Love story tak i wspak. The Inheritance Games. Tom VI - Jennifer Lynn Barnes - ebook

Love story tak i wspak. The Inheritance Games. Tom VI ebook

Jennifer Lynn Barnes

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Tę love story możesz czytać… tak i wspak! Poznaj ją widzianą oczami Hannah, a potem odwróć książkę, aby przeczytać ją ponownie – tym razem z perspektywy Toby’ego.

Tobias Hawthorne II wydaje się typowym dziedzicem rodowej fortuny. Żyje w przekonaniu, że należą mu się specjalne względy i wszystkie drzwi stoją przed nim otworem. Jednak nonszalancja Toby’ego to jedynie przykrywka dla mrocznych sekretów i wściekłości, która buzuje w nim z taką siłą, że gotów jest spalić wszystko, co stanie mu na drodze.

Dwudziestoletnia Hannah Rooney wie, jak stać się niewidzialną. Trzym sięć z dala od brudnych interesów swojej owianej złą sławą rodziny. Odlicza dni do czasu, gdy wraz z ukochaną siostrą Kaylie będzie mogła uciec z Rockaway Watch i zacząć nowe życie.

Drogi tych dwojga przecinają się podczas pewnej tragicznej nocy, kiedy Toby ledwie uchodzi z życiem, ale… traci pamięć. Pomimo nienawiści do chłopaka, Hannah zgadza się mu pomóc. Jest też zdeterminowana, by utrzymać go przy życiu – pomimo tego, że marzeniem Toby’ego jest coś zupełnie przeciwnego.

Są rzeczy, które nie powinny się zdarzyć – są też takie, których nie da się powstrzymać.

* Historia z perspektywy Hannah została po raz pierwszy opublikowana w kolekcji opowiadańGames Untold pt. Tak i wspak.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 421

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału The Same Backward as Forward

Copyright © 2024, 2025 by Jennifer Lynn Barnes Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd. The moral rights of the author have been asserted. Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o. Cover art copyright © 2025 by Katt Phatt Cover design by Karina Granda Cover copyright © 2025 by Hachette Book Group, Inc. Illustration copyright © 2024 by Lucy Truman

Adaptacja okładki, skład i łamanie Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-68625-59-2

2026.1

Must Read jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, a więc nie kopiujesz, nie skanujesz i nie udostępniasz książek publicznie. Dziękujemy za to, że wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki.

Dla wszystkich, którzy zakochali się

w Tobym i Hannah, gdy ich historia

składała się zaledwie z kilku pocztówek

ROZDZIAŁ 1

Niewidzialność była formą sztuki. Z takim nazwiskiem jak moje trzeba było się mocno starać, żeby w tym mieście być nikim, nie zwracać na siebie uwagi. Nie robiłam wokół siebie zamieszania. Nigdy nie nosiłam makijażu. Włosy zapuściłam jedynie na tyle, żeby wiązać je w niepozorny kucyk. Kiedy je rozpuszczałam, to tylko po to, żeby opadały mi na twarz. Ale właściwym kluczem do pozostawania niewidzialną – cechą o wiele ważniejszą niż umiejętność kamuflowania się jako osoba cicha i niepozorna – było dystansowanie się od reszty świata.

Opanowałam do perfekcji sztukę izolowania się – jednak nie utożsamiam jej z samotnością. Samotność dawałaby mi poczucie, że jestem bezbronna, a w moich żyłach płynęła krew Rooneyów, zatem wiedziałam, do czego doprowadziłby taki stan. Każda oznaka słabości jedynie wabi rekiny niczym krew. Ukończyłam dwadzieścia lat i do tej pory udawało mi się przetrwać dzięki temu, że trzymałam głowę nisko spuszczoną, ale miałam szeroko otwarte oczy. Zdołałam wyrwać się z domu i odciąć od rodziny pod każdym liczącym się względem.

Oprócz jednego.

– Kaylie.

Nie musiałam podnosić głosu, wołając moją siostrę. Ta akurat wykonywała entuzjastyczny taniec na stole bilardowym. Teoretycznie nie powinna była mnie usłyszeć przez jednostajny wrzask prowincjonalnych pijaczków, którzy obrali sobie za cel jeszcze bardziej się upić, ale z Kaylie zawsze łączył mnie szósty zmysł.

– Hannah! – Siostra nie przestała tańczyć. Mój widok zdawał się cieszyć ją tak samo jak wtedy, gdy miała trzy lata, a ja sześć i byłam jej ulubioną osobą na świecie. – Chodź zatańczyć, moja piękna.

Kaylie była optymistką. Na przykład wierzyła, że istnieje cień szansy na to, że dołączę do niej na stole bilardowym. Ta skłonność do źle ulokowanego optymizmu przyczyniła się do faktu, że założono jej policyjną kartotekę. Drugą przyczyną był fakt, że bez względu na to, jak dobrze sama radziłam sobie z wtapianiem się w tło, nie byłam w stanie ochronić w ten sam sposób mojej siostry. Kaylie urodziła się po to, żeby tańczyć na stołach i wznosić do księżyca radosne okrzyki – a czasem także wyrzucać swą wściekłość. Jej werwa podobała się naszej matce.

Przeważnie.

– Innym razem – odpowiedziałam siostrze, która nadal wiła się w rytm muzyki.

– Twoja strata, gwiazdeczko.

Kaylie wyginała się na blacie, umiejętnie klucząc między pół tuzinem bil. Trzem chłopakom ściskającym w rękach kije bilardowe, którym zapewne przerwała grę, najwyraźniej to nie przeszkadzało.

„Eleganckie koszule. Drogie buty. Twarze studencików”. Ci trzej nie pochodzili stąd. W tym barze zwiastowało to kłopoty.

– Sprawdzimy, która z nas dotrze pierwsza do domu? – próbowałam nakłonić Kaylie do zejścia ze stołu; miała silny pociąg do rywalizacji.

– O ile wiem, to już nie jest twój dom, poważna damo.

Kaylie szła z wyciągniętymi na boki rękami wzdłuż brzegu stołu bilardowego, a długie włosy spływały jej na plecy. Kiedy dotarła do końca, zgięła się wpół i dotknęła ramienia jednego z bilardzistów.

– Moja siostra... – powiedziała do niego scenicznym szeptem – jest szybsza, niż mogłoby ci się zdawać.

„Szybsza. Silniejsza. Bystrzejsza”. Można było o mnie powiedzieć wiele rzeczy, których Kaylie bynajmniej nie musiała ogłaszać wszem wobec. Na szczęście chłopak, do którego się przyczepiła, wyglądający na najwyżej osiemnaście czy dziewiętnaście lat, nie był w stanie oderwać wzroku od jej górnej części ciała ledwo ukrytej pod skórzanymi fatałaszkami, nawet gdyby próbował. Jeśli zaś chodzi o jego kolegów, to jeden z nich napawał się widokiem Kaylie od tyłu, a drugi...

Drugi leniwie przeniósł wzrok na mnie.

Miał ciemne włosy, niemal kasztanowe i na tyle długie, że opadały mu na oczy, co jednak na pewno nie pomogło mu ukryć faktu, iż jego wzrok błądzi po moim ciele. Czułam, jak dokładnie taksuje mój wyblakły błękitny uniform, jasne włosy w chłodnym odcieniu oraz zaciśnięte usta.

– Muszę zapytać – zagaił tonem człowieka, dla którego wszystko jest bardzo ponurym żartem. – Naprawdę jesteś taka szybka, Hannah?

Instynkt wyczulony wskutek wielu lat pilnowania się na każdym kroku i starań o to, żeby nikt na mnie nie zwracał uwagi, podpowiedział mi dwie rzeczy – po pierwsze, że chłopak jest pijany lub naćpany albo i to, i to, a po drugie, że nawet pod wpływem alkoholu nie umknęło mu nic z tego, co mówiła Kaylie.

Nie reagowałam. Moje milczenie było z gatunku tych, któremu nie towarzyszy nawet najdrobniejsze drgnienie powiek. Ani innych części ciała.

Ciemnozielone oczy, w których lśnił blask złych i jeszcze gorszych pomysłów, wpatrywały się we mnie.

– Mnie też miło cię poznać – powiedział cierpko.

Nie poznaliśmy się ani nie mieliśmy się poznawać.

– Nie jesteś stąd – zauważyłam.

To było ostrzeżenie. Nie wziął go sobie do serca.

Nonszalancko sięgnął po kredę bilardową i zaczął ją obracać między palcami od jednej strony dłoni do drugiej.

– Po czym poznałaś? – zapytał kpiąco.

To było pytanie retoryczne, ale mój mózg automatycznie wygenerował odpowiedź. „Twoja opalenizna jest zbyt jednolita. Skóra na twoich dłoniach nie jest zrogowaciała. Nosisz wyjściową koszulę”. Trzy górne guziki były rozpięte, a kołnierzyk wyglądał raczej na wymięty niż zawadiacko postawiony. Chłopak wsparł się o stół bilardowy z uśmiechem i swobodą półboga, którego bawi ocenianie zwykłych śmiertelników. Ruszał się w sposób pełen zgrabnego luzu, bez śladu napięcia w żadnym miejscu ciała. Łatwo umiałam wyobrazić go sobie jako członka starożytnego rodu władców, noszonego w lektyce przez służbę.

