Fałszywy krok - Alex Kava - ebook
Opis

Jeden Fałszywy krok może wszystko zmienić. Melanie Starks żyła dotąd niezgodnie z prawem.  Jako samotna matka, wraz z siedemnastoletnim synem Charliem, utrzymywała się z drobnych kradzieży i oszustw. Gdy w końcu wydawało się, że sprawy przybiorą inny obrót… w jej drzwiach pojawia się Jared Barnett. Oskarżony o gwałt i morderstwo właśnie wyszedł z więzienia dzięki sprytnym  zabiegom swego obrońcy. Przybywa z opracowanym planem napadu na bank. Teraz potrzebuje tylko pomocy siostry i jej syna. To ma być ich ostatni skok, który zapewni im dostatnie życie. W końcu Melanie godzi się wziąć udział w napadzie. Jednak nic nie idzie zgodnie z ich planem. Napad, zamiast przynieść łup, kończy się krwawą jatką. Giną niewinni ludzie. Pozostaje tylko ucieczka… Zbiegli napastnicy nie mają odwrotu, nic nie może ich powstrzymać. Czy mają coś jeszcze do stracenia, kiedy już raz zabili?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Strona tytułowa

Alex Kava

Fałszywy krok

CZĘŚĆ PIERWSZA STRZAŁ W CIEMNO

PIĄTEK, 27 SIERPNIA

PROLOG

13.13

Lincoln, stan Nebraska

Więzienie Stanowe

Max Kramer włożył przynoszący szczęście czerwony krawat i swój najlepszy, niebieski garnitur. Teraz podziwiał własne odbicie w kuloodpornej szybie, czekając, aż strażnik otworzy drzwi. Ta grecka farba do włosów była naprawdę świetna! Siwizna zupełnie zniknęła. Co prawda żona powtarzała mu, że szpakowate włosy dodają powagi, ale to nie miało znaczenia. Zawsze mówiła mu takie rzeczy, kiedy czuła, że szuka sobie kogoś nowego. Do licha, jak ona go dobrze zna! Lepiej niż jej się samej wydaje.

– Prawdziwy sukces, co? – mruknął bez entuzjazmu strażnik.

Max wiedział, jak nazywają go klawisze z tej części więzienia, gdzie przebywali skazani na śmierć. Nie cieszył się wśród nich sympatią. Dotyczyło to jednak tylko strażników, bo dla skazanych był niemal bogiem. Potrzebowali go, by wyprostował im życiowe ścieżki i opowiedział za nich ich historie, czy raczej pożądane wersje owych historii. Tak, dla niego właśnie oni byli najważniejsi, ale nie dlatego, że był czułym liberałem, jak pisały o nim pisma typu Omaha World Herald czy Lincoln Journal Star. Nie, nie było w tym nic szlachetnego. Cała ta ciężka praca służyła temu, by mógł, tak jak dzisiaj, wyprowadzić swego klienta z betonowego piekła na wolność. By gdzieś za nim zostało krzesło elektryczne, a przed nim słoneczne światło i... liczne ekipy telewizyjne z całego kraju, a nawet z zagranicy. Larry King z CNN już umówił się z Maksem i Jaredem na jutrzejszy wieczór. A ten czerwony krawat świetnie zagra, kiedy NBC będzie dzisiaj nadawać wywiad przeprowadzony przez samego Briana Williamsa. Wywiad z nim, z adwokatem Maksem Kramerem.

O tym właśnie marzył, wybierając ten zawód, na to czekał, harując przez długie lata. Warto było przesiadywać po godzinach za marne grosze, byle tego się doczekać. No i wreszcie skończą się napaści miejscowych mediów.

Zatrzymał się przed celą, udając szacunek dla prywatności swego klienta. Udając... Nie chciał spędzić w towarzystwie Jareda Barnetta więcej czasu, niż to było absolutnie konieczne. Patrzył więc z korytarza. Barnett miał na sobie te same wytarte dżinsy i czerwony T-shirt, który oddał do depozytu pięć lat temu. Ale teraz koszulka niemal pękała w szwach z powodu mięśni, które wyrobił sobie w czasie ćwiczeń w więziennej siłowni. Jednak zamiana pomarańczowego więziennego kombinezonu na zwykły strój spowodowała, że Barnett zaczął prezentować się pospolicie. Nawet jego krótkie ciemne włosy wyglądały na zmierzwione, jakby przed chwilą wstał z łóżka. Max nie znosił tego u siebie, ale być może po dzisiejszym wystąpieniu Jareda stanie się to modne.

Max przekazał już mediom odpowiedni wizerunek swego klienta: ot, biedny, nic nierozumiejący łobuziak, który został wrobiony w poważną sprawę i któremu system penitencjarny ukradł pięć lat życia. Barnett musiał teraz tylko jako tako odegrać swoją rolę.

Stojący w drzwiach strażnik przesunął się nieco.

– Musimy zaczekać na papierki – powiedział. – Może pan wejść do środka.

Max skinął głową, udając, że dziękuje mu za tę uprzejmość, chociaż wolałby postać sobie na korytarzu. Zawahał się, ale wtedy Jared najpierw machnął na niego ręką, a potem uprzejmie wstał na jego widok. Cholera, co to za świat, w którym nawet mordercy przestrzegają zasad savoir-vivre’u! Chciało mu się rzygać.

Wszedł jednak do środka.

– Odpręż się. – Wskazał Jaredowi krzesło. – To może trochę potrwać.

Prawdę mówiąc, sam był zdenerwowany. Bał się, że Barnett spieprzy coś w ostatniej chwili.

– Mogę poczekać jeszcze parę minut. Nie myślałem, że kiedykolwiek mnie z tego wyciągniesz. – Usiadł, nie przejmując się tym, że Max wciąż stoi.

I dobrze, tak właśnie miało być. Tej sztuczki adwokat Kramer nauczył się, kiedy pracował jako obrońca z urzędu. Jeśli w czasie rozmowy patrzy się na klienta z góry, natychmiast zyskuje się jego szacunek. Przy metrze sześćdziesięciu siedmiu centymetrach wzrostu musiał się uciekać do podobnych trików.

– Więc jak teraz będzie? – spytał Barnett, chociaż Max wyjaśniał mu to już parę razy w czasie procesu apelacyjnego. Mówił takim tonem, jakby spodziewał się jeszcze jakiejś zagwozdki. – Naprawdę mnie zwolnią?

– Bez Danny’ego Ramereza jako głównego świadka oskarżyciel nie ma szans. Dowody mają wyłącznie poszlakowy charakter. Nie ma nikogo, kto mógłby powiązać cię z Rebeką Moore. – Max obserwował reakcję Barnetta, czy raczej jej brak. – To było bardzo uprzejme ze strony pana Ramereza, że w końcu wyznał, iż tamtego popołudnia nawet nie był na miejscu zbrodni.

Barnett uśmiechnął się do niego, ale było w tym coś takiego, że Maksowi aż ciarki przeszły po plecach. Nigdy nie pytał swego klienta, jak zmusił Ramereza do wycofania pierwotnych zeznań, ale podejrzewał, że mimo przebywania w kryminale musiał to jakoś zrobić.

– A co z innymi? – spytał Jared.

– Słucham?

Max czekał, ale Barnett zaczął czyścić zębami paznokcie, obgryzając skórki w ich rogach. Widział to już w sądzie. Był to zapewne nerwowy tik, z którego jego klient nie zdawał sobie sprawy. Teraz sam chętnie zacząłby gryźć palce. O jakich innych on mówił?!

– Jakimi innymi? – spytał w końcu, chociaż tak naprawdę nie chciał nic o nich wiedzieć.

– Nieważne – mruknął Barnett i wypluł kawałek skórki. Następnie skrzyżował ręce na piersi, wtykając dłonie pod pachy. – Wiesz, stary, że nie mam ani centa – zmienił temat. – Mówiłeś, że nie muszę ci płacić, ale czuję się twoim dłużnikiem...

Max odetchnął z ulgą. Nareszcie wypłynęli na bezpieczniejsze wody. Jeśli istnieli jeszcze jacyś świadkowie, on jako prawnik nie chciał nic o nich wiedzieć. Do tej pory sprawa była prosta: jeden świadek, jedno oskarżenie. Nie miał najmniejszej ochoty, by w jakikolwiek sposób się skomplikowała. Jeśli Barnett chce się wyspowiadać, to może mu sprowadzić pieprzonego księdza. Już wolał, żeby gadał o forsie!

Max wiedział, że jego klient nie należy do facetów, którzy łatwo przyznają się, iż mają wobec kogoś dług wdzięczności. Już samo to, że uznał ten fakt, wyglądało naprawdę poważnie, a on jeszcze wyznał to na głos. I niech się teraz tym przejmuje. Max nigdy nie zapomni pewnej sceny, której był świadkiem. W chwili, kiedy ogłoszono wyrok śmierci, Barnett odwrócił się do swego obrońcy z urzędu, tego nieszczęśnika Jamesa Pritcharda, i powiedział, że jest mu teraz winny tylko kulkę w łeb. Maksowi spodobało się więc, że uważał się za jego dłużnika. Prawdę mówiąc, nawet na to liczył.

– Pomyślimy o tym – rzucił niezobowiązująco.

– Jasne. Zrobię, co będę mógł. – O dziwo, w ustach Barnetta ten banalny zwrot zabrzmiał całkiem szczerze.

– Słuchaj, muszę cię teraz ostrzec. Przy wyjściu telewizja i prasa urządziły prawdziwy cyrk.

– Dobra. – Jared wstał. Widać było, że wcale nie przejął się tą informacją. – Ile dają?

– Słucham?

– Ile te pijawki dają za wywiad?

Max podrapał się po głowie. To był jego nerwowy tik, na którym zaraz się złapał, dlatego udał, że poprawia włosy. Chociaż naprawdę powinien je zacząć wyrywać. Co ten skurwiel sobie myśli, na miłość boską?! Czy chce wszystko spieprzyć?! Spodziewa się, że zaczną mu płacić za wywiady?!

Musiał uważać, by nie zdradzić, jak bardzo jest wściekły. Nie mógł dać po sobie poznać, jak ogromnie zależy mu na tych wywiadach. I że Barnett zrobi mu uprzejmość, jeśli weźmie w nich udział. Chciał, by wciąż czuł, że ma wobec niego dług wdzięczności. Gorączkowo zastanawiał się, jakiej metody użyć. Do czego się odwołać, żeby Jared połknął przynętę? Doskonale wiedział, że nie zależy mu tak bardzo na forsie.

– Staniesz się sławny – powiedział z uśmiechem, kręcąc przy tym głową, jakby wciąż nie mógł w to uwierzyć. – Mam prośby o wywiad z NBC News. Chcą cię do programu Larry’ego Kinga, a nawet do The Factor Billa O’Reilly’ego. Zdobędziesz coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze, ale oczywiście możesz im powiedzieć, żeby poszli do diabła. Jak uważasz. To zależy tylko od ciebie.

Obserwował Barnetta, zmuszając się do milczenia. Udawał, że to coś bez znaczenia. Koncentrował się na oddechu, usiłując nie myśleć o tym, jak bardzo sam potrzebuje sławy. Starał się nie zaciskać dłoni w pięści, a jednocześnie powtarzał w myśli jedną mantrę: „Tylko nie waż się tego spieprzyć”.

– Sam Bill O’Reilly chce zrobić ze mną wywiad?

Jeszcze jeden oddech.

– Mhm, jutro wieczorem. Ale wszystko zależy od ciebie. Mogę mu powiedzieć, żeby się wypchał. Jak chcesz.

– Ten O’Reilly myśli, że jest twardy. – Barnett znowu się uśmiechnął. – Z przyjemnością powiem mu, co o tym wszystkim myślę.

Na ustach Maksa pojawił się uśmiech. A więc jednak ma władzę nad tym facetem, chociaż musi bardzo na niego uważać. Po raz pierwszy od kiedy go poznał, odważył się spojrzeć w jego ciemne, puste oczy. I wtedy zrozumiał, że zna prawdę. Jared Barnett naprawdę zabił tę biedną dziewczynę siedem lat temu. Po cichu od dawna na to liczył.

WTOREK, 7 WRZEŚNIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

10.30

Omaha, stan Nebraska

Gmach sądu

Grace Wenninghoff nie znosiła czekania. Powietrze w sali sądowej numer pięć oblepiało ją niczym mokra ścierka. W środku znajdowało się za dużo ludzi, co powodowało straszny zaduch. W ciszy słychać było trzeszczenie krzeseł, czasami ktoś zakaszlał czy chrząknął, ale to było wszystko. Zebrani skupieni byli na sędzi Fieldingu, który niespiesznie przeglądał papiery. Był spokojny, na jego czole nie pojawiła się choćby kropla potu.

Grace sięgnęła po butelkę z wodą i wypiła dwa łyki. Chciała krzyczeć: „No szybciej, niech to się wreszcie skończy!”, ale tylko postukała ołówkiem w swój prawniczy notes, żeby nie zacząć tupać. Gdy sędzia spojrzał na nią niechętnie znad oprawek okularów, a jego krzaczaste brwi ściągnęły się, dłoń Grace zamarła w bezruchu. Sędzia powrócił do lektury.

Podobno służby techniczne wyłączyły w budynku klimatyzację na cały kończący się Dniem Pracy weekend, nie spodziewając się powrotu upałów. Mimo to Grace zastanawiała się, czy czasem sędzia sam jej nie wyłączył, chcąc, by wszyscy w mękach czekali na wyrok. Fielding uwielbiał dręczyć prawników. Dręczyć i... trzymać w niepewności. To nie był dobry znak, chociaż Grace próbowała zachować optymizm. Na tyle, na ile mógł go zachować prokurator, którego zwykle proste, krótkie włosy skręcały się w tej chwili we fryzurę, jaką mógłby się poszczycić rasowy pudel. Wiedziała jednak, że optymizm może jej dziś nie wystarczyć.

