleje się kawa, a z lewej dziecko rzuci na beto­nową posadzkę papie­rek, to sprawa jest pro­sta – naj­pierw zebrać kawę i resztki fili­żanki, a potem w biegu zmiana koń­có­wek czysz­czą­cych i pełną pręd­ko­ścią do papierka. Tym razem Kon­po­poz mógł zro­bić trzy rze­czy: prze­rwać trans­mi­sję, dys­kret­nie scho­wać dysk do regału i uda­wać, że nic się nie stało; czym prę­dzej wró­cić do swo­jego kor­pusu i unik­nąć wstydu lub…

Straż­nik wszedł do pierw­szego pomiesz­cze­nia, ale jesz­cze niczego nie zauwa­żył. Rutyna brała górę nad czuj­no­ścią. Pasek na trzy­dzie­stu ośmiu. Robot zer­kał to na ekra­nik, to na straż­nika i czuł, jak rośnie mu napię­cie w obwo­dach decy­zyj­nych. Straż­nik schy­lił się i strzep­nął papro­chy z nogawki mun­duru. Wstał, ziew­nął, spoj­rzał na wielki nie­bie­ski odku­rzacz tkwiący na środku ser­we­rowni i wol­nym kro­kiem pod­szedł do biurka. Wtedy nagle znie­ru­cho­miał, zbladł i ponow­nie spoj­rzał na odku­rzacz.

* * *

— Nie wpa­dli­ście na to, żeby zwy­czaj­nie wysłać tacie Neta te dane? — zapy­tała Nika. — Możemy je wysłać ano­ni­mowo.

Pasek wska­zy­wał pięć­dzie­siąt jeden pro­cent.

— Hm… — Felix potarł brodę. — To też będzie ryzy­kowne. Co sobie wszy­scy pomy­ślą? Dla­czego aku­rat jemu ktoś ano­ni­mowo wysyła te dane?

— Bo jest sze­fem zespołu — wyja­śniła Nika. — Jego zada­niem jest roz­ko­do­wa­nie trans­mi­sji. To natu­ralne, że ktoś wyśle to aku­rat jemu.

— Nie­wiele osób wie, że jest sze­fem i że zespół tym się zaj­muje. Jeżeli włam wyj­dzie na jaw, to posta­wimy go w kło­po­tli­wej sytu­acji.

— Jeśli ten cham­ski odku­rzacz spraw­nie się uwi­nie, nikt nie zauważy włamu — wtrą­cił Net. — Będziemy mogli przejść do następ­nego etapu.

— Wtedy pomy­ślimy — zgo­dził się Felix.

* * *

Kon­po­poz dygo­tał, ukryty za szu­miącą wen­ty­la­to­rami szafą. Kom­bi­no­wał. Robot sprzą­ta­jący musi umieć szybko prze­szu­ki­wać sieć, żeby zdo­być ważne infor­ma­cje. Gdy na per­ski dywan roz­leje się trój­skład­ni­kowy drink, trzeba natych­miast spraw­dzić, czym usuwa się poszcze­gólne skład­niki i czy nie zaszko­dzi to dywa­nowi. Kon­po­poz się­gnął do intra­netu5, by wyszu­kać dane o zamku kodo­wym CL-0413B. Straż­nik oprzy­tom­niał, rzu­cił się do drzwi, ale nie pamię­tał kodu. Pobiegł więc do biurka. Kon­po­poz dopiero teraz pomy­ślał, że gdyby ukrył kartkę, miałby teraz kilka minut spo­koju. Głupi robot po szko­dzie, skar­cił się w myślach. I tak wszystko przez biał­kow­ców! Myśleć… myśleć… Przy stan­dar­do­wych usta­wie­niach zamek ma milion kom­bi­na­cji. To dużo, ale i tak zasto­so­wano w nim zabez­pie­cze­nie przed łama­niem kodu metodą prób i błę­dów. Po wpro­wa­dze­niu nie­po­praw­nego kodu kla­wia­tura blo­kuje się na pięt­na­ście sekund. To zawsze coś.

Ale jak wyje­chać z ukry­cia w takim sta­nie?!

* * *

Net popu­kał w ekran, jakby chciał pogo­nić pasek. Sześć­dzie­siąt trzy pro­cent.

— Mogli­by­śmy wysłać ano­ni­mowo do wszyst­kich z jego zespołu — nie ustę­po­wała Nika. — I do kilku innych naukow­ców też. To odsu­nie podej­rze­nia od taty, bo podej­rzani będą wszy­scy, któ­rzy dostaną maila.

— Nie­głu­pie — przy­znał Felix. — Wyślijmy do wszyst­kich w Insty­tu­cie.

— To zaczyna mieć macki i płe­twy. — Net poki­wał głową. — Lista wszyst­kich maili jest łatwa do zdo­by­cia.

— Naresz­cie zaczy­na­cie myśleć odpo­wie­dzial­nie — uśmiech­nęła się Nika. — Zacznij już pisać tego maila. Trzeba wyja­śnić w nim wszystko.

* * *

Sześć­dzie­siąt osiem pro­cent. Tak, nie, tak, nie. Kon­po­poz zebrał się w sobie, zaci­snął tryby w moc­nym posta­no­wie­niu i ruszył z pełną pręd­ko­ścią w kie­runku drzwi. Z prze­ciwka zbli­żał się straż­nik z kartką przed nosem. Robot był szyb­szy. Gdy czło­wiek dopiero się­gał do kla­wia­tury, Kon­po­poz ze swo­jej strony już wci­snął przy­cisk zamy­ka­nia, po czym wkle­pał sześć przy­pad­ko­wych cyfr. Zamek pisnął ostrze­gaw­czo, zapa­liła się czer­wona kon­tro­lka. Straż­nik dopiero teraz zoba­czył prze­ciw­nika. Uniósł brwi i poru­szył ner­wowo wąsami, bo naj­wy­raź­niej nie sko­ja­rzył, że mały czarny cylin­der z kopułką z obiek­ty­wami to frag­ment robota sprzą­ta­ją­cego. Zama­chał rękoma i coś krzyk­nął, ale szkło było dźwię­kosz­czelne. Kon­po­poz stał nie­ru­chomo. Czer­wie­niłby się ze wstydu, gdyby to było moż­liwe.

Minęło pięt­na­ście sekund. Kla­wia­tura się odblo­ko­wała. Straż­nik się­gnął do niej, ale robot znów był szyb­szy. Zamek pisnął, a straż­nik zaczął wrzesz­czeć ze zło­ści. Odwró­cił się i pognał do biurka. Tele­fon! Jeśli zadzwoni do cen­trali ochrony, zamek zosta­nie odblo­ko­wany zdal­nie. Sie­dem­dzie­siąt sześć pro­cent.

* * *

— Sie­dem­dzie­siąt sześć pro­cent — prze­czy­tał na głos Net. — Pierw­szy etap uda­wa­nia się pra­wie za nami. Nie­bie­ski musi jesz­cze odło­żyć dysk na miej­sce i wyjść stam­tąd, zanim wróci straż­nik. Wtedy jest cień szansy, że się nikt nie poka­puje. Zazdrosz­czę robo­tom tego spo­koju wewnętrz­nego. Są w lep­szej sytu­acji od nas, bo nie odczu­wają stra­chu ani emo­cji.

* * *

Kon­po­poz dygo­tał z prze­ję­cia. Robot sprzą­ta­jący musi dosto­so­wy­wać swoje dzia­ła­nie do szybko zmie­nia­ją­cej się sytu­acji. Zupa wylana pod­czas przy­ję­cia wymaga szyb­kiej inter­wen­cji, ale to nie zna­czy, że pędząc na miej­sce incy­dentu, wolno zde­rzać się z ludźmi. Robot sprzą­ta­jący powi­nien wów­czas na bie­żąco wyli­czać trasę i prze­wi­dy­wać, gdzie który z prze­miesz­cza­ją­cych się gości będzie za chwilę. Kom­pro­mis mię­dzy pręd­ko­ścią usu­nię­cia zupy a ilo­ścią koli­zji. Numer tele­fonu sto­ją­cego na biurku. Jest! Gdy straż­nik się­gał po słu­chawkę, roz­legł się dzwo­nek. Męż­czy­zna spró­bo­wał wybrać numer, ale oczy­wi­ście nie udało się. Odło­żył słu­chawkę i pod­niósł ją ponow­nie. W tym momen­cie odblo­ko­wał się zamek kodowy, więc straż­nik dopadł go w trzech susach. Kon­po­poz jed­nak po raz trzeci oka­zał się szyb­szy. Chwilę stali naprze­ciw sie­bie, aż straż­nik groź­nie poki­wał głową i wró­cił do biurka. Nie się­gnął jed­nak po tele­fon, tylko pod blat. Świa­tła przy­ga­sły, pod sufi­tem zapa­lił się poma­rań­czowy kogut. Jęk syreny alar­mo­wej prze­bił się nawet przez drzwi z pan­cer­nego szkła.

* * *

Pasek zatrzy­mał się na dzie­więć­dzie­się­ciu sied­miu pro­cen­tach. Przy­ja­ciele wpa­try­wali się w ekran w napię­ciu.

— Zapy­taj, co się dzieje — powie­działa Nika.

— Nie mogę. — Net roz­ło­żył ręce. — Zna­czy mogę, ale to wielce nie­wska­zane. Według planu, po zakoń­cze­niu misji odku­rzacz miał ska­so­wać zapis naszej roz­mowy, żeby nie było śladu. Jeśli teraz się ode­zwiemy, zosta­wimy trop.

— I nikt się nie dowie, dokąd zostały wysłane te dane?

— Świat jest pełen złych ludzi, maleńka. — Net poło­żył jej rękę na ramie­niu i zro­bił minę, jaką według niego robią mafiosi, gdy tłu­ma­czą coś przy­ja­cio­łom. — Pełen jest też ludzi, któ­rzy zwy­czaj­nie chcą pozo­stać ano­ni­mowi. Spo­soby więc ist­nieją, ale żaden nie jest w stu pro­cen­tach pewny. Teraz zalo­go­wa­łem się przez male­zyj­ski ser­wer proxy, a dalej przez jakiś… nawet nie wiem, gdzie jest. To tak, jak­bym wysy­łał ano­ni­mowy list, taki papie­rowy, do kogoś w Koło­brzegu, ten ktoś by go prze­pi­sy­wał i wysy­łał do Pozna­nia, tam znów prze­pi­sy­wa­nie i dopiero wtedy dotarłby do adre­sata.

— Dosyć szybko to idzie, jak na tylu pośred­ni­ków.

— Maga­zy­no­wa­nie danych jest dro­gie, więc każdy pro­gram po dro­dze pró­buje jak naj­szyb­ciej się ich pozbyć. Zasada gorą­cego kar­to­fla – można go utrzy­mać w dłoni tylko przez chwilę i trzeba podać dalej. — Wska­zał ekran i sto­jący pasek. — Ktoś zaraz się opa­rzy.

— Pośred­nik opóź­nia się z prze­pi­sy­wa­niem.

— Albo nas odcięli — dodał Felix.

— A co, jeśli wię­cej się nie ścią­gnie? — zapy­tała Nika.

— Część danych da się odzy­skać — zasta­no­wił się Net — ale nie będziemy mieć peł­nego algo­rytmu. Odtwo­rze­nie bra­ku­ją­cej czę­ści zaj­mie… — Pokrę­cił głową z rezy­gna­cją.

* * *

Kon­po­poz już bez pośpie­chu wycią­gnął dysk, nie zwa­ża­jąc na ostrze­gaw­czy pisk, infor­mu­jący, że jest jesz­cze w uży­ciu, odło­żył go na miej­sce i zamknął szybę. Poczła­pał do wci­śnię­tego mię­dzy ser­wery kor­pusu głów­nego i sprzągł się z resztą swo­jej osoby. Zawró­cił do drzwi i zacze­kał, aż trzech straż­ni­ków upora się z zam­kiem. Wycią­gnął przed sie­bie chude sta­lowe ramionka, by grzecz­nie pozwo­lić się zakuć w kaj­danki. Wszystko stra­cone. A miały być sprzą­ta­nia po hucz­nych rau­tach, wiel­kie fro­te­ro­wa­nia, kame­ralne odku­rza­nia gabi­ne­tów… To już prze­szłość. Teraz tylko reset i defrag­men­ta­cja. Cie­kawe, komu dadzą te dwie fajne gumowe gąsie­nice, kto dosta­nie prze­kład­nię główną i dyfe­ren­cjał, kto się będzie cie­szył sil­ni­kiem i hydrau­licz­nym ste­ro­wa­niem myjek. Dałem się wro­bić. I to komu! Biał­kow­com bez jed­nego pół­prze­wod­nika w gło­wach…

Wahał się chwilę, ale ska­so­wał zapis roz­mów z tymi wstręt­nymi potwo­rami bez skru­pu­łów. Żywił do nich wyłącz­nie nega­tywne uczu­cia, ale musiał ich ochro­nić, by mogli dokoń­czyć misję. Masz te prawa robo­tyki! Uci­śnie­nie krze­mo­wego ludu…

Straż­nicy wpa­dli do ser­we­rowni, minęli Kon­po­poza i zaczęli prze­szu­ki­wać nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie.

— Jak duży był? — zapy­tał dowódca.

Straż­nik, który wsz­czął alarm, zasta­no­wił się i poka­zał gestem, jakim węd­ka­rze chwalą się roz­mia­rami zło­wio­nych ryb,

— Z pół metra.

