Czerwony śnieg - Alex Kava - ebook
NOWOŚĆ

Czerwony śnieg ebook

Alex Kava

4,4

236 osób interesuje się tą książką

Opis

Akcja poszukiwawcza zaczęła się tak jak zwykle. Ryder Creed i jego pies tropiący o imieniu Grace wrócili do Nebraski, by po raz kolejny dołączyć do grupy do zadań specjalnych, kierowanej przez agentkę FBI Maggie O’Dell. Ich praca zostaje niespodziewanie przerwana, gdy wiejska listonoszka znajduje czarny plastikowy worek porzucony w zarośniętym trawą przydrożnym rowie. Zawartość worka szokuje nawet doświadczonych śledczych.

Tego samego ranka zaginęła młoda kobieta. Czy ma to związek z przerażającym znaleziskiem? Uciekła z domu czy może została porwana? I może tylko kwestią czasu jest to, kiedy trafi do przydrożnego rowu?

Ryder zgadza się podjąć poszukiwania dziewczyny, lecz niespodziewanie o tej porze roku nadchodzi burza śnieżna. Grace nigdy nie pracowała w tak niskiej temperaturze, nigdy nie tropiła w śniegu.

Potem wszystko idzie nie tak. Śnieg zaciera ślady, życie zamiera. Poszukując odpowiedzi na temat ofiary, Maggie O’Dell wpada na trop zbrodniarza, który już wcześniej zabijał w zimną krwią. Kiedy Maggie sobie uprzytamnia, że od początku burzy śnieżnej nikt nie miał wiadomości od Rydera ani go nie widział, zaczyna się obawiać, że Ryder i Grace wpadli w pułapkę mordercy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (16 ocen)
10
3
3
0
0
Sortuj według:
hipolitkosta

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała książka.
10
rakawela

Nie oderwiesz się od lektury

czyta się jednym tchem. świetna część !
00
gosiagajek1

Nie oderwiesz się od lektury

super
00

Popularność




Tytuł oryginału: Fallen Creed

Pierwsze wydanie: Prairie Wind Publishing

Redaktor prowadzący: Alicja Oczko

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Monika Ulatowska

Opracowanie graficzne okładki: MF

Ilustracja na okładce: iStock / Raluca Ioana Cohn, Konoplytska

Copyright © 2022 by S.M. Kava. All rights reserved

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2022

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.

Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

ul. Domaniewska 34a

02-672 Warszawa

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-8859-0

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Pamięci moich ukochanych chłopaków:Duncana sierpień 2005–październik 2020Boomera październik 2008–grudzień 2021 Najlepsi przyjaciele, teraz kumple na całą wieczność A także pamięci mojego Scouta marzec 1998–maj 2014

Upadnij siedem razy, podnieś się osiem.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Poniedziałek, 4 października

Środkowa Nebraska

– Musisz opuścić ten dom.

– Kto mówi? – Libby Holmes nie rozpoznała wysokiego głosu, ale dzwoniła kobieta, najpewniej młoda dziewczyna. Na ekranie nie pokazał się identyfikator rozmówcy. Odsunęła telefon od ucha, by ponownie spojrzeć na ekran, i dowiedziała się, że to numer nieznany.

– Musisz opuścić ten dom. Natychmiast.

Panika i niecierpliwość w jej głosie były zaraźliwe. Libby zadrżała, po czym zdała sobie sprawę, że ręce jej się trzęsą.

– Skąd ma pani ten numer?

– To bez znaczenia.

– Kim pani jest? – spróbowała znowu.

– Nie ma na to czasu. Być może masz tylko godzinę. Opuść dom, natychmiast!

– Nic nie rozumiem.

– Próbuję ci pomóc. – Zanim Libby zadała kolejne pytanie, nieznajoma rzuciła nerwowym szeptem: – On wie, gdzie jesteś.

Nie musiała tłumaczyć, kim jest ten „on”. Po plecach Libby przebiegł lodowaty dreszcz.

– Wiem, bo też od niego uciekłam. – Kobieta rozłączyła się.

Libby odwróciła się gwałtownie, rozglądając się wokół, jakby się bała, że on czai się za jej plecami. Wpadła w panikę. Przeszła przez salon, trzymając się z dala od okien, a jednocześnie wytężając wzrok i próbując coś przez nie zobaczyć. Zaczęła się miotać od pokoju do pokoju, to wyciągając szyję, to przykucając, i próbowała zerkać na zewnątrz, nie ruszając zasłon.

Jak mogła być tak głupia i zapomnieć o ostrożności? Gdzieś w głębi duszy i umysłu wiedziała, że on po nią przyjdzie, że jest to tylko kwestia czasu.

Starała się sprawdzić możliwie najwięcej miejsc. Podjazd ciągnął się w nieskończoność. Szopa na narzędzia i stodoła rzucały długie cienie. Las za domem w innych porach roku był zbyt gęsty, by cokolwiek tam dojrzeć, ale właśnie liście opadły, więc gdyby wzięła lornetkę, sięgnęłaby wzrokiem aż na drugi brzeg rzeki.

Zachodzące słońce zalewało rozległe pola kukurydzy ognistopomarańczową poświatą. Łodygi pięły się zbyt wysoko i rosły zbyt gęsto, żeby coś dojrzeć między nimi albo za ich nieskończonymi żółtawobrązowymi rzędami. Człowiek łatwo mógłby się tam ukryć.

Nagle Libby zdała sobie sprawę, że gania po domu na palcach, jakby ktoś mógł ją usłyszeć. Próbując złapać oddech, uświadomiła sobie, że właśnie go wstrzymuje.

Oddychaj. Myśl. Uspokój się.

Nabrała głęboko powietrza, dostała czkawki i przystanęła. Jeszcze się doprowadzi do hiperwentylacji. Nie może dopuścić do tego, żeby panika wzięła nad nią górę.

Sprawdziła, która godzina. Z przyzwyczajenia pomyślała, czy nie zadzwonić do Kristin, żeby wzięła jej zmianę. Tyle że Kristin zastąpiła ją w ostatni czwartek, a później nawet się do niej nie odezwała, natomiast Libby wyznawała zasadę, że należy odwdzięczyć się za przysługę, zanim poprosi się o kolejną. Mogłaby jednak ją powiadomić…

O czym ona myśli? Nie ma czasu na pisanie SMS-ów!

Musisz wyjść, i to natychmiast, poganiała się w duchu. Głęboki niepokój w głosie nieznajomej był szczery, a jej strach niemal namacalny.

I właśnie w tym momencie Libby coś zauważyła w lesie. Błysnął jakiś pasek czerwieni, który tam nie pasował, i równie szybko zniknął.

Musi stąd zniknąć!

Panika przywołała mnóstwo emocji, choć Libby miała nadzieję, że przynajmniej część z nich zostawiła już za sobą w szczelnie zamkniętych szufladkach pamięci. A jednak znów się pojawiły, znów nią rządziły i znów ją napędzały.

Tyle ciężkiej pracy i wszystko na nic. Wciąż nie była gotowa, nadal czuła się bezbronna i stanowiła łatwy cel na tym pustkowiu, gdzie nikt nawet nie usłyszy jej krzyku.

– No to chyba nie jesteś taka bystra – zadrwiła z siebie.

Kolejny stary zwyczaj wypłynął na powierzchnię. Nie minie wiele czasu, kiedy pozostałe destrukcyjne nawyki podniosą paskudne łby.

Przemknęła holem do swojej sypialni i pilnując bezpiecznej odległości od okien, dotarła do szafy. Otworzyła ją, opadła na kolana i zaczęła przesuwać pudełka oraz buty. Już zapomniała, jak bardzo ta szafa jest głęboka.

Nowa fala paniki ścisnęła jej żołądek.

Czy to zniknęło? Czy Nora to znalazła?

Och, nawet gdyby, to na pewno by tego nie zabrała. Nie ona. Z pewnością byłaby rozczarowana, że ona ma coś takiego, ale nigdy by tego nie skonfiskowała.

Wreszcie jej palce trafiły na płócienny pasek, a gdy mocno pociągnęła, spod sterty złożonych koców i poduszek wyłonił się plecak.

Wciąż na czworakach zaciągnęła go na środek sypialni, drżącymi palcami rozpięła zamki błyskawiczne, włożyła dłonie do środka i obmacała zawartość, próbując ją ocenić. Bardziej wierzyła zmysłowi dotyku niż wzroku, bo nieustannie zerkała w stronę okien jakby w nerwowym tiku.

W piersi czuła ból, w głowie jej się kręciło. Usiadła na piętach i próbowała zwolnić oddech. Zamknęła oczy i nadstawiła uszu, żeby usłyszeć coś poza waleniem własnego serca. Starała się wychwycić nowe i obce dźwięki.

Zwolnij, powiedziała sobie.

– Być może masz tylko godzinę – mówiła tamta kobieta.

Zrobiła w myślach listę i stanęła na chwiejnych nogach. Była wściekła, że po tak długim czasie samo wspomnienie o tamtym człowieku skrajnie osłabia ją fizycznie i panicznie przeraża.

Przestań. On wygra, jeśli będziesz słaba i nieprzygotowana. Przecież na to właśnie liczy.

Zanim wyszła z sypialni, przebrała się i zmieniła buty. Jeszcze trochę i zapadnie zmierzch. Chociaż skórę miała lepką od potu, włożyła jeszcze jedną warstwę ubrań i wrzuciła do plecaka kilka dodatkowych rzeczy. Na koniec zabrała z łazienki to wszystko, co niezbędne.

Zatrzymała się w holu przed drzwiami wyjściowymi i zganiła się po raz kolejny. To nie ta sytuacja i nie ten czas, by przejmować się należnym innym osobom szacunkiem czy ich prywatnością. Nie powinna mieć sobie za złe, że zabrała coś, co do niej nie należy.

Weszła do głównej sypialni. Wiedziała, którą szufladę należy otworzyć i gdzie wsunąć dłoń pod stos T-shirtów. Gdy wyczuła metal palcami, zacisnęła je na rękojeści i wyciągnęła broń, a na koniec, jakby zacierała ślady przestępstwa, poprawiła ubrania, uśmiechając się przy tym z satysfakcją.

Ruszyła w kierunku kuchni, zatrzymując się przy szafkach i szufladach, z których wyjmowała kolejne rzeczy ze swojej listy. Nie spuszczała wzroku z okien, bacznie wpatrując się w każdą szparkę żaluzji, każdą przerwę między zasłonami. Próbowała odgadnąć, z której strony nadejdzie mężczyzna. Podjazd byłby zbyt banalny, ale sprawdziła też drogę, jak najdalej patrząc w obu kierunkach.

Kiedy mijała biblioteczkę, zobaczyła oprawioną fotografię. To nie był czas na sentymenty, a jednak przystanęła, sięgnęła po zdjęcie, delikatnie wyjęła je z ramki i wsunęła do kieszeni plecaka, a ramkę położyła na miejscu szkłem do dołu.

Dochodząc do bocznych drzwi, po raz ostatni rozejrzała się po jedynym miejscu, gdzie naprawdę czuła się jak w domu. Poprawiła paski plecaka na ramionach i przenikliwym spojrzeniem omiotła podwórze na tyłach.

Aż wreszcie odetchnęła głęboko i wyszła.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wtorek, 5 października

Ryder Creed przywykł do jazdy wzdłuż żółtych pól kukurydzy i zielonych pastwisk, bo w tym krajobrazie było coś kojącego. Na ciągnącym się w nieskończoność błękitnym niebie przelatywały gęsi, a długonogie żurawie biesiadowały na polach, na których już zbierano plony.

Widać było, że dwupasmowa droga wymagała naprawy, gdyż białe linie po bokach popękały wraz z nadkruszonym asfaltem, a pobocza zarastały złote i rdzawe trawy. Wysokie źdźbła poruszały się w hipnotyzujący sposób, jakby coś w nich żyło w ukryciu i pędziło razem z jego dżipem.

– Zdecydowanie nie jesteśmy już na Florydzie – stwierdził Creed, zerkając w tylne lusterko.

Suczka rasy jack russell terier nadstawiła uszu, wciągając powietrze. Grace siedziała na środku tylnego siedzenia i patrzyła przed siebie między przednimi fotelami. Uwielbiała, kiedy szyby w oknach były do połowy zsunięte. Poruszała nozdrzami, wciągając wpadające do samochodu zapachy. Powietrze w Nebrasce było chłodne, rześkie i suche, a poprzedniego dnia rano, kiedy wyjeżdżali z Panhandle na Florydzie, było trzydzieści stopni i panowała duchota.

Creed rozpoznał farmę z odległości czterystu metrów, ale nie było to trudne. Podwórze od frontu zapełniały liczne samochody różnych służb, a SUV z biura szeryfa blokował wjazd na podjazd.

Znów spojrzał w tylne lusterko, by sprawdzić, co z Grace. Już się zorientowała, że zbliżyli się do celu podróży. W psim skupieniu patrzyła przed siebie i poruszała nozdrzami.

– Masz rację, jesteśmy na miejscu – powiedział do niej.

Creed i jego przyjaciółka Hanna Washington w należącym do nich ośrodku, który rozciągał się na powierzchni ponad dwudziestu hektarów, zajmowali się tresurą psów poszukujących. Wielu psom uratowali życie, wszystkie znalazły u nich dom i schronienie, jednak Grace była czymś więcej niż tylko ulubienicą Creeda. Okazała się jego nadzwyczaj chętną do nauki i pracy partnerką. Wspólnie prowadzili poszukiwania żywych i martwych zaginionych. Grace potrafiła też wykrywać materiały wybuchowe i narkotyki, a także chorych na ptasią grypę i zakażonych Clostridium difficile. Szukała i znajdowała wszystko, o co tylko Creed ją poprosił, jednak dzisiaj czekało na nich całkiem nowe wyzwanie.