Spojrzała na drugą stronę, gdzie siedział Warren Penn ze znanej firmy prawniczej Branigan, Turner, Cross and Penn. On też się nie pocił. Jak to możliwe, skoro był wbity w trzyczęściowy garnitur? Grace miała nadzieję, że jego klient, radny miejski Jonathon Richey, zostanie skazany za morderstwo, które popełnił z zimną krwią. Jednak sprytny polityk siedział spokojnie na swoim miejscu w śnieżnobiałej koszuli i niebiesko-czerwonym krawacie. Wyglądał tak, jakby wcale nie przejął się aresztowaniem i stawianymi mu zarzutami. Prawdę mówiąc, wyglądał nawet na zadowolonego i Grace zaczęła się niepokoić, czy jakaś miejska sitwa nie zajęła się już ustaleniem wyroku. Sędzia Fielding znany był z tego, że chronił ludzi ze swego kręgu. Czy odważy się zrobić to przed publicznością i pod obstrzałem mediów?

Grace czuła, jak jedwabna bluzka klei jej się do ciała pod żakietem. Zerknęła na nią z nadzieją, że przynajmniej nie wygląda najgorzej. Wybrała zły dzień na to, by ubrać się w jedwab. Tę bluzkę dostała od babci Wenny, która usiłowała ubierać ją w różowe stroje, od kiedy Grace skończyła sześć lat. Babcia zapewniała ją, że jest to kolor fuksji, przekręcając to słowo z niemiecka, co dodawało mu erotycznego zabarwienia. Grace na myśl o tym uśmiechnęła się lekko.

Spojrzała na sędziego, chcąc sprawdzić, czy wreszcie zacznie. On jednak przewrócił stronę i zaczął wodzić palcem wzdłuż następnej. Do licha! Przecież ma tylko zdecydować, czy wypuścić podsądnego za kaucją. Ciekawe, ile czasu zajmie mu właściwy proces.

Potarła zesztywniały kark. Trzydniowy weekend skończył się za szybko. Jej mąż, Vince, uznał, że pudła z rzeczami zupełnie mu nie przeszkadzają. Łatwo mu mówić, przecież wyjeżdża jutro rano do Szwajcarii! Oczywiście, że musi tam polecieć, oczywiście, że chodzi o ważne sprawy zawodowe. To zrozumiałe, że szefostwo nowej firmy Vince’a chce poznać swego amerykańskiego przedstawiciela. Ale w efekcie Grace i Emily zostaną same jak na polu bitwy. Jednak nie dlatego czuła się tak podle.

Bardzo podobał jej się ich nowy dom, chociaż miał już sto lat i zalatywał wilgocią. Było w nim jednak dużo miejsca, dlatego mogli przeznaczyć jego część dla Wenny. Niestety remont okazał się bardzo uciążliwy, choćby przez sam fakt, że kręcący się robotnicy wciąż nanosili błoto i trociny, ale najtrudniejsze zadanie było dopiero przed Grace. Musiała przekonać Wenny, by przeniosła się do nich ze swego małego domku, w którym przeżyła sześćdziesiąt lat i wychowała troje dzieci oraz wnuczkę, która obiecała sobie, a raczej przysięgła, że zajmie się nią na starość.

– Pani Wenninghoff! – huknął w jej stronę sędzia Fielding.

– Tak, Wysoki Sądzie. – Wstała, opierając się chęci, by wytrzeć mokre od potu czoło.

– Proszę kontynuować – powiedział takim tonem, jakby przerwa trwała zaledwie parę minut i jakby była jej, Grace, winą.

– Jak już mówiłam i jak widać w nakazie aresztowania, pana Richeya zatrzymano na lotnisku. Istnieje więc uzasadniona obawa, że będzie próbował uciec, dlatego nie powinno się go wypuszczać za kaucją.

– Ależ Wysoki Sądzie, to bez-sen-so-wny wniosek – stwierdził z naciskiem Warren Penn.

On również wstał, a teraz wyszedł przed barierkę, jakby potrzebował więcej miejsca, by wygłosić to, co miał do powiedzenia. Grace zrozumiała, że chce ją w ten sposób zdominować.

– Przecież pan Richey jest również biznesmenem – ciągnął w ten sam sposób, wymawiając z naciskiem pojedyncze słowa. – Chciał właśnie odbyć podróż służbową. Zaplanowaną i potwierdzoną dużo wcześniej. Dysponuję zarówno kalendarzem, jak i billingiem rozmów mojego klienta, do wglądu Wysokiego Sądu. – Wskazał papiery na ławie obrony, ale po nie nie sięgnął. – Jonathon Richey nie tylko posiada firmę w Omaha, ale jest też radnym miejskim. Zasiada również w radzie parafialnej swego kościoła i prezesuje Klubowi Rotariańskiemu. Jego żona, dwoje z trojga dzieci i pięcioro wnuków żyją w naszej społeczności. Pan Richey z pewnością nie zamierza stąd uciec. Biorąc to wszystko pod uwagę, jestem pewny, iż Wysoki Sąd zgodzi się, że pan Richey powinien zostać wypuszczony za kaucją.

Grace zauważyła, że sędzia Fielding skinął głową i znowu zaczął przeglądać papiery. To było śmieszne. Niemożliwe, żeby dał się nabrać na te bzdury! Chyba że bardzo tego chciał... Zerknęła na Richeya. Czyżby to była zmowa? Podsądny wyglądał zbyt świeżo i spokojnie jak na tę saunę. Znowu roztarła kark i z żalem stwierdziła, że spływa potem.

– Wysoki Sądzie. – Zaczekała, aż sędzia raczył łaskawie na nią spojrzeć. Następnie wzięła kopertę z ławy i też wyszła przed barierkę. – O ile dobrze mi wiadomo, pan Richey specjalizuje się w komputerowych systemach grzewczych. – Spojrzała na Warrena Penna, a ten skinął głową. – Mam tu bilet, który mu odebrano na lotnisku. – Podeszła do podwyższenia i wręczyła kopertę sędziemu. – Zastanawiam się, Wysoki Sądzie, jakie interesy prowadzi pan Richey na Kajmanach?

Usłyszała pomruk tłumu za plecami.

– Panie Penn? – Fielding spojrzał na adwokata znad drucianych okularów.

Ku jej rozczarowaniu stary wyga Penn nawet się nie zmieszał.

– Pan Richey często spotyka się z klientami w miejscach przez nich wybranych.

Grace chciała przewrócić oczami. Nawet Fielding musi to uznać za bzdurę. Ale dlaczego znowu zabrał się do kartkowania raportów? Czyżby spodziewał się, że znajdzie w nich coś jeszcze?

Obróciła się w stronę ławy oskarżonych i dostrzegła śledczego Tommy’ego Pakulę, siedzącego dwa rzędy dalej. Policjant poruszył się niespokojnie. Włożył garnitur i krawat na wypadek, gdyby był jej dziś potrzebny, jednak Grace uniosła dużą torbę podróżną, która spoczywała do tej pory na podłodze.

– Wysoki Sądzie – powiedziała, demonstrując torbę nie tylko Fieldingowi, ale i całej sali – pan Richey miał przy sobie jeszcze jedną rzecz w chwili aresztowania przez śledczych Pakulę i Hertza. A mianowicie torbę podróżną. Jeśli więc nie uciekał z kraju, to po co byłoby mu to? – Grace rozpięła torbę i wysypała na stół wiele powiązanych gumkami studolarowych plików.

Sala niemal eksplodowała. Kilku reporterów wybiegło na korytarz, wyciągając z kieszeni swoje komórki. Warren Penn tylko potrząsnął głową, jakby to nie było nic wielkiego. Grace spojrzała na Richeya i stwierdziła, że wyraz zadowolenia zniknął z jego twarzy.

– Cisza! Spokój! – krzyknął sędzia, nie uciekając się do pomocy młotka. Pochlebiało mu, że wciąż jest w stanie uciszyć salę tylko głosem.

– Wysoki Sądzie... – zaczął Warren Penn, ale sędzia nie pozwolił mu skończyć.

– Oddalam pozew o zwolnienie za kaucją. – Wstał i dodał, zanim Penn zdołał coś wtrącić: – Odraczam rozprawę.

Po chwili zniknął za drzwiami. Na sali rozpętało się istne pandemonium. Ludzie mówili coś, trzaskali krzesłami i wychodzili na zewnątrz. Grace zaczęła zbierać pliki banknotów, starając się nie patrzeć w stronę obrony. Nie przejmowała się prasą. Wiedziała, że reporterzy będą przede wszystkim ścigać Richeya.

– Lepiej sprawdź, czy masz całą forsę – usłyszała za sobą głos śledczego Pakuli.

– Dziękuję, że przyszedłeś. – Znali się na tyle dobrze, że nie musiała mówić nic więcej.

– Znalazłem świadka, który mógłby zeznawać przeciwko Richeyowi.

– Mógłby?

– Potrzebuje zachęty. Boi się, że Richey z tego wylezie.

– Nie wylezie. – Grace wrzuciła ostatni plik do torby. Wiedziała, co Pakula chce jej powiedzieć, i wcale nie było jej z tego powodu przyjemnie.

– Oboje wiemy, co jest grane. – Śledczy rozejrzał się, by sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Nie jesteśmy w tej chwili zbyt wiarygodni, bo ten dupek Barnett bez przerwy gada w telewizji, że to policja wrobiła go w morderstwo.

– Niech sobie gada. Prędzej czy później powinie mu się noga, a wtedy go przygwoździmy. I to na dobre.

– My oboje? – upewnił się.

Grace wiedziała, że wygrana Barnetta gryzie go tak samo jak ją. W ciągu ostatnich paru miesięcy wciąż sprawdzała materiały związane z tą sprawą, w nadziei, że przeoczyła coś, co mogłaby wykorzystać. Pięć lat wcześniej włożyła olbrzymi wysiłek, aby doprowadzić do skazania Barnetta, przekonana, że to właśnie on zwabił siedemnastoletnią Rebekę Moore do swojej furgonetki. Było zimno, dziewczyna pewnie nie chciała marznąć, ale on zawiózł ją w odludne miejsce, zgwałcił, pobił, a następnie zastrzelił, mierząc w szczękę od strony gardła.

Były też inne ofiary: cztery kobiety zabite w podobny sposób w przeciągu dwóch lat. Grace wraz z Pakulą byli przekonani, że Barnett też maczał w tym palce, ale nie potrafili znaleźć żadnych dowodów. Tylko w ostatnim przypadku mogli się oprzeć na zeznaniu Danny’ego Ramereza. To on oświadczył, że widział, jak w dniu swojej śmierci Rebeka wsiadała do czarnej furgonetki Jareda Barnetta. Bez tego zeznania prokuratura była zupełnie bezradna. To było oczywiste.

Jednak kompletnie niezrozumiała była krytyka, która zwaliła się na policję w Omaha i na prokuraturę. Efekt tego zamieszania był taki, że sędziowie bali się skazywać nawet w najbardziej jednoznacznych przypadkach.

Grace spojrzała w stronę ławy oskarżonych i zauważyła, że Penn i Richey już ruszyli do wyjścia, a za nimi pociągnął sznur reporterów. I wtedy zobaczyła jego. Jared Barnett stał przy drzwiach, jakby był jeszcze jedną osobą z publiczności.

– O wilku mowa – powiedziała do Pakuli, którego wzrok powędrował za jej spojrzeniem.

– A to skurwiel... Widziałem go przed sądem jakiś czas temu. Coś go tu ciągnie, prawda?

Grace też go widziała, ale w barze znajdującym się po drugiej stronie ulicy, a potem raz jeszcze w swojej pralni chemicznej. Usiłowała przekonać samą siebie, że Jared Barnett chce w ten sposób zagrać im wszystkim na nosie. Że nie chodzi mu tylko o nią. Ale kiedy podszedł do drzwi, odwrócił się i uśmiechnął do niej szeroko.

ROZDZIAŁ DRUGI

19.30

Omaha, stan Nebraska

Hotel Logan

Jared Barnett nasłuchiwał, czekając na szum windy i pisk hydraulicznych hamulców. Gdzie też, u licha, może być ten mały skurwysyn?

Stał w cieniu, opierając się plecami o ścianę i nie przejmując się tynkiem, który spadał mu na kark przy lada poruszeniu. Nikt nie widział, jak wchodził do budynku. Nikt poza chudą, naćpaną prostytutką z włosami jak miotła, która nie będzie nawet pamiętać, jaki dziś dzień, a tym bardziej jakiegoś obcego faceta.

Na końcu korytarza ktoś gotował szpinak. Jared nienawidził tego smrodu. Przypominał mu ojczyma, który zmuszał go do zjadania wszystkiego, co dostawał na talerzu, a w razie oporu wsadzał twarz pasierba w niedojedzone resztki. Pomyślał, że zapach doskonale pasuje do tego miejsca. Świetnie współgrał z psimi szczynami i karaluchami, które co jakiś czas wyłaziły z różnych zakamarków. Właśnie w takim miejscu mieszkał Danny Ramerez.

Jared przeniósł ciężar ciała z lewej nogi na prawą i wziął torbę z jedzeniem do drugiej ręki. Wiedział, że danie będzie zimne, ale nie miało to znaczenia. Był głodny i uwielbiał chińskie żarcie, nawet jeśli już wystygło. Zaczęła mu jednak trochę ciążyć torba z plastikowymi pojemnikami. Chciał ją nawet postawić na podłodze, ale bał się, że nawłażą do niej pieprzone karaluchy.

Spojrzał na zegarek. Musiał zmrużyć oczy, by w wątłym świetle dostrzec położenie wskazówek. Ramerez się spóźniał. Tylko, do cholery, dlaczego? Śledził go już trzy dni i mógłby według niego nastawiać zegarek. A teraz nagle ten skurwiel się spóźniał... W końcu jednak usłyszał windę, która zaczęła piąć się w górę. Nareszcie.

Wciąż trzymał się cienia, czekając cierpliwie. Dotarcie na piąte piętro zajmowało całą wieczność. Winda rzęziła i skrzypiała nieziemsko. Jared cieszył się, że sam wszedł po schodach.

Wreszcie drzwi się otworzyły, a w środku ukazała się znajoma sylwetka. Danny Ramerez wyglądał na jeszcze mniejszego i bardziej zaniedbanego niż zwykle. Jared patrzył, jak wysiada z windy i drobi kroczki w stronę drzwi swojego pokoju. Włożył już klucz do zamka, kiedy Jared ruszył w jego stronę.

– Cześć, stary – rzucił, a Ramerez tylko nieznacznie skinął głową, nie patrząc na niego. – Jak się miewasz, Danny?

Dopiero teraz go rozpoznał i aż zamarł z ręką na klamce.

– Kupiłem nam trochę żarcia – dodał Jared, by go trochę uspokoić. Wyciągnął w jego stronę torbę. – Od Chińczyka.

– Co tutaj robisz?

– Chyba nie sądziłeś, że nie odwiedzę starego kumpla?

Ramerez w końcu otworzył drzwi, ale wciąż się wahał.

– Bardzo mi pomogłeś. – Jared uśmiechnął się do niego. – Chciałem ci podziękować. – Potrząsnął torbą.

Danny był bardzo nieufny. Zajrzał mu nawet w oczy, szukając w nich prawdy. Po chwili spojrzał gdzieś w bok i wzruszył ramionami.

– Nic mi nie jesteś winny. Ten twój ryży kumpel już mi zapłacił. Nawet dorzucił laptop.

Jared uśmiechnął się. Nie trzeba było zbyt wiele, żeby kupić kogoś takiego jak Danny Ramerez. Znał go jak własną kieszeń. I dlatego wiedział, że nie może mu ufać.

– Ej, stary, to tylko kurczak po pekińsku, chow mein i trochę pieczywa. Nic wielkiego.

Pozwolił Ramerezowi zastanowić się chwilę, a sam stał wyczekująco. W końcu Danny raz jeszcze wzruszył ramionami, pchnął drzwi i zaprosił go gestem do środka. Jared wszedł do pokoju, który stanowił skrzyżowanie sklepu typu „mydło i powidło” ze śmietniskiem. Na wysłużonym fotelu leżała sterta ubrań. W powietrzu unosił się zapach brudnych skarpetek albo zepsutych jaj. Cała podłoga była zasłana starymi pismami i komiksami. Na półkach stały butelki i puszki po piwie, a wszędzie walały się pojemniki po jedzeniu z tanich barów. Na stoliku leżało otwarte pudełko po pizzy, w którym były jeszcze dwa kawałki ciasta z wyjedzoną górną częścią.

Danny zamknął pudełko i przesunął je na koniec stołu, jakby chciał zrobić miejsce dla gościa. Zamiótł też nogą część komiksów i pism pod kanapę, a Jared, który wyjął z kieszeni wielki plastikowy worek, zaczął go rozkładać na linoleum pośrodku pokoju. Ramerez zerknął na niego parokrotnie, a potem zamarł.

– Co robisz?

– Nie chcę tu narobić bałaganu – odparł Jared.

– Wygłupiasz się czy co? – Ramerez zaśmiał się niepewnie.

Podszedł, żeby lepiej przyjrzeć się workowi, i nawet wszedł na niego ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki. Ale oczywiście nic nie zobaczył. Wciąż patrzył na czarny plastik, kiedy Jared wyjął nóż z torby z jedzeniem. Wystarczyło tylko jedno cięcie przez gardło, tak szybkie, że Ramerez zobaczył jeszcze swoją krew spływającą na worek. Gdy złapał się za gardło, jego palce natrafiły na dziurę. Rozpaczliwie starał się zatamować krew. Zdążył jeszcze z przerażeniem spojrzeć na Jareda, a potem zwalił się na podłogę.

Jared rozejrzał się dookoła i powoli ruszył w stronę fotela. Zrzucił ubrania, sprawdził, czy nie ma karaluchów, i rozsiadł się wygodnie. Po chwili sięgnął po jedzenie. Danny Ramerez, ten sztywniak, mógł poczekać. Jared nie musiał się spieszyć. Sięgnął więc po plastikowy widelec i otworzył pojemnik z kurczakiem po pekińsku, rozkoszując się jego zapachem.

ŚRODA, 8 WRZEŚNIA

ROZDZIAŁ TRZECI

7.00

Omaha, stan Nebraska

Melanie Starks jeszcze przyspieszyła. Zza wieży katedry Świętej Cecylii wychyliło się słońce. Dni robiły się już krótsze. Lato powoli się kończyło, ale jeszcze potrafiło pokazać, na co je stać. Melanie dopiero ruszyła, a już poczuła, że jej oddech staje się krótszy, a na czoło występują kropelki potu. Powietrze było przesycone wilgocią.

Spojrzała na horyzont po zachodniej stronie. Przez lata nienawidziła wschodów słońca i teraz nie chciała przyznać sama przed sobą, że zaczęły sprawiać jej radość. Jednak dzisiejszy poranek wywołał w niej złe przeczucia. Poczuła, że mimo gorąca dostała gęsiej skórki. Promienie słoneczne z trudem przeciskały się między ciężkimi, burzowymi chmurami, a niebo barwiło się na purpurowo. To było złowrogie połączenie i nagle przypomniała sobie rymowankę, którą powtarzała jej matka:

Gdy rano czerwone niebo,

Uważać na morzu trzeba,

Lecz gdy wieczorem się zdarza,

To dobrze dla marynarza.

Pogoda jedynie podsycała jej zły nastrój i frustrację. Czy raczej powinna powiedzieć... gniew. Tak, do licha, gniew! Była wściekła. Jared wrócił niecałe dwa tygodnie temu, a już wszystko zaczęło się zmieniać.

Nie chciała skracać swoich porannych spacerów. Dlaczego to jego wolność ma być ważniejsza od jej? Tak właśnie się poczuła, kiedy zadzwonił wczoraj i zostawił na sekretarce wiadomość, że ma się z nim spotkać dziś rano. Znowu poczuła się jak mała dziewczynka, którą mógł do woli pomiatać. I jeszcze ten ton: „Masz się ze mną spotkać tam, gdzie mówiłem. Już czas”.

– Już czas – mruknęła pod nosem. Nie miała pojęcia, o co mu chodziło. Zabrzmiało to jak szyfr. Jakby znowu byli dziećmi i spiskowali przeciwko dorosłym. Od kiedy wrócił, Jared wciąż coś planował. Coś dużego, a w każdym razie sam tak twierdził, choć oczywiście na razie nie mógł jej nic powiedzieć. Taki już był – skryty i podstępny niczym wąż. Oczekiwał od niej całkowitego oddania, bez pytań, bez wątpliwości. Jak zawsze, odkąd sięgnęła pamięcią. W przypadku Rebeki Moore nawet nie próbował niczego wyjaśniać, tylko od razu stwierdził, że policja się myli, a on jest niewinny. Jednak Melanie wiedziała, że coś takiego może się zdarzyć. Była pewna, że prędzej czy później Jared napyta sobie biedy.

Poruszała ramionami, starając się zachować równe tempo. Nie chciała, by gniew ją zatrzymał. Nie znosiła tego, że Jared odnosił się do niej w taki sposób, jakby wciąż była mu coś winna. To, że nie poszła na proces, wcale nie zmniejszyło jej poczucia winy.

Nagle zdało się jej, że nic się nie zmieniło w czasie tych ostatnich pięciu lat. A przecież zmieniło się tak wiele. Przede wszystkim zmieniła się ona sama, a przynajmniej tak jej się wydawało. Czy jednak na pewno? Czy gdyby się tak rzeczywiście stało, biegłaby teraz z wywieszonym jęzorem na spotkanie z Jaredem? Czy robiłaby wszystko, co każe jej zrobić starszy brat? Czy rezygnowałaby ze spaceru, który był dla niej jak pacierz i dzięki któremu zdołała zrezygnować z porannego szluga i czarnej jak diabeł kawy? Najpierw przeszła tylko na kawę, która pomagała jej wstawać, a potem pięciokilometrowa trasa zapewniła jej dawkę energii na cały dzień.

Nie potrzebowała doktora Phila, by zrozumieć, że zastąpiła jeden nałóg innym. Codziennie wychodziła o tej samej godzinie i przemierzała tym samym tempem tę samą trasę. Tyle że dzisiaj musiała pójść szybciej, jeśli chciała się spotkać z Jaredem. Zdecydowała, że przyspieszy, ale nie zmieni trasy. Wyprostowała się trochę, jakby szykowała się do tego, by stawić czoło starszemu bratu. Jared musi zrozumieć, że przestała być małą dziewczynką, którą mógł rządzić. Przecież jest już dorosła i w dodatku ma syna. Życie zmusiło ją do tego, by dojrzała, natomiast Jared wydawał się wciąż żyć przeszłością. Nawet zamieszkał z matką zaraz po tym, jak wypuścili go z więzienia.

To był błąd. Matka dała się opętać czarną magią i różnymi przesądami. Była szalona, jak uważali oboje z Jaredem, co pozwalało im usprawiedliwiać różne jej wybryki, jak choćby to, że przygarniała różnego rodzaju pechowców, w tym obu ich ojców. Słowo „szalona” brzmiało lepiej niż określenie „beznadziejnie głupia”. Może na tym polegał problem Jareda, może odziedziczył geny matki... Melanie pomyślała, że mogłaby się z nim trochę podrażnić, wspominając o tym, chociaż wiedziała, że nigdy tego nie zrobi. Brat uznałby to za zdradę i przypomniał jej, co razem przeszli, tajemnice, które tylko oni znali.

Melanie skręciła przy skrzyżowaniu Pięćdziesiątej Drugiej z Nicholas Street i ruszyła w stronę Memorial Park, idąc między dużymi domami z nieskazitelnymi ogródkami od frontu. Nie dostrzegła w nich jednak fajansowych krasnali. Uśmiechnęła się lekko, przypomniawszy sobie, że jej syn, Charlie, obsesyjnie kradnie różne ozdoby z przydomowych ogródków, chociaż jednocześnie nie przestało jej to gniewać. Być może on też odziedziczył geny matki. W końcu to ona nauczyła go, jak to robić, traktując początkowo jak zabawę. Charlie wciąż uważał, że jest to gra, a ona złościła się, wiedząc, co ryzykuje. Tak, była dobrą nauczycielką, może nawet zbyt dobrą...

Zaczęła uczyć go tej sztuki, kiedy skończył osiem lat. Razem kradli mieloną wołowinę, a potem nawet steki z HyVee przy Center Street, pakując je niezauważalnie do szkolnej torby Charliego. Był w tym tak dobry, że nawet nie zauważyła, kiedy zwijał też słodycze czy gumę bazooka. Potem robiła zdziwioną minę, kiedy te rzeczy pojawiały się na kuchennym stole. Charlie był urodzonym złodziejem, a teraz, dziewięć lat później, z jego wyglądem podrośniętego cherubinka i czarującym uśmiechem, wiele uchodziło mu na sucho.

Ta gra to był ich sposób na przetrwanie w czasach, kiedy Melanie zmieniała jedną kiepską pracę na drugą. Cóż z tego, że Charlie zwinął parę głupich krasnali, jeśli jednocześnie przynosił do domu skórzane kurtki albo kompakty o wartości znacznie przekraczającej jej pensję? Co z tego, że lubił kraść samochody? Może dzięki temu, że niczym się nie przejmował, unikał aresztowania, jednak według Melanie miał też sporo szczęścia. Ostatnio dopisywało im wprost nieziemsko, ale bała się, że nie potrwa to długo. Nie ośmieliła się jednak powiedzieć tego synowi.

Szczęście i sprzyjające okoliczności pozwoliły jej wydostać się z tej zatęchłej dziury, w której się wychowała. Przez ostatnich dziesięć lat mieszkała z synem w Dundee, zupełnie przyzwoitej dzielnicy Omaha. Było tam ładnie, spokojnie i kolorowo, chociaż nie tak bogato jak tutaj. Szła chodnikiem, zastanawiając się, czy któryś z mieszkańców tych luksusowych rezydencji zdołałby ją zrozumieć. Niby jakim cudem, skoro miał w garażu lśniące bmw i leksusy, a także żeliwne ogrodzenie bez śladu rdzy.

Minęła jedyny pikap zaparkowany na ulicy, domyślając się, że należy do jakiejś firmy ogrodniczej. A potem zobaczyła dwóch półnagich mężczyzn, klęczących na trawniku przed luksusowym domem. Ich ciała aż lśniły od potu. Obaj trzymali w rękach sekatory i przycinali trawę przy wypielęgnowanym żywopłocie, nie mogąc zapewne skorzystać z kosiarki.

Melanie z trudem powstrzymała się od śmiechu. Do licha, ile to musi kosztować! Chciała przewrócić oczami i spojrzeć porozumiewawczo w ich kierunku, ale wówczas domyśliliby się, że tu nie mieszka. Że przyszła tylko na spacer. Dlatego uśmiechnęła się do siebie i minęła ich obojętnie.

Spojrzała na swój zegarek, elegancki movado z diamentem, który Charlie dał jej na Dzień Matki. Już nie pytała go, skąd bierze rzeczy, które przynosi do domu. Teraz przyszło jej do głowy, że ten zegarek znacznie lepiej pasuje do tej eleganckiej okolicy niż ona. I właśnie w tym momencie zauważyła spory kawałek kartonu przyczepiony do drzewa. Przypomniała sobie zeszłotygodniową burzę, która uszkodziła ten klon. Ponieważ piorun zniszczył gałęzie, drzewo wyciągało teraz do nieba dwa nagie ramiona. Dziś rano ktoś przyczepił do niego kawałek tektury z wypisanym ręcznie zdaniem:

Nadzieja jest tym upierzonym stworzeniem na gałązce. [1]

Pod spodem widniało imię i nazwisko, napisane mniejszymi, drukowanymi literami:

Emily Dickinson

Melanie spojrzała na dom, przed którym stał klon, ale nie zwolniła. Powtórzyła parę razy pod nosem to zdanie i pociągnęła nosem. Co to, do licha, ma znaczyć? I co też mogą wiedzieć ludzie z takiej posiadłości o nadziei?

Przypomniała sobie słowa Jareda, który mówił, że ludzie z forsą nigdy nie zrozumieją tych bez forsy.

Melanie obejrzała się za siebie. Nawet z daleka drzewo wyglądało żałośnie i brzydko. Wcale nie trzeba było cytatu z jakiejś poetki, by zrozumieć, że zupełnie nie pasuje do tej okolicy.

– Nadzieja to upierzone stworzenie – powtórzyła, wciąż nie rozumiejąc. Czyżby był to żart? A może ci ludzie chcieli w ten sposób dać do zrozumienia, że to brzydactwo wcale im nie przeszkadza? Nie sądzili chyba, że nadzieja ocali klon, więc musiała to być jakaś wyszukana aluzja. Wszystko jedno. Niepotrzebnie traciła czas na myślenie o tym. Wiedziała przecież, że tylko ludzie z luksusowych domów mogą mieć nadzieję. Ale tacy popaprańcy jak ona, Charlie czy Jared mogli liczyć wyłącznie na szczęście i zręczne palce. Tylko dzięki szczęściu wydostali się z bratem ze slumsów. Oboje z Jaredem wiedzieli to aż nazbyt dobrze.

Znowu spojrzała na zegarek. Może jednak jej życie wcale nie zmieniło się tak bardzo. W tej chwili nie czuła już złości na Jareda.

ROZDZIAŁ CZWARTY

7.15

Jared Barnett obserwował dom, znajdujący się nieco dalej. Wiedział, że ona nie pozna jego samochodu. Był tu nim już wcześniej, ale tylko raz, w nocy. Chodziło mu o to, żeby rozejrzeć się po okolicy. Z radością stwierdził, że w posesji nie ma psa, a tylko pełno błota i zwały kamyków, które nie trzymały się dobrze nowego podjazdu. Pamiętał to dobrze, gdyż bał się, że odgłosy jego kroków mogą obudzić sąsiadów.

Siedząc tak, zastanawiał się wtedy, dlaczego wybrała wielki, dwupiętrowy budynek w samym środku miasta, skoro mogła sobie pozwolić na coś luksusowego na zachodnich przedmieściach Omaha. Tak jednak było lepiej dla niego. Panował tu większy ruch, nikt więc nie powinien zwrócić uwagi na jego samochód. Jeśli ktoś go zobaczy, pewnie pomyśli, że czeka na swoją dziewczynę, która mieszka w którymś z pobliskich domów.

Wyjął komórkę i otworzywszy ją, spojrzał z podziwem na rzędy lśniących guzików i kolorowy ekran. Chyba ją sobie zatrzyma. Nowoczesna technologia nie przestawała go zachwycać. Nie miał pojęcia, jak to wszystko działa, ale uwielbiał korzystać z tych wszystkich urządzeń. Cieszyły go jak nowe zabawki. Przez ostatni tydzień bawił się, robiąc zdjęcia, czasami bez wiedzy samych fotografowanych, gdyż miniaturowa kamera ukryta była w obudowie aparatu. Mógł zrobić komuś zdjęcie, a następnie wpisać je do pamięci komórki wraz z telefonem tej osoby. Wciąż go bawiło, że kiedy wpisywał numer, na ekranie pojawiał się wizerunek danej osoby. A już najbardziej rajcowało go, kiedy ktoś dzwonił, a on miał na ekranie zarówno jego zdjęcie, jak i numer telefonu. Niesamowite!

W ciągu paru dni zapełnił całą dostępną listę. Problem polegał na tym, że jeszcze nie wiedział, jak usunąć dane z pamięci telefonu. Niestety, kradzione komórki nie miały instrukcji obsługi, a on nie był geniuszem nowoczesnej technologii.

Gdy wybrał numer, omal się nie roześmiał na widok zdjęcia. Zrobił je w czasie jedzenia, między kolejnymi kęsami hamburgera. Spodobało mu się, że tak zaskoczył chłopaka. Że na moment znalazł dla niego właściwe miejsce.

– Tak? – Małolat starał się mówić jak prawdziwy twardziel.

Jared zbliżył komórkę do ucha.

– Już skończyłeś?

– Mówiłem ci, że się tym zajmę – odparł bez pośpiechu chłopak.

– Jak skończysz, będziesz wiedział, gdzie mnie znaleźć, prawda?

– Jasne.

– Świetnie. – Jared zakończył rozmowę. Nie zdążył jednak zamknąć komórki, kiedy usłyszał sygnał. Pomyślał, że pewnie za szybko się rozłączył. Czyżby powinien przycisnąć coś jeszcze? Jednak gdy rzucił okiem na ekranik z wyświetlonym numerem, aż sapnął ze złością. – Co tam?

– Musisz to zrobić dzisiaj.

Zamiast od razu odpowiedzieć, westchnął głęboko, chcąc mu pokazać, gdzie ma podobne przynaglenia.

– Mówiłem ci, że się tym zajmę.

– Tak, w zeszłym tygodniu.

– W zeszłym mi się nie udało.

– Mam już dosyć czekania. Dzisiaj wszystko gra. To musi być dzisiaj.

– Tak, tak, wiem. Pracuję nad tym. Tylko więcej nie dzwoń. – Ze złością zamknął telefon.

Jared Barnett miał dosyć tych wszystkich ludzi, którzy ciągle czegoś od niego chcieli. Miał dosyć ich zasranych spraw. Tym razem chciał, żeby wszystko było czyste. Dlatego się zabezpieczył. Wyjął kasetę z kieszeni kombinezonu. Przez chwilę bawił się nią, ciesząc się władzą, którą mu dawała. Zdjęcie z ukrycia nie było jedyną rzeczą, jaką posiadał. Nagrał też całą rozmowę, a ten głupi skurwiel nawet się nie zorientował.

W tym momencie zauważył, że drzwi wejściowe domu się otworzyły. Jared nasunął bejsbolówkę na czoło i znowu wyjął komórkę. Wyglądał jak facet, który rozmawia sobie, czekając na kogoś.

W drzwiach ukazał się ten wielki Włoch, jej mąż. W jednej ręce miał aktówkę, a w drugiej dużą walizę. Wyjazd w interesach – świetnie! Miał więc farta. Tuż za nim ukazała się ta mała. Oboje siedzieli już w samochodzie, kiedy wreszcie wyszła ona i zamknęła starannie drzwi.

Tak, to był odpowiedni moment. Jared zapiął kombinezon, chociaż materiał przywarł mu do ciała. Pożałował, że nie włożył bielizny, gdyż szwy zaczęły ocierać mu się o boki i wnętrza ud. Kiedy terenówka wyjeżdżała tyłem z podjazdu, zdjął buty i skarpetki. Tym razem nie miał zamiaru ryzykować.

ROZDZIAŁ PIĄTY

8.30

Lotnisko Eppley

Grace Wenninghoff przyciskała do piersi skórzaną teczkę, patrząc, jak mąż żegna się z ich czteroletnią córką. Wyglądało to trochę jak scena z jakiejś komedii. Vince przyklęknął na jedno kolano i jeszcze się pochylił, żeby móc spojrzeć córce w oczy. Nie zdawał sobie przy tym sprawy, że gniecie spodnie od swego eleganckiego garnituru.

– Zobaczymy się za dziesięć dni – powiedział.

Dziewczynka wyciągnęła przed siebie obie rączki i rozczapierzyła palce.

– Tyle?

Skinął poważnie głową.

Emily schowała za siebie jedną dłoń.

– Wolałabym tyle.

Przez chwilę patrzyli na siebie, a potem wybuchnęli śmiechem. Ta scena powtarzała się przy każdym wyjeździe, tyle że zmieniała się liczba dni. Być może dlatego ich córka tak szybko nauczyła się liczyć. Czasami Grace żałowała, że nie bierze udziału w tej zabawie, ale doskonale rozumiała, co kryło się pod pozorami radości: smutek i tęsknota.

Vince wyprostował się, dotykając lekko krzyża. Był to prawie niedostrzegalny gest, który mogła zauważyć jedynie przesadnie troskliwa żona.

– Wziąłeś advil? – spytała, kiedy zbliżył się, by ją pocałować.

– Czy tak właśnie wyobrażasz sobie czułe pożegnanie? – Pochylił się, by dosięgnąć jej ust.

Znowu żartował. Emily zachichotała, a on przewrócił oczami, żeby jeszcze bardziej skłonić ją do śmiechu.

– Ten lot trwa jedenaście godzin – powiedziała Grace, nie chcąc udawać, że jest jej wesoło.

Ale zanim zdołała z całą jasnością uświadomić mu, że to ona ma w tej rodzinie monopol na rozsądek, Vince przyciągnął ją do siebie i uściskał tak, że niemal zgniótł skórzaną teczkę.

– Nic ci nie jest? – szepnął jej do ucha.

Zrozumiała, że chce w ten sposób chronić Emily, którą dręczyły ostatnio jakieś niepokoje. Dziewczynka stała się krnąbrna, można nawet powiedzieć, że niegrzeczna. Jednak Grace nie miałaby nic przeciwko temu, żeby córka zaczęła trochę się bać rodziców, co być może powstrzymałoby ją od łapania węży i świerszczy w ogródku i sprawdzania, czy potrafią pływać w sadzawce. Czasami zastanawiała się, czy mąż chce bardziej chronić córkę, czy też siebie – przed świadomością, że Emily powoli zaczyna dorastać i że kiedyś będzie musiała zacząć funkcjonować poza rodziną.

– Wszystko w porządku. – Spojrzała mu w oczy, by sam się przekonał, że tak jest w istocie. – Co tam tych parę pudełek! Zajmę się nimi i zanim wrócisz, ten budynek stanie się prawdziwym domem.

– Nie o to mi chodziło. – Już nie żartował. Patrzył na nią z niepokojem.

– No dobrze, wobec tego nawet palcem nie kiwnę. – Teraz ona spróbowała zażartować.

Doskonale jednak wiedziała, co Vince ma na myśli. Popełniła błąd i powiedziała mu, że widziała Jareda Barnetta w barze i w sądzie. Na szczęście zapomniała o pralni chemicznej. Mąż zawsze martwił się, że jakiś przestępca, którego wsadziła do więzienia, będzie próbował się zemścić. Zdarzało się już, że ktoś jej groził, ale zwykle na tym się kończyło. Tym razem było odwrotnie: Barnett snuł się za nią, ale z jego ust nie padła ani jedna groźba.

– Nie chcę, żebyś ciągle oglądała się za siebie i szukała tego Barnetta w każdym cieniu – powiedział Vince, a potem wskazał Emily, chcąc w ten sposób przerwać poważną rozmowę. – Ale uważaj na siebie.

Grace wiedziała oczywiście, że jak tylko wsiądą do samochodu, córeczka zacznie ją o wszystko wypytywać. W przeciwieństwie do męża, starała się traktować Emily poważnie i nie kłamać. Usiłowała jednak chronić dziecko przed tym, co niosła z sobą jej praca. Przecież nawet za dziesięć lat, jako nastolatka, nie powinna stykać się ze zbrodnią i jawnym okrucieństwem tego świata. Jednak Emily stawała się coraz bardziej dociekliwa. Ostatnio chciała wiedzieć, dlaczego mama ma inne nazwisko niż ona i tata. Grace nawet nie pamiętała, co odpowiedziała. Przecież nie mogła wyjaśnić, że jeśli ktoś postanowi skrzywdzić mamę, to być może będzie chciał zaatakować córkę lub męża, a wtedy różne nazwiska utrudnią mu zadanie.

– Nie przejmuj się – powiedziała do męża. – Wszystko będzie dobrze. Tak jak zawsze.

Uśmiechnął się do niej, nie wiedząc, że uważnie przyjrzała się ludziom stojącym w hali odpraw. Szukała Jareda Barnetta i odetchnęła z ulgą, kiedy nigdzie go nie znalazła.

Przypisy

[1]Fragment wiersza „254” Emily Dickinson w tłum. Stanisława Barańczaka w: 100 wierszy, Wyd. Arka, Kraków 1990. (Przyp. tłum.)

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

One False Move

Pierwsze wydanie:

MIRA Books, 2004

Redaktor prowadzący:

Grażyna Ordęga

Korekta:

Maria Kaniewska

© 2004 by S.M. Kava

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2005, 2010

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

http://www.harlequin.pl/

ISBN 9788323896753

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.