Dowódca rozej­rzał się po prze­szklo­nych sza­fach i powie­dział:

— Chyba nie zdą­żył niczego ukraść. W porę przy­szli­śmy. Ale któ­rędy nawiał? — Jego wzrok padł na sufit. Sap­nął ze zło­ścią. — Wie­dzia­łem, że przez tę kratkę wen­ty­la­cyjną będą kie­dyś kło­poty.

Kon­po­poz obser­wo­wał krzą­ta­ninę i słu­chał roz­mowy z coraz więk­szym nie­do­wie­rza­niem. Biał­kowe mózgi, pomy­ślał. Gdzieś w obwo­dach sca­lo­nych, pro­ce­so­rach i ukła­dach pomoc­ni­czych zaczęła kieł­ko­wać nadzieja. Wolno, cen­ty­metr za cen­ty­metrem, pełzł w stronę kory­ta­rza.

— Stój!

Robot zamarł w prze­ra­że­niu. Nadzieja gdzieś odpły­nęła. Wolno odwró­cił głowę.

— Widzia­łeś, gdzie uciekł? — Straż­nik z wąsami nachy­lił się do niego.

— Nie mam poję­cia — odparł szybko. — Mam lukę w pamięci.

Kon­po­poz nie kła­mał. Ska­so­wał zapis ostat­nich minut. Zostało mu tylko głę­bo­kie prze­świad­cze­nie, że został skrzyw­dzony przez biał­kow­ców.

Wąsacz przy­glą­dał się Kon­po­po­zowi z nie­wy­raźną miną. Robot poczuł ukłu­cie nie­po­koju.

— Był podobny do cie­bie — powie­dział straż­nik.

— Jestem skon­stru­owany ze stan­dar­do­wych modu­łów.

— Zostaw go — oświad­czył poważ­nym tonem dowódca. — Wiele dziś prze­szedł. — Nachy­lił się do robota i dodał — praw­do­po­dob­nie zosta­łeś porwany. Robot wła­my­wacz ska­so­wał ci pamięć, żeby tu wejść nie­po­strze­że­nie. Wybacz, ale będziemy musieli spraw­dzić twój zbior­nik na śmieci. Może gaga­tek jesz­cze tam sie­dzi.

* * *

Felix cho­dził po pokoju, Net usiadł na jego fotelu i kiwał się jak dziecko z cho­robą tele­wi­zyjną, a Nika tylko zaci­skała palce na kra­wę­dzi blatu.

— Ile to potrwa? — zapy­tała.

— To zależy, jakie opóź­nie­nie dopusz­czają pro­gramy po dro­dze — odparł Net. — Po tym cza­sie któ­ryś ode­tnie nas osta­tecz­nie.

— Amais będzie potra­fił to poskła­dać — wtrą­cił Man­fred.

— Wyślemy to mailem do wszyst­kich w Insty­tu­cie — powie­dział Felix. — To bez­piecz­niej­sze. Nie znamy tam­tego pro­gramu.

— Ja go znam.

Pasek prze­sko­czył na sto pro­cent. „Down­load com­plete” – poja­wiło się na ekra­nie.

— Jest! — ucie­szył się Net. — Coś się przy­tkało po dro­dze. Jesz­cze tylko ska­suję nasz ślad z log file’a Insty­tutu i z male­zyj­skiego proxy. Jak będą chcieli, to i tak się doszpe­rają, ale przy­naj­mniej im to utrud­nię.

— Świat ura­to­wany — uśmiech­nął się Felix.

— Jesz­cze mail — przy­po­mniał Net. — Nie wyślemy do wszyst­kich, tylko do losowo wybra­nych stu osób, w tym do naszych sta­rych i do wszyst­kich z Wydziału Infor­ma­tyki. Zer­k­nij­cie.

Nachy­lili się nad krót­kim tek­stem. W skró­cie opi­sy­wał, że załącz­nik zawiera algo­rytm, według któ­rego kodo­wany jest sygnał emi­to­wany z rakiety, i że algo­rytmu tego można użyć, by prze­pro­gra­mo­wać robot ste­ru­jący rakietą, więc i zmie­nić miej­sce upadku. Dalej była kopia maila, który wysłali poprzed­niego dnia do Mini­ster­stwa.

— Pomi­ja­jąc błędy, OK — powie­działa Nika. — Daj, popra­wię lite­rówki, bo się jesz­cze domy­ślą. Rzadko ktoś robi tyle byków.

