Louis Vuitton. Opowieść o wielkim marzeniu - Eva-Maria Bast - ebook

Louis Vuitton. Opowieść o wielkim marzeniu ebook

Eva-Maria Bast

0,0

Opis

Niezwykła historia człowieka, który stworzył legendarną markę!

Od portiera do milionera. Paryż, 1937. Młody Louis Vuitton dotarł z małego rodzinnego miasta do ekscytującej metropolii Paryża!

Rozpoczyna praktykę jako producent pudełek i pakowacz kufrów, udowadniając, że jest tak profesjonalny, że zostaje nawet wezwany na dwór cesarski.

Tylko niepraktyczność walizek utrudnia mu życie.

Louis niestrudzenie pracuje nad lepszym projektem. W tym samym roku, w którym poznaje miłość swojego życia, rewolucjonizuje produkcję kufrów i zakłada własną firmę.

Sukces jest ogromny, ale kiedy Louis pada ofiarą wielkiej zdrady, musi walczyć o swój interes.

Beletryzowana opowieść o spełnianiu marzeń, budowaniu potęgi i walce z przeciwnościami losu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 367

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZĘŚĆ I. 1835–1838

Rozdział 1

Anchay, mała górska wioska niedaleko Lavans-sur-Valouse, wiosna 1835 roku

Ptak zaćwierkał. Zawtórował mu drugi, a potem trzeci i wkrótce powietrze wypełniło się ptasim świergotem. W swoim niewielkim pokoju, ukrytym na poddaszu prostej, drewnianej chaty, trzynastoletni wówczas Louis Vuitton otworzył oczy. Uśmiechnął się.

– No, już idę – wyszeptał, przekonany, że ptaki rozpoczęły swój radosny śpiew specjalnie dla niego. „Ej, ty” – zdawały się mówić. „Jest wiosna. Robi się jasno. Wstań i wyjdź na zewnątrz. Słońce wkrótce wzejdzie, a ty tak bardzo lubisz, gdy jest dużo światła”.

Cicho, tak żeby nie obudzić młodszego o sześć lat brata Claude’a Régisa, z którym dzielił pokój na poddaszu, Louis wymknął się spod cienkiego koca. Zdjął koszulę nocną i włożył spodnie z grubego, brązowego lnu, który zawsze trochę drapał, a także równie mocno drażniącą skórę koszulę. Na stopy naciągnął skarpetki, które jego dwudziestoletnia siostra Marie Victorine cerowała tak wiele razy, że z właściwego materiału nie zostało już prawie nic. Potem cicho zszedł po schodach. Przy każdym ruchu Louis bał się, że narobi hałasu, a w najgorszym razie zwróci na siebie uwagę macochy, Marie Coronnée. W takich przypadkach wołała ona swoim przeraźliwym, zimnym i nienaturalnie wysokim głosem: „Louis! Czy to ty? Chodź tu natychmiast i pomóż mi!”. Nie mógł znieść jej obecności, nie był nawet w stanie słuchać brzmienia jej głosu bez szybszego bicia serca i ściśniętego gardła. Aby od niej uciec, coraz bardziej pogrążał się w świecie marzeń, co powodowało też, że często nie zauważał, kiedy czegoś od niego chciała. Interpretowała jego roztargnienie jako zniewagę, za którą już nieraz sprawiła mu solidne lanie.

Choć otaczająca chłopca rzeczywistość była zimna i pozbawiona barw, świat marzeń Louisa był pełen światła i radości. Był to świat, w którym egzystowali, zanim przed trzema laty zmarła jego matka. Louis miał dziesięć lat i omal nie umarł z żalu po tej druzgocącej stracie. Czuł, jakby również jego życie się skończyło. Wraz z odejściem mamy z ich życia zniknęła cała miłość, wszelka lekkość i radość. Po jej śmierci Louis nie postrzegał już okolic Jury1, gdzie jego rodzina żyła od pięciu pokoleń, jako przestrzeni przytulnej i dającej schronienie, lecz po raz pierwszy uznał to miejsce za zimne, surowe i ograniczające, a czasem wręcz ponure. A po roku żałoby sytuacja tylko się pogorszyła: jego ojciec ożenił się ponownie, z tą okropną kobietą. Od tej pory poza smutkiem, który wciąż ich wszystkich dręczył, musieli sobie radzić również z prawdziwie napiętą atmosferą panującą w domu. Jego macocha, Marie Coronnée, źle traktowała wszystkich – począwszy od ojca Louisa, prostego młynarza, od którego najwyraźniej oczekiwała, że zapewni jej luksusowe życie. Marie Coronnée, która ku przerażeniu Louisa nosiła nawet te same imiona co jego biologiczna matka, praktycznie wysysała krew z ojca, o czym Louis myślał z narastającym oburzeniem. Martwił się o tatę, który za życia matki był szczęśliwym i promiennym człowiekiem, a teraz stał się jedynie cieniem samego siebie.

Zatapiając się w tego rodzaju rozmyślaniach, Louis dotarł do drzwi wejściowych. Cicho je otworzył – klucz, jak zawsze, znajdował się w zamku od wewnętrznej strony – i wymknął się z domu. Gdy znalazł się na zewnątrz, natychmiast oczarowały go cudowne odgłosy Jury. Ptasi śpiew wybrzmiewał niczym koncert niepohamowanej radości. Szum strumienia Ancheronne i jego wodospadów otaczających ich przysiółek mówił o ogromnej potędze natury, a delikatny szelest lasu działał na niego kojąco. Miał podobne odczucia, słysząc nieustające skrzypienie koła młyńskiego, które wykonywało swoją pracę dzień w dzień, pozwalając rodzinie korzystać z potęgi przyrody. Louis zamknął na chwilę oczy, całym sobą chłonąc ten koncert, po czym otworzył je ponownie i pospieszył do swojego ulubionego miejsca – niewielkiego wzniesienia, z którego rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na pobliskie doliny. Chciał stąd obserwować, jak słońce wschodzi nad wzgórzami Jury. „Nic nie wzbudza większej nadziei niż wschód słońca”, pomyślał Louis. Czyż każdy nowy dzień nie jest właściwie swego rodzaju obietnicą? Czyż każdy nowy dzień nie przynosił wspaniałych okazji, z których można było korzystać?

Mimo konieczności wspinaczki na szczyt Louis dotarł na wzgórze bez większego trudu, co zapewne zawdzięczał codziennej pracy fizycznej. Podekscytowany usiadł na skale, na której zawsze odpoczywał, i wziął głęboki oddech. Jakież czyste było tutaj powietrze! Delikatny zapach ziemi i lasu sprawił, że poczuł ogromną błogość, a subtelna woń od niedawna kwitnących wiosennych kwiatów napełniła go nadzieją. Ponownie zamknął na chwilę oczy, a kiedy je otworzył, horyzont był już ognistoczerwony. Cóż za zapierający dech w piersiach widok, którym nie potrafił się nasycić! Jakiż niesamowity dar natury otrzymywał każdego ranka! Jakież to było bogactwo!

Louis patrzył z zachwytem, jak słońce wznosi się coraz wyżej, budząc do życia wszystko wokół. Co za magiczny moment! Później jasność splecie się w tańcu z mrokiem, malując misterne światłocienie na leśnej ściółce, gdy świetliste promienie będą przenikać pomiędzy gałęziami. „Światło, pomyślał Louis nie po raz pierwszy, było prawdziwym artystą”.

Przyszedł już jednak na niego czas. Jeśli ogień w kominku nie zostanie rozpalony, zanim macocha zdecyduje się wstać z łóżka, znowu skończy się to laniem. Jednak w tych wczesnych godzinach porannych, nasyconych promieniami wschodzącego słońca, Louis ani przez chwilę nie wątpił, że również i tego dnia będzie mógł stawić jej czoła, a może nawet choć odrobinę ochronić przed nią ojca i rodzeństwo.

W drodze do domu – choć od śmierci matki nie mógł już nazywać ich przytulnej chaty domem – nazbierał gałązek, radośnie pogwizdując pod nosem. Gdyby Marie Coronnée zdążyła jednak zauważyć jego nieobecność, zawsze mógł się usprawiedliwić, że zbierał drewno na opał. Robił to każdego ranka, a ona nigdy go nie przyłapała. Ale ryzyko istniało, mimo że bardzo niewielkie: Marie Coronnée była kobietą równie roszczeniową, co wygodną, i nigdy nie wpadłaby na pomysł, żeby podnosić się z łóżka zbyt wcześnie.

W istocie domownicy nie wybudzili się jeszcze ze snu. W oddali, przy stajni, zobaczył jedynie swoją siostrę, Marie Victorine, starszą od niego o siedem lat. Do jej zadań należało dojenie kóz, zbieranie kurzych jaj, a potem przygotowywanie śniadania. Jego najstarszej siostrze było z nich wszystkich najtrudniej, jak uważał Louis, ponieważ Marie Coronnée traktowała ją jak służącą. Macocha utrudniała jej życie, jak tylko mogła. Nawet młodsza siostra Louisa, dziewięcioletnia Marie Rosalie, i jego młodszy brat, Claude Régis, musieli ciężko pracować. Zwłaszcza maluchy panicznie bały się swojej złej macochy. A Louis jako najstarszy brat czuł się za nich odpowiedzialny. Po tysiąckroć wolał sam znosić obelgi, a nawet bicie, niż patrzeć, jak Marie Coronnée znęca się nad jego rodzeństwem. Po prostu nie mógł tego znieść.

***

Kilka godzin później, gdy słońce znalazło się wysoko nad horyzontem, Louis był zajęty układaniem szczap drewna przed domem. Choć było to jego codziennym obowiązkiem, Louis robił to ostrożnie, z namysłem i głębokim szacunkiem dla materiału. Jego palce wędrowały po strukturze kory, a nozdrza wdychały zapach świeżo ściętego drewna, czasami nawet liczył słoje, oceniając na podstawie ich grubości, czy dany rok był szczególnie zimny czy raczej ciepły. Jak cudownie, że mieli to drewno, że drzewa rosły w lasach dwóch pasm górskich otaczających ich wioskę. Służyło jako opał – w ich domu, ale także w lokalnych hutach szkła i kuźniach, które wytwarzały żelazo i żeliwo.

Co więcej, jego ojciec tworzył z drewna najwspanialsze dzieła sztuki. François-Xavier Vuitton był utalentowanym artystą i podczas długich zimowych miesięcy, gdy bywali odcięci od świata przez śnieżne zaspy, siadał przy kominku i pokazywał swoim dzieciom, jak należy rzeźbić. Louis z podziwem patrzył, jak drewno zmienia kształt pod wprawnymi rękami ojca. Cóż to były za cudowne zimy! Godzinami dokazywali na świeżym powietrzu, a kiedy wracali do domu, przemarznięci do szpiku kości, matka czekała na nich z gorącym mlekiem, w kominku palił się ogień, a ojciec siedział naprzeciw nich i rzeźbił. A dzieci uwielbiały wrzucać wióry do ognia. Jak wspaniale wtedy pachniało!

Ale te czasy już minęły. Marie Coronnée nie pozwalała mężowi rzeźbić w domu, robił się przecież z tego tylko niepotrzebny bałagan, jak argumentowała z charakterystyczną dla siebie kwaśną miną.

Zanurzony w swoich myślach Louis aż podskoczył, gdy ktoś stojący za nim nagle odchrząknął. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z nieznajomym.

– Dzień dobry – powiedział niezwykle elegancki mężczyzna, ubrany najpewniej w swój najlepszy garnitur. – Ty pewnie jesteś Louis.

– T… tak – wyjąkał chłopiec. – A kim pan jest?

Nieznajomy roześmiał się.

– Naprawdę mnie nie poznajesz, prawda? To ja, twój stary sąsiad Clément.

– Clément! – Louis wpatrywał się w niego. To był sąsiad, którego kiedyś tak bardzo podziwiał! Clément był od niego o jakieś dziesięć lat starszy i zawsze mu imponował, ale cztery lata temu nagle zniknął.

– Wędrówka czeladnicza2 – wyjaśnił mu ojciec, a Louis postanowił, że on też kiedyś uda się na taką wędrówkę. A teraz Clément – zupełnie odmieniony – wrócił do ich osady.

– Hej, mały, wystarczy tego gapienia się – powiedział Clément.

– Przepraszam… – wyjąkał Louis. – Ale tak bardzo się zmieniłeś. Jak to zrobiłeś?

Przyjrzał się teraz swojemu byłemu sąsiadowi od stóp do głów: na starannie ułożonych włosach tkwił czarny cylinder, spodnie i marynarka były uszyte z najlepszej jakości materiału, miał przystrzyżone i mocno podkręcone wąsy. A jego buty! Nie te pozbijane gwoździami toporne kloce, które nosili w górach, ale wypolerowane pantofle ze skóry tak miękkiej, że Louis miał ochotę rzucić się na ziemię do stóp Clémenta, żeby tylko móc ich dotknąć. Tymczasem Clément posłał Louisowi tajemniczy uśmiech, nachylając się ku niemu i szepcząc:

– Paryż. Byłem w Paryżu. Mieście Światła.

– Miasto Światła? – Ta nazwa natychmiast obudziła w ­Louisie głęboką tęsknotę. – Dlaczego tak nazywają Paryż?

Clément mrugnął do niego.

– Mogę ci doradzić tylko jedno: jedź tam i się dowiedz. Jesteś wystarczająco duży. I wystarczająco wytrwały.

„Ale przecież to niemożliwe!” – Louis chciał zaprotestować. Słowa uwięzły mu jednak w gardle, bo przed oczami pojawił się obraz, o którym – jak mu się wydawało – dawno zapomniał, i rozległ się głos: jego matki. Uklękła przed nim, wzięła w dłonie jego pulchną, chłopięcą twarz, spojrzała na niego z miłością i cicho powiedziała: „Osiągniesz wszystko, co sobie postanowisz, kochanie. Masz niesamowitą siłę. Tylko nie możesz przestać wierzyć w siebie i swoje marzenia, słyszysz?”. Louis nie mógł sobie przypomnieć, do czego dokładnie zachęcała go w tamtej chwili matka. Ale nigdy nie zapomniał uczucia, jakie wywołało w nim to zdanie. Mógł przywoływać je zawsze wtedy, gdy czuł się samotny lub niepewny. A teraz powróciło do niego jeszcze inne wspomnienie. W ostatnich godzinach życia, gdy wiadomo było, że nie uda się jej pokonać ciężkiej choroby, matka przywoływała do siebie dzieci, jedno po drugim, według starszeństwa. Louis był drugi. Wzięła go za rękę, spojrzała na niego oczami, które wydawały się o wiele za duże jak na jej wąską, wychudłą twarz, i powiedziała:

– Zawsze pamiętaj, mój chłopcze, że jesteś wyjątkowy. I że możesz osiągnąć wszystko, czego zapragniesz. Obiecaj mi to.

