Kuglarz - Anna Sokalska - ebook

55 osób właśnie czyta

Opis

 

Wszystkie drogi prowadzą do piekła… Sięgnij po trzeci tom niezwykłego cyklu urban fantasy „Opowieści z Wieloświata”!

We Wrocławiu znów zaroiło się od zmór, demonów i nosicieli klątw. Zbliża się rok przestępny i złowieszczy układ gwiazd, który towarzyszył największym konfliktom w historii. Równowaga między światami jest zachwiana, a w oddzielających je barierach powstają kolejne wyrwy. Upadłe Istoty pragną przedostać się do wymiaru żywych i uwolnić zakazaną moc – aby zapobiec katastrofie, która może doprowadzić do Armagedonu, osłabieni anielscy Strażnicy muszą polegać na pomocy ludzi. U rozwierających się nad Ślężą wrót stoi już dawny, krwawy bożek...

Jasna, Anastazja i ich towarzysze mają szansę odkupić winy i pokonać swoje klątwy, lecz każda decyzja wymaga poświęcenia – swoich wartości, przyjaciół lub losów Wieloświata. W nieoczywistym starciu postaci z różnych wierzeń dobre intencje stają naprzeciw gorzkim prawdom, a pytanie o prawo do życia w imię własnych zasad nabiera nowego wymiaru.
Opisane w „Wiedźmie” i „Żertwie” wydarzenia splatają się w finale niezwykłej intrygi, snutej przez przebiegłego demona-kuglarza.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Anna Sokalska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © kharchenkoirina/AdobeStock.com,

© Alina Maksimova/123rf.com

Zdjęcie Anny Sokalskiej: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Wydanie elektroniczne 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-81-5 (EPUB), 978-83-66229-82-2 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką

górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata

oraz ich przepych i rzekł do Niego: „Dam Ci to

wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”.

Mt 4, 8–9 (Biblia Tysiąclecia)

Wtedy rzekł do nich: „Widziałem szatana,

spadającego z nieba jak błyskawica.

Oto dałem wam władzę stąpania po

wężach i skorpionach, i po całej potędze

przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi”.

Łk 10, 18–19 (Biblia Tysiąclecia)

I nic dziwnego. Sam bowiem szatan podaje się

za anioła światłości. Nic przeto wielkiego, że

i jego słudzy podszywają się pod sprawiedliwość.

Ale skończą według swoich uczynków.

2Kor 11, 14–15 (Biblia Tysiąclecia)

ROZDZIAŁ 1
Przeciąg

Lato roku 2019 było równie nieznośne, co zeszłoroczne. Ludzie narzekali na globalne ocieplenie, coraz wyraźniej rozumiejąc, że samym marudzeniem niewiele zdziałają. Nagle na ulicach zaczęły królować materiałowe torby na zakupy, a na nadodrzańskich plażach barmani nalewali swoje specjały do bidonów klientów, marząc wraz z nimi, by te proste ofiary codziennej wygody jak najszybciej przebłagały rozgniewane do czerwoności bóstwa natury.

Bóstwa jednak były zajęte czym innym. Jedno z nich wyciągnęło swoje potępione ciało na wciśniętym w grząski piach leżaku, bez lęku wystawiając na promienie gniewnego słońca tak swoje nogi, jak i nieosłonięty niczym tułów i twarz. Oddychało spokojnie, jakby spało, nieczułe na mozolnie dyszący za jego plecami Wrocław. Był środek miesiąca, środek tygodnia, środek dnia i niemal środek miasta – śmiertelnicy jak parodiujące Syzyfa żuki gnojarze pchali przed sobą swoje kupki nieszczęścia, tymczasem on, w istocie niewiele wart upadły bożek, z wdziękiem bezczelnego cwaniaka nie przejmował się upływającym czasem.

Poruszył się dopiero, gdy w kieszeni jego krótkich spodni zadrżał telefon.

– No hej – przywitał się leniwie. – Nie szkodzi. Tak, gadałem z nim jakąś godzinę temu, wszystko ogarnięte. Tak jak chciałeś, dokładnie. Przekonałem go. Nie, nic nie kręcił, nie wybrzydzał. Zaczarowany jak ta lala. Jasna sprawa. – Przerwał na dłuższą chwilę. – No proszę – powiedział z zadowoleniem. – To do zobaczenia.

Trudno było odgadnąć jego wiek – ciało miał silne i emanujące młodzieńczą energią, głos rześki, twarz bez zmarszczek, a jednak w zaczesanych nonszalancko włosach i kilkudniowym, będącym pod opieką zaprzyjaźnionego golibrody zaroście przeplatały się pierwsze pasma siwizny. I może właśnie to rozleniwienie, nonszalancja, brak szczeniackiego pośpiechu, pewność siebie mówiąca nie o bucie, lecz biegłości w temacie sugerowały jego nadnaturalną dojrzałość.

– Hej, Karol! – zawołał donośnie, podnosząc się i siadając na krawędzi leżaka. Poprawił włosy i osunięte na nosie druciane okulary korekcyjne o dość grubych szkłach, zdradzających kolejną oznakę raczkującej starości.

Zza lady beach baru wynurzył się niespiesznie jego towarzysz, o gładkiej bladej twarzy i wyglądzie studenciaka, który za dnia błyszczy elokwencją i zadęciem, by wieczorem próbować zbyt wielu używek naraz.

– Czego chcesz? – spytał Karol bez ogródek, ale i bez oznak wrogości czy zniecierpliwienia.

– Mamy zapro na imprezę. Dzisiaj. Od tego dupka z klubu. Strasznie się podjarał tym koncertem.

– Spoko, przynajmniej mają klimę. Wolałbym w piekle lato przesiedzieć, niż tu sterczeć kolejny dzień.

– Nie kracz – syknął na niego brodaty towarzysz z miną groźniejszą niż matka karcąca bawiące się nożem dziecko.

Karol spiął się cały, jakby zrozumiał, że popełnił błąd, i nawet łypnął oczami na prawo i lewo. Czy miał pecha, czy niewyobrażalne szczęście – o tym miał później rozstrzygnąć Los, faktem jest jednak, że w tej samej chwili dostrzegł coś daleko na horyzoncie. Szybkim ruchem zerwał z nosa najmodniejsze w sezonie okulary przeciwsłoneczne i mrużąc brązowo-zielonkawe oczy, nie odrywał wzroku od dalekiej perspektywy.

– Co jest? – zaniepokoił się jego kompan i także wysilił krótkowzroczne spojrzenie, wychylając się na niskim leżaku jak jastrząb na gałęzi przed lotem.

– Ej, Skowron... – wymamrotał Karol i wreszcie odwrócił głowę, dając znać, że to, co przykuło jego uwagę, już zniknęło. – Widziałeś to?

– Nie widziałem – warknął jego towarzysz gniewnie, choć ze skrywanym lękiem, doskonale wyczuwając emocje odwiecznego druha. – Mówże! – ponaglił.

– Błysk – odparł Karol zdawkowo. – Nie z tego świata.

Skowron przegryzł jakieś przekleństwo i strzelił z oczu piorunami, jakby naprawdę mogła to być wina nieuważnych słów Karola sprzed minuty.

– Jesteś pewien? Ja nic nie widziałem – powiedział groźnie, choć był pewien twierdzącej odpowiedzi Karola, tak jak przyczyn własnej „ślepoty”.

Karol milczał znacząco i obaj znów spojrzeli na niebo daleko, daleko przed nimi, gdzie Odra skręcała w chaszcze i cieniutkim przesmykiem, na kształt klepsydry, skrząc się jak rozsypane diamenciki, łączyła się z prześwitującym między budynkami bezlitośnie bezchmurnym niebem.

I wówczas ich twarze owionął zimny jak śmierć podmuch, dziwnie wilgotny, choć niepachnący ani rzeką, ani gnijącymi owocami; kosmyki ich włosów zadrżały, jakby pierwsze najlepiej rozpoznały źródło złowróżbnego oddechu przestworzy, podczas gdy ani ziarnko piasku, ani jeden nawet frędzel na plażowych parasolkach nie zawirowały w suchym, nieruchomym skwarze.

Skowron zacisnął powieki i zamrugał szybko kilka razy, przyciskając dłoń do skroni. Spojrzał na Karola nieprzytomnie i wreszcie zdjął okulary, by przyjrzeć się im pod światło. Były czyste, a przecież przed sekundą jego wzrok zaszedł mgłą, jakby na szkłach osiadła para. Spojrzał znów na Karola, uniósł brwi i potoczył wzrokiem po okolicy.

– O cholera – niemal jęknął. – Widzę.

Trzy wieki wcześniej

Gdzieś na polach pod Częstochówką, o porannym czasie, pod władaniem buńczucznych kogutów i bliźniaczych im, dopiero co zasypiających po hulance paniczyków z barwnymi piórkami na czubkach swych półszlachetnych głów; o czasie, gdy zbiegli do miasta wieśniacy z zapałem zamiatali i wylewali do rynsztoka swoją okrutną przeszłość; gdy wszyscy, nie zdając sobie jeszcze sprawy ze swej równości, tak samo ziewali pod czułym dotykiem Jutrzenki – zadowolony z siebie bożek i jego demoniczny kompan wylegiwali się pod szerokimi konarami perunowego dębu. Wiosenna noc osiadła chłodną rosą na soczystych źdźbłach zielonej trawy, a w powietrzu wibrowała oczyszczona przez wawelski czakram energia, przyciągająca w te okolice najróżniejsze spośród łagodnych Istot.

Sam zamek na wawelskim wzgórzu niszczał, przykryty po wielkim pożarze lichym, naprędce wzniesionym dachem, a jego mury atakowali coraz to inni śmiałkowie, jakby we wszystkich na przemian wstępowały demony, próbując roztrzaskać twierdzę i ukryte pod nią źródło oczyszczającej energii. Śmiertelnicy widywali na niebie smoki, nie wiedząc, że to tylko demoniczna iluzja karmiona ich strachem i zarazem kpina z potężnych niegdyś gadzich istot, tak nieprzewidywalnych, że sam ich Stwórca postanowił spętać ich istnienia i odebrać im boskie pierwiastki. Kraków więc drżał od dziwnych sił, próbujących tak pławić się w owej energii, jak i ją unicestwić, a jego ludzcy mieszkańcy miotali się w chaosie dobrych i złych losów, materializmu i uduchowienia.

Tymczasem ledwie cztery dni konno dalej Częstochówka, która dopiero co otrzymała od Augusta II Mocnego prawa miejskie, pragnąc dorównać Starej Częstochowie, wznosiła swój ratusz i gościła na Rynku Wieluńskim kupców ze wszystkich stron, tętniąc radosnym życiem pod czujnym okiem spoglądającego ze wzgórza jasnogórskiego klasztoru paulinów i z błogosławieństwem w nim ukrytego cudownego obrazu Matki Boskiej.

Bożek i demon we właściwy dla siebie przewrotny sposób doszli zgodnie do przekonania, że najciemniej jest pod latarnią, i zamieszkali tam właśnie, którędy biegł nurt cudownego magnetyzmu chroniącego przed złem i gdzie zawisł boski wizerunek. Wprawdzie moce ich były wówczas wyraźnie lichsze, pozwalając li tylko na kuglarskie niemal sztuczki, lecz ich urok osobisty pozwalał na swobodne bytowanie bez trosk, a i nieśmiertelna konkurencja nie witała w te okolice zbyt często.

Obaj ubrani byli porządnie, jak mieszczanie, którym żyło się nieźle, to jest strojem naśladowali szlachtę, choć w uboższym wydaniu, bez zbytków i nadmiernej fantazji. Sięgające kolan żupany z niebieskiego adamaszku utkane mieli na poły z wełny i jedwabiu, który choć pozbawiony haftów czy naszywanych kamieni, odróżniał ich od biedniejszych mieszczan noszących żółte żupany z łyka konopnego czy od niskiej szlachty mogącej pozwolić sobie latem tylko na len. Szeregi drobnych guzików srebrzystej barwy i proste, sztywne kołnierzyki wyzierały spod długich kontuszy, rozpiętych z przodu i wzdłuż rękawów. Bożek nosił się w bogatej barwie czerwonej, demon zaś z fałszywą skromnością, a może dla ponurego wrażenia, wybrał smolistą czerń. Jako że mieszczanom nakazywało to prawo, pas nosili nie na kontuszu, jak czyniła to szlachta, lecz pod nim, obwiązując go na żupanie – a te niedawno zmienili, zrzuciwszy czerwone, wojenne i zastąpiwszy je złoconymi, bowiem w dwie dekady od ataku Karola XII, króla Szwecji, na Rzeczpospolitą, wreszcie zawarto pokój. Czapki mieli w kolorze żupanów i skórzane buty proste, czarne, w odróżnieniu od fałdowanych żółtych, szlacheckich. Bożek nosił krótką brodę, demon zaś podkręconego wąsa. Wyglądem niczym szczególnym się nie wyróżniali, a brak jakichkolwiek pakunków czy koni bystremu obserwatorowi zdradzał, że mieszkać musieli całkiem niedaleko.

Jedynym jednak żywym człowiekiem, który ich wówczas dostrzegł, był pędzący na zdyszanym koniu jeździec. Zwierzę po długiej wędrówce ostatkiem sił zerwało się pod smagnięciami swego pana, jeszcze gorzej wyglądającego niźli jego wierzchowiec.

– Ludzie! – zawołał ochrypłym głosem. – Ludzie!... – Przerwał w pół słowa.

Demon wstał pierwszy, a za nim rozleniwiony bożek.

– Czego wam trzeba? – spytał łagodnie bożek, gdy wędrowiec zsunął się ledwie żywy z parującego od wysiłku, spływającego potem konia.

– Goni was kto? – wtrącił się demon, surowo i z błyskiem w oczach lustrując tak śmiertelnika, jak i jego zwierzę. Człowiek ubrany był prosto, lecz porządnie, koń jednak miał dalece zbyt piękne proporcje, by stanowić jego własność – wartością swoją zapewne przenosił cenę wyznaczoną za życie jeźdźca.

– Pomocy mi trzeba... dla pana mojego... – wysapał mężczyzna. Podróżny strój, za gruby na wiosenną pogodę, niezbędny być musiał podczas wielu nocy spędzanych pod gołym niebem. Po bokach siodła zwisały oklapłe wory, opróżnione już niemal całkowicie z prowiantu i towarów na handel. Musiał być w drodze przez całe dnie i nietrudno było odgadnąć, że szczęście mu nie dopisywało.

– Napijcie się pierwej i mówcie spokojnie, kto i skąd – rzekł bożek, sięgając do swego boku, pod kontusz, gdzie dziwnym zwyczajem do pasa przytroczony miał niewielki bukłak. Wędrowiec nawet nie pomyślał, czy aby nie ryzykuje otrucia i ograbienia, tylko wychylił, co mu ofiarowano, nie zostawiając na dnie skórzanego worka ni jednej kropli. Bożek uśmiechnął się z zadowoleniem, a odebrawszy swą własność, również przyłożył bukłak do ust i pociągnął kilka łyków, niby z niedbalstwa pozwalając, by drobny strumyk czerwonego wina ulał mu się w dół brody. Następnie ostentacyjnie, wprawiając biednego wędrowca w osłupienie, otarł mokry zarost dłonią, po czym odwiesił bukłak na powrót pod kontusz.

– Jakże to... – wymamrotał wreszcie mężczyzna.

– Nie traćcie oddechu po próżnicy. Zdaje się mieliście coś do gadania – upomniał go oschle demon, a spojrzenie jego nieruchomych, brązowo-zielonkawych oczu tak było zimne jak u czatującego zaskrońca.

– Pani moja, pani hrabina, posłała mnie, bym poszukał ratunku dla hrabiego. On wieczora jednego wrócił z polowania, rześki jak poranek i silny jak jeleń, którego duszę porwał tamtego właśnie dnia, i żartował, jak miał w zwyczaju, przy kominku ćmiąc swą fajkę. I choć naszła nad latyfundium straszliwa burza, niebo zaciągnęło się na czarno i wiatr szarpał drzwiami w stodołach, a służba biegała obłąkańczo, ratując co się da przed żywiołem i jęcząc, że koniec świata, pan nasz dalej śmiał się nad kielichem wina i chwalił, jakaż to mocna, wspaniała pogoda. Wreszcie ulewa ustała i ucichł wiatr, i tylko po czarnych, niskich chmurach skakały białe pioruny, a raz na jakiś czas nieboskłon grzmiał z niezadowoleniem, jakby sam Perun gniew swój objawiał. I wówczas dopiero pan nasz przy oknie stanął, milczący, blady, zapatrzony przed siebie, i patrzał tak bez końca, jakby go coś poraziło. Rękę tylko na szybie złożył, jakoś tak tęskno, jakby się z czymś żegnał albo czegoś dotknąć pragnął, a nie mógł. I takim go znaleźliśmy i odciągnęli od tego okna, bo ani sam się ruszyć nie chciał, ani słowem odezwać czy jakikolwiek dać przytomny znak. Dni mijały, różnych próbowaliśmy sposobów, a pan nasz jakby we śnie, jakby jedną nogą już stąpał po Zaświatach. I tylko rękę ciągle dziwnie kładł koło siebie albo na piersi składał. I poszła pani nasza, hrabina, do wiejskiej wiedźmy, niemałą zapłatę jej dała, i przywiodła do naszego pana. Tęsknica, tak stara powiedziała. I że sama dość sił nie ma, by demona przepędzić. Hrabina pani nasza Boga się boi i posłała pierwej po księdza naszego, by ten jaki egzorcyzm odprawił, ale ten, choć do pana hrabiego podszedł z zapałem jako pies do zajęca i zaczął na głos odmawiać modlitwy, to zaraz jakby mu głos zaczęło odbierać, coraz ciszej mówił i słabiej, aż jemu samemu łzy zaczęły płynąć po polikach i ukląkł, i głową uderzył w podłogę, aż zasnął z tego płaczu i musieliśmy go na rękach odnieść do kościoła. A jak już wrócił do zmysłów na dzień drugi, to tak był markotny jak nigdy i rzekł, że więcej do hrabiego się nie zbliży, bo taki go smutek dopadł, że mu serce by mogło pęc za wtórym razem. Pani hrabina nasza wzięła więc służbę i wybrała czworo najszybszych jeźdźców, byśmy na najlepszych koniach naszych państwa pognali szukać ratunku. Mnie przypadło galopować w stronę Jasnej Góry, co by u ojców paulinów prosić pomocy, ale i po wsiach jeździłem, pytając, czy kto nie zna jakiej wiedźmy potężnej albo uzdrowiciela, bo skoro księdza naszego, co jak gołąbek pokoju czysty, takie smutki dopadły, to bez czarta pomocy, co serca nie zna, a i tęsknić nie ma po czym, jak tęsknicę ma śmiertelnik pogonić?

Bożek i demon słuchali opowieści wędrowca z uwagą i niejakim zdumieniem, zwłaszcza gdy wygłosił swą ostatnią uwagę.

– I żadnej wiedźmy ani uzdrowiciela żeście nie znaleźli? – spytał bożek z zaciekawieniem.

– A było parę wiejskich bab i znachorów, ale żaden do dworu jechać nie chciał, tylko gadali, żeby biczem pana smagać albo jakie mikstury dać mu wypić.

– I wzięliście te mikstury? – drążył bożek.

– Ano kupiłem za to, co miałem, będę wiózł z powrotem... żeby tylko pan nasz od tych jaszczurek i krwi cielęcej z jakim runem leśnym pomieszanej życia nie postradał. Co by pani nasza dała, żeby taki pan Twardowski, co Barbarę Radziwiłłównę z Zaświatów lustrem przywołał, wrócił z księżyca... Pani nasza rozmyślała nawet, czy by kogo pod Warszawę nie posłać, gdzie państwo Krasińscy magiczne to lustro pana Twardowskiego trzymają... Ale w liście odpisali podobno, że za żadną cenę oddać go nie myślą, a przeklęty przedmiot trzeba zamknąć w świętym miejscu dla dobra całej ojczyzny.

– Za żadną cenę, powiadacie – podjął chytrze demon, nagle tracąc ponure oblicze i miast tego emanując niemal przyjazną energią, aż wysłannik hrabiowski podniósł na niego ufne spojrzenie, jakby miał zaraz otrzymać obietnicę zbawienia. – Ale jakże to, pani wasza magnatów spod herbu Ślepowron pragnie przekupić, a środków na to nie ma, to jakimże sposobem myśli do pomocy samego czarta nakłonić? Chyba nie bez powodu posłała was do zakonu, braci i ojców jako żebraczka o jałmużnę prosić, żeby z litości nad duszą hrabiowską jakiego nowicjusza do odmówienia zdrowaśki posłali. Bieda musi u was być straszna, jeśli od byle burzy stodoły wam się rozlatują, a i nawet wiedźmie miejscowej nie macie jak zapłacić, by miała ochotę z byle tęsknicą się poszarpać.

Wędrowiec, słysząc te obelgi, wpierw zbladł, potem poczerwieniał, potem znów zbladł i jakby się skurczył, aż wreszcie, szeptem i z nieukrywanym wstydem, który musiała przelać na niego hrabina wydająca godne przekupki zarządzenie, zdradził, jakie to zaszczyty na zbawcę hrabiego czekają.

– Pani nasza rzekła, że jaka wiedźma pana poratuje, na stałe przyjęta zostanie do służby osobistej i własną dostanie kwaterę i wikt, i księgi, i czego jej będzie trzeba, a suknie jak siostra samej pani hrabianki i nawet w podróż ją wyprawią, jeśli na to będzie miała ochotę. A gdyby jaki czarownik pomoc nam przyniósł, to go zarządcą na wsi zrobi albo i samego hrabiego powiernikiem, i luksusów wszelkich zazna aż po kres życia swojego. A jeśli pan hrabia wróci do zmysłów i dobrego humoru, jakimi zawsze w zdrowiu się cieszył, to może i o większe jeszcze względy zbawca zawalczyć mógł będzie...

Bożek i demon popatrzyli po sobie, rozmyślając dogłębnie nad taką ofertą. Dla nich tęsknicę pogonić nie było wielkim wysiłkiem, pod warunkiem że oddaliliby się dostatecznie od świętego miejsca i jego zgubnych dla ich mocy skutków.

– A gdzie ten wasz hrabia się teraz podziewa? Dwór daleko? – zapytał bożek.

– Na świeżym koniu to ze pięć dni drogi – odparł wysłannik.

– W cztery dojedziemy. Dajcie mi wodze – rozkazał bożek.

– Ale jak to... – zdumiał się mężczyzna, nie puszczając konia.

– Jak się czujecie po moim napitku? – odparł pytaniem bożek.

– Dziwnie jakoś... lekko... – wymamrotał speszony wędrowiec, jakby sam właśnie zdał sobie sprawę z mimochodem odzyskanych sił.

– To i koń nas zaraz poniesie jak wicher. Dajcie go tutaj – rozkazał ponownie i nie czekając, chwycił ogiera za uzdę. – Suszony chleb macie?

Mężczyzna posłusznie sięgnął do tobołków przy siodle i po chwili podał bożkowi kawałek ususzonego pieczywa; ten zaś przekazał go demonowi, a sam sięgnął ponownie po swój magiczny bukłak i jego zawartością obficie polał chleb, który wreszcie podał umęczonemu koniowi. Nie minął kwadrans, gdy zwierzę biło w ziemię kopytami, rwąc się do dalszej podróży i prychając niecierpliwie na ociągających się jeźdźców.

– Carolus nas dogoni, my zaś pojedziemy przodem – zdecydował bożek, na co jego demoniczny druh bez słowa skinął głową. – Wszyscy się w jednym siodle nie zmieścimy, a trudno, byśmy u hrabiny się bez jej wysłannika stawili.

– Lecz jak to, waszmości. – Mężczyzna z każdą chwilą coraz bardziej kulił się w sobie, niepewny, z kim może mieć do czynienia. – Jaki plan macie na ratunek hrabiego?

– Niech was o to głowa nie boli. Pan wasz będzie brykał jako ten koń, co przed chwilą niczym zdechły jęzor wywalał, a i wy sami lepsi nie byliście. Niejednego już w tej mieścinie przywracaliśmy do zmysłów. Dalej, siadaj. Szkoda czasu na czcze gadaniny.

Gnali istotnie, jakby z boków konia niewidzialne skrzydła urosły; ani trochę go ciężar silnego, boskiego ciała nie spowolnił, przeciwnie wręcz, im dalej odjeżdżali od częstochowskich krain, tym szybciej ziemia spod kopyt im uciekała. Najbardziej się jednak wysłannik hrabiny zdumiał, gdy trzeciego dnia dogonił ich demon na klaczy od czubka ucha po sam ogon kasztanowej, jakby kto ją z gliny czerwonej ulepił, i tylko oczy czarne miała jak dwa węgle i plamę na czole jakoby kamień runiczny, co ożywił golema.

Zajechali wreszcie pod dwór. Wieczór zdawał się przesiąknięty nastrojem hrabiego i opadał wilgotnym granatem nisko nad ziemię, ani jeden owad nie śmiał mącić ponurej ciszy instrumentami swych odnóży i pancerzyków. Chwilę trwało, nim hrabina po otrzymaniu wieści od służby wreszcie zaszczyciła przybyłych swoim obliczem. Choć półmrok ukrywał jej spojrzenie, ze sztywnych ruchów i zachowywanego dystansu znać było, że brakuje jej ufności, a może nawet odwagi. Czy coś, co zaszło pod nieobecność jej wysłanników, tak osłabiło jej ducha, czy może i jej dotknęła tęskna dłoń demona, dość, że hrabina nie była już tak ożywiona w swej desperacji jak jeszcze kilkanaście dni temu. Nawet suknię, jakkolwiek wytworną i na modłę francuską, z szeroką spódnicą i wąskim gorsetem o głębokim dekolcie, częściowo tylko osłoniętym kaftanikiem, mimo wiosennej pory wybrała w kolorze szmaragdowej zieleni, która ciążyła na falbanach umierającą nadzieją.

– Waszmoście kim są? – rzekła cicho, jakby żyła ostatkiem sił utrzymywanych już tylko jej silną wolą.

– Zwą mnie Skowronem – przedstawił się bożek z taką powagą i dostojeństwem, że można by dać wiarę, iżby przedstawiał się godnością herbową. – Kto bowiem znużony lub smutkiem zdjęty przyjdzie do mnie po pociechę, wnet zazna takiej lekkości, jakby był polnym skowronkiem, i z radością pocznie śpiewać i fruwać aż pod samo słońce, jak gdyby dopiero co na nowo się narodził. – Słowa te wygłosił niczym alchemik biegły w swoim fachu i pewien dokonanych odkryć. – A to kompan mój, zwany Carolusem, bez którego żadna sztuka moja nie miałaby pełni swojej mocy.

Wywołany demon tylko skłonił się bez zbędnej wylewności i nie odezwał ani słowem. Jego imię starczyło, by zasiać ferment na wspomnienie Karola X Gustawa, co sześć dekad wcześniej okupował te ziemie, i wnuka jego, Karola XII, który upokorzył Augusta II Mocnego ledwie przed kilkunastu laty i podzielił Rzeczpospolitą na dwa stronnictwa zwarte w wojnie domowej. Karolowie szczęśliwie odeszli w przeszłość, Carolus jednak uparcie przywoływał ich ponure duchy. Lecz nie dlatego hrabina wzięła głęboki, powolny oddech; jej sługa zrozumiał, iż ostatnimi dniami niejednego już w swoich progach witała gościa, który miał uzdrowić udręczonego przygnębieniem pana dworu.

– Przywiozłem ja zioła od znachorów i... – zająknął się, ale hrabina zdobyła się tylko na wysiłek słabego, pełnego rezygnacji gestu. Odrzucony sługa wycofał się i więcej już nie śmiał odezwać.

Hrabina, w towarzystwie dwóch mężczyzn szlacheckiego jak ona rodu, bladego młodzieńca i dzielącego z nim rysy twarzy starszego krewnego o groźnej sylwetce wojownika, ubranych tradycyjnie, w dostojną czerwień i z szablami przy pasach, poprowadziła swych gości ku ciemnej komnacie, gdzie tylko w kominku tlił się wątły, jęczący żałośnie ogień. Przy palenisku, okryty kocami, w głębokim fotelu spoczywał skurczony hrabia; blask płomienia odbijał się w kropelkach potu otulających jego wychudłą, zimną twarz.

Przy fotelu klęczała dziewczynka w prostej sukieneczce z szarej wełny, bosa i z rozpuszczonymi włosami. Wspierała głowę i ręce na kolanach hrabiego, dłonie oplatając dookoła ręki umęczonego mężczyzny, który wystawił ją nieśmiało spod warstw grzejących go pledów.

– Sługa pani rzekł nam, jakoby tęsknica gnębiła mości hrabiego – zaczął Skowron, mocnym i rześkim głosem bezpardonowo prując bezsilne powietrze. – Ja zaś tu zgoła inny obrazek dostrzegam.

– Tak nam rzekła wiedźma – odparła krótko hrabina, podnosząc na niego powoli oczy.

– Każcie dać więcej światła – zwrócił się Skowron do eskortujących ich szlachciców, nie zważając na dzielącą ich pozorną różnicę stanów.

– Ileż to hrabiątek po tym domu swymi stópkami raczyło biegać, niech mi dobra pani zdradzi. – Bożek ponownie skierował słowa do hrabiny.

– Synów dwóch mamy – odparła hrabina z ciężkim westchnieniem. – Córki cztery, lecz tylko trzy się ostały.

– Święta Panienka miała was w opiece – skonstatował bezczelnie demon, wreszcie znajdując sposobność, by użyć swych strun głosowych.

Twarz hrabiny wykrzywiła się w spazmie błogosławieństwa i zgryzoty.

– A jednak najsłodszą z dziecinek zawołała ku sobie tak wcześnie... – wyszeptała.

– Tylko czy dziecinka usłuchała, ot, pytanie – podjął Skowron i postąpił kilka kroków ku hrabiemu, by przyjrzeć się tkliwej scence przy kominku. – Carolusie, czy mógłbyś...

– Z przyjemnością – odparł demon z błyskiem w oku i nie zwlekając, poszedł ku klęczącej dziewczynce. Złapał ją za nadgarstek i odciągnął od hrabiego. Zdumiona podniosła zapłakaną twarzyczkę i dała się podnieść jak szmaciana lalka. Hrabia uniósł za nią rękę i nawet powiódł wzrokiem, wydając z siebie chrapliwy jęk.

– Cóż się dzieje? – zapytał groźnie starszy ze szlachciców, który wrócił wraz z drugim, niosąc żądane źródła światła: łojową świecę i kaganek. Nie dostrzegli jednak śmiertelnicy ani wleczonej przez demona dziewczynki, ani fioletowo-niebieskich znaków żarzących się na jego twarzy plugawym płomieniem zakazanej magii. Co Carolus uczynił nieszczęsnej duszyczce, komu ją oddał i do jakich czeluści trafiła, to wie tylko on sam i przedwcześnie zmarła, której smutek wzmożony diabelskimi podszeptami przemienił ją w ponurą tęsknicę i przeciw własnemu ojcu obrócił.

Gdy zaś demon prowadził dziecko ku wiecznemu żywotowi w Zaświatach, bożek stanął wreszcie przy budzącym się z letargu hrabim i złożył swe dłonie na jego głowie, protekcjonalnie i bez szacunku, a zarazem jak matka błogosławiąca dziecko. Szlachetnie urodzeni śmiertelnicy zamarli zdjęci kolejnym upokorzeniem, ale lękając się najmniejszym ruchem udławić płomyczek nowo wznieconej nadziei. Pod dłońmi Skowrona jak pod wprawnym dotykiem skrzypka z hrabiego zaczęły dobiegać coraz to nowsze żałosne jęki. Wreszcie poruszył się sztywno, starając się rozprostować zastygłe od wielu dni kości; oczy jego błysnęły w blasku otaczających go z trzech stron ogni. Wreszcie spojrzał w górę, na swego wybawcę i aż wykrzywił się, dłonią przysłoniwszy oczy, jakby go jakie światło poraziło swoją jasnością. Po dłużącej się niemiłosiernie chwili bożek odstąpił go i odruchowo otrzepał rękawy swoich szat, a hrabia wyciągnął powoli rękę w stronę swej małżonki.

– Pić... – jęknął błagalnie.

Wszystkich przeszedł dreszcz i nawet młody szlachcic omal nie zemdlał, i tylko strach przed ośmieszeniem w oczach przybyszy utrzymał go na nogach. Skowron sięgnął do swego pasa i podał hrabinie zaczarowany bukłak.

– Niechaj woda ta trafi do złotej karafki i codziennie trzy razy hrabiemu do posiłku podawana będzie, w stosunku trzech porcji wody do jednej porcji z karafki. I niechże nikt się nie ośmieli choćby kropli uronić, bo gniew bóstw na siebie i cały dom ściągnie – nakazał Skowron i choć nic by się złego nie stało, gdyby służka jakaś i całą karafkę opróżniła, poza samą szczęśliwością dla niej i nikogo innego, to zakazem tym dodał swej łaskawości rozmiaru i mistycyzmu.

Hrabina jak w zamroczeniu chwyciła bukłak oburącz i pobiegła sama do przykuchennych izb służących, a dwaj szlachcice uklękli przed wracającym do zmysłów hrabim i mówili coś do niego raz po raz, upewniając się, że zdrowszy już i że ich rozpoznaje. Nagle do pokoju wpadła dziewczyna. Suknię miała wytworną niemal jak sama pani domu, bladoróżową, a jakby splamioną ciemniejszymi haftami motyli i kwiatów; nie dźwigała jednak w swych szczupłych rączkach ani wachlarzyka, ani na szyjce nie zawiesiła gron korali ni zbędnego żelastwa. Tylko zapach kwiatowych perfum był jej dodatkową ozdobą i nawet włosy upięte miała tak luźno i niedbale, jak tylko mogła, nie przekraczając granicy niesmaku. Widać dopiero co ze swobodnego, dziennego dezabilu przebierać się miała w suknię do kolacji. Jej młoda, drobna twarz tak samo ścięta była żalem i apatią jak wszystkich domowników, a jednak bez wahania odepchnęła wuja i kuzyna, by przyjrzeć się swemu ojcu.

– A to co za panna? – spytał Carolus, który wyłonił się z tego samego korytarza, z którego i ona wypadła. Słowa swoje cicho kierował tylko do Skowrona, przy którym blisko stanął i niemalże stopił się z panującym we wnętrzu półmrokiem. – Prawie mnie w biegu jak muchę na ścianie rozgniotła.

Skowron nic nie odparł, zagadka zaś sama się wkrótce rozwiązała, gdy dziewczyna osobiście usteczkami swoimi wyjawiła, kim jest, patrząc przy tym na zbawicieli ojca chłodno i bez sił, by jakiekolwiek wzniecić w sobie emocje.

– Dziękuję mości panom za ratunek dla całej naszej familii. Niejeden kuglarz już w progi nasze witał, byle zapłaty żądać, a zdziałać tyle, co prosta zielarka.

– A jednak jest panienka smutna – zauważył Skowron łagodnie i nie pytając o pozwolenie, pochwycił jej dłonie w swoje, po czym zamknął oczy w skupieniu, aż ktoś mógłby pomyśleć, że oto sam święty modli się za jej duszę. Nic więcej dziwnego, że jego demoniczny towarzysz szopkę tę skwitował oślizłym uśmiechem i aż przymrużył z zadowolenia swe oczy zaskrońca. Przez córkę szlachecką przeszedł zaś dreszcz, a zaraz po nim fala gorąca, i nic w tym nie było kojącego, przeciwnie, jakby ktoś łaskotaniem całego ciała zasiał w niej niepokój i nieznane wcześniej potrzeby.

Gdy szlachetne głowy otrząsnęły się wreszcie i pojęły w pełni, jakiż to cud się stał, rozkazano podać kolację i choć z braku apetytów nie była to uczta zbyt wystawna, przybyłym przyobiecano nadrobić te niedociągnięcia w dniu kolejnym i zaoferowano im nocleg w gościnnych pokojach. Skowron i Carolus cały czas obracali w głowach myśl o czekających ich wygodach i ciepłych posadkach na pańskich włościach, ale znając przewrotność ludzkiej wdzięczności, nie wspominali o tym jeszcze, by skromnością swoją ugrać tym większe apanaże. A rozpoznał dobrze bożek, że trafił w progi bogate, bo i parkiet drewniany leżał na podłodze i okna szerokie szklone były szkłem weneckim.

Następnego dnia przy śniadaniu hrabia mówił już, wprawdzie szeptem, i choć niełatwo przychodziło mu dokończyć zdanie, krewni jego i nawet służba, widząc to, sami podnosili się na duchu. W powietrzu rozchodziły się trele skowronków, zaś hrabina, poczytując to za dobry znak, zaprosiła wybawców, by pozostali u nich w gościnie, aż hrabia całkiem ozdrowieje i wówczas wdzięczność im swoją wyrazi. Przystali na to z fałszywą skromnością, a najmłodszą córką znów targnęły dziwne wibracje. Bożek ucierpiał nieco na chwilowej kondycji swej mocy, lecz co mógł, to czarował, by swoim urokiem zwodzić nie tylko hrabinę i jej sztywnego brata, ale także młodą hrabiankę. Synowie hrabiowscy byli gdzieś w rozjazdach, o które przybysze nie rozpytywali, a pozostałe dwie córki, gdy i u nich silące się symptomy melancholii dostrzeżono, odesłane zostały do domu wuja, by ich słabych głów na szwank nie narażać. Tylko najmłodsza, u której pokora w wychowaniu zaowocowała twardym charakterem, uparła się, by pozostać i ojcu towarzyszyć. Posłano teraz jednak po wszystkich członków rodziny i drugiego dnia na bogatej kolacji, pod radośniejszym spojrzeniem dobrzejącego w oczach hrabiego, zasiedli wszyscy wspólnie i nawet najlepszych grajków przysłanych z winszowaniem od rodziny Myszkowskich postawiono w kącie największej sali, by jeszcze uświetnić celebrację cudownego odrodzenia. Długo się bawili, a hrabia w coraz lepszym nastroju polecił rozdać wytworne trunki nawet i służbie, co by dzień ten na całe życie zapamiętała. Tylko bożek i demon, oporni na wesołe skutki alkoholu, nudzili się okrutnie, znali bowiem dużo swawolniejsze sposoby świętowania i – jakkolwiek bogata – uczta niespecjalnie przypadła im do gustu. Trzymali jednakże fason i zagadywali kolejnych członków dumnej familii, a na deser Skowron pozostawił sobie młodziutką hrabiankę.

– Czemuż to panna nie raczy się winem? – zapytał uprzejmie, dołączając do niej przy oknie wychodzącym na rozległe podwórze.

– W głowie się po nim kręci i od razu usypiam, toteż nigdy wina nie pijam, nawet z wodą wymieszanego – wyznała obojętnie.

– Ależ w tym cały sęk, aby się w głowie zakręciło. To może panienka także nie tańczy? – zapytał, niby protekcjonalnie, niby zalotnie.

– Nie tańczę – przyznała krótko.

Już ja cię wezmę w obroty – pomyślał bożek. Niech mnie tylko siły wrócą. I z tą obietnicą, wiedząc, że wiele na razie nie zdziała, porzucił chłodną dziewczynę i wkrótce z demonem oddalili się do swoich pokoi.

O poranku, wraz z pianiem koguta, ku niebiosom wzniosło się przeraźliwe zawodzenie, jakiego żadna bestia ani duch wydać by nie potrafiły, lecz tylko śmiertelnik, który właśnie w zwierzę czy zjawę żywcem się zamienia. Skowron i Carolus, przekonani, że coś niezwykłego stać się musiało, powoli i ostrożnie wyjrzeli ze swoich izb. Już na podwórzu dworu dostrzegli pierwszego z ponurych aniołów śmierci, który w najposępniejszych ze szlacheckich szat, jakie można byłoby przywdziać, sunął bezszelestnie w stronę głównego domostwa. Wyglądał jak człowiek, lecz skóra jego skrzyła się nienaturalnie jak lód, a włosy ciemne były jak bezgwiezdna noc. Wysoki był nieprzeciętnie, tak że górował nad śmiertelnikami, a kto odważył się spojrzeć w jego oblicze, w oczach dostrzec mógł tylko ziejącą pustkę i znużenie wiecznością.

Gdy bliski był już drzwi frontowych, te same się otworzyły, a zza ich skrzydeł wyszła, ledwie na nogach się trzymająca, ludzka postać obleczona prostym białym płótnem. Skowron pierwszy raz od niepamiętnych czasów stanął jak wryty, rozpoznał bowiem szlachecką córkę w jej nocnym stroju. Coś niepojętego wydarzyć się musiało, bo od czubka głowy po swe drobniutkie stopy oblana była wodą, włosy jej mokre lepiły się do ciała, a spod materiału prześwitywała bezbronna nagość.

Dziewczyna, zataczając się jak pijana, cudem tylko zeszła po schodach ganku i upadła rękoma na ziemię dziedzińca, ponownie wydając z siebie nieludzkie zawodzenie. Anioł śmierci nawet nie zadrżał; wyminął ją niedbale i wkroczył do wnętrza dworu, by spełnić swoje obowiązki. Wówczas lęk Skowrona odtajał i bożek spiesznie podszedł do zrozpaczonej dziewczyny, a uklęknąwszy przed nią, wziął ją za ramiona.

– Co się stało? – zapytał surowo i donośnie, próbując tonem swoim przywrócić jej przytomność. Ale szlachcianka przelewała się jak umierające kocię, a wzrok miała obleczony bielmem obłędu.

– Postradała zmysły – orzekł Carolus, a jego chytre oblicze spięło złe przeczucie. Nie myliła się jego demoniczna intuicja, ledwie bowiem tylko dziewczyna zawyła po raz kolejny, przez otwarte drzwi wybiegły pierwsze dwie zjawy, w których rozpoznali dworskie służki. Zaraz po nich wypadły na podwórze kolejne, a pośród nich kuzyn szlachcianki, za nim wuj i sam hrabia kroczący powoli, w oszołomieniu. Na końcu zaś jak burzowe chmury wybiegły dwa czarne anioły; ten, którego przybyciu świadkowali bożek i demon, wyłonił się dostojnie zza drzwi, za kark trzymając i wlokąc jak zbitego psa duszę pani hrabiny, która śmiała się obłąkańczo. I choć córka jej nie miała prawa posłyszeć dźwięków z Międzyświata, jakiś zmysł jej je podpowiedział, a może i to, że jej duch powoli wychodził z udręczonego ciała, sprawiło, iż także zaczęła śmiać się przez łzy.

Skowron puścił oszalałą dziewczynę, pozwalając jej ryć rękoma w ziemi, i stanął na drodze wysokiego anioła śmierci.

– Co tu się dzieje? – zapytał z powagą, starając się ukryć nutę napięcia.

Anioł zatrzymał się bez mrugnięcia powiekami, a dusza hrabiny zasyczała w stronę Skowrona jak wściekły kot.

– Dusze się zbiesiły – odparł krótko wysłannik wieczności.

– Same? – spytał bożek.

– To wy nie wiecie? – Odpowiedź anioła mogła być tak zdziwieniem, pytaniem, jak i oskarżeniem.

– A wy wiecie? – odciął się Carolus. Anioł zmierzył go wzrokiem swych beznamiętnych oczu.

– Szukamy. – Głos anioła zdawał się przenikać do Żywoświata pod postacią zimnego podmuchu. Uznawszy rozmowę za zakończoną, pociągnął za sobą hrabinę i ruszył w ślad za swoimi towarzyszami.

Bożek machnął na niego lekceważąco ręką i ponownie zamyślił się nad rozpaczającą u ich stóp dziewczyną.

– Zabierzmy ją do naszych izb, z dala od trupów – polecił Carolusowi i razem chwyciwszy szlachciankę pod ramiona, dosłownie powłóczyli jej bezsilne ciało do jednego z gościnnych pokoi. Skowron wciąż pełni sił nie odzyskał i niewiele mógł dla niej uczynić, ledwie mu się udało ukoić jej nerwy i zmusić do snu dotykiem takim, jakim jej ojca niespełna kilka dni wcześniej rozbudzał.

– Mam złe przeczucia – wyznał demon, gdy siedzieli przy łóżku śpiącej dziewczyny. Bożek wpatrywał się w jej oblicze i wzrokiem obrysowywał kontury jej ciała, z niezadowoleniem napinając mięśnie szerokiej żuchwy i wyrzucając z siebie raz po raz zirytowane westchnienia.

– Myślisz, że dusza jej siostrzyczki zemstę z Zaświatów nasłała? – spytał Skowron z wyraźnym powątpiewaniem.

– W to akurat wątpię. – Demonisko uśmiechnęło się okrutnie, aż mu oczy wężowe błysnęły.

– Poczekamy, zobaczymy. Poślij kogo ze służby do najbliższego dworu – polecił mu Skowron. – Trzeba tu jakiś porządek zaprowadzić.

Carolus posłusznie spełnił rozkaz i zaraz dwóch ocalałych chłopców stajennych gnało na koniach do sąsiedniego dworu. Nim nastał wieczór, nadjechał młody syn magnacki z dziesięciu zbrojnymi, zatoczyli po podwórzu koło, cali w nerwach, wzbijając do góry tumany kurzu, aż uderzenia kopyt, końskie rżenie i nawoływania jeźdźców wyciągnęły Skowrona i Carolusa im naprzeciw.

– Posłaniec mówi, że tu nieszczęście na dom spadło! Wszyscy martwi! Prawdali to? – zakrzyknął młody magnat z pięknym wąsem i czapką z piórami, i jeszcze piękniejszymi szatami i ogierem.

– Panienka wciąż żyje – odparł powoli Skowron.

– Skąd waszmości przybywacie? Kto wam wieść doniósł? – wtrącił się jeszcze bardziej czujny niż zwykle demon.

– Ja syn Myszkowski, a z Mirowa przybywamy. Posłaniec mówił o sobie, że kowal.

– Kowal? – zdziwił się Carolus. – Który to? – zapytał, patrząc po towarzyszach Myszkowskiego.

– Żaden. Pojechał dalej. Gdzie panienka? – zawołał, zeskakując z konia.

Zaprowadzili go do niej, pomogli ją okryć w dodatkowe szaty i usadzić bezpiecznie w siodle. Dopiero wówczas młody magnat ochłonął dość, by zapytać, kim są obcy waszmoście, ci mu zaś spokojnie odparli, że przejeżdżali w pobliżu, gdy ich także posłaniec ze straszliwą wieścią odnalazł. Carolus szybko tę historyjkę zmyślił, wiedząc, że gdyby prawdę o uzdrawianiu hrabiego, a i leżące w dworze zielska, które wysłannik hrabiny zwiózł tamtego dnia – a licho wie, jakie mogły mieć działanie – sprytny umysł połączył w jedno ze śmiercią wszystkich niemal we dworze, to pierwsze podejrzenia padłyby właśnie na ich dwóch.

Myszkowski zaproponował, by z nim ruszyli do zamku w Mirowie, lecz na propozycję jego grzecznie odmówili, tłumacząc, że ich dalsza droga czeka. Magnat naradził się z jednym ze swych towarzyszy, ale skoro ciała umarłych zimne już były, a żadne nie nosiło ran ani symptomów znanych im trucizn, grabieży też żadnej nie dostrzegli, toteż uznali, że istotnie nie mają podstaw, by wędrowców podejrzewać o haniebne czyny. Odjechali więc bożek i demon czym prędzej, pierwszy na koniu, którym wcześniej z wysłannikiem hrabiny już galopował, bo ten znał go i na kradzież nawet parsknięcia nie wydał, Carolus zaś dosiadł swego golemowego wierzchowca, który w ogóle nigdy parskać nie miał w zwyczaju, a nawet pewnym nie było, czy w ogóle dycha.

Zostawili za sobą przeklęty dwór i Myszkowskich ludzi, którzy próbowali rozprawić się z rozmiarem nagłego nieszczęścia, i choć przez dwa dni jeszcze Skowron zgrzytał zębami, że mu śliczna szlachcianka z rąk wyleciała, o innych obiecanych nagrodach nie wspominając, to Carolus przekonywał go, że większemu pechowi widocznie uciekli, i istotnie mówił, jakby mu kamień z żelaznego spadł serca. A skoro Mirów leżał na południowy wschód, pojechali w przeciwnym kierunku, byle bliżej częstochowskiej boskiej ochrony.

Nie pomyśleli jednak o tym, że nie plugawe Istoty będą ich szukały, lecz te właśnie, które z jasnogórskiej energii czerpią pożytek. Koń pod Skowronem stanął, zatupał w miejscu i wreszcie uniósł się dęba, gdy wyczuł, jak z bramy między światami wyłania się przed nimi ten sam anioł śmierci, który niedawno trzymał za kark wściekłą duszę hrabiny.

– Stójcie. Idziecie na sąd. – Głos ponurego anioła przetoczył się jak dudniący grzmot.

– Jaki sąd?! – zdumiał się Skowron.

– Nie widzisz, żeśmy nieśmiertelni? – syknął Carolus i wygiął się do tyłu jak rozgniewany wąż.

– To i sąd będzie odpowiedni – skwitował anioł i zaraz koło niego pojawiło się dwóch Strażników anielskich, osłoniętych przed światem długimi karmazynowymi szatami z kapturami tak obszernymi, że ich twarzy widać nie było. Kto nie znał ich mocy, mógłby pomyśleć w swej naiwności, że równi są strachom na wróble, które łopocą tylko szmatami na wietrze, to jednak, co się pod ową boską tkaniną ukrywało, przerastało ludzkie pojęcie i niejedną z niższych Istot o strach przyprawiało. Zeszli więc posłusznie bożek i demon ze swych koni, przywiązali je do drzew na uboczu gościńca i pokornie za aniołami wkroczyli do Międzyświata. Niby krocząc przez te same ziemie, a jednak skąpane w innej energii, dotarli na śródleśną polankę, gdzie siedząc na kamiennym kręgu, czekały już na nich trzy rozgniewane bóstwa, trzymające pieczę nad okolicznymi ziemiami.

– Czym możemy służyć? – zapytał Skowron z przekąsem.

– Wy już najlepiej niczym nie służcie – warknęło na niego jedno z bóstw, które wyglądało jak żebrak włóczęga. Po prawej jego stronie zasiadała dziewczyna o siwych włosach, a po lewej chłopiec w stroju paniczyka, machający nogą, którą z głazu nie sięgał ziemi.

– A z jakiegoż to powodu, jeśli wolno zapytać? – Bożek się nie poddawał i nie miał zamiaru zbyt łatwo ulegać zwierzchnim wobec niego Istotom.

– Coście na dworze najlepszego uczynili? – wtrąciła siwowłosa. – Wszyscy pomarci, dziewczyna w obłędzie zasztyletowała jedynego syna magnackiego, wierząc, że to on familię jej wytruł, by ją porwać i haniebnie poślubić. Teraz na szubienicę ją prowadzą, mówią, że czarownica diabelska.

– A jaka w tym nasza wina? – syknął Carolus.

– Milcz, demonie – upomniał go chłopiec mięciutkim głosem kilkulatka i pogroził tłustym paluszkiem. Carolus znów wygiął się jak gad, ale syknął tylko pod nosem i nic więcej nie powiedział.

– Myśmy tylko hrabiego od tęsknicy poratowali. Rozpytać możecie po okolicy, co tam się działo, a i przyczynę śmierci znać musicie, nie od naszego działania pochodzi... – Skowron denerwował się, ale pewien był, że jeśli tylko bóstwa zechcą, zobaczą całą prawdę i w niczym ich winy nie odnajdą.

– A właśnie – mruknęło bóstwo o postaci żebraka. – Trzeba go było zostawić swemu losowi. Tęsknicę na niego nasłał demon, który od lat już na córkę szlachecką ostrzył pazury, ale ojciec mu jej ręki za nic oddać nie chciał. Uknuł wreszcie plan, który miesiącami realizował. Gdyście przybyli i hrabiego oddali na powrót do życia, pomiot diabelski nie miał już sposobności, by swe sztuczki na nowo uczynić. Zatruł więc trunki, które żeście podczas kolacji pili, a gdy obaczył, że dusza z dziewczyny nie uleciała, zjawił się w dworze sąsiednim u swego konkurenta, w postaci kowala, mówiąc mu, by pędził pomóc w nieszczęściu. Tak umyślił, żeby córka hrabiego w ręce magnackie wpadła, a wtem jej w ucho nasączył, iż to muzykanci z Mirowa do beczek truciznę wlali na polecenie swego pana, by ten mógł ją porwać tylko dla siebie. I biedna, daleka od trzeźwego osądu, uwierzyła w te podszepty, jako że sam ojciec rodu, Myszkowski, surową miał rękę i sławę okrutnika, i pchnęła dbającego o jej zdrowie niewinnego młodziana. Uznano, że ją szatan opętał i że to ona winna plonów śmierci na dworze, toteż i jej ten sam los wyznaczono. Duszę jej udręczoną pochwycił okrutny demon, a że przy tem sam na siłach niemal całkiem podupadł, to tak się skurczył, że zdołał się do Zaświatów Diabelskich po kryjomu wycofać i z rąk naszych straży się wymknąć.

– I to wina nasza?! – Skowron aż zakrzyknął.

– Czyjaś być musi – stwierdził chłopczyk z uśmiechem, którego niejeden diabeł by się nie powstydził.

– Toż to absurd! Kpina! – Skowron aż się zagotował.

– Nie unoście się, bo was jeszcze z aniołem pomylą – burknęło żebracze bóstwo. – Kpina czy nie kpina, gdyby nie wasze wkroczenie w bieg wydarzeń, toby się ta rzeźnia, jakiej od czasu wojny nie było, nie wydarzyła, i by te wszystkie dobre dusze na zatracenie nie poszły do piekielnych zastępów. Trzeba wam było pozostać przy leczeniu pijaków z kaca i mieszczek z histerii.

– To jest absurd! – zawołał ponownie Skowron, nie mogąc pogodzić się z niesprawiedliwością. Carolus tymczasem wrył się w ziemię osłupiały, jakby ktoś go w kamień przemienił.

Żebracze bóstwo wstało i ruszyło ku im obu; Skowron chciał cofnąć się, ale kilka kroków za sobą miał Strażników, jak zawoalowane posągi spod dłuta obrastającego właśnie w sławę Antonia Corradiniego. Bóstwo złożyło ręce na głowie podległego sobie bożka, gestem tym kończąc pełen obrót koła Losu, i nim Skowron omdlał, zdołał tylko dostrzec, jak kompan jego rozpruwa barierę między światami i słaby, niby powidok samego siebie, przemyka na ogarniętą mrokiem i chłodem stronę, gdzie nawet anielscy Strażnicy nie mają wstępu.

Gdy Skowron się ocknął, na tej samej polanie, gdzie padł, był już zupełnie sam. Nie mając sił dźwignąć się do pozycji siedzącej, patrzył w górę na zaciągnięte jakby mgłą korony drzew; mrużył oczy, ale jego wzrok pozostawał niedoskonały. Bolała go głowa – pierwszy raz od wielu, wielu lat. Poczuł strach.

– Carolusie – wychrypiał i zaraz okupił to kaszlem. – Carolusie! – udało mu się zawołać głośniej. Ale odpowiedziała mu tylko leśna cisza.

– Widzę – powtórzył Skowron.

– Twoja energia się wzmocniła – stwierdził Karol, lustrując go dokładnie.

Bożek przerwał zdumione rozglądanie się i popatrzył na swojego towarzysza, by doznać kolejnego szoku.

– Widzę twoją aurę! – niemal krzyknął, ledwie panując nad swoim zdziwieniem.

– Ten podmuch... Musiał się otworzyć portal do Zaświata Demonicznego. – Karol zdawał się nie zwracać uwagi na podniecenie bożka, skupiając uwagę na próbie zrozumienia tego, co właśnie zaszło. – Chodźmy stąd lepiej – powiedział nagląco. – Mam złe przeczucia.

– Ty i twoje przeczucia – żachnął się Skowron, ale doskonale pamiętał, że intuicja demona jeszcze nigdy go nie zawiodła. Nie czekając więc na towarzysza, splunął w piach beach baru i pospiesznie ruszył w stronę miejsca, gdzie zaparkowali samochód.

Choć było jeszcze o wiele za wcześnie, pojechali swoim odrestaurowanym, lśniącym czernią chevroletem chevelle o smutnym spojrzeniu przednich lamp prosto do klubu, w którym wieczorem miała odbyć się zorganizowana dzięki ich urokowi i manipulacjom impreza. Skowron i Karol znali w mieście kogo trzeba i potrafili się zakręcić, nawet jeśli ich nadnaturalne moce były ograniczone do minimum; pozostał im jednak spryt i doświadczenie w obchodzeniu się z pragnącymi dobrej zabawy śmiertelnikami, dzięki czemu nadal żyli wygodnie – przez ostatnich kilkadziesiąt dekad.

Przywitali się nonszalancko z menedżerem sali, który poinformował ich gorliwie, że właściciel jeszcze nie przyjechał, po czym poprowadził gości, nie przestając paplać o innych zaproszonych, do VIP-owskiego stolika położonego strategicznie pomiędzy sceną, na której krzątał się właśnie DJ ze swoim sprzętem, a barem, przy którym na razie odpoczywała tylko trójka znużonych upałem zagranicznych turystów.

– Co wam przynieść? – podlizywał się menedżer z wdziękiem rybki upuszczonej na podłogę.

– Na razie coś cienkiego, dobry człowieku, mamy pracowity wieczór przed sobą – zażartował Skowron, puszczając do niego oko, aż menedżer zarechotał wesoło i w podskokach pobiegł spełnić jego życzenie.

– Patrz, co za pajac – wymamrotał Skowron w ślad za nim, w ciągu sekundy zmieniając swój ton na pełen pogardy.

– Do diabła z nim – odburknął Karol, mnąc nerwowo w rękach ulotkę pozostawioną na stoliku. – Musimy się jakoś ogarnąć. Nie możemy łazić ze światełkami w dupie, żeby każdy widział, kto jesteśmy. Trzeba albo pozbyć się tej energii, co w nas trzepnęła, albo zaszyć się gdzieś na kilka dni i ją skoncentrować, żeby przestała być widoczna.

– Aż tak widać? – burknął Skowron, próbując obejrzeć plecy towarzysza i własną szyję. – Ty wyglądasz normalnie.

– Bo się staram. Jak popuszczę, to mi cały ogon z dupy wyleci, a nogi mi zaświecą jak adidasy dla bachorów. Wszyscy zobaczą, że jestem demonem. A ty masz lampę nad głową, jakbyś z Simsów wyszedł. I z rąk ci cieknie! – Karol wyliczał, krzywiąc się przy tym z niezadowoleniem.

– Nic nie czuję – przyznał niechętnie bożek.

– Dziwisz się? Twoje nieużywane czakry są dziurawe jak sito. Aż szkoda tej wylewającej się energii. – Karol westchnął, choć jego strapienie tyczyło się nie tyle specyficznego krwotoku jego kompana, co mogących z tego wyniknąć kłopotów. Zamyślony nad hipotetycznymi zagrożeniami, nie zauważył nadchodzącego zza pleców Skowrona nastolatka, który wyluzowanym krokiem, z rękoma w kieszeniach pokonał dzielący ich dystans i bez pytania przysiadł się do ich stolika.

– Cześć, ptaszeńki – powiedział wesoło. – Wyrzutek – wskazał palcem na Skowrona – i uciekinier – wytknął Karola.

Bożek i demon wyprostowali się jak struna i już mieli coś powiedzieć, gdy obok nich wyrosła kolejna postać – tym razem senna kelnerka niosąca im drinki.

– Dla pana coś? – zagadnęła chłopaczka o wyglądzie licealisty.

– Czarnego Rosjanina – odpowiedział lekko, a kobieta nawet się nie zająknęła, by zapytać o jego wiek.

– A ty to niby kto? – spytał Karol, gdy odeszła, i wpatrzył się bystro w oczy niespodziewanego towarzysza do kieliszka.

– Zbawiciel. – Chłopak wyszczerzył zęby.

– Jakoś nie wyglądasz – odgryzł się demon.

– No popatrz... – Chłoptaś aż zatrząsł się od tłumionego śmiechu i niemal w tej samej chwili Karol zbladł, a jego półludzkie ciało przebiegł dreszcz. Na twarzy i odsłoniętych ramionach chłopaka zobaczył rozżarzone na moment, niczym wachlarz popisowych pawich piór, wijące się znaki emanujące jasnobłękitnym światłem. Trwało to zbyt krótko, by mógł odczytać ich znaczenie i tym samym rangę, wiek oraz pochodzenie demona, ale zrozumiał, że ma do czynienia z Istotą silniejszą nawet od dawnego siebie, co zresztą zgodnie z tradycją potwierdzał młody wiek jego wcielonej postaci.

– Czego od nas chcesz? – wycedził Karol, a Skowron tylko rzucał ukradkowe spojrzenia, zakleszczony między nimi, nie mogąc dostrzec niczego ponad słaby zarys ich aur. Nie panował jeszcze nad odzyskanym skrawkiem swojej mocy i to, co kiedyś było dla niego prostą zdolnością, teraz okazało się trudniejsze od powtórnej nauki chodzenia czy czytania.

– Podobacie mi się – stwierdził chłopak kpiarsko. – Niby ludzie, a jednak nie; niby nieludzie, a jednak tak. Jak was dobrze połatać i przypudrować, to nikt nie pozna.

– Niczego od nikogo nie chcemy. Sami się połatamy, dzięki. – Skowron wreszcie zabrał głos, nawet bez przeczuć Karola przekonany, że nie chcą się mieszać w żadne czarcie machlojki.

– Chyba nie macie wyjścia. – Nastolatek popatrzył na niego jednoznacznie. Miał ich obu w garści. – Niby wszyscy o was zapomnieli, ale czasy się zmieniły. Za głowę każdego cwaniaka takiego jak wy jest teraz wysoka cena. Nikt z góry nie pozwoli, żeby nieśmiertelni biegali luzem po Żywoświecie. Robi się coraz goręcej.

– To nie nasza wina, że obok nas ktoś otworzył portal. Nie chcieliśmy odzyskiwać mocy. Za jakiś czas to, co nas uderzyło, wycieknie i nikomu nie będziemy zawadzać. – Skowron chciał załagodzić sprawę i zniechęcić swojego rozmówcę, ale szło mu to wybitnie kiepsko.

– My się nie rozumiemy, rybeńki. – Chłopak przerwał, bo podano mu zamówionego drinka. Pociągnął łyk i wydał z siebie zadowolony dźwięk, po czym odstawił szklankę, pochylił się nad stolikiem ku swoim ofiarom i ściszył teatralnie głos. – Nikogo nie obchodzi, czy to wasza wina, czy nie. Jak was wyczai jakiś Strażnik, będziecie wysyłać znajomym pocztówki z Otchłani. A jeśli dalej nie kumacie, żabcie moje niewinne, to podpowiadam, że tym, który was wystawi jak kozy dla T. rexa, będę ja w mojej własnej, skromnej osobie. Więc lepiej wyciągnijcie notatniki i piszcie: Jasna. Jaaa-snaaa. Jak macie trochę oleju we łbach, to już o niej słyszeliście.

– Słyszeliśmy – syknął Karol.

– No to wiecie, że wiedźma z pomocą swoich kochasiów zamyka wszystko, co otworzymy, ledwo ogon pierwszego demona wysunie się do końca na drugą stronę. Nie możemy jej zabić, bo ma układ z gołębiami[1] i jako bezcielesna dusza w Międzyświecie będzie dla nas jeszcze bardziej upierdliwa niż teraz. Trzeba wymyślić inny sposób, żeby ją usadzić.

– No niemożliwe. Skoro taki geniusz zła jak ty sobie nie poradził, to niby jak my to mamy zrobić? – Karol wykrzywił się z taką satysfakcją, jaką tylko może odczuć wrzucany do gara z wrzątkiem homar, który w ostatniej chwili boleśnie uszczypnął swojego oprawcę.

– Spokojna głowa. Mamy kilka pomysłów. – Chłopak błysnął zębami, a Karol i Skowron już wiedzieli, że mu się nie wyślizną i, co gorsza, nic na tej współpracy nie ugrają.