Net nie­chęt­nie dopu­ścił ją do kla­wia­tury. Szybko popra­wiła lite­rówki i orto­grafy.

Klik­nęła i wia­do­mość okrężną drogą pole­ciała do prze­szło stu adre­sa­tów w Insty­tu­cie.

— Teraz już ura­to­wa­li­śmy świat. — Ode­tchnęła.

— Możemy zamó­wić pizzę. — Net zatarł ręce. — Ja sta­wiam. Hawaj­ska czy pep­pe­roni?

* * *

Godzinę póź­niej, z poczu­ciem dobrze speł­nio­nego obo­wiązku, koń­czyli jeść pizzę. Za oknem roz­pa­dał się śnieg, w kominku miło trza­skał ogień, a mecha­niczna ręka dokła­dała nowe polana. Osta­tecz­nie zamó­wili pizzę quat­tro fro­maggi, czyli cztery sery. Net miał te cztery sery na całej twa­rzy i nawet we wło­sach. Nika pró­bo­wała wytrzeć go chu­s­teczką, ale nie na wiele się to zdało, ponie­waż Net jed­no­cze­śnie jadł, mówił i gesty­ku­lo­wał.

— Ura­to­wa­li­śmy mia­sto — powtó­rzył po raz kolejny.

— Przed­tem sam mówi­łeś, że walka idzie o kawa­łek traw­nika — przy­po­mniał Felix.

— To było przed­tem. — Net mach­nął ręką, posy­ła­jąc nitkę sera na dywan.

Przed nimi sie­dział Caban i wymow­nie patrzył na nie­do­je­dzone brzegi pizzy leżące w pudełku.

— Zjadł­bym jesz­cze jedną. — Net pogła­skał się po brzu­chu. — Boha­te­ro­wie potrze­bują kalo­rii. Hel­l­boy żarł codzien­nie taczkę nale­śni­ków.

— Nie chcia­ła­bym, żebyś wyglą­dał jak on. — Nika klep­nęła go w ramię.

— Sły­sza­łeś, co powie­dział dostawca pizzy — przy­po­mniał Felix. — Dziś koń­czą pracę o czter­na­stej. Na wypa­dek, gdyby ktoś chciał jesz­cze nawiać z mia­sta.

— Super­paczka ura­to­wała War­szawę. — Net wyko­nał gest, jakby demon­stro­wał nagłó­wek w gaze­cie.

— Im mniej ludzi się o tym dowie, tym lepiej — przy­po­mniał Felix. — A naj­le­piej, jak nie dowie się nikt.

— Ale zada­nie wyko­nane.

— Zasta­na­wiam się, czy nic wię­cej nie możemy zro­bić — odparł.

— Możemy. Wie­czo­rem poje­dziemy do mnie, nało­żymy wszyst­kie cie­płe ciu­chy, jakie mamy, usta­wimy na tara­sie leżaczki i będziemy wypa­try­wać świa­tła na nie­bie.

— Poważ­nie mówię.

— Ja też. Taki mia­łem plan. Prze­cież nie wiemy, jak bar­dzo uda się zmie­nić tra­jek­to­rię. Może tylko ciutę i rakieta wal­nie na przy­kład w Kam­pi­no­sie. No i nie korzy­sta­łem ni­gdy z leża­ków pla­żo­wych w stycz­niu.

Tele­fon Felixa ode­grał Marsz Impe­ra­tora. Chło­pak wycią­gnął go z kie­szeni i zer­k­nął na wyświe­tlacz.

— Mój tata — mruk­nął z nie­wy­raźną miną. — Wiem, o co chce zapy­tać. Pew­nie się domy­ślił, od kogo ten mail. — Ode­brał połą­cze­nie. — Cześć tato.

— Cześć! Mama ma wyłą­czony tele­fon?

— Śpi. Chyba się źle czuje.

— Kiedy się obu­dzi, powiedz, że nie będę na kola­cji. Mogę wró­cić nawet po pół­nocy.

— A jak postępy w spra­wie rakiety?

— Nie zaj­muję się już tym. Sie­dzę teraz z urzęd­ni­kami z Mini­ster­stwa i agen­tami spe­cjal­nymi. Pro­wa­dzą śledz­two, bo ich zda­niem ten, kto wystrze­lił rakietę, używa naszej tech­no­lo­gii.

— A dosta­łeś ostat­nio jakiś… cie­kawy mail?

— Spraw­dzam na bie­żąco, ale nie, nie dosta­łem niczego, co można by nazwać cie­ka­wym. Muszę koń­czyć. Mamy tu jesz­cze mały alarm. Było chyba jakieś wła­ma­nie. Ochrona spraw­dza prze­wody wen­ty­la­cyjne. Muszę koń­czyć. Uwa­żaj­cie na sie­bie!