– Obiecuję – odpowiedział, a łzy spływały mu po policzkach.

To były ostatnie słowa, jakie ze sobą wymienili. Powrót Clémenta musiał coś znaczyć. Może teraz nadszedł czas, by dotrzymać tej obietnicy. Co jeszcze go tu trzymało? Odpowiedzialność za rodzeństwo i ojca, oczywiście, ale czyż to nie dla nich musiał podjąć ryzyko? W poszukiwaniu lepszej przyszłości również dla nich? „Jesteś kimś wyjątkowym, nie zapominaj o tym” – powiedziała mu matka. Czy nie oznaczało to również, że tylko on mógł znaleźć wyjście z tej sytuacji dla siebie i rodzeństwa? Jeśli w Paryżu będzie mu sprzyjało szczęście, to pewnego dnia wróci, tak jak wrócił Clément, i zabierze ze sobą swoich braci i siostry.

– Hej – przypomniał o sobie Clément. – O co chodzi? Zapomniałeś języka w gębie? Mogę cię tylko zachęcić, żebyś spróbował szczęścia. Nie ma lepszego momentu. Wiesz, mały, widziałem Trois Glorieuses3 na własne oczy. I od tamtej pory wszystko wydaje się jeszcze lepsze.

– Czym są Trois Glorieuses? – Louis nie wstydził się zadać tego pytania. Był dumny, że poza lekcjami, które otrzymywał w szkole, matka poświęcała czas, by uczyć go nowych rzeczy. Mimo to istniały rzeczy, o których nie wiedział. Zdawał sobie jednak sprawę, że swoim pytaniem tak naprawdę wyświadcza nieco próżnemu Clémentowi przysługę. Dzięki temu mógł przecież kolejny raz popisać się swoją wiedzą. Clément się wyprostował, wypiął pierś i wykrzyknął:

– Nie wiesz? – Po czym zadowolony z siebie dodał: – Nic dziwnego, skoro nigdy nawet nie opuściłeś tej wioski. Trois Glorieuses to określenie, jakim Paryżanie nazywają trzy dni w lipcu 1830 roku, kiedy obalili króla Karola i osadzili na tronie nowego władcę, Ludwika Filipa.

– A co takiego mieli przeciwko królowi Karolowi? – chciał wiedzieć Louis.

– No cóż – zaczął Clément – krótko mówiąc, chciał odebrać prawa mieszczanom i oddać je szlachcie, ograniczyć wolność prasy i znieść prawo wyborcze.

Louis nie wiedział, czym jest wolność prasy ani prawo wyborcze, ale jakoś wstydził się o to zapytać. Sam się jeszcze kiedyś tego dowie. Zamiast więc drążyć tę kwestię, spytał:

– A Paryżanie nie zamierzali się na to zgodzić?

– Zdecydowanie nie – potwierdził Clément z błyskiem w oczach. – Mogę ci powiedzieć, że sporo się działo. W ciągu tych trzech dni w Paryżu rozpętało się piekło! Mieszkańcy wyszli na barykady, doszło nawet do strzelaniny.

Louis zadrżał. Przypomniały mu się opowieści matki o wojnach, które toczyły się w regionie Jury w XVI i XVII wieku, kiedy to Konfederacja Szwajcarska, Hiszpania i Francja rościły sobie prawa do tych ziem. Ostatecznie wojny wygrała Francja, więc osada, w której mieszkali, od 1678 roku należała do Królestwa Francji. Wojny doszczętnie spustoszyły piękną Jurę, jak powiedziała mu matka i ostrzegła go: „Widzisz, Louisie, chciwość i zawiść zawsze prowadzą do krzywdy i cierpienia”. Najwyraźniej w Paryżu panowała ogromna zawiść i zastanawiał się, czy w takim razie miasto to rzeczywiście jest tak pożądanym miejscem do życia. Jego towarzysz zdawał się wyczuwać te wątpliwości.

– Nie martw się – powiedział. – To już przeszłość. Mówiłem ci, od tamtej pory wszystko jest lepsze. Nowego króla nazywają „królem obywateli”, po części dlatego, że jest tak przystępny i przyjazny dla ludu. Pod jego rządami Paryż znów zasługuje na swoją reputację i miano Miasta Światła.

Louis skinął głową i wrócił do układania drewna. Ale zaraz na chwilę przestał i spojrzał na swojego byłego sąsiada.

– Dziękuję, Clément – powiedział. – Zrobię to, wyruszę w drogę jutro rano.

***

Ostatniej nocy, którą spędzał w domu, Louis Vuitton nie zmrużył oka. Przy migoczącym blasku świecy napisał długi list do ojca i kolejny do Victorine – skierowany do całego rodzeństwa, któremu siostra miała go następnie przeczytać.

Położył obydwa listy obok poduszki Victorine, wcześniej po cichu wślizgując się do pokoju sióstr. Tylko w ten sposób mógł mieć pewność, że Marie Coronnée nie znajdzie i nie zabierze listu, co z pewnością by zrobiła, gdyby znalazła go na kuchennym stole. Skierowane do ojca słowa na temat macochy były bezlitosne i pełne współczucia dla niego i rodzeństwa. Marie Coronnée nie zniosłaby takich słów, a tym bardziej nie przekazałaby mu takiego listu.

Przełknął ślinę, wyobrażając sobie, że Victorine budzi się rano i znajduje listy. To będzie straszne dla nich wszystkich, a zwłaszcza dla Rosalie i Claude’a, dwójki najmłodszych dzieci. Ale miał też nadzieję – nie, był pewien – że go zrozumieją.

Zanim wyszedł, zatrzymał się na chwilę przy łóżku każdego z rodzeństwa. Na końcu znajdowało się to, na którym spał Claude Régis, jego młodszy brat. Jak pięknie i niewinnie wyglądał, pogrążony w głębokim śnie. Louis pragnął pocałować jego rumiany policzek, ale nie odważył się. Gdyby obudził go tym gestem, cały jego wspaniały plan ległby w gruzach. Ostrożnie położył więc tylko obok niego procę, tę, którą Claude zawsze tak bardzo chciał się bawić, i powiedział w myślach: „Żegnaj, mój mały, wybacz mi, że nie mogę cię już dłużej chronić. Ale przyjadę po ciebie i dam ci lepsze życie. Obiecuję ci to”.

A potem trzynastoletni Louis Vuitton zarzucił na ramię swój tobołek i, nie oglądając się za siebie, odszedł z wioski, w której jego przodkowie mieszkali od pięciu pokoleń.

Rozdział 2

Dwa lata później – przyjazd do Paryża jesienią 1837 roku

Wszystko nieustannie się zmieniało: kolory, dźwięki, zapachy, widoki. Dwuletnia podróż Louisa do Paryża była niekończącym się ciągiem rozmaitych wrażeń. Jedyną stałą rzeczą wydawał się szum potoku Ancheronne, który podążał wraz z nim do stolicy Francji. Nieprzerwanie – nawet długo po tym, jak potok rozlał się w szeroką rzekę o innej nazwie – jego jednostajny szum towarzyszył mu i dawał pewność, że wciąż jest związany ze swoją ojczyzną. Z ojczyzną na dalekim wschodzie kraju, położoną wśród gór, które stanowiły naturalną granicę ze Szwajcarią, gdzie życie było ciężkie i skromne. Lata były upalne, a zimy przynosiły mrozy, przed którymi ich prosta chata dawała równie mało ochrony, co nędzne ubrania, jakie nosili. Ale Louisowi nigdy to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie: czyż upalne lata i mroźne zimy nie były kolejnym dowodem na potęgę i siłę natury, które tak podziwiał?

