Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie - Rafał Kosik - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Wakacyjny Londyn to świetne miejsce na przygodę, lecz jeśli pojadą tam Felix, Net i Nika, a dołączy do nich Laura... Jak zwykle u Kosika - będzie się działo! Gang elegantów, Net za ladą hotelowej recepcji, londyńskie szczury, pewien pies rasy corgi, agent Mamrot i... kłopoty z Niką. W wakacyjną prozę życia bohaterów wedrze się technologiczna moc sztucznej inteligencji i biologiczna potęga nastoletnich hormonów. Bo to książka dla współczesnych nastolatków - będzie trochę strasznie i niebezpiecznie, czasem poważnie, a najczęściej... bardzo śmiesznie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 513

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie ISBN: 978-83-64384-46-2 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2015 by Rafał Kosik Copyright © 2015 by Powergraph Copyright © 2015 for the cover by Rafał Kosik and Klaudia Wawrzeszkiewicz Copyright © 2015 for illustrations by Rafał Kosik and Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Projekt graficzny i okładka: Rafał Kosik Ilustracja na okładce: Klaudia Wawrzeszkiewicz Ilustracje we wnętrzu: Rafał Kosik i Jan Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

1. Nie widzę szans na wymy­śle­nie cze­goś roz­sąd­nego

Zaple­cze pralni Pakol Raban w żad­nym razie nie dawało się opi­sać przy uży­ciu okre­śleń pozy­tyw­nych. Było tam cia­sno, gorąco, wil­gotno, a do tego za jedyne źró­dło oświe­tle­nia słu­żyła humo­rza­sta świe­tlówka. W desz­czowe dni z nie­zna­nych powo­dów zaczy­nała mru­gać z czę­sto­tli­wo­ścią dobraną tak, by wku­rzać jak naj­moc­niej. Chudy, stały pra­cow­nik pralni, nazy­wał tę świe­tlówkę psy­cho­ja­rze­niówką. Wła­ści­ciel pralni zaś, pan Raban, odma­wiał wymiany, twier­dząc, że póki nie zga­śnie cał­kiem, to zna­czy, że działa.

Wśród oko­licz­nych miesz­kań­ców pral­nia cie­szyła się jed­nak dobrą opi­nią.

Poobi­jane sta­lowe drzwi otwo­rzyły się, wypusz­cza­jąc kłęby pary na wyas­fal­to­wane podwórko z dwoma śmiet­ni­kami i trzema samo­cho­dami. W chmu­rze roz­legł się szczęk zapal­niczki, a po nim poja­wił się poma­rań­czowy żar papie­rosa. Spo­mię­dzy dwóch budyn­ków po prze­ciw­nej stro­nie podwórka wyła­niał się odle­gły wie­żo­wiec Shard.

Drzwi się zamknęły, a chmura pary roz­pły­nęła się w chłod­nym popo­łu­dniu.

— Palisz, Nowy? — Chudy w pie­go­wa­tej dłoni wycią­gnął wygnie­cioną paczkę.

— Nie, dzięki. — Net pokrę­cił głową. — Pre­fe­ruję inne rodzaje samo­bój­stwa. Skok na bun­gee bez bun­gee, wiesz…

Chudy smutno poki­wał głową.

— I tak wszy­scy umrzemy.

— Dzięki, że mi o tym przy­po­mi­nasz przed osiem­dzie­siątką.

— Nowy, ja ci tu mówię o tym, jak nas trują. — Chudy zacią­gnął się i zakasz­lał, wypusz­cza­jąc przy tym dym jak sil­nik dwu­su­wowy. — Co jest w tym papie­ro­sie, na przy­kład?

— Sub­stan­cje smo­li­ste… — Net wycią­gnął z kie­szeni tele­fon. — Daj mi chwilę, to ci powiem dokład­nie.

— Nie o tym mówię, Nowy. To samo masz w kon­ser­wach, w napo­jach gazo­wa­nych, w chle­bie i w tych… Jak wy po pol­sku nazy­wa­cie te saj­gonki?

— Pie­rogi.

— No wła­śnie, i w pyero­gee też.

Zapa­dło mil­cze­nie. Net zer­kał z pewną obawą na kolegę z pracy. Liczba teo­rii spi­sko­wych wyzna­wa­nych przez Chu­dego była naprawdę impo­nu­jąca.

— Co można robić pod­czas prze­rwy na papie­rosa, jeśli się nie pali? — zapy­tał sam sie­bie Net. Wyjął z kie­szeni paczkę żel­ków i wycią­gnął w stronę Chu­dego.

— Nie, dzięki. — Chło­pak pokrę­cił głową. — Pre­fe­ruję inne rodzaje pozby­wa­nia się plomb.

Net wzru­szył ramio­nami i wrzu­cił do ust trzy żelki.

— Wdy­chasz to z powie­trzem — cią­gnął Chudy — pijesz z wodą z kranu, żujesz z żel­kami. To nawet jest na bank­no­tach i dru­kach urzę­do­wych.

— Co?

— To! — Chudy wycią­gnął przed sie­bie pie­go­watą dłoń, na któ­rej wyraź­nie było widać białe plamy bez pig­mentu. Nie było jasne, co poka­zuje. — To się nie bie­rze zni­kąd.

— Pra­cu­jemy w pralni, w któ­rej warunki pracy urą­gają wszel­kim zasa­dom BHP — powie­dział ostroż­nie Net. — Nie wpa­dłeś na to, że to może dla­tego?

Chudy mach­nął ręką.

— To wszystko pier­dyk­nie — stwier­dził ponuro. — A zacznie się tutaj.

Net zer­k­nął przez ramię na drzwi. Ale Chu­demu raczej nie cho­dziło o ich pral­nię.

— Za dużo che­mii wszę­dzie. — Chudy dys­kret­nie wska­zał niebo. — Kon­tro­lują nas nawet teraz.

— Che­mią?

— Che­mią. — Chudy znów się zacią­gnął. — Sate­li­tami. Sły­sza­łeś o nano­ro­bo­tach? Takie małe skur­czy­byki, że ich nie widać.

Net nie wie­dział, co na to odpo­wie­dzieć. Powie­trze nad mia­stem wypeł­niał nie­cich­nący ni­gdy szum.

— Piątka zaraz będzie wiro­wała. — Chudy pstryk­nął koń­cówkę papie­rosa w prze­strzeń. — Znam ten dźwięk wyro­bio­nych łożysk.

Wró­cili do cia­snego wnę­trza zasta­wio­nego wiel­kimi pral­kami, suszar­kami i kil­koma urzą­dze­niami, o któ­rych prze­zna­cze­niu Net nie miał bla­dego poję­cia.

Pralka numer pięć była poobi­ja­nym i nad­rdze­wia­łym grzmo­tem wiel­ko­ści dwóch nor­mal­nych pra­lek. Prze­szklone drzwiczki spo­koj­nie mogłyby słu­żyć za właz do baty­skafu.

Chudy się­gnął do butelki z wybie­la­czem i dokrę­cił nie­do­krę­coną nakrętkę.

— Dokrę­caj to — powie­dział. — Potrafi się wylać w naj­gor­szym momen­cie.

— Spoko — odparł Net.

Świsz­cząco-jęczący dźwięk dobie­ga­jący z wnę­trza nara­stał, co zna­czyło, że wiro­wa­nie wła­śnie się zaczyna. Chudy naparł na pralkę z jed­nej strony, Net z dru­giej, a urzą­dze­nie zaczęło im się wyry­wać.

— Je pier­dy­kam… — wes­tchnął Net.

Pralka pod­ska­ki­wała, jakby wewnątrz ganiało się stado dzi­ków. Psy­cho­ja­rze­niówka zaczęła migać. Wiro­wa­nie trwało dłu­gie dwie minuty, po czym dziki zmę­czyły się i zwol­niły. Wresz­cie dono­śne pip­nię­cie oznaj­miło koniec pra­nia.

— Zażą­dam pod­wyżki — mruk­nął Net, wpa­tru­jąc się we wciąż drżące dło­nie.

— Żad­nych pod­wy­żek! — rzu­cił zza rogu pan Raban. — Nie ma pie­nią­dza. Prąd kosz­tuje, pro­szek kosz­tuje, woda kosz­tuje.

Net skrzy­wił się. Miał nadzieję, że wła­ści­ciel go nie usły­szy.

— Żad­nych pod­wy­żek! — Pan Raban wychy­lił się i spoj­rzał groź­nie na Neta. Był czter­dzie­sto­let­nim Paki­stań­czy­kiem o czar­nych krę­co­nych wło­sach. Niski wzrost rekom­pen­so­wał wysoką wagą, choć to raczej nie był wynik prze­my­śla­nego dzia­ła­nia. — Ja tu inwe­stuję w nowe tech­no­lo­gie, nie w leniwe gamo­nie.

