Kwiaty Sajgonu - Nguyen Phan Que Mai - ebook + książka

Kwiaty Sajgonu ebook

Nguyen Phan Que Mai

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Przejmująca i wspaniała literacka saga rodzinna.

Opowieść o tajemnicach i traumach oraz oczyszczającej mocy przebaczenia, której akcja rozgrywa się w Wietnamie – podczas amerykańskiej wojny i współcześnie.

Rok 1969. Siostry Trang i Quynh bezradnie obserwują, jak wojna zmienia ich wioskę. Rozpaczliwie pragnąc pomóc swoim ubogim rodzicom, przenoszą się do zatłoczonego Sajgonu, gdzie dołączają do kobiet pracujących w barach jako dziewczyny do towarzystwa, opłacane przez amerykańskich żołnierzy. To, co nastąpi później, wystawi ich siostrzaną więź na próbę w sposób, którego nie mogły przewidzieć…

Mijają lata, Wietnam rozkwita, wychodząc z cienia wojny. Jednak Dan i Phong, dwaj mężczyźni, których życie zmieniły doświadczenia po dwóch stronach konfliktu, wciąż walczą o to, by zostawić przeszłość za sobą…

Co stanie się, gdy ścieżki tych czworga bohaterów przetną się ponownie po latach, zmuszając ich do zmierzenia się z konsekwencjami podjętych w przeszłości decyzji, które wciąż mają wpływ na ich życie?

Poetycka proza idealna dla czytelników książek Elif Shafak, „Pachinko” Min Jin Lee i „Powrotu do domu” Yaa Gyasi.

Kolejna na polskim rynku powieść autorki znakomicie przyjętej książki „Góry śpiewają”.

Międzynarodowy bestseller uhonorowany nagrodą she reads w kategorii „Najlepsza powieść historyczna”.

Książka roku „Star tribune”, „Los Angeles Times”, „Cosmopolitan”, „Reader’s Digest”, „The Chicago Review Of Books”, „Library Journal”, „MS. Magazine”, Good Morning America, Amazon, Bookpage, Book Riot, The Buzz Magazines, Apple Books I Bookbub.

"Nguyễn Phan Quế Mai jest jedną z najbardziej wyjątkowych pisarek naszych czasów. Tworzy fabuły, które pod względem rozmachu i mistrzostwa przypominają dzieła Dickensa, jednocześnie odważnie zgłębiając złożone emocjonalne wyzwania związane z życiem we współczesnym świecie pełnym niepokoju i nieustannych przemian." Natalie Jenner, autorka międzynarodowego bestsellera „Towarzystwo Jane Austen”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 443

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PIĄTA STRONA ŚWIATA.

Bo świat ma więcej niż cztery strony...

A najważniejszej nie widać.

Kryje się za ludzkimi historiami.

PIĄTA STRONA ŚWIATA to seria powieści, które pokazują świat przez pryzmat ludzkich losów, nierozerwalnie związanych z korzeniami bohaterów i ich miejscem na mapie.

To śmiałe literackie głosy, wypowiadające się w sprawach ważnych, znanych i nieznanych, dalekich i bliskich. Podróże do krajów, w których rozgrywają się ludzkie tragedie, rodzą nadzieje, gdzie bohaterowie walczą o swoje miejsce na ziemi.

To historie, które pozwalają lepiej zrozumieć świat i jego różne oblicza.

W serii:

Caro De Robertis

CANTORAS

BOGOWIE TANGA

PERŁA

NIEWIDOCZNA GÓRA

Nazanine Hozar

ARIA

Barbara Kingsolver

ODYSEJA

Andrea Levy

WYSEPKA

M.L. Stedman

ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI

Nguyễn Phan Quế Mai

GÓRY ŚPIEWAJĄ

Tytuł oryginału

Dust Child

Copyright © Nguyễn Phan Quế Mai 2023

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2026

All rights reserved

Redakcja

Piotr Królak

Korekta

Sabina Raczyńska, Dorota Jakubowska

Projekt okładki

Anna Morrisson

Adaptacja okładki

Agnieszka Drabek

ISBN 978-83-8439-271-3

2026. Wydanie I

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

[email protected]

wydawnictwoalbatros.com

Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Jan Żaborowski

▲△▲

Mojej babci, która zmarła podczas Wielkiego Głodu,

dziadkowi, który zginął z powodu reformy rolnej,

wujkowi, któremu wojna

wietnamska odebrała młodość.

Milionom Wietnamczyków oraz osób innych narodowości, które straciły życie w wojnie. Oby nasza planeta nigdy więcej nie doświadczyła konfliktów zbrojnych.

▲△▲

Dziecko wroga

Hồ Chí Minh, 2016

– Życie jest łodzią – powiedziała kiedyś Phongowi Nhã, katolicka zakonnica, która go wychowywała. – Kiedy odrywasz się od swojej pierwszej kotwicy, matczynego łona, porywają cię niespodziewane prądy. Jeśli potrafisz wypełnić łódź wystarczającą dawką nadziei, współczucia, ciekawości i wiary w siebie, uda ci się przetrwać wszystkie sztormy życia.

Czekając w konsulacie amerykańskim, Phong czuł w dłoniach ciężar nadziei: wniosków o wizę dla siebie, swojej żony Bình, syna Tàia i córki Diễm.

Wokół niego w kolejkach i na krzesłach inni Wietnamczycy czekali na rozmowę z urzędnikami wizowymi, siedzącymi przy kontuarze za szybą. Niejeden spoglądał ciekawie w jego kierunku i Phong czuł na sobie ich palące spojrzenia. Wyobrażał sobie, jak szepczą: „mieszaniec”. Od kiedy pamiętał, nazywano go pyłem życia, bękartem, czarnym amerykańskim imperialistą, dzieckiem wroga. Dawniej obrzucano go tymi etykietami z taką zaciekłością, że wryły się w niego głęboko i nie potrafił ich wyprzeć z pamięci. W dzieciństwie mieszkał z siostrą Nhã w Nowej Strefie Gospodarczej Lâm Đồng. Któregoś dnia napełnił wielkie wiadro wodą z mydłem, wszedł do środka i zaczął szorować skórę drapiącą gąbką z trukwy, żeby zmyć z siebie czarny kolor. Kiedy znalazła go siostra Nhã, z różnych miejsc na jego ciele leciała krew. Nie mógł zrozumieć, dlaczego musiał się urodzić Amerazjatą.

– Nie martw się. Bądź pewny siebie, a wszystko będzie dobrze, anh – szepnęła Bình, wyciągając rękę, i pogłaskała go szorstką dłonią po ramieniu.

Phong skinął głową, uśmiechnął się nerwowo i ścisnął jej palce. Ta dłoń gotowała dla niego, prała mu ubrania i pomagała łatać poszarpane strzępy życia. Podtrzymywała go, nosiła jego dzieci, tańczyła z nimi, zbierała plony na polu ryżowym. Kochał tę dłoń, kochał jej odciski, kochał każdą cząstkę Bình. Obiecał jej, że zabierze ich do Ameryki, i musi spełnić obietnicę. Zabierze ją jak najdalej od wysypiska śmieci, na którym pracowała, zbierając plastik, papier i metal.

Pomachali do niego Tài i Diễm, którzy siedzieli obok Bình. Chociaż mieli dopiero dwanaście i czternaście lat, byli już prawie tego samego wzrostu co matka. Oboje odziedziczyli po niej wielkie oczy i promienny uśmiech, a po nim kolor skóry i kręcone włosy.

– Pamiętajcie, że jesteście piękni – przypomniał im, kiedy szykowali się do pięciogodzinnej podróży autobusem, żeby tu przyjechać.

Powtarzał im to nieustannie, ponieważ wiedział, jak często ludzie patrzą na nich z pogardą. Prawie wszyscy Wietnamczycy preferują jasną skórę.

Tài wrócił do czytania książki. Wykrzywione okulary zsuwały mu się z nosa – metalowe oprawki ledwo się trzymały, sklejone kawałkami taśmy. Phong odnotował w pamięci, żeby ponownie porozmawiać z sąsiadami i zaproponować wyższą stawkę za dzierżawienie ich pola. Na Nowy Rok posadziłby fasolę mung i po żniwach kupiłby synowi nowe okulary, a córce sukienkę. Diễm nosiła stare ubrania po bracie, ale spodnie zrobiły się za krótkie i spod nogawek wystawały kostki.

Przed Phongiem amerykańska urzędniczka wizowa wręczyła właśnie młodej kobiecie niebieski dokument. Doskonale znał ten kolor – oznaczał odmowę. Kiedy kobieta odchodziła od okienka, poczuł wzbierającą panikę.

Usiłował odtworzyć w pamięci wszystko, co ćwiczyli z rodziną. Nauczył się wszystkich prawidłowych odpowiedzi niczym stolarz rzeźbiący w drewnie ptaki i kwiaty, ale teraz miał w głowie pustkę.

– Numer czterdzieści pięć, stanowisko trzecie – rozległo się w głośniku.

– To my – powiedziała Bình.

Idąc z żoną i dziećmi w stronę okienka, Phong nakazał sobie spokój. Dopóki jest przy nim rodzina, nie da się zastraszyć. Będzie walczył, żeby dać Bình, Tàiowi i Diễm szansę na lepsze życie.

Skinął urzędniczce głową, ale kobieta nie odpowiedziała na powitanie. Wyglądała identycznie jak aktorki z amerykańskich filmów: jasne włosy, biała skóra, wysoki grzbiet nosa. Patrzyła w monitor komputera i nie zwracała na niego uwagi. Zerknął na urządzenie, zastanawiając się, jakie skrywa tajemnice. Kiedy pojadą do Ameryki, będzie pracował dzień i noc, żeby kupić takie dzieciom. Tài i Diễm zabrali go kiedyś do miasta, do kafejki internetowej, i pokazali mu, jak działa komputer. Powiedzieli, że może kiedyś będzie wysyłał przez internet wiadomości swoim rodzicom. Ale czy naprawdę doczeka takiej szansy? Nie miał pojęcia, czy jego rodzice w ogóle żyją.

Urzędniczka odwróciła się do niego.

– Gút mó-ninh – powiedział.

Miał nadzieję, że prawidłowo wymówił good morning. Wiele lat temu nauczył się trochę podstawowych słów po angielsku, ale znajomość języka wyparowała niczym krople deszczu w czasie suszy.

– Chào bà – dodał, by kobieta nie pomyślała, że posługuje się płynnie jej językiem.

– Cho xem hộ chiếu – odparła.

Mówiła dobrze po wietnamsku, ale Phonga zaniepokoił jej północny akcent. Przypominał mu komunistycznych urzędników, którzy trzydzieści lat temu bili go w obozach reedukacyjnych w dalekich górach.

Ostrożnie wyjął z teczki paszporty i włożył je do pojemnika pod szybą. Żeby je wyrobić, a następnie wypełnić i złożyć wniosek o wizę, oddali agentowi wizowemu, Quangowi, wszystkie swoje oszczędności. Quang przekonywał ich, że w Ameryce nie będą się musieli martwić o pieniądze: miesięczny zasiłek od rządu pozwala na przeżycie.

Kobieta zaczęła przeglądać dokumenty i wpisywać coś na komputerze. Potem obróciła się i kogoś zawołała. Po chwili zjawiła się młoda Wietnamka i wymieniły po angielsku kilka zdań. Phong nadstawiał uszu, ale dźwięki były śliskimi rybami, które przemykały tak błyskawicznie, że nie udało mu się żadnej uchwycić.

– Co się dzieje? – spytała szeptem Bình.

Położył dłoń na jej plecach, żeby ją trochę uspokoić. Wiedział, jak bardzo się denerwowała tą rozmową. Uparła się, żeby przyjechali z rodzinnego miasta, Bạc Liêu, dzień wcześniej i czekali przed konsulatem od czwartej rano.

Wietnamka podniosła na niego wzrok.

– Wujku Nguyễn Tấn Phong, składasz wniosek o wizę na mocy Ustawy o powrocie Amerazjatów do domu?

Jak miło ze strony urzędniczki, że zwróciła się do niego pełnym szacunku tytułem i wymieniła nazwę programu. „Powrót do domu”! Te słowa brzmiały jak świętość. Ich dźwięk drżał mu w piersi. Phong miał prawo wrócić do domu. Do ojczyzny. Poczuł piekące ciepło w oczach. I jak to miło, że kobieta nazwała Amerazjatów trẻ lai. Phong zawsze czuł się nieswojo, kiedy ludzie mówili na niego con lai, ponieważ con znaczy „dziecko”, „mały” albo „zwierzę”. Nie był zwierzęciem.

– Tak, proszę pani – odparł.

– Porozmawia z panem inny urzędnik. W tamtym pokoju. – Wskazała na prawo. – Pana bliscy powinni usiąść i poczekać na zewnątrz.

Bình pochyliła się bliżej do szyby.

– Mąż nie umie czytać. Czy mogłabym mu towarzyszyć?

– Będę obecna przy rozmowie, żeby mu pomóc – oznajmiła kobieta, odchodząc.

Przestronny, oświetlony jarzeniówkami pokój nie miał okien i Phongowi zrobiło się żal ludzi, którzy musieli tu pracować. Jego dom był skromny, ale nigdy nie brakowało w nim świeżego powietrza. Przez okrągły rok wpadało do środka przez otwarte okna, niosło zapach kwiatów i śpiew ptaków.

Osobą, której współczuł Phong, okazał się siedzący za prostokątnym brązowym biurkiem pulchny biały mężczyzna, ubrany w niebieską koszulę i krawat tego samego koloru.

Kobieta stanęła przy biurku, a Phong usiadł na krześle naprzeciwko. Na ścianie po prawej stronie wisiał duży portret pana Obamy. Kilka lat temu do domu wpadli Tài i Diễm, wołając, żeby z nimi poszedł. Pobiegli do sąsiadów, stanęli przy płocie i przez otwarte okno patrzyli na telewizor, w którym informowano, że pan Obama został wybrany pierwszym czarnym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

– Ameryka jest narodem imigrantów – mówił pan Obama, a ludzie wokół niego wiwatowali.

Phong od wielu lat pragnął wyjechać do Ameryki, ale od tej chwili ta myśl stała się jego życiową misją. Kraj głosujący na czarnego prezydenta musi być lepszy niż ten, w którym czarnych ludzi nazywano mọi – „dzikusami” albo „barbarzyńcami”. Pewien właściciel straganu z jedzeniem wybuchnął śmiechem, kiedy Phong przyszedł prosić go o pracę pomywacza.

– Spójrz na swoją skórę – rzucił szyderczo. – Wystraszyłbyś mi tylko klientów. Powiedzieliby, że naczynia będą przez ciebie jeszcze brudniejsze.

Urzędnik za biurkiem wziął do ręki jego paszport.

– Nguyen Tan Phong – przeczytał.

Pominął wszystkie wznoszące się i opadające tony w imieniu i nazwisku Phonga, tak że kiedy je wymówił, znaczyły: „rozproszony podmuch wiatru”, a nie „siła tysięcy podmuchów wiatru”, tak jak chciała siostra Nhã, kiedy nadawała mu imię.

Phong podniósł się z krzesła, a kiedy mężczyzna zaczął coś do niego mówić, znowu próbował uchwycić słowa, ale i tym razem dźwięki przed nim uleciały.

– Proszę podnieść dłoń i przysiąc, że jest pan osobą pochodzenia amerykańskiego i że nie będzie pan kłamał – przetłumaczyła Wietnamka.

Agent Quang przygotował go na to. Phong uniósł dłoń.

– Przysięgam, że jestem trẻ lai. Przysięgam, że nie kłamię i że wszystko, co dzisiaj powiem, jest prawdą.

– Skąd pan wie na pewno, że jest pan Amerazjatą? – zapytał mężczyzna, a kobieta przetłumaczyła.

– Z powodu mojej skóry, proszę pana… Od maleńkości nazywano mnie Czarnym Amerykaninem.

– Może pan być z pochodzenia Khmerem.

– Nie, proszę pana. Matki Khmerów nie mają powodu, żeby porzucać dzieci, a ja… wychowałem się w sierocińcu.

– Czy ma pan dowód na to, że jest dzieckiem żołnierza Stanów Zjednoczonych?

– Nie wiem, kim byli moi rodzice, proszę pana. Jestem Amerazjatą, proszę pana. Khmerowie są niscy. Ja mam metr osiemdziesiąt. A moja broda… Khmerowie nie mają takich bród.

Dotknął gęstych włosów biegnących od uszu do brody i porastających prawie całe policzki. Chociaż swędziało czasem nieznośnie, Quang nalegał, żeby Phong zapuszczał brodę co najmniej przez dwa tygodnie przed wizytą w konsulacie.

– Czy ubiegał się pan już wcześniej o wizę imigracyjną za pośrednictwem naszego konsulatu?

Phong zamrugał. Do diabła. Quang zapewniał go, że urzędnicy nie będą drążyć tej sprawy.

– Czy ubiegał się pan już wcześniej o wizę imigracyjną do Stanów Zjednoczonych? – powtórzył pytanie urzędnik.

– Ja… nie pamiętam.