Zastępca szeryfa w lustrzanych awiatorkach, gdy tylko zobaczył zwalniającego dżipa, oparł ręce na biodrach, a kiedy Creed wjechał na podjazd, prawą rękę zbliżył do kabury, natomiast drugą dał stanowczy znak, by intruz się wycofał i ruszył w dalszą drogę. Mimo to Creed zaparkował i opuścił szybę, nie był jednak głupcem i oczywiście nie wysiadł.

Zastępca szeryfa podszedł do dżipa i powiedział ze złą miną:

– Nie ma tu nic do oglądania. Proszę jechać dalej.

Creed wysunął za okno rękę z dokumentami, a drugą trzymał na kierownicy.

– Jestem treserem psów poszukujących. Pana koledzy się mnie spodziewają.

Zastępca przekrzywił na bok głowę, nie patrzył jednak na papiery, tylko przyglądał się masce dżipa. Na Florydzie wymagano wyłącznie tylnej tablicy rejestracyjnej. Creed przywykł do braku tablicy z przodu, ale czasami irytowało to funkcjonariuszy z innych stanów.

W końcu zastępca szeryfa zbliżył się do okna i spojrzał na Grace, która urzędowała na tylnym siedzeniu. Było oczywiste, że nie zrobiła na nim zbyt dobrego wrażenia, i Creed od razu wyczuł jego sceptycyzm. Większość ludzi spodziewa się dużego psa, na przykład owczarka niemieckiego, golden retrievera czy labradora, natomiast jack russell terier nie jest postrzegany jako pies poszukujący. Oczywiście Creed chcąc nie chcąc musiał przywyknąć do krytycznych spojrzeń i uwag, bo tylko nieliczne z jego psów odpowiadały standardowym wyobrażeniom.

Z bliska okazało się, że zastępca szeryfa jest młodym człowiekiem. Był świeżo ogolony, na jego twarzy wciąż widniały ślady po niedawno przebytym trądziku. Włosy miał ostrzyżone krótko, po wojskowemu, mundur był świeżo wyprany i wyprasowany.

– Może pan powtórzyć, jak pan się nazywa? – spytał, dopiero teraz odbierając od niego dokumenty.

– Ryder Creed z ośrodka szkoleniowego dla psów K9. – Opuścił daszek czapki, by zastępca szeryfa dostrzegł wydrukowane z przodu logo.

– Hej, Archie, gość jest w porządku! – z podwórza od frontu zawołał ktoś obdarzony niskim głosem. Zastępca szeryfa gwałtownie odwrócił głowę. Mężczyzna w czarnej bejsbolówce, czarnym T-shircie, niebieskich dżinsach i z kaburą pod pachą pomachał do Creeda, zapraszając go bliżej. – Czekamy na niego.

– O, jasne, tak jest, sir.

Zastępca bez słowa oddał Creedowi dokumenty i ruszył do swojego SUV-a, a po chwili przestawił go na skraj wysokiej trawy, która rosła wzdłuż podjazdu, by zrobić przybyszowi miejsce.

Creed nie mógł powstrzymać uśmiechu. Tommy Pakula emanował pewnością siebie i autorytetem, zanim jeszcze awansował ze stanowiska detektywa z wydziału zabójstw w Omaha na oficera śledczego jednostki specjalnej do spraw handlu ludźmi w Nebrasce. Creed poznał go mnie więcej rok temu i wiele mu zawdzięczał, gdy poszukiwał zaginionej siostry. Gdyby nie wrodzona intuicja Pakuli i jego upór, być może Brodie nigdy nie zostałaby odnaleziona.

Kiedy zaparkował dżipa pod jedną z potężnych topoli amerykańskich, Pakula podszedł do niego. Creed otworzył klapę bagażnika i zaczął wypakowywać sprzęt. Pakula najpierw przywitał się z Grace, a dopiero potem spytał:

– Jechał pan całą noc?

– Zatrzymaliśmy się w Omaha. Wynająłem pokój, trochę odpoczęliśmy, zjedliśmy śniadanie.

– Następnym razem proszę dać mi znać. Może pan zatrzymać się u mnie, oczywiście jeśli nie przeszkadza panu dom pełen kobiet.

Creed pamiętał, że Pakula ma trzy, a może nawet cztery córki.

– Dla mnie to nic nadzwyczajnego – zapewnił, gdyż od dzieciństwa przywykł do przewagi pierwiastka żeńskiego pod swoim dachem.

– Jak się ma Brodie?

– W porządku.

– To dzielna młoda kobieta.

– Wciąż mi to powtarza. – Creed otworzył niewielką torbę i na samym wierzchu zobaczył rozrzuconą garść cukierków w żółtych papierkach. Mleczne karmelki należały do ulubionych cukierków ich babki. Podczas każdej wizyty na wnuków czekały kryształowe miseczki pełne cytrynowych pastylek, miodowo-migdałowych cukierków Bit-o-Honey, kolorowych żelków i ciągutek w rozmaitych smakach. Creed domyślał się, że na dnie torby znajdzie jeszcze inne cukierki.

Dwa miesiące temu Brodie została oficjalnie zatrudniona w ich ośrodku szkoleniowym dla psów. Hanna stanowczo twierdziła, że Brodie powinna otrzymywać zapłatę za swoją pracę, a Creed się z nią zgodził. Brodie nie tylko pomagała w psiarni, trenowała też z psami w wodzie.

Hanna nauczyła ją obsługiwać rachunek bankowy. Ciekawie było obserwować, na co Brodie wydaje swoje pieniądze. Skarpetki, książki, smakołyki dla psów i kotów, a ostatnio także mleczne karmelki, ponieważ przypominały jej babkę.

Creed nie lubił wspomnień, wręcz ich unikał, ale nic dziwnego, skoro młodzieńcze lata spędził z matką w drodze w poszukiwaniu Brodie. Jeździli od miasta do miasta prowadzeni najdrobniejszą wskazówką, najmniejszym tropem, zawsze z nadzieją, że ją znajdą. W późniejszych latach Creed liczył już tylko na to, że pozna jakąś odpowiedź.

Uśmiechał się jednak, kiedy Brodie przypominała mu to, co było dobre, odsuwając jego koszmary gdzieś na tył głowy. Powoli uczyła go, że nie cała ich rodzinna historia jest unurzana w bólu i żalu.

Koniecznie chciał wziąć udział w tej operacji, co wiązało się z powrotem do Nebraski. W ten sposób, oferując swój czas i nadzwyczajne umiejętności Grace, pragnął się odwdzięczyć. W minionym roku Tommy Pakula podczas innej akcji poszukiwawczej pomógł mu odnaleźć siostrę, tym razem być może on zdoła pomóc innej rodzinie w odnalezieniu ukochanej osoby.

– Mam nadzieję, że pańska czarodziejka jak zwykle spisze się na medal – stwierdził Pakula, wskazując brodą na dom na farmie z elewacją z desek. – Nazywa się Freddie Mason. Ot, przeciętny facet, a to takie ładne i swojskie miejsce. Nigdy nie przestanę się dziwić, jak oni potrafią wtopić się w lokalną społeczność. Ale cóż, najciemniej pod latarnią…

– Co znaleźliście do tej pory? – spytał Creed.

Informacja, gdzie i jakie urządzenia elektroniczne dotąd już odkryto, mogła okazać się pomocna, na wypadek gdyby Grace udało się jeszcze uchwycić ich zapach.

– Jego laptop leży na blacie w kuchni, telefon komórkowy miał w tylnej kieszeni. Oczywiście nic w nich nie ma, choć nasi technicy jeszcze w nich pogrzebią. W tej chwili jest na podwórzu za domem i rozmawia z O’Dell, która odgrywa dobrego glinę, a ten zły to ja. Niestety jak dotąd nie udało się go złamać.

O’Dell to agentka specjalna FBI Maggie O’Dell. Pracowała już kiedyś z Pakulą, a mówiąc dokładniej, wszyscy troje brali udział w operacji, która ostatecznie doprowadziła do uwolnienia Brodie.

Creed i Maggie znali się niemal trzy lata. Współpracowali na tyle często, by się zaprzyjaźnić. Nie, to nieprawda, łączyło ich coś więcej, choć ich relacje były skomplikowane, nieraz też mocno frustrujące. Aż wreszcie całkiem niedawno Creed uświadomił sobie, że nie wyobraża sobie już życia bez Maggie, a związane z tym ewentualne ograniczenia zupełnie się nie liczą.

Ostatnio często rozmawiali i pisali do siebie SMS-y, jednak nie widzieli się od czerwca, co bardzo mu się nie podobało. Maggie mieszkała w Wirginii i kontynuowała karierę w FBI, natomiast Creed osiadł w Panhandle na Florydzie, gdzie z powodzeniem prowadził firmę.

– Spytam wprost – odezwał się Pakula, przerywając jego myśli. – Czy Grace potrafi wywąchać zewnętrzny twardy dysk, pamięć USB, karty SIM? Przeszukaliśmy już szuflady, szafki i pudełka, wszystko, co tylko pan może sobie wyobrazić, i co mamy? Zero, kompletnie nic. Te rzeczy są takie małe, że to dosłownie jak szukanie igły w stogu siana.

– Dla niej to pierwsze takie zadanie, a tak naprawdę dla nas obojga, jednak podczas treningów świetnie sobie radziła.

Grace stała obok niego na otwartej klapie bagażnika i pomachała ogonem, bo wiedziała, że o niej mówią. I cierpliwie czekała, aż Creed włoży jej roboczą kamizelkę. Psy to stworzenia, które uczą się pewnych nawyków, więc starał się to wykorzystać. Dla psów wielozadaniowych, a więc i dla Grace, dla każdego zapachu używał innej kamizelki czy obroży.

Za każdym razem posługiwał się też inną nazwą lub komendą. Kiedy chodziło o narkotyki, mówił „Szukaj ryby”, ponieważ słowo „ryba” nie powodowało panicznej ucieczki dilerów na zatłoczonym lotnisku czy granicy, gdy sądzili, że pies ma jedynie znaleźć przemycane produkty żywnościowe.

Ponieważ jednak Grace była psem wielozadaniowym, pracując w konkretnym miejscu, wskazywała też na inne zapachy, które nie stanowiły głównego celu podczas tej akcji, ale potrafiła je identyfikować. Podczas ostatniego pobytu w Nebrasce miała ich doprowadzić do ciała zakopanego na pastwisku, jednak próbowała zwrócić ich uwagę na materiały wybuchowe podłożone w miejscu, gdzie zakopano zwierzę rozjechane przez pojazd. Zastępca szeryfa stracił rękę. Creed miał więcej szczęścia.

– O’Dell uważa, że ten gość ma katalog – dodał Pakula.

Creed obejrzał się przez ramię, natomiast Pakula spojrzał na tył domu, za którym jak okiem sięgnąć ciągnęły się pola kukurydzy. Spodziewał się, że podejrzany tam czmychnie? Jak łatwo byłoby zniknąć w niezliczonych rzędach wysokich łodyg?

– Myśli pan, że przechowuje te informacje na jakimś nośniku elektronicznym?

– Nikt nie trzyma czegoś takiego w chmurze.

Tygodnie temu, kiedy Maggie rozmawiała z Creedem na temat jego udziału w tej operacji, nazwała ją Operacją Spadających Gwiazd. Zanim mu wyjaśniła, o co chodzi, zrozumiał, że gwiazdy reprezentują zaginionych, a część z nich to dzieci. Mieli nadzieję odnaleźć jak najwięcej z nich, zanim wszystkie ślady znikną. Kiedy jednak Pakula wspomniał o katalogu, Creed poczuł ucisk w żołądku. Co jest nie tak z tymi ludźmi?

W takich chwilach starał się być wdzięczny, że Brodie nie wpadła w ręce handlarzy ludźmi, chociaż była tego blisko. Iris Malone, kobieta, która ją porwała, miała już dość jej nieustannych prób ucieczki. Zaledwie kilka dni przed jej odnalezieniem Brodie została wygnana z domu przez Iris. Creed nie chciał nawet myśleć, jak niewiele brakowało, by już na zawsze zaginęła w tym zakrytym przed oczami innych świecie. Jej los byłby straszny, choć w niewoli u Iris Malone zaznała już wystarczająco dużo zła.

– W porządku? – spytał Pakula.

Grace polizała rękę Creeda, a on dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że się zatrzymał.

– Trudno sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógł zrobić taki katalog.

– Ludzie myślą, że handlarze ludźmi przemycają kobiety i dzieci przez granicę. Nie mają świadomości, ilu miejscowych znika. Nastoletni uciekinierzy, narkomani, dzieci, które próbują uciec z domów, gdzie spotyka je przemoc, i wpadają w pułapkę jeszcze gorszych koszmarów. Jakby tego było mało, mamy też rodziców, którzy sprzedają własne dzieci. Nie brakuje takich popaprańców.

Pakula urwał, a Creed powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem.

Grace zaczęła machać ogonem w tym samym momencie, kiedy Creed poczuł, że tętno mu przyśpiesza. Zza domu wyłoniła się Maggie w towarzystwie niewysokiego krępego mężczyzny, który szedł krok przed nią. Spojrzała w ich kierunku i uniosła głowę, tym subtelnym gestem pokazując, że ich dostrzegła, ale zachowała powagę i nie odważyła się odwrócić uwagi od mężczyzny. Był wzrostu Maggie. Miał pałąkowate nogi, dlatego idąc, wyglądał, jakby kołysał się z boku na bok. A ponieważ stopy miał bose, po zejściu z trawnika przed domem stąpał ostrożnie po nierównej powierzchni.

Creed sprawdził ziemię wokół dżipa. Rzeczywiście w niektórych żółtobrązowych kępkach rosły kolczaste rośliny.

– Ci dranie się znają, wzajemnie się asekurują i obserwują – powiedział znów Pakula. – Jednak to się zmienia. Zdaje się, że ostatnio doszło do wojny terytorialnej. Wczoraj odwiedziliśmy pewne miejsce na obrzeżach North Platte. Chodziło o dilera samochodów. Za dnia gość jest szanowanym obywatelem lokalnej społeczności, a w nocy zamienia się w jednego z tych łajdaków. Dostarcza klientom używane samochody na jazdę testową, i co jakiś czas „halo, niespodzianka!”, bo w takim aucie jest też dziewczyna. – Creed tylko pokręcił głową, a Pakula dodał: – Z tym że to on nas tu doprowadził. Ochoczo wydał swojego kumpla… – W namyśle potarł brodę. – Coś mi się zdaje, że zbyt ochoczo.

– Myśli pan, że to zaaranżowali?

– Przyjechaliśmy tu wcześnie. – Pakula zerknął na zegarek. – Gdyby coś miało się wydarzyć, to moim zdaniem już by się wydarzyło. Może szukają sposobu na to, żeby się nawzajem wykopać z biznesu. To kolejny powód, dla którego nie możemy tego spieprzyć. Cieszę się, że pan tu jest z Grace.

– Sprawdzimy dom.

Creed skończył pakować swój mały plecak, a Grace zaczęła się niecierpliwić. Chciała się przywitać z Maggie i krążyła wzdłuż okien dżipa, żeby lepiej widzieć. Creed sobie uprzytomnił, że on też niecierpliwie czeka na to powitanie. Maggie wyglądała świetnie, z tym że zawsze dobrze wyglądała. Firmową czapkę z daszkiem z logo FBI naciągnęła nisko na czoło, a on dojrzał błysk jej kasztanowego końskiego ogona.

Podobnie jak Pakula miała na sobie czarny T-shirt, do tego buty trekkingowe i niebieskie dżinsy. Tak, w niebieskich dżinsach prezentowała się naprawdę znakomicie.

Nagle, kiedy Creed zniósł Grace z dżipa na ziemię, Freddie Mason się zdenerwował.

– Zabierzcie stąd tego pieprzonego psa! – krzyczał, wymachując rękami.

Pomimo nierównej powierzchni pod stopami swój chwiejny krok przemienił w trucht i zaczął uciekać przez podwórze, a gdy Maggie szybko go dogoniła i chwyciła za rękę, odepchnął ją.

To był poważny błąd.

Znów go złapała i tym razem wykręciła mu rękę, a potem powaliła na ziemię. A gdy spojrzała na Creeda i Pakulę, jej twarz rozjaśnił uśmiech.

ROZDZIAŁ TRZECI

W Afganistanie Creed i pozostali treserzy często nazywali swoje psy poszukujące detektorami prawdy. Szczególnie dobrze zapamiętał jeden incydent, który miał miejsce w spieczone słońcem zapylone popołudnie. W pewnej wiosce szukali informatora, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Sierżant przekazał Creedowi, że pokazali mieszkańcom zdjęcie mężczyzny, lecz wszyscy tylko kręcili głowami, nawet nie rzuciwszy na nie okiem. Przed przyjazdem Creeda z Rufusem oddział spędził tam prawie godzinę i nic nie osiągnął, lecz na widok dużego labradora ludzie stawali jak wryci, szeroko otwierali oczy i pamięć wracała im w cudowny sposób. Całkiem jakby pies był magicznym talizmanem, który potrafi czytać w ich myślach.

Dlatego wcale się nie zdziwił, że Freddie Mason nie chce widzieć psa w swoim domu. Nie stawiał oporu funkcjonariuszom, począwszy od ludzi z biura szeryfa hrabstwa, przez patrol stanowy aż do FBI, uważając, że wszystkich ich wystrychnął na dudka, jednak wiedział wystarczająco dużo, by wpaść w panikę na widok psa nawet tak małego jak Grace.

– Nie pozwalam wpuszczać tego brudnego kundla do mojego domu! – protestował z poczerwieniałą twarzą, a także wykrzywioną z bólu, bo Maggie wciąż wykręcała mu rękę.

Creed z satysfakcją odnotował, że Freddie wprawdzie w ogóle nie opiera się Maggie, tylko posłusznie tkwi w jej żelaznym uścisku, ale wręcz histerycznie reaguje na obecność Grace.

– Mamy nakaz rewizji – przypomniał mu Pakula.

– To wam nie daje prawa do tego, żeby wpuszczać do domu parszywego kundla.

– Zapominasz o czymś, Freddie. Już byłem w twoim domu i zapewniam, że nie musisz się obawiać, że ten czysty i dobrze wychowany piesek coś tam nabroi. My już to zrobiliśmy. Natomiast to ja się obawiam, że ten pies może coś złapać w tym twoim syfie.

– Nie chcę widzieć tego psa w domu! – z uporem powtórzył Freddie.

Pakula wskazał na zastępcę szeryfa, który usłyszał jakieś zamieszanie i wyszedł drzwiami od frontu.

– Zastępca Trent pomoże ci się uspokoić – stwierdził Pakula, kiwnął głową Trentowi i wskazał palcem kajdanki przypięte do jego pasa.

Freddie wciąż wykłócał się z Pakulą, krzycząc, że wezwie adwokata, a w tym czasie Maggie wprowadziła Creeda i Grace do domu. Drzwi z siatką przeciw owadom same się za nimi zamknęły.

– Jak wam minęła podróż? – spytała, dotykając jego ramienia.

Wejście było małe, ciasne i zagracone. Patrząc z bliska, Creed przekonał się, że na czole Maggie, choć szarpała się Freddiem, nie ma ani kropelki potu. Poczuł za to woń kokosowego szamponu. Ale zanim jej odpowiedział, przykucnęła i pogłaskała Grace.

– Podróż była w porządku. Już zapomniałem, jak tu jest ładnie i co za przyjemny chłodek.

Wyprostowała się, z uśmiechem stanęła naprzeciwko niego i oznajmiła:

– Nie przyzwyczajaj się do miłego chłodku, bo właśnie napływa cholernie zimny front.

Miał ochotę ją pocałować, a coś w jej oczach mówiło mu, że myśli o tym samym. Minęło zbyt wiele czasu, odkąd ostatnio stali tak blisko siebie.

– I śnieg – powiedział mężczyzna, który właśnie wychynął zza rogu.

– Śnieg? – spytał Creed, udając, że ten intruz nie zakłócił im intymnej chwili.

Nigdy nie przedyskutowali tej sprawy, ale bardzo się starali oddzielać życie zawodowe od tego, co ich łączyło prywatnie, jakkolwiek to nazwać.

– Nie widziałem śniegu, odkąd byłem nastolatkiem.

– Niewiele pan stracił. – Mężczyzna wsunął palce w gęstą czuprynę siwych włosów. Miał na sobie świeżo wyprasowaną granatową koszulę z podwiniętymi rękawami, niebieskie dżinsy i znoszone skórzane robocze buty. – Jest biały, zimny i może zatrzeć wszystkie ślady. Pan pewnie jest tym treserem psów poszukujących. – Pokazał kciukiem za siebie, gdy dwóch umundurowanych zastępców szeryfa wyszło zza rogu i nie przedstawiając się, ruszyło do drzwi od frontu. – Wynoszą się – dodał mężczyzna.

Creed kazał Grace wejść do pomieszczenia, które właśnie opuścili zastępcy. Wejście było tak wąskie, że z całym tym sprzętem, woreczkami na dowody i zestawem do ich zbierania musieli się przez nie przeciskać.

Kiedy drzwi z siatką zamknęły się za zastępcami, Maggie dokonała oficjalnej prezentacji:

– Ted, przedstawiam panu Rydera Creeda i Grace. Ryder, to jest Ted Spencer, szeryf hrabstwa Clay. Należy do ekipy Pakuli.

– Jak się masz, Grace. – Ted wyciągnął rękę. – Agentka O’Dell sporo o tobie mówiła. – Potem zwrócił się do Creeda: – Przetrząsnęliśmy cały dom, zajrzeliśmy pod płyty na suficie, sprawdziliśmy przewody grzewcze, rury pod umywalką, zbiornik na wodę ze spłuczką. Szukaliśmy nawet elektronicznym ustrojstwem, niestety bateria padła po trzech fałszywych odczytach.

– Jedno można na pewno powiedzieć o Grace. – Creed spojrzał na psa, który niecierpliwie przebierał łapami. – Jej bateria nigdy nie pada.

– Chwileczkę… – Spencer sięgnął do tylnej kieszeni. – Muszę odebrać. – Przeszedł kilka kroków w głąb holu, stukając palcem w ekran.

– Maggie, zbieracie dowody? – Creed chciał już brać się do pracy, ale nie miał ochoty się z nią rozstać.

– Jak znam życie, Pakula będzie naciskał, żeby spakować wszystko, co znajdziecie – odparła. – Już pójdę, żeby go zmienić, no i Freddie zaczął się rozkręcać, kiedy zobaczył Grace. – Ostatnie słowa powiedziała z uśmiechem, stojąc tyłem do Spencera. Położyła rękę na ramieniu Creeda i dodała: – Naprawdę dobrze cię znów widzieć.

– Przepraszam. – Spencer wrócił, wsuwając telefon do kieszeni. – Moja żona.

– Idę po Pakulę – poinformowała go Maggie i wyszła frontowymi drzwiami.

Creed myślał, że Spencer za nią pójdzie. Maggie wiedziała, że lubił pracować w samotności.

– A ten telefon… Żona za bardzo się przejmuje – oznajmił Spencer. – Jakieś pół roku temu wynajęliśmy pokój młodej kobiecie, która wczoraj wieczorem nie wróciła po pracy. Powtarzam Norze, że ta dziewczyna nie jest już dzieckiem, ale wie pan, i tak się martwi.

Creed skinął głową, że niby uważnie słucha, zerkając na drzwi, za którymi zniknęła Maggie. Wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie dzielą się swoimi prywatnymi sprawami z osobami, które są dla nich obce. On z trudem dzieli się tym z najbliższymi.

Spencer potarł twarz, sygnalizując mową ciała, że wyczuł skrępowanie Creeda, mimo to i tak nie zamierzał zostawić go samego.

– Widziałem, jak pracuje pies policyjny wyszkolony do poszukiwania ludzkich zwłok. – Patrząc na Grace, splótł ramiona na piersi. – Wiem, że nauczyliście ją rozpoznawać zapach rozkładającego się ciała, ale nie rozumiem, jak pies może wywąchać elektronikę. Agentka O’Dell mówiła, że pański pies potrafi znaleźć coś tak małego jak karta mikroSD. Ona ma niecały milimetr grubości i jest mniejsza niż znaczek pocztowy.

– Wszystkie urządzenia elektroniczne, które przechowują dane, mają chemiczną powłokę – wyjaśnił Creed. – Składa się ona z triphenylphosphine oxide, czyli z tlenku trifenylofosfiny. Trudne do wymówienia, więc używamy skrótu TPPO. Ta powłoka zapobiega przegrzaniu. Środek chemiczny jest tani, skuteczny i wszystkie firmy używają go do kart mikroSD, pamięci USB, smartfonów, komputerów, zewnętrznych twardych dysków, a nawet smartwatchów. Grace potrafi wykrywać ten środek chemiczny.

– Zapach jest wystarczająco silny, żeby go wyczuć nawet na takich maleńkich kartach?

– Psy potrafią pochwycić zapach nawet bardzo mocno rozcieńczonych roztworów związków chemicznych. Wiemy, że progowe dawki zapachu, które one wyczuwają, są niedostępne dla urządzeń skonstruowanych w najnowszych technologiach.

– Pozwoli pan, że popatrzę?

Creed wolałby odmówić, jednak Grace, wyraźnie sprężając się przed pracą, ewidentnie nie miała nic przeciwko temu facetowi. Podobnie jak Creed, który wyraźne poczuł sympatię do Teda Spencera, choć miał irytujący zwyczaj snucia opowieści o tym, co martwi jego żonę.

– O ile będzie pan trzymał się z tyłu i milczał.

– Jasne, jasne, nie ma sprawy. Po prostu przez trzy godziny przetrząsaliśmy dom i nie wyobrażam sobie, żeby mogła coś znaleźć.

Creed odpiął smycz od kamizelki suczki, która już pracowała i poruszała nozdrzami, wciągając powietrze. Dla niego dom pachniał smażonym bekonem i dymem z marihuany, natomiast pies czuł o wiele więcej.

– Grace, pokaż „tippo”. – To było dużo prostsze do wymówienia niż TPPO.

Pognała przez pokój, zygzakiem omijając buty pozostawione w miejscu, gdzie zostały zdjęte, i stolik kawowy zaśmiecony opakowaniami po jedzeniu na wynos.

– Jestem zaskoczony, że ona… – Spencer urwał, zanim Creed rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

Nie natrafiając na kolejne przeszkody, Grace dotarła do biblioteczki z twardego drewna, najpewniej orzecha. Była wbudowana w ścianę i sięgała sufitu. W swoim czasie musiała pasować do listwy wieńczącej, kilkakrotnie przemalowanej, a w niektórych miejscach usuniętej.

Creed uznał, że Freddie Mason nie należał do miłośników czytelnictwa, a jednak posiadał eklektyczną biblioteczkę, która zawierała zarówno współczesne bestsellery, jak i dzieła z klasyki literatury pięknej oraz stare podręczniki. Gdy dokładniej się przyjrzał, dostrzegł jakieś znaczki na grzbietach. Innymi słowy, te książki kiedyś były własnością jakiejś biblioteki.

Obejrzał się na Spencera, który tylko wzruszył ramionami, by zachować nakazane mu milczenie.

Grace z wysoko uniesionym nosem usiadła u stóp Creeda i spojrzała mu w oczy.

Nie uczył psów, żeby dotykały poszukiwanej rzeczy, ale tym razem było inaczej. Grace rozumiała, że to wyjątkowa sytuacja.

Creed wziął ją na ręce. Ponieważ miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, mógł ją unieść do najwyższej półki, jednak suczka nie tam chciała sięgnąć. Odwróciła się w prawo i nieco w dół, więc przeniósł ją w to miejsce, a ona niemal natychmiast dotknęła nosem grzbietu grubej książki w niebieskiej oprawie.

Creed postawił Grace z powrotem na podłodze i wyjął z plecaka lateksowe rękawiczki. Nie oglądając się za siebie, czuł, że Spencer trochę się zbliżył i zatrzymał się jakieś dwa metry za nimi. Dłonią w rękawiczce ostrożnie wyciągnął z półki książkę i pokazał ją Spencerowi.

– Czy coś mi umknęło? – odezwał się Pakula, który właśnie wszedł do środka.

– Szekspir – odparł Creed.

Zaczekał, aż Pakula do niego podejdzie, otworzył książkę i przewrócił kilka kartek do miejsca, gdzie dostrzegł lekkie zgrubienie. Głęboko w środku książki ktoś wcisnął dwie karty mikroSD.

– A niech mnie… – podsumował Spencer.

Pakula spojrzał na pozostałe książki na półkach i spytał:

– Mamy przejrzeć wszystkie?

Creed właśnie sięgał do plecaka po nagrodę na Grace. Już wskazała jedną książkę, ale nie zaszkodzi jeszcze raz wziąć ją na ręce.

– Spytajmy Grace – odpowiedział, zerkając na Pakulę.

Kiedy spojrzał w dół, okazało się, że Grace zniknęła, a stukot jej pazurków na panelach podłogowych dobiegał z sąsiedniego pomieszczenia.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gdy weszli do kuchni, zapach bekonu okazał się tak silny, że Creedowi aż zaburczało w brzuchu. Było oczywiste, że ludzie Pakuli przerwali Freddiemu śniadanie. Na środku grzanki roztopiło się masło, na żeliwnej patelni Freddie smażył jajecznicę, na papierowym ręczniku leżały nietknięte plasterki chrupiącego bekonu.

Żaden z tych zapachów nie odwrócił uwagi Grace.

Właśnie z tego powodu Creed nie nagradzał swoich psów jedzeniem. Tak postępowało wielu innych treserów, ale kiedy dodał do repertuaru Grace nośniki elektroniczne, ze zdumienie przekonał się, że dużo psów specjalizujących się w wykrywaniu takich właśnie urządzeń dostaje w nagrodę coś do jedzenia. Byli nawet tacy treserzy, którzy zalecali uznanie takiej metody za rutynową, czyli karmienie psa dopiero wtedy, gdy znajdzie poszukiwany obiekt. Gdy Creed zakwestionował taki sposób postępowania, usłyszał, że taka metoda zachęca treserów oraz ich psy do codziennych treningów.

Owszem, miało to sens, lecz według Creeda było okrutne. Wiele psów, które trafiły do jego ośrodka szkoleniowego, zostało porzuconych przez poprzednich właścicieli. Niektóre, jak Grace, długo były bezdomne, żywiły się tym, co udało się znaleźć, aż została z nich skóra i kości. Creed nie brał nawet pod uwagę takiego rozwiązania, żeby codzienny posiłek stawał się nagrodą za pracę. Każdy pies, który znalazł u niego schronienie, był zaopiekowany i dostawał jedzenie niezależnie od tego, czy pracował, czy też nie.

Mimo to dziwiło go, że Grace podczas akcji potrafi ignorować smakowity zapach bekonu. Zamiast tego obwąchiwała zamknięte drzwi szafek, aż podeszła do końcu blatu, zatrzymała się i przywołała wzrokiem Creeda.

Czując za sobą Pakulę i Spencera, dłonią w rękawiczce chwycił za uchwyt drzwi szafki.

– Chwileczkę – powiedział Pakula. – Proszę pozwolić, że to sprawdzę.

Creed wyprostował się i cofnął, pokazał też Grace, żeby zrobiła to samo. Pakula sięgnął do małego plecaka, który jego ludzie zostawili na końcu blatu, wyjął nieduże urządzenie i przecisnął się obok Creeda i Grace. Kiedy przesuwał urządzeniem wokół drzwi szafki, Creed je rozpoznał. Był to spektometr ruchliwości jonów, który potrafi wykryć pozostałości po środkach wybuchowych. Pakula zawahał się przy zawiasach, a Creed natychmiast podniósł suczkę z podłogi i przeszedł do drugiego pomieszczenia.

Jednym z zapachów, które Grace potrafiła wykryć, był właśnie zapach materiałów wybuchowych. Od razu przypomniał sobie poprzednią wyprawę do Nebraski. Poszukiwanie ciał zakończyło się eksplozją. To była wina Creeda, który źle odczytał sygnały psa, choć Grace zrobiła wszystko, co mogła, żeby go ostrzec.

– Jesteśmy bezpieczni – powiedział Pakula, stojąc przy blacie.

Creed wciąż czuł ucisk w żołądku. Musi zachowywać większą ostrożność. To on powinien pomyśleć o tym zagrożeniu, a jednak nie pomyślał. Jego zawodowa partnerka Hanna wciąż nalegała, żeby trochę odpoczął. Może powinien to rozważyć, zanim znów doprowadzi do tego, że ktoś dozna obrażeń albo… zginie.

Pakula mu się przyglądał. Creed już się przekonał, że nic mu nie umyka. Spojrzał w oczy Creeda i kiwnął głową, jednak Spencer nie zauważył tej wymiany spojrzeń, tylko skupił się na odsłoniętej zawartości szafki.

Dwie półki zajmowały pudełka z rozmaitymi płatkami śniadaniowymi, a Creed natychmiast pomyślał, że wyglądają podobnie jak książki w biblioteczce w pokoju.

Kiedy postawił na podłodze Grace, natychmiast pośpieszyła do otwartej szafki. Najpierw kilka razy przesunęła nosem w tę i z powrotem, a na koniec w zdecydowany sposób przytknęła nos do pudełka płatków Cheerios.

– To jest to, Grace?

Ponownie szturchnęła to pudełko, a nie płatki Fruit Loops czy Corn Flakes, które stały po bokach. Potem usiadła i podniosła na niego wzrok.

Creed obejrzał się na Pakulę, który stwierdził:

– Moje ulubione, chociaż wolę miodowo-orzechowe od tych zwykłych.

Pochylił się, palcami w rękawiczce chwycił pudełko, otworzył górną szafkę i znalazł w niej dużą plastikową miskę. Potem otworzył pudełko i delikatnie wyjął torebkę z płatkami. W kartonie nic więcej nie było, a w przezroczystej torebce nie dostrzegł niczego innego oprócz płatków.

Rozerwał ją powoli i wysypał zawartość do miski. I z torebki razem z płatkami wypadł prostokątny przedmiot. Był to telefon komórkowy owinięty cienką przezroczystą folią.

Pakula powiedział z uśmiechem:

– Grace, jestem ci winny paczkę suchej karmy.

Ale suczka już się kręciła, czekając na swoją nagrodę, więc Creed rzucił jej różowego gumowego piszczącego słonika. Chwyciła go w powietrzu i natychmiast zaczęła naciskać.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Hrabstwo Clay, Nebraska

Anne Brown zakończyła rozwożenie poczty i postanowiła wrócić skrótem. Późnym popołudniem była umówiona u fryzjera w The Strand w Lincoln. Nie chodziło tylko o strzyżenie. Właściciel zakładu, Dan Macke, potrafił sprawić, że półgodzinna wizyta stawała się uroczą kombinacją terapii i spa. Tego dnia Anne bardzo tego potrzebowała.

Zapowiadano opady śniegu, jednak poranek był ciepły i słoneczny. Liście właśnie zaczęły zmieniać kolor, rowy zarastały wysokie czerwone i złote trawy. Dopiero co rozpoczął się sezon piłkarski.

Śnieg w październiku nie był tu czymś niezwykłym, ale jak lubiła mawiać Anne: „Tu jest Nebraska. Jak ci nie podoba dzisiejsza pogoda, poczekaj do jutra”.

Miała jednak nadzieję, że meteorolodzy się mylą nie tylko dlatego, że po śniegu ciężko się jeździ i dostarczenie poczty zajmuje dwa razy więcej czasu. Śnieg o tak wczesnej porze nie tylko utrudnia jazdę. Farmerzy, w tym i jej brat Ed Rief, nie zaczęli jeszcze żniw.

A ponieważ liście wciąż były na drzewach, śnieg zbierał się na nich i gałęzie łamały się pod jego ciężarem. Anne pamiętała z dawnych czasów burzę śnieżną w Halloween, kiedy śnieg łamał potężne gałęzie stuletnich topoli i klonów.

Wiele z nich uszkodziło też linie energetyczne, zrywając je jak gumki recepturki, no i przez ponad tydzień byli pozbawieni prądu.

Żwir odbijał się od podwozia jej czarnego jak węgiel dżipa. Anne zwolniła. Była jednym z ostatnich doręczycieli, którym pozwolono rozwozić pocztę własnym samochodem, i z bólem słuchała, jak jej nowiusieńki dżip się niszczy.

Droga na skróty wydała jej się bardziej wyboista niż poprzednim razem, a kukurydza na polach po obu stronach wyrosła tak wysoko, że zasłaniała widok. Gdyby nie zwolniła, pewnie nie zauważyłaby białej plamy w zrudziałej trawie.

W promieniu co najmniej półtora kilometra, a może i trzech, nie było żadnych domostw ani podjazdów, jednak pierwsze, co przyszło Anne na myśl, to że do rowu wpadła jakaś paczka albo list.

Zatrzymała się i cofnęła, lecz za daleko, bo już tego nie widziała. Na drodze nie było ruchu, mimo to zjechała na bok. Nie wyłączając silnika, wysiadła, żeby sprawdzić, co tam leży.

Rowy wzdłuż bocznych dróg bywają niebezpieczne, bo wysokie trawy sprawiają, że można źle ocenić ich głębokość. Ale ostatnio nie padało, więc przynajmniej nie wpadnie z butami w błoto czy wodę.

Cofnęła się i skupiła wzrok na rowie. Pomyślała, że może to być jakieś zwierzę, białe albo szare, na przykład opos. Trawy niczym fale kołysały się w tę i z powrotem. I gdy Anne uznała, że tylko traci czas, wreszcie to zobaczyła.

Coś białego, a wokół tego trzepotała na wietrze czarna folia. To białe też się poruszało. Wyglądało jak część ubrania albo kawałek płótna. Jakby ktoś wyrzucił z samochodu worek ze śmieciami.

Odwróciła się i ruszyła z powrotem do auta.

A jeśli to nie jest tylko worek ze śmieciami? – przemknęło jej przez głowę.

Jej brat Ed i mąż Keith byli zapalonymi czytelnikami thrillerów i kryminałów, więc Keith nie dałby jej spokoju, gdyby się dowiedział, że dokładnie nie sprawdziła. Międzystanowa osiemdziesiątka była zaledwie ze trzydzieści kilometrów stąd i biegła równolegle do starej żwirowej drogi. Może jakiś przemytnik narkotyków wyrzucił swój towar? W ich stanie zdarzały się też napady na banki, chociaż pewnie by o tym słyszała.

Przystanęła, nie wiedząc, co zdecydować. Ale okej, ciekawość już ją zżerała.

Zawróciła. Brzeg rowu nie był tak stromy, jak się obawiała, lecz i tak uważnie patrzyła pod nogi, posuwając się małymi kroczkami. Nagle znalazła się nad pakunkiem. Z bliska zobaczyła, że z czarnego worka na śmieci wypadła biała koszula albo kurtka. I coś jeszcze. Na pierwszy rzut oka wyglądało to… Nie, to niemożliwe! Pochyliła się, by lepiej zobaczyć, i gwałtownie odskoczyła. Pośliznęła się, straciła równowagę i wylądowała pupą na brzegu rowu pośród wysokich traw.

Była na tyle blisko, że nie mogła udawać, że tego nie widzi.

Z worka wystawała ręka. To na pewno jakiś halloweenowy psikus, chociaż na to ciut za wcześnie. A jednak wiedziała, że to nie jest żart. Bała się, że zwymiotuje. Odsunęła się, wbijając pięty i łokcie w ziemię, by wydostać się z rowu. Wciąż jednak nie mogła oderwać od tego oczu.

Ręka nie wystawała z worka. Ona z niego wypadła. Odcięta na wysokości nadgarstka, do nikogo już nie należała.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Parking Walmartu

Lincoln, Nebraska

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

fot. Deborah Croh Carlin

Pochodząca z Silver Creek w Nebrasce ALEX KAVA, a właściwie Sharon Kava, to uznana autorka thrillerów psychologicznych, które regularnie goszczą na listach bestsellerów. Jej powieści są podbudowane rzetelną wiedzą psychologiczną, a także znajomością procedur policyjnych, co dodaje im wiarygodności. Chociaż stanowią fikcję literacką, często impulsem do ich napisania stawały się prawdziwe zbrodnie i wydarzenia.

POLECAMY RÓWNIEŻ:

www.harpercollins.pl

Spis treści:

OKŁADKA
STRONA TYTUŁOWA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY ÓSMY
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DRUGI
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY TRZECI
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY PIĄTY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY SIÓDMY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY ÓSMY
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY DRUGI
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY TRZECI
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY CZWARTY
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY PIĄTY
ROZDZIAŁ SZEŚĆDZIESIĄTY SZÓSTY