I gdy tak brnął przez swój kraj, podążając wraz z biegiem rzeki w kierunku północnego zachodu, myślał, że to surowe życie uczyniło go również silnym. A może to prawda, że środowisko, w którym się dorasta, kształtuje człowieka? Czasami Louis czuł się jak ten niczym niewzruszony łańcuch górski z jego dzikimi strumieniami i gęstymi lasami. Jego wola i odwaga były niezwyciężone niczym góry, miał też znakomitą kondycję. Wzorem dzikich strumieni jego wyobraźnia, świat jego marzeń, pulsował nieustannie, tworząc ciągi obrazów. Obrazów miasta pełnego światła i spokojnego świata – a także jego samego w tej rzeczywistości. Lasy odzwierciedlały głębię jego myśli. Bo gdy Louis zapuszczał się w gęstwinę drzew, tym jego myśli wędrowały coraz dalej i docierały coraz głębiej. Chłopak intensywnie doświadczał wszystkiego, co widział, co czuł, czego smakował, co wąchał, i rozmyślał nad tym. Siadał na brzegu rzeki, by słuchać szemrania strumienia, tak jak w dzieciństwie. Godzinami patrzył, jak motyl łączy się w tańcu z kwiatem. I zastanawiał się, jak to możliwe, że motyl może być tak piękny, ciekawiło go również, w jaki sposób to magiczne stworzenie postrzega jego jako człowieka.

Louis spędzał wprawdzie dużo czasu samotnie, ale podczas podróży miał kontakt z wieloma innymi młodymi mężczyznami. Spotykał głównie szewców, garbarzy, kapeluszników, bednarzy, kołodziejów, ślusarzy, blacharzy, cieśli, stolarzy i kamieniarzy, którzy wędrowali po okolicy w ramach swoich wędrówek czeladniczych. Czasami zatrzymywał się wraz z nimi na nocleg, oferując karczmarzowi swoje usługi w zamian za darmowe zakwaterowanie, wyżywienie oraz niewielką pensję. Dzięki ojcu posiadł niezwykłą umiejętność obróbki drewna, czego karczmarze nie mogli nie docenić. Zawsze zostawał w danym miejscu tak długo, aż uzbierał wystarczająco dużo pieniędzy, by móc podróżować przez kilka kolejnych dni – dlatego minęły dwa lata, zanim w końcu przekroczył granice Paryża. Pokonał pieszo dwieście dziewięćdziesiąt dwie mile4 i w tym czasie ewidentnie dorósł i zmężniał. Raz po raz mijały go dyliżanse i choć początkowo Louis patrzył na nie z tęsknotą – w końcu takim dyliżansem mógłby dotrzeć do Paryża w pięć dni – szybko poczuł wdzięczność, bo dla niego celem podróży była sama wędrówka. Tak wiele po drodze zobaczył, tak wiele się nauczył i czuł wyraźnie, że właśnie ta podróż przygotowała go na przybycie do Paryża, umożliwiła mu pobyt w stolicy Francji. W końcu dotarł do wychwalanego Miasta Światła, o którym usłyszał podczas wędrówki o wiele więcej niż to, co zdążył przekazać mu Clément podczas ich krótkiego spotkania. Louisowi wielokrotnie powtarzano, że Paryż jest magiczny.

Był wyjątkowo piękny letni dzień, gdy Louis przekroczył granice miasta, jakby Paryż przywdział swój najwspanialszy strój, by powitać w swoich progach młodego mężczyznę. Mimo to Louis poczuł się zaskoczony i nieco rozczarowany, gdy znalazł się w niemalże wiejskim otoczeniu. Rozglądał się wokół po bezkresnych polach, ogródkach, a nawet młynach, ale pośród tej idyllicznej scenerii nie dostrzegał żadnych dróg, jedynie wąskie ścieżki. W okolicy płynął nawet mały strumień, przez który w jego głowie zrodziła się myśl, że również tu jest nieustannie związany z domem. Z głębokim westchnieniem Louis usiadł na dużym głazie. Wyobrażał sobie Paryż jako wspanialszy i bardziej wyrafinowany, a to, co zastał na miejscu, różniło się zasadniczo od tego, czego oczekiwał po entuzjastycznych opisach Clémenta i relacjach jego towarzyszy podróży. Ludzie nie byli tak elegancko odziani jak Clément, wracający z Miasta Światła. Louis zobaczył skromnie ubranych rzemieślników, najwyraźniej garbarzy, trzymających skóry w strumieniu. Nieco dalej pracowali farbiarze. „Cuchnie tu okropnie” – pomyślał Louis.

Nie pozwolił jednak na to, żeby rozczarowanie zawładnęło nim na dłużej. Być może jego oczekiwania były większe niż to, co zaoferowała mu rzeczywistość, ale po pierwsze, był teraz tutaj i nie po to przebył całą tę drogę, znosząc wszystkie trudy, by po prostu się poddać. A po drugie, skoro marzenia były nieskończone, a rzeczywistość nie, to przecież można popracować nad tym, by jakoś dopasować rzeczywistość do swoich marzeń, prawda? Nieco podniesiony na duchu, Louis ruszył przed siebie, tylko po to, by natychmiast zostać wystawionym na jeszcze cięższą próbę. Właśnie dotarł do dzielnicy Faubourg Saint-Marceau, gdy przerażenie aż zaparło mu dech w piersiach. W jakiej okropnej okolicy się znalazł! To by było na tyle, jeśli chodzi o Miasto Światła! Było tu strasznie ciasno i ciemno, domy stały tak blisko siebie, że promienie światła ledwie przebijały się między nimi i docierały do ulicy, zwłaszcza że dachy niemal stykały się okapami, tworząc coś w rodzaju wąwozu. Smród również był okropny. Wszędzie tłoczyli się biedni, wynędzniali ludzie, ubrani w jakieś łachmany. Poszedł szybko dalej, a po chwili stanął jak wryty, próbując tak gwałtownie złapać oddech, że na moment zakręciło mu się w głowie. Dotarł do Sekwany i na środku małej wyspy ujrzał wznoszącą się ogromną katedrę, zapierającą dech w piersiach, pełną gracji i piękna. To musiała być Notre-Dame, o której w trakcie podróży powiedziano mu, że jest sercem i duszą Paryża. Louis był oszołomiony tym widokiem. „Jeśli to serce i dusza Paryża, pomyślał, to z pewnością jestem we właściwym miejscu, po drodze minąłem tereny wiejskie, a potem te okropnie ponure dzielnice”. Wciąż nie rozumiał, dlaczego Paryż nazywano Miastem Światła. Ale nie miał najmniejszych wątpliwości, że było to miasto kontrastów.