Phong ścisnął w dłoniach teczkę z dokumentami. Dłonie zwilgotniały mu od potu.

– Nie pamięta pan? – Biały mężczyzna pokręcił głową. – Wobec tego odświeżę panu pamięć. Na wniosku wizowym twierdzi pan, że jest to pańskie pierwsze podanie, tymczasem… mam tu pana poprzedni wniosek. – Pokazał dokument.

Phonga przebiegł po plecach lodowaty dreszcz. Papier pożółkł, ale bez trudu dało się rozpoznać młodego mężczyznę na zdjęciu dołączonym do formularza. To był on, z czasów, kiedy sądził, że znalazł sobie dobrą rodzinę. Pełen entuzjazmu i nadziei. Kiedy pan Khuất robił to zdjęcie, Phong wytarł z policzka łzę szczęścia.

– To pana wcześniejszy wniosek o wizę, prawda? – zapytał biały mężczyzna.

Phong wytarł o spodnie spocone dłonie.

– Tak, proszę pana… To było dawno temu.

– Ponad dwadzieścia lat. Proszę mi powiedzieć: dlaczego nie przyznano panu wtedy wizy?

Przyglądał się gładkiemu i błyszczącemu jak lustro blatowi biurka. Rzemieślnik, który wyprodukował ten mebel, wykonał dobrą robotę. Gdyby Phongowi pozwolono wyjechać do Ameryki, udoskonaliłby swój stolarski fach. Za miesięczny zasiłek kupowałby różne gatunki drewna potrzebne do produkcji pięknych mebli, a za zarobione pieniądze wysłałby dzieci do najlepszych szkół. Uwielbiał zapach świeżo ściętego drzewa oraz uczucie, że coś osiągnął. Słyszał, że w Ameryce ludzie mogą osiągnąć wszystko, co sobie wymarzą.

Jeśli jednak wyjawi prawdę, nigdy nie uda mu się wyjechać do krainy marzeń.

– Nie wiem, dlaczego nie dostałem wizy, proszę pana, chyba… chyba nie miałem niezbędnych papierów.

Mężczyzna pokręcił głową.

– W tamtych czasach nie wymagaliśmy wielu papierów. Wizy imigracyjne przyznawano Amerazjatom na podstawie ich wyglądu. Rysy twarzy powinny wystarczyć, żeby dostał pan wizę. Proszę mi powiedzieć, jaki był prawdziwy powód.

Phongowi zaschło w gardle. Najchętniej wyrwałby mężczyźnie z ręki pożółkły papier i podarł go na strzępy. Podarł oszustwo wypisane ręką Khuấta.

Urzędnik zmarszczył brwi.

– Może pan nie zdawać sobie sprawy, że o tym wiemy… ale według naszych danych próbował pan zabrać ze sobą obcych ludzi, twierdząc, że są pańską rodziną.

Te słowa przygwoździły go do ziemi. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł podnieść głowy.

– Wujku Phong, musisz coś powiedzieć – odezwała się Wietnamka. – Musisz się wytłumaczyć.

Phong przycisnął do piersi teczkę z dokumentami. Kłuła go w sercu tęsknota za żoną i dziećmi. Musi walczyć o prawo zawiezienia ich do Ameryki.

– Jestem analfabetą, proszę pana. Dokumenty przygotowali mi Khuấtowie. Obiecali mi pomóc w Ameryce, jeśli ich ze sobą zabiorę. Byłem młody i głupi, ale w tamtych czasach wielu Amerazjatów robiło tak samo.

Poczuł w gardle rosnącą gulę.

– Próbując zabrać ze sobą obcych ludzi, nadużył pan dobrej woli naszego rządu. Złamał pan prawo. – Mężczyzna patrzył mu w oczy. – Żebyśmy ponownie rozważyli pański wniosek o wizę, musi nam pan przedstawić niezbity dowód swojego pochodzenia. Nie wystarczą rysy twarzy.

– Dowód? Jaki dowód, proszę pana?

– Dowód, że jest pan w istocie synem amerykańskiego żołnierza. Na przykład kartotekę służby wojskowej pańskiego ojca oraz wyniki testu DNA.

– DNA? – powtórzył Phong.

Słowo nie brzmiało jak wietnamskie. Może kobieta niewłaściwie je przetłumaczyła?

– Istnieją badania genetyczne nazywane testem DNA – wyjaśniła. – Mogą wskazać pana biologicznych rodziców.

Phong rozmawiał z wieloma ludźmi o poszukiwaniu rodziców, ale nikt mu dotąd nie wspomniał o testach DNA. Już miał zapytać, gdzie mógłby zrobić taki test, kiedy mężczyzna dodał:

– Jeśli ma pan amerykańskiego ojca, musi go pan odnaleźć, a następnie razem z nim przedstawić wyniki DNA, żeby wykazać pokrewieństwo.

– Mówi pan, że muszę najpierw odnaleźć swojego ojca? Jeśli pozwolicie mi pojechać do Ameryki, będę mógł go odszukać.

Wiedział, że to wielki kraj, ale słyszał też, że w Ameryce wszystko jest możliwe.

Urzędnik sięgnął po niebieski arkusz.

– Proszę pana… moje dzieci nie mają w szkole żadnych przyjaciół – dodał Phong. – Koledzy z sąsiedztwa nie chcą z nimi rozmawiać. Nie mają tutaj szans. Proszę…

Pokazał mężczyźnie zdjęcie Tàia i Diễm, zrobione przed wejściem do ich domu. Uśmiechali się na nim nieśmiało, pochyleni do siebie głowami. Nie było to całkiem prawdą, że nie mieli żadnych kolegów, ale musiał coś zrobić, żeby jego prośba zabrzmiała bardziej przekonująco.

Mężczyzna zignorował fotografię, wziął do ręki niebieski dokument, podpisał go i położył przed nim na stole. Patrząc na niezliczone wydrukowane słowa, Phong skrzywił się i odwrócił wzrok. Siostra Nhã próbowała go nauczyć czytać, ale pismo budziło w nim lęk. Zamknął oczy, pokręcił głową i oddał dokument kobiecie.

– Proszę, co tu jest napisane?

Kobieta odchrząknęła.

– „Konsulat Stanów Zjednoczonych w Hồ Chí Minh z przykrością informuje, że po przeprowadzeniu osobistej rozmowy kwalifikacyjnej Pana wniosek o przyjęcie do programu dla Amerazjatów nie spełnił kryteriów wyszczególnionych w sekcji 584 ustawy publicznej 100-202, zmienionej przez ustawę publiczną 101-167, ustawę publiczną 101-513 oraz ustawę publiczną 101-649, znaną jako Ustawa o powrocie Amerazjatów do domu. Jeśli w przyszłości będzie Pan mógł przedstawić nowe dowody na poparcie swojej prośby o przyznanie statusu Amerazjaty, Pana wniosek zostanie ponownie rozpatrzony. Aby otrzymać wizę Amerazjaty, należy udowodnić urzędnikowi konsulatu, że Pana ojcem był żołnierz Stanów Zjednoczonych. Mieszane pochodzenie samo w sobie nie wystarcza do przyznania powyższych uprawnień”.

Oddała mu dokument.

– Fakt, że złożył pan fałszywe podanie, może pana na zawsze zdyskwalifikować w tej kwestii – oznajmił mężczyzna. – Nie wiem, jakie ma pan szanse… ale jeśli zdobędzie pan dowód, proszę go nam przysłać. Do widzenia.

Do widzenia? Nie, jeszcze nie. Phong zrobił krok naprzód.

– Proszę pana, ja bardzo przepraszam, że popełniłem błąd, jestem teraz innym człowiekiem…

Mężczyzna podniósł dłoń.

– Kiedy będzie miał pan dowód, proszę go do nas przysłać. Do widzenia – powtórzył.

Powrót do Krainy Strachu

Hồ Chí Minh, 2016

– Proszę państwa, rozpoczynamy lądowanie. Proszę zapiąć pasy i wsunąć bagaż podręczny pod siedzenie z przodu albo do schowka nad fotelem.

Dan wziął głęboki oddech i przycisnął nos do zimnej szyby, żeby popatrzeć w dół.

– Widzisz coś? – spytała Linda, zaglądając mu przez ramię.

– Za dużo chmur.

Odchylił się na oparcie, żeby mogła wyjrzeć przez okno.

– Zaraz będziemy na miejscu. – Uśmiechnęła się i ścisnęła go za rękę.

Skinął głową i pocałował ją we włosy. Ich brzoskwiniowy zapach podnosił go na duchu. Nie dałby rady zrobić tego bez niej. Przysięgał sobie, że nigdy więcej tu nie wróci.

Z hukiem silników samolot przedzierał się przez grubą warstwę chmur. Linda przerzucała błyszczące kartki „Heritage”, magazynu wietnamskich linii lotniczych. Oglądała zdjęcia pięknych willi wzniesionych pośród bujnej zieleni na szczycie wzgórza, otoczonych białymi, piaszczystymi plażami i błękitnym morzem. Oboje dorastali w małych ciasnych mieszkaniach i Dan doskonale rozumiał jej fascynację. To właśnie dlatego została agentką nieruchomości. Zamiast jednak ulec pogoni za pieniądzem, angażowała się w projekty mające na celu finansowanie zaliczek na nowy dom lub wynajdywanie mieszkań i domów za przystępny czynsz. Dla weteranów – z Wietnamu, Afganistanu, Iraku.

– Tak wielu z tych ludzi jest bezdomnych – powiedziała kiedyś.

Dan ją za to kochał.

Za oknami samolot nadal spowijały chmury. Gęstniały i napierały. Ciemność poruszyła coś, co tkwiło w nim głęboko ukryte. Dawny strach. Jego ciało stężało. Spojrzał w kierunku wyjścia awaryjnego. Dwa kroki. Jeden skok.

Podczas odprawy na lotnisku podszedł do pracownika wpuszczającego pasażerów na pokład.

– Przepraszam, potrzebuję miejsca przy wyjściu awaryjnym.

– Słucham?

Pokazał swoją legitymację weterana. Mimo to mężczyzna pokręcił głową.

– Wszystkie miejsca przy wyjściach awaryjnych są zajęte.

Dan nachylił się do niego i wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Niech pan posłucha: albo usiądę przy wyjściu, albo nie polecę w ogóle.

Cieszył się teraz, że udało mu się wywalczyć odpowiednie miejsce i miał wyjście awaryjne przed sobą, a nie za plecami.

Nabrał powietrza w płuca, żeby się uspokoić. Po kilku chwilach zrozumiał, jakie to było niemądre – ta cała scena, którą urządził z powodu wyjścia awaryjnego. Dlaczego wiecznie odgrywa stereotypowego weterana z zaburzeniami psychicznymi? Co właściwie zamierzał zrobić? Rzucić się do drzwi i wyskoczyć w powietrzu?

Właśnie nakładał słuchawki, żeby posłuchać uspokajającej muzyki, gdy nagle samolot zanurkował w dół. Wśród pasażerów rozszedł się szmer. Dan uderzył głową o oparcie i zacisnął dłonie na poręczach. Miał wrażenie, jakby fotel pod nim zniknął. Zalała go fala gorąca, Airbus tracił wysokość. Za szybko. Z ogłuszającym dudnieniem samolot podskakiwał w turbulencjach, aż dygotała kabina.

Kapitan przez głośniki nakazał pasażerom zapięcie pasów.

Maszyną nadal gwałtownie rzucało.

Dan czuł w środku, jak od dawna uśpiony strach zwija się i rozwija niczym wąż.

Zamknął oczy i nagle znowu siedział w kabinie wojskowego śmigłowca, a chmury za oknem zamieniały się w baldachim wietnamskich drzew. Wirowały za szybami jak oszalałe.

– Niecałe pół metra dla wirnika po prawej! – krzyczał w słuchawkach Hardesty.

W poszyciu błyskał ogień z AK-47. Rappa odpowiedział swoim M-60. Odrzut wstrząsał jego barkami. Na kadłubie brzęczały pociski z kałasznikowa. Kula wyryła otwór w pleksiglasowej szybie tuż nad głową Dana.

– Ostrzeliwują nas! Na dziewiątej! Silny ostrzał! Na dziewiątej! Na północnym obrzeżu! – wrzasnął McNair do VHF wysokim, histerycznym głosem, który nagle zmiękł.

– Dan? – Czyjaś dłoń poklepała go po policzku. – W porządku?

Otworzył oczy. Pasażerowie śmiali się z ulgą. Turbulencje się skończyły. Dan zamrugał, ze złości i wstydu zapiekły go policzki.

Potrząsnął głową, żeby odgonić sprzed oczu obrazy załogi śmigłowca. Ale wszyscy oni żyli w jego umyśle: strzelec pokładowy przy drzwiach, Ed Rappa, żegnający się znakiem krzyża i całujący ziemię po każdej misji; dowódca oddziału, Neil Hardesty, żujący gumę z otwartymi ustami; drugi pilot, Reggie McNair, sprawdzający swoje szczęśliwe dziurawe skarpety, które zawsze wkładał na misje. Chciałby im powiedzieć, jak bardzo mu przykro.

Czemu zginęli, a on przeżył? Od czterdziestu siedmiu lat zadawał sobie to samo pytanie niezliczoną ilość razy.

– Hej… potrzebujesz tabletek?

Na czole Lindy pogłębiły się wiecznie obecne bruzdy. W ciągu czterdziestu pięciu lat ich małżeństwa Dan przyczynił się do wielu zmarszczek widocznych na jej twarzy. Napady gniewu, które szybko zamieniały się w niekontrolowany szloch. Zaniki pamięci. Koszmary senne. Upiory wojny.

– Nie trzeba, dziękuję.

Do oczu nabiegły mu łzy. Otoczył Lindę ramieniem, przyciągnął ją do siebie. Była jego opoką.

– Mam je tutaj, gdybyś ich potrzebował. – Wskazała swoją torebkę leżącą na podłodze pod fotelem.

Skinął głową i spojrzał z upragnieniem przez okno, żeby zobaczyć ziemię. Niczego na świecie nie pragnął bardziej, niż wysiąść z tego samolotu. Kiedyś, dawno temu, uwielbiał dreszczyk latania, poczucie nieskrępowanej wolności i możliwości bez granic.

W wieku dziewiętnastu lat wstąpił do wojska i złożył podanie o przyjęcie na pilota, chociaż nie wierzył, że ma na to szanse. Wielu jego przyjaciół przeszło już pobór albo dostało wezwanie, więc było tylko kwestią czasu, kiedy i na niego przyjdzie pora. Wymyślił sobie, że jeśli wstąpi do wojska, będzie mógł podróżować, a po odbytej służbie pójdzie na studia. Kiedy dostał zawiadomienie, że ma się przygotować na ośmiotygodniowe szkolenie podstawowe, potem miesiąc zaawansowanego dla piechoty, po którym zostanie wysłany na dziewięć miesięcy szkolenia lotniczego, zaczął krzyczeć z radości tak głośno, że mama upuściła durszlak z makaronem na obiad. Spytała, co się stało, a on przeczytał jej list. Wyjaśnił, że przeszedł wiele testów sprawdzających predyspozycje do latania i ku własnemu zdumieniu je zdał. Oficer rekrutacyjny przyznał, że armia pilnie potrzebuje w Wietnamie pilotów śmigłowców, ale Dan sądził, że będzie wielu lepszych od niego.

Mama nie chciała, żeby jechał na wojnę, powiedziała, że może tam zginąć, ale on odparł, żeby się nie martwiła, bo Bóg go ochroni. Jak wielu dziewiętnastolatków miał się za niezwyciężonego. Wystarczył miesiąc w Wietnamie, żeby się pozbył złudzeń. Kiedy skończył służbę, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale czuł się jak sześćdziesięciolatek. Obcowanie ze śmiercią odarło go z młodości.

W głośniku rozległ się komunikat. Kobiecy głos mówił po wietnamsku. Dan zamknął oczy, skupiając uwagę na wznoszących się i opadających frazach. Tak lirycznych, że brzmiały jak piosenka. Jak kołysanki, które śpiewała mu Kim.

Coś zabrzmiało znajomo. Xin vui lòng. Czy to znaczy „proszę”? Przed wyjazdem próbował odświeżyć znajomość języka, ale efekt był mizerny.

Linda odpięła torbę, wyjęła słoiczek z kremem i wsmarowała go w twarz. Pomalowała usta różową szminką, swoim ulubionym kolorem. W tym roku kończyła sześćdziesiąt sześć lat, ale za każdym razem, gdy na nią patrzył, nadal widział kobietę, w której się zakochał. Chodzili razem do liceum i zwrócił na nią uwagę w trzeciej klasie. Do dziś pamiętał, jak biegała po boisku do koszykówki z twarzą poczerwieniałą z determinacji, pamiętał jej śniade nogi szybujące w powietrzu, gdy wyskakiwała do piłki. Cieszył się, że w tej samej drużynie grała jego młodsza siostra, Marianne. Mógł chodzić na mecze Marianne i obserwować Lindę.