Felix scho­wał tele­fon do kie­szeni i zasta­no­wił się.

— Prze­wody wen­ty­la­cyjne? — powie­dział sam do sie­bie. — Połącz nas z Kon­po­po­zem.

— Mogą nas wyśle­dzić — ostrzegł Net.

— Mimo to spró­buj. Będziemy roz­ma­wiać, nie wspo­mi­na­jąc o dzi­siej­szej akcji.

Net nie był prze­ko­nany, ale otwo­rzył lap­top i połą­czył się z Kon­po­po­zem.

„Nie znam Two­jego iden­ty­fi­ka­tora” – poja­wiło się na ekra­nie.

„Tu Felix, Net i Nika” – odpi­sał Net.

„Ooo taaak. Mie­li­śmy nie­przy­jem­ność poznać się we wrze­śniu zeszłego roku. Nie macie upraw­nień do uży­wa­nia tego łącza”.

— Mam déja vu — stwier­dził Net. — On to samo powie­dział poprzed­nio.

— To dobrze — powie­dział Felix. — Zna­czy, że ska­so­wał zapis akcji.

„Nie­po­ko­imy się o wyniki prac nad zmianą tra­jek­to­rii lotu rakiety, która ma spaść na War­szawę” – napi­sał Net.

„Jakoś dziw­nie nie obcho­dzą mnie Pań­stwa pro­blemy”.

„To powiedz cho­ciaż, co u Cie­bie”.

„Ileż fał­szy­wej tro­ski w Pań­stwa sło­wach. Zosta­łem dziś porwany, jeśli to Pań­stwa obcho­dzi. Użyto mnie w nie­cnym celu wła­ma­nia się do pew­nego taj­nego miej­sca. Pory­wacz zbiegł kana­łem wen­ty­la­cyj­nym, a ja byłem prze­szu­ki­wany dogłęb­nie, wręcz wewnątrz­u­stro­jowo. Mnie­mam, że moje nie­szczę­ście Pań­stwa ura­duje”.

— Teraz wpisz coś, co uza­sadni, dla­czego się do niego odzy­wamy — powie­dział Felix.

— Nie przy­go­to­wa­łeś się na to? — Net spoj­rzał na przy­ja­ciela z nie­po­ko­jem.

— Wpisz cokol­wiek.

— Ha! Cokol­wiek. Jak zdro­wie sza­now­nego wujka Zelmera? Wymyśl coś!

— Wpisz, że skon­tak­tu­jemy się z nim, jak doj­dzie do sie­bie — zapro­po­no­wała Nika.

Net wes­tchnął i wkle­pał: „Mamy małą sprawę, ale to rze­czy­wi­ście nie naj­lep­szy moment. Nic pil­nego, luz. Ode­zwiemy się za jakiś czas, jak doj­dziesz do sie­bie”.

„Och, łaskawcy. Doprawdy zby­tek tro­ski”.

Kon­po­poz roz­łą­czył się. Przy­ja­ciele chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu.

— Chciał­bym poznać jego kon­struk­tora — ode­zwał się Net. — To musi być bar­dzo ory­gi­nalny czło­wiek. Oczy­wi­ście żyje samot­nie, gdzieś w lesie, bo wszy­scy go nie­na­wi­dzą.

— Sprawdź to konto mailowe, z któ­rego wysy­ła­li­śmy algo­rytm — powie­dział Felix.

— Pod­ło­żymy się jesz­cze bar­dziej — zauwa­żył Net. — Cały kamu­flaż pój­dzie w por­ce­lanę.

— To ważne. Zrób to jakoś spryt­nie.

— OK, OK. — Net otwo­rzył lap­top i wpi­sał kilka pole­ceń. — Nasza wia­do­mość… została zakla­sy­fi­ko­wana jako spam — prze­czy­tał z nie­do­wie­rza­niem. — Fakt! — Klep­nął się w czoło. — Wysła­li­śmy ją do stu osób. Ależ fail… Wywa­lił nas filtr anty­spa­mowy.

— Czyli nikt niczego nie dostał? — zapy­tała z prze­ję­ciem Nika. — Nikt nic nie wie?!

— Na to wygląda. — Net kli­kał dalej. — Trudno. Wyślę tylko do kilku osób z Wydziału Infor­ma­tycz­nego.

Klik­nął i zamarł, gapiąc się w ekran. Po chwili poja­wiła się wia­do­mość zwrotna.