Pełen energii Louis dziarskim krokiem przekroczył najbliższy most prowadzący na Île de la Cité, a tym samym do katedry, przekonany, że Paryż, którego szukał, rozciągał się właśnie tam, wokół tego wspaniałego domu modlitwy. Jednak już chwilę później Louis z przerażeniem odkrył, że świat otaczający tę majestatyczną budowlę był chyba jeszcze bardziej przerażający niż dzielnica, którą wcześniej przemierzył. O ile to w ogóle możliwe, było tu jeszcze ciaśniej, mroczniej, powietrze było mocniej zanieczyszczone, a ludzie wydawali się jeszcze bardziej nieszczęśliwi. Wzdłuż ulic ciągnęły się pasma domów w kolorze błota, a drewno okien i drzwi było tak przeżarte przez robaki lub spróchniałe, że miejscami rozpadało się na kawałki. W powietrzu unosił się zapach rozkładu i brudu piętrzącego się na ulicach. Ludzie wyglądali na chorych, zubożałych i wychudzonych, męczył ich kaszel i pluli krwią. Louis dostrzegł kilku staruszków, którzy ewidentnie mieszkali na ulicy i wiedli swój nędzny żywot pośród tych wszystkich łachmanów. Tylko jak oni mieli przetrwać zimę? Widział, jak starszy mężczyzna grzebie w stercie resztek kuchennych śmieci i wyciąga coś dziwnego do jedzenia. Jakże okropnie musiał był głodny! Inny mężczyzna ciągnął za włosy po brudnej ziemi szlochające dziecko. Dziewczynka miała zakrwawione nóżki i gorzko płakała, co tylko skutkowało jeszcze większą ilością ciosów od mężczyzny. Louis odruchowo zapragnął pomóc tej małej, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Znał takich ludzi i wiedział, że po pierwsze, sam wyszedłby na tym bardzo źle, a po drugie, najprawdopodobniej tylko podsyciłby gniew tego mężczyzny, co ostatecznie pogorszyłoby jeszcze sytuację dziewczynki. Jego macocha była taka sama.

Nagle w polu jego widzenia pojawiła się kobieta o blond włosach i bujnych kształtach. Była wyższa od niego, znacznie wyższa, na tyle, że mógł zajrzeć prosto w jej obfity dekolt. Widok ten prawdopodobnie powinien był go podniecić, ale Louis czuł jedynie silną odrazę do tak tandetnie eksponowanej kobiecości. Nie było w tym widoku niczego, co miałoby dla niego jakąkolwiek wartość. Uznawał go za ordynarny i wulgarny, pozbawiony subtelności oraz jakiejkolwiek tajemnicy.

– Gapisz się, co? – powiedziała blondynka. – Jedno macanie kosztuje dziesięć sou5.

– Niech mnie pani przepuści!

Louis miał właśnie minąć pulchną kobietę, gdy ta zaskakująco mocnym uściskiem chwyciła go za ramię.

– Patrzenie też kosztuje – powiedziała, a jej głos nagle przestał być kusząco słodki, a stał się ostry i zimny. – A ty patrzyłeś i to jak. Dawaj pieniądze albo skoczę po Antoine’a, a wtedy niech Bóg ma cię w swojej opiece.

Louis nie wiedział, kim był Antoine, ale nie miał najmniejszej ochoty go poznać. Nie na darmo dorastał w Jurze, w tym surowym i srogim regionie, który najwyraźniej sprawiał, że jego mieszkańcy również byli surowi i srodzy. Odwrócił głowę i spojrzał blondynce w oczy tak lodowatym spojrzeniem przepełnionym pogardą, że gwałtownie się od niego odwróciła.

– Mniejsza o to – mruknęła i pospiesznie odeszła, kołysząc pośladkami.

Louis odetchnął z ulgą, ale zaraz potem poczuł narastającą w nim gorycz. Co, jeśli Paryż, za którym tęsknił przez ostatnie dwa lata, w ogóle nie istniał? Ale to niemożliwe, w końcu wszyscy, absolutnie wszyscy, których spotkał, zachwycali się Paryżem! Paryż po prostu musiał mieć drugą stronę i on ją odnajdzie. Choćby dla dobra rodzeństwa. Minęły dwa lata, odkąd ich widział, dwa lata, w czasie których cały czas byli narażeni na okrucieństwo Marie Coronnée, tak jak ta mała dziewczynka była narażona na brutalne traktowanie przez swojego ojca. Obiecał się nimi zaopiekować, sprowadzić ich do siebie. I dotrzyma tej obietnicy! Przed oczami znów przemknęła mu twarz matki. „Możesz osiągnąć wszystko, czego zapragniesz” – wyszeptała do niego. „Wierz w swoje marzenia, słyszysz? Spełnią się”. „Tak”, pomyślał Louis. Nie przestanie wierzyć w swoje marzenia. I nie przestanie szukać. Gdzieś musiało być to cudowne miasto, o którym wszyscy tak entuzjastycznie opowiadali!

Rozdział 3

Louis miał rację. Miasto z jego marzeń istniało i odkrył je, gdy opuścił Île de la Cité po drugiej stronie. Podziwiał Luwr, Pałac Tuileries6, szedł wciąż na zachód przez Rue de Rivoli, zbudowaną za Napoleona I, minął Palais-Royal. Mrok dzielnic, które przemierzył, ustąpił miejsca gwarnemu, wibrującemu, tętniącemu życiu. Elegancko ubrani panowie i elegancko ubrane panie tłoczyli się na ulicach lub delektowali się czasem spędzanym w kawiarniach i restauracjach na jedzeniu i piciu. Wielu siedziało na zewnątrz z kawą i croissantem, odchylając głowy i pozwalając, by ciepłe paryskie słońce ogrzewało ich twarze. I wszyscy, naprawdę wszyscy uśmiechali się, biła od nich prawdziwa radość. Louis, w którym wówczas nadzieja znów się obudziła, również się uśmiechał, idąc energicznie przed siebie. Widział sklepy ze wspaniałymi wystawami, których witryny były ukryte za arkadami w taki sposób, że eleganckie damy mogły przemykać od sklepu do sklepu, nie mocząc stóp w niepogodę. Nawet liczne place budowy nie zakłócały tej idyllicznej scenerii, gdyż były oznaką postępu. Było jasne, że wszędzie powstaną kolejne wspaniałe budynki, każdy większy i bardziej luksusowy od poprzedniego. Powietrze też było tu lepsze. Oczywiście nieporównywalne z czystym górskim powietrzem jego ojczyzny, ale o wiele przyjemniejsze niż smród, który Louis musiał wdychać w mrocznych paryskich dzielnicach.

Tak, pomyślał Louis, to tu jest jego miejsce. Tu, gdzie właśnie dotarł. Przecież o tym wiedział, a jego matka miała rację. Trzeba po prostu wierzyć w swoje marzenia i niestrudzenie dążyć do celu. Wtedy marzenia staną się rzeczywistością.

Szczęście wciąż sprzyjało Louisowi. Natychmiast znalazł tani i czysty pensjonat, w którym mógł spędzić kilka kolejnych nocy, podczas gdy w ciągu dnia szukał jakiegoś zatrudnienia. Kiedy zaradna gospodyni pensjonatu postawiła na lśniącym drewnianym stole dużą miskę zupy, tuż po jego przybyciu, w żołądku głośno mu zaburczało. Opróżnił miskę o wiele za szybko. Właśnie miał włożyć do ust ostatnią łyżkę, którą starannie wyskrobał z brzegów naczynia, gdy do stołu przysiadł się kolejny gość.

– Jest pan tu przejazdem, w podróży czeladniczej, młodzieńcze? – zapytał mężczyzna siedzący naprzeciwko niego, szczupły, elegancki dżentelmen, którego Louis ocenił na dwudziestokilkulatka.

– Nie – odpowiedział chłopak z Anchay, zerkając z zazdrością na parującą miskę zupy, którą gospodyni podała właśnie swojemu drugiemu gościowi. – Mam nadzieję znaleźć tu pracę.

– Dla takiego silnego chłopaka jak ty, to będzie bułka z masłem – zauważył gość, z lubością zanurzając łyżkę w zupie.

– Szukam nie tylko pracy – poinformował go Louis. – Ale i praktyki.