— Dobra, dobra. — Net wzru­szył ramio­nami. Nie potra­fił z sie­bie wykrze­sać nawet odro­biny sym­pa­tii dla pra­co­dawcy.

— I tak wszystko pier­dyk­nie — pod­su­mo­wał filo­zo­ficz­nie Chudy.

Pan Raban nie zare­ago­wał. Był chyba przy­zwy­cza­jony do pesy­mi­zmu pra­cow­nika. Dyszą, przy­po­mi­na­jącą wąż do odku­rza­cza ople­ciony kil­koma dodat­ko­wymi prze­wo­dami, prze­su­wał po wiszą­cej we wnęce bia­łej jedwab­nej sukni. Dysza, zaopa­trzona w kilka kon­tro­lek i prze­łącz­ni­ków, wyda­wała z sie­bie deli­katny szum. Urzą­dze­nie, do któ­rego pro­wa­dził wąż, przy­po­mi­nało skrzy­żo­wa­nie odku­rza­cza z robo­tem R2-D2. Z tego, czego dowie­dział się Net, był to ultra­wa­sher i słu­żył do pra­nia ultra­dź­wię­kami wyjąt­kowo deli­katnych tka­nin. Felixa z pew­no­ścią by to zain­te­re­so­wało.

Pan Raban wyłą­czył maszynę i oce­nił stan sukni. Poki­wał głową z uzna­niem i nało­żył na jedwabny strój foliowy pokro­wiec.

— Zawie­ziesz to do pani Hen­der­son. — Pan Raban wrę­czył Netowi klu­czyki do Rovera1 i suk­nię. — Adres jest na ety­kie­cie. Ale już-już.

Net przyj­rzał się klu­czy­kom. Kusiło, bar­dzo kusiło, i może nawet by sku­siło, gdyby nie per­spek­tywa jazdy pod prąd przez zatło­czone mia­sto. W Wiel­kiej Bry­ta­nii obo­wią­zy­wał ruch lewo­stronny, a co gor­sza poru­sza­nie się po Lon­dy­nie czę­sto przy­po­mi­nało walkę o życie.

— Nie mam prawa jazdy — powie­dział, nie­chęt­nie odda­jąc klu­czyki.

Pan Raban zła­pał się za głowę.

— Po co mi pra­cow­nik bez prawa jazdy?! — wykrzyk­nął, wyma­chu­jąc rękoma.

— To jest pral­nia, nie firma kurier­ska. — Net wzru­szył ramio­nami. — W ogło­sze­niu o pracę napi­sał pan, że wyma­ga­nia to „pra­co­wi­tość i ela­stycz­ność”.

— Co to za pra­co­wity i ela­styczny czło­wiek, który nie potrafi jeź­dzić samo­cho­dem?

Sto­pień zde­ner­wo­wa­nia pana Rabana można było poznać po tym, jak wysoko uno­sił ręce pod­czas gesty­ku­la­cji. Teraz uno­sił je led­wie do wyso­ko­ści brody, czyli nie było tak źle.

— Ty jedź. — Wci­snął klu­czyki Chu­demu, po czym prze­wró­cił kilka kar­tek w wymię­to­szo­nym zeszy­cie leżą­cym pod bla­tem recep­cji i spoj­rzał na Neta. — Na szó­stą jest odbiór trzech zamó­wień. Przy­go­tuj do wyda­nia.

I wró­cił na zaple­cze.

— Trudno jest tu zro­bić prawo jazdy? — Net zer­k­nął na kolegę z lekką zazdro­ścią.

— Nie wiem, ni­gdy nie pró­bo­wa­łem. — Chudy wysu­nął się pod ladą i wyszedł przez prze­szklone, zapa­ro­wane drzwi fron­towe. Zadźwię­czał trą­cony przez drzwi dzwo­nek.

Tym­cza­sem pan Raban zawie­sił we wnęce gra­fi­towy gar­ni­tur lorda Baileysa i długą kre­mową suk­nię lady Spark, po czym przy­mie­rzył się do nich z dyszą ultra­wa­shera. Nie wyglą­dały jak coś, co wyma­ga­łoby pra­nia, ale widocz­nie wła­ści­ciele mieli na ten temat inne zda­nie.

