Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie - Rafał Kosik - ebook + książka

Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie ebook

Rafał Kosik

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wakacyjny Londyn to świetne miejsce na przygodę, lecz jeśli pojadą tam Felix, Net i Nika, a dołączy do nich Laura... Jak zwykle u Kosika - będzie się działo! Gang elegantów, Net za ladą hotelowej recepcji, londyńskie szczury, pewien pies rasy corgi, agent Mamrot i... kłopoty z Niką. W wakacyjną prozę życia bohaterów wedrze się technologiczna moc sztucznej inteligencji i biologiczna potęga nastoletnich hormonów. Bo to książka dla współczesnych nastolatków - będzie trochę strasznie i niebezpiecznie, czasem poważnie, a najczęściej... bardzo śmiesznie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 513

Oceny
4,8 (338 ocen)
272
57
9
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
agnieszkkka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna lektura ciężko się od niej oderwać i mimo że przeznaczona jest dla młodzieży to jestem przekonana że spodoba się również starszym 🙂
50
Werka_Pink

Nie oderwiesz się od lektury

Mega książka. Polecam 🥳
50
Jakub2014

Nie oderwiesz się od lektury

Net? Jak inter (net)?
40
apatrzalek

Nie oderwiesz się od lektury

mega fajne polecam wszystkie części
10
brsracing

Nie oderwiesz się od lektury

super książka 👍👍👍👍
10



Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie ISBN: 978-83-64384-46-2 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2015 by Rafał Kosik Copyright © 2015 by Powergraph Copyright © 2015 for the cover by Rafał Kosik and Klaudia Wawrzeszkiewicz Copyright © 2015 for illustrations by Rafał Kosik and Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Projekt graficzny i okładka: Rafał Kosik Ilustracja na okładce: Klaudia Wawrzeszkiewicz Ilustracje we wnętrzu: Rafał Kosik i Jan Kosik Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

1. Nie widzę szans na wymy­śle­nie cze­goś roz­sąd­nego

Zaple­cze pralni Pakol Raban w żad­nym razie nie dawało się opi­sać przy uży­ciu okre­śleń pozy­tyw­nych. Było tam cia­sno, gorąco, wil­gotno, a do tego za jedyne źró­dło oświe­tle­nia słu­żyła humo­rza­sta świe­tlówka. W desz­czowe dni z nie­zna­nych powo­dów zaczy­nała mru­gać z czę­sto­tli­wo­ścią dobraną tak, by wku­rzać jak naj­moc­niej. Chudy, stały pra­cow­nik pralni, nazy­wał tę świe­tlówkę psy­cho­ja­rze­niówką. Wła­ści­ciel pralni zaś, pan Raban, odma­wiał wymiany, twier­dząc, że póki nie zga­śnie cał­kiem, to zna­czy, że działa.

Wśród oko­licz­nych miesz­kań­ców pral­nia cie­szyła się jed­nak dobrą opi­nią.

Poobi­jane sta­lowe drzwi otwo­rzyły się, wypusz­cza­jąc kłęby pary na wyas­fal­to­wane podwórko z dwoma śmiet­ni­kami i trzema samo­cho­dami. W chmu­rze roz­legł się szczęk zapal­niczki, a po nim poja­wił się poma­rań­czowy żar papie­rosa. Spo­mię­dzy dwóch budyn­ków po prze­ciw­nej stro­nie podwórka wyła­niał się odle­gły wie­żo­wiec Shard.

Drzwi się zamknęły, a chmura pary roz­pły­nęła się w chłod­nym popo­łu­dniu.

— Palisz, Nowy? — Chudy w pie­go­wa­tej dłoni wycią­gnął wygnie­cioną paczkę.

— Nie, dzięki. — Net pokrę­cił głową. — Pre­fe­ruję inne rodzaje samo­bój­stwa. Skok na bun­gee bez bun­gee, wiesz…

Chudy smutno poki­wał głową.

— I tak wszy­scy umrzemy.