— Znów… — Net zaci­snął pię­ści. — Tra­fi­li­śmy na czarną listę. Możemy sobie to wysy­łać do końca świata, i tak będzie się odbi­jać.

— To co możemy zro­bić? — zapy­tał kon­kret­nie Felix.

— Inne konto, inna nazwa, inna treść, inny pac­ker do załącz­nika, pako­wa­nie dwa razy z roz­sze­rze­niem „jpg”. Można by tak pró­bo­wać długo. Aż admi­ni­stra­tor się wku­rzy i przy­łoży, żeby nas dorwać.

Felix zer­k­nął na zega­rek.

— Docho­dzi druga. Zostało nie­całe dzie­sięć godzin.

Dum!, roz­le­gło się przez ściany domu. Przy­ja­ciele drgnęli.

— To znowu kręt? — zapy­tała Nika. — Jak możesz wytrzy­mać te dźwięki przez całą dobę?

— Tata miał go dziś wycią­gać. — Felix wska­zał na leżący obok kominka pilot do ste­ro­wa­nia krę­tem. Obłe zie­lone pudełko, z paskiem na ramię, wysu­waną anteną, małym wyświe­tla­czem i kil­koma przy­ci­skami, wyglą­dało na sprzęt woj­skowy lub przy­naj­mniej prze­zna­czony do pracy w trud­nych warun­kach.

Net wziął urzą­dze­nie i naci­snął pierw­szy z brzegu przy­cisk. Roz­le­gło się kolejne „Dum!”.

— Nie wci­skaj guzi­ków na urzą­dze­niu, któ­rego nie znasz. — Felix zabrał mu pilot.

— I kto to mówi? Spe­cja­li­sta od wci­ska­nia każ­dego guzika w zasięgu wci­sku.

— Cie­kawa sprawa — ode­zwał się Man­fred. — Rakiety nie ma nad nami, a ode­bra­łem jej sygnał.

— Kol­co­boty! — wykrzyk­nął Net. — Ota­czają nas! Wzbu­dziły kręta!

— Ciszej — syk­nął Felix. — Obu­dzisz mamę.

Dopa­dli do okna. Zaśnie­żone krzaki, zaśnie­żona alejka, zaśnie­żony bluszcz na ogro­dze­niu.

— Man­fred! — powie­dział Felix. — Zawo­łaj Golema Golema.

Nie było to potrzebne, bo w tej samej chwili drzwi do piw­nicy otwo­rzyły się i robot wkro­czył do salonu.

— Już to zro­bi­łem — wyja­śnił uprzej­mie pro­gram.

— Już to zro­bił — wyja­śnił rów­no­cze­śnie Golem Golem.

Felix wybiegł do hallu. Dół drzwi pro­wa­dzą­cych do ogrodu był pro­wi­zo­rycz­nie zabity płytą pil­śniową. Żadna prze­szkoda dla pięć­dzie­się­cio­ki­lo­wego, roz­pę­dzo­nego robota.

— Zastaw komodą — pole­cił, a Golem Golem ruszył, by wyko­nać roz­kaz.

Net i Nika rów­nież wyszli do hallu.

— Po co mia­łyby nas ata­ko­wać? — zapy­tała Nika.

— Bo na razie tylko my wiemy o ich tajem­nicy. — Net trzy­mał w dłoni pogrze­bacz. — Prze­chwy­ciły maila. A raczej prze­chwy­cił ten, kto nimi kie­ruje.

Felix otwo­rzył klapkę na ścia­nie obok domo­fonu i wci­snął jeden z przy­ci­sków. Na całym par­te­rze zaczęły się opusz­czać rolety antyw­ła­ma­niowe. Dom tonął w mroku, roz­pra­sza­nym jedy­nie pło­mie­niami z kominka.

— W oknach piw­nicy są kraty, ale drzwi ogro­dowe… — Felix spoj­rzał na zasła­nia­jącą je komodę. — Tam jest naj­słab­szy punkt. Stań tam.

Golem Golem zablo­ko­wał wła­snym cia­łem przej­ście i pochy­lił się lekko, by ode­przeć spo­dzie­wany atak. Nika odru­chowo przy­su­nęła się do Neta i objęła go za ramię. Net sta­rał się wyglą­dać na nie­ustra­szo­nego, ale zdra­dzały go drżące kolana.

— Na pewno na obu­do­wie kol­co­bota nie było logo z trzema try­bami? — zapy­tał rów­nież drżą­cym gło­sem.

— Nie widzia­łem niczego takiego — odparł Felix. Zasta­na­wiał się, czy kol­co­bot potrafi dosko­czyć do okien pierw­szego pię­tra. Prze­cież dostał się jakoś na czu­bek kil­ku­me­tro­wej rakiety.

Stali na środku hallu i roz­glą­dali się, czuj­nie nasłu­chu­jąc nie­ty­po­wych dźwię­ków.

— Zacze­kaj­cie! — Nika puściła Neta i wró­ciła do salonu, gdzie na stole stał lap­top. — Man­fred, czy sygnał sprzed minuty był iden­tyczny, czy tylko podobny?

— Nieco inny niż zwy­kle. Bar­dzo podobny, ale inny.

— Też go ode­bra­łem — ode­zwał się Golem Golem. — Sygnał sma­ko­wał bar­dzo podob­nie.

— Sma­ko­wał? — zapy­tał Felix.

— Nie wiem, jak to okre­ślić, żeby było zro­zu­miałe dla czło­wieka. Sygnał był bar­dzo podobny, ale nie iden­tyczny.

Chłopcy podą­żyli za Niką do salonu. Dziew­czyna wzięła pilot od kręta i wci­snęła jeden z guzi­ków. Roz­le­gło się kolejne „Dum!”.

— A teraz? — zapy­tała.

— Tak — przy­znał Man­fred. — To ten sygnał. Nie­mal iden­tyczny.

Felix ode­brał Nice pilot i przyj­rzał mu się. Usiadł na kana­pie.

— Nikt nie roz­gryzł tajem­nicy, bo była za pro­sta — powie­dział. — To nie żadna tech­no­lo­gia mili­tarna, tylko algo­rytm kodo­wa­nia pole­ceń do pro­stych maszyn, jak kosiarka czy kręt. Ktoś go tylko roz­bu­do­wał, żeby unie­moż­li­wić zła­ma­nie kodu mocą obli­cze­niową super­kom­pu­te­rów.

— Czyli wszystko jasne? — zapy­tała Nika. — Jeste­śmy w domu?

— Jeśli naszym domem jest las, to w nim jeste­śmy — odparł Net. — Co to daje?

Felix wró­cił do hallu, pod­niósł rolety i pole­cił Gole­mowi Gole­mowi prze­su­nąć komodę na wła­ściwe miej­sce. Salon roz­ja­śnił się świa­tłem prze­bi­ja­ją­cym przez sypiący z cięż­kich chmur śnieg.

— Ten nadaj­nik ma zasięg kilo­me­tra, nie wię­cej — powie­dział Felix. — Jeśli nawet go roz­bie­rzemy i przy­pniemy do niego lap­top, to niczego nie nadamy na orbitę. Potrze­bo­wa­li­by­śmy potęż­nej anteny.

— Dla­czego mówisz „potrze­bo­wa­li­by­śmy”, a nie „potrze­bu­jemy”? — spy­tała Nika.

— Bo antena to tylko jeden z ele­men­tów, któ­rych nie mamy. Ten algo­rytm, który wykra­dli­śmy z Insty­tutu, jest jedy­nie podobny do tego, któ­rego używa kręt. Kol­co­boty uży­wają jesz­cze innego. A nawet jak już będziemy mieć wła­ściwy algo­rytm i klucz, to jesz­cze pozo­sta­nie pro­blem prze­ko­na­nia kol­co­bota na rakie­cie, by nas posłu­chał.

— Od rana mówię wam, żeby wysłać algo­rytm do Ama­isa — przy­po­mniał Man­fred. — Tra­cimy czas przez to, że mu nie ufa­cie. Te algo­rytmy prze­cież od dawna nie są tajne.

Felix spoj­rzał na przy­ja­ciół. Nika ski­nęła głową, Net po chwili rów­nież.

— OK — powie­dział Felix. — Wyślij mu to.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji i jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są i będą pisane wielką literą. [wróć]

Spoza kadru. [wróć]

Udało się to już w 1932 r., czyli na sie­dem lat przed wybu­chem wojny. Prace Pola­ków, głów­nie Mariana Rejew­skiego, Jerzego Różyc­kiego i Hen­ryka Zygal­skiego, bar­dzo pomo­gły pod­czas wojny przy łama­niu kodów now­szych wer­sji maszyn. [wróć]

Empa­tia – zdol­ność odczu­wa­nia i rozu­mie­nia emo­cji innych istot. [wróć]

Intra­net – wewnętrzna sieć kom­pu­te­rowa, np. w fir­mie. Może być, i zwy­kle jest, połą­czona z inter­ne­tem. [wróć]