Łowca dusz - Alex Kava - ebook
Opis

W położonym w ustronnym miejscu domu letniskowym  w Massachusetts sześciu młodych mężczyzn toczy śmiertelny pojedynek z agentami FBI.
Niedaleko FDR Memorial w Waszyngtonie zostaje znalezione ciało córki senatora.
Maggie O’Dell jest specjalistką od portretów psychologicznych seryjnych morderców, dlaczego więc jej szef zdecydował, że to właśnie ona powinna rozwikłać te dwie różne, pozornie niezwiązane ze sobą sprawy. Kiedy jednak Maggie i jej zawodowy partner zagłębiają się w nie, związek między tymi sprawami staje się widoczny. Łączy jej osoba wielebnego Josepha Everetta, charyzmatycznego przywódcy religijnej sekty. Młodzi mężczyźni z domu letniskowego okazują się członkami sekty Everetta. Córkę senatora zamordowano tuż po spotkaniu zorganizowanym przez wielebnego.
Kluczem do rozwiązania zagadki jest więc Everett, ale ten jest nietykalny, mieszka w pilnie strzeżonym obozie. Maggie próbuje dotrzeć do niego za pośrednictwem własnej matki, także członkini sekty.
Kim jest wielebny: szaleńcem, który ma tak silną pozycję, że może bezkarnie dokonywać przerażających mordów, czy jedynie kozłem ofiarnym, wykorzystywanym przez niezwykle przebiegłego zbrodniarza? Maggie zbyt późno zdaje sobie sprawę, że prawda jest o wiele bardziej skomplikowana...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 465

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alex Kava

Łowca dusz

Tłumaczenie: Katarzyna

Strzeż się łowcy dusz,

Który zjawia się w błysku światła.

Nie wierz jego słowom.

Nie patrz mu w oczy.

Bo skradnie ci duszę.

Uwięzi ją na wieczność całą

W małym czarnym pudełku.

Anonim

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Środa

20 listopada

Okręg Suffolk, Massachusetts

nad rzeką Neponset

Eric Pratt oparł głowę o ścianę. Niszczejący tynk pękał i kruszył się, a jego drobiny wpadały mu za kołnierz koszuli, przyklejając się do mokrego od potu karku niczym robactwo, które usiłuje wpełznąć pod skórę. Na zewnątrz zrobiło się cicho – za cicho – bo ta cisza przemielała sekundy w minuty, minuty zaś w wieczność. Czego oni tam szukają, do jasnej cholery? Przynajmniej wreszcie przestali walić światłem latarek po brudnych szybach.

Zmrużył oczy, żeby wypatrzyć garbate cienie swoich towarzyszy. Tkwili rozproszeni po całym pomieszczeniu, wyczerpani i spięci, a mimo to wciąż w pogotowiu. O zmierzchu ledwie ich widział, za to czuł zapach: kłujący nozdrza odór potu zmieszany z czymś, co rozpoznał jako smród strachu.

„Wolność słowa. Wolność od strachu”.

I gdzież się teraz podziewa owa wolność? Gówno! Wszystko to wielkie gówno! Dlaczego tak późno to zrozumiał?

Zwolnił uścisk dłoni, w których trzymał karabin szturmowy AR-15. Podczas ostatniej godziny dziwnie nabrał wagi, ale tylko on dawał jako takie poczucie bezpieczeństwa. Wstyd mu było, że z bronią czuje się pewniej, niż słuchając modlitwy z ust mamroczącego Davida czy słów pokrzepienia przekazywanych przez Ojca za pomocą aparatu nadawczo-odbiorczego. Zresztą jedno i drugie urwało się przed wielu godzinami.

No i w ogóle jaki pożytek ze słów, zwłaszcza w takiej sytuacji? Jaką mają moc teraz, gdy całą szóstką znaleźli się w pułapce w tym domu letniskowym? Gdy otaczają ich lasy najeżone agentami FBI i ATF [1]? Jakie słowa zdołałyby uchronić ich przed gradem kul, skoro spadli na nich żołnierze szatana? Wróg się zjawił, jak przepowiedział to Ojciec, i żadne słowa go nie powstrzymają. Trzeba by czegoś więcej, żeby to osiągnąć. Słowa to bezcelowe, niedorzeczne gówno!

I co z tego, że Bóg słucha tych bluźnierczych myśli? Niech słucha. I tak nic gorszego nie może już mu zrobić. Bo niby co?

Eric uniósł lufę i przytknął ją do policzka. Chłodny metal przynosił spokój i pewność siebie.

„Zabij albo zostaniesz zabity”.

Tak, akurat te słowa rozumiał i nadal im wierzył. Kiedy znów oparł głowę o ścianę, na włosy spadł mu skruszały tynk. Wciąż przypominał Ericowi robactwo, wszy, które zagrzebują się w tłustej skórze głowy. Zamknął oczy, żałując, że nie potrafi odstrzelić sobie mózgu. Może by tyle nie myślał. Co się kryje za tą pieprzoną ciszą? Co oni tam robią, do diabła? Wstrzymał oddech i zamienił się w słuch.

Z pompy w rogu nieprzerwanie kapała woda. Gdzieś tam w innym kącie zegar odmierzał głośno sekundy. Na zewnątrz jakaś gałąź skrobała o dach. Powiał chłodny wietrzyk, który dostał się do środka przez popękane szyby, niosąc ze sobą zapach sosnowych igieł i szelest liści. Natychmiast przypomniało mu to grzechot kości w tekturowym pudełku.

„I tyle tylko zostało. Po prostu pudełko kości”.

Kości i stary popielaty podkoszulek, podkoszulek Justina. Tyle właśnie zostało po jego bracie. Ojciec wręczył mu to pudełko, oznajmiając, że Justin był za słaby. Że za słabo wierzył. Że tak właśnie kończą ci, którzy nie wierzą.

Eric nie mógł pozbyć się obrazu białych kości, wyczyszczonych do cna przez dzikie wygłodniałe zwierzęta. Nie był w stanie znieść myśli, że niedźwiedzie albo kojoty – a może jedne i drugie – walczyły o to mięso, warcząc i rwąc je na strzępy. I jak on ma żyć z tymi koszmarnymi wyrzutami sumienia? Dlaczego pozwolił, żeby do tego doszło? Justin zamienił się w proch, w związki chemiczne, próbując go ratować, przekonując do wyjazdu. A jak on, Eric, mu się odwdzięczył? Nie powinien był dopuścić, żeby Ojciec odprawił rytuał inicjacyjny. Powinni byli zwiewać jak najdalej, gdy było to jeszcze możliwe. Bo jaką szansę ma teraz przed sobą? Czy nie wystarczy, że po bracie zostało tylko pudełko kości?

Wstrząsnął nim dreszcz. Wzdrygnął się i otworzył oczy, by sprawdzić, czy nikt niczego nie zauważył. Miał jednak przed sobą tylko ciemność, która całkiem pochłonęła wnętrze domu.

– Co się dzieje? – zaskrzypiał jakiś głos.

Eric poderwał się na nogi i zaraz przyczaił się w kucki, szykując karabin do strzału. Dostrzegał zamaszyste, sztywne ruchy pozostałych; panika postukiwała w metalicznym rytmie, kiedy naprędce sposobili broń.

– Davidzie, co się tam dzieje? – odezwał się znowu ten sam głos, tym razem łagodniej; towarzyszyły mu trzaski fal radiowych.

Eric wypuścił powietrze i nabrał go, wstał i osunął się wzdłuż ściany, patrząc, jak David czołga się w stronę aparatu nadawczo-odbiorczego.

– Ciągle tu jesteśmy – wyszeptał David. – Mają nas...

– Czekajcie spokojnie – przerwał mu głos. – Mary będzie u was za piętnaście minut.

Zapadła cisza. Eric zastanawiał się, czy którykolwiek z jego towarzyszy uznał zaszyfrowaną wiadomość Ojca za absurd. A może któregoś przynajmniej zdziwiła i oburzyła? Wtedy usłyszał, jak David przekręca pokrętło, zmieniając kanał na piętnasty.

W pomieszczeniu ponownie zapanowała cisza. Eric widział, jak pozostali zbliżają się do aparatu, z niecierpliwością wyczekując na płynące z niego polecenia, a może nawet jakąś boską interwencję. David też chyba na coś czekał. Eric chętnie zobaczyłby jego twarz. Czy boi się na równi z innymi? A może w dalszym ciągu odgrywa rolę nieustraszonego przywódcy tej spartaczonej, nieprzemyślanej misji?

– Davidzie – zatrzeszczał głos z aparatu. Kanał piętnasty był bardzo źle słyszalny.

– Jesteśmy tu, Ojcze – odparł David z wyraźnym drżeniem.

Eric czuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Jeżeli David się boi, to znaczy, że jest gorzej, niż im się wydaje.

– Jaka sytuacja?

– Jesteśmy otoczeni. Na razie nie było wymiany ognia. – David urwał i zakasłał, żeby jakoś dać upust lękowi. – Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia, musimy się poddać.

Na Erica spłynęła nadzieja. Rozejrzał się szybko, wdzięczny, że kryje go ciemność, wdzięczny, że koledzy nie widzą jego ulgi, nie widzą tej jego zdrady. Odłożył broń. Rozluźnił mięśnie. Tak, oczywiście, nie ma innego wyjścia, należy się poddać. To jedyna szansa. Poddadzą się i ten koszmar wreszcie dobiegnie kresu.

Nie pamiętał już nawet, jak długo to trwa. Od wielu godzin huczało na zewnątrz z głośnika. Reflektory zalewały dom oślepiającym światłem. A tam, wewnątrz, aparat warczał głosem Ojca, który wciąż przypominał im o bezwzględnej konieczności zachowania odwagi. Eric pomyślał, że odwagę i głupotę dzieli bardzo cienka linia.

Wtem zdał sobie sprawę, że Ojciec długo nie odpowiada. Zesztywniał, wstrzymał oddech i zamienił się w słuch. Na dworze szemrały liście. Coś się poruszyło albo wyobraźnia płata mu głupie figle. Czyżby wyczerpanie przeszło w stan paranoiczny?