– Dość tego – rzuciła żona kilkanaście miesięcy temu, kiedy się rozpłakał, oglądając w wiadomościach relacje z wojny w Iraku i Afganistanie. – Szczerze mówiąc, powinnam to była powiedzieć już wiele lat temu. – Pokazała mu czek z prowizją za sprzedaż jakiegoś mieszkania. – Chcę, żebyśmy za te pieniądze polecieli tam i raz na zawsze rozprawili się z twoimi problemami.

„Powinnam to była powiedzieć już wiele lat temu”. Nie musiała dodawać, że ta podróż zadecyduje o tym, czy ich małżeństwo przetrwa – Dan wyczuł to w jej głosie. Linda zasługiwała na szczęście, ale wiedział, że powrót do Wietnamu oznacza prawdziwe piekło. Ożyją wszystkie złe wspomnienia. Mimo to był jej to winien, musi zmierzyć się ze swoimi demonami. Zaręczyli się, zanim wyjechał do Wietnamu, i Linda czekała na niego do momentu, aż wrócił. A potem wytrwała przy nim czterdzieści pięć lat, pomimo wszystkiego, co przeszli. Ale co by było, gdyby poznała prawdę o Wietnamie? O Kim?

Wyjął z jej torebki paszport i drżącymi palcami zaczął przerzucać kartki.

– Gdzie ona jest, do diabła?

– Co?

– Wiza.

Linda pokazała mu stronę z błyszczącą czerwoną pieczęcią.

– Tu jest, widzisz? Wszystko z nią w porządku.

Dan pokręcił głową. Wietnam rozstrajał go tak, że nie potrafił nad tym zapanować.

– Och, o mało nie zapomniałam.

Puściła do niego oczko i wyjęła z portmonetki dwudziestodolarowy banknot. Wsuwając go między kartki paszportu, wyjaśniła, że poradzili jej to znajomi Wietnamczycy, Duy i Như. Dawno nie byli w Wietnamie, bo, jak powiedzieli, komuniści odebrali im ojczyznę, ale widocznie swoje wiedzieli.

Chodzili razem z Lindą do kościoła, który zbierał koce, ubrania, zabawki i jedzenie dla wietnamskich uchodźców, kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych przypłynęli do Stanów jako „ludzie z łodzi”. W każdą niedzielę spotykała się z nimi na mszy; Dan natomiast od dawna nie bywał w kościele. Od czasów Wietnamu uważał, że Bóg ma niewielką władzę nad światem, który tak bardzo uwielbia wojnę.

Chociaż Dan kochał żonę z całego serca, zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, zabierając ją ze sobą w tę podróż. Rok temu Bill i Doug proponowali mu, żeby poleciał z nimi. Ale nie mógł. Teraz zdał sobie sprawę, że może lepiej było wrócić do tego kraju z dawnymi towarzyszami broni. Oni rozumieli, co Dan czuje, czego się boi. Kiedy teraz podchodzili z Lindą do lądowania, stwierdził, że nie przygotował się należycie do tej wyprawy. Odwiedził bibliotekę publiczną w Seattle i pobliską księgarnię i naznosił do domu sterty tomów napisanych przez wietnamskich autorów. Przez wiele lat czytał książki amerykańskich żołnierzy, aby zrozumieć to, czego doświadczał, i utwierdzić się w przekonaniu, że nie był w tym osamotniony. Ale dopiero wietnamska literatura otworzyła mu oczy. Największe wrażenie zrobił na nim Smutek wojny Bảo Ninha, jego dawnego wroga. Czytając tę powieść, miał wrażenie, jakby patrzył w krzywe zwierciadło. Bez najmniejszego trudu mógł się wcielić w postać weterana z Wietnamu Północnego, Kiêna. Tytuł książki mówił sam za siebie. Kiedy opowiedział o niej znajomym z armii, zdziwili się, że wybiera książki napisane przez kogoś, kto kiedyś próbował go zabić. I kogo on sam starał się unicestwić. Lecz Dan pragnął zrozumieć ludzi, których w czasie wojny jego rodacy pozbawili ludzkich cech. Szukając ich człowieczeństwa, starał się odzyskać swoje.

W ciągu kilku pierwszych lat po jego powrocie z Wietnamu Linda próbowała go wypytywać o to, co widział i jak było na wojnie. Odpowiadał, że nie chce o tym rozmawiać. Potem, pewnej nocy w 1983 roku, przyśniło mu się, że atakują go ludzie Wietkongu. Skoczyło na niego kilku żołnierzy. Szamotał się z jednym, zaczął go dusić, dopóki nie usłyszał charczącej i kaszlącej Lindy. Obudził się z dłońmi zaciśniętymi na szyi własnej żony.

Odeszłaby od niego, gdyby następnego dnia z samego rana nie zadzwonił do psychiatry, żeby się umówić na wizytę. Aż do tego momentu nie chciał się na to zgodzić. Bał się, że zdiagnozują u niego zaburzenia psychiczne, przez które utraci wiele uprawnień, łącznie z prawem jazdy. Doktor Barnes zwrócił uwagę, że nie jest jedynym weteranem z podobnymi problemami, i zaproponował mu udział w czymś, co nazywał tajemniczo Grupą 031. Nazwa miała zapewnić uczestnikom anonimowość. Dan cieszył się z tego enigmatycznego określenia, ponieważ nie zamierzał nikomu mówić o tym, że chodzi na grupową terapię stresu pourazowego. Tam poznał Billy’ego i Douga. Po wielu wizytach u lekarzy i spotkaniach w Grupie 031 poczuł się lepiej, mimo to przez wiele lat Linda nie chciała z nim spać w jednym łóżku.

Podczas wspólnej sesji z doktorem Barnesem poznała kilka szczegółów z jego wojennych przeżyć, ale nadal nie wiedziała o najważniejszych. O Kim. O zabitych członkach załogi. O dzieciach w szkole, których krew na jego oczach wsiąkała w ziemię. W lepsze dni potrafił nawet przekonać siebie, że żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła.

Niedawno na spotkaniach grupy wsparcia dla żon weteranów Linda poznała doktor Edith Hoh, której mąż również służył w Wietnamie. Nazywała ją Doktor E i nalegała, żeby spotkali się z nią przed wylotem. W czasie wizyty Hoh stanowczo zachęcała ich do tej wyprawy. Powiedziała, że razem z mężem pojechali do Wietnamu kilka lat temu i znacząco im to pomogło. Zaproponowała, żeby porozmawiali o swoich uczuciach i oczekiwaniach wobec tej podróży. Poradziła, żeby po przyjeździe dali sobie czas na oswojenie się z emocjami i nie robili niczego na siłę, zwłaszcza na początku. Zapisała im na wizytówce swój numer domowy.

– W razie kryzysu dzwońcie do mnie bez względu na godzinę.

Samolot szybko zniżał lot i kiedy wyłonili się z pułapu chmur, Dan spojrzał w dół. Pola ryżowe. Minęło całe życie, a te pola nie straciły swojego szmaragdowego koloru. Nadal połyskiwały jak noże, kiedy słońce uderzyło w tę szachownicę podmokłych luster. A rzeki pełznące przez tę zieleń nadal wyglądały jak jadowite węże.

Zza jego pleców wyjrzała Linda.

– Och, jak tu pięknie.

Stopniowo w polu widzenia pojawił się Sajgon, obecnie przemianowany na Hồ Chí Minh. Dawna, znajoma linia horyzontu miasta stała się całkiem obca; przerywały ją wieżowce błyszczącego szkła, a widok z lotu ptaka przecinały szerokie, zakorkowane ulice.

– Spójrz tylko na te wysokościowce. – W głosie Lindy brzmiał zachwyt.

Miał ochotę opowiedzieć jej o słupach dymu, które kiedyś wznosiły się stąd w niebo, o świszczących rakietach nadlatujących nad miasto, o flarach rozświetlających noc, o żebrakach ulicznych bez rąk i nóg, ale bał się przywoływać te wspomnienia.

Rozglądał się, szukając lotniska Tân Sơn Nhứt, nazywanego teraz Tân Sơn Nhất. Tutaj właśnie stacjonował. Początkowo przydzielano mu tylko wypady z celebrytami i innymi grubymi rybami na coś, co trudno nazwać inaczej niż loty widokowe.

– Wielu zostaje wezwanych, ale wybrani tylko nieliczni, żołnierzu – powiedział mu starszy sierżant. – Ukończyłeś szkolenie na pierwszym miejscu i dobrze wychodzisz na zdjęciach, a oni takich lubią. Więc bądź wdzięczny losowi.

Kiedyś wiózł nawet słynnego hollywoodzkiego aktora do bazy artyleryjskiej. Jego dowódca i pozostali członkowie załogi byli zachwyceni, ale dla Dana obecność aktora wizytującego jednostkę wojskową nasiliła tylko dziwne wrażenie, jakby brał udział w filmie wojennym, a nie prawdziwej wojnie. Oczywiście cieszył się, że nie wysyłają go na front, ale miał też wyrzuty sumienia i korciło go, żeby sprawdzić się w ogniu walki. Uważał, że na tym polega sens obecności w Wietnamie.

W końcu przydzielono go do plutonu śmigłowców transportowych. Pilotował helikopter Bell UH-1D/H – czyli popularnego Hueya – i brał udział zarówno w natarciach, jak i misjach transportowych: przewoził dostawy żywności, amunicji i żywych żołnierzy na front, a czasami rannych i martwych żołnierzy z rejonów walk. Nie miał pojęcia, do jakiego stopnia te misje na zawsze odmienią jego życie.

Przed jego oczami rozciągało się lotnisko Tân Sơn Nhất. Wyglądało obco i kamień spadł mu z serca. Wszystko się tu zmieniło. Niepotrzebnie się martwił. Był teraz zwykłym turystą, ślamazarnym Amerykaninem z saszetką u pasa i żoną pstrykającą zdjęcia uchwytem do selfie. Nikt nie musi wiedzieć, że jest weteranem wojennym.

Patrzył, jak stewardesa siedząca naprzeciwko niego pochyla się i poprawia swoją áo dài,i znowuzalała go fala wspomnień. Kim często nosiła taką sukienkę – z miękkiej tkaniny spływającej do kolan, z wysoką stójką wokół szyi. Pewnego dnia wiele lat temu leżał na łóżku i podziwiał, jak w białej áo dài szykowała się na buddyjską ceremonię w pobliskiej pagodzie. Przeprowadzili się właśnie do mieszkania, które dla niej wynajął. Stała przy oknie, a jej dłoń z grzebieniem spływała po rzece włosów. Zdumiewał się ironią goszczącego go kraju: jego pięknem i gracją pośród rozgrywającej się grozy.

– Hura, jesteśmy na miejscu! – oznajmiła Linda, kiedy kołujący samolot w końcu się zatrzymał.

Dan ścisnął czoło. Starał się wymazać Kim ze swojego życia. Spalił wszystkie jej zdjęcia. Usiłował przekonać siebie, że była tylko snem, duchem. Ale we wspomnieniach pozostała uparcie prawdziwa, a teraz wychodziła mu naprzeciw w mieście, w którym się poznali.

Znów zobaczył jej piękną osiemnastoletnią twarz. Jej brązowe oczy. Jej łzy.

Niemożliwy wybór

Phú Mỹ, prowincja Kiên Giang, marzec 1969

Trang uniosła wysoko drewniany trzonek motyki i wzięła kolejny zamach. Kiedy ostrze z głośnym chlupotem wbiło się w ziemię i rozkruszyło dużą zbitą grudę, poczuła w prawej dłoni ostry ból. Musiał pęknąć jej pęcherz. Zacisnęła zęby.

Kilka metrów dalej, nisko pochylona, wyrywała chwasty jej siedemnastoletnia siostra. Twarz Quỳnh niknęła pod stożkowym kapeluszem nón lá. Podobnie jak rok wcześniej Trang, ona również nie zdała egzaminu tú tài i w związku z tym nie otrzymała świadectwa ukończenia szkoły średniej. Trang zawsze wierzyła, że siostrze się uda, ale wszyscy wiedzieli, że co roku tylko jedna trzecia uczniów zdawała maturę.

Z upragnieniem wypatrywała wiatru, lecz upał przyklejał się do niej jak druga skóra. Bolały ją ramiona. Cztery sezony temu, kiedy skończyła szkołę i zaczęła na stałe pracować na polu rodziców, myślała, że te wszystkie bóle w jej ciele wywołuje poważna choroba, najpewniej rak. Kiedy powiedziała o tym Hiếu, który jej się bardzo podobał, chłopak wybuchnął śmiechem. Gdyby mieli wołu do orania ziemi, ich ciała nie musiałyby tak cierpieć, odparł. Wiedział, co mówi, ponieważ on też zaczął uprawiać ryż.

Pracowały z siostrą od świtu, a mimo to jeszcze ponad połowę pola porastały chwasty, które trzeba było wyrwać i wyrzucić. Potem muszą nanieść wody i orać ziemię tak długo, dopóki nie zrobi się lekka i napowietrzona, gotowa do przyjęcia sadzonek ryżu.

Kiedy ich cienie skróciły się na dowód, że dobiega południe, Trang wzięła do ręki butelkę z tykwy i napiła się wody. Podała resztę siostrze.

– Jeszcze tyle do zrobienia.

Quỳnh wytarła z potu długą, opaloną szyję.

– Damy radę. Có công mài sắt có ngày nên kim.

Trang skinęła głową. Przysłowie, które przywołała jej siostra, miało w sobie tyle mądrości: „Wytrwałość żelazną sztabę zetrze na igłę”.

Quỳnh zmrużyła oczy przed słońcem.

– Wczoraj w nocy znowu mi się śniło, że atakowały nas śmigłowce. Dokładnie tutaj!

Rozejrzała się po polach, które ciągnęły się aż do zielonej granicy wioski. Poza kilkoma chłopami mocno pochylonymi nisko nad ziemią krajobraz był pusty. W powietrze wzbiło się stado bocianów; białe trzepoczące skrzydła przypominały żałobne opaski na głowę.

– Pamiętasz, co jest najważniejsze? Kiedy nadlecą, musisz stać bez ruchu. Nie wolno ci biec.

Trang patrzyła, jak siostra pije wodę z tykwy. Codziennie modliła się do Buddy, żeby miał ich w opiece. Kilka dni temu amerykańscy żołnierze ścigali po polach sąsiedniej wioski ludzi podejrzanych o współpracę z Wietkongiem. Podobno zastrzelili trzech wieśniaków.

– Ha, założę się, że gdyby coś się zaczęło dziać w pobliżu, to narobiłabyś w majtki, chị Hai. – Quỳnh dokończyła wodę i wzięła do ręki motykę. Nazwała Trang „siostrą numer dwa”, mimo że była najstarsza z rodzeństwa. Ludzie w ich regionie wierzyli, że pierwsze dziecko w rodzinie często prześladują złe duchy, dlatego tradycja kazała nazywać je „drugim”.

Trang nie miała pojęcia, jak by się zachowała, gdyby na ich pola wtargnęły wrogie oddziały, ale przeżyła już kilka spotkań z helikopterami. Niektóre przelatywały bardzo nisko nad ziemią; miała wrażenie, że podmuch śmigieł porwie ją w powietrze, jakby była zeschłym liściem. Stała z zaciśniętymi powiekami, otoczona tabunem wirującego piachu, z modlitwą zdławioną w zasznurowanych ustach. Rodzice dali jej wiele lekcji przetrwania, a jedna z nich dotyczyła śmigłowców: strzelają do każdego, kto biegnie.

– Budda będzie nas strzegł. Niebiosa zdecydują, czy przeżyjemy, czy nie – powiedziała do siostry i weszła na grobelkę.

Trawa łaskotała ją w łydki i rozwiewała troski, które wdarły się w jej myśli. Spod nóg wyskoczył konik polny, po czym zniknął w gąszczu mimozy. Roślina natychmiast zwinęła liście i tylko delikatne liliowe kwiaty pozostały otwarte jak kłębki bawełny. Trang zastanawiała się, czy człowiek, który nazwał ją cây mắc cỡ – wrażliwą rośliną – uprawiał pola.

Quỳnh wytarła stopy o trawę. Jej owalną twarz o zaróżowionych policzkach otaczały kosmyki włosów, które wyśliznęły się z kucyka. Trang poczuła ukłucie zazdrości. Jak siostra to robiła, że zawsze wyglądała tak ślicznie? Miała mnóstwo wielbicieli.

– Má powinna gotować więcej ryżu. – Quỳnh pośliznęła się w plastikowym sandale. – Nie mogę pracować taka głodna.

Trang też strasznie burczało w brzuchu. Wczoraj wieczorem mama zjadła niecałą połowę swojej normalnej porcji, mówiąc, że więcej już nie może. Quỳnh długo skrobała łyżką dno miseczki, chociaż w środku nie zostało już ani jedno ziarnko. Kiedy później Trang poszła do studni, żeby pozmywać ich naczynia, zobaczyła matkę stojącą całkowicie bez ruchu na środku podwórza, jakby niebiosa zasadziły ją w ziemi, i wpatrującą się w ich dawny, ceglany dom. Dom, który stracili.

Trang i Quỳnh ruszyły drogą prowadzącą przez wioskę. Kryte strzechą domy stały milczące w cieniu drzew. Kilku wieśniaków przyspieszyło kroku, niosąc kosze w południowym upale. Minęła je grupa żołnierzy Armii Republiki Wietnamu i Trang z wdzięcznością patrzyła na ich karabiny. Niecałe dwadzieścia kilometrów stąd partyzanci Wietkongu przejęli częściową kontrolę nad niektórymi wioskami.

W szkole uczono ją, że wojnę wywołała agresja Hồ Chí Minha i komunistów, ale Trang wiedziała, że ziarno konfliktu zostało zasiane znacznie wcześniej, kiedy Wietnam okupowała Francja. Hồ Chí Minh pokonał Francuzów i teraz jego rząd kontrolował północną część kraju.

Na Południu, gdzie mieszkała rodzina Trang, władzę sprawował rząd Việt Nam Cộng Hòa, Republiki Wietnamu, oraz jego armia, ARVN, wojska amerykańskie zaś miały im pomagać w obronie. Wszędzie jednak czaili się komuniści Wietkongu z Północy, którzy przeniknęli na Południe i popierali Hồ Chí Minha. Mogli być ubranymi na czarno mężczyznami, uzbrojonymi w karabiny, albo niewinnie wyglądającymi dziewczętami, które pod koszulą ukrywały granaty.

Trang nie rozumiała, dlaczego ludzie muszą ze sobą walczyć, ale wojna stawała się coraz bardziej zacięta. Amerykanie, którzy wspierali rząd Południa, bombardowali Północ. Z pewnością wkrótce nadejdzie odwet, pomyślała Trang i motyka na ramieniu zaczęła jej jeszcze bardziej ciążyć.

Szła za Quỳnh z oczami wpatrzonymi w długie włosy siostry, te same włosy, które zaplatała w grube warkocze, kiedy siedziały w cieniu bananowca i czekały na powrót taty.

▲△▲

Cztery lata wcześniej, kiedy ojciec dostał powołanie do ARVN, przyniósł do domu dwie małe sadzonki bananowców i kazał im zasadzić je w ogrodzie.

– Wrócę w dniu, kiedy zaowocują.

Nabrał wody miseczką z kokosa i podlał rośliny.

Trang przytuliła się do jego silnego, umięśnionego ramienia.

– Proszę, Ba… nie idź na wojnę.

– Przecież wiesz, że musi. – Quỳnh odepchnęła ją na bok. – Tylko nie waż się płakać. Twoje łzy przyniosą tacie pecha.

Ojciec odstawił miskę i przyciągnął córki do siebie.

– Będę walczył ramię w ramię z najlepiej wyszkolonymi żołnierzami na świecie. Przysłali ich tu aż z Ameryki, wyobrażacie sobie? Mają zaawansowaną broń i zadanie, żeby nas ochraniać. Nie musicie się obawiać.

Przez kolejne miesiące Trang błagała drzewka bananowe, żeby szybciej rosły. Dodawała im do ziemi krowiego obornika, który mama przygotowała na pola ryżowe. Obie z Quỳnh klaskały, skacząc z radości, kiedy zakwitła pierwsza roślina. Wkrótce jej śladem poszła druga. Kwiaty urosły i wisiały niczym czerwone lampiony, które ozdabiały ich wioskę podczas Święta Środka Jesieni. Otwierając się i opadając, kolejne warstwy lampionów odsłaniały gruby pęk owoców. Codziennie po powrocie ze szkoły Trang i Quỳnh siadały pod drzewami i patrzyły w kierunku bramy. Dla zabicia czasu zaplatały sobie włosy.

Stopniowo stare pędy obumierały i zastępowały je nowe. Pewnego deszczowego dnia Trang wróciła do domu i zobaczyła matkę siedzącą obok dziwnie wyglądającego mężczyzny o zniszczonej twarzy, zarośniętej gęstą, szorstką brodą, o zmęczonych oczach i dalekim spojrzeniu. Kiedy mężczyzna wyszeptał jej imię, Trang upuściła koszyk i białe so đũa –kwiaty drzewa kolibrowego, których nazbierała na kwaśną zupę – wysypały się na ziemię.

Fizycznie ojciec był cały i zdrowy, ale już nigdy się nie śmiał. Nie chciał rozmawiać o tym, co widział i robił. Później Trang dowiedziała się, że zwolniono go z wojska z powodu zaburzeń psychicznych.

▲△▲

– Myślisz, że będzie padało? – powiedziała Trang do idącej przed nią siostry. – Jest tak gorąco.

Quỳnh przełożyła motykę na drugie ramię i podniosła wzrok.

– Spójrz, czy to nie Hân?

Trang zmrużyła oczy. Z naprzeciwka jechał na rowerze mężczyzna. Pedałując ze wszystkich sił, ciągnął wózek, w którym siedziały Hân i jej matka. Dziewczyna była kiedyś najlepszą przyjaciółką Trang, ale rok temu wyjechała do Sajgonu, gdzie wujek znalazł jej pracę w amerykańskiej firmie. Przysyłała do domu tyle pieniędzy, że matka wybudowała cały dom z cegły.

– Schowaj się.

Trang pociągnęła siostrę za ramię, rozglądając się za jakimś krzakiem. Hân była teraz bogatą dziewczyną, nie powinna ich zobaczyć w poszarpanych chłopskich ubraniach, z ubłoconymi motykami na ramionach.

Quỳnh wyrwała się z uścisku.

– Chị Hân, chị Hân! – zawołała w kierunku rykszy. – Kiedy wróciłaś do domu?

Ryksza zatrzymała się z metalicznym skrzypieniem. Hân wyglądała olśniewająco w kwiecistej bluzce i czarnych jedwabnych spodniach.

– Och, cześć… Wracacie z pracy?

Trang skinęła głową, żałując, że nie może się zapaść pod spękaną ziemię.

– Chào cô – przywitała matkę Hân.

Kobieta odpowiedziała uśmiechem.

Hân wyskoczyła z wózka.

– Má, jedź sama do domu.

– Nie zapomnij, że babcia przychodzi dzisiaj na obiad! – zawołała matka z odjeżdżającej rykszy.

Quỳnh zmierzyła dziewczynę wzrokiem od góry do dołu.

– Ładnie wyglądasz, siostro… Jesteś coraz pulchniejsza.

– Och, to niedobrze – zauważyła Hân, klepiąc się po brzuchu.

– Dlaczego? – spytała Quỳnh.

– W Sajgonie jest moda na szczupłe kobiety – roześmiała się Hân.

Trang pokręciła głową z niedowierzaniem. Jak to możliwe? Pulchny człowiek to bogaty człowiek. Tylko biedacy są chudzi.

Trzy dziewczęta skierowały się w stronę wysokiego drzewa trứng cá, które rosło na granicy wioski i rozpościerało wielkie konary niczym kura otaczająca skrzydłami kurczęta. Z zielonego baldachimu zwisały setki drobniutkich owoców, niektóre czerwone, dojrzałe jak maleńkie gwiazdy. Trang wiedziała, że każdy z nich wypełniony jest aromatyczną słodyczą. Miała ochotę podwinąć spodnie, wspiąć się na gałąź i wdrapywać się dalej, dopóki ich nie dosięgnie.

Hân podeszła na palcach i podskoczyła, ale udało jej się zerwać tylko różowy, na wpół dojrzały owoc. Wrzuciła go do ust.

– No więc… co u was słychać?

Dziewczęta rzuciły motyki na ziemię. Quỳnh podskoczyła i chwyciła się gałęzi. Wisiała, dyndając nogami.

– Tak sobie…

Trang zdjęła nón lá i zaczęła wachlować siebie i przyjaciółkę. Stożkowy kapelusz upleciony z liści palmowych i pędów bambusa był podarunkiem od mamy. Czerwoną nicią Trang wyszyła w środku swoje imię oraz początkowe słowa słynnej epopei Truyện Kiều Nguyễna Du: Przez sto lat ludzkiego żywota na ziemskim padole / talent i przeznaczenie zwykły toczyć boje.

– Spotkałam dzisiaj rano twoje koleżanki… Mówiły, że wczoraj byli u was w domu jacyś ludzie i okropnie krzyczeli – powiedziała Hân.

Trang przygryzła wargę. Dlaczego jej koleżanki muszą tak plotkować?

– Nasi wierzyciele – odparła Quỳnh. – Mogą się wypchać!

– Tak jest, niech się pieprzą! – warknęła Trang.

Dobrze było zakląć. Wierzyciele zaczęli się u nich zjawiać w zeszłym roku, kiedy znajomy jej rodziców z dzieciństwa uciekł z pieniędzmi, które mu pożyczyli. Mężczyzna zniknął nie tylko z oszczędnościami ich życia, ale także z równowartością setek złotych taeli, które pożyczyli i których dalej udzielali w formie pożyczek, aby zarobić na różnicy stóp procentowych. Z początku wierzyciele byli uprzejmi, ale z czasem zaczęli tracić cierpliwość. Czy naprawdę nie widzieli, że jej rodzice padli ofiarą oszustwa i nie mają pieniędzy na spłatę długu?

Hân westchnęła.

– Mama mi mówiła o tym naciągaczu, który oszukał waszą rodzinę. Podobno wielu ludzi przekonał do tego „lukratywnego interesu” z bankiem. Mam nadzieję, że policja go złapie.

– Uciekł ponad rok temu. Nawet nie wiem, czy policja go jeszcze szuka. A wierzyciele straszą, że zajmą nasze pola i dom, który i tak nie jest dużo wart… – Quỳnh zerwała owoc i cisnęła nim tak mocno, że odbił się od drogi.

Trang przypomniała sobie długie wyprawy w poszukiwaniu oszusta, na które mama wyruszała wraz z innymi poszkodowanymi. Ostatnio po powrocie zaczęła walić głową o twardy jak skała gliniany dzban na wodę, mówiąc, że ma ochotę się zabić za ten błąd.

– Wiem, jak bardzo się starałyście znaleźć pracę. – Hân zniżyła głos. – A szukałyście poza naszą prowincją? – Odczekała, aż minie je kilku przechodzących mieszkańców wioski. – Mówię wam to, bo jesteście moimi przyjaciółkami… Mogłybyście zarabiać pieniądze w Sajgonie.

– Ale ty masz tam wujka, a my nikogo nie znamy.

Trang przyjrzała się włosom dziewczyny. Dlaczego ostrzygła się tak krótko? A jej skóra… coś musiała z nią zrobić, że stała się taka jasna, prawie błyszcząca.

– Nie musicie nikogo znać – odparła z uśmiechem Hân. – Wystarczy, no wiecie… ładnie wyglądać. Obie jesteście śliczne, na pewno wam się uda.

– Co właściwie miałybyśmy robić? – dopytywała się Quỳnh.

– Pić sajgońską herbatkę – rzuciła Hân i roześmiała się.

Quỳnh zeskoczyła z drzewa.

– Herbatkę?

– Tak… Siedzieć w barze, pić sajgońską herbatkę i zarabiać dużo pieniędzy.

– W barze? W jakim barze? – spytała Trang.

– W barze, gdzie sprzedają alkohol amerykańskim żołnierzom.

Przeszedł ją dreszcz. Jak Hân mogła sugerować, żeby piły alkohol z obcokrajowcami? Niektórzy z nich mieli krew na rękach. Ta krew nawiedzała ją czasami w snach.

Hân rozejrzała się ostrożnie. Droga była pusta, mimo to dziewczyna odezwała się szeptem:

– Przysięgacie, że nikomu o tym nie powiecie? Nawet duchom?

Trang i Quỳnh pokiwały głowami.

– Nie pracuję w amerykańskiej firmie. Pracuję w barze. Idę tam, piję sajgońską herbatkę i zarabiam pieniądze.

Trang zasłoniła usta dłonią.

– A ja myślałam, że twój wujek…

– Znalazł mi dobrą pracę? Nie. Dałam mu kilka prezentów, żeby dotrzymał tajemnicy. – Hân puściła do nich oko. – Moja kuzynka robi to samo, od niej się dowiedziałam.

– A co z resztą rodziny? Wiedzą o tym? – spytała Quỳnh.

– Oczywiście, że nie. Tylko wam o tym mówię.

Trang wytrzeszczyła na nią oczy. Gdyby ludzie we wsi się o tym dowiedzieli, na pewno nazwaliby ją me Mỹ,prostytutką Amerykanów. W tych okolicach kobietom nie wolno pić z mężczyznami, nawet na przyjęciach.

I co by sobie pomyślał Hiếu, gdyby Trang piła alkohol z jakimś Amerykaninem? Dwa dni temu wieczorem wziął ją za rękę. Kiedy poczuła jego ciepły dotyk, uciekła.

– Słuchajcie, to wcale nie jest takie złe, jak się wydaje – przekonywała Hân. – Nie muszę harować w prażącym słońcu i zarabiam około piętnastu tysięcy đồng tygodniowo.

– No, nie mów! – Quỳnh aż zaparło dech. – My z Trang przez cały sezon zarobiłyśmy tylko dwa razy więcej.

– Wiem. – Hân przytaknęła. – A jesteście ode mnie ładniejsze, więc na pewno zgarnęłybyście jeszcze więcej.

– Wcale nie jesteśmy ładniejsze od ciebie – zaprotestowała Trang. – I nie sądzę, żebyśmy mogły to robić… no wiesz, pracować w barze alkoholowym.

Mama wbijała im do głowy cztery cnoty wietnamskiej kobiety: ciężka praca, ładne wysławianie się, uroda i nienaganne prowadzenie się. Na pewno nie pozwoliłaby im pić alkoholu w towarzystwie mężczyzn.

– Nie słyszałaś, co powiedziała Hân? – Quỳnh odwróciła się do siostry. – Twoja przyjaciółka zarabia piętnaście tysięcy đồng tygodniowo! Wyobraź sobie, co by było, gdybyśmy zarabiały choć połowę. Mogłybyśmy pomóc rodzicom spłacić dług.

Hân skinęła głową.

– Za pieniądze, które wysyłam do domu, Má może dbać o siebie i opiekować się moim rodzeństwem.

Trang przypomniała sobie, jak mama Hân zemdlała na pogrzebie męża. Wyjechał na wojnę, a do domu wróciły jego zwłoki. Teraz odżyła i wygląda bardzo dobrze. Trang chciałaby móc zrobić to samo dla swojej mamy. I dla siostry.

– Widzisz? To tylko sajgońska herbatka. – Quỳnh pociągnęła ją za rękę, po czym odwróciła się do Hân. – Tylko to robisz, prawda? Pijesz herbatę?

– Głównie tak… Uwierzcie, że świetnie sobie poradzicie.

– Co to znaczy „głównie tak”? – zapytała Trang.

– To znaczy, że tylko piję herbatę. – Hân machnęła ręką. – Słuchajcie, jeśli chcecie pomóc rodzicom, pomyślcie o tym, co wam powiedziałam. W barze, gdzie pracuję, szukają nowych dziewcząt.

Quỳnh uszczypnęła siostrę w ramię.

– Chị Hai, to wspaniała okazja…

Trang pokręciła głową.

– Rodzice nie pozwolą nam tam pracować.

– Myślisz, że moja mama by mi pozwoliła? – powiedziała Hân, uśmiechając się kpiąco. – Nigdy się o tym nie dowie. Ta przeklęta wojna coraz bardziej się rozkręca, musimy zaoszczędzić jakieś pieniądze… na przyszłość. – Uniosła dłoń ze złotym zegarkiem, który połyskiwał w słońcu. – Muszę lecieć. Babcia pewnie już na mnie czeka. Xe lôi, xe lôi! – zawołała w kierunku zbliżającej się rykszy, po czym odwróciła się do dziewcząt. – Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, przyjdźcie do mnie wieczorem. I pamiętajcie: nikomu ani słowa.

– Jasne. Do zobaczenia wieczorem – rzuciła Quỳnh, jakby była starszą siostrą, która podejmuje decyzję za młodsze rodzeństwo.

Hân wsiadła do rykszy. Kierowca zabrzęczał dzwonkiem i zaczął pedałować. Trang stała w cieniu drzewa i patrzyła na kwiaty lśniące na bluzce dziewczyny niczym gorejące płomienie na wiejskiej drodze. Marzyła o Sajgonie, o wielkim mieście, o jego prestiżowych uczelniach i o pracy w biurze. Ale to było co innego. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić barów i amerykańskich żołnierzy.

– Wygląda na szczęśliwą i jest bogata. My też możemy takie być. – Quỳnh popatrzyła na swoje popękane stopy i paznokcie u stóp pożółkłe od błotnistej ziemi. Sięgnęła po motykę i ruszyła dalej w długą drogę do domu.

▲△▲

Zainteresowani tym, co będzie dalej?

Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:

KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI

EMPIK

Oraz w księgarniach internetowych:

swiatksiazki.pl

empik.com

bonito.pl

taniaksiazka.pl

Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!

Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:

Virtualo

Publio

Nexto

Oraz w księgarniach internetowych.

Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.

Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.

Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.

Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Dziecko wroga. Hồ Chí Minh, 2016

Powrót do Krainy Strachu. Hồ Chí Minh, 2016

Niemożliwy wybór. Phú Mỹ, prowincja Kiên Giang, marzec 1969

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji