Lis T. - Tomasz Racjan - ebook + książka

Lis T. ebook

Tomasz Racjan

0,0

Opis

Na organizowany przez Króla Lwa Beztrockiego bal zaproszone zostały wszystkie zwierzęta z wyjątkiem Lisa Tomasza – tajemniczego osobnika, którego obecność jest w okolicy wysoce niepożądana. 
W miarę rozwoju wydarzeń rodzą się jednak podejrzenia, iż niechciany gość pojawił się na wielkiej uczcie. Z tego powodu powstaje zamęt, podczas którego w dziwnych okolicznościach giną kolejni goście, aż cała zabawa zamienia się w pełną chaosu rzeź. Czy to właśnie Lis okaże się odpowiedzialny za te zbrodnie? Czy zwierzęta zdołają rozwiązać ponurą zagadkę i przeżyć?… Być może się przekonasz, sięgając po tę nietuzinkową lekturę…
Czy można w pojedynkę zrobić tak wielkie przedstawienie, żeby nabrać cały świat?

Tomasz Racjan – początkujący pisarz. „Lis T.” jest jego drugą wydaną książką po thrillerze psychologicznym „Coś zjada bezdomnych”. Urodził się w 1994 roku, z wykształcenia jest inżynierem biotechnologii, a jego pasje to podróże, gotowanie i śpiew. Pisaniem interesuje się od dzieciństwa i planuje realizować kolejne projekty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 196

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



0ZAPROSZENIE NA LWIĄ UCZTĘ

Iwonder if it is aWonderland.

Zaprasza się każdą jedną Bestię na dwór królewski, na wielki festyn!

Każdy tu będzie mile widziany – zacni Panowie i zacne Panny!

Uczta odbędzie się w przyszłą niedzielę.

Serdecznie zapraszam Was, Przyjaciele!

Miłą nam będzie obecność Wasza!

(Poza osobą Lisa Tomasza!)

Lew Beztrocki

ILA GAZZA RAGAZZA

Mowa jest srebrem, apisanie… po co…?

Nosił Wilk razy kilka posłannictwa różne – zarówno od Króla Lwa, jak i do Króla Lwa. Żelazną Paszczą wilka przezywali, bo zawsze metalową przyłbicę naciągniętą miał on na oblicze. W ostatnim czasie część jego obowiązków przejęły inne bestie, a sam wilczur donosił tylko zebraną po okolicy korespondencję do łap królewskich własnych. Stosy tego często przepadały w kominku, często bez odczytania zawartości. Beztrocki miał przecież ważniejsze obowiązki! Ostatnio, na przykład, intensywnie przesiadywał w swojej komnacie i ćwiczył utrzymanie płomienia we wspomnianym kominku. Ogień właśnie przygasał, kiedy do drzwi przestronnej izby ktoś zapukał.

–Kto tam? Co tam?– zapytał Beztrocki, zrywając się z półsnu przy kojącym cieple.

–Żelazna Paszcza! Listy przyniosłem!

Więcej listów! Kiedy on to wszystko przepali?!

–Od Lisa nic nie przyszło?– zapytał najpierw Lew, z zajadłością i zawiścią w głosie.

–Chyba nie.

–To wejdź, wejdź, na co czekasz!– Władca ponaglił Żelazną Paszczę.

Wilczur wszedł i stanął w rozkroku, wysypując całą epistołę na podłogę królewskiej komnaty.

Król wstał i ochoczo zaczął zamiatać cały bałagan w kąt, gdzie leżało jeszcze więcej listów.

–Popatrz, zasuwam szybko jak mysz ztą miotłą!

Żelazna Paszcza pokiwał tylko ciężką przyłbicą. Czasem nie bardzo rozumiał króla i nieraz zastanawiał się, czy Król aby zawsze rozumiał sam siebie. Zobaczył jednak, że na podłodze ostała się jedna koperta, którą Beztrocki ominął. Wilk podniósł ją i przyłożył do swojej przyłbicy, żeby przyjrzeć się jej przez małe otworki w jego wielkiej masce.

–Oddawaj, to do mnie!– Lew wyrwał list, przytulając go do swojej szerokiej piersi.

–Król nawet tego nie czyta– zauważył Żelazna Paszcza.

–Jak nie czytam?! Jak nie czytam?!– obruszył się władca, pusząc gniewnie grzywę.

–No bo… Król… nie czyta?– wydukał wilczur trochę mniej pewnie.

–Abo zciebie to taki czytelnik, tak?!– zaryczał Beztrocki.

–Nie, ja…

–Cicho! Przeczytaj to, jak jesteś taki mądry! Potrafisz?!– Lew wcisnął Wilkowi kopertę z powrotem w łapska. Zmieszany Żelazna Paszcza zaczął się jąkać:

–Ale… ja… nie… nie wiem, jak zacząć…

–Otóż to, otóż to! Mam dokładnie ten sam problem! Nie wiem, jak zacząć ani jak skończyć! Gdyby nie to, przeczytałbym wszystko. Wszystko!

Wilk znowu pokiwał przyłbicą, zgadzając się z władcą w tej kwestii. Chyba.

–Ale skoro my nie wiemy, jak zacząć, to co poczniemy?– zapytał zaraz niepewnie.

–My? Ja tu poczekam, aty… biegnij tu zaraz po królewskiego Skrybę, ale wtrymiga! I wilczur pobiegł, żeby rzeczywiście wrócić w trymiga wraz z nadwornym Skrybą.

–Słuchaj, Skrybo…– zaczął Lew, zbliżając się powoli do nowo przybyłego, uprzednio wyrywając kopertę z rąk Żelaznej Paszczy. – Wszyscy wiemy, że doskonale znasz się na pisaniu, prawda?

–Służę, jak mogę, Królu.– Skryba dygnął.

–Powiedz nam, bo mamy tu zPaszczą mały problem, umiesz ty także czytać? Bo już od jakiegoś czasu próbujemy rozszyfrować ten list igapimy się na niego jak sroka w…– W grzeczności swojej Beztrocki darował sobie resztę sentencji. Podał Skrybie zalakowany list, a ten zaczął głowić się, jak tych dwóch zamierzało odczytać treść przesyłki bez otwierania koperty.

–Ale… żeby zacząć, trzeba otworzyć…– zaczął Skryba, zrywając ostrożnie pieczęć.

–Iwidzisz, Żelazna Paszczo?! Panie Skrybo, bo my właśnie nie wiedzieliśmy, jak zacząć! To skończ już, waćpan, czasu oszczędź, jak jużeś pan właściwie zaczął.

I tak Skryba i zaczął, i skończył czytać list, którego ostatnie słowa brzmiały:

–Dziękuję Waszej Beztrockości za pamięć, Panna Sroka.

Beztrocki wydawał się słuchać wszystkiego z jakimś uniesieniem, a po odczytaniu listu wygonił Skrybę precz.

–Iwidzisz? Ta Sroka, czego ta tu chce?!– zapytał z pretensją Wilka, kiedy zostali sami.

–Zaprosił ją pan…

–Nie ją, tylko wszystkich!

–Zwyjątkiem Lisa Tomasza…

–Nie przypominaj! Izapamiętaj sobie, żeby na tę Srokę uważać!

–Ale… co ta Sroka wadzi…?

–Jest bogata! Nie potrzebuje łazić po królewskich balach! Nie wiadomo nawet, skąd ma te bogactwa, pewnie nakradła więcej niż ten Lis!

–Ależ, Królu!

–Zobaczysz! Jeszcze się okaże, że ztym Lisem pół lasu wykupią iwszyscy będziemy głęboko w…

–Dobrze, wykreślić ją zatem zlisty gości?

