Wydawca: Powergraph Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka ebook

Rafał Kosik

4.25 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 580 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka - Rafał Kosik

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Felix, Net i Nika jadą na zimowisko do pensjonatu Trzy Kuzynki, położonego w lesie, w górach na odludziu, a prowadzonego przez bardzo dziwne starsze panie. Stare meble i przedziwne obrazy tworzą niezwykłą atmosferę, a naprawdę strasznie zaczyna się robić, kiedy nocą ktoś chodzi po domu, pozostawiając przerażonym gimnazjalistom dziwne niespodzianki. Przyjaciele powoli odkrywają tajemnicę tego niezwykłego miejsca. 

W książce, jak we wszystkich tomach serii „Felix, Net i Nika”, nie zabraknie humoru, przygód z dreszczykiem i nastoletnich perturbacji damsko-męskich. Zapowiada się STRASZNIE smakowity pierwszy polski horror dla młodego czytelnika!

Opinie o ebooku Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka - Rafał Kosik

Fragment ebooka Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka - Rafał Kosik

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Warszawa 2013
Rafał Kosik Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka ISBN: 978-83-61187-38-7 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2009-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2009-2013 by Powergraph Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria AleksandrowWyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Dla Jasia

1. Krzyk

W oddali cichł świst eks­pe­ry­men­tal­nego hybry­do­wego sil­nika Land Rovera1. Felix, Net i Nika odpro­wa­dzili wzro­kiem czarny kształt, aż zgu­bił się mię­dzy samo­cho­dami. Tata Felixa nie mógł dłu­żej cze­kać.

Net zatarł ręce. Z rado­ści, nie z zimna.

— Czujmy się spusz­czeni ze smy­czy. — Wyszcze­rzył się do przy­ja­ciół. — A kaga­niec oświaty sami zrzu­cimy.

Uśmiech­nęli się w odpo­wie­dzi. Cała trójka liczyła na spo­kojny odpo­czy­nek na zimo­wi­sku w Sude­tach. Nie, żeby miał być nudny, wystar­czy, żeby był bez­stre­sowy.

Na nie­do­kład­nie odśnie­żo­nym par­kingu prze­stę­po­wało z nogi na nogę kil­ka­dzie­siąt osób: nasto­lat­ków i ich rodzi­ców. Auto­kar, który tych pierw­szych miał zawieźć do pen­sjo­natu Trzy Kuzynki, powi­nien tu być od dzie­się­ciu minut. Grupka doro­słych kłę­biła się wokół roz­trzę­sio­nej blon­dynki z clip­bo­ar­dem. Kobieta pró­bo­wała zgro­ma­dzić wszyst­kie numery kon­tak­towe do rodzi­ców i nie­zbędne pod­pisy.

— Na pewno zaraz przy­je­dzie — uspo­ka­jała wszyst­kich, choć to ona była naj­bar­dziej zde­ner­wo­wana.

Co chwilę kolejni rodzice żegnali się ze swo­imi pocie­chami, prze­pra­szali, że nie mogą dłu­żej cze­kać, i odjeż­dżali. Pano­wał mały chaos, ale więk­szość pod­opiecz­nych wyglą­dała na zado­wo­lo­nych. Felix, Net i Nika roz­glą­dali się, cie­kawi, z kim spę­dzą dwa tygo­dnie. Naj­bli­żej nich stała z zało­żo­nymi rękoma dziew­czyna w nieco za dużych oku­la­rach w czar­nych opraw­kach. Brą­zowe włosy spięła w dwa kucyki. Obok chi­cho­tały pochy­lone do sie­bie blon­dynki, obie z dłu­gimi lokami, wysta­ją­cymi spod weł­nia­nych cza­pek. Nie zauwa­żały świata wokół sie­bie. Na tor­bie usta­wio­nej w pry­zmie śniegu sie­dział pulchny chło­pak i grał na PSP2. Dla niego też świat nie ist­niał. Nieco na ubo­czu trzy­mało się dwóch wyrost­ków ubra­nych w dresy i spor­towe kurtki. Rzu­cali wokoło spoj­rze­niami spode łba.

— Może uda się spo­koj­nie odpo­cząć — oce­nił Felix. — Wygląda na stan­dar­dowy prze­krój spo­łe­czeń­stwa. A przy­naj­mniej tej jego czę­ści, która jeź­dzi na zimo­wi­ska.

— Z wyjąt­kiem tych dwóch olim­pij­czy­ków i jed­nego wam­pira. — Net wska­zał głową dziew­czynę z pro­stymi czar­nymi wło­sami i w czar­nym płasz­czu. — Nie pomyl­cie się w szatni.

Nika zer­k­nęła we wska­za­nym kie­runku. Jej płaszcz rze­czy­wi­ście był podobny, podobne były rów­nież buty. Dziew­czyna w czerni wodziła wokół nie­chęt­nym wzro­kiem i spra­wiała wra­że­nie obra­żo­nej na cały świat.

— Wam­piry są chud­sze — odparła Nika, popra­wiła sto­jący koł­nierz i wypu­ściła rude loki na wierzch. Sło­neczne lutowe przed­po­łu­dnie było chłodne i wil­gotne, w powie­trzu czuło się nad­cho­dzącą odwilż. Odbi­ja­jące się od śniegu pro­mie­nie zmu­szały do mru­że­nia oczu. — Mogłaby być już wio­sna.

— Tak to nie ma, pstryk i kwiatki. — Net wypluł gumę wprost do kratki kana­li­za­cyj­nej. — Trzeba przejść przez etap błota.

— Jutro będzie już na plu­sie — powie­dział Felix.

— Nie mów, że spraw­dzi­łeś pro­gnozę.

— Spraw­dzi­łem. Dzięki temu wiem to, o czym nie­któ­rzy dowie­dzą się dopiero jutro. — Felix wska­zał kilka par nart i snow­bo­ardy oparte o ławkę.

— Będą szczę­śliwi o dzień dłu­żej niż ty. Cho­ciaż… — Net zer­k­nął na długi płaszcz Niki – jej kurtka zimowa znisz­czyła się kilka dni wcze­śniej pod­czas prze­dzie­ra­nia się przez krzaki. — Tro­chę szkoda, że nie zoba­czę tego płasz­cza w akcji na stoku.

Opie­kunka z roz­wia­nym wło­sem i roz­wia­nymi kart­kami w clip­bo­ar­dzie po raz kolejny obcho­dziła grupę i spraw­dzała, czy wypeł­niła wszyst­kie rubryki w dru­kach.

— Mam namiary do waszych rodzi­ców? — zapy­tała przy­ja­ciół.

— Tak — szybko zapew­niła ją Nika.

— Pytała pani już dwa razy — dodał Net.

— Wybacz­cie, to przez te nerwy. — Spoj­rzała na zega­rek. — Dwa­na­ście minut. A jak coś się stało?

— To chyba lepiej, jeżeli się roz­wa­lił, zanim do niego wsie­dli­śmy.

Opie­kunka spoj­rzała na niego z prze­ra­że­niem. Nim zdą­żyła coś odpo­wie­dzieć, jej uwagę odwró­ciły okrzyki rado­ści. Na par­king wta­czał się nie naj­now­szy i kosz­mar­nie brudny mały auto­kar. Kie­dyś chyba był biały.

— Od początku wyra­biasz sobie opi­nię — szep­nęła Nika.

— To dla cie­bie, mała — uśmiech­nął się Net. — Wolisz, żeby zaczęła ana­li­zo­wać pod­pis two­jej mamy?

Pod­pis za mamę Niki zło­żył wła­śnie Net, wyko­rzy­stu­jąc zamie­sza­nie, jakie robiła wokół sie­bie opie­kunka. Rodzice Niki nie mogli tu przy­je­chać z tej pro­stej przy­czyny, że oboje nie żyli od wielu lat. Dziew­czyna musiała przy­znać Netowi rację. Ode­tchnęła z ulgą, gdy opie­kunka zajęła się usta­wia­niem wszyst­kich w jed­nym miej­scu, żeby nie zostali prze­je­chani. To tylko zwięk­szyło zamie­sza­nie, oka­zało się bowiem, że auto­bus zamie­rzał zapar­ko­wać wła­śnie tam.

Za przed­nią szybą świe­ciła biało setka diod, uło­żo­nych w napis „Janusz”. Gdy auto­kar zatrzy­mał się z sykiem i jękiem, litera „J” prze­wró­ciła się, pozo­sta­wia­jąc samo „anusz”.

— A nuż doje­dziemy w jed­nym kawałku — mruk­nął Net.

Sil­nik zakle­ko­tał, zakasz­lał i zgasł. Drzwi otwo­rzyły się, sycząc sprę­żo­nym powie­trzem i pisz­cząc popy­cha­czami. Kie­rowca, otyły męż­czy­zna z czu­pryną krę­co­nych czar­nych wło­sów i rów­nie czar­nymi wąsami, popra­wił literę i zszedł na śnieg.

— Prze­pra­szam za spóź­nie­nie — oznaj­mił rado­śnie. — Hamulce strze­liły.

Zapa­dła cisza, w któ­rej pan Janusz, bo tak się zapewne nazy­wał kie­rowca, prze­cią­gnął się i zro­bił kilka przy­sia­dów, napi­na­jąc przy tym skó­rzaną kami­zelkę do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Zauwa­żył wle­pione w sie­bie kil­ka­dzie­siąt par wytrzesz­czo­nych oczu.

— Nie, wszystko w porządku. — Mach­nął ręką. — Wszystko już działa. Samo się jakoś napra­wiło.

Opie­kunka wymie­niła spoj­rze­nia ze znu­dzo­nym czter­dzie­sto­lat­kiem, zapewne dru­gim opie­ku­nem. Wzru­szył ramio­nami. Kobieta zaci­snęła zęby, wzięła go pod ramię i odcią­gnęła na bok, przy­pad­kiem w stronę, gdzie stali Felix, Net i Nika. Przy­ja­ciele sły­szeli więc roz­mowę.

— Nie powin­ni­śmy się na to zga­dzać — syk­nęła kobieta, jed­no­cze­śnie posy­ła­jąc uspo­ka­ja­jący uśmiech w kie­runku sku­pio­nej przy auto­ka­rze grupki rodzi­ców. — To trup.

— Nie znaj­dziemy teraz innego auto­karu. — Męż­czy­zna nie wyglą­dał na prze­ję­tego sytu­acją. — Dziś całe woje­wódz­two jedzie na ferie.

— Więc co? Coś musimy zro­bić!

— Możemy wolno jechać. Albo… zadzwoń po poli­cję, niech zro­bią testy.

— Świetna myśl. — Wyszarp­nęła z torebki tele­fon, wybrała numer i chwilę tłu­ma­czyła komuś po dru­giej stro­nie, o co cho­dzi. Przy­tak­nęła i zasło­niła mikro­fon dło­nią. — Mówią, że chęt­nie pomogą — ucie­szyła się. — Mówią, że od tego są. Tak, tak słu­cham… — Zatkała dru­gie ucho pal­cem i nachy­liła się, jakby to mogło pomóc. — Tak, na­dal tu jestem. — Spoj­rzała na kolegę i znów zasło­niła mikro­fon. — Mówią, że zaraz zer­kną w gra­fik i się umó­wią na… jede­na­stą trzy­dzie­ści… Tak, świet­nie! Jede­na­sta trzy­dzie­ści… — Spo­waż­niała, opu­ściła tele­fon, roz­łą­czyła się i wolno dokoń­czyła — dwu­dzie­stego trze­ciego marca…

— Jest luty — zauwa­żył męż­czy­zna. Na twa­rzy kole­żanki zaczy­nała się poja­wiać panika, więc szybko dokoń­czył — sami go sprawdźmy. To prze­cież nie może być nic skom­pli­ko­wa­nego. Przejdę się i obko­pię opony.

— Sprężmy się — powie­dział Felix, gdy tamci ode­szli. — Zajmą nam miej­sca.

— Fakt! — zre­flek­to­wał się Net. Zarzu­cił ple­cak na ramię, w drugą rękę wziął torbę Niki. — My upy­chamy bagaże, ty leć zająć ostatni rząd. Mów: „Prze­pra­szam, jestem kobietą”.

Nika prych­nęła, ale poszła do przed­nich drzwi, gdzie już kłę­bił się spory tłu­mek. Głów­nie byli to rodzice ocze­ku­jący wyja­śnień w spra­wie stanu tech­nicz­nego pojazdu.

— Powie­dzia­łem „hamulce”? — Kie­rowca uniósł brwi. — Cho­dziło mi o eee… świa­tła hamul­cowe. Żaró­weczka, trzy złote…

Nika prze­mknęła do środka, a chłopcy wło­żyli do bagaż­nika jej poprze­cie­raną torbę podróżną, nowo­cze­sny ple­cak Neta i woj­skowy worek Felixa. Gotka w czar­nym płasz­czu wrzu­ciła czarną skó­rzaną torbę nabi­janą ćwie­kami, blon­dynki nie­roz­łączki dwie różowe wali­zeczki na kół­kach, a Olim­pij­czycy wspólną orta­lio­nową torbę typu akwi­zy­tor ręcz­ni­ków.

— Prze­pra­szam, ja służ­bowo. — Net prze­pchnął się przez dys­ku­tu­jący tłu­mek. Felix podą­żył za nim.

Gdy tylko wsie­dli do auto­karu, z przy­kro­ścią stwier­dzili, że plan się nie powiódł. Ostatni rząd był zajęty przez dwóch chło­pa­ków i dziew­czynę w jean­sach.

— Byli tu już — wyja­śniła Nika. — Nego­cja­cje się nie powio­dły.

Chłopcy przyj­rzeli się intru­zom. Dziew­czyna miała krót­kie, krę­cone włosy w kolo­rze kasz­ta­no­wym i duże czarne oczy, któ­rymi patrzyła na przy­ja­ciół z miną „o co w ogóle cho­dzi?”. Chło­paki roz­ma­wiały ze sobą, nie zaszczy­ca­jąc oto­cze­nia uwagą.

— Bar­dzo wam zależy na tych miej­scach? — zapy­tał uprzej­mie Felix.

Chłopcy prze­rwali roz­mowę.

— Jest nas troje — wyja­śnił niż­szy. — Tylko tu są trzy miej­sca obok sie­bie.

— Nas też jest troje — powie­dział Net. — Szy­ko­wa­li­śmy się na te miej­sca od… od dawna.

— Super­paczka musi sie­dzieć razem — dodał wyż­szy.

— No wła­śnie. I dla­tego… — Net poczer­wie­niał na twa­rzy, zro­zu­miał bowiem, o co cho­dzi. — Co?! To praw­nie zastrze­żona nazwa!

Nika pocią­gnęła go za łokieć.

— Daj spo­kój — szep­nęła. — Lepiej sia­dajmy, żeby­śmy w ogóle byli obok sie­bie.

— OK. Nie będziemy się truć­kać o fotele.

Nie­ja­sno­ści w spra­wie hamul­ców zostały wyja­śnione, a może tylko zaciem­nione. Tak czy ina­czej, wszy­scy pako­wali się już do środka. Felix i Net rzu­cili jesz­cze nie­chętne spoj­rze­nia kon­ku­ren­cyj­nej trójce i zajęli miej­sca kilka rzę­dów bli­żej przodu.

Opie­kunka, wyraź­nie uspo­ko­jona, sta­nęła na środku auto­karu z mikro­fo­nem w dłoni.

— Witam wszyst­kich w imie­niu biura podróży Czarny Kot. Nazy­wam się Olga Sosnow­ska, a to jest wycho­wawca grupy chłop­ców – pan Krzysz­tof Pasi­ko­nik. Czy wszy­scy ferio­wi­cze są już na pokła­dzie? — powio­dła wzro­kiem po wpa­trzo­nych w nią twa­rzach, po czym klep­nęła się w czoło, prze­szła wzdłuż sie­dzeń i poli­czyła pod­opiecz­nych. — Jed­nej osoby bra­kuje — prze­ra­ziła się i spraw­dziła jesz­cze raz listę. — Albo ktoś się wpi­sał nie na swoim dziecku!

Pan Krzysz­tof dopiero teraz wstał i wyka­zał zain­te­re­so­wa­nie.

— Przy­znać się, kogo bra­kuje! — pole­cił.

Nie­stety, nikt się nie przy­znał, że go nie ma.

— Może jego? — ode­zwała się dziew­czyna z ufar­bo­wa­nymi na czer­wono wło­sami. Kciu­kiem wska­zała za okno.

Wszy­scy spoj­rzeli w tym kie­runku. Pomię­dzy stop­niałą do kilku osób grupą rodzi­ców macha­ją­cych na poże­gna­nie sie­dział na swo­jej tor­bie pulchny chło­pak. Z zaciętą miną grał na PSP.

— Panie Janu­szu… — Olga spoj­rzała zna­cząco na kie­rowcę. Drzwi otwo­rzyły się z sykiem i piskiem. — Tymon?

Chło­pak uniósł wzrok i powró­cił do gry. Po chwili ponow­nie spoj­rzał na auto­kar, zerwał się, wepchnął kon­solę do kie­szeni i bie­giem rzu­cił się w stronę otwar­tych drzwi. W poło­wie drogi przy­po­mniał sobie o tor­bie, wywró­cił się w śnieg, wstał i pobiegł z powro­tem. Znów się wywró­cił, zła­pał torbę i pognał do auto­karu. Pró­bo­wał wbiec z torbą po scho­dach, ale tra­fił na brzuch pana Janu­sza. Odbił się i wywró­cił po raz trzeci. Wszy­scy sie­dzący w auto­karze obser­wo­wali to w mil­cze­niu, z nosami przy­kle­jo­nymi do coraz bar­dziej zapa­ro­wa­nych szyb.

— Torba do bagaż­nika. — Kie­rowca wysiadł i otwo­rzył klapę. — Kie­dyś roz­wo­zi­łem ziem­niaki. Były bar­dziej roz­gar­nięte.

Tymon wrzu­cił torbę i ze spusz­czoną głową powlókł się na wolne miej­sce. Od razu powró­cił do gry, zapo­mi­na­jąc o całym świe­cie.

Wresz­cie ruszyli.

* * *

Z War­szawy wyje­chali po pra­wie godzin­nym prze­dzie­ra­niu się przez korek. Na uda­ją­cej auto­stradę dwu­pa­smówce auto­kar roz­pę­dził się, czego efek­tem były przy­kre wibra­cje całej karo­se­rii.

— Ma roz­wa­lone łoży­ska — stwier­dził Felix, nie kie­ru­jąc tego do nikogo kon­kret­nego.

Roz­legł się oddech Dar­tha Vadera. Net wyjął tele­fon i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— SMS od Oskara — wyja­śnił. — Też już wyru­szyli. Pisze, że auto­kar wypas, że film wypas, na ekra­nie wypas. I że ośro­dek na pewno też będzie wypas, z tele­wi­zo­rem wypas, w pokoju wypas. Że mu się chciało to wkle­py­wać… Chyba że ma Sym­biana i copy, paste.3

— Czy on nie miał jechać na zimo­wi­sko har­cer­skie? — zasta­no­wił się Felix. — Tam w poko­jach raczej nie ma tele­wi­zo­rów. Nie ma nawet pokoi, bo się mieszka w namio­tach. Cho­ciaż teraz jest zima…

— No to widocz­nie jest to ośro­dek dla gene­ra­li­cji har­cer­skiej. Zaraz… — Net pocią­gnął nosem. — Coś się faj­czy.

— Coś się faj­czy! — krzyk­nął ktoś z przodu.

Pani Olga wstała i pocią­gnęła nosem.

— No, faj­czy się. Jak wygląda plan ewa­ku­acji? — zapy­tała pana Janu­sza.

— Zatrzy­muję się, a wszy­scy wysia­dają.

— Więc niech się pan zatrzyma — powie­działa, po czym dodała gło­śniej — wyko­namy teraz próbną ewa­ku­ację, która polega na eee… wyj­ściu na zewnątrz drzwiami. Nie ma powodu do paniki.

Auto­kar z piskiem zuży­tych tarcz wyha­mo­wał na pobo­czu, coś jęk­nęło, stęk­nęło i drzwi otwo­rzyły się przy akom­pa­nia­men­cie zna­jo­mych dźwię­ków. Ewa­ku­acja poszła spraw­nie, bo nikt nie oka­zy­wał paniki. Zresztą nic się nie paliło. Poszłaby jesz­cze spraw­niej, gdyby tylne drzwi nie były zamknięte na głu­cho. Wszy­scy wyszli bez bagaży, z wyjąt­kiem Olim­pij­czy­ków, z któ­rych każdy niósł wypchaną pla­sti­kową torbę. Pan Janusz popra­wił literę „J”, która znów upa­dła, i obszedł auto­kar, by spraw­dzić sil­nik. Na chwilę dym stał się moc­niej wyczu­walny, ale zaraz wiatr go roz­wiał.

Nie­zgrana, a nawet nie­za­zna­jo­miona ze sobą grupka nasto­lat­ków stała bez entu­zja­zmu na śniegu. Uroz­ma­ice­nie w postaci pożaru środka loko­mo­cji nie było chyba niczyim marze­niem. Tym bar­dziej że wszy­scy powoli zaczy­nali się robić głodni.

Pani Olga kilka razy wsia­dała i wysia­dała, tylko po to, by się prze­ko­nać, że nic się nie pali. Wresz­cie przy­po­mniała sobie o czymś, co mogło wyma­gać jakie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. Spoj­rzała na dwóch Olim­pij­czy­ków.

— Ewa­ku­ację należy prze­pro­wa­dzać bez bagażu — powie­działa z pre­ten­sją. Zer­k­nęła na pana Krzysz­tofa, ocze­ku­jąc jego popar­cia.

— Twój bagaż to czy­jeś życie — przy­tak­nął bez prze­ko­na­nia. — Jak się nazy­wa­cie?

— Marek — powie­dział niż­szy.

— Mar­cin — dodał wyż­szy. — A torby są puste.

Na dowód unie­śli rekla­mówki przed sie­bie. Rze­czy­wi­ście były puste. Pani Olga przyj­rzała się im badaw­czo.

— Zda­wało mi się, że…

— To może być pożar, który jest pod­sy­cany podmu­chem powie­trza przy wyż­szych pręd­ko­ściach — oce­nił ciem­no­włosy chło­pak z mądrą, a nawet prze­mą­drzałą miną. — Jak sto­imy, to gaśnie.

— Wszystko w porządku. — Kie­rowca zamknął klapę sil­nika. — Nic się nie dymi.

— No ale coś się dymiło…

Pan Janusz powiódł wzro­kiem po zaśnie­żo­nej rów­ni­nie.

— Pew­nie łąki wypa­lają — orzekł. — Jedziemy.

Nie cze­ka­jąc na nic, wró­cił na swoje miej­sce. Pan Krzysz­tof spoj­rzał wymow­nie na panią Olgę i rów­nież wsiadł. Reszta poszła w ich ślady. Dopiero teraz oka­zało się, że Tymon prze­ga­pił całą ewa­ku­ację. Opie­kunka już otwie­rała usta, żeby mu coś powie­dzieć, ale wła­śnie zachro­bo­tał roz­rusz­nik i sil­nik wystrze­lił dwu­krot­nie. Dała więc spo­kój i wró­ciła na miej­sce. Wszy­scy koń­czyli się już usa­da­wiać. Tylko gotka minęła swoje miej­sce i pode­szła do Felixa.

— Wolne? — zapy­tała, wska­zu­jąc fotel przy oknie.

— Jasne. — Felix wysu­nął nogi na bok, by mogła przejść.

Owio­nął go zapach cięż­kich per­fum. Miny, jaką zro­bił Net, nie powsty­dziłby się Gro­ucho Marx4. Felix spoj­rzał na niego groź­nie, więc Net udał, że jego uwagę przy­kuł nagle arcy­cie­kawy frag­ment kra­jo­brazu za oknem. Felix zer­k­nął kątem oka na nową sąsiadkę, na ile było to moż­liwe bez wzbu­dza­nia podej­rze­nia, że zerka na nią kątem oka. Czarna pli­so­wana spód­niczka, czarne raj­stopy, czarne buty New Rock z masą okuć i kla­me­rek, czarne paznok­cie, za to skóra biała jak u albi­nosa. No i mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, w któ­rej każde zagłę­bie­nie rów­nież było czarne.

— Dla­czego…? — zapy­tał.

— Tu jest spo­koj­niej. — Spoj­rzała na niego tak, jakby chciała dodać „i się odwal”.

Felix zamilkł. Zauwa­żył tylko, że dziew­czyna czyta mie­sięcz­nik „Necro­po­li­tan”, a dokład­niej mówiąc arty­kuł o bal­sa­mo­wa­niu zwłok. Zer­k­nął w drugą stronę – Net zato­pił nos w lap­to­pie, Nika w jakiejś książce. Poszedł za jej przy­kła­dem, wycią­ga­jąc z torby Acce­le­rando Char­lesa Strossa. Nie prze­czy­tał nawet trzech zdań, gdy prze­rwał mu Net.

— Co mu odpi­sać? Oska­rowi, zna­czy. Prze­cież nie możemy się przy­znać, jakim rzę­chem jedziemy.

— Napisz, że jedziemy rzę­chem wypas — pora­dził Felix. — Ucie­szy się.

Net poki­wał głową i odpi­sał. Potem powró­cił do lap­topa i stra­cił zain­te­re­so­wa­nie oto­cze­niem. Dziew­czyna obok Felixa skoń­czyła czy­tać i z czar­nego ple­caczka wycią­gnęła pióro wieczne i czarny bru­lion z czer­wo­nym napi­sem „Regina Zowiak. Pajęcz­nik”. Dzięki temu Felix poznał jej imię, ale nie­stety i zain­te­re­so­wa­nia. Sądząc po wymię­to­szo­nych okład­kach, zeszyt był czę­sto uży­wany. Regina otwo­rzyła go mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej, na stro­nie, gdzie znaj­do­wał się nie­do­koń­czony rysu­nek pająka i kilka lini­jek tek­stu. Zasta­no­wiła się chwilę, stu­ka­jąc skuwką pióra o zęby, i przy­stą­piła do pokry­wa­nia kartki zawi­ja­so­wa­tymi lite­rami. One też wydały się Feli­xowi tro­chę paję­cze.

Uznał, że zezo­wa­nie na powsta­jącą twór­czość jest nie­kul­tu­ralne, powró­cił więc do lek­tury.

— Nie mają strony inter­ne­to­wej — ode­zwał się Net. — Nie­do­brze. Oby cho­ciaż zasięg cze­go­kol­wiek był.

— Gdzie? — Felix ode­rwał się od książki. — Mówisz o naszym pen­sjo­na­cie?

— Trzy Kuzynki — przy­tak­nął Net. — Nie mają strony ani nawet wizy­tówki w żad­nym ser­wi­sie. Jest tylko krótki opis na stro­nie naszego biura podróży. Nie uwa­ża­cie, że to nieco podej­rzane?

— Sprze­da­dzą nas na narządy — rzu­ciła od nie­chce­nia Regina, nawet nie pod­no­sząc głowy znad zeszytu. — Kola­cja będzie miała dziwny smak, a potem obu­dzimy się zwią­zani w piw­nicy.

Net wytrzesz­czył na nią oczy.

— Wła­śnie coś takiego mia­łem już na końcu mózgu. W poło­wie języka.

Sie­dząca przy oknie Nika wychy­liła się zza Neta i powie­działa poważ­nie:

— Czy możemy sobie obie­cać, że nie wła­du­jemy się żadne kło­poty? Że zigno­ru­jemy lata­jące tale­rze i udamy, że maszyny kro­czące wiel­ko­ści domu to zwy­kły sprzęt budow­lany, a jeśli spo­tkamy w lesie gada­jące skrzaty, to napi­szemy tylko ano­ni­mowy list do „Natio­nal Geo­gra­phic”?

— Dziwny smak kola­cji też zigno­ru­jemy? — Net uniósł brwi.

Spoj­rze­nie Niki z odle­gło­ści pię­ciu cen­ty­me­trów wystar­czyło mu za odpo­wiedź.

— Nika ma rację — przy­znał Felix. — Wyro­bi­li­śmy normę dobrych uczyn­ków za plu­ton har­ce­rzy. Mam taką kon­cep­cję, że będę wypo­czy­wał.

Net roz­ło­żył ręce.

— Jak pamię­ta­cie, ja ni­gdy się nie pcha­łem w kło­poty.

— Więc stoi? — upew­niła się Nika. — Nie ładu­jemy się w kło­poty?

— Stoi — przy­tak­nęli Felix i Net.

Cała trójka była nie­wy­spana po przy­go­dach poprzed­niego wie­czoru5, więc mono­tonna droga wkrótce ich uśpiła. Feli­xowi wyda­wało się, że kie­rowca pusz­cza kie­row­nicę i prze­cho­dzi na prawą stronę auto­karu, by popra­wić nie­szczę­sną literę „J”. Ale rów­nie dobrze mógł to być sen.

* * *

Obu­dziło ich zamie­sza­nie spo­wo­do­wane ponow­nym poja­wie­niem się nie­po­ko­ją­cego zapa­chu spa­le­ni­zny. Pani Olga stu­dio­wała mapę. Miała jed­nak pro­blemy z usta­le­niem, gdzie jest góra, gdzie dół, a przede wszyst­kim gdzie się teraz znaj­dują.

— No i nie mam poję­cia, gdzie to jest. — Odwró­ciła mapę, przy oka­zji roz­ry­wa­jąc ją na pół. Znie­ru­cho­miała, unio­sła głowę i pocią­gnęła nosem. — Znowu coś się faj­czy.

Sie­dzący obok pan Krzysz­tof nie przej­mo­wał się jej pro­ble­mami. Ze znu­dze­niem czy­tał książkę.

— Zacze­kajmy z ewa­ku­acją — rzu­cił od nie­chce­nia. — To jesz­cze tylko trzy kilo­me­try.

— Skąd pan wie? — zdzi­wiła się pani Olga.

— Bar miał być trzy kilo­me­try za Pyszał­ko­wi­cami, a wła­śnie mijamy Pyszał­ko­wice.

Ponie­waż opie­ku­no­wie roz­ma­wiali dość gło­śno, przez auto­kar prze­szło wes­tchnie­nie zado­wo­le­nia.

— Zaraz będzie żarełko — ziew­nął Net. — Śniło mi się coś bar­dzo śmiesz­nego. Nie pamię­tam co, ale śmieszne było.

— Mnie się śniły zie­lone drzwi — stwier­dziła Nika. — Raczej mały kosz­mar.

— Co jest strasz­nego w śnie o zie­lo­nych drzwiach?

— Nie pamię­tam. Zaraz, jak się roz­bu­dzę, zapo­mnę i te zie­lone drzwi. Ale sen był straszny.

Auto­kar zwol­nił i zje­chał na par­king przed knajpę sty­li­zo­waną na przy­sa­dzi­sty sta­ro­pol­ski dwór. Ściany z gru­bych bali i kryty strze­chą dach obie­cy­wały przy­zwo­ite jedze­nie. Ilość samo­cho­dów na par­kingu świad­czyła o tym, że kar­mią tu naprawdę nie­źle. Drew­niany szyld nad wej­ściem gło­sił „Karczma Zagłoba”.

— Nie­po­trzeb­nie się oba­wia­łem, że spró­bują na nas oszczę­dzać. — Zado­wo­lony Net pokle­pał się po brzu­chu. — Napi­szę do Oskara, że knajpa wypas.

Auto­kar koły­sał się na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie, a ferio­wi­cze z bur­czą­cymi brzu­chami zachłan­nie wpa­try­wali się w karczmę. Patrzyli na nią zachłan­nie rów­nież wtedy, gdy auto­kar ją minął i zatrzy­mał się przed sto­ją­cym sto metrów dalej budy­necz­kiem, obło­żo­nym bia­łym sidin­giem z pla­sti­ko­wymi oknami i pla­sti­ko­wymi drzwiami. Pla­sti­kowa tablica nad wej­ściem gło­siła „Bar Ziu­tek”.

Sil­nik wystrze­lił z tłu­mika, zawar­czał innym tonem i zgasł. Ferio­wi­cze bez entu­zja­zmu zwle­kli się z foteli i zaczęli wycho­dzić na par­king. Tym razem Tymon wyłą­czył PSP i wysiadł razem z innymi. W wir­tu­al­nym świe­cie gry jedze­nie też było wir­tu­alne, ale głód pozo­sta­wał rze­czy­wi­sty. Marek i Mar­cin wyszli, ści­ska­jąc w dło­niach wypchane po brzegi rekla­mówki, znik­nęli gdzieś za auto­ka­rem i po chwili wró­cili z pustymi tor­bami. Zauwa­żyła to chyba tylko Nika. Ferio­wi­cze posłali tęskne spoj­rze­nie w stronę karczmy Zagłoba i minęli drzwi baru. Ude­rzył ich swąd prze­pa­lo­nego oleju, a wra­że­nie obskur­no­ści jesz­cze wzro­sło. Pomiesz­cze­nie było mniej­sze od szkol­nej sali, oddzie­lone ladą od kuchni, po któ­rej krę­ciło się kilku zaspa­nych kucha­rzy. Białe, pla­sti­kowe krze­sła stały czwór­kami przy bia­łych pla­sti­ko­wych sto­łach na jasnym, nija­kim lino­leum, które cmo­kało przy każ­dym ode­rwa­niu pode­szwy.

Przy­ja­ciele sta­nęli przed wywie­szo­nym na tablicy menu. Nazwy potraw uło­żone były z pla­sti­ko­wych lite­rek przy­mo­co­wa­nych na wcisk. Co któ­rejś bra­ko­wało. Dania były naj­prost­sze z moż­li­wych, za to ceny wyjąt­kowo przy­stępne.

— Wyży­wie­nie jest w cenie wycieczki — przy­po­mniał sobie Felix.

Ponie­waż ferio­wi­cze nie znali się jesz­cze, każdy sta­rał się usiąść osobno. Po chwili pra­wie przy każ­dym sto­liku sie­działy jedna lub dwie osoby. Net pocią­gnął Felixa za łokieć i rzu­tem na taśmę zajął ostatni wolny sto­lik. Blat był nie­wiele mniej lepki niż pod­łoga. Nika zdjęła płaszcz, usia­dła jako ostat­nia i nachy­liła się do przy­ja­ciół.

— Widzie­li­ście torby tych dre­sów? — zapy­tała szep­tem.

— Te wypchane? — upew­nił się Net.

— Teraz są puste. Poprzed­nio, jak je wyno­sili pod­czas ewa­ku­acji, też były pełne, a gdy wsia­da­li­śmy, puste.

— Wyha­muj nieco. — Net spoj­rzał na nią poważ­nie. — Czy nie mówi­łaś sama, żeby nie łado­wać się w kło­poty?

Nika wydęła usta.

— Jestem po pro­stu cie­kawa.

— Nasze kło­poty zwy­kle zaczy­nały się wła­śnie od cie­ka­wo­ści.

Dziew­czyna z czer­wo­nymi wło­sami, ta, która zauwa­żyła Tymona gra­ją­cego w PSP na par­kingu, skoń­czyła stu­dio­wać menu. Rozej­rzała się po sali i z sze­ro­kim uśmie­chem dosia­dła się do przy­ja­ciół.

— Wolne? Nor­mal­nie bym się tu nie łado­wała, bo widzę, że jeste­ście razem — wyja­śniła bez­po­śred­nio. — No, ale gdzie indziej nie ma miejsc.

Miała na sobie bojówki i orta­lio­nową kurtkę lot­ni­czą. Z bli­ska jej włosy wyda­wały się jesz­cze czer­wień­sze, jakby zro­biono je z pla­stiku.

— Spoko — odparł Net.

Nika zer­k­nęła na sąsiedni sto­lik, przy któ­rym sie­dzieli Olim­pij­czycy. Dwa miej­sca były wolne.

— Nie, nie. — Dziew­czyna zauwa­żyła to spoj­rze­nie. — Nie te kli­maty. Laura.

Przy­ja­ciele rów­nież się przed­sta­wili. Felix dostrzegł idącą w ich stronę kel­nerkę.

— Wie­cie, co zama­wia­cie? — zapy­tał.

— Jakieś mię­sko mie­lone — odparł Net. — Z sosem i kopyt­kami. Nie chce mi się prze­żu­wać.

— Scha­bowy — powie­działa Nika. — Wolę wie­dzieć, co jem.

— Ja wezmę… — zaczął Felix, ale zamilkł. Kel­nerka nie przy­szła, by przy­jąć od nich zamó­wie­nie. Posta­wiła przed nimi po tale­rzu fry­tek z kapką musz­tardy i ode­szła bez słowa.

Cała czwórka wpa­try­wała się w tale­rze.

— Aha, czyli to tak. — Net poki­wał głową. — Dla­tego wyży­wie­nie było w cenie wycieczki.

— Frytki? — obu­rzyła się dziew­czyna w oku­la­rach i z kucy­kami, która musiała usiąść przy sto­liku Olim­pij­czy­ków i nie była z tego powodu szczę­śliwa. — To bez­war­to­ściowe zapy­cha­cze żołądka.

— Menu było dostępne na stro­nie — wyja­śniła nieco zdez­o­rien­to­wana pani Olga. Sama chyba rów­nież spo­dzie­wała się praw­dzi­wego posiłku.

Mar­cin chwilę szep­tał kel­nerce do ucha. Ta ski­nęła głową i znik­nęła w cze­lu­ściach kuchni przy akom­pa­nia­men­cie cięż­kiego odde­chu Vadera. Net wyjął z kie­szeni komórkę i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— To od Oskara…

— Niech zgadnę — powie­działa Nika. — Pisze, że zatrzy­mali się w knaj­pie wypas i jedze­nie jest wypas?

— Mniej wię­cej tak. Odpi­szę, że… A, niech się cie­szy – napi­szę, że knajpa fatalna.

Frytki nie były wybitne, ale przy­naj­mniej zja­dliwe. Gdy już zje­dli połowę por­cji, z kuchni wyło­niła się kel­nerka z dwoma tale­rzami paru­ją­cego mięsa w nie­zno­śnie sma­ko­wi­cie pach­ną­cym sosie. Prze­szła przez salę odpro­wa­dzana cięż­kimi spoj­rze­niami i posta­wiła tale­rze przed Olim­pij­czy­kami. Ci, jakby ni­gdy nic, zaczęli jeść. Dziew­czyna z kucy­kami osten­ta­cyj­nie wstała i pode­szła do stołu opie­ku­nów.

— Prze­pra­szam, ale czy nie wydaje się panu — zwró­ciła się do pana Krzysz­tofa — że to lekka prze­sada? Ja jem zeschłe frytki, a tym­cza­sem…

Zamil­kła, kel­nerka poja­wiła się bowiem ponow­nie z jesz­cze jed­nym tale­rzem i posta­wiła go przed panem Krzysz­to­fem.

— Jak ktoś płaci z wła­snej kie­szeni, to chyba jest OK. — Opie­kun wzru­szył ramio­nami i chwy­cił sztućce.

Dziew­czyna puf­nęła i tup­nęła nogą. Nie wyszło to jed­nak zbyt efek­tow­nie, bo tup­nię­ciu towa­rzy­szyło mla­śnię­cie brud­nej pod­łogi. Zaci­snęła więc pię­ści, wró­ciła na swoje miej­sce i ze zło­ścią powró­ciła do fry­tek. Reszta ferio­wi­czów zasta­na­wiała się nad moż­li­wo­ścią nad­szarp­nię­cia wła­snego budżetu na nor­malne jedze­nie.

— To chyba wła­śnie w Pyszał­ko­wi­cach była ta farma, o któ­rej mówili w tele­wi­zji — powie­działa dość gło­śno Laura. — Zabawny zbieg oko­licz­no­ści.

Kilka osób spoj­rzało na nią. Dziew­czyna tylko mach­nęła widel­cem, że nic waż­nego, i jadła dalej.

— O czym ty mówisz? — zain­te­re­so­wał się Net.

— O cho­ro­bie świń­skich krów — odparła od nie­chce­nia. — Ale luz. Frytki są bez­pieczne. Dla­tego nam je dali.

Marek i Mar­cin spoj­rzeli na tale­rze, potem na sie­bie.

— Ale w Pol­sce nie stwier­dzono przy­pad­ków tej cho­roby — zauwa­żyła Nika. — Co to w ogóle za –

— Ofi­cjal­nie nie — przy­tak­nęła Laura. — Bo zanim przy­je­chał wete­ry­narz, zba­dać te ześwi­nione pad­nięte krowy, całe mięso gdzieś znik­nęło. Sprze­dali je pew­nie do oko­licz­nych barów.

Olim­pij­czycy odsu­nęli napo­częte por­cje i szyb­kim kro­kiem zgod­nie ruszyli w stronę toa­lety. Pan Krzysz­tof uśmiech­nął się tylko i jadł dalej. Reszta grupy bez dal­szych narze­kań kon­su­mo­wała frytki.

— Ket­chup byłby lep­szy — mruk­nął tylko Net, zbie­ra­jąc z tale­rza resztkę musz­tardy.

— To musz­tarda saper­ska — wyja­śniła Laura. — Jak naj­bar­dziej na miej­scu w tych oko­li­cach.

— Chyba sarep­ska?

— To lite­rówka. W któ­rejś z oko­licz­nych wio­sek miesz­kało dwóch braci. Jeden był sape­rem, drugi dys­lek­ty­kiem. Pierw­szy wymy­ślił tę musz­tardę, ale nie­stety to ten drugi zapi­sał recep­turę. Zawsze zazdro­ścił bratu, też chciał być sape­rem, ale nie mógł, bo saper myli się tylko raz. Jak co chwilę walisz błędy, to się nie nada­jesz.

Przy­ja­ciele patrzyli na nią w mil­cze­niu.

— Jakoś nie bar­dzo ci wie­rzę — ode­zwał się Net.

Laura wzru­szyła ramio­nami i jadła dalej.

Tymon pochła­niał frytki, nie pusz­cza­jąc ani na chwilę kie­row­nicy wir­tu­al­nego samo­chodu. Dwie śmieszki jadłyby cokol­wiek, byle tylko nikt im nie prze­szka­dzał w traj­ko­ta­niu. Regina gry­zła frytki, jakby to były kości, dziew­czyna z kucy­kami jadła z obrzy­dze­niem, a kon­ku­ren­cyjna super­paczka robiła to samo, co przy­ja­ciele, czyli głów­nie badaw­czo przy­glą­dała się pozo­sta­łym.

— Mam pewien pomysł — wyszep­tał kon­spi­ra­cyj­nie Net. — Jak się zakrę­cimy, to zaj­miemy ostatni rząd przed nimi.

— To nie jest dobry pomysł. — Felix pokrę­cił głową. — Potem zaczniemy ze sobą rywa­li­zo­wać o wszystko. Lepiej skupmy się na zaję­ciu dobrego pokoju w pen­sjo­na­cie.

— Dobrze mówi! — zgo­dził się Net. — Dać mu frytkę.

— Oj! — Nika zła­pała się za szczękę.

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i przy­glą­dali się jej badaw­czo. Chwilę gme­rała przy policzku języ­kiem, potem wło­żyła do ust dwa place i wydo­była małą białą grudkę.

— Co to jest? — prze­stra­szył się Net. — Kamień?

— Plomba.

— To masz małego demo­ty­wa­tora na począ­tek ferii. Na razie zalep gumą.

Skoń­czyli jeść. Nie podano im nic do picia, więc z przy­kro­ścią wró­cili do auto­karu. Mono­tonny dźwięk sil­nika spra­wił, że wkrótce chyba wszy­scy, z wyjąt­kiem oczy­wi­ście kie­rowcy, smacz­nie spali.

* * *

Nikę obu­dziło buja­nie i stu­kot kół na wybo­istej nawierzchni. Ziew­nęła i roz­pro­sto­wała zdrę­twiałe nogi. Net chra­pał w dziw­nej pozy­cji, zwie­szony przez pod­ło­kiet­nik, z głową na środku przej­ścia. Dziew­czyna wcią­gnęła przy­ja­ciela na sie­dze­nie.

— Eszże fila… — mruk­nął przez sen.

Jechali teraz znacz­nie wol­niej węż­szą szosą przez las. W świe­tle reflek­to­rów widać było, że droga pokryta jest wyśli­zga­nym śnie­giem. Na kolej­nym wyboju Net, nie­mal spa­da­jąc na zie­mię, zsu­nął się do poprzed­niej pozy­cji.

— Co?! Gdzie?! — Zerwał się, budząc Felixa i jesz­cze kilka osób.

— Pora wsta­wać. — Felix prze­tarł oczy. — Spóź­nisz się do szkoły.

Net rozej­rzał się i dotarło do niego, gdzie jest.

— Bar­dzo śmieszne… — Usiadł i ziew­nął. — Jak prze­śpię się w dzień, to mi się wszystko roz­re­gu­lo­wuje i potem budzę się w środku nocy.

Droga stała się kręta. Co chwilę wspi­nała się na wznie­sie­nia, by zaraz znowu spro­wa­dzić auto­kar w dół. Według wska­zań GPS-a do celu zostało pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Góry przed nimi nie były wyso­kie, małe wznie­sie­nia pora­stał gęsty las.

Cie­kawe, jak zniosą to hamulce, zasta­na­wiał się Felix. Było już za ciemno, by czy­tać. Zapa­lać latarki nie chciał – obok z głową opartą o zasłonkę drze­mała Regina. Zauwa­żył, że w roz­luź­nio­nej dłoni nad otwar­tym zeszy­tem trzyma odkrę­cone pióro wieczne. Ostroż­nie się­gnął po skuwkę, by ją zakrę­cić.

— Co robisz? — wark­nęła dziew­czyna. Patrzyła na niego zmru­żo­nymi oczyma.

— Chcia­łem tylko zakrę­cić pióro — odparł zasko­czony. — Żeby nie zaschło. Myśla­łem, że śpisz.

Chwilę przy­glą­dała mu się nie­przy­jaź­nie.

— My ni­gdy nie śpimy — wyce­dziła. Scho­wała pióro i pajęcz­nik do ple­caka, po czym oparła się o zasłonkę i przy­mknęła oczy.

Z przodu pani Olga dys­ku­to­wała zawzię­cie, choć na szczę­ście szep­tem, z panem Krzysz­to­fem. Pochy­lali się nad podartą mapą i pró­bo­wali usta­lić, gdzie są. Wyrę­czył ich kie­rowca, który zauwa­żył zardze­wiały dro­go­wskaz. Skrę­cili z wąskiej drogi w jesz­cze węż­szą i jesz­cze bar­dziej wybo­istą, ukrytą pod mięk­kim śnie­giem. Ślad bież­nika świad­czył, że ktoś tędy jed­nak jeź­dził. Droga wyglą­dała na odśnie­żoną jakiś czas temu, ale ostat­nie opady wygła­dziły pry­zmy po obu stro­nach. Pozo­sta­wało mieć nadzieję, że nic nie nad­je­dzie z prze­ciwka – było tak wąsko, że auto­kar się ledwo mie­ścił. Ośnie­żone gałę­zie szu­rały po dachu, a koła pod­ska­ki­wały na nie­wi­docz­nych korze­niach. Za kolej­nym zakrę­tem droga scho­dziła stromo do ukry­tej mię­dzy drze­wami dolinki. Auto­kar zatrzy­mał się.

— Nie pod­jadę tędy z powro­tem — ostrzegł pan Janusz.

— Ale według mapy to dobra droga. — Pani Olga wstała i zaczęła roz­kła­dać przed kie­rowcą kwa­dra­towe skrawki.

— Dla kogo dobra, dla tego dobra. Nie wrócę potem.

— Chce pan teraz jechać dwa kilo­me­try na wstecz­nym? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Lepiej dwa niż pięć. — Kie­rowca wrzu­cił wsteczny i wci­snął gaz. Koła zabuk­so­wały, a pojazd ani drgnął. Pan Janusz chwilę bęb­nił pal­cami w kie­row­nicę, po czym wrzu­cił jedynkę i wolno ruszył w dół.

Droga wiła się mię­dzy czar­nymi drze­wami. Koła co chwilę gubiły przy­czep­ność, a tele­fony zasięg. Była już noc, a brak miej­skiej łuny, do jakiej wszy­scy przy­wy­kli w mie­ście, spra­wiał, że mimo śniegu ciem­ność za oknami wyda­wała się jesz­cze czar­niej­sza.

— Chyba widzia­łem kan­gura — mruk­nął Net. — Czy to już Bia­ło­ruś?

— Bia­ło­ruś to tro­chę nie w tę stronę — odparł Felix.

— Przy­naj­mniej będzie spo­koj­nie — zauwa­żyła Nika. — Odpocz­niemy.

— Inter­netu nie będzie — stwier­dził z rezy­gna­cją Net. — Bez inter­netu to nie jest wypo­czy­nek.

— Mają tam zbior­nik na inter­net — wyja­śniła Laura, opie­ra­jąc się o zagłówki foteli Neta i Niki.

— Że what? — Net spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

— Tak jak z wodą. Na stry­chu pew­nie jest duży zbior­nik. Jak trza­śnie pompa wody, to wodę czer­pie się ze zbior­nika. Inter­net tak samo. Raz na jakiś czas ścią­gają tro­chę inter­netu na wielki dysk i wystar­cza im na tydzień.

— Że what? — powtó­rzył zdez­o­rien­to­wany Net.

Dopiero chi­chot Felixa dał Netowi do myśle­nia. Chło­pak zmarsz­czył brwi i powie­dział:

— No prze­cież wiem, że mnie wkrę­casz. Takie coś nie może ist­nieć.

— Tam spo­tkasz wię­cej rze­czy, o jakich myśla­łeś, że nie mogą ist­nieć — powie­działa zło­wiesz­czym tonem Regina.

Felix i Net poczuli gęsią skórkę. Za to Nika wychy­liła się i odparła:

— Prze­stań nas stra­szyć, bo nastra­szymy cie­bie.

— Pró­buj­cie. — Regina uśmiech­nęła się lekko i odwró­ciła do swo­jej szyby.

Minęli kilka zakrę­tów, pagór­ków i wje­chali na polankę. Było tak ciemno, że jedyne, co dało się zauwa­żyć, to brak drzew. Pan Janusz zatrzy­mał auto­kar, otwo­rzył drzwi i wyłą­czył sil­nik. Zapa­dła cisza, prze­ry­wana tylko trzesz­cze­niem sty­gną­cego sil­nika. Wszy­scy, któ­rzy nie spali, wyj­rzeli przez okna. Nikt nie kwa­pił się do wysia­da­nia.

— Jak na mój gust, to tu — oświad­czył kie­rowca. Wstał, posta­wił literę „J”, która znów prze­wró­ciła się na wer­te­pach, i wyszedł na śnieg. Wyko­nał kilka przy­sia­dów i wyma­chów.

Felix zapa­lił latarkę i poświe­cił na śnieg obok auto­karu.

— Nie ma śla­dów butów — stwier­dził.

Ferio­wi­cze zaczęli wysia­dać. Dopiero stąd zoba­czyli sto­jący dwa­dzie­ścia metrów dalej, u pod­nóża spo­rego pagórka, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek ze spa­dzi­stym dachem. Nocą wielu szcze­gó­łów nie dało się dostrzec, poza jed­nym, bar­dzo istot­nym – w żad­nym z okien nie paliło się świa­tło. Nikt nie miał ochoty podejść bli­żej. Naj­bez­piecz­niej było w bez­po­śred­niej bli­sko­ści auto­karu. Pani Olga spraw­dzała papiery w swoim clip­bo­ar­dzie, ale chyba tylko po to, by zyskać na cza­sie. Zer­kała co chwilę to na doku­menty, to na porwaną mapę.

— Chyba zabłą­dzi­li­śmy — stwier­dziła w końcu.

Felix wyjął z kie­szeni GPS i spoj­rzał na ekran.

— GPS poka­zuje, że to gdzieś tu — mruk­nął. — Sygnał jest przez te góry słaby, ale to na pewno w pobliżu.

— Cicho, bo będzie na nas — uci­szył go Net.

— Wygląda, jakby od lat nikt tam nie miesz­kał — oce­niła Nika.

— Wygląda, jakby wszy­scy umarli — popra­wiła ją Regina.

Nika chciała coś odpo­wie­dzieć, ale co innego zwró­ciło jej uwagę.

— Znowu mają pełne torby. — Dys­kret­nie wska­zała chło­pa­ków wcho­dzą­cych za auto­kar.

— Jed­nak nie daje ci to spo­koju. — Felix chciał pójść za nimi i spraw­dzić, co zro­bią, ale Nika zatrzy­mała go.

— Lepiej nie. Trzy­majmy się umowy. Może dowiemy się przy oka­zji.

— Możemy wymy­ślić, co tam jest.

— Prze­cież nie kradną gąbki z foteli — zauwa­żył Net. — Więc co? Powie­trze?

— Dym. — Felix potarł brodę. — W auto­ka­rze nie wolno palić, więc wydmu­chują dym do torby. Ale całego nie da się wdmuch­nąć, więc tro­chę zostaje. Stąd ta ewa­ku­acja.

— Sądzisz? — Net spoj­rzał na Marka i Mar­cina wycho­dzą­cych zza auto­karu z pustymi tor­bami. Zaśmier­działo.

— Zagadka roz­wią­zana. — Felix uśmiech­nął się. — I nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty.

— Ja tu widzę cał­kiem spory kło­pot. — Net wska­zał głową budy­nek.

Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem mię­dzy uczest­ni­kami i cha­otycz­nie prze­glą­dała papiery. Pan Krzysz­tof wresz­cie wyszedł, zaczerp­nął świe­żego powie­trza.

— Zadzwoń do nich — pora­dził. — Powie­dzą, jak stąd tra­fić do pen­sjo­natu.

Pani Olga wyjęła tele­fon i zaczęła ner­wowo stu­kać w kla­wia­turę.

W tej chwili od strony domu dobiegł ich stłu­miony krzyk.

— Za wcze­śnie powie­dzia­łeś, że nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty. — Net już cofał się krok za kro­kiem w stronę drzwi. Nie on jeden. Gdy krzyk powtó­rzył się, był znacz­nie gło­śniej­szy. Ktoś pierw­szy wbiegł do auto­karu. Wtedy już wszy­scy zgod­nie rzu­cili się do środka.

— Niech pan odpala! — wrza­snęła pani Olga.

Pan Janusz ze zde­ner­wo­wa­nia nie mógł tra­fić klu­czy­kiem do sta­cyjki.

— Niech pan rusza!

Sil­nik, jak to zwy­kle w takich sytu­acjach bywa, nie chciał zapa­lić. Pan Janusz zamknął drzwi i wstał ze swo­jego miej­sca. Lewą ręką męczył roz­rusz­nik, prawą popra­wiał literę „J”.

— Będę ją trzy­mać! — Pani Olga rzu­ciła się na pomoc. Klęk­nęła na pod­ło­dze, chwy­ciła literę i posta­wiła ją pro­sto.

Nikt już nie spał. Nika wisiała na Necie, Regina dziw­nie bli­sko przy­su­nęła się do Felixa. Reszta ferio­wi­czów kuliła się na fote­lach bądź, prze­ciw­nie, stała przy­cza­jona w przej­ściu. Dwie Śmieszki pisz­czały i łado­wały się na kolana Olim­pij­czy­ków. Regina z fascy­na­cją wpa­try­wała się w czarne okna.

Sil­nik wresz­cie zapa­lił. Kie­rowca wci­snął gaz do końca i auto­kar, zarzu­ca­jąc i sypiąc śnie­giem spod kół, ruszył z miej­sca.

— To nie ta droga! — krzyk­nęła, ucze­piona litery „J”, pani Olga.

— Tamtą prze­cież nie pod­jadę. — Pan Janusz pró­bo­wał opa­no­wać pojazd i wce­lo­wać w drogę po prze­ciw­nej stro­nie podwórka.

— Więc na wprost! Byle dalej stąd!

Wje­chali mię­dzy drzewa. Pojaz­dem rzu­cało na wer­te­pach. Wszy­scy przy­trzy­my­wali się czego popa­dło.

— Wol­niej, bo wylą­du­jemy na drze­wie — powie­dział spo­koj­nie pan Krzysz­tof. — Nikt nas nie goni.

Pan Janusz zdjął nogę z gazu i ostroż­niej brał kolejne zakręty. Teraz już nikt nie miał poję­cia, gdzie jadą. Po poko­na­niu kolej­nego wznie­sie­nia zje­chali do małej dolinki. O pod­wo­zie zaszu­rał śnieg i auto­kar łagod­nie wyha­mo­wał, choć sil­nik pra­co­wał na wyso­kich obro­tach.

— Wto­pi­li­śmy — powie­dział kie­rowca. Zapa­dło pełne napię­cia mil­cze­nie.

— Ale jak to, wto­pi­li­śmy? — zapy­tała pani Olga, wciąż klę­cząc przy lite­rze „J”.

— Ani w przód, ani w tył. — Pan Janusz roz­ło­żył ręce.

— Co z pana za kie­rowca!

— Auto­karu wyciecz­ko­wego, a nie ratraka.

— Dobrze, że w ogóle tu doje­cha­li­śmy. — Opie­kunka wstała. — Ten rzęch pra­wie się roz­le­ciał po dro­dze.

— Spo­koj­nie — prze­rwał jej pan Krzysz­tof. — Przyj­rzyjmy się sytu­acji.

Wysiadł i obszedł auto­kar z latarką.

— Wszy­scy wysia­dają i pchają — pole­cił, gdy skoń­czył oglę­dziny.

— Kobiety też? — zapy­tała z obu­rze­niem dziew­czyna z kucy­kami.

— Dziew­czyny też.

— Miały być ferie, a nie rajd tere­nowy! Uświ­nię się…

Wszy­scy nie­chęt­nie wysie­dli, wpa­da­jąc w śnieg po kolana, po czym sta­nęli przed maską auto­karu. W lecie prze­bie­gała tędy droga, jed­nak teraz dolinkę przy­kry­wała gruba war­stwa śniegu. Nawet samo­chód tere­nowy miałby pro­blemy. Jedyne ślady, które pro­wa­dziły dalej, nale­żały do sku­tera śnież­nego.

— Moim zda­niem, bez szans — oce­nił Felix. Przy­ło­żył się jed­nak z innymi i naparł na karo­se­rię.

— Pul­sa­cyj­nie! — krzy­czał pan Krzysz­tof. — Równo z sil­ni­kiem. Roz­bu­jamy go.

Kie­rowca doda­wał gazu, wszy­scy pchali, a koła jałowo obra­cały się w śniegu. Pojazd ani drgnął, jakby tkwił w zasty­gnię­tym beto­nie.

— Trzeba powkła­dać gałę­zie pod koła — pora­dził chło­pak, któ­rego Felix od razu zapa­mię­tał jako prze­mą­drzalca. — I wyko­pać śnieg spod spodu. Tak wyko­pują samo­chody pro­fe­sjo­na­li­ści.

Pan Janusz wyłą­czył sil­nik i wysiadł. Przyj­rzał się opar­temu o śnieg pod­wo­ziu i powie­dział:

— Trzeba spro­wa­dzić trak­tor. I to duży.

— Czy ktoś wie, gdzie jeste­śmy? — zapy­tała pani Olga.

— W lesie — odparł pan Janusz. — Dosłow­nie i w prze­no­śni.

Felix odszedł na bok, włą­czył GPS i chwilę wpa­try­wał się w ekran.

— Nie wychy­lajmy się — syk­nął mu do ucha Net. — Wiem, co kom­bi­nu­jesz. Chcesz roz­wią­zać pro­blem.

— Tu na mapie jest biała plama — stwier­dził Felix. — A wła­ści­wie zie­lona, bo wszę­dzie jest las. Ale… ozna­czy­łem punkt, gdzie jest pen­sjo­nat. Czyli ten wymarły dom.

— Mówi­łem ci, jak coś pój­dzie nie tak, na przy­kład jak nas tam zamor­dują, to wszy­scy będą mieć do nas pre­ten­sję. Tak jest zawsze. Winny musi być.

— Nie możemy tu noco­wać — szep­nęła Nika. — Nawet opusz­czony dom jest lep­szy niż śro­dek lasu.

— Ale nie bądźmy tymi, któ­rzy wpadną na ten pomysł — popro­sił Net. — Pamię­tasz umowę? Sto­imy sobie z boku, uda­jemy nie­moty i cze­kamy, co inni wymy­ślą.

Kon­ku­ren­cyjna paczka rów­nież stała z dala od grupy i szep­tała. Tymon nie mar­no­wał czasu i grał w PSP. Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem z tele­fo­nem nad głową.

— Nie ma zasięgu — powta­rzała. — No nie ma zasięgu!

— Trzeba wejść na pagó­rek — nie powstrzy­mał się Felix.

— Racja! — Ruszyła w noc, ale od razu się odwró­ciła. — Wy idzie­cie ze mną. — Wska­zała Marka i Mar­cina.

Nie­chęt­nie ruszyli za opie­kunką, wciąż trzy­ma­jąc w dło­niach puste rekla­mówki.

— Moim zda­niem to nie­do­pusz­czalne — ode­zwała się dziew­czyna z kucy­kami. Pró­bo­wała tup­nąć nóżką, ale znów jej nie wyszło – but wbił się w śnieg.

— Taka karma — stwier­dziła Nika.

— Wszyst­kie pod­ręcz­niki survi­valu radzą, żeby się nie odda­lać od pojazdu — wyre­cy­to­wał prze­mą­drza­lec.

— To zostań — odparł Felix, któ­remu tam­ten zaczy­nał już dzia­łać na nerwy. — Nikt nas nie będzie szu­kał. To my musimy zna­leźć pen­sjo­nat. Jest pół kilo­me­tra stąd.

— Te same pod­ręcz­niki radzą, żeby się nie roz­dzie­lać.

— No to będziesz miał dyle­mat — wtrą­cił Net. — Ewen­tu­al­nie możesz wybrać kom­pro­mis i prze­cze­kać noc w poło­wie drogi mię­dzy auto­ka­rem a pen­sjo­na­tem, gdzie będą wszy­scy.

— Czyli gdzieś na tam­tym pagórku. — Felix wska­zał naj­bliż­sze wznie­sie­nie.

— Dodzwo­ni­łam się — oznaj­miła rado­śnie pani Olga, zbie­ga­jąc z górki. — Wystrzelą rakiet­nicę. Roz­glą­daj­cie się.

Nad lasem roz­bły­sło białe świa­tło. Rakiet­nica została wystrze­lona na tyle bli­sko, że sły­chać było huk, a po chwili jego echo.

— Bli­sko. — Net narzu­cił ple­cak, ale wła­śnie przy­po­mniał sobie o czymś. — Bagaże…

Powoli docie­rało to do wszyst­kich. Dziew­czyna z kucy­kami rzu­ciła torbę w śnieg i zaplo­tła ramiona, obra­żona na cały świat. Dwie Śmieszki już się nie śmiały, przy­po­mniały sobie bowiem, że spa­ko­wały się w ele­ganc­kie walizki na małych kół­kach, zupeł­nie nie­do­sto­so­wane do tych warun­ków. Pan Janusz odgar­nął śnieg i otwo­rzył luk baga­żowy. Wszy­scy nie­chęt­nie zaczęli wycią­gać torby, walizki i ple­caki. A im kto miał tro­skliw­szą mamę, tym gorzej teraz na tym wycho­dził. Narty i snow­bo­ardy zostały. Jedy­nie kon­ku­ren­cyjna paczka wyjęła pokro­wiec z nar­tami.

— Wszy­scy gotowi? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Nie mogą tu po nas przyjść? — zapy­tała dziew­czyna z kucy­kami.

— Skoro wszy­scy gotowi, to idziemy. Nie zosta­wać w tyle.

Przy­ja­ciele tym razem posta­no­wili posłu­chać rady i ruszyli przo­dem. Felix spoj­rzał na kom­pas przy­pięty do paska ple­caka.

— Nie chcę was mar­twić, ale rakiet­nicę wystrze­lono wła­śnie z tego kie­runku, gdzie jest ten opusz­czony dom. Nawet jeżeli nie jest to nasz pen­sjo­nat, musi być tuż obok.

— Strach będzie wie­czo­rem wyjść na dwór — stwier­dziła Nika.

— To niczego nie dowo­dzi. — Net mach­nął ręką. — W tym samym kie­runku jest też Pałac Kul­tury.

Zauwa­żyli, że idą sami. Pan Krzysz­tof, obcią­żony jedy­nie nie­wiel­kim ple­ca­kiem, znik­nął z przodu. Reszta guz­drała się, pró­bu­jąc odwlec męczący i nie­wąt­pli­wie nie­przy­jemny marsz. Dziew­czyna z kucy­kami wlo­kła obu­rącz wielką walizę, którą trudno byłoby cią­gnąć nawet po zwy­kłym traw­niku. Rozej­rzała się i jej wzrok padł na Tymona.

— Gdy­byś był gen­tle­ma­nem — oświad­czyła wynio­śle — wziął­byś moją walizkę.

Chło­pak spoj­rzał na nią i zamru­gał nie­pew­nie. Naj­wy­raź­niej czuł się nieco zagu­biony w ciem­nym lesie, bez kon­soli w dło­niach.

— A powi­nie­nem…?

— Powi­nie­neś. — Wetknęła mu w dłoń uchwyt walizki.

— Nie znamy się nawet.

— Tekla. Zobacz, tak jest lepiej, bo będziesz trzy­mał rów­no­wagę.

Rze­czy­wi­ście, jego torba nie miała paska na ramię, więc niósł ją w dru­gim ręku.

— O, to i nasze weź — rzu­ciła jedna ze Śmie­szek.

— Chyba w zęby — wark­nęła Tekla. — Nie widzi­cie, ile już musi dźwi­gać? Zero zro­zu­mie­nia…

Śmieszki chwilę szep­tały mię­dzy sobą, po czym zatrzy­mały wzrok na Marku i Mar­ci­nie, któ­rzy wspól­nie nie­śli mię­dzy sobą wielką torbę. Pode­szły, zaga­dały i jakoś tak w natu­ralny spo­sób rączki ich wali­zek zna­la­zły się w wol­nych dło­niach chło­pa­ków, a one same szcze­bio­tały coś do nich, idąc obok. Olim­pij­czycy nie wyglą­dali na prze­ję­tych ani jed­nym, ani dru­gim i zwy­czaj­nie pocią­gnęli torby za sobą, jakby to były sanki.

Gdy już wszy­scy dobrnęli w głę­bo­kim śniegu na szczyt wznie­sie­nia, zro­zu­mieli, że nawet wycieczka kul­tu­ry­stów nie wepchnę­łaby auto­karu pod górę.

— Musimy tak gnać? — wysa­pał Tymon.

— To natu­ralne — wyja­śnił Felix. — Nikt nie chce iść ostatni.

— To ja popro­szę o krótką prze­rwę.

— No co ty? — zdzi­wiła się Tekla. — Prze­szli­śmy nie­całe sto metrów.

— Rany, już nie mogę…

— Zróbmy prze­rwę — posta­no­wiła pani Olga. — Nerwy mi odpoczną.

Zatrzy­mali się. Tymon usiadł na swo­jej tor­bie. Widzieli już prze­bi­ja­jące zza drzew świa­tło. Ich cel był cał­kiem bli­sko.

— Ciii… — Tekla przy­ło­żyła palec do ust. — Sły­szy­cie?

Ktoś albo coś ciężko oddy­chało. Ferio­wi­cze zbili się w cia­sną grupkę i rzu­cali wokoło nie­spo­kojne spoj­rze­nia. Teraz przy­po­mnieli sobie, że w pobliżu na­dal jest opusz­czony dom.

— To gdzieś z góry — oce­nił Tymon.

— Nie, stam­tąd… — Jedna ze Śmie­szek wska­zała mię­dzy drzewa.

— Niedź­wie­dzie tak nie oddy­chają — powie­działa Laura.

— Niedź­wie­dzie… — prych­nęła pogar­dli­wie Regina. — Chcia­ła­byś, żeby to był niedź­wiedź.

W ciem­nym lesie nie dało się niczego dostrzec. Chmury zasła­niały świa­tło księ­życa. Oddech ucichł jak urwany. Wszy­scy jakoś zapo­mnieli o zmę­cze­niu i ruszyli szyb­kim kro­kiem, pra­wie bie­giem, w stronę świa­tła.

— Idzie tutaj! — pisnął Net i wska­zał przed sie­bie dra­ma­tycz­nym gestem.

Potężna bru­natna postać kro­czyła drogą wprost na nich. Wszy­scy zatrzy­mali się rap­tow­nie. Nika ści­snęła dłoń Neta, a co bar­dziej roz­sądni ferio­wi­cze zaczęli w przy­spie­szo­nym tem­pie roz­wa­żać dostępne opcje. Uciec? Dokąd? Potwór prze­cież oddzie­lał ich od wyba­wie­nia. Wra­cać do auto­karu? Tam znajdą się w pułapce. W las? Jesz­cze gorzej, bo to zapewne natu­ralne śro­do­wi­sko tego mon­stera.

— Ojoj… — wyrwało się Netowi. Nie mógł się poru­szyć.

Tym­cza­sem stwór zbli­żał się do ska­mie­nia­łej gro­madki, wbi­ja­jąc potężne wło­chate stopy w śnieg, z siłą, od jakiej trzę­sła się zie­mia. Już widać było świe­cące w mroku śle­pia. Nikt nie odwa­żył się skie­ro­wać w tamtą stronę latarki lub, co bar­dziej praw­do­po­dobne, nikt nie wpadł na ten pomysł. Ci, któ­rzy stali naj­bli­żej, zaczęli się tylko krok za kro­kiem cofać. Nie­stety, napo­tkali sie­dzą­cego Tymona i bagaże, które sami przed chwilą posta­wili. Tekla i Śmieszki się wywró­ciły, Felix, Net i Nika odsu­nęli się wolno w stronę pobli­skich krza­ków, a sto­jąca na końcu druga super­paczka niby mogła się swo­bod­nie cofać, ale oba­wiała się roz­dzie­le­nia z grupą. Pani Olga stała jak zacza­ro­wana, z prze­ra­że­niem wpa­tru­jąc się w nad­cho­dzą­cego stwora.

— Co… co się tak guz­drze­cie? — wydy­szał zasa­pany potwór gło­sem pana Krzysz­tofa.

Dopiero teraz wszy­scy, któ­rzy mieli latarki, skie­ro­wali je na opie­kuna. Wyglą­dał zupeł­nie nor­mal­nie w swo­jej brą­zo­wej skó­rza­nej kurtce i zimo­wych butach.

— Nie świe­cić! — Zasło­nił się dło­nią. — Co z wami? Pik­nik tu urzą­dza­cie?

— Ja pier­dy­kam takie wczasy… — szep­nął Net. — To było mocne.

— Ile potrafi zdzia­łać wyobraź­nia — przy­znała Nika. — Chodźmy.

Wszy­scy, narze­ka­jąc, zebrali się do dal­szej drogi. Tymo­nowi nie chciało się już nieść walizki i torby, więc czer­wony z wysiłku po pro­stu cią­gnął je za sobą, posa­pu­jąc. Tekla szła przo­dem, więc tego nie widziała. Bez dal­szych przy­gód dotarli na polankę przed pen­sjo­na­tem.

— Ja pier­dy­kam… — powtó­rzył ze zgrozą Net.

Stali przed tym samym domem, przed któ­rym zatrzy­mali się pół godziny wcze­śniej. Jedyną róż­nicą była zapa­lona przed wej­ściem latar­nia i słabe świa­tła na par­te­rze. Felix z satys­fak­cją wyłą­czył GPS. Teraz wszy­scy mogli dostrzec wię­cej szcze­gó­łów budynku. Par­ter był muro­wany, a pierw­sze i dru­gie pię­tro wyko­nano z drew­nia­nych bali. Dom musiał być wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wany, bo róż­nej wiel­ko­ści okna umiesz­czono w prze­dziw­nych miej­scach, a mała wie­życzka wyra­sta­jąca z dachu wyglą­dała jak dokle­jona z tro­chę innej bajki. Dom wra­stał w zbo­cze, więc wysoki od frontu par­ter z tyłu ginął w pochy­ło­ści – tam pię­tro sta­wało się par­terem. Była jesz­cze piw­nica na wyso­kiej pod­mu­rówce, teraz czę­ściowo ukryta pod śnie­giem. Nad drzwiami wisiał drew­niany szyld z ledwo widocz­nym napi­sem „Pen­sjo­nat Trzy Kuzynki”. W tym oświe­tle­niu trudno było dostrzec coś wię­cej.

— Więc czemu przed­tem było ciemno? — zapy­tał Net. — Dni im się poso­liły?

Pan Krzysz­tof pierw­szy dotarł do drzwi. Były stare, wyko­nane z gru­bych desek, zawie­szone na solid­nych kutych zawia­sach. Naci­snął dzwo­nek. Po chwili szczęk­nął zamek i drzwi wolno się uchy­liły. Ferio­wi­cze z bez­piecz­nej odle­gło­ści obser­wo­wali posze­rza­jącą się szcze­linę. Chyba nikt by się nie zdzi­wił, gdyby wyło­niła się zza nich głowa wło­cha­tego potwora. Głowa uka­zała się, ow­szem, nawet zupeł­nie nor­malna, tyle że na wyso­ko­ści klamki. Nale­żała do star­szej kobiety.

— Wycieczka? — zapy­tała piskli­wym gło­sem.

— Tak — odpo­wie­działa rado­śnie pani Olga. — Biuro podróży Czarny Kot przy­bywa.

— Wejdą. — Otwo­rzyła drzwi na całą sze­ro­kość. — Zawoła panią Leoka­dię.

Odwró­ciła się i ode­szła w głąb domu. Miała nie wię­cej niż metr dwa­dzie­ścia wzro­stu, a do tego była dość pulchna.

— Przez chwilę myśla­łem, że tu będą schody w dół — szep­nął Net, prze­kra­cza­jąc próg.

— Ciii… — syk­nęła Nika. — Jesz­cze usły­szy.

— Usły­szała — rzu­ciła przez ramię kobieta, zupeł­nie tym nie­prze­jęta. Znik­nęła w kory­ta­rzyku.

— Pięk­nie zaczy­nasz — mruk­nęła Nika.

— No co, wymsknęło mi się.

Przez nie­wielki przed­sio­nek prze­szli do cie­plej­szego i jaśniej­szego wnę­trza. Sala zaj­mu­jąca więk­szą część par­teru miała grube, kamienne ściany i peł­niła chyba jed­no­cze­śnie funk­cję jadalni i pokoju dzien­nego. Na wprost wej­ścia znaj­do­wał się monu­men­talny komi­nek. Nie­stety, teraz wyga­szony, choć wciąż biło od niego cie­pło. Po dwóch jego stro­nach widać było krót­kie kory­ta­rzyki pro­wa­dzące do poza­my­ka­nych drzwi. Za komin­kiem zakrę­cały schody. Pod ścia­nami stały drew­niane ławy i stoły, a na środku pod­łogi, przed komin­kiem roz­ło­żono wielką skórę niedź­wie­dzia z wypcha­nym łbem skie­ro­wa­nym do pale­ni­ska. Obok stał wypchany rudy kot z oczami ze szkla­nych zie­lo­nych kulek. Na ścia­nach wisiało mnó­stwo nie­wielkich obra­zów i kilka ozdób, wśród któ­rych naj­więk­sze wra­że­nie robiły wypchane głowy zwie­rząt. Strop wyko­nano z gru­bych drew­nia­nych belek i desek. Żarówki w kin­kie­tach przy­ga­sały w nie­re­gu­lar­nych odstę­pach czasu, jakby ktoś bawił się ściem­nia­czem.

— Nie ma tele­wi­zora! — zauwa­żył ze zgrozą Net.

Ferio­wi­cze rzu­cali bagaże wprost na zie­mię i roz­pi­nali ubra­nia. Śmieszki ode­brały swoje walizki od Marka i Mar­cina i natych­miast zapo­mniały o ist­nie­niu chło­pa­ków. Teraz wresz­cie wszy­scy mogli spo­koj­nie ode­tchnąć i zapo­mnieć o szyb­kim mar­szu przez las. Ktoś dyszał gło­śniej od innych. Po chwili stało się jasne, że…

— Znów ten dźwięk — stęk­nął Net.

Śmieszki przy­po­mniały sobie o Olim­pij­czy­kach i szybko przy­su­nęły się do nich. Grupa zbiła się cia­sno na środku hallu.

— To coś przy­szło za nami — oznaj­miła gro­bo­wym gło­sem Regina.

— Jest pod pod­łogą! — krzyk­nęła Tekla. — Sły­szę go z dołu!

Ferio­wi­cze roz­pierz­chli się pod ściany. Tylko Net został na środku. Klep­nął się w czoło i wyjął z kie­szeni tele­fon.

— To SMS — ode­tchnął z ulgą.

Reszta grupy zaszem­rała z nie­za­do­wo­le­niem.

— Zmień na coś innego — popro­siła Nika. — Stra­szysz ludzi.

— Zmie­ni­łem wła­śnie na to. Sama ostat­nio chcia­łaś, żebym zmie­nił.

— Bo mia­łeś serię z kara­binu.

— Zasta­no­wię się. — Spoj­rzał na wyświe­tlacz. — To od Oskara. Hm… Ani razu nie użył słowa „wypas”.

— Wresz­cie zro­zu­miał, czym jest obóz har­cer­ski — zauwa­żył Felix.

— „To wygląda jak obóz dla uchodź­ców. Mam łóżko w pokoju tysiąc­o­so­bo­wym”. Jest też drugi. „Wła­śnie zga­sili nam świa­tło”.

Szmer roz­mów ucichł, do sali wkro­czyła bowiem wysoka i szczu­pła pięć­dzie­się­cio­latka. Miała na sobie ele­gancką, sta­ro­modną suk­nię się­ga­jącą nie­mal ziemi i futrzaną kami­zelkę. Czarne, mocno siwie­jące włosy upięła w kok. Zaplo­tła dło­nie i oznaj­miła:

— Nazy­wam się Leoka­dia, a ten pen­sjo­nat to Trzy Kuzynki.

Net miał na końcu języka pyta­nie o dwie pozo­stałe, ale wspo­mnie­nie wpadki sprzed chwili powstrzy­mało go przed jego zada­niem. Tuż obok przy­kuc­nął mały blon­dyn z nieco dłuż­szymi wło­sami i maj­stro­wał przy swoim ple­caku, nie­zbyt zain­te­re­so­wany sło­wami gospo­dyni.

— Moja kuzynka Leon­tyna pojawi się jutro na śnia­da­niu. Panią Hono­ratę spo­tka­li­ście przed chwilą. Zaj­muje się u nas porząd­kiem. Jutro zapewne pozna­cie pana Tobia­sza, który repe­ruje ciek­nące rury i dba o sprawy, które nie są inte­re­su­jące. — Powio­dła wzro­kiem po zdez­o­rien­to­wa­nej gru­pie. — Ale są konieczne. Ocze­ki­wa­li­śmy was dwie godziny temu.

— Duży ruch… i tro­chę zabłą­dzi­li­śmy — wyja­śniła pani Olga, po czym dodała z wyrzu­tem — gdyby przed drzwiami paliło się świa­tło, byłoby znacz­nie łatwiej tu tra­fić.

— Aku­rat mie­li­śmy awa­rię zasi­la­nia — odparła Leoka­dia. — Gałę­zie łamią się pod cię­ża­rem śniegu i prze­ry­wają kable. Uru­cho­mi­li­śmy już gene­ra­tor. Prąd będzie jesz­cze przez godzinę i kwa­drans.

— A potem? — zapy­tał szybko Net.

— A potem nie będzie prądu. Roz­lo­kuj­cie się w poko­jach. Za dwa­dzie­ścia minut podamy kola­cję. W tym domu obo­wią­zują pewne zasady, któ­rych kul­tu­ral­nym ludziom nie trzeba wyja­śniać. Naj­waż­niej­szą z nich jest obo­wią­zek pozo­sta­wie­nia swo­jego pokoju w takim sta­nie, w jakim się go zastało.

Odwró­ciła się i wyszła bez słowa wię­cej. Przy­ja­ciele popa­trzyli na sie­bie.

— Czy tak będzie codzien­nie? — zapy­tał Net. — Lulu o wpół do dzie­sią­tej?

— Może cho­dzi o gene­ra­tor — zasta­no­wił się Felix. — Oszczę­dzają paliwo. Na szczę­ście wzią­łem zapa­sowe aku­mu­la­tory do latarki. Dobra, ruszmy się, bo… — Felix zro­bił pierw­szy krok i runął jak długi. — Co jest…? — Spoj­rzał na swoje nogi. Sznu­rówki pra­wego i lewego buta były zwią­zane razem. Roz­su­płał je i wstał. Rozej­rzał się po ferio­wi­czach. Nie roz­po­znałby sprawcy, gdyby nie to, że Filip, jako jedyny, gapił się w sufit i pogwiz­dy­wał.

Felix nie zdą­żył zare­ago­wać, bo Nika szturch­nęła przy­ja­ciół i wska­zała w bok. Kon­ku­ren­cyjna paczka już wspi­nała się po scho­dach, a więk­sza część grupy wła­śnie szła w ich ślady.

— Zajmą nam naj­lep­szy pokój — mruk­nął Net i szyb­kim kro­kiem ruszył za nimi.

Felix i Nika zro­bili to samo, choć nie mieli poję­cia, gdzie jest ten naj­lep­szy pokój.

— Spró­bujmy na pod­da­szu — szep­nęła Nika.

— Będzie zimno — powie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem Net. — I się nała­zimy.

— Ale będzie spo­kój — odparł Felix. — Opie­ku­no­wie wezmą pew­nie pierw­sze pię­tro, więc na strych nie będą czę­sto zaglą­dać.

— Więc na pod­da­sze — pod­su­mo­wała Nika.

Na pierw­szym pię­trze było pię­cioro drzwi, z czego jedne do łazienki. Kul­tura została na chwilę zawie­szona i krótki kory­ta­rzyk zamie­nił się w przed­sio­nek cha­osu. Przy­ja­ciele omi­nęli prze­py­cha­ją­cych się i w kilku susach wpa­dli na dru­gie pię­tro. Tu też były cztery pokoje. Pierw­szy zajął już Tymon, drugi Laura, a trzeci Regina. Czwarty, naj­więk­szy, był wolny, ale przy­ja­ciele już posta­no­wili.

— Czy­sto! — zawo­łał Net. — Idziemy na gotowe!

Ponie­waż schody były wąskie, a przed nimi nikogo, bez pośpie­chu wspięli się po trzesz­czą­cych stop­niach. Chaos pozo­stał niżej, na górze cze­kały na nich drzwi do spo­koj­nego wypo­czynku.

— To pod­da­sze wygląda na strych — zauwa­żył Felix.

— Na nie­uży­wany strych — spre­cy­zo­wał Net. Naci­snął klamkę. Drzwi były zamknięte.

Spoj­rzeli na sie­bie z prze­ra­że­niem i zbie­gli na dru­gie pię­tro. Do ostat­niego pokoju wcho­dziła wła­śnie kon­ku­ren­cyjna paczka.

— Roze­gra­li­śmy to jak ostat­nie lapety — jęk­nął Net.

Niżej nie mieli po co scho­dzić, tam było jesz­cze gorzej. Na szczy­cie scho­dów poja­wił się pan Krzysz­tof.

— Chłopcy oddziel­nie od dziew­czyn — powie­dział tylko i zszedł.

— Segre­ga­tor — dobie­gło przy­ci­szone z pokoju kon­ku­ren­cyj­nej paczki.

Net ode­tchnął i wyszep­tał kon­spi­ra­cyj­nie:

— Bie­rzemy ten z pra­wej.

— Zajął go już Tymon — zauwa­żył Felix.

— Nie bój nic. — Net uniósł palec. — Tym razem ja mam plan.

Wziął torbę Niki, pocią­gnął dziew­czynę za rękę i wszedł z nią do pokoju.

— Sły­sza­łeś, co powie­dział szef? — Poło­żył torbę na pod­ło­dze przy wol­nym łóżku. — Chło­paki oddziel­nie od dziew­czyn.

— Poważ­nie? — Tymon uniósł wzrok znad kon­soli.

— Śmier­tel­nie poważ­nie.

Z kon­soli dobie­gły dźwięk wybu­chu i smutna muzyczka.

— No i zgi­ną­łem. — Tymon skrzy­wił się. — Cały level do powtórki.

— Jak tu posie­dzisz jesz­cze chwilę, to szef za karę zabie­rze ci PSP.

Poskut­ko­wało. Tymon chwy­cił torbę, ple­cak i wypadł z pokoju z pręd­ko­ścią, o jaką trudno go było podej­rze­wać. Nika rozej­rzała się. Dwa stare drew­niane łóżka pod ścia­nami, wielka, rzeź­biona szafa, sto­lik pod ciem­nym oknem i jedno krze­sło.

— Dzięki, ale i tak mi kogoś dorzucą — powie­działa.

— Nie dzię­kuj, bo to… — Net roz­ło­żył ramiona i wydął policzki.

Nika unio­sła brwi.

— Aha. — Poki­wała głową. — Rozu­miem.

Wzięła torbę i wyszła z pokoju. Net napo­tkał spoj­rze­nie Felixa.

— Nie było czasu na wyja­śnie­nia… — powie­dział nie­pew­nie. — To była szybka akcja… Wiem! Prze­pro­szę ją.

Wyszedł na kory­tarz w chwili, gdy Nika docho­dziła do scho­dów.

— Weź, daj spo­kój, laska! — zawo­łał.

Spoj­rzała na niego, ale nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć. Po scho­dach wbie­gła aku­rat pani Olga. Zakrę­ciła się, rzu­ca­jąc roz­bie­gane spoj­rze­nia na kolejne pokoje.

— Roz­lo­ko­wani? — zapy­tała. — Nie, nie. Nie może­cie być razem. — Mach­nęła na kon­ku­ren­cyjną paczkę. — Ty się prze­nie­siesz tam, albo nie. Albo tak. Albo nie, cze­kaj, bo jest jesz­cze… A ty tam sama? — Odwró­ciła się do Laury. — To tak, już wiem. Nie, zaraz… Nic nie wiem. Tak się nie da.

Po kilku kolej­nych prze­no­si­nach w pokoju trzy­oso­bo­wym wylą­do­wały Nika, Laura i Regina. Kinga, bo tak się nazy­wała dziew­czyna z kon­ku­ren­cyj­nej paczki, prze­nio­sła się do Tekli. Jej dwóch kole­gów, Patryk i Adrian, zna­la­zło się w pokoju drzwi w drzwi z Feli­xem i Netem.

Net z roz­ma­chem rzu­cił na łóżko ple­cak, który odbił się i wpadł mię­dzy wez­gło­wie a ścianę. Net się­gał już po niego, ale zre­zy­gno­wał i mach­nął ręką. Felix kul­tu­ral­nie posta­wił swój worek na dywa­niku i czub­kiem buta prze­su­nął pod łóżko zde­chłego pająka leżą­cego na środku pod­łogi.

— Tylko zapa­mię­taj, gdzie dokład­nie leżał — ostrzegł Net. — Bo wiesz, mamy zosta­wić ten pokój w takim sta­nie, w jakim go zasta­li­śmy.

Wszy­scy jakoś się ulo­ko­wali i zeszli na kola­cję. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Felixa, dwa pokoje na pierw­szym pię­trze zajęli opie­ku­no­wie. Pana Janu­sza trzeba było doko­op­to­wać do pana Krzysz­tofa. Żaden z nich nie wyglą­dał na szczę­śli­wego z tego powodu.

Net tak wyma­new­ro­wał, żeby przy dłu­gim stole usiąść koło Niki. Zamy­ślony Felix zajął miej­sce obok.

— Chyba się nie obra­zi­łaś na poważ­nie?

— No wiesz — spoj­rzała na niego z wyrzu­tem. — Miłe to nie było.

— Sorry. I tak nie mogłaś być z nami. Co mam zro­bić, żebyś mi wyba­czyła?

— Coś wymy­ślę. — Nika uśmiech­nęła się lekko.

Zza drzwi kuchen­nych wyszła Hono­rata z kil­koma tale­rzami. Miała sil­niej­sze dło­nie, niż mogłoby się wyda­wać. Po chwili przed każ­dym wylą­do­wał talerz z grubą pajdą chleba z pasz­te­tem i kubas nie za gorą­cej her­baty.

— Pasz­tet z uczest­ni­ków poprzed­niego tur­nusu. — Net spró­bo­wał pierw­szy kęs i poki­wał głową ze znaw­stwem. — Wyborna ludzina. Żad­nych domie­szek ze środ­kami usy­pia­ją­cymi. Albo się wycwa­nili, albo piw­niczka już pełna.

Sie­dząca nie­da­leko Regina spoj­rzała na niego ciężko i wbiła zęby w chleb. Ferio­wi­cze dopiero teraz zaczy­nali naprawdę nawią­zy­wać zna­jo­mo­ści. W jadalni zro­biło się gło­śno. Śmieszki zmie­niły stra­te­gię i usia­dły po obu stro­nach Olim­pij­czy­ków, któ­rzy powoli zaczęli wyka­zy­wać zain­te­re­so­wa­nie gada­tli­wymi dziew­czy­nami.

Nika nachy­liła się do Neta i powie­działa:

— Wyglą­dają, jakby coś knuli. — Prze­nio­sła wzrok na kon­ku­ren­cyjną paczkę.

— My też tak pew­nie wyglą­damy — zauwa­żył Felix — jak się tak nachy­lamy do sie­bie i szep­czemy.

— No, ale my to my — odparł Net. — My to inna sprawa.

Kola­cja nie była wykwintna, ale też nikt nie został głodny. Hono­rata zebrała wszyst­kie tale­rze na raz, co przy jej postu­rze było nie­złym osią­gnię­ciem. Pan Krzysz­tof spoj­rzał na zega­rek i wstał.

— Jutro pobudka o wpół do ósmej, więc lepiej szy­kuj­cie się do snu. — Już szedł w stronę scho­dów.

Przez salę prze­szedł pomruk nie­za­do­wo­le­nia.

— Prze­cież są ferie… — zauwa­żył Net.

— Nie trać­cie czasu na narze­ka­nia. — Dziw­nym spo­so­bem w jego dłoni poja­wiła się kosme­tyczka. — Są tylko dwie łazienki, więc szy­kuje się nie­zła kolejka.

Na sali zapa­no­wało zamie­sza­nie, głów­nie wśród dziew­czyn.

— To nie zabrzmiało jak zachęta do wie­czor­nej tro­ski o higienę — stwier­dził Net.

* * *

Dziew­czyny tak długo oku­po­wały obie łazienki, że konieczne było prze­su­nię­cie wyłą­cze­nia świa­tła o pół godziny. Gdy zapa­dła ciem­ność, wszy­scy leżeli już w swo­ich łóż­kach. Dopiero teraz znik­nął szum gene­ra­tora i przez nie­szczelne okna, prócz chłodu, do pokoi docie­rał tylko szmer pobli­skiego stru­mie­nia.

— Jak tu cicho. I w dodatku ciemno. Nie zasnę tak na zawo­ła­nie — zrzę­dził Net.

Chwilę póź­niej już chra­pał. Felix pró­bo­wał czy­tać przy latarce czo­ło­wej, jed­nak po kilku linij­kach pod­dał się, zga­sił świa­tło i poszedł w ślady przy­ja­ciela.

Za to w pokoju za ścianą Nika naprawdę nie mogła zasnąć. Odczu­wała bli­żej nie­okre­ślony nie­po­kój zwią­zany z tym miej­scem. Pró­bo­wała odgad­nąć, co jest nie tak. Laura spała od kwa­dransa, a Regina sie­działa po turecku, nakryta koł­drą na głowę i w świe­tle małej latarki zapi­sy­wała coś w pajęcz­niku. Z wnę­trza jej groty docho­dziły ciche odgłosy skro­ba­nia pió­rem po papie­rze, a na prze­ciw­le­głej ścia­nie tań­czyły cie­nie. Regina iry­to­wała co prawda swoim sty­lem bycia, ale teraz Nika cie­szyła się, że nie leży w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści i ciszy. Wtedy wyobraź­nia zaczę­łaby dora­biać fan­ta­styczne wytłu­ma­cze­nia dla każ­dego skrzyp­nię­cia drew­nia­nego stropu. Nika nie była stra­chliwa, od kilku lat miesz­kała sama w małym, pół­to­ra­po­ko­jo­wym miesz­kanku wypeł­nio­nym sta­rymi meblami i wspo­mnie­niami lep­szych cza­sów. Jeśli już miała złe prze­czu­cia, to zwy­kle nie­stety oka­zy­wały się uza­sad­nione. A teraz wła­śnie je miała. Chciała wie­rzyć, że to tylko efekt stresu zwią­za­nego z podróżą, ze zgu­bie­niem drogi w lesie i awa­rią zasi­la­nia w pen­sjo­na­cie. A może i z tym, że jesz­cze wczo­raj nie była pewna, czy w ogóle poje­dzie na ferie. Im dłu­żej myślała, tym bar­dziej była nie­spo­kojna. Wła­ści­wie to w całym tym zamie­sza­niu nikt nie zauwa­żył, że nie wyja­śniło się, kto krzy­czał. No i jesz­cze ta pokrę­cona gotka…

Regina skoń­czyła pisać. Nakryła swój sto­lik nocny czar­nym obru­sem i zapa­liła na nim tea light6 w małej czer­wo­nej lata­rence.

— Nie boisz się pożaru? — zapy­tała Nika.

— Pożar nie jest naj­gor­szą rze­czą, jaka może się nam tu przy­da­rzyć — odparła gotka. — Ten pło­mień zabez­pie­czy nas przed czymś o wiele strasz­niej­szym.

To towa­rzy­stwo mi nie pomaga, pomy­ślała Nika.

Laura, która jed­nak nie spała, unio­sła się na łok­ciu i chwilę przy­glą­dała lata­rence.

— Będziesz odpra­wiać czarną mszę? — zapy­tała.

— Nie jestem sata­nistką.

— Masz naszyj­nik z pen­ta­gra­mem.

— Ale odwró­co­nym wierz­choł­kiem ku górze. To ochrona przed złymi mocami.

— Aha, czyli wszystko jasne. Ale tak na wszelki wypa­dek, nie skła­daj tu ofiar z gołębi, bo same musimy ten pokój potem posprzą­tać.

Odwró­ciła się ple­cami i nie ode­zwała wię­cej. Nika leżała, wpa­tru­jąc się w ledwo widoczny w poświa­cie lampki strop.

— Jakimi złymi mocami? — nie wytrzy­mała.

Regina nie spała.

— Też to czu­jesz?

Nika chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią.

— Chyba tak… Ale nie wiem, co to jest.

— Cier­pli­wo­ści. Wkrótce się prze­ko­namy.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji i jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są i będą pisane wielką literą. [wróć]

PSP (ang. Play­Sta­tion Por­ta­ble) – prze­no­śna kon­sola do gier firmy Sony. [wróć]

Copy, paste (ang.) – kopiuj, wklej. [wróć]

Gro­ucho Marx (1890–1977) – naj­słyn­niej­szy z braci Marx, ame­ry­kań­ski aktor kome­diowy. [wróć]

Może­cie o tym prze­czy­tać w książce Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek (cz. I i II). [wróć]

Tea light (ang.) – świeczka wyko­rzy­sty­wana jako źró­dło cie­pła w urzą­dze­niach mają­cych pod­grze­wać potrawy, m.in. do pod­grze­wa­nia her­baty. Czę­sto uży­wana rów­nież jako zwy­kła świeczka [wróć]

2. Desz­czowa wycieczka

Felix i Net dopiero po chwili zała­pali, że obu­dziło ich puka­nie do drzwi.

— Prosz!… — zawo­łał Net, otwie­ra­jąc jedno oko.

Zza zamknię­tych drzwi dobiegł ich głos pana Krzysz­tofa:

— Pobudka!

Net otwo­rzył dru­gie oko i spoj­rzał na zega­rek.

— Do szkoły wsta­jemy wcze­śniej, ale jakoś tak się czuję…

— Dużo tlenu i niż­sze ciśnie­nie. — Felix usiadł na łóżku. — Tro­chę zimno…

Net wysu­nął spod koł­dry jedną stopę. Scho­wał ją czym prę­dzej.

— Tro­chę?

Się­gnął do sto­ją­cego obok łóżka ple­caka po ubra­nie. Chwilę nagrze­wał je pod koł­drą, potem nało­żył, wciąż nie wycho­dząc z łóżka. Wresz­cie poli­czył do trzech i wysko­czył na pod­łogę.

— Dobra metoda — oce­nił i wyszedł z pokoju.

W dro­dze do łazienki spadł ze stop­nia oddzie­la­ją­cego ich część kory­ta­rza. Zła­pał rów­no­wagę i pomy­ślał, że cały ten dom powsta­wał bez pro­jektu. Wszę­dzie było pełno stopni, usko­ków, zało­mów ścian, czyli wszyst­kich tych rze­czy, które poja­wiają się zwy­kle, kiedy ktoś kich­nie pod­czas zapi­sy­wa­nia wymiaru i zamiast „metr trzy­dzie­ści” naba­zgrze „metr zybz­dzie­ści”. No i potem trzeba robić sto­pień.

Przed łazienką usta­wiła się już kolejka zło­żona z prze­stę­pu­ją­cych z nogi na nogę Laury, Reginy i Tekli. Net, szar­piąc brą­zowe włosy ster­czące teraz na wszyst­kie strony, ukła­dał fry­zurę, a raczej dopro­wa­dzał ją do stanu względ­nej syme­trii.

— Mogliby nas budzić eta­pami — zauwa­żył. — No i chyba nie znają przy­sło­wia, że kto rano wstaje, temu się nie udaje.

Do kolejki dołą­czyli Patryk, a po chwili i Adrian z kon­ku­ren­cyj­nej paczki. Wszy­scy wsłu­chi­wali się w odgłosy zza drzwi.

— Ktoś chyba myje głowę — obu­rzał się Net.

Na pię­tro weszła pani Olga.

— Naj­pierw dziew­czynki — zarzą­dziła.

— To nie­zgodne z kon­sty­tu­cją — zapro­te­sto­wał Net.

— Są dwie łazienki. — Nika wyszła z pokoju potar­gana i w powy­cią­ga­nych dre­sach. — Możemy się podzie­lić.

— To ja chcę górną — zazna­czyła Tekla.

— Ale przez więk­szą część wie­czoru będziemy sie­dzieć na dole — ziew­nęła Laura. Na gło­wie miała jado­wi­cie czer­wony stóg siana.

— Więc chcę dolną.

— Zde­cy­duj­cie się wresz­cie — pona­glał Net. — Mnie tam wszystko jedno, byle… byle­bym miał górną.

— Więc może… — Opie­kunka myślała inten­syw­nie. — Może… Rzu­cimy monetą.

Net szybko wyjął z kie­szeni dwu­zło­tówkę.

— Aku­rat przy­pad­kiem mam monetę. — Podał ją opie­kunce.

— No dobra… — Pod­rzu­ciła monetę tak mocno, że ta odbiła się od sufitu, pod­sko­czyła kilka razy na pod­ło­dze i zaczęła krę­cić bączka. Wszy­scy patrzyli na to z nie­cier­pli­wo­ścią, nawet nie zauwa­ża­jąc, że wła­śnie zwol­niła się łazienka – wyszedł z niej pan Krzysz­tof z mokrymi jesz­cze wło­sami. Wresz­cie moneta znie­ru­cho­miała. Pani Olga uklę­kła i zawy­ro­ko­wała – orzeł, czyli męski.

Kolejka się prze­gru­po­wała, bo jej część popę­dziła pię­tro niżej.

— Nie usta­li­li­śmy wcze­śniej, co ozna­cza orzeł — przy­po­mniała sobie Tekla, zatrzy­mu­jąc się w poło­wie scho­dów.

— Nie bądź rewi­zjo­nistką. — Net roz­wią­zał za nią pro­blem, wcho­dząc do łazienki.

* * *

Kamienny komi­nek po całej nocy był wciąż cie­pły w dotyku. Uło­żone na pale­ni­sku drewno cze­kało na pod­pa­le­nie, które to pod­pa­le­nie naj­wy­raź­niej jed­nak nie miało nastą­pić pod­czas śnia­da­nia. Teraz jadal­nia, jasno oświe­tlona wpa­da­ją­cymi przez małe okna pro­mie­niami słońca, wyda­wała się naj­zu­peł­niej nor­malną jadal­nią, naj­zu­peł­niej nor­mal­nego pen­sjo­natu, z naj­zu­peł­niej nor­malną, choć nieco niską wzro­stem obsługą. Wczo­raj­sze stra­chy wyda­wały się śmieszne.

Pod­czas gdy Hono­rata roz­no­siła tale­rze pełne kana­pek z szynką i kubki z kawą, pani Olga przed­sta­wiała plan dnia:

— Dziś mamy w pla­nach wycieczkę po oko­licy. Wszy­scy się roz­ru­szamy i pozbę­dziemy z płuc resz­tek miej­skiego smogu. Zna­czy, akli­ma­ty­za­cja. Jutro jedziemy na narty do… Aha! Nie jedziemy na narty, bo wto­pi­li­śmy auto­kar. Tak się to nazywa fachowo? — Spoj­rzała zna­cząco na pana Janu­sza.

— Tak się to nazywa nie­fa­chowo — przy­tak­nął uprzej­mie.

— Bo fachowo to się w ogóle nie wta­pia auto­karu — odparła z prze­ką­sem.

— Nie­fa­chowe jest pona­gla­nie kie­rowcy i wymu­sza­nie krzy­kiem, żeby jechał w las.

— Sam pan wje­chał w ten las.

— Ja kręcę kół­kiem, biuro podróży Czarny Kot mówi, gdzie mam jechać. Biuro chciało w las, to poje­cha­łem w las.

— A skąd ja mam niby wie­dzieć, że auto­kar może się zako­pać w śniegu?

— To powszech­nie dostępna wie­dza.

W drzwiach na zaple­cze poja­wiła się pani Leoka­dia. Tego dnia zamiast sukni miała na sobie długą pli­so­waną szarą spód­nicę i zie­loną koszulę. Nie­zmienna była tylko kami­zelka z kożu­cha.