I w tej właśnie chwili Ojciec szepnął:

– Jeśli się poddacie, będą was torturować. – To brzmiało wciąż tajemniczo, choć wypowiedziane zostało miękko, ze spokojem. – Nie pozwolą wam żyć. Przypomnijcie sobie Waco [2], przypomnijcie sobie Ruby Ridge [3]. – Zamilkł, a oni czekali jak zawieszeni na nitce, z nadzieją na jakąś konkretną instrukcję, a przynajmniej na słowa pocieszenia. Gdzie się podziały te wszystkie potężne zaklęcia, które potrafią leczyć i chronić przed złem?

Do uszu Erica dobiegł trzask złamanej gałęzi. Natychmiast chwycił za broń. Pozostali także to usłyszeli i szybko przeczołgali się po drewnianej podłodze, wracając na swoje stanowiska.

Eric nie zwracał uwagi na denerwujący łomot własnego serca. Krople potu spływały mu po plecach, a palce trzęsły się tak bardzo, że trzymał je z dala od spustu. Czy snajperzy zajęli już swoje pozycje? Albo, co gorsza, może agenci szykują się do podpalenia domu, tak samo, jak zrobili w Waco? Ojciec ostrzegał ich przed płomieniami szatana. Biorąc pod uwagę ilość materiałów wybuchowych, które składowali w piwnicy pod drewnianą podłogą, w ciągu kilku sekund znaleźliby się w niezłym piekle. I to bez drogi ucieczki.

Po raz kolejny światło reflektorów uderzyło w szyby.

Wszyscy pochowali się jak szczury, wciskając się we własne cienie. Eric niechcący uderzył strzelbą o kolano i osunął się po ścianie. Dostał gęsiej skórki. Jego nerwy znajdowały się na granicy wytrzymałości, serce tłukło się o żebra, nie pozwalając swobodnie oddychać.

– No i znowu – mruknął, gdy z głośnika na zewnątrz ryknął jakiś głos.

– Nie strzelać. Mówi agent specjalny Richard Delaney z FBI. Chcę tylko z wami porozmawiać. Może uda nam się rozwiązać to nieporozumienie bez użycia kul.

Eric miał chęć wybuchnąć śmiechem. Kolejne gówniane bzdury. Ale żeby się zaśmiać, musiałby się ruszyć, a on niczym tknięty paraliżem tkwił przyklejony do ściany, i tylko zaciśnięte na karabinie ręce mu drżały. Dałby głowę, że chodzi o kule, a nie żadne tam słowa. Już nie.

David odsunął się od aparatu nadawczo-odbiorczego i z bronią luźno spuszczoną u boku podszedł do frontowego okna. A ten co znowu wyprawia? Eric dojrzał jego twarz w świetle reflektorów. Spokojne oblicze Davida przyprawiło go o kolejną falę lęku.

– Nie pozwólcie schwytać się żywcem – skrzypiał tymczasem głos Ojca. – Jesteście bohaterami, dzielnymi wojownikami. Sami wiecie, co trzeba zrobić.

David kroczył w stronę okna, jakby niczego nie słyszał, jakby stracił słuch. Zahipnotyzowany oślepiającą jasnością, przystanął. Wysoki i szczupły, w aureoli światła przypominał Ericowi podobizny świętych z katechizmu.

– Dajcie nam minutę! – krzyknął David. – Potem wyjdziemy, panie Delaney, i porozmawiamy. Ale tylko z panem, z nikim innym.

Zanim David wyjął z kieszeni kurtki plastikowy woreczek, Eric zorientował się, że to kłamstwo i że nie będzie żadnego spotkania ani rozmowy. Na widok czerwono-białych kapsułek zakręciło mu się w głowie. Nie, to chyba sen. Musi być jakieś inne wyjście. Nie chce jeszcze umierać. Nie teraz, nie w taki sposób.

– Pamiętajcie, że taka śmierć to śmierć honorowa. – Głos płynął sobie gładki i czysty, zupełnie jakby Ojciec stał tuż obok nich i właśnie komentował myśli Erica. – Jesteście bohaterami, każdy z was jest bohaterem. Szatan nie ma do was dostępu.

Pozostali ustawili się w kolejce jak barany idące na rzeź, każdy pobrał śmiertelną kapsułkę i trzymał ją w dłoni z szacunkiem niczym hostię. Nikt się nie sprzeciwił. Na ich twarzach widniał wyraz ulgi, która nadeszła na skutek przedawkowanego strachu i zmęczenia.

Eric tkwił w miejscu, unieruchomiony przez konwulsje paniki. Kolana miał tak miękkie, że nie mógł się podnieść na nogi. Ściskał karabin, trzymając się go z całej siły, jakby było to jego ostatnie koło ratunkowe. David, zorientowawszy się w sytuacji, podszedł do niego i podał mu kapsułkę na wyciągniętej dłoni.

– W porządku, Eric. Połknij ją, nic nie poczujesz. – Jego głos był tak opanowany i pozbawiony wyrazu jak jego twarz. W oczach miał pustkę, jakby już uciekło z nich życie.

Eric wpatrywał się w maleńką kapsułkę, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Ubranie przykleiło mu się do ciała i nasiąknęło potem. A z radia wciąż sączył się ten sam głos:

– Czeka na was wszystkich o wiele lepszy świat. Nie obawiajcie się. Jesteście dzielnymi bojownikami, powodem naszej wielkiej dumy. Wasze poświęcenie uratuje setki innych.

Eric wziął kapsułkę drżącymi palcami, z wahaniem, które kazało Davidowi stać nad nim. David włożył swoją kapsułkę do ust i przełknął głośno, a potem czekał, aż to samo zrobią pozostali, w tym Eric. Ten ujrzał w oczach dowódcy, w jego ściągniętej twarzy, nadzwyczajny spokój. A może zżerał go już cyjanek potasu?

– A teraz wy – syknął David przez zaciśnięte zęby.

Wszyscy go posłuchali, Eric również.

Uradowany David wrócił do okna i zagrzmiał:

– Już w porządku, panie Delaney. Możemy z panem porozmawiać! – Potem podniósł broń i oparł ją na ramieniu.

Zgadując z ustawienia strzelby, Eric domyślał się, że David bez pudła trafi tego Delaneya w głowę i agent skończy życie, nim padnie na ziemię. A oni wszyscy zdechną, zanim David wystrzeli cały magazynek, a żołnierze szatana staranują drzwi domku letniskowego.

Eric, tak jak pozostali, leżał w oczekiwaniu na pierwszy strzał. Czekali, by cyjanek przedostał się z pustego żołądka do krwi. To nie powinno zająć więcej niż jakieś dziesięć minut. Liczyli na to, że zakończą życie, nim zaczną tracić oddech.

Wtem rozległ się strzał. Eric przyłożył policzek do zimnej podłogi. Czuł wibracje, słyszał trzask tłuczonego szkła i krzyki osłupienia na zewnątrz.

Gdy jego towarzysze czekali na śmierć, Eric Pratt po kryjomu wypluł ukrytą w ustach czerwono-białą kapsułkę. Nie, nie zamierza przemienić się w pudełko kości, jak stało się to z jego młodszym bratem. Woli podjąć ryzyko i spróbować swoich sił w walce z szatanem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Waszyngton

Obcasy pantofli Maggie O’Dell stukały po nędznym linoleum, zapowiadając jej nadejście. Jasno oświetlony korytarz, który przypominał pomalowany na biało betonowy tunel, ział pustką. Żadnych głosów, żadnych hałasów zza mijanych drzwi. Ochroniarz na parterze poznał ją, nim pokazała mu przepustkę, i puścił bez sprawdzenia dokumentu.

– Dzięki, Joe.

Odpowiedział jej uśmiechem, nie zorientowawszy się, że ukradkiem zerknęła na plakietkę z jego imieniem i nazwiskiem.

Zwolniła, żeby spojrzeć na zegarek. Do wschodu słońca brakowało jeszcze dwu godzin. Jej szef, dyrektor Kyle Cunningham, korzystając z telefonu, wyciągnął ją z łóżka. Zresztą nie była to jakaś wyjątkowa sytuacja. Jako agentka FBI Maggie przyzwyczajona była, że telefon dzwoni o każdej porze dnia i nocy. Nie było też nic dziwnego w tym, że szef wcale jej nie obudził, a jedynie przerwał beznadziejne miotanie się w pościeli. Znowu obudziły ją koszmary. Bank jej pamięci obfitował w znaczną liczbę krwawych, przewracających wnętrzności obrazów, które wystarczą jej chyba na całe lata. Na samą tę myśl zacisnęła zęby, zdając sobie przy okazji sprawę, że idzie ze zwiniętymi w kułak, opuszczonymi po bokach dłońmi. Otworzyła je gwałtownie, wyprostowała palce i poruszyła nimi, jakby chciała je ukarać za to, że ją zdradzają.

Jedno było w każdym razie zaskakujące w telefonie Cunninghama: jego spięty i zdenerwowany głos, który z kolei stał się powodem zdenerwowania Maggie. Ten człowiek był wręcz uosobieniem opanowania i równowagi. Pracowała z nim od dziewięciu już prawie lat i odkąd pamiętała, zawsze mówił spokojnie, chłodno i rzeczowo. Nawet wtedy, gdy ją za coś upominał. Tym razem przysięgłaby, że słyszała lekkie drżenie w tym głosie, emocje, które musiały wypłynąć na powierzchnię. To wystarczyło, żeby ją poważnie zaniepokoić. Jeśli ta sprawa tak bardzo wyprowadziła Cunninghama z równowagi, to znaczy, że jest źle. Bardzo źle.

Podał jej przez telefon kilka faktów, choć było jeszcze za wcześnie na szczegóły. A więc gdzieś w stanie Massachusetts nad rzeką Neponset doszło do wymiany ognia między agentami FBI i ATF oraz grupą mężczyzn ukrywających się w domu letniskowym. Trzech agentów odniosło rany, jeden zginął. Pięciu podejrzanych z domu letniskowego nie żyje. Szósty, jedyny, który przeżył, został przewieziony do Bostonu i zamknięty w areszcie federalnym. Służby wywiadowcze nie wiedzą jeszcze, kim jest ten młody człowiek, co to za grupa ani w jakim celu zgromadziła arsenał broni. A także dlaczego ci ludzie strzelali do agentów, a potem odebrali sobie życie.