Net spraw­dził na tele­fo­nie czas – jesz­cze dłu­gie pół­to­rej godziny pracy. Jeżeli wła­ści­ciel pralni nie oznajmi mu, że „pra­co­wi­tość i ela­stycz­ność” ozna­cza pracę do zmierz­chu.

— Wiesz, jak wyda­wać pra­nie? — zain­te­re­so­wał się nie­spo­dzie­wa­nie pan Raban. — Chudy ci powie­dział?

Net wzru­szył ramio­nami.

— Ja podaję, oni biorą i dzię­kują. To nic skom­pli­ko­wa­nego.

— I płacą.

— Jasne — szybko popra­wił się Net. — To jest waż­niej­sze od dzię­ko­wa­nia. Mogliby nawet nie odbie­rać, byle pła­cili.

Uspo­ko­jony Paki­stań­czyk poki­wał głową i przy­stą­pił do sta­ran­nego czysz­cze­nia lewego man­kietu gra­fi­to­wego gar­ni­turu. Robił to tak sta­ran­nie i z taką pasją, że Netowi przez moment wydało się, iż pan Raban odna­lazł swoje powo­ła­nie.

Net otwo­rzył drzwiczki pralki numer pięć i zaj­rzał do środka bębna o roz­mia­rach lądow­nika Apollo 11. Cykał sty­gnący mecha­nizm.

Wyjął trzy pach­nące świe­żo­ścią ażu­rowe worki, prze­sy­pał ich zawar­tość do wiel­kiego kosza, a same worki sta­ran­nie uło­żył na wierz­chu pralki. Reszta była pro­sta; wystar­czyło z grub­sza to poskła­dać, zapa­ko­wać do pla­sti­ko­wej torby i prze­ka­zać zado­wo­lo­nemu klien­towi.

— Łatwi­zna. — Net z tru­dem pod­niósł kosz, zaniósł go na blat do pako­wa­nia i wysy­pał zawar­tość. — I co, mam teraz zwi­jać cudze skar­petki?

Prze­su­nął wszystko na bok i naj­pierw zaczął wysu­pły­wać ze sterty skar­pety. Gdy odna­lazł i zwi­nął trzy pary, tknęło go prze­czu­cie.

— Mam głu­pie pyta­nie — ode­zwał się z lek­kim nie­po­ko­jem w stronę pra­co­dawcy.

— Nie zawra­caj mi teraz głowy. — Pan Raban nawet się nie odwró­cił. — Lord Baileys i lady Spark to nasi naj­waż­niejsi klienci. Za kilka dni idą na uro­czy­stość pań­stwową do pałacu Buc­kin­gham, gdzie będą wrę­czać ważną nagrodę. Muszą mieć stroje w ide­al­nym sta­nie.

— Ale… Skąd wia­domo, co jest czyje?

— Na wor­kach są numery zle­ceń.

Net spoj­rzał na leżące na pralce puste worki, potem na stertę ubrań.

— To wielki błąd, że w życiu nie ma funk­cji undo — szep­nął. — Co by teraz zro­bił Felix…?

Felix Polon nie mógł go pora­to­wać, bo praw­do­po­dob­nie w tym momen­cie wymie­niał olej w sta­rym Austi­nie albo regu­lo­wał naciąg paska kli­no­wego w Vau­xhallu. Nika byłaby bar­dziej pomocna w kwe­stiach ubra­nio­wych, ale ona teraz też pra­co­wała.

Net poczuł prze­możną chęć rzu­ce­nia tego wszyst­kiego i wyj­ścia, tak po pro­stu, na świeże powie­trze, a potem do domu. Na prze­szko­dzie stała mu jed­nak świa­do­mość, jak dużą mają dziurę budże­tową. Co wię­cej, to wła­śnie Net zawi­nił w obli­cze­niach stanu ich finan­sów, w wyniku czego oka­zało się, że ostatni tydzień waka­cji w Lon­dy­nie powinni spę­dzić pod mostem, żeby stać ich było na metro na lot­ni­sko.

— Pomyśl o etyce pracy — szep­tał pod nosem Net. — Ktoś ci zaufał, ktoś oddał ci swoje skar­pety, byś je uprał i pozwi­jał… — nabrał powie­trza i zmarsz­czył brwi — … bo się jakie­muś bucowi i babo­nowi nie chce prać i zwi­jać tych skar­pe­tek oso­bi­ście!

Kwa­drans póź­niej skar­petki były pozwi­jane, a reszta gar­de­roby z grub­sza poskła­dana. Net nie zna­lazł jed­nak spo­sobu, by dla trójki klien­tów pogru­po­wać je na trzy osobne sto­siki.

Popa­trzył na trzy torby z logo Pakol Raban, potem na pozor­nie upo­rząd­ko­wany chaos na bla­cie. Jak to podzie­lić na trzy?

Męskie skar­pety spra­wia­jące wra­że­nie naj­droż­szych wrzu­cił do tej samej torby, co naj­dro­żej wyglą­da­jące dam­skie figi. Dodał też dwa z trzech kra­wa­tów, które zwi­nął jak roladę i spiął recep­tur­kami. W dru­giej tor­bie posta­no­wił pogru­po­wać czę­ści gar­de­roby, które praw­do­po­dob­nie nale­żały do kogoś młod­szego. Zaczął tam upy­chać T-shirty z nadru­kami, ale zaraz poja­wił się pro­blem. Ten z napi­sem „Rage aga­inst Machine” zde­cy­do­wa­nie nie paso­wał do „Sprze­dawca mie­siąca”. No chyba że ktoś z roz­dwo­je­niem oso­bo­wo­ści miał dwa kom­plety gar­de­roby. Nie, to mało praw­do­po­dobne. Albo, Net zawa­hał się, jeden do roboty, drugi na imprezę. E, naj­wy­żej znaj­dzie sobie nową pracę. Wrzu­cił T-shirty do dwóch róż­nych wor­ków. No i na pewno logo Apple’a nie mogło się zna­leźć w tej samej tor­bie, co logo Sam­sunga. Zaraz, a jeśli to wspólne pra­nie chło­paka i dziew­czyny, któ­rzy są fanami innych sys­te­mów ope­ra­cyj­nych? Trudno, niech sobie znajdą drugą połówkę z tego samego klanu. Szla­frok frotte wło­żył do torby, w któ­rej nie było skar­pe­tek, no bo kto zakła­dałby skar­petki do szla­froka?

Bok­serki spra­wiły mniej kło­po­tów, wszyst­kie były bowiem takie same. No, pra­wie. Powkła­dał je więc po równo do każ­dej z toreb. Spra­wiedliwość przede wszyst­kim. Został jesz­cze jeden kra­wat bez przy­działu. Po krót­kim zasta­no­wie­niu Net wybrał torbę, w któ­rej wylą­do­wało naj­mniej rze­czy i na pocie­sze­nie kra­wat dorzu­cił wła­śnie tam.

— Zarzą­dza­nie kry­zy­sowe mam w małym palcu — pochwa­lił sam sie­bie.

Zadźwię­czał dzwo­nek trą­cony przez drzwi.

— Oj… — Net wychy­lił się i ujrzał mał­żeń­stwo w wieku eme­ry­tal­nym. — Oj…

Rozej­rzał się po bla­cie. Która torba mogła nale­żeć do nich? Zgar­nął tę z ele­ganc­kimi skar­pet­kami. Angiel­ski gen­tle­man po sześć­dzie­siątce na pewno nosi ele­ganc­kie skar­petki. Albo ten szla­frok frotte. Cof­nął się więc i zgar­nął drugą torbę.

— Dzień dobry. — Net z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem sta­nął za ladą z dwiema tor­bami ukry­tymi za ple­cami.

— Dzień dobry. — Siwy męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze prze­grze­by­wał kie­sze­nie. — My po odbiór… Gdzieś tu mia­łem nume­rek…

— Bez numerka nie mogę wydać pra­nia — oświad­czył Net, licząc w skry­to­ści ducha na to, że pro­blem uda się prze­rzu­cić na popo­łu­dniową zmianę. Popo­łu­dnio­wych pra­cow­ni­ków nie znał, więc wyrzuty sumie­nia można było pomi­nąć.

— Jak zwy­kle — wes­tchnęła ciężko żona z blond tapi­rem wiel­ko­ści dru­giej głowy.

— Nie mogę zna­leźć, Beatrice. Jestem pewien, że wkła­da­łem go do kie­szeni.

— Ska­ra­nie boskie z tobą, Henry. — Beatrice pokrę­ciła głową z poli­to­wa­niem. — Do czego się weź­miesz, to porażka. I tak przez całe życie.

Twój ślub, Henry, wpi­suje się w to pasmo pora­żek, pomy­ślał Net i w tym momen­cie zaświ­tał mu genialny pomysł.