–Oniemiałeś?! Jak tylko przybędzie, oddaję ją pod twoją opiekę! Traktuj ją jak honorowego gościa, ale patrz jej na łapy! Kto wie, może stara sknera sypnie nam groszem…

–Ale dopiero mówił Król…

–Milcz, Żelazna Paszczo! Inie pokazuj mi się tu do balu, ana nim tylko wobecności Sroki!

Żelazna Paszcza opuścił więc prędko królewską komnatę, gdzie Lew Beztrocki w samotności jeszcze długo i głośno powtarzał:

–Tak to jest, jak ktoś siedzi wtych kopertach zaczytany! Tak to jest!

W kolejnych dniach władca nie przyjmował więcej korespondencji. Co zaś do Panny Sroki, to trza komuś było ją znaleźć zawczasu, bo na królewskim balu personą miała być odtąd wyróżnioną, personą gratą, goszczoną przy asyście znanego wszem wobec królewskiego sługi, Wilka Żelaznej Paszczy, który też bezzwłocznie wyruszył na jej poszukiwania…

IIWILK, CO WYWOŁYWAŁ ZLASU

Gdzie jest ta gałązka, gdzie to gniazdo, gdzie Sroka, co na ucztę zaprosili ją?

Nosił Wilk razy kilka posłannictwa różne w imieniu Lwa Beztrockiego, bo rosły to był kawał wilczura, któremu wyprawy dalekie były niestraszne. Nie gubił się on też wcale, więc do podobnych zadań nadawał się doskonale. Jak już wiadomo, Wilka przezywali Żelazną Paszczą, albowiem ten oblicze swoje miał zawsze przyłbicą metalową przysłonięte. Jeszcze tej samej nocy wyruszył on w drogę przez las, przez mgły odnaleźć Pannę Srokę.

Bardzo się spieszył, żeby udało mu się to jeszcze przed królewskim balem, niestety droga krótka nie była, w dodatku zupełnie nieznana. Pukał po drodze w każdą dziurę, w każdą norę, rozglądając się przy tym często nerwowo i podejrzliwie, a także zawsze węsząc uważnie, czy w okolicy aby lisiej obecności czuć nie było. Lis Tomasz był bowiem chytry i we wszystkim mógł maczać palce…

Pani Sroka, nawet gołooka, ślepa ni głupia przecież nie była.

Wiedziała, że Lew Beztrocki niespecjalnie troszczył się o te responsy, które napływały teraz do niego strumieniami z każdej strony świata od wszelakiej maści osobistości.

Domyślała się, że nie przeczytał żadnej z nich, gdyż w bucie swojej pewno wierzył, iż ślepia jego lwie tak były skonstruowane, ażeby zawsze wyglądać jak najdalej, za horyzonty, gdzie sięgać chciałby ciężkim, leniwym łapskiem swojej władzy. Taka mała, prostokątna kartka zamykała te horyzonty – jak wszystkie zresztą książki i manuały. To zaś, co inni pismem nazywali, jemu musiało wyglądać na jakieś szlaczki marne, koślawe, które w jego mniemaniu tylko jakieś nieloty bez polotu mogły na papierze pazurami odcisnąć. I chociaż w czytaniu śladów zostawianych przez zwierzynę w ziemi król najpewniej był całkiem dobry, to pisaniny jako takiej nijak odszyfrować nie potrafił, to było jasne.

Jemu jednak pomagali w tym Beztroccy doradcy, odczytując mu głośno całą epistołę aż do momentu, w którym Lew już miał dosyć. Ale kto miałby pomóc jej, Pani Sroce, i to jeszcze jakieś odpowiedzi na Lwie uczty, Lwie zaproszenia nie tylko czytać, ale jeszcze pisać! Jej całe te imprezy nie interesowały, ale jak wszędy plotka się niesie, tak i ona usłyszała, że zaproszony to chyba każdy był w lesie. Sama może by poszła, panną już nie była, a stary jej nielotny był jakiś przecież…

A mimo to ktoś zapukał do sroczej dziupli późnym wieczorem, kiedy Pani Sroka dawno już spała, właśnie w tej sprawie. Był to tajemniczy jegomość z ponoć ważną wiadomością.