Dziesiątki agentów przeczesują dom i okoliczne lasy, szukając odpowiedzi na powyższe pytania. Cunningham został poproszony o niezwłoczne wykonanie analizy podejrzanych. Wysłał już na miejsce zbrodni zawodowego partnera Maggie, agenta specjalnego R.J. Tully’ego. Maggie, ze względu na swoje przygotowanie z zakresu medycyny sądowej, otrzymała polecenie udania się do miejskiej kostnicy, gdzie sześciu zmarłych – pięciu młodych mężczyzn z domu letniskowego i jeden agent – czekało, by opowiedzieć jej swoją tragiczną historię.

Podszedłszy do otwartych drzwi w końcu korytarza, zobaczyła ich. Czarne worki ułożone jeden obok drugiego na stołach z nierdzewnej stali, stwarzające pozór jakiegoś makabrycznego dzieła sztuki. Wyglądało to nawet zbyt dziwacznie, by było prawdziwe. Zupełnie jak jej życie ostatnimi czasy. Bywało, że z trudem odróżniała to, co rzeczywiste, od tego, co należało do jej rutynowych koszmarów.

Ze zdumieniem ujrzała Stana Wenhoffa, który ubrany w fartuch czekał na nią. Zazwyczaj Stan zostawiał nocne wezwania swoim kompetentnym i zdolnym asystentom.

– Dzień dobry, Stan.

– Uhm – powitał ją znajomym burknięciem, stając plecami do Maggie i oglądając slajdy we fluorescencyjnym świetle.

Tak, będzie teraz udawał, że to wcale nie ta pilna i poważna sprawa wyciągnęła go z pościeli, choć w innym wypadku bez wahania wezwałby swojego asystenta. I wcale nie zależało mu na tym, żeby osobiście dopilnować, by wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. On po prostu nie mógł przepuścić okazji, by stać się obiektem zainteresowania mediów. Większość znanych Maggie koronerów i lekarzy medycyny sądowej byli to ludzie wyciszeni, poważni, czasem wręcz odludki. Większość, ale nie Stan Wenhoff, główny lekarz medycyny sądowej okręgu. Ten uwielbiał stawać w świetle reflektorów przed telewizyjnymi kamerami.

– Spóźniłaś się – warknął, tym razem zaszczycając ją spojrzeniem.

– Przyjechałam najszybciej, jak mogłam.

– Uhm – powtórzył. Grubymi, spiczasto zakończonymi palcami wsadził slajdy z powrotem do pojemnika, a uczynił to z trzaskiem, który sygnalizował, jak bardzo jest niezadowolony.

Maggie go zignorowała. Zdjęła żakiet i sięgnęła do szafy, nie czekając na zaproszenie, którego się nie spodziewała. Miała na końcu języka, że Stan nie jest jedyną osobą, która wolałaby znajdować się w tej chwili gdzie indziej.

Związała plastikowy fartuch w talii, zastanawiając się jednocześnie, jaka część jej życia kierowana jest przez morderców, którzy zmuszają ją do zrywania się z łóżka w środku nocy i polowania na nich w zatopionych w księżycowym świetle lasach, wzdłuż wzburzonych posępnych rzek, na pastwiskach lub polach kukurydzy? Uświadomiła też sobie, że tym razem jednak dopisało jej szczęście. Przynajmniej tego wczesnego ranka jej stopy są suche i ciepłe, w przeciwieństwie do stóp agenta Tully’ego.

Kiedy odwróciła się od szafy, okazało się, że Stan rozpiął już suwak torby pierwszego klienta i właśnie rozchylał worek, uważając, by jego zawartość – w tym także płynna – nie wydostała się na zewnątrz. Maggie uderzyła młoda twarz chłopca, tak gładka, że nie zdążyła jeszcze poznać ostrza maszynki do golenia. Chłopak mógł mieć piętnaście, najwyżej szesnaście lat. Za młody, żeby pić alkohol i głosować, nawet prawo jazdy jeszcze mu się nie należało. Za to dość dorosły, żeby wiedzieć, jak zdobyć półautomatyczną broń i jak się nią posługiwać.

Chłopak miał bardzo spokojną twarz. Nie było na niej śladu krwi, żadnych zadrapań ani ran, siniaków, niczego, co tłumaczyłoby tę śmierć.

– Cunningham mówił mi, że popełnili samobójstwo, ale nie widzę śladów po kuli.

Stan wziął plastikowy woreczek z blatu za plecami i podał jej nad ciałem chłopca.

– Wypluł to ten, który przeżył. Podejrzewam, że to arszenik albo cyjanek. Prawdopodobnie cyjanek. Siedemdziesiąt pięć miligramów cyjanku potasu całkowicie wystarczy.

W woreczku znajdowała się czerwono-biała kapsułka. Maggie z łatwością zobaczyła na niej nazwę wytwórcy. Takie kapsułki sprzedawano bez recepty jako lek na ból głowy. W tej ktoś wymienił zawartość, posłużył się nią jako wygodnym opakowaniem.

– A więc byli przygotowani na taką ewentualność.

– Jak widać. Cholera, skąd tym gówniarzom przychodzą do głowy takie pomysły?

Maggie podejrzewała, że nie był to pomysł chłopców. Ktoś musiał ich do niego nakłonić, przekonać, że nie wolno im się poddać. I chyba zrobiła to ta sama osoba, która zgromadziła broń, wypełniła kapsułki śmiercionośnym środkiem i nie zawahała się dla nieznanej idei poświęcić życia młodych ludzi. Ktoś o wiele bardziej niebezpieczny niż ci chłopcy.

– Moglibyśmy zajrzeć do pozostałych, zanim zaczniemy autopsję?

Maggie starała się zadać to pytanie najzwyczajniejszym tonem. Chciała się przekonać, czy wszyscy chłopcy są biali, co potwierdzałoby jej wstępne podejrzenie, że mogli należeć do jakiejś grupy o zabarwieniu rasistowskim. Stan od razu się zgodził. Pewnie sam był ciekaw, co zobaczy.

Zabrał się do suwaka kolejnego worka, celując spiczastym palcem w Maggie.

– Ale najpierw włóż te okulary, na nic ci się nie przydadzą na czubku głowy.

Nienawidziła tego, ponieważ jednak Stan miał kompletnego bzika na punkcie regulaminu, musiała go posłuchać. Zsunęła ochronne okulary na nos i wciągnęła lateksowe rękawiczki. Rozsuwając trzeci zamek błyskawiczny, zerkała na worek, którym zajął się Stan. Potem spojrzała znowu na to, co miała przed sobą, i gwałtownie zabrała ręce, jakby coś ją ukąsiło.

– Jezu drogi! – Wlepiła wzrok w poszarzałą twarz mężczyzny, na której widniała idealnie okrągła dziura po kuli, nieduża i czarna na tle bladego czoła. Słyszała chlupot jakiegoś płynu, który na szczęście nie wylał się z worka.

– Co jest?

Wzdrygnęła się. Stan pochylił się nad zwłokami, starając się zobaczyć, co ją tak przeraziło.

– To pewnie ten agent. Mówili, że jeden zginął – oznajmił zniecierpliwiony.

Maggie cofnęła się parę kroków. Jej ciało zlał zimny pot, chwyciła się blatu, nie dowierzając własnym nogom. Stan patrzył na nią, tym razem zaniepokojony.

– Znam go – powiedziała tylko i rzuciła się w stronę umywalki.

ROZDZIAŁ TRZECI

Suffolk, Massachusetts

R.J. Tully chorobliwie nie znosił furkotu śmigieł helikoptera. Nie chodzi nawet o to, że w ogóle bał się latać, ale lot tym właśnie wehikułem uświadamiał mu za każdym razem, że znajduje się dziesiątki metrów nad ziemią w czymś, co da się porównać wyłącznie do mydlanej bańki z silnikiem. Poza tym równie jazgotliwa maszyna po prostu nie może być bezpieczna, uważał. Z drugiej strony w duchu dziękował hałasowi za to, że uniemożliwia jakąkolwiek konwersację. Dyrektor Cunningham przez całą drogę był wyraźnie podenerwowany i przejęty. Fatalnie wpływało to na Tully’ego, który znał swego szefa od około roku. W ciągu tych wszystkich miesięcy jedynym wyrazem emocji Cunninghama była zmarszczka na czole. Ten facet nawet nie przeklinał.

Cunningham bawił się aparatem nadawczo-odbiorczym, usiłując zdobyć najświeższe informacje od zespołu, który znajdował się już na miejscu zbrodni. Jak na razie dowiedział się tylko tyle, że ciała zostały przewiezione samolotem do stolicy. W strzelaninie uczestniczył agent federalny, a zatem i śledztwo, w tym autopsja, miało być prowadzone pod nadzorem władz federalnych, a nie stanowych czy okręgowych. Dyrektor Mueller osobiście nalegał, by ciała przetransportowano do stolicy, a zwłaszcza ciało zastrzelonego agenta FBI.

W dalszym ciągu nie ustalono tożsamości zmarłych. Tully doskonale zdawał sobie sprawę, że szef nie może usiedzieć spokojnie, ponieważ nie zna nazwiska zabitego agenta, z tego powodu bez przerwy obraca i tłamsi coś w ręku i bez ustanku przestawia swoje radio, jakby zmiana częstotliwości mogła przynieść mu nowe dane. Marzył o tym, żeby Cunningham znieruchomiał. Zdawało mu się bowiem, że każdy dodatkowy ruch wzmaga trzęsienie helikoptera, choć wiedział też, że z naukowego punktu widzenia nie miało to sensu. A jeśli jednak miało?

Pilot ściął czubki drzew, rozglądając się za miejscem nadającym się do lądowania. Tully starał się nie myśleć o grzechotaniu pod swoim siedzeniem, które podejrzanie nasuwało porównanie ze zgrzytem obluzowanej śruby. Usiłował więc sobie przypomnieć, czy zostawił dla Emmy dość pieniędzy na stole w kuchni. Czy to dziś córka ma jechać na tę szkolną wycieczkę? Czy może w czasie weekendu? Powinien sobie takie rzeczy zapisywać. A swoją drogą Emma jest już wystarczająco dorosła, żeby być odpowiedzialną i sama pamiętać o takich rzeczach. I właściwie dlaczego z czasem nie staje się łatwiej?

Odnosił ostatnio wrażenie, że całe to jego rodzicielstwo przychodzi mu z wielkim bólem. Jeżeli wycieczka ma się odbyć tego dnia, to może nie zaszkodzi, jeśli Emma czegoś się przy okazji nauczy? Jeżeli zostawił jej za mało pieniędzy, może ją to nareszcie przekona, żeby poszukać sobie jakiejś dorywczej pracy? Skończyła przecież piętnaście lat. Kiedy Tully był w jej wieku, pracował po szkole i w czasie wakacji, nalewając benzynę na stacji Ozzie 66 za dwa dolary na godzinę. Czyżby świat uległ aż tak gwałtownej przemianie od czasów jego młodości? Zaraz, to było trzydzieści lat temu... Czy to możliwe, że to już trzydzieści lat?

Helikopter zaczął zniżać lot. Żołądek podszedł Tully’emu do gardła, natychmiast przywracając go do tu i teraz. Pilot postanowił wylądować na pasie trawy rozmiarów wycieraczki. Tully najchętniej zacisnąłby powieki. Zamiast tego wbił wzrok w rozdarcie na tyle skórzanego fotela pilota. Bez skutku. Widok gąbki i sprężyn przypomniał mu tylko o poluzowanych śrubach, które z hałasem turlają się pod jego siedzeniem. Zapewne koła odłączają się od helikoptera.

No i na domiar złego śmigłowiec siadł po kilku sekundach z podskokiem, werwą, łomotem i ostatnim fikołkiem żołądka Tully’ego, który pomyślał od razu o agentce O’Dell. Tak chętnie zamieniłby się z nią miejscami. Zaraz potem wyobraził sobie, jak przygląda się Wenhoffowi, który kroi ciała nieboszczyków. Odpowiedź okazała się prosta. Nie będzie się spierał. Wybiera helikopter, nawet taki z poluzowanymi śrubami.

Na spotkanie wyszedł im umundurowany żołnierz. Tully nie pomyślał o tym wcześniej, ale teraz wydało mu się całkiem logiczne, że Gwardia Narodowa z Massachusetts ochrania przepastny las. Tully i Cunningham zaczęli zbierać swoje manatki: kurtki przeciwdeszczowe, termosy i dwie teczki, cały czas pochylając głowy, żeby uniknąć dekapitacji przez rozszalałe śmigło. Żołnierz czekał na nich, służbiście stojąc na baczność. Gdy znaleźli się wreszcie w bezpiecznym miejscu, Cunningham pomachał do pilota, a ten, nie czekając ani minuty, poderwał maszynę, rozdmuchując liście, które po chwili opadły niczym szeleszczący czerwonozłoty deszcz.

– Proszę za mną, zaprowadzę panów na miejsce – odezwał się żołnierz. Sięgnął po teczkę Cunninghama, z miejsca odgadując, kto tu jest ważniejszy.

Tully był pod wrażeniem, natomiast Cunningham nagle przestał się spieszyć, tylko powoli uniósł rękę.

– Muszę znać nazwiska – powiedział. Nie brzmiało to jak pytanie, raczej jak rozkaz.

– Nie jestem upoważniony...

– Rozumiem – przerwał zastępca dyrektora. – Obiecuję, że zachowam to dla siebie, ale jeśli zna pan nazwiska, muszę je poznać. Muszę je poznać w tej chwili.

Żołnierz stanął znów na baczność, bez jednego mrugnięcia wytrzymując wzrok Cunninghama. Zdawało się, że nie wyda żadnej tajemnicy. Cunningham wiedział, co mu za to grozi. Tully nie wierzył własnym uszom, gdy szef się odezwał:

– Proszę mi powiedzieć. – Wyrzekł to cicho, niemal przyjacielskim tonem.

Żołnierz musiał uzmysłowić sobie, jak daleko posunął się Cunningham w łamaniu pragmatyki służbowej. Zmienił pozycję, jego twarz złagodniała.

– Naprawdę nie mogę podać panu wszystkich nazwisk. Powiem tylko, że ten zabity agent nazywał się Delaney.

– Richard Delaney?

– Tak, sir. Tak mi się zdaje. Przybył tu z grupą uderzeniową do ratowania zakładników, był negocjatorem. Słyszałem, że zgodzili się z nim rozmawiać. Zaprosili go do tego domu, a zaraz potem otworzyli ogień. Sukinsyny. Przepraszam, sir.

– Nie musi pan przepraszać. Dziękuję za informację.

Żołnierz odwrócił się i poprowadził ich między drzewami. Tully patrzył z przerażeniem na szefa. Jego twarz zbladła śmiertelnie, szedł nie jak zwykle wyprostowany, lecz lekko utykając, z pochylonymi plecami.

Zerknął na agenta.

– Spieprzyłem sprawę – powiedział cicho. – Właśnie wysłałem agentkę O’Dell na autopsję jej przyjaciela.

Tully zrozumiał wtedy, że ta sprawa będzie inna. Fakt, że Cunningham wypowiedział jednego dnia, i to w ciągu jednej i tej samej godziny, dwa słowa: „proszę” i „spieprzyłem”, nie wróżył dobrze.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Maggie wzięła zimny zmoczony ręcznik, który podał jej Stan, unikając wciąż jego wzroku. Wystarczył jej rzut oka, by stwierdzić, że się nią przejął, a nawet poważnie zmartwił. Miękki, puszysty ręcznik był zapewne prywatną własnością koronera, praną w domu, bo nie śmierdział cloroksem jak wszystkie inne ręczniki w tym miejscu. Pomyślała, że ten gość ma obsesję na punkcie czystości, pozornie paradoksalną w zderzeniu z jego profesją, która owocuje codzienną dawką krwi i ludzkich organów. Milczała jednak. Bez słowa przyjęła od niego ręcznik i wtuliła twarz w zimną, pluszową miękkość, czekając, aż miną nudności.

Nie zdarzyło jej się wymiotować na widok nieboszczyka od czasów inicjacji zawodowej w Pomocniczym Wydziale Dochodzeniowym. Wciąż miała w pamięci pierwsze miejsce zbrodni, z którym się zetknęła: podwójna przyczepa kempingowa, duchota, plaga much, a na ścianach wąskie i długie jak spaghetti smugi krwi. Ten, do kogo należała owa krew, został pozbawiony głowy i wisiał nogami do góry przywiązany do haka w suficie. Niczym kurczak, który ma ocieknąć przed gotowaniem, ale wciąż się rusza, co wyjaśniało, dlaczego powstały krwawe strumienie na ścianie. Od tamtej pory widziała już mnóstwo podobnych, jeśli nie gorszych scen: części ludzkiego ciała w pojemnikach na jedzenie na wynos albo pokawałkowanych małoletnich chłopców. Jednego los jej dotąd oszczędził, do jednego nie była dotychczas zmuszona. Nigdy do tej pory nie musiała patrzeć na worek wypełniony krwią, płynami ustrojowymi i mózgiem swojego przyjaciela.

– Cunningham powinien był cię uprzedzić – stwierdził Stan, patrząc na nią z drugiego końca pomieszczenia, trzymając się z daleka, jakby jej stan był zaraźliwy.

– Nie wiedział, na pewno nie wiedział. Kiedy do mnie dzwonił, dopiero wyjeżdżali z Tullym.

– Ale teraz na pewno zrozumie, że nie będziesz brała udziału w autopsji. – Mówił to z ulgą, a nawet z zadowoleniem, że jej cień nie będzie nad nim wisiał cały ranek.

Maggie uśmiechnęła się pod ręcznikiem. Stary dobry Stan nareszcie jest znowu sobą.

– Przygotuję ci kopie raportów z autopsji na jutro do południa.

Mył swoje bezcenne ręce, jakby zabrudził je, przygotowując dla niej wilgotny ręcznik.

Chęć ucieczki była wszechogarniająca, również z powodu pustego żołądka, który podjeżdżał jej wciąż do gardła. Z drugiej strony coś nie dawało jej spokoju. Miała w pamięci pewien wczesny ranek w pokoju hotelowym w Kansas City, niecały rok wcześniej. Agent specjalny Richard Delaney był do tego stopnia zatroskany o jej równowagę psychiczną, że nie wahał się zaryzykować ich przyjaźni, by przekonać się, że nic jej nie grozi. Przez pięć miesięcy Delaney i agent Preston Turner grali role jej goryli, chroniąc ją przed prawdziwym potworem, seryjnym zabójcą Albertem Stuckym. Aż wreszcie doszło do owej porannej konfrontacji, podczas której Delaney stanął do walki z jej uporem. Zrobił tak tylko dlatego, że chciał ją chronić.

Ona jednak nie przyjmowała do wiadomości motywów jego działania. Nie chciała dostrzec, że próbuje, i to po raz wtóry, odegrać rolę zatroskanego starszego brata. Nie, ona była na niego wściekła jak diabli. Prawdę mówiąc, tamtego właśnie dnia rozmawiała z nim po raz ostatni. Teraz leżał w czarnym nylonowym worku i nie mogła go już przeprosić za swoją zawziętość i niesprawiedliwą ocenę jego intencji. Jedyne, co mogła jeszcze dla niego zrobić, to dopilnować, by okazano mu należny szacunek. Była mu to winna, mimo że zbierało jej się na wymioty.

– Nic mi nie będzie – oznajmiła.

Stan zerknął na nią przez ramię, szykując lśniące czystością instrumenty do autopsji pierwszego chłopca.

– Jasne, że nie.

– Nie zrozumiałeś, ja tu zostaję.

Aż jęknął głośno pod ochronną maską, lecz Maggie była całkowicie przekonana o słuszności swojej decyzji. Gdyby jeszcze jej żołądek okazał się bardziej posłuszny.

– Znaleźli zużyte naboje? – spytała, wciągając nową parę rękawiczek.

– Tak. Leżą ma blacie w woreczku. Wygląda na karabin o dużym zasięgu. Jeszcze się dokładnie nie przyjrzałem.

– Więc nie ma wątpliwości co do przyczyny śmierci?

– Nie, żadnych. Nie ma co doszukiwać się Bóg wie czego.

– I nie pomylono się, oceniając, czy rana jest po wejściu czy po wyjściu kuli?

– Nie. Zresztą to łatwo sprawdzić.

– Świetnie. W takim razie nie będziemy musieli go kroić. Możemy przygotować raport na podstawie zewnętrznych oznak.

Tym razem Stan znieruchomiał, po czym obrócił się, żeby na nią spojrzeć.

– Margaret, mam nadzieję, że nie sugerujesz, żebym odstąpił od pełnej autopsji.

– Niczego nie sugeruję.

Uspokoił się i wziął do ręki narzędzia.

– Nie sugeruję tego – dodała. – Ja naciskam, żebyś tego nie robił. Wierz mi, będziesz żałował, jeśli mnie nie posłuchasz.

Udała, że nie widzi jego wzroku, tylko rozsunęła do końca zamek błyskawiczny worka, w którym leżał agent Delaney, modląc się w duchu, żeby się utrzymać na nogach. Pomyślała o Karen, żonie Delaneya, która nienawidziła jego pracy równie mocno jak Greg, już prawie były mąż Maggie, nie cierpiał jej zajęcia. Lecz Delaney nie wyobrażał sobie życia poza firmą, a teraz Maggie zamartwiała się o Karen i jej dwie małe córeczki, które będą rosły bez ojca. Gdyby mogła zrobić tylko jedno, postarałaby się, żeby te dwie dziewczynki nie zobaczyły Richarda okaleczonego bardziej niż to absolutnie konieczne.

Te myśli przywołały wspomnienia jej ojca, spoczywającego w ogromnej mahoniowej trumnie, w brązowym garniturze, w którym Maggie nigdy wcześniej go nie widziała. Włosy uczesane miał też inaczej niż zwykle. Pracownicy kostnicy pomalowali mu twarz, by za pomocą makijażu stworzyć pozory, że nie cała skóra została spalona, ale to nie wystarczyło. Maggie, wówczas dwunastoletnią dziewczynkę, przeraził widok ojca, a woń intensywnych perfum, zmieszana z zapachem popiołu i zwęglonego ciała, przyprawiła ją o mdłości. Ten zapach. Nie ma nic gorszego niż zapach spalonego ciała. Boże! Wciąż go czuje. Nie pomogły nawet słowa księdza, który powiedział: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.

Ten zapach, te słowa i widok ojca powracały do niej tygodniami w koszmarnych snach, kiedy starała się przypomnieć sobie, jak wyglądał, zanim znalazł się w trumnie, nim jego postać w jej pamięci zamieniła się w proch.

Pamiętała, jak bardzo wstrząsnął nią tamten obraz. Pamiętała fałdy pomarszczonej folii pod ubraniem, obandażowane ręce, które wyglądały jak ręce mumii, ułożone prosto wzdłuż boków. Pamiętała, że zaniepokoiła się pęcherzem na policzku ojca.

– To cię boli, tatusiu? – spytała szeptem.

Poczekała, aż jej matka i pozostali żałobnicy odwrócą wzrok. Wtedy zebrała całą swoją dziecięcą odwagę i siłę i dotknęła krawędzi gładkiego, lśniącego drewna i satynowego posłania. Potem palcami odgarnęła ojcu włosy z czoła, udając, że jego skóra nie przypomina w dotyku sztucznego tworzywa i nie zauważając okropnej szramy na czaszce, zupełnie jak u Frankensteina. Potwornie się bała, ale musiała poprawić mu włosy. Musiała je zaczesać, tak jak lubił, tak jak go pamiętała. Chciała zachować go w pamięci takiego, jakiego znała. To drobiazg, głupstwo, ale dzięki temu poczuła się lepiej.

Teraz, spoglądając na spokojną, poszarzałą twarz Delaneya, Maggie wiedziała, że musi zrobić wszystko, co tylko się da, żeby pewne dwie małe dziewczynki nie przeżyły szoku, patrząc po raz ostatni w twarz swojego ojca.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Suffolk, Massachusetts

Eric Pratt przyglądał się dwu mężczyznom, zastanawiając się, który z nich go zabije. Siedzieli naprzeciw niego, tak blisko, że niemal dotykali go kolanami. Tak blisko, że bez trudu zauważył, jak starszy z nich zaciska szczękę, gdy przestaje żuć. Żuł miętową gumę. Z całą pewnością wbijał zęby w mocno miętową gumę. I zgrzytał zębami.

Żaden z nich nie wyglądał na szatana. Przedstawili się jako Tully i Cunningham. Eric zdołał to usłyszeć, mimo mgły zaciemniającej mu umysł. Obaj mężczyźni byli krótko ostrzyżeni i mieli czyste paznokcie. Starszy nosił nawet takie idiotyczne okulary w drucianych oprawkach. Nie, w żadnym wypadku nie spodziewał się czegoś takiego po szatanie. Ci dwaj ubrani byli w granatowe kurtki z żółtym napisem FBI, tak samo jak tamci, którzy czołgali się po podłodze domu letniskowego i przeczesywali las.

Młodszy miał luźno związany niebieski krawat i rozchylony kołnierzyk. Czerwony krawat tego drugiego był z kolei zaciśnięty pod zapiętym pod szyję kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli. Czerwień, biel i granat, i te plecy ozdobione rządowymi literami. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Oczywiście, przecież szatan zawsze przychodzi w przebraniu, odziany w symboliczne barwy. Ojciec miał rację. Tak, jasna sprawa, że miał rację. Dlaczego w niego zwątpił? Powinien był go słuchać, a nie wątpić, nie ryzykować spotkania z wrogiem. Jakiż z niego dureń!

Eric podrapał się w głowę, w jego czaszkę w dalszym ciągu wbijały się wszy. Wciąż głębiej i głębiej. Czy żołnierze szatana nic nie słyszą? A może to oni kazali tym wyobrażonym wszom kopać tunel w jego czaszce? Szatan ma w końcu swoją moc. Niewiarygodną moc, którą może przekazać swoim żołnierzom i dzięki której może zadawać ból, samemu nawet nie dotykając.

Ten o nazwisku Tully właśnie coś do niego mówił. Jego wargi poruszały się, patrzył mu prosto w oczy. Eric już dawno wyłączył odbiór, wiele godzin temu. A może i wiele dni? Stracił rachubę czasu. Nie pamiętał, jak długo przebywał w domu letniskowym ani jak długo siedzi na tym twardym krześle i czeka, aż zaczną się wreszcie nieuniknione tortury. Stracił poczucie czasu, ale wiedział dokładnie, kiedy jego system zaczął się zamykać. Znał tę określoną sekundę, w której jego umysł się wyłączył. To nastąpiło wtedy, gdy David upadł na podłogę z hukiem, który kazał Ericowi otworzyć oczy. Okazało się wówczas, że patrzy prosto w oczy Davida, że ich twarze dzielą ledwie centymetry.

Jego przyjaciel miał otwarte usta. Ericowi zdawało się, że słyszy słaby szept, ledwie trzy słowa, nie więcej. Może mu się tylko wydawało, że w oczach Davida była pustka? David powiedział: „On nas przechytrzył”. Na pewno się przesłyszał. Szatan ich wcale nie przechytrzył. To oni okazali się sprytniejsi, czyż nie tak?

Wtem tamci mężczyźni zaczęli się podnosić z podłogi. Eric zacisnął pięści, skulił ramiona, spuścił głowę. Nie padły żadne razy, nie wystrzeliły żadne kule, nie zadano mu żadnej rany. Mówili jeden przez drugiego, przekrzykując się histerycznie, a ich głosy przenikały przez mur, którym się otoczył.

– Musimy stąd wyjść, i to natychmiast.

Eric zakręcił się na krześle, i w tej samej chwili jeden z mężczyzn wziął go pod pachy i zaczął ciągnąć na zewnątrz. Zobaczył tego drugiego, który z jakimś dziwacznym ustrojstwem na głowie wydobył się spod desek podłogi. No jasne, znaleźli ich ukryty arsenał. Ojciec będzie zawiedziony. Ta broń jest im potrzebna do walki z szatanem. Ich misja się nie powiodła, nie zdołali przenieść broni do obozu. Tak, Ojciec będzie bardzo rozczarowany. Wszystkich zawiedli. Może jeszcze ktoś straci życie, bo cała ta broń, którą gromadzili przez wiele miesięcy, zostanie skonfiskowana i znajdzie się pod kontrolą szatana. Wiele cennych dusz może zostać straconych, ponieważ nie wypełnili swojej misji. Jak pozbawiony tej broni Ojciec ich teraz ochroni?

Mężczyźni popychali go i ciągnęli, spiesząc na zewnątrz przez drzwi i prosto do lasu. Eric niczego nie rozumiał. Przed czym tak uciekają? Starał się słuchać, żeby się czegoś dowiedzieć. Chciał pojąć, co tak przeraziło żołnierzy szatana.

Zebrali się wokół mężczyzny w tym czymś na głowie, który pokazywał im metalowe pudełko z błyskającymi światełkami i dziwnymi drutami. Eric nie miał pojęcia, co to jest, przypuszczał tylko, że mężczyzna znalazł to wśród ich broni.

– Tam jest tego tyle, że można by wysadzić tę budę prosto do nieba.

Eric nie mógł powstrzymać uśmiechu – i natychmiast dostał kuksańca w nerki. Chciał powiedzieć temu Tully’emu, właścicielowi łokcia, który go zaatakował, że wcale nie rozśmieszyła go siła rażenia broni, ale fakt, że ci ludzie łudzą się, iż zostaną przyjęci do Królestwa Niebieskiego.

Pozostali jednak zignorowali jego skrzywione w uśmiechu wargi, z napięciem bowiem wpatrywali się w ciemnowłosego mężczyznę z tym durnym urządzeniem, które przesunął sobie teraz na czubek głowy, przypominając Ericowi jakiegoś robala ludzkich rozmiarów.

– Co, zdaje ci się, że nas zaskoczyłeś? – odezwał się wyzywająco jeden z mężczyzn.

– Dobra, co powiecie na to? Cały dom jest okablowany – odparł na to robal.

– O cholera!

– Powiem wam coś więcej. To jest tylko dodatkowy włącznik. – Wyciągnął ku nim metalowe pudełko. – Prawdziwy detonator znajduje się gdzie indziej. – Wskazał na mrugające czerwone światełko i pstryknął przycisk. Światełko wyłączyło się. Po kilku sekundach powróciło, mrugając niczym pulsujące krwawe oko.

Mężczyźni obrócili się, wyciągając szyje i rozglądając się wokół. Niektórzy trzymali broń w pogotowiu. Nawet Eric przekręcił głowę, jego oczy zaczęły widzieć wyraźnie. Zmrużył je, wpatrując się w cienie lasu. Nic z tego wszystkiego nie pojmował. Ciekaw był, czy David wiedział o metalowym pudełku.

– Gdzie to jest? – dopytywał się wysoki gość bez szyi, ten, którego wszyscy traktowali jak szefa, jedyny w granatowym swetrze zamiast kurtki. – Gdzie ten pieprzony detonator?

Dopiero po minucie Eric zorientował się, że pytanie skierowane jest do niego. Spotkał się wzrokiem z mężczyzną i patrzył na niego, jak go uczono, prosto w czarne tęczówki, bez mrugnięcia, nie pozwalając, żeby wróg wyrwał mu choćby jedno słowo.

– Chwileczkę – odezwał się ten o nazwisku Cunningham. – Dlaczego nie umieścili detonatora w tym domu, żeby mieć nad nim kontrolę i wysadzić to wszystko, kiedy zechcą? Wiemy już, że dobrowolnie odebrali sobie życie. Dlaczego nie mieliby tego zrobić, wysadzając się razem z tym arsenałem?

– Może chcą nas wysadzić. – Po tych słowach nastąpiło jeszcze więcej szelestów, więcej zatroskanych głów kręciło się i czegoś wypatrywało.

Eric chciał ich zapewnić, że Ojciec nigdy nie wysadziłby domu. Nie poświęciłby broni, bo potrzebował jej do dalszej walki. Ale zamiast tego przeniósł wzrok na Cunninghama, który odpowiedział mu spojrzeniem. Mało powiedzieć: odpowiedział. On przeszywał go wzrokiem, jakby dało się w ten sposób wycisnąć z niego prawdę. Żołądek Erica zawiązał się w supeł, ale powieka nawet mu nie drgnęła. Nie mógł przecież okazać słabości.

– Nie, gdyby chcieli to zrobić, już byłoby po nas – ciągnął Cunningham, nie odwracając wzroku. – Sądzę, że prawdziwy cel został osiągnięty. Że ich przywódca chciał się przekonać, czy postąpią zgodnie z jego poleceniem, poddać próbie ich posłuszeństwo.

Eric przysłuchiwał się temu. To kłamstwo. To szatan go testuje. Chce sprawdzić moc jego wiary. To tylko początek wymyślnych tortur. Żołnierz szatana, ten Cunningham, zna swoje obowiązki. Nie spuści wzroku z Erica, ale on nie mrugnie. Musi tylko udawać, że nie słyszy, jak wali mu serce, i nie czuje ucisku w żołądku.

– Detonator – niewzruszenie kontynuował Cunningham – mógł być planem B. Gdyby nie łyknęli kapsułek, facet był gotowy rozerwać ich na strzępy. Fajnego masz przywódcę, mały.

Eric nie dał się na to nabrać. Ojciec nie zrobiłby czegoś podobnego. Przecież oni z własnej woli odebrali sobie życie. Nikt ich do niczego nie zmuszał. Eric okazał się po prostu zbyt słaby, żeby postąpić jak jego koledzy. Jest słaby, stchórzył. Na moment stracił wiarę, posłuchał podszeptów szatana. Nie zachował się jak dzielny i lojalny żołnierz, ale teraz już nie okaże słabości. Nie podda się.

Raptem znów przypomniały mu się ostatnie słowa Davida. „On nas przechytrzył”. Uważał początkowo, że David ma na myśli szatana, bo to było takie oczywiste. A jeśli jednak chodziło mu o... Nie, to wykluczone. Ojciec chciał im tylko oszczędzić tortur. Prawda? Ojciec by ich tak nie oszukał. Tak czy nie?

Cunningham wciąż czekał ze wzrokiem wbitym w Erica. Czekał, aż Eric mrugnie. A kiedy w końcu do tego doszło, kiedy się doczekał, powiedział:

– Ciekawe, czy twój wspaniały przywódca wie, że przeżyłeś? Myślisz, że przyjdzie cię uratować, tak jak zrobił minionej nocy?

Eric nie był już niczego pewien, tylko patrzył na metalowe pudełko z mrugającymi lampkami, czerwoną i zieloną, które zapalały się i gasły. Czerwień i zieleń, bezruch i ruch, życie i śmierć, niebo i piekło. Może David i pozostali koledzy okazali się nie tylko odważni, może również są prawdziwymi szczęściarzami? – myślał teraz Eric.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Sobota

23 listopada

Cmentarz Arlington National

Maggie O’Dell ścisnęła w dłoni klapy żakietu, chroniąc się przed kolejnym porywem wiatru. Żałowała, że zostawiła trencz w samochodzie. Zdjęła go w kościele, obarczając go winą za ogarniające ją duszności. Teraz, na cmentarzu, pośród ubranych na czarno żałobników i kamiennych nagrobków, czułaby się o wiele lepiej, gdyby mogła się okryć czymś ciepłym.

Stała z tyłu, patrząc, jak jej koledzy zbierają się pod zadaszeniem, które miało chronić od wiatru, i otaczają najbliższych zmarłego, jakby w ten sposób chcieli zrekompensować błędy, które ich tu przywiodły tego dnia. Rozpoznała wielu z nich po standardowych ciemnych garniturach i profesjonalnie poważnych twarzach. Lecz nawet wypukłości pod marynarkami nie pozbawiały ich wyrazu bezbronności, wiatr zaś ogałacał ich z oficjalnej powagi, jako że pod jego podmuchami przygarbiali wyprostowane zwykle plecy.

Przyglądając się z boku, Maggie była wdzięczna za instynktowną troskę kolegów. Wdzięczna za to, że uchronili ją przed bliskim kontaktem z Karen i dwiema małymi dziewczynkami, które będą dorastać bez ojca. Nie chciała oglądać ich bólu, ich cierpienia, tak namacalnego, że groziło rozpadem z takim trudem zbieranych przez nią latami pokładów odporności, pod którymi pragnęła ukryć swój ból. Stojąc z tyłu, miała nadzieję pozostać bezpieczna.

Lecz choć ostre jesienne powiewy atakowały jej gołe nogi i szarpały spódnicę, pociły jej się dłonie. Ledwie się trzymała. Jakaś niewidzialna siła pukała do jej serca. Jezu! Co się z nią dzieje, do licha? Od chwili gdy otworzyła worek z martwym Delaneyem i zobaczyła pozbawioną życia twarz, stała się ludzkim wrakiem, wywołującym duchy przeszłości, obrazy i słowa, które powinny tam pozostać pogrzebane na zawsze. Oddychała głęboko, nie zważając na chłód. Wolała nieprzyjemne igiełki zimna niż to kłucie, które niosą ze sobą wspomnienia.

Była zła, bo minęło już dwadzieścia jeden lat, a ona na pogrzebach wciąż zamieniała się w dwunastoletnią dziewczynkę. Bez jej woli i bez ostrzeżenia wspomnienia powracały tak żywe, jakby tamto działo się ledwie wczoraj. Widziała, jak trumna z ciałem jej ojca zjeżdża w dół. Czuła, jak matka szarpie ją za rękaw, każąc jej rzucić garść ziemi na błyszczącą pokrywę trumny. Zaraz, za kilka minut samotny trębacz odegra sygnał ku czci poległych, a jej żołądek zawiąże się w supeł.

Chciała stąd odejść. Nikt by nawet nie zauważył, wszyscy byli szczelnie opatuleni własnymi wspomnieniami i własną bezbronnością. A jednak powinna zostać, była to winna Delaneyowi. Ich ostatnia rozmowa była pełna złości i nasycona poczuciem zdrady. Za późno już na przeprosiny, ale pozostając na cmentarzu, Maggie mogła poczuć ową szczególną moc, by podjąć jakieś postanowienie, a nawet doznać oczyszczenia.

Wiatr smagał ją, kręcąc wyschniętymi liśćmi, które jak dusze unosiły się i płynęły między grobami. Wycie wichru, jego przeraźliwe jęki przyprawiały Maggie o dreszcze. Będąc dzieckiem, czuła wokół siebie obecność dusz zmarłych, zaczepiały ją, podśmiewały się z niej, szeptały do ucha, że zabrały jej tatę. Wtedy po raz pierwszy poczuła się niewiarygodnie samotna, i ta samotność przykleiła się do niej niczym wilgotna ziemia ściskana w dłoni. Ziemia, którą matka kazała jej rzucić.

– No, Maggie – słyszała dotąd jej słowa. – Zrób to wreszcie i będziemy mieć to z głowy – brzmiały zniecierpliwione słowa matki, bardziej zażenowanej niż zatroskanej bólem córki.

Wtem czyjaś ręka w rękawiczce dotknęła ramienia Maggie. Podskoczyła i z trudem powstrzymała się przed instynktownym sięgnięciem po broń.

– Przepraszam, agentko O’Dell. Nie chciałem pani wystraszyć. – Zastępca dyrektora Cunningham trzymał dłoń na jej ramieniu, patrząc prosto przed siebie.

Myślała, że jest jedyną osobą, która nie dołączyła do grupy zebranej przy świeżo wykopanym grobie, czarnej dziurze, która stanie się domem agenta specjalnego Richarda Delaneya. Dlaczego tak ryzykował, głupiec?

– To był dobry człowiek i świetny negocjator – stwierdził Cunningham, jakby czytał w jej myślach.

Chciała zapytać, dlaczego w takim razie ten ideał leży tam, a nie siedzi w domu z żoną i córkami, szykując się do oglądania sobotniej popołudniowej transmisji meczu piłki nożnej studenckiej ligi. Powiedziała jednak:

– Był najlepszy.

Cunningham nie mógł ustać spokojnie, wsadził ręce głęboko w kieszenie płaszcza. Maggie zdała sobie sprawę, że stanął w tej właśnie pozycji, by osłonić ją przed wiatrem, choć wiedziała, że nie zaproponuje jej swojego trencza, by nie wprawiać jej w zakłopotanie. Ale nie po to jej wypatrywał, żeby być parawanem. Zgadywała, że szef ma do niej sprawę. Po dziesięciu latach współpracy dobrze znała te ściągnięte wargi i zmarszczone brwi, to nerwowe przestępowanie z nogi na nogę, subtelne, acz czytelne znaki szczególne chłodnego zawodowca.

Czekała zatem, zdumiona, że on też najwyraźniej czeka na właściwy moment.

– Wiemy coś więcej o tych młodych ludziach? Do jakiej grupy należeli? – Próbowała go wybadać. Mówiła cicho, ale i tak byli na tyle daleko od reszty żałobników, że wiatr zagłuszał ich słowa.

– Na razie nie. Tak naprawdę to jeszcze dzieci. Chłopcy, którzy posiadali dość broni i amunicji, żeby zająć jakieś małe państwo. Jestem przekonany, że stoi za tym ktoś inny. Jakiś fanatyczny przywódca, który nie waha się poświęcać swoich ludzi. Wkrótce się dowiemy. Może coś się wyjaśni, kiedy odnajdziemy właściciela tego domu letniskowego. – Poprawił okulary na nosie i natychmiast z powrotem wsadził rękę do kieszeni. – Jestem pani winien przeprosiny, O’Dell.

A więc o to mu chodzi. To dlatego tak się wahał. Jego osobliwe zachowanie zdumiało i zaniepokoiło Maggie. Pamiętała swój skurczony żołądek i ból w piersiach. Nie chciała o tym rozmawiać, nie życzyła sobie, by do tego wracał. Chciała myśleć o czymś zupełnie innym, o wszystkim, byle tylko nie o Delaneyu, który pada na ziemię. Wciąż słyszała chlupot jego mózgu i widziała fragmenty czaszki w czarnym worku.

– Nic mi pan nie jest winien. Nie wiedział pan – powiedziała w końcu po długiej przerwie.

Patrząc wciąż przed siebie, Cunningham odezwał się przyciszonym głosem:

– Powinienem był to sprawdzić, zanim panią tam wysłałem. Wiem, jakie to musiało być dla pani trudne.

Maggie zerknęła na niego. Miał ten sam stoicki wyraz twarzy co zawsze, tylko jeden z kącików ust drżał mu lekko. Przeniosła za nim spojrzenie na szereg umundurowanych mężczyzn, którzy właśnie wmaszerowali na cmentarz i stawali na baczność.

O Boże. Teraz się zacznie.

Kolana się pod nią ugięły, oblał ją zimny pot. Myślała tylko o ucieczce, była zła, że Cunningham tkwi obok niej. Lecz nawet nie dostrzegł jej zdenerwowania. Z uwagą przyglądał się repetowanej do salwy broni.

Maggie podskakiwała przy każdym wystrzale, zamykała oczy, żeby nie pamiętać i nie dopuścić za blisko przeklętych wspomnień. A mimo to słyszała w dalszym ciągu głos matki, która ją karci i ostrzega:

– Nawet nie próbuj płakać, Maggie, bo będziesz czerwona i spuchniesz.

A zatem nie płakała, i teraz też nie będzie płakać. Lecz gdy rozległ się dźwięk samotnej trąbki, wstrząsnęło nią i przygryzła dolną wargę. „Niech cię diabli, Delaney”, chciała przekląć na cały głos. Już dawno doszła do przekonania, że Pan Bóg ma okrutne poczucie humoru. A może jest mu już wszystko jedno?

Tłum rozstąpił się nagle, by przepuścić spod zadaszenia małą dziewczynkę, drobną jasnoniebieską plamę, która wylała się z czarnego tła jak niebieski ptaszek wyfruwający spośród stada czarnych wron. Maggie od razu poznała młodszą córkę Delaneya, Abby, ubraną w niebieski płaszcz i w kapeluszu w tym samym kolorze. Jej babka, matka Delaneya, prowadziła ją za rękę. Szły prosto na nich, rujnując nadzieję Maggie na pozostanie z boku wydarzeń.

– Panna Abigail twierdzi, że musi niezwłocznie skorzystać z toalety – wyjaśniła pani Delaney, zbliżywszy się do nich. – Nie wiecie państwo czasem, gdzie tu jest toaleta?

Cunningham wskazał główny budynek cmentarny za ich plecami, schowany za niewielkim wzniesieniem i otaczającymi je drzewami. Pani Delaney spojrzała w tamtą stronę, jej twarz, cała pokryta czerwonymi plamami, przeistoczyła się w jedną wielką zmarszczkę, jakby po dniu pełnym niekończącej się mordęgi, gdy brak już sił, kazano jej zdobyć jeszcze jedną górę.

– Ja ją zaprowadzę – zaoferowała się Maggie, nim zdała sobie sprawę, że jest zapewne najmniej spośród zebranych osób predestynowana do tego, żeby pocieszać to dziecko. Ale z toaletą mogła sobie jakoś poradzić.

– I co, Abigail? Pójdziesz do toalety z agentką O’Dell?

– Z agentką O’Dell? – Dziewczynka ściągnęła twarz, rozglądając się w poszukiwaniu osoby, o której mówiła jej babka. Raptem powiedziała: – Chodzi ci o Maggie, babciu? Ona ma na imię Maggie.

– Tak, wybacz, oczywiście, że chodzi mi o Maggie. To co, pójdziesz z Maggie?

Abby już ściskała jej dłoń.

– Tylko szybko – poprosiła, nie podnosząc wzroku, i energicznie ruszyła we wskazanym przez Cunninghama kierunku.

Maggie zastanawiała się, czy ta czteroletnia dziewczynka choćby w niewielkim stopniu zdaje sobie sprawę z tego, co odbywa się na cmentarzu. W każdym razie poczuła ulgę, że jej zadanie polega jedynie na walce z wiatrem i zdobyciu wzniesienia, dzięki czemu pozostawiała za sobą wszystkie wspomnienia i szept duchów lecących z wiatrem. Gdy udało im się wreszcie dotrzeć do budynku górującego nad rzędami białych krzyży i szarych nagrobków, Abby przystanęła i odwróciła się, patrząc w dal. Wiatr siekł jej niebieski płaszcz. Maggie widziała, że dziewczynka drży. Czuła, jak kurczowo zaciska się na jej palcach mała drobna dłoń.

– Dobrze się czujesz, Abby?

Dziewczynka skinęła dwa razy, aż jej kapelusz podskoczył. Potem spuściła głowę.

– Żeby się tylko nie przeziębił – powiedziała.

Serce Maggie przestało bić na sekundę.

Co miała na to powiedzieć, jak wyjaśnić coś, co wymyka się rozumowi? Wobec tego wyzwania była kompletnie bezradna. Skończyła trzydzieści trzy lata i wciąż tęskniła za swoim ojcem, wciąż nie potrafiła pojąć, dlaczego go jej przed laty zabrano. Było to tak dawno, że powinna już do tej pory zaleczyć ranę, która jednak otwierała się przy każdym głupim sygnale trąbki czy na widok spuszczanej do ziemi trumny.

Nie zdążyła wymyślić żadnego pocieszenia, kiedy dziewczynka podniosła głowę i rzekła:

– Kazałam mamie, żeby mu dała ciepły koc.

Potem, jakby uspokoiło ją to przypomnienie, Abby obróciła się na powrót do drzwi i pociągnęła za sobą Maggie, gotowa dalej dążyć do swojego celu.

– Koc i latarkę – dodała. – Żeby miał ciepło i nie bał się ciemności. Dopóki Pan Bóg nie weźmie go do swojego domu.

Maggie uśmiechnęła się, na nic więcej nie było jej stać. Zdaje się, że mogłaby się nauczyć niejednej rzeczy od tej mądrej czterolatki.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Waszyngton

Justin Pratt siedział na stopniach pomnika Jeffersona, udając, że daje odpocząć zmęczonym nogom. Taa, nogi go bolały, ale to nie z tego powodu potrzebował chwili samotności. Krążyli po tych wszystkich muzealnych obiektach już od kilku godzin, rozdając ulotki grupom roześmianych i wrzeszczących dzieciaków. Przyjechali do miasta w samą porę, akurat wypadał sezon jesiennych szkolnych wycieczek. Kręciło się tam chyba ponad pięćdziesiąt takich grup z całego kraju i wszystkie były równie wkurzające. Po prostu nie mógł uwierzyć, że jest ledwie rok czy dwa starszy od niektórych z tych idiotów.

A zatem Justin oddalił się na moment z dużo poważniejszych powodów niż głupie, obolałe, poobcierane stopy. Oto bowiem opadły go zakazane myśli, zakazane według słów wielebnego Josepha Everetta i jego zwolenników. Jezu, czy on się kiedykolwiek przyzwyczai do nazywania się jednym z nich, jednym z garstki wybranych? Pewnie nie, skoro samowolnie robi sobie przerwę i woli siedzieć i gapić się na cycki Alice Hamlin, niż kolportować słowo Boże.

Alice pomachała do niego, zupełnie jakby czytała w jego myślach. Poprawił się. Może powinien zdjąć buty, żeby uwiarygodnić swoją wymówkę? A może ona już go rozgryzła? Na pewno nie miałaby nic przeciwko. No bo po co włożyła taki obcisły różowy sweterek? Zwłaszcza na podróż autokarem, kiedy mieli przed sobą cały dzień rozdawania ulotek z bożym posłaniem? A potem, za jakąś godzinę, miało się rozpocząć to pieprzone spotkanie modlitewne.

Jezu! Musi uważać na swój język.

Rozejrzał się, sprawdzając, czy przypadkiem któryś z małych kurierów Ojca nie podsłuchał jego myśli. W końcu Ojciec cholernie dobrze dał im do zrozumienia, że są dla niego przezroczyści. Gość ma chyba zdolności telepatyczne, czy jak to się tam nazywa, kiedy ktoś umie czytać w czyichś myślach. To cholernie przerażające.

Wziął do ręki jedną z ulotek, by pokazać Alice, że traktuje swoje zadanie poważnie i wcale nie zauważa żadnych cycków. Zgrabne, czterokolorowe ulotki robiły wrażenie wybijającym się słowem „Wolność”. Jak Alice nazwała ten rodzaj druku? Wytłoczony? Bardzo profesjonalnie. Była tam nawet barwna fotografia wielebnego Everetta, a z tyłu program przyszłych zgromadzeń modlitewnych w kolejnych miastach. Patrząc na tę broszurę, można by pomyśleć, że stać ich na coś więcej do jedzenia niż codzienna porcja fasoli z ryżem.

Kiedy spojrzał znów w stronę Alice, właśnie otoczyła ją następna grupa potencjalnych rekrutów. Słuchali jej uważnie, wpatrując się w jej twarz i wymowne szerokie gesty. Była trzy lata starsza od Justina, dorosła kobieta. Podniecał się na samą myśl o niej. Nie była może najlepsza w tego rodzaju ulicznych akcjach, za to jej szeroka wiedza była godna pozazdroszczenia. Zadziwiała go. Na przykład znała na pamięć mnóstwo cytatów z Jeffersona. Wyrecytowała je, nim dotarli po stopniach, żeby przeczytać je na pomniku. Była nie do pobicia w historii, a o Jeffersonie wiedziała prawie wszystko. Że najpierw był sekretarzem czegoś tam, potem wiceprezydentem i wreszcie prezydentem. Jak ona zapamiętuje całe to pieprzone gówno?

To był zresztą tylko jeden z powodów, dla których Justin ją podziwiał. To dobry znak, że obchodzi go coś więcej niż para jej cycków, bo zazwyczaj w przeszłości nic więcej nie interesowało go u dziewczyn. Zresztą mógłby nawet spisać całą listę rzeczy, które lubił w Alice. Na przykład to, jak mówi o religii, bo brzmi to tak podniecająco, jakby relacjonowała jakiś pieprzony wyścig do nieba. Podobało mu się też, jak patrzy w oczy swoim rozmówcom i słuchaczom. Można by przysiąc, że w danej chwili stawali się dla niej jedynymi ludźmi na świecie. Alice Hamlin potrafiła sprawić, że maniakalny samobójca czuł się kimś specjalnym i zapominał, z jakiego powodu stanął na krawędzi. W każdym razie tak działała na Justina. Cokolwiek by powiedzieć, dwa miesiące temu i on znajdował się na krawędzi samobójstwa.

Kiepskie samopoczucie nie opuściło go zresztą na dobre, wciąż zdarzał mu się taki niepokój, coś pchało go, żeby o wszystkim zapomnieć i przestać się trudzić udawaniem, że potrafi poskładać całe to gówno do kupy. Zwłaszcza ostatnio, odkąd Eric go opuścił i pojechał gdzieś z jakąś misją.

Prawdę mówiąc, czuł taką potrzebę tego ranka, gdy zastanawiał się, jak by tu wyjąć ostrza z plastikowej maszynki do golenia. Wiedział skądinąd, że cięcie wzdłuż nadgarstka, w przeciwieństwie do tego w poprzek, gwarantuje szybsze wykrwawienie się, a co za tym idzie szybszą śmierć. Większość ludzi chrzani takie historie, tnąc się w poprzek. Nie bałby się tego zrobić. Zrobienie sobie tatuażu kosztowałoby go pewnie dużo więcej bólu, niż sprawiłoby przecięcie żył.

Tymczasem Alice prowadziła ku niemu po schodach grupkę dziewcząt. Chciała go przedstawić potencjalnym adeptkom nowej wiary. Powiedziała im, że Justin każdą z nich bez trudu przekona do przyjścia na zgromadzenie, bo jest bardzo inteligentny. Dla Justina słowa nic nie znaczyły, zwłaszcza że przez całe swoje życie nasłuchał się ich aż nadto. Ale jeśli Alice coś mówiła, trudno było jej nie wierzyć. No więc nie miał nic przeciwko temu, żeby uchodzić za autorytet. Poza tym z przyjemnością patrzył na wspinające się po stopniach dziewczyny, choć oczywiście wolałby oglądać je od tyłu, ale i ten widok był znośny.

Dzień był dość chłodny, mimo to wszystkie trzy dziewczyny miały na sobie bluzki z krótkimi rękawami, jedna wystroiła się nawet w obcisły top bez rękawów, kusząco odkrywając brzuch. Był to fałszywy sygnał jej pozornego wyzwolenia, pozornego, bo nawet z tej odległości Justin widział, że nie nosi kolczyka w pępku. Ale i tak było na co popatrzeć.

Gdyby tylko się zamknęły! Czy wszystkie licealistki chichoczą tak przeraźliwie piszczącymi, wysokimi głosami? Gdzie się one, kurwa, nauczyły, tego pisku? Działał mu na nerwy. Pomimo to wykrzywił twarz w uśmiechu i przytknął palec do daszka bejsbolowej czapki, co niestety wyzwoliło w dziewczynach nowy atak bezrozumnego chichotu, i to jeszcze o oktawę wyższego. Chyba wszystkie psy w promieniu wielu kilometrów zatkały sobie uszy.

– Justin, poznaj moje nowe koleżanki.

Alice i trzy dziewczyny przystanęły na wprost niego, na wysokości jego krocza. W jednej chwili zapomniał o obtartych piętach, a nawet o doskonałych cyckach Alice, w każdym razie co najmniej na kilka minut. Wysoka blondyna i jej niższa koleżanka zasłoniły oczy przed nagłym, krótkim błyskiem słońca. Trzecia z nich, niska, z ciemnymi oczami, z bliska wyglądała na starszą. Patrzyła mu śmiało w oczy, bez tego lęku, który onieśmielał blondynę i jej blond podpórkę.

– To jest Emma, a to Lisa i Ginny. Emma i Lisa pochodzą z Reston w Wirginii i są bliskimi przyjaciółkami. Ginny mieszka tutaj, w tym stanie. Poznały się dzisiaj, ale jak widzisz, wydaje się, jakbyśmy się znały od dawna.

Blondyny oczywiście znów zachichotały, a ta wyższa powiedziała:

– Tak naprawdę to ona nazywa się Alesha, ale nie znosi tego imienia, więc skróciłyśmy je do Lisa.

– A ja mam na imię Virginia – przyznała się ciemnooka. Zabrzmiało to, jakby ze sobą konkurowały i ciemnooka starała się być lepsza od nowych koleżanek.

– Żartujesz! – zawołały zgodnym, wypracowanym chórem blondynki.

– Mojemu tacie to się wydawało zabawne, bo pochodzimy z Wirginii. A poza tym to by mnie chyba zabił, gdyby wiedział, że wybieram się wieczorem na to spotkanie. On nienawidzi takich rzeczy. – Kierowała te słowa do Alice. I znowu, jak przy okazji uwagi o imieniu, zabrzmiało to bardziej jak wyzwanie niż zwyczajne stwierdzenie faktu.

Justin obserwował Alice, czekając na jej reakcję. Ta ciemnooka nie była cenną zdobyczą. Zastanawiał się, co skłoniło Alice do zaproszenia jej do wzięcia udziału w zbiorowej modlitwie. Przecież ta Ginny, a faktycznie Virginia, już pokazała im, że ma wątpliwości. To powinno zadziałać jak wielka czerwona flaga, podobnie jak wszelkie pytania. Ojciec nie znosił pytań.

– Nie zawsze możemy opierać się na naszych rodzicach i zawierzać im bez reszty, że prowadzą nas we właściwym kierunku – oznajmiła Alice z uśmiechem. Sama mówiła teraz jak matka.

Dziewczyna skinęła potakująco głową, udając, że doskonale wie, co Alice ma na myśli, bo jej nowa znajoma była zbyt fajna, żeby się jej przeciwstawiać.

Justin skrzyżował ramiona na piersi. Tyle tylko mógł zrobić, żeby nie zacząć wywracać oczami.

Wtem jakaś przepychanka u dołu schodów odwróciła ich uwagę. Dziewczęta zachwiały się na swoich cudacznych butach na platformach, uważając, żeby nie spaść w dół. Justin wstał i wszedł kilka stopni wyżej, żeby mieć lepszy widok. W dole młody chłopak w typie Jamesa Deana popychał starszego od siebie mężczyznę, próbując wyrwać mu z rąk aparat fotograficzny.

– No! Patrzcie na tego przystojniaka! – Ginny udało się jakimś cudem powiedzieć to bez pisku.

Justin usiadł z powrotem z westchnieniem, którego nikt nie zauważył. Całą uwagę dziewcząt pochłonął oczywiście ten pieprzony Brandon.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Ben Garrison znał się co nieco na zadawaniu bólu. Dzieciak był młodszy i wyższy, za to Ben był silniejszy i zdecydowanie mądrzejszy. Gdyby przyłożył rękę do gardła temu w gorącej wodzie kąpanemu smarkaczowi i ścisnął we właściwym miejscu, gówniarz nie przeżyłby pięciu sekund.

– Żadnych pieprzonych dziennikarzy, Garrison. Ile razy mam ci to powtarzać? – wydzierał się na niego szczeniak.

Złapał leicę Bena, udało mu się pociągnąć pasek na szyi fotografa, na którym wisiał aparat, tak stary jak Ben, za to chyba mocniejszy. Do diabła, przeżył pod kopytami karibu w Manitobie, ocalał, gdy go wrzucono w piaszczystą wydmę w Egipcie. Więc bez trudu przetrwa atak jakiegoś rozwścieczonego religijnego fanatyka.

– A dlaczego niby żadnych dziennikarzy? Czego tak boi się ten twój nadzwyczajny przywódca? – podjudzał go Ben. Znał chłopaka z krótkiej wizyty, którą złożył w ich obozie u stóp Appalachów. Do diabła, nawet go polubił. Obserwował go trochę i zauważył, że gówniarz ma w sobie ogień, tylko nie ma pojęcia, w jakim celu go użyć.

Brandon rzucił się raz jeszcze na aparat, Ben zaś tym razem wyprowadził ku jego szczęce cios, który położył go na plecy. Teraz dzieciak miał twarz tak czerwoną jak ulizane gładko do tyłu ryże włosy. Podniósł wzrok na Bena niczym byk zbierający się do ataku. Ben widział, jak chłopak rozdyma nozdrza i zaciska pięści.