— A może pamię­tają pań­stwo, co było prane? — zapy­tał.

— Głów­nie skar­pety. — Henry kon­ty­nu­ował poszu­ki­wa­nia.

Net z ulgą pyr­gnął pod ladę torbę ze szla­fro­kiem, a na bla­cie poło­żył tę drugą.

— Na szczę­ście jeste­śmy pra­co­wici i ela­styczni, więc roz­wią­za­li­śmy ten pro­blem za pań­stwa — oznaj­mił. — Sie­dem­dzie­siąt pięć fun­tów się należy.

Mał­żeń­stwo zgod­nie zamarło i spoj­rzało na niego z zasko­cze­niem.

— Eee… to zna­czy sie­dem pięć­dzie­siąt — popra­wił się Net.

— Tak lepiej — przy­tak­nęła żona.

— Zaraz, gdzie to ja mam port­fel…? — Henry ponow­nie prze­szu­ki­wał kie­sze­nie.

— I tak całe życie. — Żona znów wes­tchnęła ciężko, po czym się­gnęła do torby, wyjęła z niej męski port­fel i podała mężowi. — Wzię­łam, żebyś nie zapo­mniał.

Henry spoj­rzał na nią nie­chęt­nie.

— Wyję­łaś mi go z kie­szeni?

— Żebyś nie zapo­mniał. — Ponow­nie się­gnęła do torebki i wyjęła kwi­tek z logo Pakol Raban. — Nume­rek też wzię­łam, żebyś nie zapo­mniał. Niczego nie potra­fisz zro­bić. Ja muszę wszystko zała­twiać za cie­bie.

— Mia­łaś ten nume­rek cały czas?

— Ska­ra­nie boskie z tobą. — Żona zamil­kła, zmru­żyła oczy i pochy­liła się nad torbą z pra­niem. W dwóch pal­cach wyjęła z niej koron­kowe figi. — A więc to tak…

Nie trzeba było wiel­kiej prze­ni­kli­wo­ści, żeby zauwa­żyć, że to nie może być jej roz­miar.

Net uniósł brwi, ner­wowo prze­łknął ślinę i zer­k­nął przez ramię na pana Rabana, pochło­nię­tego ultra­dź­wię­ko­wym piesz­cze­niem pra­wej patki koł­nie­rza gar­ni­turu lorda Baileysa.

— Zbie­gły się? — zary­zy­ko­wał, zanim pomy­ślał, że skoro pra­cuje w pralni, to zbie­gnię­cie się ozna­cza jego winę. — Eeem… wszystko upra­li­śmy w trzy­stu stop­niach.

Nikt już go nie słu­chał. Beatrice okła­dała męża torebką, a on, zasła­nia­jąc się przed cio­sami, wyco­fy­wał się do wyj­ścia.

— Nic o tym nie wiem — pro­te­sto­wał nie­śmiało. — Sły­sza­łaś, trzy­sta stopni.

— Trzy­dzie­ści, chcia­łem powie­dzieć — spro­sto­wał szybko Net.

— I nie­bie­skie sło­niki na bia­łej fla­neli zamie­niły się w czarną koronkę? — par­sk­nęła star­sza pani, prze­kła­da­jąc torebkę do dru­giej ręki i pona­wia­jąc atak. — Ręka mnie już boli. Zobacz, do czego mnie dopro­wa­dzasz!

Chwilę póź­niej kłót­nia prze­nio­sła się na ulicę, a drzwi trza­snęły, trą­ca­jąc dzwo­nek.

— Nie zapła­cili — mruk­nął sam do sie­bie Net i zer­k­nął na zaple­cze, gdzie wła­ści­ciel z lubo­ścią muskał ultra­wa­she­rem klapę od kie­szeni lor­dow­skiej mary­narki. Net wzru­szył ramio­nami i zaj­rzał do zeszytu. W pla­nach na ten dzień było wypra­nie dzie­się­ciu uni­for­mów robot­ni­ków budow­la­nych i stro­jów dru­żyny koszy­kar­skiej. Tych przy­naj­mniej nie da się ze sobą pomy­lić.

Pakol Raban wyłą­czył ultra­wa­sher i wes­tchnął, wzru­szony, oglą­da­jąc efekt swo­jej pracy. Deli­kat­nie zdjął gar­ni­tur i suk­nię z wie­szaka i sta­ran­nie roz­ło­żył na pokry­tym fil­cem bla­cie.

— Ide­al­nie — powie­dział. — Suk­nią lady Spark zajmę się po lun­chu.

— Tak, teraz to zupeł­nie co innego. — Net poki­wał głową z uzna­niem, choć nie widział naj­mniej­szej róż­nicy w wyglą­dzie gar­ni­turu przed czysz­cze­niem i po nim.

Wła­ści­ciel spoj­rzał na niego, uno­sząc brew.

— Nie płacę ci za podzi­wia­nie! Bierz się do zamó­wie­nia sto osiem­na­ście. Jak wrócę, ma się już suszyć.

— Pro­gram trwa godzinę — zauwa­żył ostroż­nie Net.

— Użyj trybu „Express”, gamo­niu. A potem sto dzie­więt­na­ście do odbioru na rano.

Pan Raban rzu­cił jesz­cze pełne uwiel­bie­nia spoj­rze­nie na gar­ni­tur i suk­nię, po czym prze­szedł pod ladą i opu­ścił swój zakład przez wiecz­nie zapa­ro­wane drzwi.

Gdy ucichł dźwięk dzwonka, Net został w pralni sam. Sió­demka mie­liła ręcz­niki, ósemka suszyła prze­ście­ra­dła.

— Gamo­niu… — powtó­rzył. No cóż, jego pra­co­dawca nie był czło­wie­kiem uprzej­mym.

Rozej­rzał się po zaple­czu. Psy­cho­ja­rze­niówka zda­wała się mru­gać w rytm nada­wa­nej w radiu płyty zespołu Youngs for Future, z prze­bo­jem lata, w któ­rym naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym ele­men­tem był zabi­ja­jący wszyst­kie inne dźwięki umc, umc, umc auto­ma­tycz­nej per­ku­sji. Wci­śnięte w kąt dwa worki foliowe z przy­cze­pio­nym nume­rem sto osiem­na­ście sta­no­wiły paku­nek o śred­nicy pół­tora metra. Leżał na nich kolejny worek ozna­czony numer­kiem sto dzie­więt­na­ście. Net wes­tchnął i posta­no­wił naj­pierw zała­do­wać paczkę z wierz­chu.

Odbiór na koniec dnia, czyli będzie się z tym męczyła druga zmiana. Już miał to wrzu­cić do pralki numer pięć, ale jed­nak ruszyło go sumie­nie i prze­szedł kawa­łek dalej. Wrzu­cił zawar­tość worka do sąsied­niej pralki, któ­rej nie trzeba było trzy­mać pod­czas wiro­wa­nia. Usta­wił na pro­gra­ma­to­rze „Deli­cate” i wsy­pał pro­szek. Odsta­wił pudełko obok pozo­sta­łych opa­ko­wań, oczy­wi­ście go nie zamy­ka­jąc, i ruszył po worki zamó­wie­nia sto osiem­na­ście. Trzeba je było zała­do­wać do trójki, która stała w naj­dal­szym kącie zaple­cza. Można to było zro­bić na dwa razy – wygod­nie albo na raz – obi­ja­jąc się o wszystko. Net oczy­wi­ście wybrał tę drugą opcję jako szyb­szą. Zarzu­cił worki na oba ramiona i prze­ci­snął się do pralki numer trzy. Strą­cił przy tym kilka bute­lek i pude­łek. Na pod­łogę spa­dło też parę szmat. Się pod­nie­sie.

Wepchnął zawar­tość wor­ków do pralki i, zgod­nie z zale­ce­niami, wybrał na pro­gra­ma­to­rze „Express”.

— Łatwi­zna — oce­nił.

A potem się odwró­cił.

I zbladł.

Na pod­ło­dze leżał lor­dow­ski gar­ni­tur ochla­pany wybie­la­czem z nie­do­krę­co­nej butelki i obsy­pany prosz­kiem do pra­nia z nie­za­mknię­tego pudełka. Cen­tral­nie na prze­dzie gar­ni­turu wid­niały odci­ski Neto­wych butów umo­czo­nych wcze­śniej w pły­nie do płu­ka­nia, który się wylał z rów­nież nie­do­krę­co­nego pojem­nika.

— Słodki jeżu… — Net zasło­nił usta w nie­mym prze­ra­że­niu. — Co za lapeta nie dokręca nakrę­tek?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji oraz jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są pisane wielką literą. [wróć]