Landon & Shay. Tom 1 - Brittainy C. Cherry - ebook
NOWOŚĆ

Landon & Shay. Tom 1 ebook

Brittainy C. Cherry

4,6

532 osoby interesują się tą książką

Opis

Shay Gable i ja nigdy nie przypadaliśmy sobie do gustu. Zawsze próbowaliśmy się unikać. Rozchodziliśmy się w różne strony. Nawet na siebie nie patrzyliśmy. Wszystko się zmieniło, gdy rzuciłem jej wyzwanie. Zaczęło się od głupiego zakładu: rozkochać ją we mnie, nim sam się w niej zakocham.

Miałem zgarnąć łatwą wygraną. Przecież jej nie kochałem, ledwo ją tolerowałem. Mimo to nasza relacja powoli zaczęła ulegać zmianie. Dziewczyna sprawiała, że zapragnąłem nieznanych wcześniej rzeczy. Miłości, szczęścia, związku. Im bliżej byliśmy, tym bardziej przeganiała mój mrok i głęboko skrywane emocje. Ból, urazę, prawdę. Nasz związek stał się zbyt prawdziwy, uczucia się pomieszały i wzrosło ryzyko zranienia. Jednak, jak mówi stare powiedzenie: w miłości i na wojnie wszystko jest dozwolone – a zwłaszcza złamane serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Każdemu, kto kiedykolwiek czuł się samotny –

połóż rękę na sercu.

Czujesz?

Wciąż bije.

Ta książka jest dla Ciebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

 

Kocham Cię, tak jak się kocha rzeczy mroczne, w tajemnicy, pomiędzy cieniem a duszą.

 

~ Pablo Neruda

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Landon

 

 

 

2003

 

Nigdy nie chciałem być potworem, ale zastanawiałem się, czy niektórzy rodzą się z mrokiem we krwi i zainfekowaną duszą.

Moje imię było żywym dowodem na to, że powinienem być lepszą osobą.

Wywodzę się z rodu niezwykłych ludzi. Mama nazwała mnie po wujku Lansie i dziadku Donie – dwóch najwspanialszych mężczyznach na świecie. Imię Don oznacza kogoś szlachetnego, a Lance – sługę. Oni byli tego doskonałym przykładem. Obaj walczyli na wojnach. Poświęcali życie i umysły dla innych. Każdego witali z otwartymi ramionami i dawali z siebie dosłownie wszystko.

Połączenie tych imion powinno uczynić ze mnie szlachetnego sługę świata, ale byłem od tego daleki. Gdyby zapytać większość kolegów ze szkoły, skąd pochodzi moje imię, zapewne odparliby, że od dupka. I słusznie.

Nie byłem podobny do dziadka czy wujka. Obrażałem ich pamięć.

Nie miałem pojęcia, dlaczego tak wiele mroku skrywało moje serce. Nie wiedziałem, dlaczego tkwiła we mnie taka złość. Po prostu ją odczuwałem.

Byłem dupkiem, nawet niecelowo. Jedynymi ludźmi, którzy mnie znosili, byli najbliżsi przyjaciele i Monica – dziewczyna, której usilnie starałem się pozbyć z mojego życia.

Nie było we mnie niczego szlachetnego czy służalczego. Troszczyłem się wyłącznie o siebie, i tych niewielu, którzy byli na tyle uparci, by nadal nazywać mnie swoim kumplem.

I nienawidziłem tego w sobie. Nienawidziłem tego, że nie byłem dobry. Nie byłem przyzwoity. Zrobiłem wiele złych rzeczy, przez które zapewne Lance i dziadek przewracali się w grobie.

A dlaczego taki byłem?

Chciałbym wiedzieć.

Mój umysł był łamigłówką i ledwie wiedziałem, jak połączyć jej elementy.

Po bezsensownych lekcjach poszedłem do stołówki i wziąłem tacę. To był ostatni semestr szkoły średniej, po którym mógłbym uciec z małego miasta Raine w stanie Illinois.

Kiedy szedłem do stolika, skrzywiłem się na widok siedzącej tam Moniki. Przez chwilę chciałem się wycofać, aż przyjdą Greyson, Hank czy Eric, ale dziewczyna już mnie wypatrzyła i zaczęła machać.

– Landon! Weź mi mleko. Odtłuszczone – poleciła piskliwym głosem. Nie znosiłem go. Brzmiała jak upiór i, przysięgam, miałem koszmary, w których ta dziewczyna wykrzykiwała moje imię.

Nie pamiętałem, by wcześniej jej głos tak mnie irytował, choć zawsze przy wcześniejszych spotkaniach byłem pijany lub naćpany. Znaliśmy się już długo. Byliśmy sąsiadami, którzy mieli pokręcone życie. Każde z nas posiadało własne demony.

Kiedy nasze problemy za bardzo nas przytłaczały, wykorzystywaliśmy seks, by się wyluzować. Nie było w tym nic romantycznego. Szczerze mówiąc, nawet za sobą nie przepadaliśmy, co mi się podobało. Nie byłem zainteresowany związkiem. Co jakiś czas potrzebowałem pobzykać, aby uspokoić mój rozdygotany umysł.

Działało przez chwilę, aż postanowiłem rzucić picie i prochy.

Odkąd przestałem brać, Monica miała zbyt wiele do powiedzenia w tej kwestii.

– Lubiłam cię bardziej, gdy byłeś na haju – stwierdziła, gdy ostatnio trafiliśmy do łóżka.

Na co odparłem:

– Lubiłem cię bardziej, gdy ssałaś mi fiuta.

To nawet nie była prawda. Nie cieszył mnie seks z nią. Po prostu zabijałem w ten sposób czas. Pieprzyła się jak laski w pornosach, więc teoretycznie powinno być wspaniale. Ale tak naprawdę oznaczało brak rytmu, nieudolność i co jakiś czas musiałem na własną rękę szukać drogi na szczyt.

Monica uderzyła mnie w twarz, gdy jej to powiedziałem, co częściowo nawet mi się spodobało. Skóra się zarumieniła i zapiekła. Przypomniałem sobie, że żyję i wciąż coś czuję, bo przeważnie byłem jak lód – zimny i bolesny dla każdego, kto próbował mnie dłużej przytrzymać.

Monica stwierdziła, że nie będzie się ze mną bzykać, póki znów nie będę na haju.

Dlatego też katastrofa, w której braliśmy udział, skończyła się – przynajmniej dla mnie.

Ona jednak nie zrozumiała. Przez ostatnie tygodnie próbowałem się od niej odsunąć, ale jak wierny karaluch za każdym razem pojawiała się przy mnie, i to w najgorszych chwilach.

– Naćpałeś się już? Wróciłeś do starych nawyków? Chcesz pomacać moje cycki?

Ostatnią osobą, z którą chciałem mieć do czynienia w tym tygodniu, była Monica, ale wiedziałem, że jeśli z nią nie usiądę, zacznie wołać głośniej.

Położyłem tacę na stole i skinąłem jej głową.

– Co jest? Gdzie mój napój? – zapytała.

– Nie słyszałem – odparłem cierpko.

Wzięła mleko z mojej tacy i bez pytania je otworzyła. Miała szczęście, że brakowało mi siły na kłótnię. Nie spałem i zarezerwowałem energię na rzeczy i ludzi, którzy mieli jakiekolwiek znaczenie. Lista była krótka, imię dziewczyny na niej nie widniało.

– Tak sobie myślałam, powinieneś w weekend urządzić u siebie imprezę – powiedziała, popijając mleko. Jedynym plusem tego przywłaszczenia było to, że wziąłem nieodtłuszczone, więc nie do końca wygrała.

– Zawsze tak uważasz – odparłem, zaczynając jeść. Dziś był pierwszy tydzień szkoły po feriach i doceniłem fakt, że na stołówce nadal serwowano to samo podłe jedzenie, co przez te wszystkie wcześniejsze miesiące. Jedną rzecz w życiu uwielbiałem – konsekwencję.

– Tak, ale w ten weekend naprawdę powinieneś ją urządzić, to urodziny Lance’a. Powinniśmy się zabawić na jego cześć.

Wkurzyłem się, gdy mówiła o nim, jakby go znała albo jej na nim zależało. Powiedziała to tylko z jednego powodu – aby zaleźć mi za skórę. Aby na mnie nacisnąć. Aby zrobić ze mnie potwora, za którym tęskniła. Wydawało jej się, że nie mogła mnie wykorzystywać, aby zapomnieć o swoich bliznach, jeśli moje rany nie krwawiły.

Minął niemal rok od śmierci Lance’a.

Wciąż czułem, jakby to było wczoraj.

Zacisnąłem zęby.

– Nie przeginaj.

– Dlaczego? Lubię cię wkurzać.

– Nie musisz się uganiać za jakimiś starszymi fiutami? – Odetchnąłem głęboko, a ona posłała mi złowrogi uśmiech. Lubiła, gdy wypominałem jej, że podobają jej się starsi faceci. W ten właśnie sposób starała się dać mi nauczkę, gdy z nią nie sypiałem. Spotykała się z jakimś gościem, po czym mi o nim opowiadała.

Szkoda, że jej plan był kretyński, bo mnie to nie obchodziło.

Jeśli już, to było mi jej żal przez jej brak poczucia własnej wartości.

Monica stanowiła klasyczny przypadek bogatej dziewczyny z kompleksem tatusia. Nie pomagało, że jej ojciec naprawdę był kutasem. Kiedy powiedziała mu, że jeden z jego partneróww interesach dobierał się do niej na przyjęciu, nazwał ją kłamczuchą. Wiedziałem jednak, że nie ściemniała, ponieważ zauważyłem, że poszła wtedy do sypialni i płakała. Ludzie tak nie szlochają, jeśli historia nie jest prawdziwa. Okazało się jednak, że to nie był pierwszy raz, gdy któryś z partnerów biznesowych ojca ją molestował, ale za każdym razem, gdy mu o tym mówiła, stwierdzał, że przesadnie dramatyzuje i desperacko łaknie uwagi.

Stała się zatem dokładnie taka, jak postrzegał ją ojciec.

Domagała się uwagi facetów, którzy według niego nigdy jej nie chcieli. Miała z nim problemy, więc sypiała z gośćmi w jego wieku. W łóżku nazywała ich swoimi tatuśkami, co było pomylone.

Kiedy raz i mnie tak nazwała, natychmiast przestałem ją posuwać. Nie chciałem karmić jej demonów. Pragnąłem jedynie uciszyć na chwilę własne.

Prawdę mówiąc, cieszyłem się, że już ze sobą nie sypialiśmy.

Wypchnęła policzek językiem i uniosła brwi.

– Co? Zazdrosny?

Chciałaby.

Wcale się tak nie czułem.

– Monico, wiesz, że nie jesteśmy parą, prawda? Możesz robić cokolwiek chcesz, z kimkolwiek chcesz. Nie jesteśmy w związku. – Byłem dobry w wyjaśnianiu tego laskom. Nigdy nie wprowadzałem ich w błąd, że połączy nas coś poważnego. W mojej głowie panował chaos, wiedziałem, że nie jestem dobrym materiałem na chłopaka. Wolałem być tylko kolegą do łóżka.

Szczerze? Nawet nie kolegą. Nie chciałem zażyłości i nigdy nie zechcę.

Monica puściła do mnie oko, jakby uważała mnie za kota, a siebie za mysz, którą miałem złapać. Winiłem za to tylko siebie. Najgorsze, co mogła zrobić tak pokręcona osoba jak ja, to spotykać się z inną pokręconą osobą. Dziesięć na dziesięć, że wyniknie z tego katastrofa.

Monica wyjęła komórkę i zaczęła pisać, jednocześnie o czymś bełkocząc. Obmawiała innych, jacy byli brzydcy, biedni czy głupi. Była seksowna, a mimo to była najpaskudniejszą osobą, jaką znałem.

Jednak nie mogłem jej oceniać. Kiedy wykorzystywałem ją naćpany, byłem jeszcze większym fiutem. Okazywało się, że na haju nie ma się żadnego współczucia dla innych. Mówiłem i robiłem gówniane rzeczy, za które w pewnej chwili karma z pewnością miała do mnie wrócić.

– Plotka głosi, że w sobotę organizujesz imprezkę – powiedział Greyson, gdy podszedł do stolika z Hankiem i Erikiem. Dzięki Bogu. Siedzenie z samą Monicą było koszmarem.

– To znaczy? – zapytałem.

Pomachał komórką, pokazując wiadomość od Moniki. No jasne. Byłem pewien, że ten sam SMS poszedł do tysiąca innych osób, i bez względu na wszystko, zamierzały do mnie przyjść. Zatem najwyraźniej musiałem coś urządzić.

Wszystkiego najlepszego, Lance.

Obróciłem się plecami do dziewczyny i wytrzeszczyłem oczy, szepcząc do Greysona:

– Stary, zwariowała.

Zaśmiał się i przeczesał ciemne włosy palcami.

– Nie chciałbym stwierdzać: „a nie mówiłem”, ale… – urwał i zachichotał. Od początku powtarzał, że sypianie z Monicą było kiepskim pomysłem, ale nie słuchałem. Sytuacja szybko obróciła się na moją niekorzyść.

Monica postukała mnie palcem po plecach.

– Hej, idę do łazienki. Pilnuj moich rzeczy.

Wzruszyłem ramionami, nie chcąc się do niej odzywać. Rozmowa z nią była niemal tak samo wyczerpująca, jak odrabianie zadania domowego. Wolałem zakuwać algebrę, niż z nią gadać, a byłem noga z matmy.

Kiedy wyszła ze stołówki, weszła Shay, a mnie skurczył się żołądek. Od roku działo się tak, ilekroć dziewczyna pojawiała się w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywałem. Nie do końca wiedziałem, co to oznaczało, czy w ogóle coś znaczyło, ale, cholera, zawsze tak było.

Powtarzałem sobie, że to prawdopodobnie gazy.

Nienawidziłem Shay Gable.

Jeśli czegokolwiek byłem w życiu pewien, to właśnie tego.

Znałem ją od lat. Była ode mnie młodsza, ale jej babcia pracowała u nas jako gospodyni. Czasami przychodziła razem z Shay, gdy rodzice nie byli w stanie się nią zajmować.

Od początku się nie dogadywaliśmy. Niektórzy natychmiast potrafią się zaprzyjaźnić, a my od razu się znienawidziliśmy. Nie cierpiałem tej dziewczyny i jej pogodnej osobowości. Shay od małego była grzeczna. Zawsze dostawała dobre oceny, i gdziekolwiek się udała, zdobywała przyjaciół. Nie brała prochów, imprezowała na trzeźwo. Pewnie codziennie się modliła i całowała babcię przed snem.

Panienka perfekcyjna.

Albo raczej sztuczna.

Nie kupowałem tej jej grzeczności.

Nikt nie mógł być aż tak dobry. Nie było osoby, która nie miałaby demonów.

Obracaliśmy się w tych samych kręgach, mieliśmy tych samych przyjaciół, ale od początku byliśmy kimś więcej niż wrogami. I pasowała mi ta nienawiść do niej. Była dziwnie przyjemna. Nienawidzenie Shay było najbardziej stałą rzeczą w moim życiu. Było jak narkotyczny haj, którego zawsze łaknąłem, i z każdym mijającym rokiem, coraz mocniej odurzało mnie jej odrzucenie. Było coś intensywnego w tej naszej relacji, a im byłem starszy, tym bardziej tego pożądałem.

Shay wyrosła tak, że wiele dziewczyn jej tego zazdrościło. Ciało rozwinęło się podobnie szybko jak umysł. Miała krągłości we wszystkich właściwych miejscach, oczy błyszczące w każdej sytuacji i głęboki dołeczek, na widok którego człowiek pragnął, by nie przestawała się uśmiechać. Czasami przyglądałem się jej i nienawidziłem siebie za to, że podobał mi się ten widok. Tego roku Shay wróciła do szkoły bardziej dojrzała. Miała większe zderzaki, krąglejszy tyłek. Gdybym nie pałał do niej taką nienawiścią, zastanawiałbym się nad zaciągnięciem jej do łóżka.

Nie tylko była piękna, ale również mądra. Była najlepszą uczennicą w trzeciej klasie. Umysł i uroda – choć nigdy bym tego nie przyznał. Według Shay całkowicie nią pogardzałem, jednak czasami przyglądałem się jej, gdy nie patrzyła. Niekiedy słuchałem, jak śmiała się z koleżankami. Widziałem, że obserwuje ludzi, jakby byli sztuką, a ona próbuje dowiedzieć się, jak zostali ukształtowani. Zapisywała różne rzeczy, jakby jej życie zależało od słów na kartkach.

Znałem tylko jedną osobę, która zapisywała tyle samo myśli co Shay. Musiała zapełnić setki zeszytów.

Monica zatrzymała Shay – zapewne zapraszała ją na imprezę.

Dlaczego miałaby to robić? Wszyscy wiedzieli, jak bardzo się nie cierpieliśmy. No, ale to była Monica. Tak bardzo zadzierała nosa, że nie dostrzegała problemów innych osób. A może zaprosiła ją, by mnie wkurzyć. Przecież to jedna z jej ulubionych rozrywek.

Shay stała ze swoimi przyjaciółkami Raine i Tracey.Ta pierwsza była również moją koleżanką, bo umawiała się z Hankiem, moim dobrym kumplem. Potrafiła rozbawić przy każdej okazji. Jeśli potrzebowało się powodu do śmiechu, należało udać się do niej. Często żartowała, że dostała imię po mieście, w którym się urodziła, ponieważ jej rodzice byli zbyt leniwi, by samodzielnie wymyślić coś mądrzejszego.

– Dzięki Bogu, że nie urodziłam się w Accident w stanie Maryland – cieszyła się. – Musiałabym chodzić na terapię.

Była też Tracey, królowa szkoły. Jeśli szukało się kogoś ze sportowym zacięciem, dziewczyna wykazywała je ponadprzeciętne. Ostatnio wydawało się, że jej blask wychodził Reggiemu bokiem. Reggie był tu nowy, przeniósł się z Kentucky i latała za nim większość dziewczyn, zachwyconych jego południowym akcentem. Szczerze? Dla mnie wyglądał jak zwykły dupek, który co jakiś czas przeciągał wyrazy. Byłem mistrzem w rozpoznawaniu dupków.

Trafił swój na swego.

Tracey była zbyt niewinna dla takiego chłopaka. Choć irytowała tą swoją pogodą ducha, generalnie wydawała się w porządku. Nikomu nie robiła krzywdy i właśnie dlatego niepotrzebowała uwagi takiego frajera jak Reggie. Pożre ją żywcem, po czym wypluje i uda, że jej nie zna.

Tak właśnie robili niegrzeczni chłopcy – karmiliśmy się dobrymi dziewczynami i rzucaliśmy je, gdy się już nasyciliśmy.

Reggie potrzebował Moniki. Dobraliby się jak w korcu maku.

Dziewczyny rozmawiały, a ja wiedziałem, że Monica zapewne nawijała o imprezie, której nie chciałem urządzać. Shay spojrzała na mnie z wahaniem i niesmakiem.

Witajcie, brązowe oczęta.

Jeśli ta dziewczyna nienawidziła czegoś bardziej niż mnie, to były to moje imprezy, i dlatego nigdy na żadną nie przyszła. Kiedy na mnie spojrzała, odwróciłem wzrok. Nie wchodziliśmy sobie w drogę, a jeśli tak się działo, wymienialiśmy tylko kilka słów. Przeważnie były chamskie. Tak właśnie wyglądała nasza interakcja. Nie cierpieliśmy się.

Poza tym jednym razem, dziewięć miesięcy temu.

Kiedy jej babcia Maria pojawiła się na pogrzebie Lance’a razem z Shay. Przyszły do nas na stypę i dziewczyna zastała mnie podczas jednej z niezbyt męskich chwil.

Nie chciałem, by widziała mnie w takim stanie: załamanego, rozczochranego, prawdziwego.

Nie chciałem również, by Lance umarł, ale było jak było. Pragnienia, marzenia, nadzieje – to wszystko fikcja.

– Na pewno chcesz tej imprezy? – zapytał cicho Greyson, odrywając mnie od myśli o Shay. Chłopaki przy stoliku mówili o koszykówce i dziewczynach, choć Greyson nie wydawał się tym zainteresowany. – Skoro to urodziny Lance’a.

Nikt inny nie miał pojęcia o urodzinach wujka, za co byłem wdzięczny. Greyson wiedział tylko dlatego, że śledził ważne dla mnie wydarzenia. Był właśnie takim przyjacielem. Miał pamięć jak nikt inny, i dobrze z niej korzystał. Monica wiedziała, bo zbierała informacje, aby używać ich jak sztylety, i dźgać swoje ofiary. Stanowiła całkowite przeciwieństwo Greysona.

Wzruszyłem ramionami.

– Chyba wolę być z ludźmi niż sam. – Chciał się spierać, ale pokręciłem głową. – W porządku. I tak przyda mi się towarzystwo. W dodatku nie sądzę, żeby Monica odpuściła.

– Mógłbym zapewnić lokum – zaproponował, ale odmówiłem.

Poza tym, gdy ja urządzałem imprezę to jedno, a kiedy robił to Greyson, sprawa miała się zupełnie inaczej. Moi rodzice zirytują się na myśl o domówce, ale szybko to przeżyją. Gdyby ojciec Greysona dowiedział się, że on ją urządza, chłopak dostałby surową karę. Jeśli cokolwiek wiedziałem o panu Eaście, to że był agresywny i niesprawiedliwy, kiedy wyżywał się na żonie i synu.

Miał szczęście, że nigdy nie widziałem, by podniósł rękę na mojego przyjaciela. Szybko bym mu ją wyrwał.

Kilka chichoczących dziewczyn podeszło do stolika i nam pomachało. To nie tajemnica, że wszystkie laski w szkole leciały na Greysona, a kilka na mnie. Zabawne, bo byliśmy zupełnie różni. Kumpel był bardzo dobrym uczniem, a ja – diabłem, ale okazywało się, że kobiety mogły kochać aniołów za dnia i nadal grzeszyć nocami.

– Plotka głosi, że w sobotę jest u ciebie impreza, Landonie – powiedziała jedna z dziewczyn, kręcąc włosy na palcu. –Możemy przyjść?

– Znam was? – zapytałem.

– Jeszcze nie, ale możesz mnie poznać na imprezie – powiedziała jedna z nich sugestywnym tonem. Wypchnęła policzek językiem i nim poruszała. Rety. Zdziwiłem się, że nie sięgnęła wprost do moich spodni, by wyjąć mi fiuta i zacząć go głaskać.

Oczywiście laski były od nas młodsze – zapewne z drugiej klasy. Nikt nie był bardziej napalony niż takie dziewczyny. Wydawało się, że pewnego dnia przestały niewinnie bawić się lalkami i przeszły do urządzania Barbie i Kenowi orgii. Rozumiałem, o co martwili się ojcowie licealistek. Córki dziczały. Gdyby któraś była moją, trzymałbym ją w piwnicy, póki nie skończyłaby trzydziestki.

Zbyłem jej prowokujący gest.

– Możecie przyjść, jeśli zdobędziecie adres.

Ich oczy zalśniły podekscytowaniem, gdy zachichotały i odeszły, najwyraźniej w poszukiwaniu miejsca, w którym mieszkałem. Gdyby mnie zapytały, zapewne bym im powiedział. Tego popołudnia czułem się litościwy.

– Zatem ta impreza naprawdę się odbędzie? – zapytał Greyson.

Wgryzłem się w kanapkę z suchym kurczakiem i próbowałem wyrzucić Lance’a z głowy i z serca. Impreza się przyda. Rozproszę się trochę.

– Tak. – Stuprocentowo pewny pokiwałem głową. – Odbędzie się.

Zerknąłem przez pomieszczenie i zobaczyłem, że Shay rozmawiała z jakimś fanem zespołu czy kimś takim. Zawsze robiła takie rzeczy – rozmawiała z ludźmi ze wszystkich klas społecznych. Osobami, które nie tylko ją kochały, ale także uwielbiały ją kochać.

Shay należała do elity szkoły, ale nie była złośliwa czy zdzirowata jak Monica i ja. Ludzie nas lubili, ponieważ ich przerażaliśmy. Shay lubili, bo… cóż, dziewczyna była jak księżna Diana tego liceum.

I właśnie dlatego jej nienawidziłem. Nie znosiłem jej nieokiełznanego szczęścia, pewności siebie i radości. Jej zadowolenie z życia cholernie mnie irytowało.

Wyglądała jak księżniczka, wyprostowana, z jaśniejącymi czekoladowymi oczami i pełnymi ustami, które nieustannie się uśmiechały. Miała gładką cerę w ciepłym odcieniu, a włosy jak najczarniejsze fale. Ciało zaokrąglało się we wszystkich właściwych miejscach, a ja mimowolnie zastanawiałem się, jak wyglądała bez ubrania. Mówiąc wprost, Shay była piękna. Wielu kolesi nazywało ją seksowną, ale ja się nie zgadzałem. Brzmiało to tanio, idiotycznie, ponieważ nie pałała jedynie seksapilem jak niektóre laski w szkole. Była promieniem słońca. Iskierką rozświetlającą niebo. Pieprzoną gwiazdą.

I choć brzmi to banalnie, pożądał jej każdy chłopak, a każda dziewczyna chciała być taka jak ona.

Przyjaźniła się ze wszystkimi – z każdą napotkaną osobą. A jeśli się z kimś umawiała, nie zrywała z nim w złości. Shay nie tylko wyglądała jak przeklęta księżniczka, ale też się tak zachowywała. Opanowana, pogodna, poukładana. Pewna siebie. Zawsze witała się z każdym, kto do niej podchodził. Nigdy nie wykluczała nikogo z jakiejkolwiek aktywności. Jeśli urządzała imprezę, zapraszała kujonów, tych z zespołu i futbolistów.

Nie wierzyła w separację ze względu na przynależność do danej klasy społecznej, co czyniło ją anomalią w szkole i w życiu. Jakby urodziła się lata świetlne przed resztą z nas i wiedziała, że status społeczny w szkole średniej zupełnie nic nie znaczy. Była niepasującym kawałkiem układanki. Uniwersalną osobą. Znajdowała sobie miejsce w świecie każdego i sprawiała wrażenie, że było to łatwe. Kujony mówiły o niej w taki sam sposób jak goci – z uwielbieniem i podziwem. Dla każdego była wspaniała.

Każdego, prócz mnie.

Ale nie przeszkadzało mi to. Prawdę mówiąc, pomysł, by Shay była dla mnie dobra, sprawiał, że lunch podchodził mi do gardła.

Każdego dnia wolałem jej nienawistne spojrzenie niż łagodne oczy łani.

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Landon

 

 

 

Raz w tygodniu po lunchu musiałem spotykać się z pedagogiem. Miała to być dla mnie wolna godzina, jednak musiałem siedzieć z panią Levi, jakbym był nienormalny.

Żałowałem, że nie przypaliłem zioła, zanim wszedłem do gabinetu, ponieważ łatwiej byłoby mi się uporać z litościwym spojrzeniem. Często żałowałem decyzji, aby odstawić picie i palenie. Przeważnie były to moje ulubione sposoby na zagłuszenie myśli.

Pani Levi użalała się nade mną, co było dziwne. Miałem dobre życie, bogatych rodziców i byłem jednym z najbardziej popularnych dzieciaków w szkole. Dobrze się uczyłem i zawsze dostawałem to, czego chciałem, a wątpiłem, by sama potrafiła to osiągnąć.

Podsumowując, miałem całkiem dobre życie. Jasne, towarzyszyły mi wzloty i upadki, ale przecież każdy je miał.

Jeśli już, to mi było żal jej.

Jako szkolna pedagog zarabiała marnie, bo pewnie nie udało jej się zostać prawdziwym terapeutą. Mąż ją zostawił, więc wyobrażałem sobie, że znajdowała się wśród ludzi tylko, gdy siedziała naprzeciwko uczniów. Byliśmy jej życiem towarzyskim – nastoletnie gnojki, które nie chciały mieć z nią do czynienia.

Jeśli to nie było żałosne, to nie wiedziałem, co mogło być.

Nie chciałem tu siedzieć, ale wiedziałem, że rodzice urządziliby mi piekło, gdyby się dowiedzieli, że nie przyszedłem na spotkanie. Cóż, przynajmniej matka. Ojciec miałby to gdzieś.

Wczoraj wieczorem mama nagrała mi się na poczcie, mówiąc, że chciałaby być ze mną w tym tygodniu, ponieważ wie, że z powodu urodzin Lance’a jest mi ciężko, ale nie zdołała zmienić planów podróży.

Chyba nawet to rozumiałem. Nie można było tak po prostu odwołać wyjazdu z koleżankami na Maui. Tak się nie postępowało. W dodatku to jedyne chwile, gdy Rebecca mogła mieć wolne z pracy, Karen do tej pory nie mogła podróżować z noworodkiem, a Kim, cóż, potrzebowała tego wyjazdu po rozwodzie.

– Przykro mi, Land. Chciałabym być przy tobie. Zostawiłam ci kartę kredytową, żebyś zamówił jedzenie. Możesz też zadzwonić po kucharza. Numer masz na lodówce. Będę dzwonić każdego ranka i wieczorami. Wysypiaj się. Musisz odpoczywać. I nie zapomnij o lekach. Bardzo cię kocham, skarbie. Porozmawiamy niebawem. Kocham cię. Okej. Pa.

Zawsze dwukrotnie powtarzała, że mnie kocha.

Tata, zamiast się nagrywać, wysłał mi wiadomość. Jego przesłanie było o wiele bardziej wspierające.

Tata: MĘŻCZYŹNIW NASZEJRODZINIENIESĄSŁABI. GŁOWADOGÓRY. TRZEBABYĆTWARDYM. DASZRADĘ. TATA.

Gdyby istniała naklejka na zderzak z napisem: Dla najlepszego ojca na świecie, z pewnością nie znalazłaby się na BMW Ralpha Harrisona. Wiedziałem, że jeśli nie zjawię się u pani Levi, kobieta poinformuje rodziców, a mama spróbuje umówić mnie z poprzednim terapeutą, żebym chodził do niego po lekcjach. Nie wiedziałem jak inni uczniowie, ale po długim dniu spędzonym w szkole nie miałem najmniejszej ochoty iść do jakiegoś śmierdzącego gabinetu i rozmawiać o uczuciach z sześćdziesięciolatkiem, który zapewne podczas przerwy na lunch posuwał recepcjonistkę.

Moim ulubionym rodzajem terapii była gra w Mortal Kombat do północy, popijanie przy tym Mountain Dew i wpychanie sobie pizzy do ust – przywileje życia w domu bez rodziców.

Przynajmniej gabinet pani Levi pachniał różami, a na jej biurku stała miska z M&M’sami.

– Landonie – powiedziała z uśmiechem pani Levi – jak tam sprawy w tym tygodniu?

Zawsze się uśmiechała, co było dziwne. Jak na kogoś mierzącego się z problemami nastolatków oraz własnymi nie powinna być szczęśliwa. Może takiego miała bzika. Może uciekała od tragedii. Zapewne dla zabawy oglądała produkcje dokumentalne o mordercach i filmy na kanale Lifetime.

– Tak jak i w zeszłym – odparłem, siadając naprzeciwko.

Na jej biurku znajdowało się pełno papierów oraz zdjęcia bratanicy i bratanka. Przyrzekam, że na pewno miała więcej fotografii tych dzieciaków niż ich rodzice w całym domu.

W poprzednim semestrze rozeszła się plotka, że pani Levi poroniła. Ludzie twierdzili, że dlatego się rozwiodła i nie miało to nic wspólnego z romansem jej męża. W związku z tym z tym jej gabinet stał się świątynią dla dzieci jej brata. Niektórzy twierdzili, że miała obsesję na punkcie tych maluchów, ponieważ nie mogła mieć własnych. Plotkarze sprawili, że wyszła na dziwną samotniczkę.

Sam nigdy nie spotkałem się z takimi słowami. Moja matka poroniła w zeszłe wakacje i to ją zniszczyło. Spędziła dużo czasu w domu i nie podróżowała. Z jednej strony było to miłe, że miałem przy sobie kogoś przez dłuższy czas. Z drugiej jednak czułem się podle, co wieczór słuchając jej szlochu.

Czy kiedykolwiek musiałeś słuchać, jak twojej mamie rozpada się świat?

Sprawa ta zraniła mnie w sposób, w jaki nie sądziłem, by był możliwy.

Tata był zbyt zajęty konferencją w Kalifornii, by wrócić do domu i zaopiekować się własną żoną, więc w za dużym domu byliśmy tylko ja i mama. Nie miałem jednak pojęcia, jak jej pomóc. Nie byłem dobry w pocieszaniu. Jak pomóc osobie, która straciła część siebie? Jak powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, skoro oczywiście nie będzie?

Nie umiałem naprawiać pogruchotanych ludzi. Gdybym mógł, wiele lat temu uzdrowiłbym samego siebie. Zamiast więc z nią porozmawiać i nakarmić ją jakimiś ogólnikowymi bzdurami, każdego wieczoru siedziałem przed jej sypialnią, aż jej płacz zmieniał się w chrapanie.

Czasami zajmowało to kilka godzin, innymi razy widywałem wschód słońca.

Kiedy jej się poprawiło, wsiadła w samolot i ponownie zniknęła.

Tęskniłem za nią, ilekroć wyjeżdżała. Nie była najlepszą matką, gdy ruszała w świat, choć gdy wracała, w pełni się angażowała. Zachowywała się, jakby została stworzona do tej roli. W dodatku, nawet jeśli nie siedziała w domu, dzwoniła każdego ranka i wieczora.

Z tatą było inaczej. Mógł przebywać w tym samym pomieszczeniu i nawet mnie nie zauważać. Jeśli już mnie dostrzegał, zaczynał od wytykania wad. Mimo to jego obecność nadal była lepsza niż jej brak. Nie zdarzała się zbyt często.

Czy to źle, że życzyłem sobie więcej tragedii, by zatrzymać przy sobie rodziców? Może, ale w tak dużym domu czułem się samotnie. Moim jedynym towarzyszem był pies Serdelek, który przyglądał mi się, jak grałem na konsoli.

– A jak się czujesz? Wszystko w porządku? – zapytała pani Levi.

– Zawsze dobrze. – Chciałbym, by przeszła do sedna, głównego powodu, dla którego siedziałem w jej gabinecie.

Jakieś mroczne myśli, Landonie?

Nie, pani Levi. Nie dziś, ale tak na wszelki wypadek niech pani zapyta też jutro.

– No tak, ale nadchodzące dni… – zaczęła i po tonie jej głosu poznałem, do czego się odnosiła. Pani Levi mówiła o zeszłorocznym wypadku Lance’a i widziałem, że czuła się z tym niezręcznie. Niektórzy nie byli dobrzy w rozmowie o trudnych rzeczach, pani Levi do nich należała. Zdecydowanie pomyliła profesje.

– Wszystko w porządku – powiedziałem, siadając prosto. – To znaczy, pamiętam, że rok temu o tej porze nie było super, ale teraz jest okej. Tak właśnie powinien działać czas, prawda? I minęło go trochę, odkąd wszystko się posypało.

– Zdrowienie nie ma ram czasowych. Zajmuje tyle, ile musi.

Cóż, jeśli to nie był najbardziej kiepski tekst z serialu komediowego, jaki w życiu słyszałem, to nie wiem, co nim było.

Pani Levi pochyliła się i ściszyła głos.

– Ale tak naprawdę, Landonie, jak się czujesz w związku z Lance’em? Myślałeś o nim ostatnio?

Zawsze o nim myślałem, był jak niezgaszony papieros. Czułem jego iskrę i za każdym razem, gdy zamykałem oczy, widziałem jego tragiczny płomień. Według mnie było to zarówno darem, jak i przekleństwem. Niekiedy byłem wdzięczny, że żył w moich wspomnieniach, innym razem naprawdę nienawidziłem tego, że zajmował moje myśli. Pokazywał się nieproszony w najgorszych chwilach. Na przykład w trakcie obmacywania z dziewczyną, do której próbowałem dobrać się od tygodnia, a tam łup! Wujek pojawiał się przed moimi oczami, bo laska pachniała cytrynami, a Lance uwielbiał cytrynowe cukierki.

Połączenie wydaje się głupie, ponieważ dziewczyna nie ssała landrynek. Pachniała tylko cytrusami, ale właśnie tak działa mój umysł – tworzy wiele głupich skojarzeń.

– Nie. Rzadko już o nim myślę – skłamałem.

Pani Levi uśmiechnęła się krzywo.

– Dlaczego wydaje mi się, że ściemniasz?

Ponieważ tak właśnie jest, pani Levi. Możemy iść dalej?

– Niektórzy mają gorzej. Nie mam prawa narzekać. – Wzruszyłem ramionami i postukałem w podłokietnik. Zerknąłem na zegar na ścianie, nie mogąc się doczekać, aż minie ta godzina. Nie miałem ochoty rozprawiać o uczuciach. Chciałem iść do domu, położyć się i przemyśleć każdy aspekt mojego życia.

Zmarszczyła brwi.

– Nie można porównywać cierpienia.

A powinno się. Powinien istnieć ranking oparty na skargach popartych cierpieniem lub czasie, przez który trwał ból. Gdzieś na świecie w tej chwili istnieli ludzie, którzy nie mieli pożywienia czy miłości. Do diabła, gdzieś tam zapewne jakaś osoba straciła całą rodzinę. Tusz na aktach zgonu pewnie wciąż był mokry. Kto więc miał większe prawo, by się skarżyć?

Pani Levi przyglądała się mojej twarzy, jakby próbowała mnie rozgryźć, zrozumieć, co działo się w mojej głowie, ale traciła czas. Mogła gapić się na mnie dzień i noc, ale wciąż nie dopuszczałem ludzi do mojego umysłu, bo nie wyszliby z niego tacy jak wcześniej.

– Landonie, wiesz, że to, co zrobił Lance, nie miało z tobą nic wspólnego, prawda? Cierpiał na depresję, a z nią bardzo trudno sobie poradzić. Był załamany.

Chciałbym, by przestała mówić o wujku, jakby go znała. Wiedziała jedynie to, o czym przeczytała w akcie zgonu. Nie był załamany. Był moim przyjacielem. Moją rodziną. Moim bohaterem. To mama i Lance mnie wychowali, kiedy tata nieustannie pracował. Lance był młodszym bratem mamy, a rodzeństwo było ze sobą zżyte. Kiedy wprowadził się do naszego domu, wydawało się, że w końcu staliśmy się prawdziwą rodziną. Nauczył mnie jeździć na rowerze. Pokazał mi, jak omijać kamienie. Wpoił mi wartości, nauczył się śmiać.

Pani Levi nie miała pojęcia, o czym mówiła, a mimo to nie zamykała ust.

– Jego zachowanie nie miało z tobą nic wspólnego. Wiesz o tym, tak?

– No tak.

To również kłamstwo, ale nie chciałem, by tak było. Chciałem, by wypadek Lance’a naprawdę nie miał ze mną nic wspólnego, lecz czasami ciężko było oddzielić czyjś ból i zmagania od swoich własnych. Chyba tak właśnie było z kochaniem kogoś – ścieżki serc się przeplatały. Oznaczało to taką bliskość, że nie można było określić granicy między własnym bólem a tym drugiej osoby.

Wiedziałem, że Lance miał depresję, i wydawało mi się, że tylko ja potrafiłem to zauważyć. Wszyscy inni byli zbyt zajęci, dlatego obwiniałem siebie. Powinienem był coś zrobić. Powinienem był komuś powiedzieć. Być przy nim.

W głowie mi się kręciło, łzy napłynęły do oczu. Mężczyźni w naszej rodzinie nie są słabi. Głowa do góry.

Nigdy nie rozmawiał ze mną o swoim smutku, ale i tak go zauważyłem. Może dlatego, że byłem do niego bardzo podobny. Skrywał go dobrze, a fałszywe zadowolenie stanowiło zbroję, która trzymała wszystkich z daleka. Jeśli nikt nie wiedział o jego zmartwieniach, nikt nie mógł mu współczuć, a ostatnią rzeczą, której pragnął Lance, była litość.

W najbliższą sobotę skończyłby czterdzieści pięć lat.

Nie powinienem o tym myśleć. Nie powinienem wpuszczać go do swojej głowy, ale, do licha, zakorzenił się w moim skrzywionym umyśle.

Przestań, powtarzałem sobie, kręcąc głową, gdy myśli stawały się zbyt głośne, a emocje zaczynały być widoczne. Głowa do góry.

– Wciąż tu jesteś, Landonie? – zapytała pani Levi, wyrywając mnie z zamyślenia.

Przesunąłem się na krześle i odchrząknąłem. Troskliwe osoby sprawiały, że czułem się nieswojo.

– Mogę już iść? Proszę się nie martwić, przekażę rodzicom, że świetnie się pani spisuje, lecząc moją duszę.

– Land…

Przerwał jej dzwonek. Wolność. Poderwałem się z miejsca, zarzuciłem plecak na ramię i skierowałem się do drzwi.

– Poczekaj, Landonie – zawołała za mną. Zerknąłem przez ramię. Znów się uśmiechała, a im częściej to robiła, tym bardziej byłem pewny, że to z powodu przeprowadzania niepokojących rozmów. – Może przez kolejne miesiące powinieneś mieć jakieś zajęcie. Popracuj, zajmij czymś myśli, a dasz sobie radę, co?

Nie musiała mi mówić, bym się czymś zajmował – i tak miałem taki plan. Potrzebowałem czegoś mocnego, na czym mógłbym się skupić, aby przetrwać te przeklęte tygodnie, czegoś, co wypełniłoby mój umysł i sprawiło, że zapomniałbym o całym tym bałaganie.

Potrzebowałem rozproszenia.

– Do zobaczenia w przyszły poniedziałek – pożegnała się, ale nie odpowiedziałem. Wykańczała mnie sama myśl o spotkaniu z terapeutką. Choć nie była to jej wina.

Wszystko mnie wykańczało.

***

Światło pali i chciałbym, by przestało.

Każdego ranka, gdy leżę w łóżku, walczę, by się z niego wydostać.

Jestem zmęczony od czubka głowy aż po koniuszki palców u stóp.

Nie mam jednak czasu na zmęczenie. Tak wiele osób liczy na to, że wstanę, że się uśmiechnę, że będę człowiekiem, za jakiego mnie mają, ale to wykańczające. Uśmiech boli, ponieważ wiem, że nie jest prawdziwy. Wiem, że każdy, który ofiaruję, skrywa grymas jak maska. Czy to normalne? Czy wszyscy się tak czują? Jakby na ich sercu spoczywał kamień?

Ciężki głaz?

Jestem taki ociężały.

Ale i tak wstanę.

Będę się uśmiechać i będę tym, kim muszę, ponieważ właśnie tego się ode mnie oczekuje. Mam być promienny, nawet gdy światło pali w oczy.

L.

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

Shay

 

 

 

Ojciec był królem na zamku, a ja jego ulubioną księżniczką.

Jasne, byłam jedynaczką, przez co tytuł ulubienicy należał mi się z racji urodzenia, ale mama zawsze starała się mi o tym przypominać.

– Tata mocno cię kocha, nawet jeśli czasami nie wie, jak to okazać.

Prawda. Tata nie był dobrym człowiekiem, ale przeważnie był dobrym ojcem, choć nie okazywał miłości wprost. Przejawiał ją raczej w zachowaniu i krytyce. Kiedy byłam młodsza, mama studiowała pielęgniarstwo i prosiła go, by pomógł jej w nauce. Odparł oschle, że nie może, bo sama musi zdobyć wiedzę, ponieważ jego nie będzie przy niej na egzaminie.

Sądziłam, że był okrutny bez powodu.

Mama się nie zgadzała.

– Ma rację. Nie będzie go na sprawdzianie, więc sama powinnam się uczyć.

Zdała bez jego pomocy, a kiedy mu o tym powiedziała, w ramach gratulacji, w salonie czekał na nią brylantowy naszyjnik.

– Wiedziałem, że poradzisz sobie beze mnie – powiedział. –Jesteś bystra i mnie nie potrzebujesz.

Kochali się. Z zewnątrz zapewne wyglądało tak, że mama darzyła go większym uczuciem, ale wiedziałam lepiej. Ojciec miał skomplikowaną osobowość. Nie pamiętałam, czy mówił, że mnie kocha, ale okazywał miłość spojrzeniem, krótkim skinieniem głowy i lekkim uśmiechem. Kiedy był zadowolony, kiwał głową dwa razy, a gdy był zły, spojrzeniem jasnoniebieskich oczu potrafił wypalić dziurę w ścianie. Kiedy był smutny, znikał.

Miłość rodziców wiązała się z latami wyzwań. Za młodu tata lubił kłopoty, sprzedawał prochy w starej dzielnicy. Wiedziałam, że dziwnie tak mówić, ale był w tym świetny. Był wyśmienitym sprzedawcą. Mama twierdziła, że potrafił sprzedać komuś kupę i przekonać, że to szampon. Przez jakiś czas żyliśmy całkiem dostatnio. Wszystko posypało się, gdy sam zaczął ćpać. Najgorsze, co może zrobić diler, to korzystać z własnego towaru. Zaczął brać i pić, przy czym stał się zimniejszy niż zwykle. Odległy. Trudny.

Okrutny.

Wielokrotnie przychodził do domu naćpany i pijany, bełkocząc. Czasem w ogóle nie wracał.

Punktem zwrotnym stał się moment, kiedy zastrzelono jego kumpla, a jego złapano. Odsiedział kilka lat.

Wyszedł jakiś czas temu, przestał ćpać i handlować.

Minął rok, odkąd nie było go w domu.

Rok, dwa miesiące i dwadzieścia jeden dni.

Ale kto by tam liczył?

Mama nie znosiła mówić o poprzednich wyczynach taty. Omijała temat, jakby nigdy nie miał miejsca. Babcia, na którą mówiłam Mima, nie odcinała się od przeszłości ojca. Kiedy siedział za handel narkotykami, wprowadziła się do nas. Potrzebowaliśmy pomocy, a Mima podjęła się opłacania rachunków. Naprawdę byłam jej za to wdzięczna. Ojciec był zimny, ale babcia stanowiła jego przeciwieństwo. Była ciepła, otwarta, pomocna. Mima miała złote serce i bardzo dbała o bliskich.

Kiedy byłyśmy we trzy, panował spokój, zabawa, beztroska. Spało mi się wtedy łatwiej, nie obawiałam się nieznanej przyszłości. Ojciec przebywał za kratami, nie mógł narobić kłopotów. Kiedy siedział w celi, nie mógł zginąć podczas nieudanej transakcji.

Nie było tajemnicą, że babcia i tata nie zgadzali się w wielu kwestiach. Kiedy go zwolniono, wrócił do domu, zakładając, że będzie rządził, ale Mima miała inny pomysł. Nieustannie się kłócili. Mama starała się jak mogła o spokój. Przeważnie jejsię udawało. Unikała taty, a on jej.

Prócz chwil, gdy świętowaliśmy ważne wydarzenia.

Jeśli byliśmy w czymś dobrzy, to w obchodzeniu uroczystości, a urodziny mamy były jedną z nich. Kończyła dziś trzydzieści dwa lata i mogłam przysiąc, że nie wyglądała na więcej niż osiemnaście. Czasami pytano, czy to moja siostra, co bardzo uwielbiała. Byłam pewna, że za jakiś czas będę wdzięczna za te geny.

Zawsze świętowała z nami kuzynka Eleanor oraz jej rodzice, Paige i Kevin. Wujek był starszym bratem taty, ale wyglądał na pięć lat młodszego, bo nie prowadził tak pełnego przygód i niebezpieczeństw życia. Na jego twarzy zmarszczki nie powstały od nerwów i zmartwień, a od śmiechu.

Mima postawiła na stole tort i zaczęła śpiewać „Sto lat”, więc wszyscy dołączyli. Mama uśmiechnęła się szeroko, gdy głośno fałszowaliśmy. Usiadła koło taty, a on lekko ścisnął jej kolano.

Czasami widziałam, że patrzył na nią z zachwytem. Kiedy go o to pytałam, kręcił głową i mówił:

– Nie zasługuję na nią. Nigdy nie zasługiwałem i nigdy nie będę. Twoja matka to święta, zbyt dobra dla mnie i zbyt dobra dla tego świata.

Mogłam się z tym zgodzić. Nie wyobrażałam sobie nawet, co przez niego przeszła. Mama nigdy mi o tym nie mówiła. Byłam pewna, że gdybym poznała te sekrety, znienawidziłabym go, więc pewnie dlatego trzymała je w tajemnicy. Nie chciała niszczyć wizerunku mężczyzny, który mnie wychował, ale wiedziałam, że kochanie takiego faceta nie było łatwe. Potrzebowała do tego silnego serca, a byłam pewna, że mama właśnie takie miała. Nigdy tego nie kwestionowałam, nie sądziłam, by robił to też tata. Była na wskroś lojalną kobietą. Kochała całą sobą, nawet jeśli niszczyło to jej duszę.

Mima zaczęła kroić tort, Paige się uśmiechała.

– Musisz dać mi przepis, Mario. Jest zabójczy.

– O nie, kochana. Przepis zabiorę do grobu. Mam zostać pochowana z moją książką kucharską – rzuciła żartem Mima. Nie miałam jednak wątpliwości, że zabierze książkę do grobu. Mama zapewne byłaby na tyle szalona, by ją wykopać tylko po to, by jeszcze raz zjeść enchiladę Mimy. Nie winiłabym jej za to.

Jedzenie przygotowane przez babcię było jak okruch nieba, więc stanęłabym za matką z łopatą w dłoni, aby poszukać tajemniczego składnika enchilady domowej roboty.

Tata wstał od stołu, gdy każdy dostał kawałek tortu. Odchrząknął. Nie lubił przemawiać. Był skrytym człowiekiem. Mama zawsze mówiła, że zamyśli się na śmierć, po czym i tak nic nie powie.

Każdego roku wygłaszał jednak toast na jej cześć – oprócz lat, gdy siedział w pace.

– Chciałbym wznieść lampkę szampana – oświadczył – i kieliszek oranżady winogronowej, dla nieletnich. Camilo, jesteś światłem tej rodziny, tego świata, i mamy szczęście, że możemy cieszyć się tobą kolejny rok. Dziękuję, że na dobre i złe wspierasz tę rodzinę. I mnie również. Jesteś moim światem, oddechem, sercem, a dziś przypada twoje święto. Za kolejną podróż wokół słońca i wiele następnych.

Wszyscy wiwatowali, śmiali się i pili. Te chwile były moimi ulubionymi, wspomnienia tworzone w radości i szczęściu.

– Oj, i oczywiście prezent – powiedział tata, wyszedł z salonu, ale zaraz wrócił z niewielkim pudełkiem.

Mama usiadła prosto.

– Kurt, nie musiałeś mi nic dawać.

– Oczywiście, że musiałem. Otwórz.

Mama przesunęła się na krześle, gdy wszyscy na nią patrzyli. Jeśli czegoś nienawidziła, to skupiania na sobie uwagi. Rozpakowała prezent i sapnęła.

– O rety, Kurt. To za dużo.

– Nie dla ciebie.

Trzymała parę brylantowych kolczyków, które błyszczały i połyskiwały.

Mima uniosła brwi.

– Wyglądają na kosztowne – mruknęła.

Tata wzruszył ramionami.

– Nic nie jest za drogie dla mojej żony.

– Poza chwilami, gdy na pół etatu jesteś woźnym, a na drugie pół pracujesz na poczcie – odparła.

– A może zajmiesz się własnymi finansami, Mario? Pozwól mi zająć się moimi – syknął tata.

I znów w naszym domu pojawiło się napięcie. Przysięgam, że rosło z każdą kłótnią tych dwojga.

– Dziękuję, kochanie – powiedziała mama, wstając, i go uścisnęła. – Choć naprawdę wyglądają na drogie.

– Nie przejmuj się. Oszczędzałem od jakiegoś czasu. Zasługujesz na ładne rzeczy – odparł.

Mama wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale milczała. Przeważnie nie ujawniała myśli.

– Dobrze, to zjedzmy tort, wypijmy więcej szampana i świętujmy dalej.

Odsunięto na bok temat brylantowych kolczyków, za co byłam wdzięczna. Zapewne pomogło, że mieliśmy gości, inaczej babcia i tata kłóciliby się jeszcze mocniej.

Eleanor siedziała przy stole z książką, przebiegając po niej wzrokiem.

– Cieszę się, że nie jesteś introwertykiem, Ellie – zażartowała Mima, podając jej kawałek tortu.

Eleanor zamknęła książkę i poczerwieniała.

– Przepraszam. Chciałam dokończyć rozdział przed jedzeniem.

– Mam wrażenie, że zawsze próbujesz dokończyć jakiś rozdział – powiedziałam, szturchając kuzynkę.

– Mówi dziewczyna, która zawsze stara się dokończyć scenariusz – odparła.

Touché.

Jedyną naszą wspólną cechą, prócz podobnego DNA, była miłość do słów i historii, co wystarczało, by uczynić nas również przyjaciółkami.

Bliskość Eleanor przypominała codzienną dostawę świeżych kwiatów. Dziewczyna była bystra, miła i ożywiająco sarkastyczna. Przysięgam, nikt nie umiał mnie tak rozśmieszyć.

Cisi zawsze mieli najlepsze uwagi.

– A mówiąc o scenariuszach – powiedziała Eleanor, obracając się ku mnie i wkładając kęs tortu do ust. – Kiedy przeczytam coś, nad czym pracujesz?

Eleanor przeczytała do tej pory wszystkie moje scenariusze, a było ich wiele, i bez wątpienia stała się moją największą fanką. Była również największym krytykiem i dzieliła się swoimi uwagami, aby poprawić każdą z historii.

Kiedy dałam Eleanor pierwszy tekst, kazałam jej obiecać, że nikomu o tym nie powie, na co odparła:

– Okej, Shay. Dopilnuję, by nie wspominać panu Darcy’emu ani Elizabeth Bennet, o czym piszesz. Choć nie mogę obiecać, że nie powiem Harry’emu Potterowi, Ronowi czy Hermionie –zażartowała, odnosząc się do tego, że prócz mnie nie miała przyjaciół, co było złe. Tak wiele osób traciło na tym, że nie przyjaźniło się z Eleanor Gable.

Dwukrotnie odezwał się mój telefon, a zaraz piknął jeszcze z milion razy. Mama popatrzyła na mnie ze znaczącym uśmiechem.

– Tracey?

– Jasne – odparłam. Jedyna osoba, która nie ustawała w pisaniu, nie otrzymując odpowiedzi, to moja przyjaciółka Tracey. Dorastałyśmy razem i dziewczyna była gadatliwa. Prowadziła grupę cheerleaderek, została przewodniczącą samorządu uczniowskiego i emanowała duchem szkoły. Również miałam go w sobie, ale Tracey była wysoko ponad mną. Dosłownie żyła szkołą.

Nic dziwnego, że stała się najpopularniejszą dziewczyną w liceum. Mądra, piękna i zabawna, choć zniechęcała chłopców swoim podejściem do życia.

Tracey: O RETY! REGGIEIDZIENASOBOTNIĄIMPREZĘU LANDA. MYTEŻMUSIMY!

Tracey: ZANIMODMÓWISZ, BOWIEM, ŻEO TYMMYŚLISZ, MUSIMY, MUSIMYTAMIŚĆ!

Tracey: BĘDZIESZMOJĄSKRZYDŁOWĄ.

Tracey: DWASŁOWA: BĘDZIETAM REGGIE.

Tracey: DOBRA, TRZY, ALEROZUMIESZ, NIE?

Tracey: PROOOSZĘ, SHAY! POTRZEBUJĘ CIĘ. REGGIETO TEN, A IMPREZAU LANDAPOMOŻEMUTOPOJĄĆ.

Tracey: ZGÓDŹSIĘ.

Tracey: DOPILNUJĘ, BYŚNIESPOTKAŁASIĘZ LANDONEM, NIEBĘDZIECIESIĘNAWETWIDZIEĆ.

Tracey: KUPIĘ CITEŻKUCYKACZYCOŚ. PROSZĘ!

Roześmiałam się, czytając dramatyczne wiadomości. Przyjaciółka była po uszy zakochana w nowym uczniu, Reggiem. To typowy chłopak, dla jakiego Tracey traciła głowę: przesadnie męski, zarozumiały, niedorzecznie przystojny i świadomy swojej atrakcyjności. Nie wiedziałam o nim za wiele poza tym, co powiedziała mi Tracey, i co widziałam w szkole, ale byłam pewna, że Reggie miał to, co nazywałam TDBD –tendencjami do bycia dupkiem. Nie zebrałam dostatecznie dużo informacji, by potwierdzić, że był WPD – w pełni dupkiem, ale powoli gromadziłam dane, mając nadzieję uchronić przyjaciółkę przed złamanym sercem.

Jeśli byłam w czymś profesjonalistką, to w odczytywaniu osób z otoczenia. Nauczyłam się tego, gdy obserwowałam ludzi, aby rozwijać postacie w moich scenariuszach. Wystarczyło, że rzuciłam na kogoś okiem i wiedziałam, czy to bohater, zły koleś, czy pomocna dłoń, jednak niektórzy byli nieco trudniejsi do rozszyfrowania przy pierwszym poznaniu. Potrzebowałam spędzić nieco więcej czasu z Reggiem, aby poprawnie wyczuć jego intencje.

Tracey: CZYTOMILCZENIEOZNACZAZGODĘ?

Ja: CHCĘJASNEGOKUCYKAO IMIENIU MARCY.

Tracey: WŁAŚNIEDLATEGOTAK CIĘUWIELBIAM.

Pójście do Landona na imprezę miało być dziwne. Mocno się nienawidziliśmy, co oznaczało, że nie chciałam się u niego bawić, choć przez ostatni rok regularnie wyprawiał przyjęcia. Odkąd zmarł jego wujek, wydawało się, że balował co weekend.

Zazwyczaj nie chodziłam na jego imprezy, ale skoro Tracey była tak zdesperowana, wiedziałam, że muszę spełnić przyjacielski obowiązek Miałam nadzieję, że impreza będzie na tyle duża, że nawet nie natknę się na Landona.

Obracaliśmy się w tych samych kręgach towarzyskich, uwielbiałam mniej więcej wszystkich, a jednak z Landonem nie umiałam się dogadać. Nienawidził mnie już, gdy byliśmy dziećmi. Kiedyś nazwał mnie tchórzliwą trusią, bo nie chciałam zapalić zioła na imprezie. Wołał tak na mnie później, na co ja nazywałam go szatanem – z wiadomych względów.

Tylko raz coś nas połączyło – a było to wtedy, gdy Mima zabrała mnie na pogrzeb Lance’a. Stypa odbywała się w ich domu i niechcący natknęłam się na chłopaka, gdy szukałam łazienki. Siedział na łóżku w swoim pokoju, szlochając, nie mogąc zaczerpnąć tchu.

Nie wiedziałam, co zrobić, bo się nie przyjaźniliśmy. Ledwie można nas było nazwać znajomymi. Jeśli już, grałam czarny charakter w jego historii, a on – w mojej, ale w tamtej chwili wydawał się tak bardzo samotny i załamany. Może i nie bardzo go lubiłam, ale wiedziałam, jak bardzo kochał wujka. To nie tajemnica, że mężczyzna był dla niego jak ojciec. Jego prawdziwy tata to ktoś, kto tylko wpłacał pieniądze na jego konto.

Obserwując, jak płakał, nie miałam pojęcia, co robić, więc zrobiłam pierwsze, co przyszło mi do głowy. Podeszłam i usiadłam obok. Rozluźniłam mu krawat i przytuliłam, gdy szlochał niekontrolowanie. Całkowicie się załamał, widziałam, jak się rozpadł.

Następnego dnia w szkole podeszłam do niego, gdy wyjmował książki z szafki, ponieważ chciałam mieć pewność, że dobrze się czuł. Skrzywił się i trzasnął drzwiczkami. Opuścił nieco głowę i nie chcąc patrzeć mi w oczy, odezwał się cicho:

– Nie będziemy tego robić, Trusiu. Nie zamierzam z tobą rozmawiać. Nigdy wcześniej nie przejmowałaś się moimi uczuciami, więc nie żałuj mnie teraz tylko dlatego, że Lance nie żyje. Nie chcę twojej litości. Idź pocieszać kogoś, kto przejmie się twoimi słowami, bo ja mam je gdzieś.

Nie rozmawialiśmy już później. Czułam się, jakbym tylko wyobraziła sobie jego chwilę słabości. Ale okej. Jeśli nie miał zamiaru o tym wspominać, ja również nie planowałam tego robić. Wróciłam do naszej nienawiści i byłam wdzięczna za znajomą atmosferę, choć czasem o nim myślałam. O tym, jak smutny był ten popularny dzieciak, a mimo to nikt tego nie zauważał.

Może był to tymczasowy smutek, który minął. Może w tej chwili Landon już czuł się dobrze. Tak czy inaczej, dobrze wyjaśnił, że nie była to moja sprawa.

Musiałam wymyślić plan na jego imprezę – kilka uszczypliwych uwag, wiele obrotów, gdyby się zbliżał, i całe mnóstwo sposobów na uniknięcie spotkania.

– Hej, Eleanor. – Szturchnęłam ramieniem kuzynkę, która zjadła już tort i wróciła do czytania książki. – Chcesz iść w sobotę ze mną i Tracey na imprezę?

– To klub książki? – zapytała, unosząc brwi.

– Klub?

– No wiesz, gdy zbiera się kilka osób, siadają w okręgu, całkowicie ignorując się nawzajem, aby pochłaniać lekturę, którą wcześniej wybiorą. Będzie miała miejsce w bibliotece? Rozdadzą zakładki?

Zaśmiałam się.

– Nie.

– Oj, to raczej podziękuję. – Wróciła do czytania. Przysięgam, że pewnego dnia zaciągnę ją na licealną imprezę i będzie się dobrze bawić, jak reszta nastolatków.

I kto wie? Może się zakocha. Może chociaż kogoś polubi. Mama zawsze mawiała, że pierwszym krokiem do miłości jest przyjaźń. Wtedy zakochanie nie wydaje się takie straszne. Eleanor nigdy nikogo nie lubiła. Kuzynka nie leciała na chłopaków, chyba że byli postaciami z książek, ale naprawdę miałam nadzieję, że pewnego dnia się to zmieni. Z drugiej strony mógł przeze mnie przemawiać mój wewnętrzny bajarz. Uwielbiałam szczęśliwe zakończenia w scenariuszach i tego samego pragnęłam dla bliskich.

Miałam przeczucie, że Eleanor byłaby całkowicie zadowolona z życia, gdyby zamknąć ją w lochu z milionem książek.

Och, a gdyby umarła otoczona milionem szczęśliwych zakończeń, jak również kilkoma zaskakującymi?

Podczas gdy Eleanor pogrążała się w lekturze, ja myślałam o tym, że wybierałam się na imprezę do Landona. Miałam przejść przez próg domu chłopaka, którego nie mogłam znieść i który mnie nie cierpiał.

I nie byłam na to gotowa.

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

 

 

Shay

 

 

 

Przez większość sobotniego poranka próbowałam uspokoić Tracey. Jeśli przyjaciółka była w czymś dobra, to w nadmiernym analizowaniu. Mama starała się mnie przekonać, bym została i zjadła z rodziną chińszczyznę, ale wiedziałam, że Tracey by mnie zabiła, gdybym porzuciła ją w ostatniej chwili.

A ja zabiłabym, żeby zjeść sajgonki, zamiast iść do Landona.

– Boziu, jestem taka zdenerwowana – rzuciła przyjaciółka, gdy stałyśmy na ganku domu chłopaka.

Stałam przed drzwiami Landona.

Kurde.