„Albo przez żołnierzy” – dodałam w myślach. Mój wewnętrzny głos szeptał, że gość pewnie lubi szukać pretekstu do bójki. I w tym barze, jako człowiek z zewnątrz, zapewne mógł go znaleźć.

„To nie mój problem”.

– Kaylie! – zawołałam.

Dla wszystkich osób w barze mój głos zapewne brzmiał dokładnie tak samo jak przedtem, ale siostra usłyszała różnicę. Zostałyśmy ulepione z innej gliny niż oni. Kaylie zeskoczyła ze stołu bilardowego i podeszła do mnie. Zwolniła kroku, mijając chłopaka, który mnie zagadywał.

– Może jeszcze się spotkamy. – Uśmiech Kaylie zwiastował problemy.

– Na pewno nie. – Skierowałam te słowa do poznanego przed chwilą nieznajomego.

– Nie? – Nie odrywając ode mnie wzroku, postawił na skraju stołu bilardowego, szklankę z whisky częściowo wysuniętą za krawędź, jakby rzucał wyzwanie grawitacji.

Szklanka została dokładnie w tym samym miejscu.

– A z tobą, palindromowa dziewczyno? – Włosy nieznajomego nadal opadały na jego twarz, rzucając cień na ostre niczym brzytwa kości policzkowe. – H-A-N-N-A-H. Spotkamy się jeszcze? Moglibyśmy się trochę zabawić, puścić z dymem ten świat. – Przyłożył dłoń do serca i zniżył głos. – Jeśli jesteś Hanna bez „H” na końcu, to nie chcę tego wiedzieć.

Byłam Hannah z „H” na początku i na końcu, ale miałam być niewidzialna. Nie mogliśmy się nigdy więcej spotkać. Nie było mowy o podpalaniu świata.

On w ogóle nie powinien był mnie zauważyć.

Piętnaście minut później Kaylie szła skalistym brzegiem tak samo, jak przedtem chodziła po brzegu stołu bilardowego – jakby całe życie przetańczyła na linie. Idąc za nią, widziałam, że zadarła głowę i wpatrzona w nocne niebo, nie przejmowała się patrzeniem pod nogi. Moja siostra kipiała energią, czymś niewypowiedzianym, nieco szalonym i po brzegi pełnym życia.

– Podwędziłaś im portfele, prawda? – zgadłam i pogodziłam się z odpowiedzią, zanim jeszcze ją usłyszałam.

Kaylie zerknęła przez ramię i się uśmiechnęła.

– Tylko jeden.

Nie musiałam pytać który. Mijając chłopaka w drodze do wyjścia, zwolniła na chwilę. Stanowili razem widok mogący służyć za studium kontrastów – on ciemny, ona jasna, on kanciasty, złożony z ostrych jak brzytwa kątów, ona z pełnymi, uwodzicielskimi ustami.

– Chcesz, żebym ci powiedziała, jak ma na imię? – Uśmiech Kaylie zrobił się jeszcze szerszy, a w policzkach pojawiły się dołeczki, gdy wymachiwała skradzionym portfelem, trzymając go dwoma palcami.

– Nie – powiedziałam bez namysłu.

– Kłamczuszka.

Znowu się uśmiechnęła, tym razem przewrotnie. Wcześniejsze doświadczenia dostarczały mi około stu powodów, dla których nie powinnam ufać temu uśmiechowi.

– Musisz bardziej uważać – powiedziałam cicho. – Już byłaś notowana.

Zależało mi na tym, żeby jeszcze przez rok nie ubrudziła sobie rąk. Tylko tyle. Zakładałam, że kiedy skończę szkołę pielęgniarską, a Kaylie będzie miała osiemnaście lat, wyrwę ją stąd. Wyprowadzimy się bardzo, bardzo daleko, gdzie nikt nigdy nie słyszał o Rockaway Watch ani o rodzinie Rooneyów.

Tyle że do tego czasu Kaylie powinna się nie wychylać.

– Szczerze, Hannah? To nie ja muszę uważać. Ty nie byłaś nigdy notowana. – Kaylie obróciła się na jednej nodze i stanęła przodem do mnie. W blasku księżyca widziałam grube, szerokie kreski dokoła jej chabrowych oczu i ciemną szminkę, której jakimś cudem udało jej się nie rozmazać. – Powinnaś już iść, zanim za bardzo zbliżymy się do domu – powiedziała. – Przecież nie chcesz, żeby ktoś cię zobaczył. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Kaylie stanowiła jedyną szczelinę w moim pancerzu. Zawsze tak było. Dzisiaj wieczorem uległam impulsowi i poszłam sprawdzić, co u niej, ale obie wiedziałyśmy, że zawsze najbardziej rzucam się w oczy, kiedy stoję w kręgu roztaczanego przez nią blasku.

– Uważaj, Kaylie – powtórzyłam i tym razem nie chodziło mi jedynie o kradzieże portfeli i tańce na stołach. Miałam na myśli całą resztę. Rodzinny interes.

Moja optymistyczna młodsza siostra znów uniosła twarz ku niebu, przewracając oczami. Odważna, zuchwała i niezwyciężona – zawsze, dopóki coś jej się nie stanie. Nie mogłam pozbyć się myśli, że może powinnam była zostawić ją w barze, żeby dalej tańczyła, wolna i beztrosko kusząca los. Ale nawet gdyby tym razem obyło się bez wypadków, gdyby nabuzowana adrenaliną Kaylie dotrwała bez uszczerbku do rana, plotki o jej nocnych wybrykach dotarłyby tam, gdzie zawsze docierały.

A dzika i wolna Kaylie jedynie do pewnego stopnia mogła się przysłużyć interesom mojej matki – interesom rodziny Rooneyów. W końcu musiała przekroczyć granicę.

ROZDZIAŁ 1

Dokoła mnie ciemność, a ja składam się wyłącznie z bólu – jestem ścianą bólu, całym światem bólu. „Już dosyć! Proszę. Niech to...”. Moje ciało wyje, ale nie jestem w stanie wydać z siebie głosu. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę oddychać. Niech ktoś...

Niech ktoś mnie od tego...

Czyjeś palce delikatnie muskają moje wargi.

Wkładają mi tabletkę do ust.

Dłoń podtrzymuje moją głowę.

Dokoła ciemność, a ja składam się jedynie z bólu, ale jakoś udaje mi się otworzyć oczy. I nagle światło.

I nagle ona.

Oczy powinny mieć jednolity kolor, może z domieszką jakiegoś innego. Tymczasem jej oczy łączą w sobie wszystkie naraz: brązowy, błękitny, zielony i szary – wielobarwne pierścienie niczym słoje drewna o rozmytych, przenikających się brzegach, głęboki błękit wyznaczający obwód tęczówki, złotobrązowa gwiaździsta aureola dokoła źrenicy, a między nimi burzowa szarość walcząca o miejsce z zielenią mchu.

Takie oczy nie powinny w ogóle istnieć. Nie umiem oderwać od nich wzroku. Ona wkłada mi do ust kolejną tabletkę i moje wargi dotykają delikatnie opuszek jej palców.

Nie czuję mojego tułowia, a w tych częściach ciała, w których coś czuję, ból jest tak silny, jakby tkanki były rozpalone do czerwoności i białości. Ale jej oczy trzymają mnie przy życiu.

Jej oczy są wszystkim.

Oddycham.

Nie wiem, jak długo leżałem nieprzytomny, ale sekundę po odzyskaniu świadomości już marzę o tym, żeby popaść z powrotem w niebyt.

„Nie. Jak boli. Nie mogę...”.

Jej dotyk jest łagodny, ale nawet on kojarzy mi się z torturą zadawaną katowskim nożem. Każde muśnięcie powietrza na skórze odczuwam jak parzący pocałunek lutownicy. „Niech to się skończy”.

Jej oczy nadal są wszystkim.

„Potrzebuję cię” – myślę. Potrzebuję jej – kimkolwiek ona jest – po to, żeby położyła temu kres.

Ogromnym wysiłkiem udaje mi się chwycić wąski nadgarstek opiekuńczej dłoni.

– Daj... – Mój własny głos rozrywa mi gardło.

Czuję się tak, jakbym połknął kawałki potłuczonego szkła, a ona stoi przede mną niczym podświetlony od tyłu anioł o niewyraźnych rysach twarzy, w aureoli, która zapewne nie jest prawdziwa.

– Daj... – charczę znów.

Z opóźnieniem dociera do mnie, że odgięła moje palce i cofnęła nadgarstek, że pochyla się, aby mnie usłyszeć. Teraz jest tak blisko, że mógłbym podnieść głowę i dotknąć jej wargami, gdybym tylko zdołał wytrzymać ból na tyle długo, żeby się poruszyć. Sądzę jednak, że to by mnie zabiło – gdybym pocałował tę dziewczynę o wyjątkowo łagodnych dłoniach i oczach, które są wszystkim.

Chcę, żeby to mnie zabiło.

Chcę, żeby ona to zrobiła.

– Daj... – udaje mi się wyrzęzić. – Mi... Umrzeć.

Ona pochyla się jeszcze niżej i przez chwilę zdaje mi się, że to zrobi – że mnie pocałuje, zabije, załatwi mnie i sprawi, że ból się skończy. Ale jej wargi kierują się raczej do mojego ucha, szept zaś wcale nie jest łagodny.

– Nie pozwolę ci umrzeć, łajdaku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki