41,90 zł
KONTYNUACJA METAL SLINGER – EPICKIEGO ROMANTASY!
Metal Slinger. Żar metalu zostawił nas z plot twistem, którego nikt nie był w stanie przewidzieć. Co jeszcze się wydarzy?
Przysięgi zostały złożone. Magię skradziono. Wojna trwa.
Czy miłość zdoła to wszystko przetrwać?
Minęły cztery lata, odkąd Jovie zdradziła Ackera i zniszczyła to, co ich łączyło. Darując królowi Edmondowi życie, lecz odbierając mu magię, rozpętała wojnę, która spustoszyła terytoria.
Jovie zrobi wszystko, by uchronić swój lud przed konfliktem. Tłumi więź dobrania i próbuje wyrzec się Ackera. Ale jak zapomnieć o mężczyźnie, który wciąż odnajduje drogę do jej snów?
Acker również nie potrafi wymazać jej z pamięci. Uwikłany w wojnę ojca i nieszczęśliwe małżeństwo, jest rozdarty między lojalnością a uczuciem do kobiety, która go zdradziła. Kiedy odkrywa prawdę o odzyskanej magii Edmonda i jego niebezpiecznym sojuszu, staje przed wyborem, który może przesądzić nie tylko o losie świata, lecz także o przyszłości jego i Jovie.
Bo czasem największą zdradą jest walczyć przeciwko temu, czego się pragnie.
Przeczytaj, jeśli lubisz:
•Przymierze Wróbli Devney Perry
•Fourth Wing. Czwarte Skrzydło Rebekki Yarros
•Mroczną więź. Wilkory zagłady Sable Sorensen
•Bezsilną Lauren Roberts
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 616
Tytuł oryginałuLight Wielder
Projekt okładkiMURPHY RAE
Ilustracje na okładce tło: © Si-27star/depositphotos; sztylety: © aaronrutten/depositphotos; motyle i kwiaty: © Eclectic Anthology/Creative Market; iskry w tle: © getgg/depositphotos
Adaptacja okładkiNATALIA TWARDY
Koordynacja projektuJOANNA JEZIORNA-KRAMARZ
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaPAULINA KIELAN / PRE-TEKST
KorektaMONIKA KRZYWOSZYŃSKA
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / Lorem Ipsum
Copyright © 2024 by Rachel Schneider
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7157-3
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Opinie czytelników o książce
Light Wielder
DUCH ŚWIATŁA
„Z każdą kolejną książką Rachel Schneider podnosi poprzeczkę, tworząc romantyczną, poruszającą opowieść pełną emocji. Opowieść, od której nie można się oderwać”.
„Najlepsza kontynuacja, jaka ukazała się w minionym roku – jestem absolutnie ZACHWYCONA”.
„Mam na punkcie tej książki prawdziwą OBSESJĘ! Nieskończona liczba gwiazdek”.
„Tak właśnie powinna wyglądać kontynuacja”.
Mojemu mężowi – za nieskończoną miłość i wsparcie,które mi okazuje, kiedy ścigam marzenia
Acker,
gdy odpierałeś na wschodzie ataki wojsk Roisonów, dotarły do mnie wieści, że Kai z ojcem i wszystkimi siłami Alaha dobili do czarnych plaż ich wybrzeża. Twoja armia wkrótce straci przewagę liczebną. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Wtedy wezwiesz swoich najbliższych i jedynych sojuszników – Strou – zajmujących obszar po drugiej stronie zatoki, na północ od obu naszych terytoriów. O ile jeszcze się do nich nie zwróciłeś.
Ten list jest prośbą, byś tego nie robił.
Nie mogę pozwolić, by Strou dotarli do Twojej ziemi. Mój lud nigdy nie zwrócił się przeciwko nim. Wiem, że proszę o wiele, biorąc pod uwagę napięcia między nami, ale byłoby to z mojej strony zaniedbaniem, gdybym nie broniła swoich ludzi. W obliczu podobnego dylematu zapewne zrobiłbyś to samo.
Bogowie, nadal nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że znaleźliśmy się w takim położeniu.
Ostatnie dwa lata wydawały się ciągnąć w nieskończoność. A jednak życie toczy się dalej. Czasem mam ochotę zdjąć kamienie mangi – na wypadek gdybyś zrobił to samo – żeby móc zajrzeć do Twojej głowy. Ale potem przypominam sobie, co zaszło ostatnim razem, gdy to zrobiłam, i przekonuję sama siebie, że lepiej nie wiedzieć.
Jeśli nie potrafisz dostrzec tego, że Twój ojciec rządzi jak tyran, to myliłam się co do Ciebie i nie zasługujesz na koronę bardziej od niego. Każdy atak na moich ludzi uznam za bezpośredni atak z Twojej strony i wyślę armię Maile, aby przyniosła mi głowy Was obu.
Jovie
Odrywam pióro od pergaminu i wzdycham z frustracją. Marnuję czas. Nie ma powodu, żeby Acker rozważył oszczędzenie Maile – w końcu jego kraj się rozpada przez moją zdradę. Jedyne, co osiągnę tym listem, to kompromitacja.
Uchylam drzwiczki lampki na biurku i przykładam róg pergaminu do płomienia, a potem patrzę, jak ogień powoli przesuwa się w górę.
Lepsza przywódczyni wysłałaby ten list. Próbowałaby ratować swoich ludzi wszelkimi możliwymi sposobami, nawet kosztem własnej dumy.
Ale będę potrzebować tego, co zostało z mojej dumy, aby stanąć na czele armii w obronie naszego terytorium. A nie zdołam tego zrobić, jeśli Acker odrzuci propozycję, przecinając ostatnią nitkę nadziei podtrzymującą moje serce.
Wolałabym raczej stawić czoła śmierci.
– Gdzie on, do cholery, jedzie?!
Hallis, który zajął punkt obserwacyjny na szczycie schodów wiodących do pałacu, odwraca się ku mnie i unosi brew, omiatając wzrokiem moją na wpół ubraną sylwetkę.
– Plotka głosi, że do rezydencji na południu, aby spędzić tam czas w damskim towarzystwie.
Kończę zapinać koszulę i schodzę po stopniach do powozu.
– Ojcze – mówię na powitanie.
Spogląda na mnie, zapinając rękawiczki przy nadgarstkach, i uśmiecha się pomimo mojego wyraźnego niezadowolenia.
– Synu, gdzie podziałeś buty?
– Tyreek zwołał pilne zebranie. Cała rada już na nas czeka.
– Mam ważne sprawy do załatwienia – oznajmia mój ojciec. – Jestem pewien, że poradzisz sobie beze mnie.
– Oni będą to widzieć inaczej – oponuję.
– To zmuś ich, żeby zobaczyli to właściwie – stwierdza i poklepuje mnie po policzku. Robił tak, odkąd pamiętam. Ten gest ma mnie udobruchać, ale jest jedynie cholernie protekcjonalny. Woźnica Harold przytrzymuje przed ojcem otwarte drzwi, gdy ten wspina się do powozu. Przynajmniej on wygląda na skruszonego.
Wraz z kadetami na dziedzińcu patrzymy w ślad za ciemnymi ogierami ciągnącymi powóz w stronę pałacowych bram.
Niewiarygodne.
Słyszę kroki Hallisa. Staje obok mnie i unosi wzrok ku niebu.
– Mur bez tej całej ptasiej hałastry wygląda dziwnie.
Spoglądam na gzyms, na którym niegdyś przesiadywały myszołowy.
Kiedy Jovie i Messer – jej zmiennokształtny pupilek – uciekali z pałacu po wybiciu wszystkich członków rady mojego ojca, zatrzymali się, by rozbroić żołnierzy przy bramach. Siedzące wysoko ptaki spłoszyły się i rozpierzchły po nocnym niebie. Jovie stanęła pod żelazną bramą i uwolniła swoją magię. Błysk światła był tak jasny, że musiałem zasłonić oczy. Strumień mocy przeciął żelazne łańcuchy, na których wisiały klatki z królewskimi więźniami, a te runęły na ziemię i roztrzaskały się o nią z triumfalnym hukiem.
Biorąc pod uwagę zalaną krwią posadzkę sali jadalnej, to było najmniejsze ze wszystkich jej wykroczeń, ale z jakiegoś powodu właśnie ono najbardziej ugodziło w koronę mego ojca. Niosło jasne przesłanie: księżniczka Maile nie toleruje nękania obdarzonych magią.
Od tego dnia, który nastąpił niemal cztery lata temu, imię Jovinnii słychać niemal wszędzie, szeptane w ciemnych alejkach i na zapleczach tawern. Władająca światłem, która niegdyś budziła strach, stała się teraz promykiem nadziei dla wszystkich mających magiczne zdolności. Najwyraźniej w mieście mojego ojca kiełkowało ziarenko buntu, a działania Jovie zapewniły mu wodę, której potrzebowało, by się rozwijać. Ludzie stawali się coraz bardziej bezczelni. Zaczęły się protesty. Na ulicach leżały kamienie mangi z rozerwanych obroży, do których noszenia zmuszano władających magią, rozdeptane na pył przez wzburzone tłumy. Zaczęto domagać się zmian – wyzwolenia spod ucisku. Do tej pory mam przed oczami wizerunek wiszącego ciała ojca wymalowany na zewnętrznej stronie pałacowych murów. Sznur otaczający jego szyję miał taki sam cętkowany pomarańczowy wzór jak kamienie mangi.
Klatki już nigdy nie wróciły na swoje miejsca.
– Przestańcie się gapić! – wrzeszczy Hallis do kadetów nadal kręcących się po dziedzińcu. – Wracajcie do ćwiczeń!
To jeszcze chłopcy. Na widok ich młodych twarzy przewraca mi się w żołądku.
– Każ Imenowi przejąć prowadzenie treningu i zgłoś się do pokoju narad – nakazuję Hallisowi, wymijając go. – Niech służąca przyniesie nam z piwnic najlepsze wino. I coś do jedzenia. Może to trochę zrekompensuje nieobecność ojca.
– Wątpię – mamrocze pod nosem Hallis, ale odwraca się i idzie wypełnić rozkaz.
Pokonuję schody po dwa stopnie, wchodzę do pałacu i kieruję się na górę, do wolnej komnaty, aby szybko uporządkować rozkopaną pościel i ukryć ślady swojej obecności. Ostatnie, czego potrzebuję, to służba plotkująca o tym, że nie śpię we własnej sypialni. Zabieram sznur kamieni mangi ze stolika przy łóżku. Opuszczając komnatę w pośpiechu, z nadzieją, że powstrzymam ojca przed opuszczeniem miasta, zapomniałem naszyjnika. To było karygodne.
Choć szczerze nienawidzę tych nakrapianych kamieni, na dworze pełnią one istotną funkcję – tłumiąc moją magię, uśmierzają obawy nowej rady lordów. Wprawdzie kilku z nich ma dar, ale żaden nie jest równie niebezpieczny jak mój, a to ich niepokoi. Co ważniejsze, naszyjnik uniemożliwia mojej dobranej podsłuchiwanie.
Owijam szyję sznurem kamieni. Jego końce opadają mi na piersi. Kamienie są ciężkie, a to, jak tłumią magię, wyczerpuje. I nie pozwalają mi zapomnieć o zdradzie.
Wcale nie oczekuję, że Jovie posłuży się więzią, żeby mnie szpiegować. O ile wiem, zrobiła to tylko raz, odkąd odeszła, i jestem pewien, że dostała wtedy nauczkę. Zadbałem o to.
Wkładam buty i schodzę do sali narad. Przed wejściem biorę głęboki wdech. Wolałbym się zmierzyć z całą armią ludzi dwukrotnie większych ode mnie niż z radą, ale niestety, jestem właśnie tutaj. Ja, namiastka mojego ojca.
Gdy przekraczam próg, rozmowy cichną i wszystkie głowy odwracają się w moją stronę. Środek pomieszczenia zajmuje mapa wojskowa oświetlana przez duży żyrandol. W czasie wojny nigdy się go nie wygasza na wypadek sytuacji kryzysowej. Choć w jego blasku doskonale widać mapę, światło nie dociera do ścian sali i w kątach czają się cienie.
– Gdzie jest król? – Lord Draken odzywa się jako pierwszy.
– Niestety, nie dołączy do nas – ucinam, zwracając się do pozostałych czternastu doradców. Kiwam głową Hallisowi. – Zaczynajmy.
Tyreek, który jako ostatni zgodził się dołączyć do nowej rady ojca, pochyla się do przodu i zaciska palce na krawędzi stołu.
– Kiedy zwoływałem to zebranie, wyraźnie zaznaczyłem, jak ważna jest obecność twojego ojca – mówi.
Tym imponującym mężczyzną niełatwo wstrząsnąć. Jako chłopiec służył w armii mojego dziadka, a potem wrócił do domu, by zająć się rodzinną farmą na obrzeżach terytorium Kenta. Zanim udało mi się go przekonać, by został doradcą ojca, przetrwał niejedną suszę. Radził sobie też z trollami, które sporadycznie pojawiają się na jego ziemi. Dlatego bijąca od niego frustracja sprawia, że włosy stają mi dęba.
– O co chodzi? – pytam.
– Zostaliśmy zmuszeni do odwrotu z linii frontu.
– Gdzie? – pytam, okrążając stół, aby podejść do Tyreeka.
– Roisonowie zepchnęli moich ludzi do doliny. – Wskazuje na północne krańce swoich ziem, gdzie tereny uprawne przechodzą w skaliste wzgórza.
Sytuacja jest nieciekawa, ale mogło być gorzej. W tym miejscu teren się zwęża i batalionowi trudno będzie się tamtędy przecisnąć. Jednak bardziej martwią mnie pola pszenicy za niewielkim fiordem. Z pomocą sił Alaha Roisonowie mogą zniszczyć nasze zapasy żywności i zagłodzić nasz batalion.
– Ilu ludzi możemy tam oddelegować? – pytam Hallisa.
Potrząsa głową.
– Przez zwiększone ruchy wojsk Roisonów jesteśmy rozproszeni na całej linii frontu. Przenoszenie oddziałów z bardziej newralgicznych rejonów, żeby ocalić jeden batalion, byłoby marnotrawstwem.
Przenoszę wzrok z powrotem na Tyreeka.
– Jak to wygląda w liczbach?
– Mamy pięć tysięcy żołnierzy na trzydzieści tysięcy Roisonów. – Przesuwa dłonią po mapie. – Jeśli zajmą dolinę, za kilka tygodni mogą dotrzeć do bram pałacu.
Hallis przestępuje z nogi na nogę.
– Samo przeprawienie się przez to wąskie gardło zajmie im kilka tygodni. A nawet miesięcy, jeśli okres letnich burz rozpocznie się wcześniej. – Jego ton jest przepraszający. Widać, że Hallis ceni Tyreeka i nie lubi podważać jego zdania.
– Bardziej prawdopodobne, że zginą, próbując się przeprawić, niż że rzeczywiście im się uda – przyznaję mu rację.
Sądząc po ich minach, mężczyźni nie są zadowoleni z wyciągniętych przez nas wniosków. Martwią się. Jeśli Roisonowie przepchną swoje wojska przez fiord, będzie to historyczny precedens. Zostaniemy zmuszeni do odwrotu jako pierwsi, a coś takiego nigdy nie wróży dobrze.
– Bzdury! – Lord Paul wali pięścią w stół, rozrzucając ustawione na mapie znaczniki. Jako jeden z niewielu mężczyzn w pomieszczeniu ma szlacheckie pochodzenie i zachowuje się tak, jakby jego zdanie było ważniejsze niż opinia zasiadających w radzie lordów niższej rangi. – Nie przyjąłem miejsca w tej radzie po to, by wykonywać rozkazy chłoptasiów dwa razy młodszych ode mnie. To poniżające.
– Byłoby chyba mniej poniżające, gdyby król napluł nam w twarz – zgadza się z nim inny doradca.
To właśnie w tym nie jestem dobry. W uspokajaniu starych pryków i niańczeniu ich pod nieobecność ojca. Lepiej sprawdzam się na polu walki, gdzie przynajmniej mogę coś zdziałać w tej wojnie.
To zmuś ich, żeby zobaczyli to właściwie.
– Czy już zapomnieliście? – Krążę wokół stołu, wbijając wzrok w każdą z ich bezczelnych twarzy po kolei. – Walczyłem o tę ziemię. Wykrwawiałem się dla niej. Dla mojego ludu. Hallis tak samo. – Wskazuję na przyjaciela. Stracił lewą dłoń w bitwie, w której walczyliśmy jako dzieci, przez co utracił także swój dar. – Nikt nie poświęcił więcej niż on, choć jest najmłodszy z nas. A wy macie czelność podważać nasz autorytet?! Nasze rozumienie stawania w obliczu wroga o ogromnej przewadze liczebnej?
W ciszy, która zapada, moje ostatnie słowa jakby zawisają w powietrzu. Wszyscy znają historię o tym, jak udało nam się przetrwać, i opowieści o moich wyczynach na polu bitwy. Mogą podważać mój autorytet pod nieobecność króla, ale nie mogą kwestionować mojego wojennego doświadczenia. Gorzka prawda jednak jest taka, że... podają mój osąd w wątpliwość z zupełnie innego powodu. Ponieważ ostatecznie to ja sprowadziłem na lud Kenta śmierć i zdradę. To działania mojej dobranej oraz siostry niemal zniszczyły dwór ojca. W ich oczach równie dobrze mogłem to być ja.
Jak się spodziewałem, jako pierwszy odzywa się Paul.
– A gdzie teraz jesteś? – mówi bełkotliwie, strącając kolejne znaczniki. – Stoisz sobie tutaj, z dala od pola bitwy.
– Tak jak i ty – cedzi Hallis. – Idź i opróżnij kolejną butelkę, Paul. Jakiż to zaszczyt dla twojego ludu!
Zaczerwieniony z gniewu pijany lord otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale Tyreek kładzie mu dłoń na ramieniu, skutecznie go uciszając.
– Nie podważam twojego autorytetu jako przywódcy, Ace – oznajmia, używając przydomka, który nadali mi towarzysze broni. – Proszę tylko o kilku ludzi, by wyrównać szanse. Tam jest Zion.
Zion, jego syn. Brat mój i Hallisa. Jeden z naszej piątki naznaczonych identyczną blizną.
Jak połowa mężczyzn w tej sali, Tyreek również nie był przygotowany do zajęcia miejsca w radzie. W przeciwieństwie do pozostałych wcale nie pragnął tego zaszczytu. Wiedziałem jednak, że jego wojskowa wiedza i doświadczenie przydadzą się radzie. Przekonanie go wymagało wysiłku i wielu wizyt w jego włościach. Nie chciałem, żeby odniósł wrażenie, iż wycofuję się z obietnic, które złożyłem jemu i jego rodzinie. Poprzysiągłem mu, że jeśli zgodzi się zasiąść w radzie, zatroszczę się o jego rodzinę i dobra. Ziemie Tyreeka są zamieszkiwane głównie przez farmerów, którzy już wcześniej czuli się zaniedbani przez ojca po kilku ostrych zimach, które dały się im we znaki. Pozostawienie batalionu Ziona na pastwę losu byłoby dla nich dowodem na to, że jestem taki sam jak on.
– Powiedz Zionowi, by kazał swojemu oddziałowi się rozproszyć na wyżej położonych obszarach i obstawić przejście – mówię do Tyreeka, wskazując na mapie wzgórza. – Przez ten przesmyk za jednym razem nie przeciśnie się więcej niż kilkuset żołnierzy. Z góry ludzie Ziona powinni dać radę po kolei ich powybijać. Przekierujemy do nich oddział naszych wojsk, kiedy tylko będziemy w stanie.
Tyreek przechyla głowę. Akceptuje ten plan.
Kontynuujemy omawianie raportów z każdego regionu. W sumie straciliśmy dziesięć tysięcy ludzi i czterysta koni. Rozpaczliwie potrzebujemy uzdrowicieli. Kończą nam się zapasy żywności i zasoby.
Wojna wybuchła dwa lata po zdradzie Jovie. Tak jak przewidziała, Alaha przyłączyli się do Roisonów na wschodzie. Dzięki jej ostrzeżeniu zdołaliśmy zgromadzić wojsko na granicy na czas, aby odeprzeć inwazję.
Minął kolejny rok, zanim zostaliśmy zmuszeni do ustąpienia pola Roisonom. Ludzie Kenta znoszą to wszystko coraz gorzej. Każda rodzina wysłała przynajmniej jednego mężczyznę do walki. Wielu z nich od lat nie postawiło stopy w domu. Wielu już nie wróci. Ale mimo licznych opowieści o wojsku Wrena nie dostrzegłem w ich działaniach niczego szczególnego. Niczego niezwykłego ani godnego podziwu.
Jednak od roku przewaga liczebna wroga stale rośnie i po dwóch latach ciągłych walk desperacko potrzebujemy więcej żołnierzy.
Spoglądam na mapę i zatrzymuję wzrok na miniaturowych drewnianych statkach umieszczonych na pasie wody pomiędzy nami a terytorium Strou – naszych jedynych sojuszników. Ich ziemie w kształcie półksiężyca oddziela od nas bariera nie do przebycia – terytorium Maile. Marynarka wojenna Evelyn przechwyciła wszelkie posiłki, jakie wysyłało do nas Strou. Choć królowa Maile zachowała bezstronność w konflikcie Kenta z Roisonami, nie toleruje obcych statków na swoich wodach, a rozpaczliwe raporty z bitew pomiędzy jej flotą a flotą Strou nie dają nam wiele nadziei.
– Bru – zwracam się do jedynego obecnego żołnierza Strou. Wygląda przerażająco i jest prawie dwa razy większy od stojącego obok niego Hallisa. Nie potrafię pojąć, dlaczego ojciec Iriny, król Strou, wysłał właśnie jego jako swojego przedstawiciela. – Jakieś wieści o postępach w zatoce?
Olbrzym obrzuca spojrzeniem mapę, po czym potrząsa głową.
– Jeden statek przybił do portu tydzień temu. Jedyny z siedmiu wysłanych w ciągu kilku ostatnich tygodni.
Wypuszczam powietrze przez nos i napotykam wzrok Hallisa. Odbyliśmy wiele dyskusji na temat tego, co zasadzka na najbardziej wysuniętej na północ granicy Maile może oznaczać dla przebiegu wojny, ale w obliczu kurczących się zapasów i strat w ludziach korzyści z tego drastycznego kroku zaczynają przeważać nad kosztami. Wyraz twarzy Hallisa się nie zmienia. Przyjaciel patrzy na mnie z niewypowiedzianym pytaniem w oczach: Jesteś pewny?
Kiwam głową.
Hallis wskazuje na wzgórza na północy przy granicy między terytoriami Strou a Maile.
– Odwróćmy ich uwagę... – zaczyna, a ja z każdym kolejnym oddechem czuję coraz większy ucisk w piersi.
Przysięgam, że będę ją chronić do ostatniego tchnienia.
Przysięga krwi, którą złożyłem, by chronić Jovie, stale daje o sobie znać. Przypomina, bym pilnował granic obietnicy. Traktuję to ostrzeżenie poważnie. Choć właściwie żaden rozkaz nie wyszedł z moich ust, a planowane działanie nie uderza bezpośrednio w moją dobraną, magia ostrzega mnie, że wkraczam na grząski grunt. Daję Hallisowi znak, że wychodzę.
Wracam do swojej sypialni w okropnym nastroju. Ku mojej uldze jest pusta. Na stoliku przy łóżku dostrzegam talerz z niedojedzonymi owocami i chlebem oraz dwa na wpół opróżnione kieliszki czerwonego wina. Przelewam resztę trunku do jednego z kieliszków, który stawiam na biurku. Cały blat jest pokryty rozłożonymi księgami, które zsuwają się na podłogę, gdzie piętrzą się sterty pism zajmujące pół komnaty. Upijam łyk wina i omiatam wzrokiem grzbiety w nadziei, że jakiś tytuł przykuje mój wzrok.
Długo obsesyjnie poszukiwałem sposobu na zniesienie przysięgi. Spędzałem całe tygodnie, a czasem nawet miesiące, wertując niezliczone strony dawnych tekstów i licząc na znalezienie rozwiązania. Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że natknąłem się na coś obiecującego, wysyłałem po to swoich ludzi. Zioła z najdzikszych ostępów puszczy Roisonów, rzadkie kamienie z zachodnich źródeł, pijawki z południowych bagien – próbowałem wszystkiego. Ale nabawiłem się tylko dziwnej wysypki i bólów brzucha.
Filozofowie i badacze mają podzielone zdania na temat tego rodzaju przysiąg, ale łączy ich przekonanie, że to, co niezbędne do złożenia przysięgi, czyli krew, jest też konieczne do jej zniwelowania. Ale nie odkryłem żadnej miarodajnej metody, może poza wykrwawieniem się na śmierć.
Tak czy owak, te wysiłki nie mają najmniejszego sensu.
Nigdy nie pokonam tej przysięgi, dopóki nie uda mi się jakoś wyrzucić Jovie ze swojego serca. To takie zagmatwane – kocham ją, a jednocześnie chcę ją skrzywdzić, tak samo jak ona skrzywdziła mnie. Czasem sam siebie przyprawiam o mdłości, bo nienawidzę jej równie mocno, jak tęsknię za dotykiem jej skóry.
Z przysięgą krwi czy bez niej, Jovie zawsze będzie moją największą słabością.
Kuchnia to jedyne miejsce, gdzie mogę spokojnie zjeść lunch, nienagabywany przez petentów, którzy włóczą się po korytarzach w nadziei, że mnie osaczą. Notorycznie zadręczają mnie swoimi sprawami, abym wydał zezwolenie na wysłanie im wsparcia. Zawsze chcą więcej. Więcej żołnierzy, więcej pszenicy, więcej broni. Boli mnie, że muszę ich okłamywać, bo wiem, że podlegli im ludzie rzeczywiście potrzebują pomocy. Ale, dobrzy bogowie, to cholerne sępy! Wydrą ostatni grosz sąsiadom, jeśli to będzie oznaczać więcej pieniędzy w ich szkatułach.
Kucharz Antony stawia przede mną posiłek. Indyk jest suchy, a chleb na zakwasie chyba nawet bardziej, więc z trudem udaje mi się przełknąć kilka kęsów. Nie zaspokaja to mojego głodu, ale wstając od stołu, kiwam głową w podzięce Antony’emu. Pod względem umiejętności kulinarnych nie umywa się do naszego poprzedniego kucharza Henry’ego, ale biorąc pod uwagę fakt, że tamten był zdradzieckim dupkiem, jestem wdzięczny, że przynajmniej nie próbuje mnie otruć.
Przechodzę przez kwatery służących znajdujące się za kuchnią. Kobiety są przyzwyczajone do tego, że wymykam się tamtędy, żeby niepostrzeżenie wydostać się z pałacu. Większość z nich to doświadczone pracownice, które nie przejmują się moją obecnością. Jednak kilka młodszych usiłuje skorzystać z okazji, by ściągnąć na siebie moją uwagę. Paradują z rozpiętymi bluzkami i podwiniętymi spódnicami. Niemal każda z nich sprzedałaby własną matkę, żeby zostać moją nałożnicą. Dlatego z premedytacją unikam ich powłóczystych spojrzeń i opuszczam skrzydło dla służby tylnym wejściem.
Ciężkie chmury wiszą na niebie nad stolicą niczym akt oskarżenia. Po tym, jak podczas pobytu Jovie na dworze odkryliśmy tajne pomieszczenie w bibliotece, przeczesałem cały teren i znalazłem wiele innych ukrytych miejsc oraz przejść. Najwyraźniej sekretne korytarze za ścianami nie są jedyną tajemnicą pałacu.
W powietrzu unosi się słodki zapach wanilii. Wydziela go kurtyna kwitnących pnączy zwisająca z północnych murów pałacu, która ma zamaskować smród kuchennych odpadów. Ale maskuje coś jeszcze – we wnęce pod roślinnością kryje się brama. Nikt nie wpadłby na to, by zbliżyć się do trującego bluszczu z obawy przed pęcherzami, jakie wywołuje kontakt tych liści z odsłoniętym ciałem.
Narzucam na głowę kaptur i upewniam się, że moja skóra jest zakryta, po czym znikam pod roślinnością. Przykładam dłoń do żelaznego zamka, koncentrując się mocno, aby odblokować mechanizm mimo kamieni mangi oplatających moją szyję. Naszyjnik nie pozwala mi na pełne korzystanie z mocy, ale udaje mi się otworzyć bramę wychodzącą na tyły dzielnicy kupieckiej.
Wysuwam się na ulicę. Pilnuję, by moja twarz pozostała zakryta. Mógłbym wysłać służącego z wiadomością, ale od pewnego czasu zaufanie przychodzi mi z trudem. Już sam mój tytuł nie pozwala na ten luksus. Poza tym chcę porozmawiać z przyjacielem twarzą w twarz.
W mieście panuje cisza. Niewielu ludzi kręci się pomiędzy sklepikami i zamkniętymi restauracjami. Posąg Matki Natury z uniesionymi rękami stoi samotnie na centralnym placu. Woda, niegdyś spływająca spomiędzy palców figury, już dawno wyschła. Nie ma też dzieci, które zwykle bawiły się w basenie fontanny. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałem śmiech dziecka.
Takiej ciszy zdarzało mi się doświadczać jedynie tuż przed bitwą. Wtedy nawet wiatr wydaje się obawiać tego, co ma nadejść. Wszystko zastyga nieruchomo niczym żołnierze wstrzymujący oddech przed walką.
Dopiero w pobliżu kuźni ciszę przerywają szczęk żelaza uderzającego o żelazo i sapanie pracujących mężczyzn. Wchodzę na dziedziniec warsztatu. Po obu stronach płoną paleniska, a największy ogień pali się pośrodku, zamieniając dziedziniec w piec. Moja szyja i plecy natychmiast pokrywają się potem. Przedzieram się przez gęsty dym, usiłując wypatrzyć mojego przyjaciela i towarzysza broni. W końcu go dostrzegam. Pokryty sadzą Wells krzyczy do jednego z pomocników, by wyjął żelazną płytę z ognia. Następnie odwraca się do kowadła i zaczyna miarowo uderzać młotem w umieszczone na nim ostrze. Gdy podchodzę bliżej, podnosi na mnie wzrok, ale nie przerywa pracy.
Z każdym uderzeniem z rozgrzanego do czerwoności metalu sypią się iskry. Raz, drugi, trzeci.
Wells ogląda uważnie ostrze, po czym wsuwa je w ogień.
– Co? – pyta.
– Chciałem się dowiedzieć, czy wiesz już coś na temat następnej dostawy zbroi.
Wells wyciąga chustkę z tylnej kieszeni spodni i ociera nią najpierw szyję, a później czoło. To bezowocna walka, bo pot nadal spływa mu po twarzy.
– Dusty z Auden przesłał mi wiadomość. Obiecał, że do końca tygodnia będzie miał pięćset sztuk. Tak samo jak ja.
Auden leży o cztery dni drogi na wschód.
– A Trey?
Potrząsa głową.
– Kilka tygodni temu bandyci przechwycili jego dostawę żelaza. Nadal czeka na materiały.
Kurwa.
Coraz częstsze sygnały o szykującej się rebelii to kolejny, choć całkiem oddzielny problem.
– A miną jeszcze dwa tygodnie, zanim wyposażenie dotrze na linię frontu – podsumowuję.
Z tyłu rozlega się wołanie o pomoc. Wells ogląda się przez ramię, aby się upewnić, że ktoś już się tym zajął, po czym przenosi wzrok z powrotem na mnie.
– Coś jeszcze? – rzuca.
Mrużę oczy.
– Wszystko w porządku?
Prycha i potrząsa głową, jakby nie mógł uwierzyć, że zadałem mu tak głupie pytanie. Odwraca się i odchodzi, zostawiając mnie pośrodku dziedzińca.
Jego reakcja kompletnie wytrąca mnie z równowagi. Zastygam w miejscu i przyglądam się, jak podchodzi do paleniska i łopatą dosypuje węgla do ognia. Zastanawiam się, czy odpuścić sobie dochodzenie przyczyn jego zachowania i przyjąć, że to skutek stresu związanego z wojną. Ale osobliwy sposób, w jaki na mnie patrzy, nie daje mi spokoju.
Robi mi się coraz bardziej gorąco i równie szybko narasta we mnie gniew. Ruszam w jego stronę.
– Jeśli coś leży ci na wątrobie, wyrzuć to z siebie.
Nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem.
– Nie mam dziś cierpliwości, żeby cię ugłaskiwać, Acker. Wracaj do domu.
– Ugłaskiwać mnie?
– Dobrze słyszałeś – oznajmia, trzaskając drzwiczkami pieca. Zamyka je na zasuwę. – Zachodzisz tu co kilka tygodni, żądając więcej broni, więcej zbroi i więcej części, a kiedy nie są gotowe na wczoraj, zachowujesz się tak, jakby to było niedopuszczalne. – Ściąga rękawice i kieruje się w stronę drzwi prowadzących do mieszkania.
Depczę mu po piętach.
Pierwszą niepokojącą rzeczą, jaką zauważam po wejściu, jest brud. Idę za Wellsem do jadalni. Jego pokryte sadzą buty zostawiają na podłodze czarne ślady. Na stole leżą czarne sztylety i miecze na różnych etapach wykończenia.
Na widok mojej miny Wells unosi brew.
– Och, nie wiedziałeś? – Zdejmuje fartuch i ciska go w sam środek bałaganu. – Parę tygodni temu na rozkaz twojego ojca dostarczono mi cały wóz kamienia płomiennego z poleceniem, bym wykuł z niego tyle broni, ile się da.
Że co, kurwa?!
Broń z kamienia płomiennego należy w pełni do swojego twórcy. Ten, kto ją wykuje, jest w stanie ją do siebie przyzwać zawsze i wszędzie. Użyta przeciwko dziedzicom może usunąć z nich magiczny dar i uczynić ich niezdolnymi do uleczenia się – czy to na lądzie, czy w jakichkolwiek innych okolicznościach. Co więcej, kamień płomienny jest niezwykle rzadki. Tak rzadki, że jego pozyskanie wymaga ogromnego nakładu pracy i środków. A ojciec nie wspominał nic o zwiększeniu wydobycia...
Jednak najbardziej niepokoi mnie sama ilość tego szczególnego uzbrojenia. Gdy Wells został kowalem, złożył przysięgę krwi, że nigdy nie przyzwie żadnej broni wykutej przez siebie z kamienia płomiennego. I choć to normalne, że król od czasu do czasu zażąda jakiegoś oręża, to ta skala jest bezprecedensowa.
Przenoszę wzrok z powrotem na Wellsa.
– Czemu o tym nie wspomniałeś, kiedy byłem tu ostatnim razem?
– Myślałem, że wiesz – odpowiada. Wzrusza ramionami i kieruje się do kuchni.
Idę za nim.
– Gdzie jest Olivia? – pytam.
– Wysłałem ją do moich rodziców.
Zatem wiadomo, skąd się bierze jego paskudny nastrój. Wells i Olivia nie spędzili osobno więcej niż jednego dnia, odkąd mieli po szesnaście lat. Tłumaczy to również okropny wygląd ich domu. Olivia byłaby wściekła, gdyby zobaczyła, w jakim jest stanie.
Wells przeszukuje szafki i wyrzuca ich zawartość na ladę. Jest spięty. Można to poznać po tym, jak koszula opina jego naprężone ramiona. W końcu znajduje puszkę, która mu odpowiada, wyciąga z szuflady nóż, wbija go w wieczko i otwiera, piłując ostrzem. Odgina blaszkę, podnosi puszkę do ust i wlewa większość zawartości prosto do gardła.
Dopiero wtedy dostrzegam, jak wychudł.
– Kiedy ostatnio jadłeś prawdziwy posiłek?
Nie odpowiada. Wyciągam z szuflady łyżkę i wsadzam ją w resztę groszku, zanim zje go prosto z puszki.
– Wells, co się dzieje?
Bierze łyżkę, choć niechętnie.
– Jest w ciąży – oznajmia z pełnymi ustami.
Potrzebuję chwili, żeby zrozumieć sens tego, co do mnie mówi.
Olivia jest w ciąży. O rety!
– To... wspaniale, Wells. – Odchrząkuję, aby włożyć w swoje słowa więcej entuzjazmu. – Gratulacje.
Kiwa głową, ale bez cienia ekscytacji.
Trwa wojna, a przed nią nie ma ucieczki. Jako królewski kowal jest wystarczająco zamożny, by móc sobie pozwolić na jedzenie i inne niezbędne rzeczy, ale wygląda na wycieńczonego. Przez ostatnie trzy lata uzupełniał zapasy broni, które wojsko niszczyło w ciągu ułamka czasu, jaki zajmowało ich wykonanie. Mało powiedziane, że to nienajlepszy moment na sprowadzenie na świat dziecka.
To moment najgorszy z możliwych.
– Olivia i dziecko będą bezpieczni na północnym wybrzeżu – oznajmiam.
– Jak długo? – pyta, wypuszczając z dłoni łyżkę, która wpada do pustej już puszki. Wie równie dobrze jak ja, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. – Olivia jest przekonana, że Jovie pierwotnie zaproponowała ci rozejm – oznajmia, wbijając we mnie wzrok.
– Rozmawiała z nią? – pytam, z trudem kryjąc gniew.
Wells nie odpowiada. Zdaje sobie sprawę, że nigdy nikomu nie wybaczę zdrady. Nawet jemu.
– Jeśli Olivia spiskuje z wrogiem...
– Twoim wrogiem – wchodzi mi w słowo. Mierzy mnie hardym spojrzeniem oczu przypominających roztopioną rudę, mówiącym: Tylko odważ się dokończyć to zdanie.
Zaciskam zęby, żeby powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś, czego pożałuję.
Na twarzy Wellsa malują się ból i dezorientacja. Wytrzymuje moje spojrzenie, a jego oczy zachodzą łzami.
– To wszystko wcale nie musiało się wydarzyć – stwierdza, potrząsając głową. – Tylu ludzi straciło życie! I po co?
– Chciała w zamian głowy mojego ojca – wyjaśniam z niedowierzaniem.
Z głośnym trzaskiem odstawia puszkę na blat.
– Ocaliłeś mężczyznę, który założył mi na szyję tę obrożę! – wybucha.
Jestem zbyt oszołomiony, by zareagować.
Nigdy nie zdradziłem Wellsowi ani Olivii ultimatum, jakie postawiła mi moja dobrana. Za każdym razem, gdy chciałem poruszyć ten temat, prawda o tym, co wydarzyło się tamtej nocy blisko cztery lata temu, nie przechodziła mi przez gardło. Ostatecznie zdecydowałem się milczeć, nie rozdrapywać starych ran i pozwolić, by cała historia odeszła w niebyt razem z martwymi członkami rady.
Jednak szczerze mówiąc, spodziewałem się, że Wells i Olivia nie zrozumieją mojej decyzji. W końcu wiele razy wyrażali niezadowolenie z rządów mojego ojca.
Wells obraca się na pięcie i trzaska drzwiczkami szafki, wyładowując w ten sposób frustrację na pierwszej rzeczy, którą ma pod ręką, żeby powstrzymać się przed zrobieniem czegoś, czego nie będzie w stanie cofnąć. Na przykład przed przywaleniem mi.
Po chwili ciszy odzywa się, wciąż odwrócony plecami do mnie:
– Wiesz równie dobrze jak ja, że Maile już wiele razy mogli zwrócić się przeciwko nam. – Gdy się odwraca, jest spokojniejszy. – Znają nasze słabe punkty. Wiedzą, że przekierowaliśmy całą armię na granicę z Roisonami. Mogli bez przeszkód najechać nasze ziemie, zburzyć miasta, cholera, nawet zająć stolicę! Ale... nie zrobili tego. – Wbija we mnie błagalny wzrok. – Musiałeś się zastanawiać dlaczego.
Zastanawiałem się nad tym bez końca. Nic w całej tej wojnie nie ma sensu. Evelyn miała mnóstwo okazji, by spustoszyć nasze miasta na zachodzie, ale nie wykonała w tym kierunku żadnego ruchu. Jovie mogłaby wzniecić rebelię w sercu mojej stolicy, a jednak tego nie zrobiła.
Ta refleksja wywołuje we mnie gorzkie podejrzenie, które przyprawia mnie o mdłości: że Jovie nigdy nie miała zamiaru zniszczyć ani korony mojego ojca, ani ludu Kenta. Że planowała zabić mojego ojca tylko po to, by zadowolić swojego kochanka Kaia. Syna Wrena.
Nie sądzę jednak, by teraz była odpowiednia pora na dzielenie się z Wellsem tymi przypuszczeniami czy też wyznanie mu, że postanowiłem posłać nasze oddziały zbrojne na północną granicę Maile. Zmagałem się z tą decyzją miesiącami i choć Maile nie zaatakowało nas bezpośrednio, to przeszkadzało statkom Strou w dostarczeniu nam zaopatrzenia. Brakuje nam ludzi, broni, jedzenia. Cholera, nawet wosku do świec! To z ich winy tak długo tkwimy w martwym punkcie.
Ze wszystkich istnień, którym odebrałem życie, żadne nie prześladowały mnie bardziej niż te, które przypuszczalnie poświęciłem, ratując ojca. Moi ludzie padają jak muchy. Im dłużej trwa ta wojna, tym trudniej osądzić, jaka decyzja jest słuszna, a jaka zwyczajnie łatwiejsza, ale niech mnie diabli, jeśli wezmę na siebie winę za czyny tej dziewczyny.
Nęka mnie wspomnienie chwili, gdy patrzyłem, jak moja dobrana przykłada do gardła mojego ojca sztylet – ten sam, który nosiłem przy sobie na jej pieprzoną cześć.
– Acker, on kiedyś włoży taką samą obrożę na szyję mojego dziecka. – Głos Wellsa przebija się przez moje myśli.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – pytam, wbijając w niego spojrzenie. – Że jesteś po jej stronie?
Potrząsa głową.
– Zawsze będę po twojej stronie, Ace – oznajmia, przykładając dłoń do piersi. – Proszę cię tylko... Jeśli możesz zakończyć tę wojnę... w jakikolwiek sposób... to błagam, zrób to.
Gdy miałem trzynaście lat, Wells ocalił mi życie, zasłaniając mnie ciałem przed wymierzoną we mnie strzałą. Odwzajemniłem się, odpychając go z trajektorii kolejnej strzały, co scementowało naszą więź do śmierci. A nawet na dłużej. Nie ma kresu.
To dlatego desperacja, jaką słyszę w jego głosie, jest tak bolesna.
Wells skłania głowę w tradycyjnym geście lojalności Kenta.
– Przelano już tyle krwi... – Urywa i podnosi na mnie wzrok. W jego oczach dostrzegam ożywienie. – ...ale ona jest twoją dobraną. Posłucha cię.
Ogarnia mnie fala smutku.
– Ona nie jest Olivią, Wells. Nie wszystkie dobrane pary się kochają.
Obrzuca mnie spojrzeniem najgorszym z możliwych – bo pełnym rozczarowania.
– Możesz się okłamywać, ile chcesz, Ace, ale doskonale wiesz, że mogła zrobić mnóstwo złego. Wybrała wojnę zamiast zabicia twojego ojca, bo poprosiłeś, by tego nie robiła. Jeśli to nie miłość, to już sam nie wiem, co nią jest.
Jestem zbyt wyczerpany, by kłócić się z nim o miłość mojej dobranej. Albo jej brak.
Odwracam się.
– Zobaczę, co da się zrobić, żebyś dostał więcej żelaza – mówię na odchodnym.
W przeciwieństwie do niego ja mam żonę, która czeka na mój powrót.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