Sroka została wyrwana z przytulnego snu, z głębokiego gniazda, ale nie przez jegomościa, tylko swego męża, kiedy ten krakaniem i pianiem urządził jej skrzekliwą pobudkę. Chciał nauczyć manier doręczyciela nocnej wiadomości, ale ten zbyt wielkim mu się jawił. Rozzłoszczony jednak treścią informacji musiał z kimś wszcząć awanturę, nie mógł zamknąć dzioba, wybrał więc swą żonę. Trząsł się już w drodze po całej gałązce jeśli nie z tej złości, to może ze strachu przed wielkim jegomościem…

Wtargnął tedy do ich prywatnego gniazdka, do sypialni, wołając:

–Wstawaj itłumacz się, szybko!

I rozdygotany nastroszył piórka, próbując łyknąć dziobem parę oddechów na uspokojenie.

–Zczego, Kruczę!

–Zlis-tu! Zlis-tu!– wydukał nerwowo, ściskając pod skrzydłami listowy świstek.

–Jaki znowu lis-t?– odparła obudzona żona, również już niezadowolona.

–Ten, co go Królowi napisałaś!

–Oproszę, to weź mi go przeczytaj!

–Wiesz, że nie umiem… znaczy: nie muszę! Treść listu zdradził mi Wilk wielki, co wywoływał Srokę zlasu! Wiesz, jaką Srokę?!

–Nie wiem! Nie krzycz! Wilk, co Lwu lasem listów nosił kilka?

–Awięc go znasz?!

–Aty go nie znasz, stary Kruku?

–Apowinienem?– Dziób Kruka wyrażał skupienie, zwątpił on też już w swoje zdanie i przyhamował z krakaniem, żonie w skrzydło dając kartkę. – Bo nie rozumiem…

–Pokaż mi, zczym to wilczysko tutaj przyszło!

–Ztym listem, co głosi, żeś ty panną!

–Tak ci powiedział? Aukogo był ten knot kucharzem, jeśli nie umnie, jak brałam cię za mąż?

–Prawda, przecież to Wilk znaszego lasu, mogłem domyślić się zawczasu! Teraz jest strasznym Żelazną Paszczą, ale przecież swojego czasu kucharzem nam był na ptasiej swaćbie, pamiętasz ty jeszcze, ty Sroko, te czasy…?

Tak Sroka wywołała z umysłu Kruka starego stare wspomnienie z dnia ich wesela…

IIIPTASIE WESELE

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Tylko gdzie panna młoda? Igdzie jest pan młody?

Zaginęli, oboje! Aczyja to sprawka?

Rzekł ktoś zgości, że wszystkiemu winna jest kawka!

Lecz ta była obecna pomiędzy ptakami;

Rzekła: „Ejże, jak śmiecie! Toż jestem tu, zwami!

Mówią zresztą, żem brzydka; więc pana młodego

Nie uwiodłabym nijak inic mi do niego!”.

Zapytali więc kawki: „Więc czyja to sprawka?”.

„Nie wiem, może strzyżyka?”– odparła im kawka.

Strzyżyk słyszał to wszystko, gdyż był między nimi;

Rzekł: „Uważajcie zoskarżeniami swoimi!

Choć za rękę panny młodej oddałbym wszystko,

Jestem niestety dla niej istotą zbyt niską!”.

Zapytali strzyżyka: „Co zatem zmłodymi?”.

Rzekł: „Pytajcie gawrona; widziałem go znimi!”.

Był tam iznimi gawron; siedział gdzieś na stronie;

Zapytali go: „Co zparą młodą, gawronie?”.

Rzekł im gawron: „Sam nie wiem! Chciałem być ich drużbą,

Jednakże para młoda wzgardziła mą służbą!”.

Wtem przerwał mu hałas, tuż za nim, gdzieś na stronie;

Rzekli wszyscy: „Uważaj na wilka, gawronie!”.

Za gawronem wilk bowiem wyłonił się zlasu;

Wilk, co sprawcą był tego całego hałasu.

Rzekł im: „Miałem być kucharzem! Gdzie para młoda?

Co to? Nie ma ich Jeszcze? Ato wielka szkoda!”.

Izawrócił wilk zaraz zpowrotem do lasu,

znieść nie mógł on wcale ptasiego hałasu.

Potem przyszedł tam zając, co wszędzie się wtrącał,

Iwysłuchali goście zaraz słów zająca:

„Miałem być podczaszym, gościom lać wina!

Goście są, młodych ni ma– ato ci nowina!”.

Rzekli na tę drwinę: „Niech się zając nie wtrąca!

Nie potrzeba nam tu podczaszego zająca!”.

Gdy go przegonili, rozległ się głos bociana:

„Nie ma panny młodej, nie ma młodego pana,

Aod rana ja dla nich ćwiczyłem śpiewanie!”.

„Ty tylko klekotać umiesz, panie bocianie!” –

Rzekł ktoś słowa niegrzeczne te wprost do bociana.

„Choć nie chciałem przy tym wcale urazić pana!”.

Był to lis. Skąd się wziął tam? Nikt go tam nie prosił.

Lis był wstrętny, przebiegły inikt go nie znosił.

„Widzę, że szykuje się tu wielkie wesele…

Agdzie zaproszenie dla mnie, przyjaciele?

Słyszałem, że kruk srokę orękę był prosił;

Czyżby wszystkich poza mną na wesele sprosił?

Wszak nie mam pretensji iwidziałem dziś kruka…

Ten od rana ze sroką chodzi iwas szuka…

Spotkali mnie ispytali, gdzie to wesele?

Powiedziałem, że umnie są ich przyjaciele…”.

Iposzliby tam goście, gdyby nie głos kruka:

„Uważajcie wszyscy, niech lis was nie oszuka!”.

Mało brakowało już, by goście zwesela

Ucztą stali się na stole nieprzyjaciela!

Mówił im kruk dalej: „Przybyłem wsamą porę!

Byłby lis was zapędził podstępem wswą norę!”.

Wtedy zrozumieli wszystko goście zwesela

Iwygnali zaraz lisa nieprzyjaciela.

Można było rozpocząć już więc ptasie gody!

Zaraz pannę młodą przyprowadził pan młody…

Abyła to sroka: dumna iwystrojona,

Szczęśliwa, że wnet zkrukiem będzie poślubiona.

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Jest tu już panna młoda ijest już pan młody!

To jest ptasie wesele! To ptasie są gody!

Zaraz będą małżeństwem panna ipan młody!

Ptasie te trele o ptasim weselu wkrótce (czy też w końcu) wywołały Wilka z lasu, który ze swą straszną żelazną paszczą do sroczego gniazdka wtargnął. Uciszył je wraz, gdy kłapać zaczął:

–Proszę za mną, proszę, Panno!

–Ale ja nie jestem panną ity wiesz już otym dawno, nieprawdaż, Żelazna Paszczo?

IVJEDNA SROKA PANNY NIE CZYNI?

Sroka swoje, aWilk sobie imyśli chyba oinnej osobie.

–Gdy ktoś pannie powie „tak”, to już to nie panna, nie?– powiedziała Sroka Paszczy, ale on nie słuchał, nie. Złapał Srokę za jej ogon, a ta się zaczęła drzeć: – Słuchaj, Paszczo! Jestem ptakiem, nie pisarką, nie pisanką, ztych dwóch drugie wiem, jak znieść!

–Aleś wliście była panną iLwu Pannę mam zanieść!

Nie czekając, Żelazna Paszcza porwał Srokę z gniazda, a ta biła skrzydłami w przyłbicę na wilczym pysku. Wilk nic z tym nie robił, chociaż cały poprzedni wieczór polerował swoją maskę, do tego wcale jej nie ściągając! Gorsze było chyba tylko to, że musiał wysłuchiwać skarg płynących z dzioba przez całą długą leśną drogę. Sroka wyrzucała je pod rozgwieżdżone niebiosa, wymachując przy tym skrzydłami, jakby chciała je tak uwznioślić. Żelazna Paszcza próbował to ignorować i zachować czujność, pamiętał bowiem uwagi króla odnośnie do charakteru Sroki, która mogła być przebiegła i nie tylko go przechytrzyć, ale może także okraść! Tym drugim martwił się tak bardzo, że jak Sroka przestawała się szamotać, Wilk prawie łapał się za paszczę, by sprawdzić, czy przyłbica jego jeszcze się na niej płaszczyła.

Nie wiadomo, kiedy dotarli w dworskie progi, albowiem Paszcza nie znał drogi, wiadomo jednak, moi drodzy, że na jej końcu był Pies Dworski, zajadły, parszywy i wścibski.

–Czy ty masz coś pod tą blachą, co ją nosisz, drogi brachu, dla postrachu? Bo śmiem twierdzić zprzekonaniem, że porwałeś jakąś panią. Czy mam rację, proszę Pani?– zapytał ci on Kurcjusz Ogar. Wredne to psisko zawsze musiało wmieszać się we wszystko!

Że też akurat trafił jego, kiedy do celu i Balu tak blisko!

–Ten gość widzi panią wSroce, co ty na to, ty tłumoku?– zapytała Wilka Sroka. Wilk odchrząknął uroczyście, odpychając z drogi psisko, ale nim zdążył cokolwiek rzec, Sroka znów zabrała głos: – Ja nie jestem Panną Sroką, proszę państwa, daję słowo! Myli mnie waść Wilk zosobą, czyniąc szkodę mej osobie! Wyobraża Pies to sobie, panie Ogar, Kurcjusz Dworski?

VWILK WPADA WŁADCY WZAMEK WRAZ ZE SROKĄ

Wilk jest dziki, lecz czy zły? Toż pod maską skrywa kły!

Żelazna maska Żelaznej Paszczy skutecznie zakrywała oblicze wilczura i nie sposób było odczytać emocji, jakie wywarło na nim wszystko, z czym miał teraz do czynienia. Wydawał się przez to zupełnie nieporuszony, stojąc przed obliczem rozmówcy jak metalowy odlew, jakby był tu zawsze, posąg zaklęty w zwierzęcej formie. Nie reagował na jęki i szarpaninę, czuł za to strach żałosnych istot za Psem i gardził nimi co do jednej.

Przez kwaśny fetor terroru wydzielającego się ze spoconych, rozgorączkowanych jego obecnością ciał przebijał jednak inny, subtelny, a przy tym bardzo stanowczy zapach. Trudno było opisać tę woń, zdawała się nieuchwytna, a jednak wyraźna. Żelazna Paszcza czuł ją bardziej futrem niż węchem, jego sierść stroszyła się i elektryzowała. Członki jego też zgrabiały i uderzył go powiew chłodu, kiedy na dworskim progu wyczuł zapach tak doniosły i tak błogi. Zrobiło mu się tak zimno, że przez otwory w żelaznej przyłbicy buchały wielkie kłęby dymu, dodając wilczurowi bestialskiej grozy. Dworski służalczy motłoch omijał go szerokim łukiem, pędząc co sił w nogach w swoją stronę, byle jak najdalej od strasznego Wilka, który postanowił w końcu ruszyć się z miejsca, pchnięciem usuwając sobie wścibskiego Kurcjusza z drogi.

Wykonywał tylko polecenie, dlatego bez wahania wszedł do środka zamczyska, chrzęszcząc przy tym całym żelastwem, którym był opakowany.

Powoli siadł, gdzie mu wskazano, nie przestając trzeszczeć i wytrzeszczając wilcze zmysły, żeby odnaleźć źródło dziwnego, nieznanego zapachu. Czyżby należał do nieproszonego gościa? Ale chyba nie do Lisa? Dziwne by to było, bo w tej woni niebezpieczeństwo mieszało się z pięknem i gracją, sięgając w wilcze zmysły gdzieś dalej i po mózgu – jakby za uchem – je łechtając. Nozdrza Żelaznej Paszczy poruszyły się pod maską; co to było?

Trochę jakby nie… zwierzyna?

Na myśl o nieznanym Wilk oblizał nerwowo swoje pokaźne kły, które na szczęście kryły się pod żelazną paszczą Żelaznej Paszczy.

–Król już czeka – zadudnił głos władcy zza drzwi. Jego ton zawsze gburowaty, tym razem był jeszcze wyjątkowo zagniewany. – Tylko nim przyjmę cię zpowrotem, powiedz mi, proszę, masz ty tam ze sobą Pannę Srokę?!

Żelazna Paszcza spojrzał najpierw po sobie, a potem na Srokę, siląc się przy tym na jakąś uroczystość. Chciał chyba dać do zrozumienia, że skoro tu z nią przybył, to musiała być kimś ważnym.

–Słyszysz ty to, Panno Sroko? Może wpadłaś władcy woko?

Nie wychodziło mu to ani trochę.

VIPEWNOŚĆ SIEBIE JEST WAŻNIEJSZA OD WIEDZY

Lego ergo sum.

Wilk nie bardzo wiedział, jak dalej ingerować w sytuację, która wkrótce toczyła się własnymi torami.

Wszystko przez Psa Dworskiego, który ich dogonił, żeby wyrwać kartkę ze sroczych rąk, nim Żelazna Paszcza do Lwa komnaty doszedł. Dostawszy w łapki list, poczuł się chyba w swoim żywiole. Do krótkiego pyszczka przyłożył monokl i powiększonym dziesięciokroć oczkiem przyjrzał się pisaninie. Gwizdnął przy tym w pieski sposób, falując zaślinionymi zmarszczkami swojej mordki.

–To nie wygląda mi ani trochę na robotę Pani Sroki! Czyją ręką bez polotu było to chyba pisane. Co myślisz, Żelazna Paszczo?

Wywołany wilczur już wcześniej nie dowierzał nie tylko impertynenckim manierom Ogara Kurcjusza, ale także jego zdolnościom. Wyglądało na to, że wredne psisko dobrze wiedziało, jak to się zaczyna z czytaniem! A teraz Dworski Pies najwyraźniej próbował wystawić Żelazną Paszczę na pośmiewisko! Jego niedoczekanie!

Wilk pochylił się ku Kurcjuszowi, przyglądając się kartce z najbliższego bliska. Przez przyłbicę niewiele widział, a rozumiał z tego jeszcze mniej, bo nic a nic. Rzekł jednak z powagą, niby głęboko zamyślony:

–Rzeczywiście, dziwna sprawa… Będę to chyba musiał dokładniej zbadać… Możesz więc mi to oddać, szanowny Ogarze?– Najchętniej wziąłby to i spalił w kominku, tak jak to z listami robił Beztrocki. Głupi świstek mógł kogoś zupełnie skompromitować, a przecież całkiem niesłusznie! Wolał odebrać Psu to, co mogło zaświadczyć o jego głupocie i zdradzić, że Żelazna Paszcza zielonego pojęcia nie miał o czytaniu (jakby tu chodziło tylko o czytanie…).