Man of War. Tom 3. Bracia w chwale - H. Paul Honsinger - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Man of War. Tom 3. Bracia w chwale ebook i audiobook

H. Paul Honsinger

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Rok 2315. Ludzkość balansuje na krawędzi zagłady. Fanatyczna rasa Krag prowadzi religijną wojnę totalną, w której nie ma miejsca na negocjacje, litość ani jeńców. Cel jest jeden: całkowita eksterminacja gatunku ludzkiego.
W trzecim tomie cyklu „Man of War”, kapitan Max Robichaux oraz załoga niszczyciela „USS Cumberland” stają przed wyzwaniem, które przetestuje granice ich wytrzymałości, lojalności i człowieczeństwa. Dopiero co wyrwani śmierci po starciu z miażdżącą przewagą ośmiu pancerników, otrzymują rozkaz, który wydaje się wyrokiem. W ramach tajnej misji muszą przeniknąć głęboko za linię frontu. Sukces może złamać potęgę Krag i dać Ziemi upragniony oddech. Porażka oznacza koniec wszystkiego, co znamy.
Dlaczego warto sięgnąć po „Braci w chwale”?
Realizm: H. Paul Honsinger – pasjonat historii wojskowości – przenosi taktyczny geniusz epoki napoleońskiej i morską epikę Patricka O’Briana w próżnię kosmosu. Bitwy są logiczne, oparte na prawach fizyki i trzymają w napięciu do ostatniej sekundy.
Bohaterowie z krwi i kości: Max Robichaux, zwany przez podwładnych „Mad Maxem”, to dowódca genialny, ale i boleśnie ludzki, zmagający się z PTSD. Jego skomplikowana relacja z empatycznym doktorem Sahinem to emocjonalny fundament cyklu.
Epicka skala: „Man of War. Bracia w chwale” to military science-fiction w najczystszym wydaniu. Pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości Jacka Campbella i Davida Webera.
Dołącz do załogi „USS Cumberland”! W tej wojnie liczą się nie tylko maszyny, ale także braterstwo wykute w ogniu walki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 367

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Roch Siemianowski

Oceny
4,0 (10 ocen)
4
2
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
martkap

Całkiem niezła

Bomba Car, Car bomba. Przez "C", nie kar bomba...
00



Mojej najdroższej żonie, Kathleen. Jesteś sine qua non tych książek, naszej rodziny i mojego szczęścia. Nic nie istniałoby – nie może istnieć bez Ciebie. Jesteś najbardziej hojną, najmilszą, najmądrzejszą i najsympatyczniejszą osobą, jaką znam.

Masz mą wdzięczność i miłość z głębi serca… na zawsze.

Lake Havasu City, Arizona

Nota od autora

Aby ułatwić lekturę wszystkim kotom, młodym i innym żółtodziobom nieznającym terminologii i slangu stosowanych w Marynarce Kosmicznej Unii, na końcu tego tomu umieszczono słownik. Zawiera on większość skrótów, odnośników i wyjaśnień dotyczących pojęć, które możecie napotkać na kartach tej książki1.

Rozdział 1

Godzina 02:27 Z, 9 maja 2315

– Nowy kontakt! Odczyt masowy na kierunku trzy-pięć-siedem przerwa zero-sześć-osiem. Oznaczony jako Hotel Jedenaście i sklasyfikowany jako potwierdzony, wrogi. – Głos porucznika Kasparowa ze stacji sensorów wydawał się jakimś sposobem zarówno wyczerpany, jak i podekscytowany. – Zbyt mało danych do określenia odległości.

Oficer przerwał na chwilę, by posłuchać jakiegoś komentarza z pokoju wsparcia.

– Sir, tym razem nie robią absolutnie nic, aby się zamaskować. Aroganckie gnojki.

– Dziękuję. – Komandor porucznik Max Robichaux z Marynarki Kosmicznej Unii, kapitan niszczyciela USS „Cumberland”, potwierdził meldunek, ale nie skomentował uwagi. Nie dlatego, że była dopuszczalna, bo nie była, ale dlatego, że całkowicie się z nią zgadzał. A sądząc z szeptów i pomrukiwań, które rozległy się w bojowym centrum informacyjnym, nie on jeden. Załoga od siedmiu godzin znajdowała się w stanie pełnej gotowości bojowej i była już trochę nerwowa.

– Wydaje mi się, że jeden okręt szczuropyskich więcej nie robi nam żadnej różnicy. – Zastępca dowódcy Eduardo DeCosta miał nadzieję, że udało mu się przekonać podwładnych w większym stopniu niż siebie samego. – Jednak – dodał na tyle cicho, żeby słyszał go tylko Max – gdyby mnie pan o to pytał, skiper, uważam to za przejaw lekceważenia. Dowódca Krag uważa, że jesteśmy przyszpileni i nie stanowimy dla niego żadnego zagrożenia.

Max pokręcił głową, jeszcze raz spoglądając na główny wyświetlacz. To nie było pierwsze rodeo, w którym brał udział, ani nawet dziesiąte.

– Nie, ZDO – powiedział spokojnie i równie cicho – wyjście bez maskowania jest wiadomością, to prawda, ale pochodzącą od dowódcy całego zespołu szturmowego, a nie tego okrętu, a wiado­mość nie zawiera lekceważenia.

Max wstał od swojej konsoli i zbliżył się do zastępcy, nachylił się, jakby wskazywał mu coś na wyświetlaczu.

– Nie lekceważenie, Ed. Zastraszenie. Spójrz na to z ich perspektywy. Krag wiedzą już, co potrafi ten okręt. Wiedzą, że nawet w obliczu takiej przewagi możemy zadać im poważne straty. Ten dowódca Krag z całą pewnością nie chce szarpać się z ludźmi tak agresywnymi i zdeterminowanymi, jakimi byliśmy podczas bitew o Pfelung i Rashid V. Tak więc, zanim przystąpi do walki, komodor Piskacz chce nas pokonać psychologicznie. Wyczerpać naszą odwagę. Zniszczyć morale. Pobić nas. Złamać. Po dokonaniu tego rozwalenie nas na atomy będzie bułką z masłem. Albo z serem.

DeCosta uśmiechnął się słabo na żart Maxa i przetarł oczy. Był wyczerpany. Tak jak wszyscy na pokładzie. Napotkał wzrok dowódcy, równie zmęczonego czuwaniem w trybie alarmowym przez ostatnich pięćdziesiąt osiem godzin.

– Sir, nie powiem, że im się to nie udaje – powiedział.

Max skinął tylko głową, nie miał innej odpowiedzi.

Korzystając z tego, że już stał, dowódca rozejrzał się po BCI. Energia podwładnych była na wyczerpaniu. Choć nie mógł pozwolić im w tej chwili na odpoczynek, mógł przynajmniej w jakiś sposób próbować odbudować nadwątlone siły. Wrócił na swoje miejsce i nakazał kambuzowi przygotowanie i dostarczenie wszystkim członkom załogi kanapek i batonów energetycznych. Kawa i napoje dostępne były cały czas. Niewielki posiłek i dawka kalorii powinny zapewnić nieco energii na kilka najbliższych godzin.

Będą jej potrzebować.

– Mam wyraźny ślad Hotel Jedenaście – powiedział po kilku minutach porucznik Bartoli, oficer operacyjny. – Odległość nieco ponad siedem jednostek astronomicznych. Kurs jeden-sześć-osiem przerwa dwa-osiem-pięć. I jest to linia prosta. Żadnego kluczenia, zygzakowania, żadnych prób ukrycia kursu. Powiedziałbym, że drań jest bardzo arogancki. Tak czy inaczej, właśnie redukuje prędkość w standardowym tempie. Jest zbyt daleko na jakikolwiek odczyt wizualny, ale opierając się na spektrografii emisji głównego zespołu napędowego i naszych obliczeniach dotyczących masy, wstępnie klasyfikujemy go jako ciężki niszczyciel, prawdopodobnie klasy Dervish. Wygląda na to, że zamierza dołączyć do reszty grupy. Pozostałe okręty także porzuciły maskowanie. Odbieramy pełne spektrum elektromagnetyczne, odczyty masowe i podczerwone. Nie ma żadnych problemów z ich śledzeniem, sir.

Gdy tylko skończył, spojrzał w dół i zdawał się być czymś bardzo zajęty.

– Panie Bartoli – powiedział Max mentorskim tonem – nie zapomniał pan o czymś przypadkiem?

– Nie wydaje mi się, skiper.

Max spojrzał na niego zniecierpliwionym wzrokiem.

– Sir, nie chodzi panu chyba o to, abym… ummm…?

– Tak, panie Bartoli, chodzi mi o to, aby pan ummm – powiedział Max stanowczym, lecz nie ostrym tonem. – Do formacji nieprzyjaciela dołączył właśnie okręt. To zmiana sytuacji taktycznej wymagająca, aby oficer operacyjny dokonał krótkiego podsumowa­nia, by wszyscy obecni w BCI znali aktualną sytuację. To nie tylko wymóg regulaminu, ale odwieczna tradycja Marynarki. – Trzy ostatnie słowa wypowiedziane zostały tonem, jakim fizyk powiedziałby „zasady Newtona”. – Bez względu na to, jak wiele razy już pan to mówił ani jak bardzo jest to nieprzyjemne.

– Tak jest – powiedział z rezygnacją Bartoli. – „Cumberland” zacumowany jest do obiektu Pasa Kuipera o średnicy sześciu i czterech dziesiątych kilometra, znajdującego się siedemdziesiąt pięć i dziewięć dziesiątych jednostki astronomicznej od Monroe-Tucker B, głównej gwiazdy niezamieszkałego układu w sektorze Rubrulram. Hotel Jeden, Dwa, Cztery, Sześć, Siedem, Osiem i Dziewięć, a wkrótce także Jedenaście utworzyły ośmiojednostkową grupę poszukiwawczo-zamykającą, okrążającą nas w trzech wymiarach. Grupa ta składa się z jednego krążownika liniowego klasy Barbell, jednego lekkiego krążownika klasy Crusader i sześciu niszczycieli różnych klas. Aktualnie jest w trakcie zmiany szyku ze standardowego siedmiookrętowego na ośmiookrętowy. Wszystkie jednostki znajdują się w sześcianie o boku czterech jednostek astronomicznych, z „Cumberlandem” prawie na środku. Krag najprawdopodobniej wiedzą, że jesteśmy w tej okolicy, dryfując z OPK, jednak nie znają naszego dokładnego położenia. Trzy pozostałe jednostki nieprzyjaciela, Hotel Trzy, Pięć i Dziesięć, tworzą grupę przechwytującą. Wszystkie trzy są krążownikami klasy Crocodile. Rozmieszczone zostały po jednym przy każdym z punktów skoku tego systemu. Jeśli uda nam się umknąć z Kostki Zagłady Krag, to aby dokonać skoku, musimy pokonać krążownik o mniej więcej ośmiokrotnie większej sile ognia. Bez wykonania skoku nie uda nam się dotrzeć do domu, gdyż nie mamy wystarczającej ilości paliwa, by lecieć przy użyciu napędu kompresyjnego. Chyba że w pobliżu znajduje się jakaś stacja tankowania, o której nic mi nie wiadomo. Kolejną wspaniałą wiadomością jest to, że przechwyciliśmy liczne kodowane transmisje w pobliżu krążowników. Rozpoznanie i sensory zgadzają się co do tego, że przeciwnik pokrył przestrzeń w okolicach punktów skoku dronami Jackrabbit i Prairie Dog, a więc nie ma mowy o prześlizgnięciu się obok nich, nawet w trybie niewidzialności. Wyjścia są zamknięte. Z dobrych wiadomości: nadal pozostajemy niezauważeni. W pułapce, ale nie złapani. Sekcja maskowania melduje, że wszystkie systemy działają normalnie. Maskowanie termiczne pracuje z maksymalną efektywnością, kadłub schłodzony został do temperatury czterdziestu ośmiu i trzech dziesiątych kelwina, dokładnie odpowiadającej temperaturze obiektu Pasa Kuipera. Detektory podczerwieni z okrętów Krag widzą tu tylko czarną plamę: „To nie jest okręt, którego szukacie. Idźcie dalej”2. Wszystkie systemy okrętu, w tym podtrzymywanie życia, pracują w trybie minimalnego wydzielania ciepła, by oszczędzać pojemność zbiorników cieplnych, ale nawet przyklejeni do tej lodowej kuli musimy bardzo uważać, aby jej nie stopić i nie zdradzić naszej pozycji. Zbiorniki zapełnione są w dziewięćdziesięciu czterech i dwóch dziesiątych procent. W zależności od kalibracji i czułości sensorów przeciwnika zostało nam od godziny do półtorej. Monitorujemy wzorzec przeszukiwania Krag i czynimy pewne ekstrapolacje prawdopodobieństwa. Najbardziej praw­dopodobny czas, jakiego potrzebują, by nas wykryć, wynosi, co za zbieg okoliczności, od godziny do półtorej. Oczywiście możemy mieć szczęście i nie zostaniemy wykryci nawet przez trzy godziny albo też Krag będą mieli niesamowity fart i zdobędą potrzebne odczyty w ciągu kilku minut. Ale jestem mocno przekonany, że mamy co najmniej godzinę. Z równym prawdopodobieństwem wykrycie będzie spowodowane przepełnieniem zbiorników cieplnych, jak i aktywną detekcją Krag. Oczywiście od tego momentu wszystko staje się bardzo łatwe do przewidzenia. Po wykryciu Krag rozwalą nas na atomy. Wszystkie te okręty odpalą pełną salwę, co oznacza od dwudziestu pięciu do czterdziestu dwóch rakiet nadświetlnych typu Ridgeback, w zależności od tego, czy okręty pilnujące punktów skoku zdecydują się włączyć do akcji, czy nie. Rakiety nadlecą ze wszystkich kierunków, będą miały zsynchronizowane zapalniki czasowe. Taki atak jest niemożliwy do uniknięcia. Opierając się na poprzednich przykładach użycia tego typu rakiet, obliczeniach odległości, prędkości, czasie skanowania i kilku innych zmiennych, oceniam, że czas, który upłynie od wykrycia do destrukcji, to osiem minut i czterdzieści siedem sekund, plus minus dwadzieścia dwie sekundy. Jedyny powód, dla którego potrwa to tak długo, to duża odległość. I to wszystko.

Bartoli starał się mówić spokojnym, wyważonym tonem.

Nie do końca mu się to udało.

– Dziękuję, panie Bartoli, za te pokrzepiające wiadomości – powiedział Max. – Rozjaśnia pan nasze życie.

– Zawsze do usług, sir.

Kropki reprezentujące okręty przeciwnika wolno przesuwały się na przeznaczone im miejsca.

– Jednostki grupy zamykającej nie śpieszą się zbytnio – zauważył Bartoli. – Żadna nie używa więcej niż czterdzieści pięć procent mocy głównego napędu podświetlnego. Wydaje mi się, że wiedzą, że nigdzie się nie wybieramy.

– Nie w tym momencie, w każdym razie – dodał Max.

Dostarczono jedzenie. Max i pozostali obecni w BCI dostali kanapki z szynką, wołowiną, salami i pasztetem, a także całą gamę batonów energetycznych do wyboru. Proste jedzenie zapełniło żołądki i dało paliwo procesom metabolicznym, zdejmując choć jeden problem z umysłów oraz pozwalając się skupić na wykonywaniu zadania i przygotowaniu do prowadzenia walki. Podczas jedzenia mężczyźni przyglądali się, jak grupa zamykająca osiąga pozycje przewidziane przez Bartolego, zatrzaskując ludzi w gigantycznej kostce o boku długości sześciuset milionów kilometrów. Na jej każdym rogu znajdował się okręt nieprzyjaciela, oddalony od „Cumberlanda” o około pięćset milionów kilometrów.

Na początku Max i jego załoga mieli do dyspozycji cały system, w którym mogli się ukrywać. Teraz znaleźli się w przestrzeni odpowiadającej tej, jaką w Układzie Słonecznym wyznaczała orbita Marsa. Niektórym mogłoby się wydawać, że to mnóstwo miejsca, ale w rzeczywistości odpowiadało to sytuacji kompanii zamkniętej w górskiej dolinie. A Krag jeszcze nie skończyli.

Ludzie o tym wiedzieli. Max czuł rosnące napięcie, gdy przeciwnik uformował nowy szyk. Nie wiedział, na czym polegała psychologiczna różnica spowodowana pojawieniem się dodatkowego okrętu, jednak okrążenie przez osiem jednostek wydawało się o wiele groźniejsze niż przez siedem.

Siedem okrętów czy osiem. Bez znaczenia. Sytuacja i tak była beznadziejna. Przyglądając się wyświetlaczom taktycznym, oceniając siłę ognia przeciwnika i biorąc pod uwagę godne szacunku umiejętności dowódcze admirała Krag, Max oceniał, że szanse „Cumberlanda” wynoszą jeden do pięćdziesięciu tysięcy.

Gdy to sobie uświadomił, sam siebie zrugał w myślach za pesymizm.

W rzeczywistości był cholernym optymistą.

Bez wiedzy dowódcy i czyjejkolwiek autoryzacji mat Nyombe z pokoju wsparcia operacyjnego wrzucił scenariusz do komputera „Cumberlanda” i przepuścił go przez algorytm oceniający. Znany jako T-SEA program potrafił przewidzieć przebieg bitwy z dokładnością do dziewięćdziesięciu pięciu i siedemdziesięciu pięciu setnych procent. T-SEA na początku stwierdził, że „Cumberland” znajduje się w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji, a następnie podał wynik. Jeden do dziewięciuset osiemdziesięciu jeden tysięcy dziewięciuset sześćdziesięciu sześciu.

W przybliżeniu zupełnie spokojnie można było powiedzieć: „jeden do miliona”. W ten sposób zaokrąglony wynik w ciągu dwóch sekund dotarł do każdego zakątka okrętu. Stało się to tak szybko dzięki temu, że praktycznie wszyscy pozostający na służbie podłączeni byli do przynajmniej jednego kanału komunikacyjnego i wymieniali informacje w czasie rzeczywistym.

Oficjalnie kanały te przeznaczone były jedynie do przekazywania informacji związanych z wykonywaniem obowiązków. Regulaminy Marynarki nakazywały skiperom surowe karanie naruszenia „dyscypliny przekazu informacji”. W rzeczywistości jednak ścieżkami tymi przekazywano taką samą ilość plotek, co i oficjalnych informacji, a gdyby skiper zaczął zamykać wszystkich łamiących zasady, wkrótce zostałby na okręcie sam.

Krótka i zrozumiała dla wszystkich kalkulacja T-SEA przenosiła się po kanałach błyskawicznie, a wraz z jej rozprzestrzenianiem narastał w załodze nastrój fatalizmu. „Cumberland” mógł walczyć dzielnie do końca, ale los jego i dwustu piętnastu ludzi znajdujących się na pokładzie wydawał się przesądzony. O ile większość członków załogi przyjmowała to z opanowaniem charakterystycznym dla marynarzy nawykłych do myśli, że ich życie nie zakończy się w łóżku po wielu latach spokoju, o tyle wizja, że przestanie istnieć także okręt, napełniała umysły ludzi niepokojem, wywołującym determinację. Jeśli mieli umrzeć, to tylko zgodnie z najlepszymi tradycjami Marynarki Wojennej Unii. „Cumberland” miał odejść z dymiącymi lufami i flagą na maszcie.

Kapitan i ZDO nic z tego jednak nie słyszeli. Choć Max i DeCosta mogli wpiąć się w dowolny kanał komunikacyjny okrętu, czynili to niezwykle rzadko. Ludzie przy sensorach, w rozpoznaniu, operacyjnej i przy innych stacjach, które dosłownie i w przenośni otaczały dowódcę i zastępcę, byli podłączeni przez cały czas. A Maxowi i jego zastępcy zupełnie to wystarczało. Słuchanie uwag rzucanych przez obsadę mostka było doskonałym ekwiwalentem osobistego podłączenia do kanału. Ostatnie przekazanie informacji i tak najczęściej odbywało się twarzą w twarz. A w ciasnocie BCI ludzie przebywali tak blisko siebie, że czuli wzajemnie swój zapach.

Walka i dowodzenie nie opierały się tylko na maszynach, lecz przede wszystkim na ludziach. To oni walczyli.

Wiadomości z T-SEA nie dotarły jeszcze do wysepki dowódczej dlatego, że ludzie wokół nie szepnęli na ten temat ani słowa. Wszyscy w Marynarce doskonale wiedzieli, że są sprawy, o których skiper i ZDO muszą wiedzieć, i takie, o których wiedzieć nie mają prawa. A ta informacja, dzięki cichej zgodzie załogi, zaliczona została do tej drugiej kategorii.

– Wydaje mi się, że to już wszyscy, którzy mieli pojawić się na tym przyjęciu – powiedział Max, wskazując okręty przeciwnika. – I chociaż spodziewam się, że będzie to najbardziej ekscytujący poranek, na jaki stać Krag, wolałbym opuścić towarzystwo, zanim zabawa rozkręci się na dobre. Jestem otwarty na wszystkie błyskotliwe pomysły. A mówiąc szczerze, tych mniej błyskotliwych także chętnie posłucham.

DeCosta pokręcił głową. Chciał być bohaterem, który podrzuci ideę genialnego manewru, ratującego życie własne i kolegów, ale w jego cylindrze, podobnie jak w cylindrze dowódcy, nie było żadnego króliczka.

– No cóż, sir, jedyna rzecz, która obecnie przychodzi mi do głowy, to słowa komodora Middletona z „Podręcznika młodego dowódcy okrętu wojennego”. Pamięta pan rozdział zatytułowany „Techniki unikania przeważających sił przeciwnika”?

Uwaga DeCosty wywołała jedynie spojrzenie typu: „No chyba żartujesz”. Pytanie Maxa, czy pamięta coś z książki admirała Middletona, było jak pytanie egzaminacyjne profesora literatury alphaceńskiej o to, czy potrafi zacytować wers z „Lamentu nad Angkor Wat” Sok Vong Thana. Middleton, sprawujący obecnie funkcję admirała floty, od wielu lat był mentorem Maxa. Max idealizował go i znał praktycznie na pamięć książki Wujka Middy’ego.

– „Trzy M przy unikaniu przeważających sił przeciwnika to minuty – w znaczeniu czasu – manewry i mylenie przeciwnika” – zacytował Max i uśmiechnął się do zastępcy. – Zaczyna nam brakować pierwszych dwóch.

– Jednak pan – odparł DeCosta, również z uśmiechem – wydaje się być niewyczerpanym źródłem tego trzeciego.

Mylenie przeciwnika. Trzecie M. Maxa ulubione.

Niestety, „Cumberland” nie tylko prawie nie miał już czasu i przestrzeni do manewru, zasoby ludzkich emocji także były na wyczerpaniu, a sytuacji zupełnie nie poprawiał zwyczaj Krag, by wystrzeliwać rakietę lub dwie w kierunku każdego prawdopodobnego celu wygenerowanego przez ich komputer. Jedną lub dwie rakiety termonuklearne.

Spojrzawszy na chronometr, Max zorientował się, że takie wystrzelenie powinno nastąpić w najbliższym czasie. Gdy tylko otworzył usta, by podzielić się tą informacją, zobaczył, jak Kasparow tężeje.

– Wampir! Wampir! Wykryto skanowanie przez rakiety przeciwnika, typ Ridgeback, dwa źródła, oznaczone jako Wampir Dziewięć i Dziesięć. Kierunek jeden-siedem-trzy przerwa dwa-cztery-dwa. Odległość jeden i trzydzieści pięć jednostki astronomicznej. Prędkość półtora c.

Czasem Max nienawidził mieć rację. Szczególnie kiedy ta racja oznaczała zbliżanie się zaawansowanych, nadświetlnych, inteligentnych termonuklearnych rakiet przeciwokrętowych.

Gdy Kasparow, oficer sensorów, zlokalizował i sklasyfikował obiekt, odpowiedzialność za jego śledzenie i przewidywanie działań przejął Bartoli. Wszyscy w BCI wiedzieli, że przy odległości, z której zostały wystrzelone rakiety, wyznaczenie ich trajektorii zajmie Bartolemu i jego zespołowi około czterech sekund.

Na te cztery sekundy wszyscy zamilkli, wszyscy wstrzymali oddech. Czas wlókł się w nieskończoność, podczas której ludzie zastanawiali się, czy doczekają końca zmiany.

– Kurs Wampirów uległ gwałtownej zmianie – zameldował w końcu operacyjny.

Oznaczało to, że obie rakiety miną okręt z dużym zapasem. Załoga „Cumberlanda” nie zginie.

A przynajmniej nie w ciągu najbliższych dziesięciu minut.

– Mam wystarczającą ilość danych, by wygenerować przybliżoną trajektorię – powiedział Bartoli tonem o niemal oktawę niższym niż przed chwilą. – Najbliższy punkt znajdzie się jeden i czterdzieści pięć setnych miliona kilometrów od nas. Nie ma szans, że nas namierzą.

– Dziękuję – odparł Max.

Muszę coś zrobić. Może jest jakiś sposób zmylenia przeciwnika… taki jak schowanie się na widoku.

– Panowie, gdy te głowice wreszcie detonują i efekty detonacji dotrą do przeciwnika, jego skanery zostaną oślepione na około trzy minuty. Chcę wykorzystać ten czas na sprint w sam środek kuli ognia najbliższej eksplozji. Szczurzomordzi pomyślą, że w tym miejscu nas nie ma. A skoro oni będą wiedzieć na pewno, że nas tam nie ma, to ja chcę na pewno wiedzieć, że jesteśmy dokładnie tam.

Kilka osób uśmiechnęło się, słysząc dziwne zdanie, jednak wszyscy zrozumieli, co dowódca miał na myśli.

– Manewry, przygotować się do wykonania natychmiastowego skoku na te współrzędne. Maskowanie, czemu nie kupić nam nieco czasu? Wypromieniujmy trochę ciepła w momencie, gdy Krag nie będą tego widzieć. Proszę wysunąć radiator, gdy tylko fala dotrze do przeciwnika, i trzymać go aż do momentu, gdy kula wystygnie tak, by można nas było wykryć w podczerwieni.

Manewry i maskowanie potwierdziły rozkazy Maxa. Ten spojrzał w twarze podwładnych. Były ściągnięte, ale nie tak bardzo jak jeszcze kilka chwil wcześniej. Wiedzieli dokładnie to samo co on: ta seria manewrów nie wyciągnie „Cumberlanda” z kłopotów, ale uchroni go przed natychmiastowym zniszczeniem.

– Prawdopodobna trajektoria Krag wyliczona, skiper – oznajmił Bartoli. – Przekazuję ją manewrom.

– Panie LeBlanc, jak wiele pan wie o obiektach Pasa Kuipera? – zainteresował się Max.

– Jestem tylko kierowcą, nie astronomem, sir, a więc niezbyt dużo.

– Nie będzie pan miał więc nic przeciw temu, jeśli powiem, że ta kula śniegowa, na której siedzimy, to nie tylko zamarznięta woda, ale także metan, amoniak i inne substancje, niektóre dość łatwopalne. Tak więc wysoko niewskazane byłoby potraktowanie tychże substancji ogniem z dysz, bo mogłyby dość gwałtownie się zapalić, co w najlepszym wypadku zdradziłoby naszą pozycję Krag. Nie wspominając o tym, że nawigacja w chmurze odłamków byłaby odrobinę trudniejsza.

– Uwaga przyjęta, sir – powiedział, śmiejąc się, LeBlanc. – Dam panu łagodną separację.

– Wspaniale, panie LeBlanc, wiedziałem, że mogę na pana liczyć.

– Potwierdzam otrzymanie trajektorii. Kurs wyliczony – oznajmił sternik kilka sekund później.

Upływały minuty, podczas których rakiety Krag podążały po swoich sinusoidalnych ścieżkach, kręcąc nosami, by dać skanerom większe szanse na znalezienie celu. Ludzie na pokładzie niszczyciela wstrzymywali oddech, jakby bali się, że najlżejsze tchnienie może ich zdradzić.

Po około dziesięciu wydających się godzinami minutach Kasparow zameldował:

– Detonacja! Optyczne wykrycie eksplozji termonuklearnej na przewidywanym końcu lotu rakiety. Biorąc pod uwagę odległość i prędkość światła, głowice Wampirów Dziewięć i Dziesięć wybuchły pięć sekund temu.

Oficer podał jeszcze odległości, kierunki i siły wybuchów, a potem uruchomił stoper. Podróż promieniowania elektromagnetycznego z dwóch ponadpięćdziesięciokilotonowych głowic Krag do ośmiu okrętów oddalonych o trzy i pół jednostki astronomicznej miała trwać pół godziny. Przez cały ten czas załoga BCI siedziała w napięciu.

Max prawie słyszał, jak ludzie się pocą.

W końcu zegar wskazał zero. Promieniowanie dotarło do okrętów, oślepiając czułe sensory i pozwalając niszczycielowi na sprint życia.

Max pociągnął spust.

– Naprzód, LeBlanc, teraz!

W ułamku sekundy BCI przeszło ze stanu napiętego czuwania do akcji. Nelson wysunął płetwy radiatora, a LeBlanc i trzej mężczyźni pod jego komendą ostrożnie podnieśli „Cumberlanda” z przerośniętej góry lodowej i dwie minuty czterdzieści sekund później umieścili go w środku znikającej kuli ognia, powstałej po eksplozji rakiet. Po czterech minutach i pięćdziesięciu pięciu sekundach było po wszystkim. Sensory Krag odzyskały sprawność, a kula ognia, w której schował się „Cumberland”, zanikła na tyle, że okręt zdany był ponownie tylko na systemy maskowania. Tak szybko, jak wystartował, tak teraz zamarł bez ruchu, prawie nierozróżnialny od zimnej przestrzeni, w której dryfował z wyłączonymi silnikami, schowanymi płetwami radiatora, zasłoniętymi dyszami i bulajami, wygaszonymi światłami obrysowymi i kadłubem chłodzonym prawie do zera absolutnego. „Dziura w przestrzeni”. Całkowicie zamaskowany okręt był praktycznie niewidoczny – najtrudniejszy do wykrycia pojazd kosmiczny, jaki kiedykolwiek zbudowała ludzkość. „Cumberland” był czarniejszy od bezksiężycowej nocy. Niewidoczny i niesłyszalny, jak cień cienia.

– No dobra, a teraz uważnie obserwujmy. Miejcie oczy otwarte na wzorzec zachowań, błąd, cokolwiek, co moglibyśmy wykorzystać – powiedział Max.

– A co, jeśli nie popełnią błędu? – spytał cicho DeCosta.

– Wtedy będziemy musieli popełnić go za nich – odparł Max. „To nie zabrzmiało najlepiej”. – Wiesz, co mam na myśli.

– Tak, wiem. – DeCosta się uśmiechnął.

Max kupił im nieco czasu, ale tylko trochę. Wypromieniowali około piętnastu procent ciepła zmagazynowanego w zbiorniku, ilość, którą wkrótce nadrobią. Okręt został przesunięty na współrzędne tymczasowo wyeliminowane z poszukiwań, ale uzdolniony dowódca Krag mógł się zorientować w podstępie. Max opóźnił moment nieuchronnego wykrycia przez przeciwnika o maksymalnie dwie godziny.

– Zmiana kursu wszystkich kontaktów – zameldował Bartoli po kilku minutach. – Wygląda na to, że skracają dystans… Potwierdzam zmniejszenie odległości przez wszystkie jednostki grupy zamykającej.

Minęło kolejne dwanaście minut.

– Okręty grupy zamykającej zajmują nowe pozycje. Wytracają prędkość. Wygląda na to, że ustawią się w tych miejscach. – Na wyświetlaczu taktycznym pojawiło się osiem nowych punktów. – Każdy z okrętów jest mniej więcej tak samo oddalony od naszej pozycji i o około zero trzydzieści siedem jednostki astronomicznej bliżej niż poprzednio. Środek formacji znajduje się jedynie piętnaście setnych jednostki od naszego obecnego położenia, tak więc ich szacunki są bardziej precyzyjne niż poprzednio.

Kilka minut później białe punkty reprezentujące aktualne położenie okrętów przeciwnika pokryły się z czerwonymi. Bartoli wyłączył te ostatnie.

– Grupa zamykająca zajęła przewidywane pozycje – powiedział operacyjny. – W ciągu pięciu minut powinni podjąć skanowanie multistatyczne. Po zmniejszeniu dystansu jego intensywność będzie większa, tak więc eliminacja każdej sprawdzanej pozycji stanie się szybsza. Po odczycie ich nowego tempa skanowania będę w stanie podać prawdopodobny czas do wykrycia.

– Dziękuję, panie Bartoli.

– Zaciskają pętlę.

To ostatnie stwierdzenie, wypowiedziane wystarczająco głośno, by usłyszano w całym BCI, padło ze stacji komodora, znajdującej się na wysepce dowódczej, na lewo od Maxa. Była to konsola wyposażona w wyjątkowo wygodny fotel i podstawowy zestaw wskaźników. Zajmowana była przez lekarza, porucznika Ibrahima Sahina, szefa służby zdrowia „Cumberlanda”, którego pozamedyczne talenty obejmowały planetologię, lingwistykę, handel i dyplomację. Niektóre z jego uwag były często bardzo pomocne i przynajmniej raz uratowały okręt, co wyjaśniało, dlaczego znajduje się na wysepce dowódczej, podczas gdy zdecydowana większość SSZ nie miała nawet uprawnień, by samodzielnie wejść do BCI. Doktor zjawił się w centrum kilka minut wcześniej. W dłoni trzymał kubek z kawą, podany przez asystenta pokładowego.

Pomimo poprzednich zasług Sahina ta ostatnia uwaga sprawiła, że Max miał ochotę uzupełnić jego nie do końca dopasowany mundur o pasek taśmy klejącej na ustach. To było właśnie to, czego ludzie w BCI nie powinni słyszeć.

Nawet jeśli to była prawda.

Max spojrzał na Sahina i w odpowiedzi otrzymał zawstydzone wzruszenie ramionami, które potwierdził niemal niezauważalnym skinieniem głowy: reprymenda, przeprosiny, akceptacja przeprosin. Obaj mężczyźni wiedzieli, że Sahin ma zwyczaj mówić prawdę prosto z mostu, szczególnie wtedy, gdy nikt nie chce jej słuchać.

Tak jak teraz. W ciągu ostatnich kilku tygodni załoga przeżyła tyle stresujących sytuacji, że powinno to wystarczyć na długie lata. Zaliczało się do nich zaproszenie przez Vaaach na spotkanie piętnastego kwietnia na krańcu Galaktyki. „Cumberland” otrzymał wtedy ultimatum Krag wzywające do całkowitej kapitulacji. Po dostarczeniu dokumentu Unii załoga powinna otrzymać urlop przed powrotem na miejsce spotkania z odpowiedzią. Zamiast tego dni oczekiwania wypełnione były wytężoną pracą, gdyż – na wyraźny rozkaz admirała Hornmeyera – „Cumberland” otrzymał nowe, ulepszone konsole do BCI, które ustawione zostały w bardziej logicznym i funkcjonalnym układzie, a także nowy system uzbrojenia, nazywany przez załogę „wyrównywaczem”3.

Po zakończeniu prac „Cumberland” otrzymał wątpliwy przywilej powrotu drugiego maja w to samo miejsce i dostarczenia odpowiedzi ludzkości brzmiącej: NIGDY. Nie znając treści odpowiedzi, Max miał ją tylko przekazać. Kapitan, podobnie jak prawie wszyscy na pokładzie (z wyjątkiem kilku asystentów pokładowych), wierzył, że Unia zaakceptuje obietnicę Krag, że nie wymordują oni ludzkości, jeśli ta się podda.

Po dostarczeniu stanowczej odpowiedzi sprawy wydawały się układać pomyślnie. Na początku. Pod kontrolą potężnego okrętu Vaaach jednostka Krag wycofała się z punktu spotkania i pognała ku przestrzeni Hegemonii z prędkością dwóch tysięcy c. Gdy okręt był już poza zasięgiem sensorów, „Cumberland”, któremu Vaaach obiecali bezpieczny przelot przez swoją przestrzeń, także wycofał się w kierunku obszarów kontrolowanych przez Unię. Podróż przebiegała bez zakłóceń aż do momentu wyjścia z przestrzeni Vaaach.

Wtedy rozpętało się piekło.

Gdy „Cumberland” przeszedł przez punkt skoku do systemu Garbo-Watkins A, pierwszego poza przestrzenią Vaaach, czekały na niego dwa niszczyciele klasy Derrick z bronią wycelowaną na punkt skoku. Okręt zdołał uciec tylko dzięki temu, że Max, wiedziony przeczuciem, nakazał odpalić dwie rakiety typu Talon zaraz po wyjściu z punktu. Ponieważ komputery nadal znajdowały się w fazie restartu po skoku, był to „strzał na ślepo”. Głowice rakiet zaprogramowane zostały na szerokie skanowanie i detonację w pobliżu każdej jednostki, która nie odpowie właściwie na identyfikację swój-obcy.

Obie rakiety chybiły. Ponieważ nie zostały dokładnie wycelowane, przeciwnik miał cztery drogocenne sekundy na unik, zanim pociski pomknęły w jego stronę. Max nie uznał jednak rakiet za zmarnowane. Zajęci ratowaniem własnych ogonów przed termonuklearną zagładą, Krag nie mieli już czasu, by przeprowadzić własny atak na „Cumberlanda”, który przeszedł w tryb niewidzialności i uciekł.

Skok do następnego systemu, nazwanego przez jego mieszkańców Bonnevie, na krótko przed zabiciem ich wszystkich przez Krag, obył się bez przeszkód. Jednak gdy okręt przemierzał sam system, pojawiła się „szczurza wataha” złożona z czterech niszczycieli poruszających się na napędach kompresyjnych, wyraźnie polujących na „Cumberlanda”. Max użył systemów maskowania swojej jednostki, by uciec jednemu z nich, a potem go zestrzelić. Następnie przy pomocy drona emulacyjnego umknął dwóm kolejnym i wyślizgnął się czwartemu do punktu skoku. Cały proces trwał dwadzieścia jeden pełnych napięcia godzin.

Ten skok zawiódł „Cumberlanda” do niezamieszkałego systemu, znanego jedynie pod numerem katalogowym. Mimo że system nigdy nie był domem dla ludzi, dziś gościł turystów w postaci trzech krążowników Krag klasy Crustacean, które znalazły się tam przed niszczycielem. Jednostki gnały ku punktowi skoku, o którym wiadomo było, że przybliży ludzi o jeden krok do domu. Max w pełnym maskowaniu schował się w śladzie napędu jednego z krążowników i przez piętnaście godzin podążał za formacją do punktu skoku. Gdy okręty Krag tam dotarły, zaczęły przyjmować szyk przechwytujący, uruchomiły aktywne skanowanie i skupiły się na prawdopodobnych drogach podejścia Maxa, a ten prześlizgnął się między nimi z dużą prędkością i wykonał skok, zanim przeciwnicy zdołali go zlokalizować.

To wszystko zaprowadziło „Cumberlanda” i jego dowódcę tutaj: do systemu Monroe-Tucker B, gdzie zanim się spostrzegli, osaczeni zostali nie przez kilka niszczycieli ani nawet przez trzy krążowniki, a przez pełnowymiarową grupę szturmową pod dowództwem Krag, którego umiejętności sugerowały, że nosi przynajmniej odpowiednik stopnia komodora, jeśli nie kontradmirała. Do chwili obecnej nie popełnił ani jednego błędu, a swoich sił używał roztropnie i ostrożnie. Tym razem Krag byli zdecydowanie górą.

„Cumberland” zdany był tylko na siebie. Zbyt oddalony od sił Unii, by nawiązać łączność bezpośrednią, nie mógł skorzystać z przekaźników zakłócanych przez Krag.

Max pochwycił wzrok asystenta Olivera R. Hewletta, przydzielonego do BCI na tę zmianę do wszelkich czynności możliwych do wykonania przez dziewięciolatka, od podawania kawy do rozwalania łbów Krag za pomocą strzelby M-82, którą przewieszoną miał przez ramię. Skinieniem głowy w kierunku ekspresu do kawy Max zasugerował, że w tym momencie wolałby widzieć chłopca w roli kelnera niż rzeźnika. Kapitan zauważył, że niosąc gorący czarny napój, chłopak cały czas wpatruje się w wyświetlacz taktyczny.

Robichaux znał ten wzrok. Urodzony nauczyciel w jego duszy wiedział, że Hewlett zobaczył coś, czego nie rozumie, a w tej właśnie chwili był najlepszy moment, żeby mu to wytłumaczyć.

„To nienajlepsza chwila?” Z ośmioma wrogimi okrętami próbującymi wypracować nastawy strzeleckie, Max z całą pewnością mógł znaleźć sobie coś ważniejszego do roboty. Jeśli za kilka godzin ma być martwy, po co tracić czas na udzielanie lekcji taktyki asystentowi Hewlettowi?

Po co? Ponieważ jeszcze nie byli martwi!

– Dziękuję, panie Hewlett. Proszę tu spojrzeć, z łaski swojej... – Dowódca wskazał wyświetlacz. –...i powiedzieć mi, co pan widzi.

Nieprawdopodobnie blady chłopak, potrzebujący jedynie nieco brudu na twarzy i dziewiętnastowiecznego ubrania, by uchodzić za Olivera Twista, skupił całą uwagę, a jego uszy przybrały intensywnie różowy kolor. Przełknął ślinę i zwrócił niebieskie oczy na wyświetlacz – kolumnę światła ukazującą trójwymiarowy obraz „Cumberlanda” i okrętów wokół niego.

– Niebieski punkt to my, sir. Osiem czerwonych kropek na każdym z rogów sześcianu wokół nas to okręty grupy zamykającej Krag. Na wyświetlaczu widać półprzeźroczyste kule wokół każdego z nich, to PZD, prawdopodobny zasięg detekcji. Nawet przy naszych systemach maskowania musimy pozostawać poza tymi kulami albo Krag uchwycą nas swoimi sensorami… ponieważ „maskowanie czyni nas trudniejszymi do zauważenia, a nie niewidzialnymi”.

Max uśmiechnął się, słysząc jedną ze swoich ulubionych maksym.

Blednąc jeszcze bardziej pod wpływem subtelnej, ale ewidentnej aprobaty skipera, Hewlett kontynuował:

– Żółte i pomarańczowe obszary to strefy, które Krag wyeliminowali za pomocą intensywnego skanowania multistatycznego albo za pomocą rakiet.

– W porządku, Hewlett, pozwól, że ci tutaj przerwę. Jedną z przyczyn spowalniania procesu nauki jest to, że ludzie zapamiętują terminy, które nie do końca rozumieją, a potem sami sobie wmawiają, że wiedzą, o czym mówią. Proszę, powiedz mi coś o skanowaniu multistatycznym.

– Och, sir, to nic trudnego – odparł chłopiec z uśmiechem. – Jedną z funkcji maskowania jest przekierowywanie impulsów z aktywnych sensorów tak, by nie mogły po odbiciu wrócić do transmitera. To jakby obrócić lustro oświetlone z latarki o czterdzieści pięć stopni. Skanowanie multistatyczne stara się to zniwelować, wysyłając impuls z jednego punktu i próbując przechwycić odpowiedź w innym. Tak więc Krag skoordynowali skanery kilku okrętów: każdy z nich wysyła sygnały o określonej częstotliwości, które odbierać mogą pozostałe okręty. Wypełniając obszar wystarczającą liczbą strumieni z różnych kierunków i mając wystarczającą liczbę okrętów prowadzących nasłuch, można wykryć nawet najlepiej zamaskowaną jednostkę.

– Dokładnie tak, asystencie. Proszę kontynuować.

– Tak czy owak, sir, Krag uważają, że nie ma nas w żadnej z żółtych lub pomarańczowych części. Ale my siedzimy sobie w środku tej żółtej strefy, tak więc na razie jesteśmy bezpieczni.

– Doskonale, Hewlett. – Chłopak zapowiadał się na taktycznego geniusza. Ze wszystkich raportów wynikało, że zdecydowanie lepiej pasuje do środowiska okrętu wojennego niż do szkoły podstawowej na Archopin. – Wyglądałeś, jakbyś chciał o coś zapytać.

– Tak, sir. Sfery PZD nie stykają się ze sobą, są między nimi przerwy.

– Zgadza się.

– Czemu więc nie prześlizgniemy się przez taką przerwę?

– Zastanawiałem się nad tym samym – dodał doktor Sahin.

Max posłał mu spojrzenie znaczące: „Nie mogę uwierzyć, że tego nie wiesz”. Przesłana również wzrokiem odpowiedź mówiła: „Jestem lekarzem, a nie specjalistą od sensorów”.

– Panie Nelson, czy może pan to wytłumaczyć doktorowi i asystentowi?

– Z przyjemnością. Okręty Krag wygenerowały LeLo Hex.

– To znaczy?

– Heksahedron Lehrera-Łobaczewskiego.

– To znaczy? – Doktor pokręcił z frustracją głową. – Czemu uzyskanie użytecznej informacji od załogi tej jednostki przypomina wyrywanie zęba? Ile pytań muszę zadać, aby uzyskać odpowiedź, która nie zakłada, że znajduję się na okręcie wojennym, od kiedy byłem w wieku Hewletta?

– Staram się, sir, ale to trudniejsze, niż pan przypuszcza – powiedział cierpliwie Nelson.

Sahin przechylił głowę, oczekując na dalsze wyjaśnienia.

– Widzi pan, ja przebywam na okręcie wojennym od momentu, w którym byłem w wieku Hewletta. Prawie każdy, z kim rozmawiam, przebywa na okręcie od chwili, gdy był w jego wieku. Nie mam doświadczenia w komunikacji z ludźmi, którzy mają inną przeszłość.

Sahin rozważał to, co usłyszał, a potem głośno odetchnął, jakby wypuszczając z płuc wielomiesięczną frustrację.

– Rozumiem, panie Nelson. I bardzo dziękuję za wyjaśnienie. Proszę kontynuować.

– Dziękuję, sir. Cztery okręty, które znajdują się dokładnie w tej samej płaszczyźnie w przestrzeni i w odległości mniejszej niż dziesięć jednostek astronomicznych od siebie, mogą wytworzyć nieciągłość Lehrera-Łobaczewskiego. Jest to mikroskopijnie cienkie, sztucznie wytworzone zaburzenie w ciągłości czasoprzestrzeni. Jest tak cienkie, że dowolny okręt jest w stanie przeciąć je bez żadnego uszczerbku, jednak w tym momencie tworzy się wykrywalny strumień promieniowania Czerenkowa-Heaviside’a w miejscu, w którym przecięta została powierzchnia. Osiem odpowiednio ustawionych okrętów jest w stanie stworzyć sześć płaszczyzn znanych jako heksahedron Lehrera-Łobaczewskiego albo LeLo Hex. Zwykle LeLo Hex jest zbliżony do sześcianu. Okręt znajdujący się w jego wnętrzu nie może opuścić go bez zdradzenia swojej pozycji podczas przecinania nieciągłości. Przeciwnik dostaje w tym momencie bardzo konkretne dane. Następnie oświetla dany punkt intensywnym skanowaniem multistatycznym i po około trzydziestu sekundach ma gotowe nastawy strzeleckie. Tak więc wewnątrz heksa jesteśmy uziemieni, co w zasadzie neutralizuje nasze normalne atuty, czyli prędkość i maskowanie.

Hewlett zwrócił się w kierunku Maxa z wyrazem zatroskania na twarzy.

– Ale, sir, trzecie prawo użycia bojowego fregat i niszczycieli mówi: „Głównymi cechami bojowymi, a co za tym idzie – przewagami niszczycieli i fregat nad większością przeciwników są prędkość i maskowanie. Po pozbawieniu jednego lub obu tych czynników okręt skazany jest na porażkę”. Sir, straciliśmy naszą jedyną przewagę nad przeciwnikiem!

Max uśmiechnął się ciepło.

– Wszystko, co zostało tu powiedziane w ciągu ostatnich kilku minut, jest prawdą. Z wyjątkiem ostatniego zdania.

– Sir?

– Mamy jeszcze jedną przewagę.

– Jaką?

– Motywację. Jeśli chodzi o Krag, chodzi im o to, aby zaliczyć zniszczenie. Nam zaś zależy na tym, aby uniknąć zniszczenia. Przetrwanie jest silniejszą motywacją niż poczucie obowiązku, chwała, nienawiść czy cokolwiek innego, co wiedzie Krag. – Położył dłoń na ramieniu chłopca i spojrzał mu w oczy. – Chcesz żyć, Hewlett?

– Abso-kurwa-lutnie! – Po tak ewidentnym złamaniu protokołu asystent kontynuował prawie szeptem: – Sir. Znaczy tak, sir. Bardzo przepraszam, sir. Ale tak, chcę żyć.

– To tak jak i ja, synu. Dziękuję, panie Hewlett. To by było na tyle.

Młodzieniec wrócił na swoje miejsce.

Max pociągnął łyk kawy i spojrzał na wyświetlacz taktyczny, a jego wyczulony słuch wyłapywał szepty ze stacji wokół BCI. Powoli wstał i z założonymi do tyłu rękami zaczął przechadzać się wokół wyświetlacza, przyglądając mu się ze wszystkich stron, nieświadomy wzroku podwładnych śledzącego każdy jego ruch. Ludzie wypatrywali na jego twarzy śladu zadowolenia z pomysłu, który pozwoli im wszystkim wyrwać się z pułapki. Przez prawie piętnaście minut robił po kilka kroków, sprawdzał pozycje okrętów i ich postępy w skanowaniu, upijał kilka łyków kawy z kubka i opierał dłoń albo na chwycie pistoletu M-62, albo na rękojeści szabli abordażowej. Następnie powtarzał cały ten proces.

Do wszystkich zaczynało docierać, że nic nie przychodzi mu do głowy. Nie miał pomysłów. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza.

Nagle, po dwudziestym siódmym okrążeniu wyświetlacza taktycznego, Max się zatrzymał, opróżnił kubek i zawołał Hewletta, machając naczyniem mniej więcej w jego kierunku. Kolejna dolewka. Kolejnych kilka łyków. I w końcu krzywy uśmieszek na twarzy.

Wiedząc, co znaczy ten uśmiech, ludzie, którzy go zobaczyli, także zaczęli się uśmiechać i szturchać łokciami. A potem puścili w sieć: „Skiper wyciągnął z kapelusza kolejnego królika”, „Bagienny Lis coś wykombinował”. Wkrótce ludzie w najdalszych zakamarkach okrętu wymieniali znaczące uśmiechy i kiwnięcia głową. Może, chociaż tylko może, dożyją następnego dnia.

Nieświadomy nagłej zmiany nastroju na okręcie Max obrócił się do konsoli komputerowca.

– Panie Bales.

– Tak?

– Czy pamięta pan ten mały prezencik, który dali nam Vaaach?

– Tak jest.

Bales bardzo się starał, aby w jego głosie nie słychać było urazy. Prawie mu wyszło. Podczas ostatniej misji eskortowej „Cumberland” uszkodził krążownik Krag klasy Crayfish i ścigał go aż do przestrzeni Vaaach, gdzie zastał go walczącego z małą jednostką rozpoznawczą Vaaach, nad którą miał ogromną przewagę. Max przekonał młodego dowódcę Vaaach do wzięcia udziału w iście robichauxowskim manewrze, w którym oba okręty zdołały zniszczyć jednostkę Krag. To spowodowało dylemat u starszego dowódcy Vaaach, który pojawił się wkrótce potem. Surowe zasady Honoru Łowcy, przestrzegane przez Vaaach, wymagały, aby w takiej sytuacji podzielić się „mięsem” ofiary ze współłowcą, czyli Maxem. Skoro jednak „Cumberland” spowodował wyparowanie jednostki Krag za pomocą broni termonuklearnej, nie było żadnej fizycznej części okrętu, którą można było się podzielić. Jednostka rozpoznawcza użyła jednak wysoce zaawansowanej technologii rasy, by skopiować całą zawartość pamięci komputera pokła­dowego Krag. Tak więc łowcy mogli wypełnić swoje zobowiązanie w formie pamięci zewnętrznej zawierającej kopię wszystkich tych danych wraz z zaprojektowanym przez siebie interfejsem pozwalającym komputerom Unii je odczytać. Była to, dosłownie rzecz ujmując, największa zdobycz wywiadowcza wszech czasów. Pan Bales prędzej zapomniałby swoje nazwisko niż to, że miał dostęp do bazy danych krążownika Krag.

– Może się pan założyć, że pamiętam.

– Tak mi się właśnie wydawało – powiedział Max. – Kiedy dostaliśmy od Vaaach ten mały prezencik i przechowywał go pan, skopiował pan tyle, na ile wystarczyło pojemności pamięci. Wiem także, że gdy admirał Hornmeyer zabierał ze sobą moduł, nakazał panu zniszczenie wszelkich kopii ze względów bezpieczeństwa. Jednak, panie Bales – kontynuował Max – wiedząc, jak niedługo pan służy i jak „kreatywnie” podchodzi do interpretacji rozkazów przełożonych, zastanawiałem się, czy w całym tym zamieszaniu i stresie spowodowanym obecnością prawdziwego, żywego wiceadmirała, a szczególnie kogoś takiego jak admirał Hornmeyer, część z tych danych nie mogła się w jakiś sposób zawieruszyć.

Christopher Bales, którego praktycznie nieskończony geniusz komputerowy szedł w parze z ogólną błyskotliwością, nie potrzebował ani chwili, by włączyć się do tej gry. Zawstydzony spojrzał na swoje buty.

– Teraz, gdy pan o tym wspomniał, sir, przyznaję, że to były ciężkie chwile, a ja nie miałem dostępu do protokołu postępowania w momencie, gdy do komputera podpięta jest baza danych przeciwnika. Obawiam się, sir, że istnieje możliwość… że… emmm… popełniłem kilka błędów.

– Wstyd, panie Bales, ogromny wstyd – kontynuował Max. – Nie chce pan chyba powiedzieć, że ze względu na pańską niekompetencję część danych mogła zupełnie przypadkowo uniknąć skasowania?

– Skiper, z ogromnym zażenowaniem muszę panu zameldować, iż obawiam się, że gdzieś w serwerach poddanych kwarantannie mogą znajdować się wszystkie dane.

– Rozumiem – powiedział Max, szeroko się uśmiechając. Nie było możliwości, aby moduły pamięci pomieściły więcej niż jedną dwudziestą danych Krag. Trzeba było zaufać Balesowi, że zachował to, co najważniejsze. – Jestem pewien, że kiedyś poniesie pan zasłużoną karę. A skoro już jesteśmy przy temacie, to nie przypuszczam, aby ta pozostała część zawierała dane na temat systemów obrony punktowej Krag?

– I tu mnie pan ma, sir. Bardzo prawdopodobne jest, że tego także zapomniałem skasować. Co więcej, bałagan w moim wydziale może posuwać się tak daleko, że te informacje obejmują większość ich systemów bojowych, napędowych i nawigacyjnych.

– Jest pan zakałą USS „Cumberland”, młody człowieku. Wydaje mi się jednak, że skoro mamy te dane, możemy zrobić z nich użytek. Tak więc, zanim zastanowię się nad karą dla pana, która będzie adekwatnie wysoka do pana przewinień, proszę udostępnić te dane Specjalnemu Zespołowi Szturmowemu „Tygrys”.

– Nigdy nie słyszałem o takim zespole, sir.

– A to możliwe. Bo jeszcze go nie utworzyłem. Oficer wydziału przeciwśrodków?

– Jestem, sir – odezwał się Sauvé.

– Proszę zanotować rozkaz. Niniejszym tworzy się Specjalny Zespół Szturmowy „Tygrys”. W jego skład wchodzą: ZDO plus szefowie wydziałów: informatyki, operacyjnego, przeciwśrodków, uzbrojenia i maskowania. Panowie, jesteście zwolnieni z dotychczasowych obowiązków. Oczekuję szczegółowego planu w ciągu godziny. Możecie pracować w pokoju kontroli myśliwców. Jest wolny. ZDO, wie pan, czego oczekuję?

– Nowego wariantu ścięcia rogu Cagle’a?

– Nie inaczej.

Albo ślepe szczęście, albo genialna dedukcja.

– Ale, sir… – powiedział cicho DeCosta. – Wie pan…

– Tak, wiem – odparł równie cicho Max. – Książki mówią, że ścięcie rogu Cagle’a to bzdura. „Impala”, okręt flagowy Cagle’a, zniszczony. Sam Cagle martwy. Przetrwały tylko trzy jednostki z siedemnastu. My mamy jednak jedną rzecz, której nie miał „Wielki Wódz” Cagle.

– Dane z komputera Krag?

– Właśnie. Proszę wrócić za godzinę. Mamy trochę czasu, zanim Krag zorientują się, że wślizgnęliśmy się w dziurę, którą oni uważali za oczyszczoną. – Spojrzał w kierunku ekspresu. – Och, Hewlett?

– Tak, sir?

– Jest pan zwolniony z dotychczasowych obowiązków. Dołączam pana do zespołu „Tygrys” jako asystenta. Dostarcza im pan, czegokolwiek potrzebują. Pomaga we wszystkim. Jasne?

– Aye, aye, kapitanie.

Hewlett wiedział, że dowódca wyznaczył mu rolę chłopca na posyłki dla grupy wykończonych oficerów, wykonujących bardzo trudne zadanie pod ogromną presją, ludzi, którzy będą mieli bardzo niewiele, o ile w ogóle, cierpliwości dla takiego młodzika. Z trudem ukrywał radość.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy końcowe

1 Aby ułatwić korzystanie ze słownika, skróty użyte przez Autora, a niemające polskich odpowiedników pozostawione zostały w oryginalnym brzmieniu, a ich polskie rozwinięcia i objaśnienia znajdują w słowniku. Pozostałe, istniejące w terminologii polskiej, zostały umieszczone w polskim brzmieniu. Nazewnictwo stopni wojskowych przyjęte przez Autora, jakkolwiek najbardziej przypomina system amerykański, jednak różni się od niego nieznacznie. W tłumaczeniu, w miejscach, gdzie jest to możliwe, używane są polskie odpowiedniki stopni (szczególnie podoficerskich), w pozostałych zachowany został system przyjęty przez Autora. (przyp. tłum.)

2 Parafraza zdania wypowiedzianego do dwóch szturmowców Imperium przez Obi-Wana Kenobiego w „Nowej nadziei”. (przyp. tłum.)

3 Określenie „wyrównywacz” (oryg. the equalizer) w terminologii militarnej oraz publicystyce wojskowej oznacza broń lub technologię, która drastycznie niweluje dysproporcję sił między stronami konfliktu. Jest to również nazwa broni GAU-12/A Equalizer: amerykańskiego, pięciolufowego działka systemu Gatlinga (kalibru 25 mm), montowanego m.in. na samolotach pionowego startu (przyp. red.).

Wydawnictwo Starship www.axismundi.pl/imprint/starship

Tytuł oryginału: Brothers in Valor

Text copyright © 2015 H. Paul Honsinger

All rights reserved.

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with GRAAL, SP. Z O.O.

Copyright for this edition © 2026 by Starship / Grupa Wydawnicza Axis Mundi

Copyright for the Polish translation © 2026 by Starship / Grupa Wydawnicza Axis Mundi

Projekt okładki i ilustracje na okładce: Tomasz Maroński

Ilustracje wewnętrzne: Tomasz Maroński

Redaktor prowadzący: Marcin S. Przybyłek

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Bartosz Szumowski

Redakcja techniczna: Antonina Liedtke

Wydanie I Starship

ISBN: 978-83-8412-754-4

ISBN e-book: 978-83-8412-755-1

ISBN abonament: 978-83-8412-756-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie w całości lub w częściach

wyłącznie za pisemną zgodą wydawcy.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

Nota od autora

Rozdział 1

Przypisy końcowe

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Wprowadzenie

Dedykacja