Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Między londyńską stacją metra Seven Sisters a Stockwell, między Shepard's Bush a Chancery Lane, dzień powszedni nie jest wcale taki nudny, jak można by sądzić.Przy Oxford Street dwie dawne rywalki planują morderstwo; przy Bond Street złodziejka sklepowa po mistrzowsku odwraca uwagę sprzedawczyni; w Tottenham Hale Amy obawia się swej despotycznej szwagierki... Z właściwym sobie humorem i oryginalnością Maeve Binchy przedstawia frapujący, cudownie realistyczny obraz londyńskiego życia.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8372552819
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Główna - Ośrodek Kultury w Brzeszczach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 475
Rok wydania: 2000
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
-I........
LINIA CENTRALNA
Biblioteczka pod Różą poleca:
Maeve Binchy
W kręgu przyjaciół Liliowy autobus Echa
Kurs wieczorowy Dublin 4 Victoria Holt
Dwór na wrzosowisku Pocałunek Judasza Dom Menfreyów Ruchome piaski Demoniczny kochanek Czarny opal Córka oszustwa Klątwa Królów Mój wróg królowa Judith Lennox
Duchy przeszłości Zimowy domek Judith McNaught
Coś wspaniałego Zanim się pojawiłaś Raj
Doskonałość Hilary Norman Zamek Ella Pakt Obsesja Barbara Michaels Czarownica Szary brzask Rosamunde Pilcher
Poszukiwacze muszelek Deirdre Purcell
Wszystko przez tancerza Kocha, lubi, szanuje...
Karen Robards Pewne lato Spacer o północy Zona senatora LaVyrle Spencer
Słodycz i gorycz Powój
Maeve Binchy
LINIA CENTRALNA
Tinsbury ^Tark
JQng's Cross
'Huston
Warren Street
Oxford Circus
^jreen <Tark
Victońa
Tuniko
Vauxfiall
Stockwell
ISraton
SHepHerd's 15usU
Jiolland <Tark
Jiotting Jiill CJate
Queensway
Lancaster <yate
Marble ćZrcfi
Hond Street
Oxford Circus
rTotten(iam Court Ho ad
Jiolborn
CHancery Lane
LINIA CENTRALNA
Przełożyła
Urszula Grabowska
10012428
1Pfószyńs\<\ i 5-
Tytuł oryginału:
YICTORIA LINE, CENTRAL LINE
Copyright O 1978, 1979, 1980, 1982 by Maeve Binchy
Ilustracja na okładce
David Brownie, Artist Partners, London
Redakcja Anna Sidorek
Redakcja techniczna Elżbieta Babińska
Korekta
Grażyna Nawrocka
Skład i łamanie Agnieszka Dwilińska
Opracowanie graficzne serii Zombie Sputnik Corporation
ISBN 83-7255-281-9 Biblioteczka Pod Różą Wydawca
Prószyński i S-ka SA,
02 651 Warszawa, ul. Garażowa 7
Druk
Zakłady Graficzne w Opolu,
45-085 Opole, ul. Niedziałkowskiego 8/12
ł
Gordonowi, z wyrazami miłości
LINIA YICTORIA
rfottenham Jiale
w/tmy zauważyła, że sześć taksówek ominęło ją, jakby świadomie robiąc jej na złość, i podjechało do innych osób. Potem uznała, że zaczyna popadać w paranoję i że lepiej będzie, jeśli da sobie spokój i pojedzie do domu metrem. Zresztą była już tak spóźniona i wściekła, że podróż zatłoczonym, szarpiącym pociągiem nie mogła pogorszyć sytuacji. Istniało natomiast niebezpieczeństwo, że jeśli jeszcze trochę postoi na skraju chodnika, całkowicie ignorowana przez zagonionych w popołudniowym ruchu taksówkarzy, to postrada nawet te resztki zdrowego rozsądku, jakie jej jeszcze pozostały. A zdecydowanie powinna je zachować na wieczór.
Wieczorem oczekiwali wizyty siostry Eda z mężem. Dziś miała po raz pierwszy spotkać kogoś, kto odgrywał najważniejszą rolę w całej amerykańskiej rodzinie Edwarda - rolę dobrej mamuśki. Wszyscy chylili przed nią czoło, a Ed praktycznie napisał do niej z prośbą o pozwolenie, kiedy miał zamiar ożenić się z Amy. Wówczas wydawało się to Amy wręcz śmieszne, zaproponowała nawet, żeby wysłać do Nowego Jorku jej kartę leczenia od dentysty i kopie świadectwa ukończenia szkoły. Jednak kiedy przez trzy lata małżeństwa obserwowała, jak Edward regularnie co miesiąc pisuje do swej starszej siostry Belli, cała sprawa straciła swój zabawny charakter. Nigdy nie pokazywał jej tych listów, więc raz przez ciekawość któryś z nich przeczytała, zanim go wysłał. Było to infantylne sprawozdanie z tego, co zdarzyło się u nich przez ostatni miesiąc; jak dzieciak pisał, że kupili nową wykładzinę do kuchni i że w pracy spodziewa się podwyżki. Chwalił nową suknię, którą kupiła Amy, i z najdrobniejszymi szczegółami opisywał piknik, który zorganizowali sobie ze znajomymi. Przeczytawszy to, Amy poczuła się nieswojo, bo list robił wrażenie, że Ed jest zapóźniony w rozwoju. Taki list mógłby napisać do matki mały chłopiec, który wyjechał na wakacje, ale przecież nie dorosły mężczyzna do siostry mieszkającej gdzieś w Ameryce.
Spodziewana wizyta wprawiła Eda w euforię. Planowali tę wizytę już od ponad trzech miesięcy. Bella i Blair chcieli zatrzymać się przez trzy dni w Londynie, rozpoczynając podróż po Europie. Mieli przylecieć rano, ale nie życzyli sobie powitań na lotnisku; woleli od razu udać się do dobrego hotelu, gdzie dostaliby wygodny pokój i łazienkę i gdzie spokojnie mogliby odpocząć po podróży. Dopiero o siódmej wieczorem mieli pojawić się u nich, w pełni wypoczęci i odświeżeni, żeby zobaczyć swego ukochanego Eda i poznać bratową Amy - osobę nową w rodzinie. Następnego dnia zaplanowana była wycieczka do Windsoru, wieczór w teatrze i wspólna kolacja, a w sobotę rano Amy miała być tak miła i zabrać swą nową siostrę Bellę na zakupy, pokazać jej najlepsze sklepy i przedstawić ją szefom działów w ele-gantszych magazynach. Potem był w planie jakiś znakomity babski lunch, a po południu Bella i Blair odlatywali do Paryża i mieli zniknąć z ich życia.
Amy pracowała jako recepcjonistka u lekarza na Harley Street. Zwykle w każdy czwartek Amy wracała po pracy do domu, zrzucała z nóg pantofle, wkładała kapcie, rozpakowywała zakupy, przygotowywała kolację, rozpalała ogień na kominku i wtedy nadchodził Ed. Ich wieczory przebiegały zgodnie z pewnym ustalonym trybem. Ed wracał do domu zmęczony i spięty. Siedząc przy kominku, stopniowo uspokajał się i odprężał. Odkładał teczkę z papierami, którą przynosił ze sobą z pracy i cały czas kurczowo ściskał. Wypijał kieliszek sherry, twarz mu się wygładzała i stwierdzał, że właściwie nie ma sensu pracować jeszcze tego wieczora za wszelką cenę.
Przy kieliszku wina zauważał, że pracownik wart jest tyle samo co jego najemca, po czym dowodził, że ludzie mają przecież prawo do wypoczynku. A potem w najlepsze oddawał się pracy nad stołem, który właśnie robił, oglądał telewizję albo rozwiązywał z Amy krzyżówkę. I Amy odkrywała z radością, jak bardzo jest dla niego ważna. To dzięki jej serdecznej wyrozumiałości mógł się odprężyć, poczuć się beztroski i szczęśliwy.
Tak było, dopóki nie stanęli wobec zagrożenia, jakim stała się spodziewana wizyta Belli.
Już od trzech miesięcy Ed nie potrafił wyzwolić się od stresu. Wszelkie wysiłki Amy, żeby go jakoś pocieszyć czy rozerwać, spełzały na niczym; wciąż był spięty i niespokojny. Niepokojem napełniało go właściwie wszystko. Bella mogła przecież uznać za dziwne, że brat dotąd zajmuje się sprzedażą zamiast być już średniej rangi managerem. Będzie musiał wyjaśnić Belli, na czym polega struktura jego przedsiębiorstwa, będzie jej musiał udowodnić, że pracował tyle, ile tylko zdołał, że brał pracę do domu i podejmował się różnych dodatkowych zajęć. Codziennie przynosił ze sobą teczkę wypchaną papierzyskami pełnymi cyfr i skomplikowanych wyliczeń. Na tym się jednak nie kończyło. Nie był w stanie skoncentrować się na pracy biurowej, odrywał się od niej ni stąd, ni zowąd, przypominając sobie nagle o jakiejś domowej usterce.
- Na miłość boską, Amy, przy tym karniszu brakuje trzech haczyków, czy mogłabyś to poprawić? Strasznie cię proszę.
Czasem dodawał: „Zanim przyjedzie Bella", a czasem nie. Zresztą nie musiał tego mówić, Amy i tak wiedziała.
Słuchawka telefoniczna była brudna, mata na podłodze w łazience wyglądała na zniszczoną, skrzynki do kwiatów w oknach wymagały odmalowania, krajalnica była źle dokręcona, a obydwa pojemniki na lód w lodówce popękały.
Z dziesięć razy Amy uspokajała go i tłumaczyła, że Bella nie przyjeżdża tu na inspekcję; nie po to miała przebyć Atlantyk, aby sprawdzać stan ich firanek, telefonu czy pojemników na lód. Przyjeżdżała po to, żeby zobaczyć Eda. On jednak robił wówczas jeszcze bardziej zmartwioną minę i oświadczał, że chce, aby wszystko było jak należy.
Wszystko było więc tak bardzo jak należy, że Amy czuła się wykończona. Dom lśnił czystością. Wspaniałą potrawkę wystarczyło tylko podgrzać, dobre wina czekały w pogotowiu. Stół został nakryty, zanim jeszcze Amy wyszła rano z domu. Nawet gdyby Bella wkroczyła tu na czele oddziału policji specjalnie przeszkolonej w rewidowaniu mieszkań, nie udałoby im się znaleźć nic kompromitującego. Żadnych ukrytych stert śmieci czy jakichś osobistych przedmiotów bezładnie poupychanych w szafie. Gdyby Bella uznała za stosowne zajrzeć pod dywan w salonie i sprawdzić wykładzinę pod spodem, to też nic złego by tam nie znalazła.
W różnych miejscach leżały przemyślnie porozkładane czasopisma i gazety pełne wyrazów zachwytu nad tą właśnie dzielnicą północnego Londynu. W razie gdyby Bella wyraziła dezaprobatę wobec przedmieścia, gdzie mieszkali Amy i Ed, zawsze można było zwrócić na nie jej uwagę. Przygotowali nawet paru sąsiadów na ewentualność, że wpadną do nich na drinka z Bellą i Blairem, gdyby ci zapragnęli na przykład poznać kogoś mieszkającego w pobliżu.
W pracy Amy załatwiła sobie wolne popołudnie i spędziła je u kosmetyczki. Sama wystąpiła z taką propozycją, a Ed aż się rozjaśnił.
- Co prawda i tak ślicznie wyglądasz, Amy - powiedział zakłopotany, starając się jej nie urazić. - Chodzi tylko o to, że... no wiesz, pisałem Belli, że jesteś taka zadbana... no i wysyłaliśmy jej zdjęcia... a przecież zawsze wybieramy takie, na których wyglądamy najkorzystniej.
Bella też nie jest jak z obrazka, myślała nieraz Amy z wściekłością. Była zupełnie przeciętna - wysoka i dosyć surowa. Na zdjęciach sprzed kilku lat, które Ed jej pokazywał, ubrana była starannie, lecz prosto, bez żadnej dbałości o modę. Dlaczego więc kwestia garderoby Amy spędzała Edowi sen z powiek i czemu wciąż zastanawiał się, w co powinna się ubrać. Bella była nauczycielką, a Blair miał jakąś nieokreśloną bliżej pracę w tej samej szkole, coś wspólnego z administracją, jak sądził Ed, który nigdy jednak nie poświęcał tej sprawie szczególnej uwagi. Nikt z rodziny nie poświęcał uwagi osobie Blaira, liczył się on tylko jako małżonek Belli. Miał stanowić jej milczącą podporę, do tego ograniczała się jego rola. Czterej młodsi bracia Belli zawdzięczali jej wszystko. Nigdy nie zdołaliby skończyć szkoły, gdyby ona ich nie dopilnowała; nie zdobyliby dobrych zawodów ani nie ożeniliby się z odpowiednimi kobietami, gdyby nie jej mądre rady. Gdyby Bella w wieku piętnastu lat nie przekonała władz, że jest w stanie zastąpić im matkę - byliby niczym, nieszczęsnymi, pozbawionymi steru sierotami. Ed miał wtedy zaledwie pięć lat, nie pamiętał nawet rodziców, którzy zginęli w wypadku, kiedy ojciec po pijanemu wjechał samochodem do jeziora.
Czasami Amy myślała o swoich szwagierkach. Czyż to nie dziwne, że wszyscy bracia osiedlili się tak daleko od swej ukochanej Belli? Jeden z nich wyjechał do Kalifornii, najdalej od Nowego Jorku, jak tylko się dało; drugi mieszkał w Vancouver; trzeci w Meksyku, a Ed w Londynie. Amy podejrzewała, że znakomicie mogłaby się porozumieć ze swoimi trzema szwagierkami. Była pewna, że łączy je wspólna nienawiść do Belli za to, co zrobiła ich mężczyznom.
Ale z listów rodzinnych nie dawało się wyczytać najdrobniejszej nawet aluzji na ten temat, natomiast o Belli było w nich pełno. Kiedy przez trzy tygodnie leżała w łóżku z grypą, poczta w Tottenham Court wciąż dostarczała nowe listy wysyłane z San Jose, Vancouver i Mexico City z najświeższymi wiadomościami o stanie jej zdrowia. Kiedy rozeszła się wieść o spodziewanej wizycie Belli w Anglii, trzej bracia napisali do Eda z gratulacjami i z wyrazami zachęty. Listy samej Belli były krótkie i zdawkowe, dostarczały niewiele informacji o niej samej, zawierały natomiast pochwały lub pytania dotyczące adresata i jego spraw. Im więcej Amy o niej myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że Bella jest obłąkana.
Teraz, z piękną fryzurą i eleganckim makijażem, świeżo po manicure i masażu, aż kipiała z wściekłości, że tyle to wszystko kosztowało. Stała na peronie, czekając na pociąg, który miał ją zawieźć do domu na spotkanie tego potwora. Pochwyciła parę pełnych podziwu spojrzeń, co sprawiło jej przyjemność. Jakiś student uszczypnął ją dość mocno w siedzenie; zabolało ją to, a jednocześnie rozzłościło. Jednak pewność siebie, jaką zyskała, wydawszy tyle pieniędzy w salonie piękności, pozwoliła jej powiedzieć głośno i dobitnie: „Proszę tego więcej nie robić", aż wszyscy popatrzyli na studenta, który poczerwieniał i wysiadł na najbliższej stacji. Jacyś dwaj panowie pogratulowali jej, co utwierdziło Amy w mniemaniu o swej dojrzałości.
Obliczyła sobie, że gdy wróci do domu, będzie miała jeszcze dwie godziny do przybycia Belli, która napawała ich takim strachem. W tym czasie przygotuje do końca kolację, wykąpie się i ubierze. Ed także zwolnił się dziś z pracy; miał poustawiać w wazonach świeże kwiaty i poczynić ostatnie niezbędne przygotowania.
- Czy nie wyda jej się dziwne, że zwolniłeś się z pracy, żeby zająć się domem? - zapytała Amy.
- Nie musimy jej o tym mówić, jeśli sama nie zapyta -odparł, chichocząc jak uczniak.
Amy starała się przekonać samą siebie, że nie jest przecież przestępcą i nie porwała Eda, kochała go i wyszła za niego za mąż. Opiekowała się nim, jak mogła najlepiej, podtrzymywała go na duchu, kiedy był przygnębiony, lecz nie podsycała w nim jakichś przekraczających jego możliwości ambicji. Przecież ta groźna Bella nie mogła mieć do niej o to pretensji! A jeżeli rzeczywiście tak jest, co chyba nie budzi wątpliwości, to dlaczego wciąż czuje się tak zalękniona? Nagle pociąg szarpnął gwałtownie i stojący pasażerowie powpadali na siebie nawzajem albo nieoczekiwanie znaleźli się w objęciach swych sąsiadów. Wyplątywali się ostrożnie, podśmiewając się przy tym i przepraszając. Dopiero po chwili uświadomili sobie, że pociąg zatrzymał się i stoi, mimo że wcale nie są na stacji.
- Tylko tego nam brakowało - zżymał się czerstwy mężczyzna z teczką. - Mówiłem żonie, że wrócę wcześniej, a teraz będziemy tu tkwić do rana.
- To chyba niemożliwe? - zapytała kobieta wyglądająca na zmęczoną i steraną życiem. W ręku miała ciężką torbę z zakupami. - Dzieci nie będą mogły dostać się do domu -dodała z troską w głosie.
Amy zaczęła pojmować, że sytuacja jest poważna. Każda minuta spędzona tutaj skracała jej cenny, starannie zaplanowany czas, jaki dzielił ją jeszcze od przybycia Belli. Jeśli pociąg spóźni się piętnaście minut, wtedy pewnie będzie musiała obyć się bez kąpieli. Jeżeli będą mieli pół godziny opóźnienia, to straci nie tylko kąpiel, lecz nie zdąży nawet przybrać galaretki. Nie dopuszczała myśli, że opóźnienie mogłoby być jeszcze większe.
Wkrótce przez wagon przeszedł umundurowany mężczyzna, zapewniając pasażerów, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo ani katastrofa, powstało jednak pewne uszkodzenie, które trzeba naprawić, i Londyńska Komunikacja ogromnie przeprasza, ale opóźnienie jest nieuniknione.
Nie wie niestety, jak długo to może potrwać.
Tak, zapewnia ich, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
Nie, to niemożliwe, żeby wpadł na nich inny pociąg.
Tak, zdaje sobie sprawę, że to wielka niedogodność.
Nie. Nie ma sposobu, żeby coś tu przyspieszyć.
Tak, gdyby ktoś wyszedł na tory, mógłby zostać śmiertelnie porażony prądem.
- No i tak się sprawy mają - stwierdził czerstwy mężczyzna, przyglądając się Amy z uznaniem. - Jeśli mamy tu tak tkwić jak rozbitkowie, to mogę sobie pogratulować, że trafiła mi się tak urocza towarzyszka niedoli. Pozwoli pani, jestem Gerald Brent.
- Amy Baker - odparła Amy z uśmiechem.
- Pani Baker, co by pani powiedziała na małego drinka? - zapytał Gerald Brent. Wyjął z teczki butelkę wina, scyzoryk z korkociągiem i nakrętkę od termosu.
Amy zgodziła się ze śmiechem.
- Ja będę pił z drugiej strony - powiedział Gerald.
W wagonie dawała się już odczuć dobrze znana cierpliwość i uległość londyńczyków. Pasażerowie pogrążali się w lekturze „Standardu" i „Wiadomości"; ktoś zdążył nawet zapaść w drzemkę; zmartwiona kobieta wyjęła jakieś kobiece pismo i wyglądało na to, że także pogodziła się z sytuacją.
- Dziś na kolację przychodzi do nas teściowa - powiedział Gerald. - Okropne stare czupiradło. Wcale nie żałuję, że się z nią nie zobaczę, naprawdę. A zresztą, to wino jest dla niej o wiele za dobre. Niech pani wypije jeszcze kropelkę.
Amy wzięła nakrętkę, którą ponownie napełnił, i spojrzała na niego, chcąc sprawdzić, czy nie żartuje.
- Chyba nie sądzi pan, że nie zdążymy na kolację? - zapytała.
- Ależ oczywiście, że nie zdążymy - odparł Gerald. Wyjaśnił jej, co prawdopodobnie zepsuło się na linii i że urządzenie zabezpieczające zadziałało prawidłowo, ale teraz trzeba je ręcznie przewinąć. W tym celu należy sprowadzić do tunelu pracowników obsługi. - Co najmniej jakieś trzy, cztery godziny - dorzucił.
To niesłychane! Znaleźć się w tej jedynej spośród tylu linii metra w Londynie, gdzie akurat nastąpiła awaria! To po prostu nie do wiary, aby stało się to właśnie dzisiaj, a nie jakiegoś innego dnia z ponad tysiąca dni, które już minęły, odkąd wyszła za Eda. Było czymś nie do pojęcia, aby Bella, ta ciemna chmura, która kładła się cieniem na całym ich życiu, miała się teraz przekształcić w straszliwy grzyb atomowy niosący groźbę i rozczarowanie. Taki cios załamałby Eda kompletnie. To będzie katastrofa, a nie spotkanie rodzinne. Ed będzie szukał jej po ulicach; może pomyśli, że zostawiła go, żeby w ten sposób demonstracyjnie okazać swój sprzeciw wobec Belli. Groza sytuacji sprawiła, że Amy poczuła ogarniające ją mdłości; pobladła i wyglądała, jakby miała zaraz upaść.
- Spokojnie - powiedział Gerald. - Z tym winem trzeba powolutku, jest naprawdę dobre, ciężkie i mocne. Proszę, niech pani tu przysiądzie. - I posadził ją przy kimś, na brzegu ławki. Teraz ujawniła się życzliwość londyńczyków i ludzie, którzy latami podróżowali obok siebie bez słowa, zaczęli odnosić się do siebie serdecznie i po przyjacielsku, połączeni wspólnym nieszczęściem.
Amy opowiedziała Geraldowi wszystko o Belli, o tym, jak otworzyła adresowany do niej list i jak to Bella siłą wymuszała na swych braciach pokorę, wdzięczność i posłuszeństwo. Kiedy o tym mówiła, widziała coraz wyraźniej, jak bardzo destrukcyjny był wpływ Belli. I w Vancouver, w San Jose, w Mexico City i w Londynie czterech mężczyzn robiło wszystko, żeby tylko okazać tej kobiecie wdzięczność. Przecież wzrastali w przekonaniu, że poświęciła swą młodość, aby ich wychować. Tymczasem, co Amy nagle sobie uświadomiła, Bella dawała tylko upust macierzyńskim instynktom, za co spotykały ją pochwały ze strony władz i opieki społecznej. A wszyscy czterej bracia byli jej niewolniczo oddani.
Amy i Gerald dopili wino do końca. Gerald pomrukiwał coś pocieszającego, a kiedy tylko zaczynała wpadać w panikę na myśl o zupełnie zepsutym wieczorze, wspierał ją na duchu.
- Bzdura, oczywiście, że dowie się, gdzie pani jest. Podadzą to w wiadomościach.
- Na litość boską, dziewczyno, uspokój się. Zatelefonuje na stację, to mu powiedzą.
- Na Boga, kobieto, przecież Bella nie oczekuje chyba, że złapie pani kilof i sama się stąd wydostanie!
Powiedział jej, że żona zarzuca mu nadużywanie alkoholu, ale to prawda. Kiedyś miał romans ze swą sekretarką,
0 czym żona nigdy się nie dowiedziała, albo przynajmniej tak sądził. Taka konspiracja nie sprawiała mu jednak przyjemności, więc zakończył całą sprawę, a sekretarka wobec trzech starszych udziałowców firmy nawymyślała mu od gnojków. To było bardzo przykre.
Z najbliższej stacji dostarczono kawę i kanapki dla pasażerów i wtedy już zapanowała atmosfera zupełnie jak na przyjęciu. Były nawet śpiewy i kiedy w końcu o dziesiątej wieczorem udało im się wysiąść z pociągu, powitały ich oczekujące tłumy i oślepiające flesze reporterskich aparatów, a Amy wcale już wtedy nie myślała o Belli ani o zmarnowanym wieczorze.
Ze zdumieniem na peronie rozpoznała Bellę. Wypatrując wśród tłumów wynurzających się z pociągu, robiła wrażenie zdenerwowanej i zmartwionej. Towarzyszyli jej Ed
1 Blair, także bardzo przejęci.
- Jest, jest - wykrzyknęła Bella, rzucając się w jej stronę z wyciągniętymi ramionami. - Amy, siostrzyczko, nic ci nie jest? Nie jesteś ranna? Czy ktoś się tobą zajął? Moja biedna Amy, co za okropieństwo, że też musiało cię to spotkać! - Wypuściła ją z objęć, żeby Ed mógł ją uściskać, potem zaś po męsku w milczeniu objął ją Blair.
Gerald obserwował tę scenę, po czym uchylił kapelusza na pożegnanie i odszedł śmiejąc się kpiąco.
We czwórkę wyszli ze stacji. Bella wcale nie wydawała się teraz surowa ani przeciętna; wyglądało na to, że płonie z ciekawości, a jednocześnie pełna jest troski o Amy. Cztery razy telefonowała na policję, by się upewnić, że pasażerom pociągu nie zagraża niebezpieczeństwo, a na stację wzięła ze sobą materiały opatrunkowe, na wypadek gdyby potrzebna była pierwsza pomoc. To wspaniale, że wszystko jednak skończyło się szczęśliwie i właśnie byli w drodze do przemiłego mieszkania Eda i Amy. Kiedy przyjechała, mieszkanie wyglądało przepięknie, te skrzynki na oknach takie śliczne, a kiedy musiała skorzystać z telefonu, dostrzegła, jak wszędzie jest czyściutko i porządnie. No dobrze, nareszcie mogą spokojnie wrócić do domu i zająć się tą znakomitą kolacją, wie przecież, że Amy coś przygotowała.
Blair uśmiechał się ciepło i z sympatią, a Ed wyglądał jak dzieciak, który dostał cukierka. I Amy zaczęła się zastanawiać, jak mogła mieć coś przeciwko wizycie Belli, teraz tak było z nią przyjemnie. Tym przyjemniej, że wszystko jej się podobało. Tak, Amy stanie na głowie, żeby ich wspólne sobotnie zakupy udały się jak najlepiej. Bo przecież najważniejsze jest to, by sprawić przyjemność Belli.
Seven Sisters
'To doprawdy osobliwe, że mieszkają właśnie w Seven Sisters - pomyślała Pat po raz kolejny. Uznała za jakiś przedziwny zbieg okoliczności, że ktoś, kto urządza swego rodzaju orgie, zamienianie się żonami, rozpasaną rozrywkę dla żądnych urozmaicenia par, mieszka w miejscu o tak znaczącej nazwie. Powiedziała nawet o tym Stuartowi.
- Gdzieś przecież muszą mieszkać - odparł obojętnie.
Pat studiowała „Od A do Z".
- Zupełnie nie rozumiem, czemu podają, że to Seven Sisters, skoro właściwie jest to już bardziej Hornsey - zauważyła żałośnie.
- Gdyby podali, że mieszkają w Hornsey, wtedy też dopatrzyłabyś się w tym jakiejś aluzji - stwierdził pobłażliwie Stuart.
Do przyjęcia pozostały jeszcze dwa tygodnie, a Pat już teraz była cała spięta. Z niezadowoleniem oglądała nowo kupiony komplet bielizny. Wszystko było czerwone ze wstawkami z czarnej koronki, a jedna wstawka miała kształt rozetki. Raz po raz przymierzała go w łazience, krytycznie oglądając swe odbicie w lustrze. Wyglądała tak blado, a ciemne kolory sprawiały, że robiła wrażenie martwej. Zastanawiała się, czy wzbudzi pożądanie we wszystkich obecnych mężczyznach, czy zestawienie śmiertelnie bladej skóry z czerwonym jedwabiem i czarną koronką doprowadzać ich będzie do szaleństwa, czy też może któraś z kobiet odciągnie ją na bok i poradzi, żeby użyła samoopalacza. To straszne, że nie ma nawet kogo spytać. Mogła oczywiście napisać do redakcji tego okropnego czasopisma, w którym Stuart wynalazł artykuł o zamienianiu się żonami i odpowiedział na zawartą tam ofertę, ale i tak nie zdążyłaby już otrzymać na czas odpowiedzi. Nieskończoną ilość razy przećwiczyła już, co tam powie: „Witajcie, jak miło, żeście nas zaprosili... dom macie naprawdę ekstra". Nie, nie mogła przecież powiedzieć tej dziwce, do której należał dom w Se-ven Sisters, że to miło z jej strony, że zaprosiła ją i Stuarta. Przecież to Stuart i Pat, żądni perwersyjnej przyjemności i urozmaicenia, wyrazili ochotę, żeby tu przyjść, rozebrać się i iść do łóżka z całym tłumem nieznajomych. Im częściej przypominała sobie, że właśnie tak to sobie zorganizowali, tym gorzej się czuła i tym bardziej jej było głupio.
Mimo że starała się o tym nie myśleć, zastanawiała się, czy zdążą tam w ogóle o czymkolwiek porozmawiać, zanim wezmą się do rzeczy. Może w pewnym momencie okaże się, że stoi gdzieś w kącie, goła jak święty turecki, i rozmawia z jakąś inną gołą panią domu o kółku teatralnym dla dzieci albo o nowym supermarkecie? Może Stuart na golasa będzie ze śmiechem opowiadał swoim nowym znajomym, jakie pomidory hoduje u siebie na działce?
Tak bywało na normalnych przyjęciach, w których brali udział. Były to miłe, spokojne wieczory, nikt się tam nie rozbierał i nie kopulował, z kim popadnie. Rozmawiano o tym, że podrożały bilety kolejowe i że trudno jest znaleźć lekarza, który poświęciłby pacjentowi chociaż dwie minuty uwagi i posłuchał, co się do niego mówi. Spokojne, nudne wieczory. Ich życie toczyło się coraz bardziej jednostajnie, starzeli się przed czasem, zachowywali się jak typowa para klasy średniej z peryferii, mimo że właściwie nie mieszkali nawet na przedmieściu. Żadnego urozmaicenia, ciągle to samo, nic, co zapierałoby dech w piersiach.
Dwójka dzieci, przeciętna krajowa, Stuart pracujący w banku...
Wszechmocny Boże! A gdyby zdarzyło się, że na przyjęciu będzie ktoś z klientów tego banku? To wcale nie było śmieszne. Nie jest powiedziane, że klienci muszą mieszkać w pobliżu swoich banków, mogą być tacy, którzy mieszkają przy głównej ulicy w Seven Sisters. Czy Stuart o tym pomyślał? Może lepiej będzie mu o tym powiedzieć i całą sprawę uda się odwołać. Głupotą byłoby ryzykować jego karierę zawodową... Nie. Z pewnością o tym pomyślał, był zupełnie zdecydowany wziąć udział w tym przyjęciu. Pomyślałby tylko, że Pat szuka pretekstu, żeby się wykręcić.
Ładne mieszkanko, co prawda bez ogrodu, ale przecież weekendy spędzają na działce. Dzieci zdrowe i silne, lubią swoją szkołę. W tym semestrze Debbie znowu wystąpi w przedstawieniu, a Danny może zostanie wybrany do reprezentacji sportowej. W szkole mają masę przyjaciół, w domu też się drzwi nie zamykają, bawią się z dziećmi sąsiadów na pobliskim placu zabaw. Zycie może nie jakieś nadzwyczajne, ale zupełnie szczęśliwe... nawet dyrektor szkoły powiedział kiedyś coś takiego...
Boże Miłosierny! A gdyby jakimś cudem dowiedzieli się o tym w szkole! Jakiż to byłby wstyd dla Debbie i Dan-ny'ego, gdyby okazało się, że są dziećmi zboczonych, perwersyjnych rodziców. Może nawet kazano by im zmienić szkołę, żeby nie wywierali złego wpływu na inne dzieci. Spokojnie. Właściwie jakim cudem szkoła miałaby się
0 tym dowiedzieć? Chyba tylko wtedy, gdyby ktoś z rodziców albo nauczycieli także zabawiał się w ten wymyślny
1 perwersyjny sposób, uprawiał razem z nimi tę grę tylko dla dorosłych?... Tak, oczywiście wtedy wszyscy musieliby zachować dyskrecję.
...w każdym razie dyrektor powiedział wtedy, że jest pełen podziwu dla rodziców za to, że zdobywają się dla swych dzieci na tyle poświęceń, świadomi są ich potrzeb i stwarzają im dobre warunki rozwoju. Stwierdził, że jest pewien, iż ten wysiłek zwróci się tysiąckrotnie, bowiem dzięki temu będą żyć w zgodnym, dojrzałym społeczeństwie, z dala od wojen i napięć, którymi wstrząsane są inne kraje.
Stuart powiedział, że w takich imprezach biorą udział zupełnie normalni ludzie; tacy sami dobrzy, zwyczajni, godni szacunku obywatele jak wszyscy inni. Stwierdził, że chodzi tam tylko o pewne przesunięcie granic dopuszczalnych przyjemności i że ci ludzie chcą po prostu wzbogacić nieco współżycie seksualne przeciętnego małżeństwa... żeby współżyć w sposób mniej samolubny... przez to, że dzielą się miłością z innymi małżeństwami. Wyczytał, że taka gotowość, by dzielić się z przyjaciółmi swymi prawami do partnera czy partnerki, sama w sobie jest przejawem miłości; był zdania, że jest w tym dużo prawdy. A co jeszcze ważniejsze w tych przewrotnych czasach - pozwalało to całkowicie wyzwolić się od pojęcia niewierności wobec swego stałego partnera. Dzięki temu wszelkie niedozwolone związki traciły rację bytu. Wszystko miało być odtąd jawne; tak będzie dobrze i zdrowo.
Stuart wypowiadał się na ten temat z wielkim entuzjazmem, podobnie jak kiedyś mówił o korzyściach płynących z posiadania działki. W oczach miał taki sam błysk jak wtedy, kiedy wyobrażał sobie, że działka zapewni im samowystarczalność. Cała pozostała ludność Londynu może głodować i zatruć się odpadami radioaktywnymi, podczas gdy Stuart, Pat, Debbie i Danny wyhodują sobie na działce wszystko, co im będzie do życia potrzebne; no i kto się będzie śmiał ostatni? Pat zapytała wtedy łagodnie, w jaki sposób Stuart ustrzegłby swoją kapustę i fasolkę szparagową przed tysiącami głodujących londyńczyków, jeżeli byliby jedyną rodziną, która zdoła się sama wyżywić. Stuart odparł, że to tylko szczegół techniczny.
Nadal w soboty i niedziele zajmowali się pracą na działce, ale już bez pierwotnego entuzjazmu, teraz sprawiało im to po prostu przyjemność. Może tak samo będzie z zamienianiem się żonami, pomyślała Pat. Pierwszy entuzjazm i podniecenie szybko miną, a potem cotygodniowe wyprą-wy do Seven Sisters czy Barking, Rickmansworth albo Big-gin Hill wejdą im w nawyk i te erotyczne przyjęcia staną się czymś zwykłym, może nawet przyjemnym.
Zadziwiające, że Stuart traktował całą tę sprawę z takim spokojem; to niepokoiło Pat najbardziej. Zapytała go, czy nie uważa, że powinien kupić sobie nowe slipy.
- Nie, kochanie, w szafie mam ich pełno - odparł zdumiony.
- Ale na przyjęcie - syknęła.
- Dlaczego miałbym kupować nowe slipy? - zdziwił się, jakby powiedziała, że powinien kupić z tej okazji nowe radio tranzystorowe. - Mam na górze dziewięć par, naprawdę mam masę majtek.
Im mniej czasu dzieliło ich od tej imprezy, tym bardziej Pat martwiła się o Stuarta. Czy on nie miał nerwów ani uczuć, że był tak spokojny... jak to się mogło stać, że odpowiedział na tę ofertę, a potem zatelefonowała do nich ta kobieta o głosie przypominającym dźwięk piły tarczowej?
Pat nigdy się szczególnie nie zastanawiała nad swym życiem seksualnym. Zawsze wydawało jej się bardzo przyjemne i w porządku; w żadnym razie nie uważała się za kobietę oziębłą, przynajmniej nie w takim rozumieniu, w jakim traktowały ten problem artykuły w pismach kobiecych, które czytała. Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymawiała się bólem głowy czy mówiła, że jej się nie chce. Przyszło jej na myśl, że może ich seks był zawsze taki sam. No ale przecież, na litość boską, są rzeczy, które się nie zmieniają. Na przykład tabliczka czekolady czy dżin z tonikiem zawsze mają ten sam smak. Dźwięk V Symfonii Beethovena czy muzyka Johnny'ego Mathisa też są zawsze takie same. Więc skąd nagle ta wielka potrzeba odmiany?
Pat poczuła się zraniona. Czytała o kobietach, które odkrywały nagle, że ich porządni i łagodni mężowie w rzeczywistości lubili ostrą pornografię i seks połączony z krępowaniem partnera sznurami czy przywiązywaniem gó do łóżka. Może więc powinna odczuwać ulgę, że Stuart zaproponował tylko taką miłą mieszczańską rozrywkę, jak zamiana żon. A jednak Pat czuła się boleśnie dotknięta. Ona gotowa była do końca swoich dni żyć tak jak teraz - oszczędzać pieniądze na kupno domu, raz do roku wyjeżdżać na wakacje z przyczepą kempingową, dwa razy na tydzień miło i bezpiecznie kochać się po ciemku w zaciszu własnej sypialni. Jeżeli Stuart chciał teraz czegoś innego niż,ona, to był to dowód niewdzięczności z jego strony.
Po południu tego okropnego dnia Pat była umówiona z fryzjerką.
- Gdzieś się pani wybiera? - zapytała fryzjerka ze zwykłą, zawodową życzliwością.
- Nooo... tak - wyjąkała Pat.
- A może to jakaś oficjalna uroczystość? - pytała tamta dalej.
- Hmm. Nie, nie. Żadna uroczystość. Idziemy do kogoś. Starzy znajomi, nowi znajomi. Przyjęcie, zwykłe przyjęcie - rozpaczliwie broniła się Pat.
Fryzjerka wzruszyła ramionami.
- To na pewno miłe - zakończyła z rozdrażnieniem.
Babysitterka pojawiła się punktualnie. W skrytości ducha Pat żywiła nadzieję, że dziewczyna zadzwoni i powie, że nie może przyjść. Oznaczałoby to, iż muszą zrezygnować z tej absurdalnej wyprawy na drugą stronę Londynu po to, aby kopulować z obcymi ludźmi. Dreszcz podniecenia odczuwała jedynie na myśl, że może po prostu popadła w obłęd.
Debbie i Danny pożegnali się z nimi, prawie nie odrywając się od telewizji.
- Dobranoc mamo, dobranoc tato. Zajrzyjcie do nas, jak wrócicie.
Oczy Pat wypełniły się łzami.
- Stuart, kochanie... - zaczęła.
- Do widzenia kompania - powiedział Stuart stanowczo.
Pat sądziła, że pojadą samochodem, i zdumiało ją, kiedy
Stuart stwierdził, że dużo prościej będzie dojechać tam metrem.
- Tylko jedna przesiadka - powiedział. Pat jednak natychmiast nadała jego słowom swoiste znaczenie. Zastanawiała się, czy chodzi mu o to, że kiedy już tam dojadą, to zamienią się tylko z jedną parą. Czuła, że zbiera jej się na wymioty. Przypuśćmy, że będzie tak, jak kiedyś przed laty podczas potańcówki w klubie tenisowym, kiedy nikt nie prosił jej do tańca, aż w końcu wdzięczna była jakiemuś okropnemu typowi za to, że zakręcił się z nią parę razy dookoła parkietu. Czy dziś wieczór coś takiego też może się zdarzyć? Przypuśćmy, że kiwnie na nich zachęcająco jakaś straszna, obleśna para, której nikt inny nie chciał? Czy będą musieli się zgodzić? Czy według przyjętych tam zasad nie wolno się wycofać?
- Dobrze, ale czy nie byłoby wygodnie wrócić do domu samochodem? - zapytała.
- Może nie będę wtedy w odpowiedniej formie, żeby prowadzić samochód - odparł zwięźle Stuart.
Taki będzie zmęczony rozkoszą? Wykończony? A może uśnie w objęciach cudzej żony? Albo pojedzie do domu z kim innym? A może zostanie z tą okropną kobietą z Se-ven Sisters? Co mógł mieć na myśli, mówiąc, że nie będzie w formie, żeby prowadzić samochód? Cały ten koszmar zaczynał ją przerażać. Dlaczego się w ogóle zgodziła na tę podłą i głupią imprezę? Dlaczego Stuart to zaproponował?
Pociąg przyjechał natychmiast, jak to zwykle bywa, kiedy człowiek wybiera się do dentysty albo na przyjęcie z zamianą żon. Stacje tylko migały za oknem. Stuart podczytywał tylną stronę czyjejś gazety. Pat już trzykrotnie z uwagą przejrzała się w lusterku puderniczki.
~ Wyglądasz świetnie - powiedział Stuart, kiedy wyjmowała puderniczkę po raz czwarty.
- Prawdopodobnie masz rację - odpowiedziała zrezygnowana. - A zresztą to nie mojej twarzy będą się tam przyglądać.
- Co mówisz? A, tak. - Stuart uśmiechnął się, chcąc dodać jej ducha, po czym z powrotem zajął się wynikami rozgrywek futbolowych.
- Czy myślisz, że od razu będziemy się tam rozbierać? -zapytała żałośnie Pat, kiedy wyszli ze stacji.
- Nie wiem, myślę, że to zależy, czy mają centralne ogrzewanie - stwierdził Stuart rzeczowo.
Pat spojrzała na niego jak na kogoś obcego. Przez chwilę szli w milczeniu, wreszcie Pat odezwała się znowu.
- Czy kiedy rozmawialiście przez telefon, mówiła, ile osób może tam być? - zapytała. - No bo przecież te domy tutaj są dość małe. Więcej niż dwanaścioro gości nawet by się nie zmieściło.
- Nie, wspominała tylko, że będzie kilkoro przyjaciół -rzekł Stuart. - Kilkoro przyjaciół, nie powiedziała dokładnie ilu.
- Ale my nie jesteśmy ich przyjaciółmi, w pewnym sensie jesteśmy nawet intruzami, prawda? - nalegała błagalnie Pat. W oczach miała łzy. Dom, do którego zmierzali, był już za rogiem. Jeszcze tylko skręt w prawo i prosta droga, z której nie ma odwrotu.
Stuart spojrzał na nią, poruszony łzami, które wyczuł w jej głosie.
- Będzie cudownie, kochanie. Zobaczysz, że ci się spodoba. W takich sytuacjach zawsze jesteś troszkę zdenerwowana.
Spojrzała na niego i oczy jej błyszczały.
- Co to znaczy w takich sytuacjach? Kiedy się zdarzyło, żebyśmy robili coś chociaż trochę podobnego? To przecież pierwszy raz... - I ku swemu przerażeniu wybuchnęła płaczem.
Stuart wyglądał na bardzo zatroskanego. Próbował jej dotknąć, objąć, ale Pat go odepchnęła.
- Nie, przestań powtarzać, że wszystko w porządku i że mi się spodoba. Nie spodoba mi się, nienawidzę tego pomysłu. Nie idę tam. Nawet mnie nie namawiaj.
- No dobrze, ale dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? Dlaczego odczekałaś, aż doszliśmy już prawie na miejsce? - spytał Stuart z głupią miną, a na jego okrągłej niewinnej twarzy malowało się zdumienie. - Nie mogę pojąć, dlaczego nie powiedziałaś mi od razu na samym początku, że widzisz w tym coś niewłaściwego. Przecież wcale byśmy tego wszystkiego nie rozkręcili; myślałem, że też chcesz spróbować.
Pat zakasłała głośno.
- Sama powiedziałaś, że to będzie przygoda... - przypomniał.
Pat zakasłała głośno.
- To ty powiedziałaś, że raz spróbujemy i jeśli nam się nie spodoba, to damy sobie z tym spokój - wyliczał dalej.
Pat wydmuchała nos.
- Dlaczego, kochanie? Dlaczego właśnie teraz zmieniłaś zdanie? Powiedz mi tylko, zrobimy wszystko, co będziesz chciała. Nie pójdziemy tam, jeżeli ten pomysł tak cię odstrasza. Tylko mi powiedz dlaczego.
Pat popatrzyła na niego zaczerwienionymi oczami. Jego okrągła twarz naprawdę wyglądała niewinnie. Zdziwiło ją, że nigdy przedtem tego nie zauważyła. Był po prostu jeszcze jednym zawiedzionym młodym urzędnikiem z banku. Jeszcze jednym mężczyzną, który ma nudny zawód, przeciętną żonę, parę drinków wypijanych co sobotę, dwójkę miłych, ale pochłaniających wiele czasu i pieniędzy dzieciaków, no i samochód, który wymagał ciągłych nakładów, skoro nie dawało się zastąpić go lepszym. Co prawda, co roku wypożyczali na wakacje przyczepę kempingową, ale nigdy nie zdarzało mu się brodzić w ciepłym piasku Indii czy Seszeli.
Zaczęła mówić i przerwała. Musiała teraz bardzo uważać. Było tak, jakby Stuart stanowił negatyw, a w tej chwili ktoś pokazał jej wywołaną odbitkę. Zobaczyła, co powoduje jego frustracje, jak odbijają się na nim godziny spędzane w drodze do pracy, jak stopniowo rośnie mu brzuch. To wszystko dalekie było od powieści o Jamesie Bondzie albo o Dzikim Zachodzie, jakie czytywał codziennie przez pół godziny przed snem.
Nareszcie zaczynała go rozumieć. Potrzebował czegoś podniecającego, co wykraczałoby poza codzienną rutynę.
Chciał dowodu na to, że nie jest robakiem, że zanim się zestarzeje i pójdzie w odstawkę, zanim zacznie kuśtykać o lasce i umrze, może jeszcze dokazac w życiu czegoś śmiałego
Spojrzała na niego z całkowitym spokojem.
- Jestem zazdrosna, o to chodzi. Taka jest prawda - powiedziała.
- Co ty mówisz? - nie wierzył własnym uszom.
- Nie chcę, żebyś był z nimi, żeby na ciebie patrzyły. Nie chcę, żeby te dziewczyny... no wiesz, pozwalały sobie z tobą. Byłabym bardzo zazdrosna. Ja cię kocham. Nie chcę, żeby one się z tobą kochały.
- Ależ, Pat - zaczął Stuart rozpaczliwie. - Przecież już o tym wszystkim rozmawialiśmy, to nie ma nic wspólnego z miłością. Tu chodzi o pewną odmianę, o podniecenie, o przełamywanie barier... i żeby nie robić zawsze tego samego... do końca życia.
Miała rację. Postanowiła, że jeśli zdołają dziś wrócić z Seven Sisters bez szwanku, zrobi w tej materii wszystko, co tylko podsunie jej uboga wyobraźnia, wspomagana przez rozmaite poradniki na temat seksu.
- Zbyt wiele dla mnie znaczysz - powiedziała z wahaniem. Nigdy nie zwracali się do siebie szczególnie pieszczotliwie i nie prawili sobie wyszukanych komplementów. Trudno było zaczynać teraz, wieczorem, gdzieś na nieznanej ulicy w północnej części Londynu, w drodze na orgię. Ale gdzieś zawsze trzeba zacząć. - Jesteś dla mnie zbyt... ważny. Zbyt cenny i podniecający. Uwielbiam, kiedy się... hmm... pieprzymy. Nie chcę, żeby jakieś inne kobiety brały w tym udział. To jest moja... hmm... przyjemność.
- Naprawdę to uwielbiasz? - zapytał niewinnie.
- Och tak, oczywiście - przymknęła oczy i wydała westchnienie prawdziwej rozkoszy na myśl, że może tym razem wygra. Zabrzmiało to jak wyraz szczerego pożądania.
- Nie przypuszczałem, że cię to w ogóle cokolwiek obchodzi - rzekł Stuart.
- Żebyś tylko wiedział, jak bardzo - odparła Pat i dodała stanowczo: - Ale nie wiem, czy nadal tak będzie, jeśli te wszystkie kobiety będą na ciebie włazić...
Zamilkła. Było to zamierzone ryzyko. Tak naprawdę to niewiele zastanawiała się nad udziałem Stuarta w całym tym żałosnym przedsięwzięciu, natomiast myśl o własnej roli prześladowała ją obsesyjnie. Uważała jednak, że jeśli się do tego przyzna, tym samym potwierdzi jego podejrzenia, że ożenił się z ciemną purytanką i prowincjuszką i że prawdziwe podniecenie to coś, co ma go w życiu ominąć.
- Ja czasem... hmm... wpadam nawet w panikę na myśl
0 tych wszystkich kobietach, które przychodzą do banku
1 mogłyby... no... robić ci jakieś propozycje - powiedziała.
Stuart obrzucił ją uważnym spojrzeniem.
- Tym nie masz potrzeby się niepokoić. To już paranoja - powiedział miękko. - Zawsze byłem ci wierny; dzisiaj na tę imprezę też przecież idziemy razem.
- Nie chcę się tobą z nimi dzielić - odparła Pat. - Nie mam zamiaru. One mają okropnych, starych mężów, wstrętnych dziadów. A ja mam ciebie. Niby dlaczego mam być taka szczodra?
Milczał, patrzył to w jedną, to w drugą stronę ulicy. Pat nie spuszczała wzroku z jego twarzy. Z ulgą zauważyła, że postanowił zawrócić.
- A gdybyśmy tak kupili sobie po kebabie...
-1 butelkę wina...
W chwili, kiedy zawracali w stronę stacji, obok nich zatrzymał się samochód i ktoś zapytał o ulicę.
Pat upewniła się, o jaki numer im chodzi. Tak jak przypuszczała, szukali numeru 17.
Pokazała im drogę i dodała: „Dobrej zabawy!", po czym oboje ze Stuartem wybuchnęli śmiechem.
- Nie byli zbyt młodzi - zauważył Stuart. - Czy myślisz, że to byłoby obrzydliwe i żałosne?
Pat nie miała zamiaru utwierdzać go w tym przekonaniu.
- Nie, na pewno są tam jakieś superbabki. A poza tym
starsze są bardziej namiętne. Ta z pewnością przygwoździłaby cię do dywanu, kiedy tylko byś się tam pojawił.
W świetle latarni zauważyła jego głupią minę. Jakby zrozumiał, że to mogło być coś naprawdę obrzydliwego. Był taki delikatny. W nagłym porywie czułości pojęła, że rzeczywiście nie chciałaby się nim z nikim dzielić. Jeśli spędzą ten wieczór w łóżku, przy kebabie i butelce wina - ona w swej czarno-czerwonej bieliźnie - może to być tak podniecające, jak mało co do tej pory.
Kobiety są o wiele rozsądniejsze w sprawach seksu, pomyślała Pat radośnie, podczas gdy Stuart kupował bilety powrotne. Zapomniała już o całych tygodniach niepokoju, niekończącym się staniu przed lustrem, bezustannym lęku, że ktoś się może dowiedzieć. Odczuwała teraz tak gwałtowną ulgę, że z pewnym rozbawieniem zaczęła wyobrażać sobie, jak też wyglądałaby nago ta starsza kobieta w samochodzie. Uśmiechnęła się do Stuarta, który przypominał teraz tygrysa - jego żona okazała się o niego tak wściekle zazdrosna, że musieli zrezygnować z orgietki, na którą byli zaproszeni. Nic się przecież nie stało, a świat jakby pojaśniał.
Tinsbury ^Tark
n^era nie znosiła oglądać w telewizji sztuk poświęconych nędzy. Przykrość sprawiał jej nawet widok kobiet z klasy pracującej, które z głowami w lokówkach i z niemowlętami na rękach wyjaśniały jakieś kwestie społeczne bardzo tym przejętemu reporterowi. Zanadto przypominało jej to własną młodość. W tych zaniedbanych, jazgotliwych kobietach widziała swoją matkę, z papierosem wiecznie przyklejonym u wargi i w swetrze zapiętym na agrafkę. Drzwi ich mieszkania prawie się nie zamykały, ciągle ktoś wchodził lub wychodził, wszędzie czuć było suszące się ubrania... ubrania niedoprane, czyli właściwie suszące się brudy.
Vera nie znosiła głośnego śmiechu tych kobiet. Przypominało jej to, jak matka i starsza siostra rechotały, kiedy sprawy w domu przedstawiały się najgorzej. Pocieszały się wtedy winem imbirowym i oświadczały, że mają jeszcze całą wieczność na to, żeby się martwić. Vera starała się nie myśleć o niczym, co przypominałoby jej dzieciństwo.
W dniu swych piętnastych urodzin została zabrana do szpitala z powodu gorączki reumatycznej. W czasie długich tygodni, które tam spędziła, poznała pannę Andrews, pacjentkę z sąsiedniego łóżka. Spotkanie z tą łagodną nauczycielką odmieniło życie Very.
- Poproś, żeby przyniosły ci lawendową wodę toaletową, a nie cukierki.
- Poproś swoje koleżanki, żeby zamiast komiksów przyniosły ci krem do rąk.
- Wybiorę ci jakieś ciekawe książki z biblioteki.
- Powiemy opiekunowi socjalnemu, że na pocieszenie przydałoby ci się ładne uczesanie...
Ta Vera, która wyszła ze szpitala, była inną dziewczyną - atrakcyjną i szczuplejszą niż przedtem. Zmieniła się także wewnętrznie. Panna Andrews przekazała jej bardzo ważną prawdę - że nawet przykrości i trudne okresy w życiu mają swoje znaczenie i sens, stanowią pewne doświadczenie. Vera musi wytrzymać w szkole i pozdawać egzaminy, nawet jeżeli szkoła jest dla niej piekłem, a dom czymś jeszcze gorszym.
Przestała dostrzegać otaczający ją brud i zaniedbanie. Marzyła o dniu, kiedy zamieszka w czystym, porządnym domu, bez patelni z zastarzałymi resztkami jedzenia, niedomytych po iluś tam posiłkach. Marzyła o własnym pokoju, w którym można by się schronić przed krzykiem i hałasem i gdzie żadna młodsza siostra z gnidami we włosach nie będzie podskakiwać na jej łóżku ani wołać: „To jest też mój pokój, nie możesz mnie wyrzucić".
- Nie odchodź stamtąd zbyt szybko - błagała ją panna Andrews. - Nie odchodź, dopóki nie będziesz pewna, że jesteś w stanie się utrzymać. Gdybyś musiała tam wrócić, mogłabyś się załamać.
Vera z trudem przypominała sobie te ostatnie dwa lata, kiedy mieszkała jeszcze u matki. Pamięta, że ojciec bywał czasami w domu... okres ten kojarzył jej się z wrzaskami i przemocą. W szkole najwyraźniej zdołała się czegoś nauczyć, skoro jakoś zdała końcowe egzaminy. W ciągu tych dwóch lat co tydzień odwiedzała pannę Andrews. W jej przytulnym, cichym mieszkanku pełnym bukietów suszonych kwiatów stało pianino i szafki z porcelaną i błogo pomrukiwał perski kot; Vera była tam pewnie ze sto razy.
Ta przyjaźń zapewne w dużym stopniu ją ukształtowała, lecz jej świadomość wyeliminowała większość wspomnień
3. Linia Centralna
z tego okresu. Z tych czasów wyniosła umiejętność poprawnego pisania, maszynopisania i stenografii. Panna Andrews nauczyła ją też, jak należy się ładnie odzywać i uśmiechać. Nie udzielała na ten temat żadnych specjalnych lekcji, działała własnym przykładem. Vera zaczęła mówić mniej chrapliwie, wyraźniej wymawiała samogłoski, reagowała znacznie mniej gwałtownie niż dawniej. Jej decyzja, że wyprowadza się z domu, stanowiła dla matki zupełne zaskoczenie. Wszystko przebiegło jednak bez zbędnego zamieszania i dyskusji, żadnych próśb Vera nie przyjmowała do wiadomości.
- Odwiedzaj nas często - błagała matka - przychodź w każdy weekend.
- Oczywiście - powiedziała na to Vera i nie przyszła ani razu.
Trzy razy do roku wysyłała matce kopertę, do której wkładała kartkę okolicznościową i jednego funta; tak było na jej urodziny, Boże Narodzenie i Dzień Matki. Ani słowa o tym, gdzie jest czy co robi. Nic na temat ewentualnych odwiedzin w domu, żadnych pytań o pozostałych członków rodziny. Nie mieli nawet jak dać jej znać, że Margaret nie żyje, ani zwrócić się do niej o pomoc, kiedy Colin został zatrzymany przez policję. A kiedy wartość funta spadła do jednej piątej, Vera nadal posyłała matce taki sam pojedynczy, zielony i szeleszczący banknot, przypięty spinaczem do kartki ze zdawkowymi życzeniami wszystkiego dobrego. Kiedyś matka podarła go i wrzuciła do ognia, ale o tym Ve-ra nigdy nie miała się dowiedzieć.
Panna Andrews była zbyt delikatna i kulturalna, by odsłonić przed swą podopieczną tę prawdę życiową, którą Ve-ra później uznała za najważniejszą - że pieniądze są rozwiązaniem prawie wszystkich problemów. Nawet gdyby panna Andrews znała tę prawdę, zapewne nie przekazałaby jej młodej dziewczynie, a kiedy Vera zerwała kontakty z rodziną, przestała także odwiedzać pannę Andrews. Pisała jednak do niej nieco więcej niż do domu, czasami też po-sykała jej jakąś koronkową serwetkę czy saszetkę na chusteczki do nosa. Nigdy jednak nie pisała, gdzie jest ani co robi, i po pewnym czasie samotna nauczycielka przyjęła do wiadomości, że Vera znikła z jej życia. Te krótkie kartki miały w sobie coś nieodwracalnego — zwiastowały rozstanie.
W ciągu swych pierwszych pięciu lat wolności Vera pięciokrotnie zmieniała pracę i mieszkanie, starając się wiele nauczyć. Nie miała czasu na flirty i rozrywki, jakimi zajmowały się dziewczęta, z którymi pracowała. Szkoda jej było marnować pieniędzy na głupstwa - chodziła wprawdzie czasami do kina, ale wyłącznie na filmy, z których mogła się czegoś dowiedzieć na temat strojów czy dobrych manier. Oglądała głównie filmy angielskie; to, co amerykańskie, zdawało jej się zbyt obce, często odrażające, w złym stylu, jeśli w ogóle był to jakiś styl. Przerwy obiadowe spędzała w salonach mody albo w księgarniach, czytając pisma, ale ich nie kupując. Pieniądze, które zostawały jej po zapłaceniu czynszu, wydawała na kursy wieczorowe wszelkiego rodzaju, od francuskiego dla początkujących aż po naukę dobrych manier.
Tak więc kiedy skończyła dwadzieścia trzy lata, umiała się już kulturalnie wyrażać, wiedziała co trzeba i mieszkała w eleganckiej kawalerce. Udało jej się zgromadzić trochę ładnych drobiazgów, wcale nie gorszych niż te, które stały w oszklonej szafce panny Andrews. Wiedziała, w jaki sposób uniknąć mieszania stylów. Na tyle przyswoiła sobie zasady savoir-vivre'u, że gdyby tylko musiała kogoś podejmować, nie miałaby żadnych wątpliwości, jak trzeba nakryć stół czy jakie wina podać do każdego dania.
Nigdy nie przestała się wstydzić swego pochodzenia i dziwiła się, że dziewczęta, z którymi pracowała, zupełnie swobodnie rozmawiały o prymitywnych obyczajach swoich rodziców i żartowały ze swego prostackiego środowiska. Ve-ra nigdy by sobie na coś takiego nie pozwoliła. Kilkakrotnie, kiedy ktoś ją wypytywał, odpowiadała, że rozmowy o przeszłości są dla niej zbyt bolesne. Jej rozmówcy domyślali się wówczas, że musiała przeżyć jakąś tragedię czy wielką przykrość, i nie zadawali więcej pytań.
Interesowała się porcelaną i dzięki temu udało jej się otrzymać posadę kierowniczki sklepu z pamiątkami w pewnym eleganckim hotelu. To tutaj poznała Josepha. Był o dwadzieścia lat od niej starszy, miał duże, niespokojne oczy i smutną twarz, lecz jak stwierdziła jedna z rozchichotanych recepcjonistek, stanowił idealną partię. Bogaty, bezdzietny wdowiec, tak załamany po śmierci żony, że sprzedał dom i zamieszkał w hotelu. Mieszkał tu już od trzech lat. Życie hotelowe ma jednak swoje wady, więc wyraźnie rozglądał się za nową żoną. Czasami zaglądał do sklepiku Very i kupował jakieś upominki dla swoich klientów, a ona zawsze doradzała mu życzliwie, wykazując przy tym dobry gust. Bardzo mu się podobała. Wkrótce znalazł w sobie dość odwagi, by spróbować się z nią umówić. Wahanie Very było zupełnie szczere. Tyle wysiłku włożyła w to, by przynajmniej we własnych oczach zostać damą, że prawie całkiem zapomniała o tym, iż jest także kobietą. O mężczyznach wiedziała niewiele i podczas pierwszych spotkań z Josephem czuła się bardzo onieśmielona. Lecz okazało się, że to właśnie sprawiało mu szczególną przyjemność. Już po kilku tygodniach zaczął jej opowiadać o swym wymarzonym domu i o lęku, jaki odczuwał na myśl, że miałby w nim zamieszkać sam. Z entuzjazmem przyznawała mu rację, ona też była zdania, że duży dom nie jest dobry dla osoby samotnej. Dlatego właśnie wolała mieszkać w malutkiej kawalerce. Joseph zapytał, czy mógłby ją tam kiedyś odwiedzić. Vera zgodziła się i zaprosiła go na herbatę w najbliższą sobotę. Popołudniowe słońce wydobywało blask z pięknej porcelanowej zastawy, łagodnie lśniło we włosach Very, odbijało się w gładkim blacie drewnianego stolika... i oczy Josepha wypełniły się łzami. Zaczął przepraszać, że ma czterdzieści pięć lat, i usprawiedliwiać się, że był na tyle zadufany, by spodziewać się, że taka piękna młoda dziewczyna mogłaby... Pozwoliła mu paplać tak przez parę minut, a kiedy czuł się już tak zakłopotany, że chciał odwołać wszystko, co przedtem powiedział, Vera położyła palec na wargach i rzekła:
- Nie mów nic więcej, Josephie. Z radością obejrzę twój wymarzony dom w Finsbury Park, zrobimy z niego najpiękniejszy pałac świata.
Słyszała podobny dialog na jakimś starym filmie i wydawało jej się, że będzie właściwy na tę okazję. Tak też istotnie było. Był jak najbardziej właściwy. Minęło kilka miesięcy, podczas których poddawali dom gorączkowym oględzinom. Vera złożyła wymówienie z pracy w hotelu, ustaliła z Josephem pewne sprawy dotyczące ich przyszłego małżeństwa i kategorycznie odmówiła zawiadomienia kogokolwiek ze swojej rodziny. Następnie odbył się cichy ślub i skromny miodowy miesiąc w skąpanej w słońcu południowej Francji. Tak to zakończył się dla Very okres przygotowawczy i terminatorski, a zaczęło się prawdziwe życie. Jej kwaterą główną stała się zmywalnia, przylegająca do wielkiej kuchni w Finsbury Park. Tutaj siadywała i przeglądała plany, tu wracała, obmierzywszy dokładnie pokoje, tu studiowała wzorniki tkanin, farb, próbki glazury i różnych gatunków drewna. To właśnie w zmywalni zaczynały się piętrzyć stosy katalogów, podczas gdy ona rozważała, myślała, marszczyła brwi i kręciła nosem, po czym znowu sięgała po pierwszy katalog i wszystko zaczynało się od początku. Po paru tygodniach Josepha zaczęło to niepokoić.
- Czy nie jest to dla ciebie zbyt duże obciążenie, maleńka? - pytał z wyraźną troską. - Wiesz przecież, że jeśli tylko byś chciała, możemy sprowadzić projektanta wnętrz albo konsultanta. Kogoś, kto cię uwolni od tej głupiej roboty.
- Od głupiej roboty? - wykrzyknęła w szczerym zdumieniu Vera. - Przecież to jest właśnie najprzyjemniejsze. I przecież o to nam chodzi, żebyśmy decydowali sami i żeby wszystko doprowadzić do perfekcji. Żebyśmy mieli wspaniały dom, który będzie naprawdę nasz!
W oczach miała niemal dziki entuzjazm, więc Joseph powstrzymał się przed przypomnieniem jej, że wciąż używają jedynie sypialni, a posiłki jadają w zmywalni, podczas gdy cały czternastopokojowy dom stoi pusty. To tak, jakby dom był nagi i oczekiwał, aż go ubiorą.
Ubieranie go trwało zdumiewająco długo. Miesiącami ciągnęło się malowanie, dobieranie zasłon, kompletowanie mebli. Minęły dwa lata i wciąż wyglądało, jakby byli świeżo po przeprowadzce. Joseph czuł się głęboko zawiedziony.
Cały dzień pracował ciężko jako radca prawny. Sądził, że z chwilą, gdy piękna jak kwiat Vera zgodziła się go poślubić, jego życie przybierze zupełnie inny, cudowny obrót. Rzeczywiście, wieczorami nie bywał już tak samotny, jak mieszkając w hotelu, a jednak w hotelu było mu wygodniej. Miał tam przynajmniej pokój, gdzie mógł wypocząć, odprężyć się czy popracować. Miał też znakomite jedzenie. Tymczasem w domu, w ich przyszłym pałacu, nie miał swojego pokoju. Mieszkali na pudełkach, w jednej sypialni, ponieważ Vera nie zgadzała się na żadne meble, dopóki wszystko nie zostanie ostatecznie ustalone, a każda sprawa ciągnęła się miesiącami. Z gotowaniem można było na razie dać sobie spokój, ponieważ czekali dopiero na wyposażenie kuchni. Vera nie interesowała się jedzeniem i najwidoczniej sądziła, że i on go nie potrzebuje. Gdy wracał z pracy, witała go cmoknięciem w policzek i pokazywała kolejną porcję broszur i próbki materiałów.
- O, popatrz, kochanie. Najdroższy, czy nie sądzisz, że ten kwiatek jest za duży? Jestem tego prawie pewna, ale nie w stu procentach.
Usiłował zgadywać, jakiej odpowiedzi od niego oczekuje. Wiedział, że tak czy inaczej musi udawać, że się zastanawia, w przeciwnym razie będzie niezadowolona. Zdarzało się, że po dwóch godzinach przeglądania projektów, padając z głodu i zmęczenia, zaczynał się zastanawiać, czy tez Vera nie cierpi na jakieś zaburzenia nerwowe, których przedtem nie zauważył. Po czym porzucał tę myśl z poczuciem winy i mówił sobie, że jest samolubną świnią, spodziewając się, że jego młoda żona ugotuje mu obiad, poda kieliszek whisky i zainteresuje się, jak minął mu dzień.
Czasem wstępował do hotelu i jadł tam coś przed powrotem do domu. Verze najwyraźniej to nie przeszkadzało. Co do niej, to jest najedzona, zrobiła sobie przecież zupę błyskawiczną i jakieś kanapki.
Rozwiały się też nadzieje Josepha, że będą mieli dzieci. Dopiero po dłuższym czasie zorientował się, że Vera bierze pigułki antykoncepcyjne. A przecież dotąd wciąż oczekiwał, aż Vera powie mu, że jest w ciąży.
- Ależ kochanie, przecież nie możemy nawet myśleć
0 dzieciach w tym pięknym domu. Dzieci? Przy takiej tapecie? - Jej dłonie gładziły tapetę niemal zmysłowo.
- Ale nigdy? - Joseph był wstrząśnięty.
- Może za jakiś czas - odparła Vera, pojmując niejasno, że może posunęła się trochę za daleko.
Kiedy byli pięć lat po ślubie i Vera miała lat dwadzieścia osiem, ośmielił się powiedzieć jej, że dom jest już doskonały. Podziwiał każdy przedmiot z osobna, ustawiał razem z nią każdy mebel i miał nadzieję, że może wreszcie mają za sobą to ciągnące się w nieskończoność przedsięwzięcie. Z rosnącym przerażeniem obserwował, że Vera nie śpieszyła się wcale, aby gotować w swej nowej kuchni, niechętnie też odsłaniała zasłony w salonie z obawy, by nie spłowiały obicia. W gabinecie, który dla iu .40 urządziła, brak było tego wymarzonego ciepełka, ponkważ błagała go, by ograniczał ogrzewanie. Mogło spowodować odpadanie farby. Cygara mógł palić tylko poza domem.
Był to najnieszczęśliwszy rok dla Josepha, gdyż teraz dopiero pojął, że ukończenie domu nie miało wcale stać się początkiem normalnego wspólnego życia. Urodziwa twarz Very wciąż nachylona była nad rozmaitymi czasopismami
1 próbkami materiałów. Nigdy nikogo nie przyjmowali. Jeden jedyny raz zaprosił swą matkę staruszkę... na drinka w niedzielę przed obiadem. Vera uznała, że nie może ugotować porządnego niedzielnego obiadu, bo wówczas kuchnia źle się będzie prezentować i co teściowa sobie pomyśli?
- Ale dlaczego kuchnia ma się dobrze prezentować? -pytał błagalnie Joseph.
- Kosztowało to tyle czasu i pieniędzy, że teraz wszystko musi wyglądać jak najlepiej, inaczej przecież nie miałoby to sensu, prawda? - odparła.
Miał nadzieję, że jeśli przyjmie do domu jakąś pomoc, to może Vera poczuje się swobodniejsza i bardziej odprężona. Wspólnie odbyli rozmowy z siedemnastoma kandydatkami; zarobki oferowane przez Josepha były wysokie. Ostatecznie Vera zdecydowała się na dziewczynę z Filipin, która wykazywała prawie takie samo zainteresowanie domem jak ona. Całymi dniami czyściły razem i pucowały wszystko, co się dało. Miękkimi miotełkami delikatnie omiatały żyrandole i kinkiety, aż lśniły. Młodziutka dziewczyna z Manili oszczędzała każdego zarobionego pensa i tak jak Vera potrafiła przeżyć cały dzień, odżywiając się wyłącznie błyskawicznymi zupkami, aby nie opaść z sił. Wieczorem szła do swego pokoju i oglądała telewizję. Vera kupiła jej mały przenośny telewizorek, chcąc tym sposobem przytrzymać ją w domu. Powiedziała Josephowi, że gdyby Anna szwendała się gdzieś wieczorami, nie miałaby tyle energii do sprzątania.
Joseph zaproponował, aby przyjąć także kucharkę, Vera jednak nie rozumiała, po co ktoś miałby tu jeszcze bałaganić. Wyraziła jednak zainteresowanie dodatkową pomocą na przychodne, która wykonywałaby cięższe prace domowe, tak aby ona i Anna mogły zająć się jedynie bardziej wyszukanymi zadaniami.
Sprzątaczka przychodziła więc pięć razy w tygodniu. Była zdania, że Vera ma fioła, i nie zawahała się jej o tym powiedzieć. Vera jednak nawet nie słuchała i w żadnym razie nie czuła się dotknięta.
- Jeśli nie odpowiada pani praca i wynagrodzenie, to znajdę kogoś innego - powiedziała rozsądnie, bez obrazy w głosie.
Sprzątaczka nazywała się Murray i mieszkała w bloku przypominającym nieco domy, które Vera znała z dzieciństwa. Zdarzało się, że w przypływie współczucia dla swej chlebodawczyni, nieszczęsnej szalonej kobiety, pani Murray opowiadała rozmaite historie z życia w tamtych domach. Twarz Very kurczyła się w grymasie obrzydzenia. Z trudem powstrzymywała się, by nie uciec z pokoju, kiedy pani Murray przywoływała swą opowieścią jej dawne życie.
- Pani Murray, proszę zająć się robotą, błagam panią. Niech pani nie traci czasu, opowie mi to pani innym razem.
Za jej plecami Anna i pani Murray z politowaniem kiwały głowami i stukały się palcem w czoło.
- Wydaje mi się, że w młodości musiała żyć w nędzy -powiedziała kiedyś pani Murray do Anny w przypływie zaufania.
- Zawsze uważałam, że jest bardzo zamożna - odparła Anna.
- Czy nie żal ci tego jej staruszka? - nalegała pani Murray. - Już my lepiej umiałybyśmy się nim zająć, przynajmniej zjadłby coś dobrego, pośmielibyśmy się razem, potem dostałby lody i kieliszek porto. Wolałby to i wygodne kapcie, a nie te wszystkie luksusy. Tak myślę, jak mi Bóg miły.
Anna zastanowiła się nad tym przez chwilę.
- No tak, a kiedy pomyślę, jak to jest u nas w domu, w Manili... nie ma pieniędzy... brakuje jedzenia i mebli... ale kiedy ojciec wraca do domu, wszyscy przerywają na chwilę swoje czynności, witają go, śmieją się, cieszą; ojciec jest dla nas kimś ważnym.
Pani Murray z powagą kiwnęła głową.
Vera przystanęła za drzwiami. Wcale nie miała w planie podsłuchiwać, chciała tylko wypolerować rożek ramy od obrazu, co uszło uwagi ich wszystkich. Teraz jednak stała i słuchała. Zalała ją fala wielkiego współczucia dla tych dwóch kobiet, niewiele od niej starszych. Jedna pochodziła z pijackiej irlandzkiej rodziny i mieszkała w warunkach przypominających slumsy, w klitce z opieki społecznej, druga zaś była biedną Azjatką, z tak ubogiej rodziny i z kraju pogrążonego w takiej nędzy, że musiała stamtąd wyjechać, aby tu zamiatać podłogi i wysyłać im swe zarobki.
I to te dwie kobiety litowały się nad nią. Vera roześmiała się dźwięcznie na myśl, jak to natura w cudowny sposób pozwala ludziom znosić swój ciężki los, przez to, że uważają się za lepszych niż inni. W poczuciu przepełniającego ją szczęścia odeszła od drzwi i przyklękła, aby obejrzeć rzeźbione nogi od stołu, na których, jak wiadomo, łatwo gromadzi się kurz.
Jiigfibmy &> Is ling ton
am nadzieję, że je polubisz - powtórzył po raz czwarty.
- Och, z pewnością - odparła Heather, nie podnosząc głowy.
- Myślę, że będziesz się z nimi dobrze czuła - powiedział, niespokojnie przygryzając usta.
Heather uniosła wzrok znad czasopisma.
- Przecież ci powiedziałam, że z pewnością, ty głuptasie. A nawet jeśli nie, to też jeszcze nie koniec świata. Nie muszą ze mną żyć i ja z nimi też nie. - Przechyliła się z wdziękiem i pocałowała go w nos. Potem zdjęła pantofle, położyła mu stopy na kolanach i ponownie zagłębiła się w lekturze. Czytała jakieś bardzo kolorowe pismo, a tytuły wielkimi literami krzyczały o miłości, szaleństwie i cudzołóstwie.
Adam miał nadzieję, że skończy to czytać, zanim dojadą na miejsce, a najlepiej by było, gdyby wyrzuciła pismo gdzieś po drodze. Wyobrażał sobie zdumienie matki - magazyny o miłości i cudzołóstwie nie były wprawdzie u nich zabronione, tylko po prostu nikomu nie przyszłoby do głowy, aby je kupować. Już niemal słyszał ironiczne uwagi swej siostry. Louise i tak na ogół dość kpiąco i z rezerwą odnosiła się do obcych, teraz jednak martwił się, że Heather sama da jej broń do ręki.
- To twoja Heather czytuje taki chłam? - wykrzyknęłaby Louise na widok kompromitującego czasopisma. Na miłość boską, jak Heather mogła sobie teraz tak spokojnie siedzieć i niczym się nie przejmować?
Adam wyjrzał przez okno pociągu, starając się przybrać względnie spokojny i pogodny wyraz twarzy. Jednocześnie nie przestawał myśleć o tym, jakie jeszcze ważkie problemy mogą się przed nim pojawić podczas tego weekendu. Zdążył już wytłumaczyć Heather, że o żadnym wspólnym spaniu nie może nawet być mowy. Przyjęła to bez protestów.
- Nie ma sensu szokować staruszki, co? Dobra, poczekam, aż się wszystkie położą, i po cichu wślizgnę się do twojego pokoju.
Zdołał ją przekonać, że to także nie przejdzie. Odmalował przed nią obraz domu zamieszkanego przez trzy kobiety - matkę, Louise i starą Elsie. Po raz pierwszy ktoś z gości miał zostać na noc, a więc z pewnością będą niezwykle przejęte; przed ich bacznym wzrokiem nic się nie ukryje. Heather nie bardzo w to wierzyła, ale wzruszyła ramionami.
- No nic, jakoś wytrzymamy bez siebie przez te dwie noce.
Adam wiele czytał o miłości, zanim poznał Heather. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że miłość często bywa nieodwzajemniona - tak było na przykład, kiedy przez pewien czas kochał się w Jane Fondzie, a ona nie wiedziała nawet o jego istnieniu. Albo kiedy wzdychał do tej zarozumiałej dziewczyny z kółka teatralnego. Sam też bywał, oczywiście, przedmiotem westchnień. Taka choćby przyjaciółka Louise, cicha i drobna jak myszka, kochała się w nim przez jakiś czas. Kasłała i śmiała się nerwowo, co go trochę złościło. Raz po raz zapraszała go do teatru, pod pretekstem, że ma dwa wolne bilety. Nic do niej nie czuł.