— Dzięki, że mi o tym przy­po­mi­nasz przed osiem­dzie­siątką.

— Nowy, ja ci tu mówię o tym, jak nas trują. — Chudy zacią­gnął się i zakasz­lał, wypusz­cza­jąc przy tym dym jak sil­nik dwu­su­wowy. — Co jest w tym papie­ro­sie, na przy­kład?

— Sub­stan­cje smo­li­ste… — Net wycią­gnął z kie­szeni tele­fon. — Daj mi chwilę, to ci powiem dokład­nie.

— Nie o tym mówię, Nowy. To samo masz w kon­ser­wach, w napo­jach gazo­wa­nych, w chle­bie i w tych… Jak wy po pol­sku nazy­wa­cie te saj­gonki?

— Pie­rogi.

— No wła­śnie, i w pyero­gee też.

Zapa­dło mil­cze­nie. Net zer­kał z pewną obawą na kolegę z pracy. Liczba teo­rii spi­sko­wych wyzna­wa­nych przez Chu­dego była naprawdę impo­nu­jąca.

— Co można robić pod­czas prze­rwy na papie­rosa, jeśli się nie pali? — zapy­tał sam sie­bie Net. Wyjął z kie­szeni paczkę żel­ków i wycią­gnął w stronę Chu­dego.

— Nie, dzięki. — Chło­pak pokrę­cił głową. — Pre­fe­ruję inne rodzaje pozby­wa­nia się plomb.

Net wzru­szył ramio­nami i wrzu­cił do ust trzy żelki.

— Wdy­chasz to z powie­trzem — cią­gnął Chudy — pijesz z wodą z kranu, żujesz z żel­kami. To nawet jest na bank­no­tach i dru­kach urzę­do­wych.

— Co?

— To! — Chudy wycią­gnął przed sie­bie pie­go­watą dłoń, na któ­rej wyraź­nie było widać białe plamy bez pig­mentu. Nie było jasne, co poka­zuje. — To się nie bie­rze zni­kąd.

— Pra­cu­jemy w pralni, w któ­rej warunki pracy urą­gają wszel­kim zasa­dom BHP — powie­dział ostroż­nie Net. — Nie wpa­dłeś na to, że to może dla­tego?

Chudy mach­nął ręką.

— To wszystko pier­dyk­nie — stwier­dził ponuro. — A zacznie się tutaj.

Net zer­k­nął przez ramię na drzwi. Ale Chu­demu raczej nie cho­dziło o ich pral­nię.

— Za dużo che­mii wszę­dzie. — Chudy dys­kret­nie wska­zał niebo. — Kon­tro­lują nas nawet teraz.

— Che­mią?

— Che­mią. — Chudy znów się zacią­gnął. — Sate­li­tami. Sły­sza­łeś o nano­ro­bo­tach? Takie małe skur­czy­byki, że ich nie widać.

Net nie wie­dział, co na to odpo­wie­dzieć. Powie­trze nad mia­stem wypeł­niał nie­cich­nący ni­gdy szum.

— Piątka zaraz będzie wiro­wała. — Chudy pstryk­nął koń­cówkę papie­rosa w prze­strzeń. — Znam ten dźwięk wyro­bio­nych łożysk.

Wró­cili do cia­snego wnę­trza zasta­wio­nego wiel­kimi pral­kami, suszar­kami i kil­koma urzą­dze­niami, o któ­rych prze­zna­cze­niu Net nie miał bla­dego poję­cia.

Pralka numer pięć była poobi­ja­nym i nad­rdze­wia­łym grzmo­tem wiel­ko­ści dwóch nor­mal­nych pra­lek. Prze­szklone drzwiczki spo­koj­nie mogłyby słu­żyć za właz do baty­skafu.

Chudy się­gnął do butelki z wybie­la­czem i dokrę­cił nie­do­krę­coną nakrętkę.

— Dokrę­caj to — powie­dział. — Potrafi się wylać w naj­gor­szym momen­cie.

— Spoko — odparł Net.

Świsz­cząco-jęczący dźwięk dobie­ga­jący z wnę­trza nara­stał, co zna­czyło, że wiro­wa­nie wła­śnie się zaczyna. Chudy naparł na pralkę z jed­nej strony, Net z dru­giej, a urzą­dze­nie zaczęło im się wyry­wać.

— Je pier­dy­kam… — wes­tchnął Net.

Pralka pod­ska­ki­wała, jakby wewnątrz ganiało się stado dzi­ków. Psy­cho­ja­rze­niówka zaczęła migać. Wiro­wa­nie trwało dłu­gie dwie minuty, po czym dziki zmę­czyły się i zwol­niły. Wresz­cie dono­śne pip­nię­cie oznaj­miło koniec pra­nia.

— Zażą­dam pod­wyżki — mruk­nął Net, wpa­tru­jąc się we wciąż drżące dło­nie.

— Żad­nych pod­wy­żek! — rzu­cił zza rogu pan Raban. — Nie ma pie­nią­dza. Prąd kosz­tuje, pro­szek kosz­tuje, woda kosz­tuje.

Net skrzy­wił się. Miał nadzieję, że wła­ści­ciel go nie usły­szy.

— Żad­nych pod­wy­żek! — Pan Raban wychy­lił się i spoj­rzał groź­nie na Neta. Był czter­dzie­sto­let­nim Paki­stań­czy­kiem o czar­nych krę­co­nych wło­sach. Niski wzrost rekom­pen­so­wał wysoką wagą, choć to raczej nie był wynik prze­my­śla­nego dzia­ła­nia. — Ja tu inwe­stuję w nowe tech­no­lo­gie, nie w leniwe gamo­nie.

— Dobra, dobra. — Net wzru­szył ramio­nami. Nie potra­fił z sie­bie wykrze­sać nawet odro­biny sym­pa­tii dla pra­co­dawcy.

— I tak wszystko pier­dyk­nie — pod­su­mo­wał filo­zo­ficz­nie Chudy.

Pan Raban nie zare­ago­wał. Był chyba przy­zwy­cza­jony do pesy­mi­zmu pra­cow­nika. Dyszą, przy­po­mi­na­jącą wąż do odku­rza­cza ople­ciony kil­koma dodat­ko­wymi prze­wo­dami, prze­su­wał po wiszą­cej we wnęce bia­łej jedwab­nej sukni. Dysza, zaopa­trzona w kilka kon­tro­lek i prze­łącz­ni­ków, wyda­wała z sie­bie deli­katny szum. Urzą­dze­nie, do któ­rego pro­wa­dził wąż, przy­po­mi­nało skrzy­żo­wa­nie odku­rza­cza z robo­tem R2-D2. Z tego, czego dowie­dział się Net, był to ultra­wa­sher i słu­żył do pra­nia ultra­dź­wię­kami wyjąt­kowo deli­katnych tka­nin. Felixa z pew­no­ścią by to zain­te­re­so­wało.

Pan Raban wyłą­czył maszynę i oce­nił stan sukni. Poki­wał głową z uzna­niem i nało­żył na jedwabny strój foliowy pokro­wiec.

— Zawie­ziesz to do pani Hen­der­son. — Pan Raban wrę­czył Netowi klu­czyki do Rovera1 i suk­nię. — Adres jest na ety­kie­cie. Ale już-już.

Net przyj­rzał się klu­czy­kom. Kusiło, bar­dzo kusiło, i może nawet by sku­siło, gdyby nie per­spek­tywa jazdy pod prąd przez zatło­czone mia­sto. W Wiel­kiej Bry­ta­nii obo­wią­zy­wał ruch lewo­stronny, a co gor­sza poru­sza­nie się po Lon­dy­nie czę­sto przy­po­mi­nało walkę o życie.

— Nie mam prawa jazdy — powie­dział, nie­chęt­nie odda­jąc klu­czyki.

Pan Raban zła­pał się za głowę.

— Po co mi pra­cow­nik bez prawa jazdy?! — wykrzyk­nął, wyma­chu­jąc rękoma.

— To jest pral­nia, nie firma kurier­ska. — Net wzru­szył ramio­nami. — W ogło­sze­niu o pracę napi­sał pan, że wyma­ga­nia to „pra­co­wi­tość i ela­stycz­ność”.

— Co to za pra­co­wity i ela­styczny czło­wiek, który nie potrafi jeź­dzić samo­cho­dem?

Sto­pień zde­ner­wo­wa­nia pana Rabana można było poznać po tym, jak wysoko uno­sił ręce pod­czas gesty­ku­la­cji. Teraz uno­sił je led­wie do wyso­ko­ści brody, czyli nie było tak źle.

— Ty jedź. — Wci­snął klu­czyki Chu­demu, po czym prze­wró­cił kilka kar­tek w wymię­to­szo­nym zeszy­cie leżą­cym pod bla­tem recep­cji i spoj­rzał na Neta. — Na szó­stą jest odbiór trzech zamó­wień. Przy­go­tuj do wyda­nia.

I wró­cił na zaple­cze.

— Trudno jest tu zro­bić prawo jazdy? — Net zer­k­nął na kolegę z lekką zazdro­ścią.

— Nie wiem, ni­gdy nie pró­bo­wa­łem. — Chudy wysu­nął się pod ladą i wyszedł przez prze­szklone, zapa­ro­wane drzwi fron­towe. Zadźwię­czał trą­cony przez drzwi dzwo­nek.

Tym­cza­sem pan Raban zawie­sił we wnęce gra­fi­towy gar­ni­tur lorda Baileysa i długą kre­mową suk­nię lady Spark, po czym przy­mie­rzył się do nich z dyszą ultra­wa­shera. Nie wyglą­dały jak coś, co wyma­ga­łoby pra­nia, ale widocz­nie wła­ści­ciele mieli na ten temat inne zda­nie.

Net spraw­dził na tele­fo­nie czas – jesz­cze dłu­gie pół­to­rej godziny pracy. Jeżeli wła­ści­ciel pralni nie oznajmi mu, że „pra­co­wi­tość i ela­stycz­ność” ozna­cza pracę do zmierz­chu.

— Wiesz, jak wyda­wać pra­nie? — zain­te­re­so­wał się nie­spo­dzie­wa­nie pan Raban. — Chudy ci powie­dział?

Net wzru­szył ramio­nami.

— Ja podaję, oni biorą i dzię­kują. To nic skom­pli­ko­wa­nego.

— I płacą.

— Jasne — szybko popra­wił się Net. — To jest waż­niej­sze od dzię­ko­wa­nia. Mogliby nawet nie odbie­rać, byle pła­cili.

Uspo­ko­jony Paki­stań­czyk poki­wał głową i przy­stą­pił do sta­ran­nego czysz­cze­nia lewego man­kietu gra­fi­to­wego gar­ni­turu. Robił to tak sta­ran­nie i z taką pasją, że Netowi przez moment wydało się, iż pan Raban odna­lazł swoje powo­ła­nie.

Net otwo­rzył drzwiczki pralki numer pięć i zaj­rzał do środka bębna o roz­mia­rach lądow­nika Apollo 11. Cykał sty­gnący mecha­nizm.

Wyjął trzy pach­nące świe­żo­ścią ażu­rowe worki, prze­sy­pał ich zawar­tość do wiel­kiego kosza, a same worki sta­ran­nie uło­żył na wierz­chu pralki. Reszta była pro­sta; wystar­czyło z grub­sza to poskła­dać, zapa­ko­wać do pla­sti­ko­wej torby i prze­ka­zać zado­wo­lo­nemu klien­towi.

— Łatwi­zna. — Net z tru­dem pod­niósł kosz, zaniósł go na blat do pako­wa­nia i wysy­pał zawar­tość. — I co, mam teraz zwi­jać cudze skar­petki?

Prze­su­nął wszystko na bok i naj­pierw zaczął wysu­pły­wać ze sterty skar­pety. Gdy odna­lazł i zwi­nął trzy pary, tknęło go prze­czu­cie.

— Mam głu­pie pyta­nie — ode­zwał się z lek­kim nie­po­ko­jem w stronę pra­co­dawcy.

— Nie zawra­caj mi teraz głowy. — Pan Raban nawet się nie odwró­cił. — Lord Baileys i lady Spark to nasi naj­waż­niejsi klienci. Za kilka dni idą na uro­czy­stość pań­stwową do pałacu Buc­kin­gham, gdzie będą wrę­czać ważną nagrodę. Muszą mieć stroje w ide­al­nym sta­nie.

— Ale… Skąd wia­domo, co jest czyje?

— Na wor­kach są numery zle­ceń.

Net spoj­rzał na leżące na pralce puste worki, potem na stertę ubrań.

— To wielki błąd, że w życiu nie ma funk­cji undo — szep­nął. — Co by teraz zro­bił Felix…?

Felix Polon nie mógł go pora­to­wać, bo praw­do­po­dob­nie w tym momen­cie wymie­niał olej w sta­rym Austi­nie albo regu­lo­wał naciąg paska kli­no­wego w Vau­xhallu. Nika byłaby bar­dziej pomocna w kwe­stiach ubra­nio­wych, ale ona teraz też pra­co­wała.

Net poczuł prze­możną chęć rzu­ce­nia tego wszyst­kiego i wyj­ścia, tak po pro­stu, na świeże powie­trze, a potem do domu. Na prze­szko­dzie stała mu jed­nak świa­do­mość, jak dużą mają dziurę budże­tową. Co wię­cej, to wła­śnie Net zawi­nił w obli­cze­niach stanu ich finan­sów, w wyniku czego oka­zało się, że ostatni tydzień waka­cji w Lon­dy­nie powinni spę­dzić pod mostem, żeby stać ich było na metro na lot­ni­sko.

— Pomyśl o etyce pracy — szep­tał pod nosem Net. — Ktoś ci zaufał, ktoś oddał ci swoje skar­pety, byś je uprał i pozwi­jał… — nabrał powie­trza i zmarsz­czył brwi — … bo się jakie­muś bucowi i babo­nowi nie chce prać i zwi­jać tych skar­pe­tek oso­bi­ście!

Kwa­drans póź­niej skar­petki były pozwi­jane, a reszta gar­de­roby z grub­sza poskła­dana. Net nie zna­lazł jed­nak spo­sobu, by dla trójki klien­tów pogru­po­wać je na trzy osobne sto­siki.

Popa­trzył na trzy torby z logo Pakol Raban, potem na pozor­nie upo­rząd­ko­wany chaos na bla­cie. Jak to podzie­lić na trzy?

Męskie skar­pety spra­wia­jące wra­że­nie naj­droż­szych wrzu­cił do tej samej torby, co naj­dro­żej wyglą­da­jące dam­skie figi. Dodał też dwa z trzech kra­wa­tów, które zwi­nął jak roladę i spiął recep­tur­kami. W dru­giej tor­bie posta­no­wił pogru­po­wać czę­ści gar­de­roby, które praw­do­po­dob­nie nale­żały do kogoś młod­szego. Zaczął tam upy­chać T-shirty z nadru­kami, ale zaraz poja­wił się pro­blem. Ten z napi­sem „Rage aga­inst Machine” zde­cy­do­wa­nie nie paso­wał do „Sprze­dawca mie­siąca”. No chyba że ktoś z roz­dwo­je­niem oso­bo­wo­ści miał dwa kom­plety gar­de­roby. Nie, to mało praw­do­po­dobne. Albo, Net zawa­hał się, jeden do roboty, drugi na imprezę. E, naj­wy­żej znaj­dzie sobie nową pracę. Wrzu­cił T-shirty do dwóch róż­nych wor­ków. No i na pewno logo Apple’a nie mogło się zna­leźć w tej samej tor­bie, co logo Sam­sunga. Zaraz, a jeśli to wspólne pra­nie chło­paka i dziew­czyny, któ­rzy są fanami innych sys­te­mów ope­ra­cyj­nych? Trudno, niech sobie znajdą drugą połówkę z tego samego klanu. Szla­frok frotte wło­żył do torby, w któ­rej nie było skar­pe­tek, no bo kto zakła­dałby skar­petki do szla­froka?

Bok­serki spra­wiły mniej kło­po­tów, wszyst­kie były bowiem takie same. No, pra­wie. Powkła­dał je więc po równo do każ­dej z toreb. Spra­wiedliwość przede wszyst­kim. Został jesz­cze jeden kra­wat bez przy­działu. Po krót­kim zasta­no­wie­niu Net wybrał torbę, w któ­rej wylą­do­wało naj­mniej rze­czy i na pocie­sze­nie kra­wat dorzu­cił wła­śnie tam.

— Zarzą­dza­nie kry­zy­sowe mam w małym palcu — pochwa­lił sam sie­bie.

Zadźwię­czał dzwo­nek trą­cony przez drzwi.

— Oj… — Net wychy­lił się i ujrzał mał­żeń­stwo w wieku eme­ry­tal­nym. — Oj…

Rozej­rzał się po bla­cie. Która torba mogła nale­żeć do nich? Zgar­nął tę z ele­ganc­kimi skar­pet­kami. Angiel­ski gen­tle­man po sześć­dzie­siątce na pewno nosi ele­ganc­kie skar­petki. Albo ten szla­frok frotte. Cof­nął się więc i zgar­nął drugą torbę.

— Dzień dobry. — Net z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem sta­nął za ladą z dwiema tor­bami ukry­tymi za ple­cami.

— Dzień dobry. — Siwy męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze prze­grze­by­wał kie­sze­nie. — My po odbiór… Gdzieś tu mia­łem nume­rek…

— Bez numerka nie mogę wydać pra­nia — oświad­czył Net, licząc w skry­to­ści ducha na to, że pro­blem uda się prze­rzu­cić na popo­łu­dniową zmianę. Popo­łu­dnio­wych pra­cow­ni­ków nie znał, więc wyrzuty sumie­nia można było pomi­nąć.

— Jak zwy­kle — wes­tchnęła ciężko żona z blond tapi­rem wiel­ko­ści dru­giej głowy.

— Nie mogę zna­leźć, Beatrice. Jestem pewien, że wkła­da­łem go do kie­szeni.

— Ska­ra­nie boskie z tobą, Henry. — Beatrice pokrę­ciła głową z poli­to­wa­niem. — Do czego się weź­miesz, to porażka. I tak przez całe życie.

Twój ślub, Henry, wpi­suje się w to pasmo pora­żek, pomy­ślał Net i w tym momen­cie zaświ­tał mu genialny pomysł.

— A może pamię­tają pań­stwo, co było prane? — zapy­tał.

— Głów­nie skar­pety. — Henry kon­ty­nu­ował poszu­ki­wa­nia.

Net z ulgą pyr­gnął pod ladę torbę ze szla­fro­kiem, a na bla­cie poło­żył tę drugą.

— Na szczę­ście jeste­śmy pra­co­wici i ela­styczni, więc roz­wią­za­li­śmy ten pro­blem za pań­stwa — oznaj­mił. — Sie­dem­dzie­siąt pięć fun­tów się należy.

Mał­żeń­stwo zgod­nie zamarło i spoj­rzało na niego z zasko­cze­niem.

— Eee… to zna­czy sie­dem pięć­dzie­siąt — popra­wił się Net.

— Tak lepiej — przy­tak­nęła żona.

— Zaraz, gdzie to ja mam port­fel…? — Henry ponow­nie prze­szu­ki­wał kie­sze­nie.

— I tak całe życie. — Żona znów wes­tchnęła ciężko, po czym się­gnęła do torby, wyjęła z niej męski port­fel i podała mężowi. — Wzię­łam, żebyś nie zapo­mniał.

Henry spoj­rzał na nią nie­chęt­nie.

— Wyję­łaś mi go z kie­szeni?

— Żebyś nie zapo­mniał. — Ponow­nie się­gnęła do torebki i wyjęła kwi­tek z logo Pakol Raban. — Nume­rek też wzię­łam, żebyś nie zapo­mniał. Niczego nie potra­fisz zro­bić. Ja muszę wszystko zała­twiać za cie­bie.

— Mia­łaś ten nume­rek cały czas?

— Ska­ra­nie boskie z tobą. — Żona zamil­kła, zmru­żyła oczy i pochy­liła się nad torbą z pra­niem. W dwóch pal­cach wyjęła z niej koron­kowe figi. — A więc to tak…

Nie trzeba było wiel­kiej prze­ni­kli­wo­ści, żeby zauwa­żyć, że to nie może być jej roz­miar.

Net uniósł brwi, ner­wowo prze­łknął ślinę i zer­k­nął przez ramię na pana Rabana, pochło­nię­tego ultra­dź­wię­ko­wym piesz­cze­niem pra­wej patki koł­nie­rza gar­ni­turu lorda Baileysa.

— Zbie­gły się? — zary­zy­ko­wał, zanim pomy­ślał, że skoro pra­cuje w pralni, to zbie­gnię­cie się ozna­cza jego winę. — Eeem… wszystko upra­li­śmy w trzy­stu stop­niach.

Nikt już go nie słu­chał. Beatrice okła­dała męża torebką, a on, zasła­nia­jąc się przed cio­sami, wyco­fy­wał się do wyj­ścia.

— Nic o tym nie wiem — pro­te­sto­wał nie­śmiało. — Sły­sza­łaś, trzy­sta stopni.

— Trzy­dzie­ści, chcia­łem powie­dzieć — spro­sto­wał szybko Net.

— I nie­bie­skie sło­niki na bia­łej fla­neli zamie­niły się w czarną koronkę? — par­sk­nęła star­sza pani, prze­kła­da­jąc torebkę do dru­giej ręki i pona­wia­jąc atak. — Ręka mnie już boli. Zobacz, do czego mnie dopro­wa­dzasz!

Chwilę póź­niej kłót­nia prze­nio­sła się na ulicę, a drzwi trza­snęły, trą­ca­jąc dzwo­nek.

— Nie zapła­cili — mruk­nął sam do sie­bie Net i zer­k­nął na zaple­cze, gdzie wła­ści­ciel z lubo­ścią muskał ultra­wa­she­rem klapę od kie­szeni lor­dow­skiej mary­narki. Net wzru­szył ramio­nami i zaj­rzał do zeszytu. W pla­nach na ten dzień było wypra­nie dzie­się­ciu uni­for­mów robot­ni­ków budow­la­nych i stro­jów dru­żyny koszy­kar­skiej. Tych przy­naj­mniej nie da się ze sobą pomy­lić.

Pakol Raban wyłą­czył ultra­wa­sher i wes­tchnął, wzru­szony, oglą­da­jąc efekt swo­jej pracy. Deli­kat­nie zdjął gar­ni­tur i suk­nię z wie­szaka i sta­ran­nie roz­ło­żył na pokry­tym fil­cem bla­cie.

— Ide­al­nie — powie­dział. — Suk­nią lady Spark zajmę się po lun­chu.

— Tak, teraz to zupeł­nie co innego. — Net poki­wał głową z uzna­niem, choć nie widział naj­mniej­szej róż­nicy w wyglą­dzie gar­ni­turu przed czysz­cze­niem i po nim.

Wła­ści­ciel spoj­rzał na niego, uno­sząc brew.

— Nie płacę ci za podzi­wia­nie! Bierz się do zamó­wie­nia sto osiem­na­ście. Jak wrócę, ma się już suszyć.

— Pro­gram trwa godzinę — zauwa­żył ostroż­nie Net.

— Użyj trybu „Express”, gamo­niu. A potem sto dzie­więt­na­ście do odbioru na rano.

Pan Raban rzu­cił jesz­cze pełne uwiel­bie­nia spoj­rze­nie na gar­ni­tur i suk­nię, po czym prze­szedł pod ladą i opu­ścił swój zakład przez wiecz­nie zapa­ro­wane drzwi.

Gdy ucichł dźwięk dzwonka, Net został w pralni sam. Sió­demka mie­liła ręcz­niki, ósemka suszyła prze­ście­ra­dła.

— Gamo­niu… — powtó­rzył. No cóż, jego pra­co­dawca nie był czło­wie­kiem uprzej­mym.

Rozej­rzał się po zaple­czu. Psy­cho­ja­rze­niówka zda­wała się mru­gać w rytm nada­wa­nej w radiu płyty zespołu Youngs for Future, z prze­bo­jem lata, w któ­rym naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nym ele­men­tem był zabi­ja­jący wszyst­kie inne dźwięki umc, umc, umc auto­ma­tycz­nej per­ku­sji. Wci­śnięte w kąt dwa worki foliowe z przy­cze­pio­nym nume­rem sto osiem­na­ście sta­no­wiły paku­nek o śred­nicy pół­tora metra. Leżał na nich kolejny worek ozna­czony numer­kiem sto dzie­więt­na­ście. Net wes­tchnął i posta­no­wił naj­pierw zała­do­wać paczkę z wierz­chu.

Odbiór na koniec dnia, czyli będzie się z tym męczyła druga zmiana. Już miał to wrzu­cić do pralki numer pięć, ale jed­nak ruszyło go sumie­nie i prze­szedł kawa­łek dalej. Wrzu­cił zawar­tość worka do sąsied­niej pralki, któ­rej nie trzeba było trzy­mać pod­czas wiro­wa­nia. Usta­wił na pro­gra­ma­to­rze „Deli­cate” i wsy­pał pro­szek. Odsta­wił pudełko obok pozo­sta­łych opa­ko­wań, oczy­wi­ście go nie zamy­ka­jąc, i ruszył po worki zamó­wie­nia sto osiem­na­ście. Trzeba je było zała­do­wać do trójki, która stała w naj­dal­szym kącie zaple­cza. Można to było zro­bić na dwa razy – wygod­nie albo na raz – obi­ja­jąc się o wszystko. Net oczy­wi­ście wybrał tę drugą opcję jako szyb­szą. Zarzu­cił worki na oba ramiona i prze­ci­snął się do pralki numer trzy. Strą­cił przy tym kilka bute­lek i pude­łek. Na pod­łogę spa­dło też parę szmat. Się pod­nie­sie.

Wepchnął zawar­tość wor­ków do pralki i, zgod­nie z zale­ce­niami, wybrał na pro­gra­ma­to­rze „Express”.

— Łatwi­zna — oce­nił.

A potem się odwró­cił.

I zbladł.

Na pod­ło­dze leżał lor­dow­ski gar­ni­tur ochla­pany wybie­la­czem z nie­do­krę­co­nej butelki i obsy­pany prosz­kiem do pra­nia z nie­za­mknię­tego pudełka. Cen­tral­nie na prze­dzie gar­ni­turu wid­niały odci­ski Neto­wych butów umo­czo­nych wcze­śniej w pły­nie do płu­ka­nia, który się wylał z rów­nież nie­do­krę­co­nego pojem­nika.

— Słodki jeżu… — Net zasło­nił usta w nie­mym prze­ra­że­niu. — Co za lapeta nie dokręca nakrę­tek?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji oraz jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są pisane wielką literą. [wróć]