– To też nie będzie problemem – zapewnił go nieznajomy. – A tak przy okazji, mam na imię Raphael – kontynuował, wyciągając rękę przez stół.

– Louis – odparł szesnastolatek, ściskając wyciągniętą dłoń. – A pan jest tu tylko przejazdem?

Rafael skinął głową i dodał:

– Tak, tylko na kilka dni. Mój ojciec pracował przy budowie pierwszej linii kolejowej w Paryżu.

– Och! – wykrzyknął Louis, będąc pod wrażeniem. – Gdzie jest ta budowa?

– Niedaleko Ogrodów Tivoli7 – odparł mężczyzna, który również skończył zupę i, podobnie jak wcześniej Louis, wpatrywał się w miskę z wyraźnym żalem, że nie ma jej więcej. Po czym dodał: – Ale to już nie jest plac budowy. Linia kolejowa jest już gotowa.

– Ogrody Tivoli, nic mi to nie mówi – wyznał Louis, dodając na swoją obronę: – Dopiero co przyjechałem.

Raphael najwyraźniej nie usłyszał jego wtrącenia, a może je zignorował, bo już kontynuował:

– Jutro na uroczyste otwarcie linii kolejowej przyjeżdża sama królowa.

– Chętnie bym się tam wybrał – westchnął Louis. – Nigdy wcześniej nie widziałem królowej.

– Więc wybierzmy się tam jutro razem.

– Ale czy można się tam zjawić tak po prostu? – zapytał Louis z powątpiewaniem.

– Oczywiście, że nie – przyznał mu rację Raphael. – Ale ze wzgórz nad torami będziemy mieć doskonały widok na całą okolicę.

– Więc umowa stoi! – wykrzyknął Louis z ekscytacją.

Jeszcze przed zamówieniem swojej porcji zupy przeliczył monety w skórzanej sakiewce i z satysfakcją stwierdził, że jego oszczędności wystarczą mu w zupełności na kolejne trzy tygodnie. Poszukiwania praktyki mogły więc bez problemu poczekać jeszcze pół dnia.

– Zatem ustalone – potwierdził Raphael, unosząc rękę, by zamówić kolejną zupę od gospodyni. Louis natomiast uznał, że nie pozwoli sobie na taki zbytek.

Słońce świeciło jasno, rywalizując z promiennymi twarzami gapiów, którzy zebrali się w czwartek dwudziestego czwartego sierpnia 1837 roku na niewielkim wzgórzu w pobliżu pierwszego dworca kolejowego w Paryżu, aby być świadkami otwarcia linii kolejowej. Choć było pewne, że Louis nie spotka królowej, i tak wstał o świcie, aby wyczyścić buty, całkowicie pokryte kurzem po wędrówce, i jak najdokładniej wyszczotkować ubrania. Czyste odzienie z pewnością przyda się także w jego późniejszych próbach znalezienia praktyki.

Kilka godzin później stał podekscytowany obok Raphaela i grupy innych gapiów, czekając na przyjazd Marii Amalii Saksońskiej, królowej neapolitańskiej i sycylijskiej, siostrzenicy Marii Antoniny, czego Louis dowiedział się od Raphaela.

Maria Antonina była tą królową, którą stracono podczas rewolucji francuskiej wraz z jej mężem i regentem, Ludwikiem XVI. Mąż Marii Amalii początkowo popierał rewolucję, a nawet został członkiem rewolucyjnego Klubu Jakobinów. Jednak po nieudanej próbie zamachu stanu Ludwik Filip uciekł najpierw do Szwajcarii, a stamtąd, zatrzymując się na krótko w kolejnych miejscach, dotarł w końcu do Palermo na zaproszenie króla Sycylii Ferdynanda III, gdzie dwudziestego piątego listopada 1809 roku poślubił jego córkę. Po abdykacji Napoleona para, która spędziła pierwsze pięć lat małżeństwa we Włoszech, przeniosła się do Francji. Ponieważ Ludwik Filip był w bliskich relacjach ze zwykłymi obywatelami – dla przykładu: jego dzieci uczęszczały do szkół publicznych – został królem Francji po obaleniu Karola X, z łaski Bożej i z woli ludu.

Raphael opowiedział to wszystko Louisowi, a Louis doświadczył głębokiej satysfakcji, słuchając jego relacji, jak zawsze, gdy udawało mu się połączyć dwa elementy układanki: to właśnie nad Ludwikiem Filipem rozpływał się w zachwytach jego były sąsiad, Clément, gdy namawiał go, żeby wyjechał do Paryża i spróbował tam szczęścia. A teraz on, Louis, miał na własne oczy zobaczyć żonę tego wspaniałego króla.

– Tam jest! – rozległ się entuzjastyczny okrzyk pośród tłumu. Louis z szacunkiem spojrzał na wspaniały powóz zaprzężony w sześć białych koni, eskortowany przez oddział kawalerii.

– Królowa, królowa nadjeżdża!

Powóz zatrzymał się przed tymczasowym budynkiem stacji i natychmiast podbiegł do niego służący, robiąc potem niewielki krok w tył.

Serce Louisa zabiło mocniej. Choć początkowo jego pobyt w Paryżu był rozczarowujący, dzisiejszy dzień wynagradzał mu wszystkie wczorajsze, straszne przeżycia. Napisze o tym rodzeństwu i ojcu w swoich listach nadawanych do Jury.

Królowa nie spieszyła się. Wydawało się, że zajmuje to całą wieczność, ale w końcu jej postać pojawiła się w drzwiach powozu. Gapie zaczęli wiwatować.

Louis obserwował królową Francji z zapartym tchem. Nie była szczególną pięknością, ale emanowała takim dostojeństwem i elegancją, że tłum – i on sam – wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany.

– Jest… zachwycająca – szepnął do Raphaela.

– Faktycznie, jest – potwierdził jego towarzysz.

– Czemu król nie przyjechał z nią? – zapytał Louis, po czym szybko dodał: – Zapewne jest bardzo zajęty?

– Trzyma się z daleka ze względów bezpieczeństwa – poprawił go Raphael. – Kolej istnieje dopiero od niedawna i coś przecież może pójść nie tak.

– Ale żonie pozwala na takie ryzyko? – Louis był oburzony, a na wizerunku tak wychwalanego króla ludu pojawiła się pierwsza rysa.

– Cóż, przypuszczam, że nikt nie byłby w stanie jej powstrzymać – bronił króla Raphael. – A moim zdaniem to także dowód odpowiedzialności króla za kraj. Gdyby coś mu się stało, nie mielibyśmy władcy.

Louis nie był w pełni usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, ale nic więcej nie dodał. Zamiast tego uważnie obserwował, jak królowa zmierza do małego budynku dworca i wsiada do jednego z odświętnie udekorowanych wagonów pociągu. W tym momencie na stację przybyły kolejne powozy, które przewoziły wyłącznie bagaż królowej. Pomocnicy mozolnie zdejmowali duże, ciężkie skrzynie z ich dachów i siedzeń i umieszczali je na podstawionych wcześniej wózkach.

– Tyle bagażu – wyszeptał Louis ze zdumieniem.

– Tak – zgodził się Raphael. – To naprawdę ogromne obciążenie – zwłaszcza biorąc pod uwagę, że linia kolejowa ma tylko około dwunastu mil długości.

– Co proszę? – zapytał Louis, myśląc o małym tobołku, który wystarczał mu na dwa lata wędrówki. Ale z drugiej strony nie był królową. – I na taką trasę potrzebuje aż tyle bagażu? Dokąd jedzie ten pociąg?

– Do Le Pecq – odparł Rafael. – Arystokraci zawsze zabierają ze sobą mnóstwo rzeczy. Kiedy dwór podróżuje, to niemal jak przeprowadzka.

Potrząsając głową, Louis ponownie skupił uwagę na pomocnikach, którzy próbowali umieścić ciężkie skrzynie z wypukłymi pokrywami w wagonie bagażowym pociągu.

– Czy te skrzynie nie są niepraktyczne? – zastanawiał się. Jego nowy przyjaciel spojrzał na niego pytająco.

– Dlaczego?

– W pociągu nie można ich ustawiać jedna na drugiej. Przewróciłyby się.

– Oczywiście, masz rację – odparł Raphael. – Nie zostały zaprojektowane z myślą o tym nowym sposobie podróżowania. W przypadku podróży powozami wypukłe pokrywy są jednak niezbędne, ponieważ…

– …inaczej woda deszczowa nie mogłaby odpłynąć – dodał Louis. – To rozumiem.

Tymczasem wszystkie kufry zostały załadowane do pociągu, a lokomotywa i wagony głośno ruszyły. Po chwili na niebie widać było tylko białe kłęby pary – ale one również szybko zniknęły, podobnie jak tłum, który rozproszył się w ciągu kilku chwil.

– Chodźmy – powiedział Raphael. – Mam ochotę się napić.

– Dobrze – mruknął Louis i pogrążony w myślach zszedł za nim ze wzgórza.

Wciąż myślał o tym, jak można by sprawniej załadowywać wagony bagażowe. I o tym, jak niepraktyczne były te wszystkie pudła na kapelusze robione przez jego ojca dla matki, która była modystką. Duże, cylindryczne pudła można było wprawdzie układać jedno na drugim, ale ich zaokrąglony kształt zapewniał niewielkie podparcie całej tej konstrukcji po bokach. Kwadratowe, myślał Louis, kwadratowe i płaskie – właśnie takie powinny być te kufry, jak ręcznie robione klocki jego ojca, które jego młodszy brat Claude zawsze uwielbiał układać. Po raz kolejny poczuł silną tęsknotę za bliskimi, którzy zostali w Jurze. Jakże pragnął być teraz z nimi, jak bardzo chciał znów usłyszeć ich głosy. Ale pewnie minie jeszcze dłuższa chwila, nim to nastąpi. Jeśli chciał osiągnąć ten cel, najpierw musiał znaleźć dobrą praktykę i zarobić pieniądze na godne życie, aby pewnego dnia móc sprowadzić rodzeństwo do Paryża.

Rozdział 4

Cierpliwość Louisa została wystawiona na ciężką próbę, gdy szukał miejsca do odbycia praktyki w okolicach Place Vendôme. Większość pracodawców kwitowała starania szesnastolatka z Jury jedynie znużonym uśmiechem. „Jesteśmy w jednej z najlepszych dzielnic Paryża, chłopcze” – słyszał w kółko. „Dlaczego nie spróbujesz szczęścia u farbiarzy i garbarzy? Oni mogliby potrzebować takiego silnego chłopaka jak ty”.

Ale Louis nie chciał iść do garbarzy. I nie szukał szczęścia u farbiarzy. Chciał praktykować właśnie tutaj. I był gotów o to walczyć. Nagle, gdy znalazł się na skrzyżowaniu Rue du 29-Julliet i Rue Saint-Honoré, kilkaset metrów od Ogrodów Tuileries, jego wzrok padł na witrynę sklepową po drugiej stronie ulicy, wypełnioną ogromnymi kuframi z kopulastymi wiekami – takimi samymi, jakie poprzedniego dnia wyładowywano z powozów królowej. Jak zaczarowany przeszedł przez ulicę. Głośne okrzyki i rżenie wypełniły powietrze, a Louis z przerażeniem uświadomił sobie, że o mało nie wpadł pod powóz konny. Wymamrotał przeprosiny, zszedł z drogi i zauważył, że ten powóz również był załadowany kuframi o wypukłych pokrywach. Znowu odwrócił wzrok w stronę sklepu, do którego zmierzał. Nad drzwiami wisiał duży szyld: „Kistenmacherei & Verpackerei Maréchal”. „Odwagi, Louisie Vuittonie” – powiedział sam do siebie i otworzył drzwi sklepu.

W sklepie panowała ciemność, a w powietrzu unosił się kurz. Louis potrzebował chwili, żeby jego oczy przyzwyczaiły się do braku światła. Rozglądał się wokół, gdy przez drzwi na tyłach sklepu wyłoniła się szczupła postać. Ujrzał przed sobą sympatycznie wyglądającego mężczyznę po pięćdziesiątce, który trochę przypominał mu jego ojca.

– Dzień dobry – powiedział.

– Dzień dobry – odpowiedział mężczyzna. – W czym mogę pomóc?

– Jestem Louis Vuitton i szukam praktyki – wyrzucił z siebie.

– Ach – odparł mężczyzna. – I przyszedłeś tutaj.

Myśli Louisa pędziły jak szalone. Tym razem po prostu nie mógł pozwolić, żeby znów go odrzucono. Czuł, że właśnie tutaj jest jego miejsce!

– Proszę – powiedział Louis. – Wiem, że się mnie pan nie spodziewał. Ale naprawdę chciałbym nauczyć się robić kufry.

Zapomniał dodać, że tego dnia odwiedził już pięć innych zakładów rzemieślniczych i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wyrabianie skrzyń to również ważny zawód! Dlaczego właściwie przyszło mu to do głowy dopiero wtedy, gdy zobaczył witrynę sklepową pana Maréchala? Przecież jego ojciec, poza tym, że pracował jako młynarz, w pewnym sensie również wytwarzał kufry – robił przecież pudła na kapelusze do zamówień matki! Właśnie to powiedział mężczyźnie:

– Widzi pan, mój ojciec w Jurze nauczył mnie robić pudełka na kapelusze. Uwielbiam drewno, jego zapach, fakturę…

Uśmiech na twarzy jego rozmówcy stał się jeszcze szerszy.

– To brzmi bardzo przekonująco – powiedział mężczyzna.

Louis zamrugał. Nie spodziewał się tego.

– Słucham?

– To brzmi bardzo przekonująco – powtórzył mężczyzna. – Powiem więc tak: przejdźmy obok, a pokażesz mi, co potrafisz.

– Och! – wykrzyknął zaskoczony Louis. – Daje mi pan szansę?

– Daję, chłopcze. Wyglądasz na bystrego młodzieńca, a ja naprawdę kogoś potrzebuję. Tutaj.

Wstał nieco chwiejnie, podszedł do dużego regału, gdzie przechowywano deski różnej wielkości, wyjął kilka z nich i wskazał na regał z narzędziami.

– Czy mógłbyś mi zrobić pudło na… – rozejrzał się, a potem jego wzrok padł na parę rękawic roboczych leżących w kącie – na te rękawice?

– Oczywiście, monsieur – powiedział Louis, rozglądając się za taśmą mierniczą.

Z zadowoleniem stwierdził, że wszystko, co jest potrzebne: taśma miernicza, ołówek, papier, piła, młotek i gwoździe jest już przygotowane na półce z narzędziami. Położył rękawice na stole warsztatowym, wygładził je i zmierzył, dodając wokół około centymetra wolnej przestrzeni. Zanotował pomiary na kartce, a następnie sporządził szkic.

– Zatem – powiedział do monsieur Maréchala – teraz przeniosę pomiary na deskę i zacznę piłować.

– Bardzo dobrze. – Maréchal skinął głową z aprobatą. – Jak sprawisz, żeby krawędzie były proste?

– Po pierwsze, użyję piły ukosowej – odparł Louis, sięgając po narzędzie, które, jak mu ojciec wyjaśnił, nazywano też wyrzynarką. – A potem przymocuję deskę do stołu – zasugerował Louis, patrząc na małą, drewnianą deskę w kształcie litery V, przymocowaną do stołu warsztatowego przy pomocy śruby.

– Bardzo dobrze – Maréchal skinął głową z aprobatą. – Nie muszę cię już niczego uczyć.

Louis zarumienił się z zadowoleniem.

– Och, jestem przekonany, że mogę się jeszcze wiele od pana nauczyć, monsieur.

– W takim razie spróbujmy popracować razem, zwłaszcza że naprawdę przydałaby mi się pomoc.

Louis spojrzał na niego zaskoczony.

– Ale czy nie powinienem chociaż skończyć tego pudełka, monsieur?

Majster machnął lekceważąco ręką.

– To, co mi do tej pory pokazałeś i wyjaśniłeś, wystarczająco mnie przekonało – powiedział. – A tak przy okazji, jestem monsieur Maréchal, właściciel tego sklepu.

Louis był tak zadowolony, że nie wiedział, co ma teraz zrobić.

– Dziękuję! – wykrzyknął. – Bardzo panu dziękuję!

– Dobrze, już dobrze. A tak w ogóle, nasi praktykanci mieszkają z nami. Mamy dla nich dwa pokoje, choć obecnie nie mamy czeladnika, więc masz wybór, chłopcze. Moja żona bardzo się ucieszy. Lubi opiekować się naszymi praktykantami, zwłaszcza że nasi synowie już dawno wyszli z domu.

Wszystko to brzmiało coraz lepiej!

– Nawet nie wiem, jak panu dziękować, monsieur – powtórzył Louis.

– Poprzez dobrą pracę – odpowiedział Maréchal. – Zakładam, że masz ze sobą takie czy inne drobiazgi?

– Tak – potwierdził Louis. – Zatrzymałem się w pobliskim pensjonacie.

– Możesz więc pójść, zabrać swoje rzeczy i przeprowadzić się do nas – zasugerował Maréchal. – Będziemy czekać na ciebie z kolacją.

– To bardzo miłe z państwa strony – odparł Louis, po czym dodał: – Mam tylko nadzieję, że gospodyni pozwoli mi odejść.

– Jeśli chcesz, mogę ci towarzyszyć. I tak już pora na zamknięcie sklepu.

– Bardzo chętnie! – ucieszył się Louis.

Gdy wyszli ze sklepu, Louis aż krzyknął ze zdziwienia. Chociaż słońce już zaszło, na zewnątrz było jasno! Małe gazowe płomienie migotały w dziesiątkach latarni, rzucając ciepłe światło na ulice.

– To niesamowite! – wyszeptał Louis.

– Prawda? – zapytał uradowany monsieur.

– Czy to dlatego Paryż nazywany jest Miastem Światła? – zastanawiał się Louis.

– Nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia, ale pasuje idealnie – odparł Maréchal. – Zatem Paryż jest Miastem Światła już od dawna.

– Od jak dawna? – zapytał Louis. – I dlaczego?

– Od XVII wieku. To były mroczne czasy, w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu. Wszędzie popełniano straszliwe zbrodnie. Król Ludwik XIV, wraz ze swoim ministrem ­Jeanem-Baptiste’em Colbertem i głównym podporucznikiem policji, Gabrielem Nicolasem Reynie, próbowali położyć temu kres. To Reynie wpadł na genialny pomysł, by oświetlić ciemne i kręte uliczki miasta.

– Takimi lampami? – zapytał Louis, wskazując na gazowe latarnie.

Pan Maréchal pokręcił głową.

– Nie, takie nie istniały. Ale były pochodnie. Radził też mieszkańcom, aby w oknach stawiali świece i lampy naftowe. Wtedy miasto zaczęło świecić.

„To musiało wyglądać pięknie” – pomyślał Louis, wyobrażając sobie, że wąskie uliczki, którymi wędrował po przyjeździe, w takim świetle wydawałyby się bardziej zachęcające.

– Pewien mężczyzna, który wrócił z podróży do Paryża, powiedział mi kiedyś, że ten jest Miastem Światła, a kiedy zapytałem go, co to znaczy, kazał mi przyjechać i samemu się przekonać.

– I właśnie to zrobiłeś – powiedział monsieur Maréchal, który znowu serdecznie uśmiechnął się do Louisa. – I bardzo mnie to cieszy.

– Tak – odparł Louis. – Tak, mnie też. I cieszę się, że pana tutaj znalazłem.

W międzyczasie dotarli do pensjonatu. Właścicielka nalegała co prawda na zapłatę za dzisiejszą noc, ale zgodziła się, żeby Louis nie płacił za pozostałe dni, które wstępnie zarezerwował.

– Wspaniale! – uradował się monsieur Maréchal. – W takim razie wracajmy do domu.

Przypisy

1 Jura Szwabska (niem. Schwäbische Alb) – pasmo górskie w Badenii-Wirtembergii w Niemczech o długości około 220 kilometrów i szerokości od 40 do 70 kilometrów. W 2009 roku wpisane na listę rezerwatów biosfery UNESCO. Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jura_Szwabska.

2 W europejskiej tradycji czeladniczej lata wędrówek to okres kilkuletniej podróży po ukończeniu nauki rzemieślniczej. Tradycja ta sięga czasów średniowiecza i jest nadal żywa we Francji, Skandynawii i krajach niemieckojęzycznych. Zazwyczaj minimalny okres wędrówki czeladnika wynosi trzy lata i jeden dzień. Źródło: https://de.wikipedia.org/wiki/Wanderjahre.

3 Rewolucja lipcowa we Francji, która trwała od 27 do 29 lipca 1830 (stąd nazwa fr. Les Trois Glorieuses – trzy dni chwały). Rewolucja udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu podjętą przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rewolucja_lipcowa_we_Francji.

4 Ok. 470 kilometrów.

5 Dawniej sol, francuska jednostka rachunkowo-pieniężna równa 12 denarom lub 1/20 liwra (funt), wywodząca się z solida i odpowiadająca szelągowi; po wprowadzeniu franka zwyczajowe określenie monety 5 centymów. Źródło: https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/sou;3977858.html.

6 Pałac Tuileries (fr. Palais des Tuileries) w Paryżu to historyczna, nieistniejąca już rezydencja francuskich władców, położona nad Sekwaną koło Luwru. Pałac spłonął w 1871 roku podczas Komuny Paryskiej, a jego pozostałości rozebrano. Dziś przetrwały jedynie skrajne pawilony (Flore i Marsan) oraz popularny park, Jardin des Tuileries.

7 Ogrody Tivoli w Paryżu były parkami rozrywki znajdującymi się w pobliżu obecnej lokalizacji stacji Saint-Lazare, nazwanej tak od ogrodów Villa d’Este w Tivoli niedaleko Rzymu. W latach 1795-1842 istniało kilka takich ogrodów, z których żaden nie zachował się do dziś.

Original title: Der Traum des Louis Vuitton

by Eva-Maria Bast

© 2024 by Piper Verlag GmbH, München

 

Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o. o.

 

Polish translation copyright © 2026 Ewelina Twardoch-Raś

 

Tłumaczenie

Ewelina Twardoch-Raś

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Janusz Sigismund

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384304006

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

CZĘŚĆ I. 1835–1838

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści