Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
17 osób interesuje się tą książką
W drugiej odsłonie Księcia z Jemenu spotykamy Tahira i Karola po roku bycia razem. Jakby dojrzalszych, bardziej samodzielnych, z planami na przyszłość, może nieco mądrzejszych niż w chwili, gdy po pierwszym wejrzeniu w swe oczy, dostrzegli na ich dnie to, co natychmiast zaczęli odważnie nazywać wielką miłością.
Ale że – jak pisał Loebl – miłość to kruchy i wiotki kwiat, więc po roku związku przyszedł czas pierwszych refleksji. Pojawiają się drobne oznaki znużenia, poczucie stagnacji, w ich sercach częściej goszczą wątpliwości i niepewność niż płomienie rąk jednego na dłoniach drugiego. Jest to też czas popełniania błędów, spontanicznych decyzji mogących skutkować poważnymi konsekwencjami w przyszłości. Zdają się jednak o tym nie myśleć, wszak młodość daje jeszcze prawo do robienia głupstw, nazywanych zbieraniem doświadczeń. Nad związkiem unosi się aura niepokoju „co dalej”?
Wspólny urlop ma być sprawdzianem dla relacji obu młodych mężczyzn, antidotum na nudę, może spoiwem? Czy tak się stanie? Tym bardziej że w tym samym czasie powrócą echa wcześniejszych pobytów Tahira z bratem w tym miejscu, na jaw wyjdą też – z pozoru niewinne i czynione w dobrej wierze – kłamstwa Karola i rodzinna zmowa milczenia w pewnej sprawie.
Katastrofa zdaje się wisieć w powietrzu. Czy do niej dojdzie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 473
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tego autora w Wydawnictwie WasPos
Miłość spod ziemi
Książę z Jemenu
Książę z Jemenu. Przez raj do bólu. Tom 2
W PRZYGOTOWANIU
Szczęście znalezione pod łóżkiem
Najpiękniejszy
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Stach SzulistCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Barbara Wiśniewska
Korekta: Aneta Krajewska
Ilustracje w środku: Gemini AI
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcia na okładce: Gemini AI
Skład i łamanie: Adam Buzek/[email protected]
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
Wydanie I
ISBN 978-83-8290-995-1
Wydawnictwo WasPosWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Motto:Co tak ważne w życiu jestDla każdego coś innegoDlatego żeby z tobą byćMuszę pogodzić i piekło i niebo…………………………………Bo serce lubi w parze iśćW godziny dobre i te złePoranne kawy razem pićW twoich oczach podwajać się
„Piekło i niebo” – Olga Jackowska (Kora)
Słowo od autora
Trzymasz przed sobą – CZYTELNIKU/CZYTELNICZKO – drugą część opowieści o relacji uczuciowej Karola oraz Tahira i nie ukrywam, że wciąż towarzyszą mi te same obawy, co przy pojawieniu się pierwszej części. Obawy wynikające z zastanawiania się, czy w gąszczu pojawiającej się literatury queerowej ta opowieść – jeszcze jedna, ale dziejąca się w naszej rzeczywistości, jakby w sąsiedztwie – ma szansę bycia dostrzeżoną? Ale skoro w sens jej wydania uwierzyła pani AGNIESZKA PRZYŁUCKA, to z ulgą uznaję, że jednak ma to uzasadnienie. W tym miejscu uważam za konieczne serdecznie pani AGNIESZCE podziękować, za wiarę w przekaz tego tekstu i odwagę konieczną do jego opublikowania. A skoro kontynuacja historii miłości wzmiankowanych wyżej młodych mężczyzn zmaterializowała się w formie książki, to wypada tylko się cieszyć i… zaprosić do sięgnięcia po tę lekturę.
Choć nie wiem, jakbym się starał – a wierzcie mi, że się staram – zawsze w pracach redakcyjnych wychodzą niedociągnięcia, jakieś literówki, przestawiony szyk wyrazów, przecinek nie tam, gdzie trzeba… i tak dalej. Zatem w tym miejscu wielki ukłon w stronę zespołu pracującego nad ostatecznym kształtem powieści.
Treść podobno budzi większą ciekawość, kiedy jest atrakcyjnie opakowana. Zatem w tym miejscu składam wielkie podziękowania panu ADAMOWI BUZKOWI, gdyż rzeczywiście pięknie „opakował” tę opowieść. I nie tylko ja jestem tego zdania.
Promując pierwszą część opowieści o zakochanych chłopakach, zdałem sobie sprawę z siły promotorek. Wtedy tego nie zrobiłem, ale teraz nadrabiam zaniechanie i z głębi serca dziękuję patronkom – NATALII GIBOWSKIEJ, WIOLECIE SADOWSKIEJ, ANNIE BOCIAN, ADRIANNIE ZAKRZEWSKIEJ, IWONIE PIETRASIK, SYLWII LIS i MIRELI MARCINEK. Bez nich o istnieniu KSIĘCIA Z JEMENU na pewno nie wiedziałoby tylu, ilu wie.
A skoro dzięki staraniom tylu osób ta powieść dociera do WAS, to nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć dobrych chwil z tą historią.
Rozdział pierwszy
Czas, kiedy zdawałem maturę, wydał mi się nagle tak odległym, jak… nie wiem co, bo żadne sensowne porównanie nie przychodziło mi do głowy. To prawie tak, jakby tego czasu nie było albo był tylko niewiele znaczącym momentem, epizodem, który należało po prostu przeżyć, bo taka jest kolej rzeczy. Może tak jest i tak wtedy ze mną się działo. Bo gdyby to było coś bardzo ważnego, przeżywałbym to do teraz. Tak, jak robią to znajomi, którzy razem ze mną albo kilka lat wcześniej też zdawali matury, a teraz biegając po uczelnianych salach wykładowych albo na ćwiczeniach bądź jeżdżąc na praktyki, by za kilka lat – jak twierdzą z nadzieją w głosie – trzepać kasę na jakiejś dobrej fusze, bo to im się po prostu należy.
Siedzenie przed budynkiem i czekanie, aż Tahir wreszcie wyjdzie ze swego ostatniego egzaminu, zdawało się wlec niemiłosiernie. Tak bardzo, że po mniej więcej dwóch godzinach zacząłem nerwowo obgryzać paznokcie i naskórek wokół nich, co wcześniej chyba mi się nie zdarzało. Chyba, bo nie przypominam sobie takiej sytuacji. Owszem, odgryzłem nadłamany paznokieć, ale z konieczności, by mnie nie drażnił, a nożyczek pod ręką nie było. Teraz robiłem to chyba ze stresu, bo siedząc na schodach przed szkołą, nagle uruchomiłem wyobraźnię w kierunku snucia wizji jego przyszłości, którą pragnąłem widzieć jako świetlaną, barwną, z dostatkiem pieniędzy, miłości, po trosze siebie w tym klimaciku ciepłym lokując. Marzyłem, by był szczęśliwy tak jak ja, bo od chwili poznania go, a właściwie bycia z nim, uważałem siebie za wielkiego szczęściarza, często największego. Czasami nawet zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle na takie szczęście zasługuję. Szybko jednak przychodziło po takich wątpliwościach pocieszenie z wewnątrz, że skoro już takie szczęście mi się zdarzyło, to widocznie było mi pisane. Po prostu na nie zasłużyłem. Nie wiem, ale chyba nawet coś podobnego bądź zbliżonego w treści czytałem.
Kiedy po ponad dwóch godzinach nadal nie wychodził, zacząłem sobie wmawiać, że ta cholerna fizyka, którą wybrał jako przedmiot dodatkowy, bo ponoć lekka, łatwa i przyjemna – jak mawiał – wcale taka prosta być nie musiała, skoro tyle czasu męczył się z arkuszem. Poza tym od samego początku zastanawiałem się, po co mu ta fizyka, skoro zamierza realizować się artystycznie? Bo marzenie o zdawaniu do szkoły filmowej wciąż go nie opuszczało. Zresztą jako kochający i wspierający, utwierdzałem go w kontynuowaniu tego marzenia. Przypomniałem sobie, że moim ostatnim egzaminem maturalnym była geografia, bo jako przyszły prowadzący nowoczesne składy kolejowe po liniach całego globu uważałem, że znajomość tej dziedziny to podstawa. Ponieważ uwielbiałem geografię – może poza fragmentami dotyczącymi informacji o powstawaniu zjawisk klimatycznych, bo nauczyciel miał na tym punkcie lekkiego świra – to wydawała mi się właśnie przedmiotem szybko przyswajalnym, a zatem łatwym do zdania.
Kiedy wreszcie pojawił się na szczycie schodów w towarzystwie jednej ze swoich koleżanek i jej chłopaka, którego nie znosiłem, bo strasznie zarozumiały, nie miałem już wątpliwości, że tego wieczoru możemy spokojnie podejść do pierwszego oblewania zdanej matury. Mina Tahira zdawała się mówić więcej, niż mogłyby wyrazić słowa. Odczekałem więc, aż para zakochanych pożegna się z nim i z otwartymi ramionami czekałem, aż zbiegnie do mnie. On tymczasem schodził powoli, dostojnie, niczym początkujący dyplomata – któremu wydaje się, że wraz z fuchą złapał jakiegoś świętego za nogi czy rogi, Zeusa albo jeszcze ważniejszego – kołysząc całym ciałem, taki totalnie rozluźniony, w dodatku z drwiącym uśmiechem na ustach, pukając się środkowym palcem w czoło. Co miało oznaczać – stuknij się w łeb i opanuj, bo ludzie patrzą. Nie zdenerwował mnie tym, bo przez te kilka miesięcy wspólnego RAZEM zdążyłem przywyknąć, że trudno leczył się z choroby nazywanej przeze mnie CO LUDZIE POWIEDZĄ. Dla rozluźnienia puściłem mu raz wszystkie sezony serialu o takim samym tytule, żeby tym sposobem wyleczyć go z kompleksów i strachów, lecz na niewiele się to zdało. O ile wśród czterech ścian potrafił być wulkanem energii i swobody, o tyle w momencie znalezienia się w grupie już choćby kilku osób, swobodę chował w siebie, zaś o okazywaniu uczuć mogłem tylko pomarzyć. Początkowo mnie to drażniło, rozmawialiśmy o tym, ale po kilku miesiącach postanowiłem dać czas czasowi – jego czasowi – w dochodzeniu przez Tahira do tego, co mnie podczas pobytu w wielkim mieście wydawało się być normalnością. Wyrobiłem w sobie dość silne przekonanie – a może tak mi się tylko zdawało? – że ludzi tak naprawdę niewiele albo i nic nie obchodzi, kto z kim sypia, chodzi, kogo trzyma za rękę bądź z kim się całuje na chodniku, w parku, przed drzwiami bloku czy na powitanie i pożegnanie.
Tym razem jednak zrobił wyjątek. Pozwolił się musnąć ustami w policzek. Gdy moje wargi ledwie dotknęły skóry, odruchowo zerknął na boki, czy przypadkiem ktoś tego gestu nie zauważył. Udałem, że tego nie spostrzegłem. Doczekać się jednak nie mogłem, kiedy wreszcie wylądujemy w mieszkaniu, w pośpiechu zrzucimy wszystko z siebie i zaczniemy się kotłować w naszym barłogu. Tak od pewnego czasu nazywałem łóżko, bo nie chciało mi się zbyt często zmieniać pościeli. Chociaż mamie przez telefon mówiłem, kiedy pytała – a pytała średnio raz na tydzień – że co dziesięć dni zmieniam pościel i piorę w automacie z dodatkiem płynu zmiękczającego. Tak, jak ona od zawsze robiła w domu.
Ale Tahir nie zamierzał iść do domu, to znaczy wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Wymyślił, że po takim trudzie, jak zmagania z maturą i upierdliwościami komisji egzaminacyjnych, które – jakby mogły – zakazałyby podczas egzaminu nawet oddychania, należy mu się relaks wyższego stopnia. Na to wszystko jeszcze te spojrzenia.
– Co masz na myśli? – zapytałem, bo rzeczywiście nie bardzo wiedziałem, o co mu z tymi spojrzeniami chodziło.
– Wyobrażasz sobie – zaczął, gdy szliśmy do tramwaju – że prawie zemdlałem ze strachu, jak w pewnym momencie, nie wiem, z głodu czy ze stresu, zaczęło mi warczeć w żołądku albo we flakach, a jedna z nauczycielek z komisji, jakaś obca, tak mnie zmierzyła, jakbym jakiś alarm tym burczeniem wywołał. Ze strachu wstrzymałem oddech i od razu pot na mnie wystąpił.
– Z tego powodu? – zdziwiłem się.
– Z tego, słodziaku! – Oj, jak lubiłem, kiedy tak do mnie mówił tym swoim wystudiowanym szeptem, prawie teatralnym, jak podkreślała w liceum moja belferka od polskiego. – W tym momencie przefrunęło mi przez myśl, prawie to widziałem, jak wstaje, poprawia ten swój garniturek, majestatycznym krokiem podchodzi do mnie, zabiera arkusz i po chwili przewodnicząca oznajmia unieważnienie egzaminu. Prawie narobiłem w gacie ze strachu.
– Ja tam takich problemów nie miałem. – Chciałem zlekceważyć temat, bo zupełnie inne myśli zajmowały moją głowę.
– Bo twoje problemy nigdy nie były takie, jak moje.
– Co masz na myśli? Chcesz mnie obrazić?
– Nie o to chodzi. Ty – usiłował tłumaczyć – jakbyś nawet nie zdał tej cholernej matury, to twój świat nie ległby w gruzach.
– To znaczy?
– W tym roku byś poprawiał, a przez ten czas twoi rodzice robiliby wszystko, żebyś tylko czuł się komfortowo.
– Nie pomyślałeś, że ja bym tak nie chciał? – mówiąc to, patrzyłem w jego oczy. – Nawet, gdybym nie zdał, jak powiedziałeś, tej cholernej matury? Tahir – trochę mnie ponosiło – wychodzi na to, że przez te kilka miesięcy…
– Dokładnie dziesięć – wszedł mi w słowo, czym wprawił mnie w chwilowe osłupienie, ale nie zamierzałem się nad tym zatrzymywać.
– …zdążyłeś mnie trochę poznać?
Chyba wyczuł – musiał – nutę żalu w moim głosie.
– Przepraszam – usiłował wyjść ze strefy gafy – nie to miałem na myśli. Chodziło mi raczej o to, że jak nie zdam matury, to nadal będę musiał robić to, co robię, a doskonale wiesz, że nie jest to robota moich marzeń.
Trochę go rozumiałem. Odkąd wywalili go z rozwożenia żarcia, złapał robotę w wielkiej hurtowni z roślinkami, generalnie klimaty ogrodowe go otaczały, po nich stąpał, wisiały nad nim, nimi oddychał, a czasem – i to coraz częściej – opowiadał o nich z zaangażowaniem. Początkowo cieszył się, bo miał pracę. Nic nierobienie w grę w jego przypadku nie wchodziło. Sabir by na to nie pozwolił. Wciąż uważał, że mężczyzna, odkąd tylko stanie się do tego zdolny, powinien pracować: na siebie, tudzież bliskich, zarabiać.
Rozdział drugi
Gdy tylko zaproponował, byśmy jakoś uczcili ten maturalny maraton, pierwszym, co przyszło mi do głowy, było oddanie się uciechom cielesnym, co w sumie obaj uwielbialiśmy.
Do tego stopnia, że zdarzały się chwile, kiedy chciałem – nawet pragnąłem – podzielić się tą radością z kimkolwiek. Jakimś dobrym kumplem, rodziną czy przyjaciółką. Najlepiej z całym światem. Wykrzyczeć to wszystkim. PATRZCIE, JAKI JESTEM KOCHANY I JAK KOCHAM! Niestety, na marzeniu się kończyło, bo zaraz uświadamiałem sobie, że nie znałem nikogo, kto chciałby słuchać opowieści – niechby nawet najbarwniejszej i szalenie zajmującej – o radosnych uniesieniach seksualnych dwóch gejów. Mało tego. Pewnie znaleźliby się zaraz tacy, którzy taką opowieść uznaliby za zboczenie, a niewykluczone, że i od pedałów by wyzwali, choć to akurat najmniej mnie obchodziło. Już nie uwierało, jak jeszcze pięć lat temu. Nie wiem dlaczego, ale ostatnimi czasy dość często łapałem się na tego rodzaju rozważaniach.
Siedzieliśmy akurat na schodach wiodących do budynku, gdzie wciąż jeszcze wynajmowałem lokum od pani Anastazji – coraz bardziej wścibskiej i chwilami w tym wścibstwie za daleko się posuwającej, niemal do granic ordynarności – której mąż gardził takimi jak ja i Tahir, kiedy mój kochany nagle się ożywił. Pomyślałem od razu, że być może kogoś nieoczekiwanego spostrzegł, bo tak dziko wokół zaczął się rozglądać, ale on w jednej chwili złapał mnie za ramiona i stwierdził, że właśnie wpadł na znakomity pomysł.
– Jaki? – Też się ożywiłem.
– Bo skoro nie chcesz do domu, to może pójdziemy tam, gdzie od dawna zamierzaliśmy?
Nie zaskoczyłem w tym momencie, gdzie to planowaliśmy iść od dawna. Zrobiłem jakąś kretyńską minę, bo wyraźnie spasował.
– Już zapomniałeś – skomentował tonem zrezygnowanego.
– Nie wiem – zacząłem się głupio tłumaczyć – ale ostatnio tyle planów snujemy, że powoli zaczynam się w tym gubić.
– Myślałem o odwiedzeniu wreszcie cioci Irenki – przypomniał nieśmiało.
Zaskoczył mnie tą propozycją. Zdążyłem prawie zapomnieć o jej istnieniu. Tym bardziej że od kilku miesięcy o niej nie wspominał. Zdarzało się nawet – u mnie, w moich myślach – że zaczynało mnie to niepokoić. Bo jak to jest, pytałem siebie, często przypatrując się gestom, wsłuchując w słowa, analizując je, że ta kobieta tyle dla niego, dla jego rodziny zrobiła, a on tak rzadko o tym pamięta? Zaraz jednak tłumaczyłem sobie to tym, że wtedy, gdy ważyły się ich losy w kraju nad Wisłą, ciocia Irenka stała się kimś bardzo ważnym dla jego brata, on był za mały, by cokolwiek z tego pojąć. Nie doświadczył niepokoju brata. Zaraz też starałem postawić się na jego miejscu. Przypomniałem sobie – jeśli nie dokładnie, to przynajmniej mniej więcej – w którym momencie mojego nastoletniego życia zacząłem nieco poważniej wsłuchiwać się w mądrości rodziców i babci. A i jeszcze byle jak mi to wychodziło, do czego nigdy się przed nimi nie przyznam, bo przecież w oczach staruszków nie można wyjść na przegrywa. Wciąż nie wypada.
– Dlaczego akurat dziś? – zdziwiłem się.
– Nie wiem, ale tak sobie pomyślałem w związku z naszą pierwszą wizytą u niej.
– To znaczy?
– To nic nie znaczy, ale byłaby to jakaś klamra.
– Taha – zacząłem – co ty pierdolisz?
– Tyle razy cię prosiłem…
– Tak, wiem – przerwałem mu – żebym przy tobie nie używał takiego języka. Przepraszam.
– Nie przy mnie – doprecyzował – tylko w odniesieniu do mnie, a to zasadnicza różnica.
Zacząłem się śmiać.
– Co cię tak bawi? – zdumiał się.
– Twoja precyzja językowa. Nawet moja polonistka z liceum, tym bardziej moja mama, która też jest polonistką, nie bywały takimi purystkami językowymi. Ale nie martw się – pocieszałem, lekko masując jego bark – to dobry znak.
– W sprawie czego?
– Matury. Z polskiego na pewno zdałeś.
Pokiwał głową, jakby pocieszeniem dlań było to stwierdzenie.
– To jak z moją propozycją? – ponowił pytanie.
– Masz na myśli ciocię Irenkę?
– No – oznajmił – a konkretnie powiedzenie jej wreszcie o nas.
Musiałem po tym oświadczeniu zrobić strasznie głupią minę, bo i na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju zdziwienia albo niezrozumienia, bo przecież wszystko powinno być jasne.
Rozdział trzeci
Owszem. Przypomniałem sobie, że kilkakrotnie rozmawialiśmy o ujawnieniu się z naszymi uczuciami przed ciocią Irenką. Trzymanie jej w niewiedzy Tahir uważał w pewnym sensie za nielojalność. Trudno było się z tym nie zgodzić. Jednak ja miałem problem. Nie chodziło bynajmniej o ujawnienie się, bo tym akurat specjalnie się nie przejmowałem. Jeśli już któryś z nas przeżywał to bardziej, to zdecydowanie Tahir. Panicznie bał się ewentualnego odrzucenia, nieakceptacji. Do tego stopnia, że przez kilka dni po wyjawieniu tego pomysłu pierwszy raz, chodził jak zaćmiony, bezustannie o tym rozmyślał, snuł czarne scenariusze jej reakcji i sporo mnie kosztowało, bym nie palnął czegoś żartobliwego, głupkowatego, co mogłoby zostać przez niego odczytane jako naigrawanie się z jego emocjonalnego podejścia. W moim przypadku problemem było odnoszenie się do cioci Irenki. O ile w obecności mojego chłopaka nie miałem z tym trudności, to już po wyobrażeniu sobie sytuacji, gdzie stoję twarzą w twarz z obcą kobietą i mam nazwać ją ciocią, wydawało mi się absurdalne. A jeśli nie absurdalne, to dalekie od tradycyjnego pojmowania cioci. Tym bardziej że nawet nie wszystkie kuzynki mamy czy taty potrafiłem tak nazywać, bo widywałem je tak rzadko – najczęściej na pogrzebach jakichś równie dalekich, jakby obcych, krewnych – iż przez krtań słowo wujek czy ciocia nie chciały się przecisnąć. Tymczasem ciocię Irenkę widziałem ledwie jeden raz, zaraz po poznaniu Tahira, więc tym bardziej zastanawiałem się, jaka forma zwracania się do niej byłaby w tym przypadku najlepsza. Starając się wczuć w położenie Tahira, wyobrażałem sobie od samego początku, że oczekiwał, bym zwracał się do niej tak samo jak on. Intensywnie o tym myślałem.
– To jak mam jej to powiedzieć? – wyrwał mnie z rozważań.
– Masz na myśli nasze bycie razem?
– No. I że jesteśmy gejami.
– Normalnie.
– To znaczy, jak?
Naciskał, a mnie nic konkretnego nie przychodziło do głowy.
– Nie wiem – zacząłem szukać w głowie odpowiednich słów. – Może powiedz po prostu, ciociu Irenko, poznaj mojego chłopaka, czy jakoś tak.
– Brzmi drętwo.
– To nie wiem.
– Myślę – zastanawiał się głośno, a mnie jakby niewiele to obchodziło, wydawało się dzieleniem włosa na czworo – że nie mogę, to znaczy nie możemy tak bezpośrednio, z grubej rury. Tu trzeba raczej tak dyplomatycznie.
– Znasz się na dyplomacji? – zażartowałem.
– Karl – wkurzył się – nie rób sobie jaj. Chciałbym mieć to jak najszybciej za sobą.
– To weźmy taksówkę i jak najprędzej jedźmy do niej.
Żarty w temacie wciąż mnie nie opuszczały. Jednak naprawdę czułem, że w ten sposób tworzyłem rodzaj zasłony odgradzającej od stresu, który gdzieś tam we mnie się tlił, ale grając twardziela, nie chciałem tej słabości pokazywać przed chłopakiem, który w gruncie rzeczy za twardziela mnie miał. A mnie ta rola odpowiadała, choć w myślach ganiłem się za próżność.
– Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli – zżymał się. – Poza tym – snuł rozważania – taka wiadomość może być dla niej szokiem.
– Czemu tak uważasz?
– Nie wiem, ale wydaje mi się, że mogła nigdy nie mieć do czynienia z gejami.
– Wie chociaż, że tacy istnieją? – zażartowałem.
– Nie kpij z niej, to kobieta obeznana we współczesnym świecie.
– To w czym problem?
– Sam już nie wiem. Ale… – nie dokończył, machnął tylko ręką.
Chciałem go przytulić, pogłaskać, lecz odruchowo się odsunął. Lęk przed głupkowatym komentarzem przypadkowego idioty z ulicy wziął w nim górę.
Rozdział czwarty
Irenka wyglądała na wyraźnie uradowaną naszym przyjazdem. Od razu wywnioskowałem, że wbrew temu, co wcześniej mówił Tahir, została uprzedzona o naszej wizycie. Nawet nie wiedziałem, w którym momencie poinformował ją, że nadciągamy.
W jej niewielkiej knajpce panował dość spory ruch. Pogoda wyraźnie wspierała apetyty na lody i inne słodkości. Też spodziewaliśmy się poczęstunku na słodko. Osobiście nawet bardzo na to liczyłem, bo od kilku godzin nie miałem niczego w ustach. Przede wszystkim chciało mi się pić, gdyż trwająca od kilku dni fala upałów wysysała z organizmu litry potu. Gdy tylko weszliśmy do środka, Irenka wyszła z radosnym okrzykiem zza wielkiej, przeszklonej lady i z szeroko otwartymi ramionami ruszyła witać swego Bąbelka, jak wciąż nazywała Tahira, a on nie zamierzał w tej kwestii oponować. Z miejsca babcia Magda mi się przypomniała, bo też wiele razy bywałem jej Bąbelkiem, aż mi się przy okazji skojarzyło, iż wiele babć ma chyba tak samo. Tylko co pewien czas nadmieniał mi, tak mimochodem, że trochę wkurzają go te jej zdrobnienia używane w odniesieniu do jego osoby, jakby nie zauważyła, że od czasu, gdy ujrzała go po raz pierwszy – kiedy rzeczywiście był dzieciakiem – sporo czasu upłynęło, a on z malucha stał się dorosłym mężczyzną. Nie miał jednak odwagi, by zacząć ją od tego odzwyczajać bądź zwracać uwagę. Mniej wylewnie przywitała się ze mną, a i tak czułem ten sam rodzaj ciepła, jaki odczuwałem, będąc przytulanym przez babcię. Zauważyłem przy okazji, że jej wylewność przy powitaniu mnie i Tahira zwróciła uwagę kilku obecnych w lokalu gości. Jedna z kobiet, w wieku raczej emerytalnym, sądząc po zmarszczkach, nie kryła nawet wzruszenia. I jak tu się wkurzać na taka kobietę?, przemknęło mi przez myśl.
– Skoro się zjawiłeś – zwracała się do Tahira, wciąż z tym samym bagażem radości, co po ujrzeniu nas w drzwiach – to na pewno musiało wydarzyć się coś niebywałego.
Mówiła, a jednocześnie delikatnie popychając, kierowała nas na zaplecze, gdzie znajdowało się pomieszczenie uchodzące za kącik socjalny, urządzony na wzór maleńkiego pokoju mieszkalnego, w którym znajdował się stolik, krzesła, niewielka kozetka – na wypadek, tłumaczyła, gdyby ktoś z personelu albo gości nagle zasłabł i potrzebował chwili wytchnienia – naprzeciwko której znajdowały się drzwi wiodące do toalety.
– Czasu nie miałem – tłumaczył się Tahir.
– Zawsze tak mówisz. Ale widzę – skierowała uwagę na mnie – że wciąż trzymacie się razem?
Spojrzał na mnie porozumiewawczo, ja na niego. Irenka natychmiast wychwyciła grę naszych spojrzeń. Pewnie już sobie coś kombinuje w głowie, przemknęło mi przez myśl.
– Kwestia wspólnych zainteresowań – wypaliłem, byle coś powiedzieć, zanim sytuacja stanie się drętwa.
– To dobrze – chwyciła się tych słów. – Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze. Bo odkąd pamiętam, to mój Pajączek – dostrzegłem, jak Tahir przewraca oczami i leciutko zaciska zęby, może też i pięści – nie miał zbyt wielu kolegów, a do koleżanek raczej go nie ciągnęło.
Jej „do koleżanek raczej go nie ciągnęło” wyraźnie speszyło Tahira. Tymczasem ja nie umiałem się zorientować, w jakim stopniu to, co o dziewczynach mówiła Irenka, było tylko takim sobie mówieniem dla samego mówienia, a ile w tym jej przypuszczeń co do orientacji Bąbelka. Przypuszczeń, których mogła nabrać na podstawie obserwacji poczynionych na przestrzeni lat, choćby w oparciu o spojrzenia, gesty, a może jeszcze jakieś odkryte przypadkiem tajemnice, o czym mógł nawet nie wiedzieć. W każdym razie coraz bardziej mnie intrygowała. Postanowiłem jednak jak najdłużej milczeć, przysłuchiwać się, na wszelki wypadek nie zdradzić najmniejszym gestem czy mimiką, mogącymi świadczyć o łączącej nas relacji. Zaś Irenka, ilekroć zwracała się do Tahira, za każdym razem kierowała też przelotne spojrzenie w moim kierunku, czym również w lekkie zakłopotanie mnie wprawiała i co coraz trudniej było mi maskować, a co też dawało do myślenia.
– Z tego, co wiem – pastwiła się nad swoim Pajączkiem czy Bąbelkiem – to jesteście prawie takie papużki nierozłączki?
Niby pytała, ale jakby stwierdzała, a ja z rosnącym niepokojem obserwowałem zdenerwowanie malujące się na twarzy Tahira. Z jednej strony było mi go żal, z drugiej z trudem powstrzymywałem śmiech. Aż w końcu rodziło się w głowie podszyte sadyzmem pytanie, ciekawe, jak sobie z tą sytuacją poradzi?
– Co masz na myśli? – odpowiedział pytaniem. – I skąd w ogóle wiesz, że jesteśmy jak te papugi nierozłączki?
Nieco się zmieszała. Tym samym nabrałem przekonania, że miała już na nasz temat nie tylko podejrzenia, ale i głębszą wiedzę.
– Tak sobie tylko gadam – udawała niby niewiele wiedzącą.
– Ale brzmiało to jak podejrzenie.
– O jakim podejrzeniu mówisz? – dociekała niby niezobowiązująco, jednocześnie stawiając przed nami kubki z sokami i puchary z kolorowymi lodami o przeróżnych smakach, nawet nie pytając wcześniej, czy tego chcemy.
– Nie wiem, ale jesteś dziś jakby taka nie ty – bredził Tahir i miałem prawie pewność, że za chwilę się spali i wypapla wszystko, czego chciałaby się o nas dowiedzieć, a nie miała odwagi zapytać.
– Spostrzegawczy jesteś.
– Umiem obserwować.
– Skoro tak, to powiem wprost. Rozmawiałam z Sabirem.
– No i? – zapytał wyraźnie poruszony.
– Miałam nadzieję, że usłyszę to od ciebie – mówiąc to, spojrzała kolejny raz w moją stronę. – To znaczy od was – poprawiła się.
– Nie rozumiem?
– Pani Irenie, mój drogi – postanowiłem ostatecznie się wtrącić, wykrzesując z siebie tyle odwagi, ile byłem w stanie wykrzesać poprzez barierę obaw – chodzi o to, że nie miałeś odwagi powiedzieć prawdy o tym, co nas łączy. Że jesteśmy parą kochających się gejów. Prawda?
Pytanie – z uśmiechem na ustach – skierowałem do pani Irenki. W mig dostrzegłem też, że nieco ją tym nagłym wtargnięciem w dialog między nią a jej Pajączkiem wytrąciłem ze strefy komfortu emocjonalnego. Nie wiedziałem przy tym, czy brnąć dalej, czy ruszyć z przeprosinami. Zdecydowałem jednak, że udam niezorientowanego.
– Jakbyś żywcem z głowy mi to wyjął – skomentowała wreszcie z ulgą moje oświadczenie i po matczynemu poklepała po policzku.
– Zatem nie było się co tak pietrać – zwróciłem się do Tahira, który wciąż nie był zdolny wyjść ze stanu odrętwienia po mojej wypowiedzi.
– Sabir zdążył mnie uprzedzić. Na wszelki wypadek – dodała, jakby na zasadzie uspokojenia.
– Na jaki wszelki wypadek? – zdziwił się Tahir.
– Nie wiem, ale z tego, co zrozumiałam, kiedy Sabir był tutaj z Małgosią, miał pewne obawy co do tego, jaka będzie moja reakcja, kiedy sama się zorientuję. I powiem ci, tak zupełnie szczerze – tu ujęła jego smukłą dłoń w swoją nieco spracowaną, ale wypielęgnowaną i z doklejanymi paznokciami czy tipsami, sam nie wiem, jak to nazwać, bo nigdy się tym nie interesowałem – że od samego początku, jak tylko pierwszy raz przed prawie rokiem tu do mnie zaszliście, od razu coś podobnego sobie na wasz temat pomyślałam.
– Serio? – jakby nie swoim głosem zapytał Tahir.
– Jak najbardziej. I gdybyś mi wtedy wyjawił to, co o was wiem teraz – wyjaśniała – nie musiałbyś się tym zadręczać tyle czasu.
– Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem tego, co wiem teraz.
– Jak to?
– Ma rację – postanowiłem wtrącić się do rozmowy, uradowany, że Irenka z takim spokojem przyjęła wiadomość o naszej miłości. – Kiedy przed niemal rokiem tutaj przyszliśmy, to było nasze drugie spotkanie. A w zasadzie to pierwsze – doprecyzowałem. – Choć tak naprawdę to żadne albo raczej przypadkowe trochę, bo jeszcze obaj nie wiedzieliśmy, że możemy ze sobą być, że chcemy – wyjaśniłem.
– Wy może nie wiedzieliście – mentorskim tonem ciągnęła kobieta – ale ja podskórnie czułam, że to nie tylko koleżeństwo.
– Gadasz, ciociu, jak jakaś wróżka.
– Jak będziesz w moim wieku, to z racji tak zwanej życiowej mądrości czy doświadczenia, jak zwał, tak zwał, też będziesz umiał czytać w duszy niejednego rozmówcy. Będziecie umieli – poprawiła się zaraz, spoglądając znacząco na mnie. – Domyślam się jednak – jakby celowo zmierzała do zmiany tematu rozmowy – że przede wszystkim przyjechaliście tu po to, by coś zjeść?
– Tu się akurat mylisz – zaskoczył ją Tahir.
– To znaczy?
Znacząco spojrzał w moje oczy, co nie uszło uwadze cioci Irenki.
– Przyjechaliśmy do ciebie, bo właśnie postanowiliśmy powiedzieć ci o nas.
– Racja – potwierdziłem.
– Ty jednak odważniejszy jesteś od mojego Pajączka i Bąbelka w jednym – zauważyła niespodziewanie Irenka, czym obu nas wprawiła w lekką konsternację.
– Niektórzy nazywają to niewyparzonym pyskiem.
– No i dobrze, bo dzisiaj takie czasy, że trzeba umieć upominać się o siebie.
– Ciociu – przerwał ten festiwal radosnych komplementów Tahir – co konkretnie powiedział ci o nas Sabir?
– O jakie „konkretnie” – akcentowała – ci chodzi?
– Nie wiem – gubił się, a ja odnosiłem wrażenie, że sam nie bardzo wiedział, o co chciał zapytać bądź czego się dowiedzieć. – Mówił coś… o nas?
– Dużo mówił.
– Konkretnie… to co?
Irenka zamyśliła się, potem zadumę okryła ciepłym uśmiechem.
– Przede wszystkim straszliwie się w swojej opowieści plątał.
– To znaczy?
– Był zdecydowanie bardziej spięty niż ty w tej chwili.
– Nie jestem spięty – usiłował bronić się Pajączek cioci Irenki.
Na chwilę umilkliśmy. Z wnętrza lokalu dolatywały dźwięki mocno seksistowskiej piosenki o zdzieraniu majtek i braniu co moje, a to nieoczekiwanie wyzwoliło w mojej głowie feministyczną myśl; dlaczego zawzięcie broniące swej wolności dziewczyny nie walczą z takimi tekstami i ich wykonawcami, a wręcz same z wielką chęcią stają się wielkimi fankami takich występów. Czysta hipokryzja, która mnie wkurzała, im częściej ją dostrzegałem. Tymczasem ciocia Irenka relacjonowała Tahirowi przebieg rozmowy z Sabirem.
– Musisz go częściowo zrozumieć – usiłowała wyjaśnić swemu Pajączkowi wspomniane zagubienie jego starszego brata. – Ty już jakby tutaj się wychowałeś, ale w nim tkwią nawyki wyniesione stamtąd. – Miała na uwadze Jemen. – Niby rozumie tutejszą obyczajowość. Obserwuje, co dzieje się wokół i w pewnym sensie akceptuje, ale kiedy te zmiany zbliżyły się do niego zbyt mocno, poczuł coś w rodzaju podskórnego zagrożenia. Nie wiem, jak ci to bardziej obrazowo wytłumaczyć, ale niełatwo było mu powiedzieć prawdę o tobie.
– Nie może się z tym pogodzić? – wtrącił pytanie Tahir.
– Nawet nie o to chodzi. Odniosłam wrażenie, że w tej kwestii wciąż walczą w nim dwie siły.
– Jakie siły? – dociekał, jakby nie rozumiał, aczkolwiek miałem wrażenie, że doskonale wiedział, tylko to, co powiedziała Irenka, nie zgadzało się z tym, czego oczekiwał albo co pragnął usłyszeć.
– Zakorzeniona w głowie tradycja i świadomość, że żyje tu i teraz i po swojemu czuje, więc akceptacja tej rzeczywistości jest tym, czego również by pragnął. Tym bardziej – dodawała – że chodzi o ciebie. Jednak to nie jest takie łatwe.
– Narzekał na mnie?
– Skąd taka myśl?
– Tak mi przyszło do głowy.
– Nigdy na ciebie nie narzekał. Jak żyję i jak długo was znam, a wiesz, że swoje lata już mam, nigdy nie słyszałam z jego ust na twój temat innych słów, oprócz pełnych czułości.
Zaczynało się robić ckliwie. Musiałem jednak przyznać, że i mnie wzruszyła jej wypowiedź aż do wilgoci oczu.
– Mam wrażenie – wciąż niepewność czaiła się w słowach Tahira – że mówisz tak, by mnie tylko pocieszyć.
– Nieprawda. Skąd ci to przyszło do głowy?
– Nie wiem – odparł – ale czasami mam wrażenie, że od chwili, gdy zdał sobie sprawę, jak to między nami jest, jak ze mną jest – znacząco spojrzał na mnie, wykonując przy tym bliżej nieokreślony gest dłonią – to jakoś inaczej dzieje się między nami.
– Jak?
– Nie umiem tego określić.
Irenka z półuśmiechem na ustach pokręciła głową. Jej prawa ręka w czułym geście spoczęła na smukłej dłoni Tahira.
– Kochany mój – wciąż z czułością w głosie mówiła Irenka – teraz odnoszę wrażenie, że to nie w twoim bracie tkwi problem, ale w tobie.
– Jak to?
– To przez świadomość, twoją oczywiście, że w pewnym stopniu zawiodłeś oczekiwania brata w stosunku do ciebie. Że nie okazałeś się braciszkiem z jego wizji, tylko sobą, Tahirem, jakim stworzyła cię natura. Z jednej strony masz świadomość, że twoje szczęście chcesz budować po swojemu, z drugiej zaś dręczy cię podświadoma myśl o zawodzie sprawionym bratu, bo wiesz, jakie były, czy nadal są, jego poglądy. Wiem – jakby uprzedzała tym sposobem kolejną porcję pytań – to wszystko jest strasznie skomplikowane, ale nie warto zanadto zawracać sobie tym głowy. Sabir miał jedynie problem z powiedzeniem mi otwarcie o tobie, o was. Nie musisz dorabiać do tego nadzwyczajnej filozofii. Wierz mi, jedyne, na czym mu zawsze zależało i z pewnością nadal zależy, to twoje szczęście.
– Chwilami w to wątpię.
Wyraźnie zaskoczył ją wyrażonym zwątpieniem.
– Z jakiego powodu? – zdziwiła się.
– Bo powiedziałaś, że myśli tylko o moim szczęściu.
– Bo tak jest.
– Tak jest? W takim razie dlaczego z lekceważeniem traktuje moje plany?
Zrobiła minę, jakby hiobową wieść usłyszała.
– O jakich planach mówisz?
– Filmowych – wypalił. Nawet mnie tym zaskoczył, bo od kilku miesięcy o nich nie wspominał, w pewnym momencie sam pomyślałem, że w jego głowie zaistniała wolta o sto osiemdziesiąt stopni w kwestii życiowych priorytetów. Że dojrzał do innego pomysłu na życie.
– Pierwsze słyszę – wciąż ze zdumieniem na twarzy kontynuowała Irenka.
– Nie wspominałem, bo nie było okazji.
– Nie było okazji? – podjęła. – A może ty po prostu sam w ich powodzenie nie wierzysz?
Po jej słowach Tahir przez chwilę wyglądał tak, jakby zapomniał o umiejętności posługiwania się językiem.
– To nie tak – stwierdził po chwili na zasadzie samoobrony. – Jak tylko o tym wspomniałem, to parsknął śmiechem.
– Wspomniałeś? – uczepiła się Irenka.
– Wspomniałem, a on…
Przerwała mu, pomagając sobie gestem uniesionej ręki.
– Ile razy?
– Co, ile razy?
– Ile razy mu o tym wspomniałeś?
Zamyślił się. Sprawiał wrażenie szperającego we wspomnieniach celem odkopania dawno zarzuconej informacji.
– Raz.
– To wszystko wyjaśnia.
– Ale gdy tylko o tym wspomniałem, to prawie mnie wyśmiał – powtórzył.
– Nie pomyślałeś, że mogło to być efektem wielkiego zaskoczenia?
– Nie rozumiem.
– Wybacz, ale według mnie zachował się całkiem naturalnie. Pomyśl – potrząsała jego dłońmi, jakby trzymała w swoich rączki małego chłopczyka – ilu jest na świecie młodych chłopaków, którzy chcą zostać filmowcami? – Tahir z niedowierzaniem, ale i z niezrozumieniem, wpatrywał się w jej oczy. – Milczysz, bo wiesz, że niewielu. Jak żyję, nigdy nie słyszałam, by ktoś w mojej obecności, jakiś młody człowiek, obwieścił: chcę zostać filmowcem. Też bym się w pierwszym odruchu uśmiechnęła.
– Trzymasz jego stronę?
W głosie Tahira wyczułem nutę pretensji, może nawet żalu.
– Nic z tych rzeczy. Próbuję tylko spojrzeć na sprawę z jego perspektywy.
– To znaczy?
– Jego życie mam na myśli. A konkretnie drogę, jaką przebył, docierając do miejsca, w którym jest. Rozumiesz?
Dla świętego spokoju pokiwał głową. Mimo to przeczuwałem, w pewnym sensie mając pewność, że pod tą burzą ciemnogranatowych włosów kłębiły się myśli nie do okiełznania. Niesforne i pełne niezgody.
– Mniej więcej.
– Czyli nie rozumiesz – dobiła go po swojemu Irenka. – Proponuję, mój Pajączku – po babcinemu uszczypnęła go w policzek – żebyś jak najszybciej usiadł z bratem przy stole i poważnie o swoich planach porozmawiał. Jestem przekonana, że nie tylko cię zrozumie, ale całym sobą wesprze. A swoją drogą, to sama chętnie bym posłuchała o tych twoich planach filmowych.
– Serio? – zdziwił się.
– Czy byłam kiedyś wobec ciebie nie na serio?
Tym sposobem wypleniła z jego głowy wszelkie wątpliwości kłębiące się w nim od kilkunastu minut. Ciepło emanujące odtąd z jego oczu, stało się mych domysłów dopełnieniem.
– Wiedziałeś o tym? – zwróciła się nieoczekiwanie do mnie.
– Jestem jego ulubionym aktorem – odparłem.
– To znaczy… – zatrzymała się na chwilę – że co?
– Występuję z taką jedną dziewczyną w jego etiudach.
– Co to takiego?
– Krótkie filmiki o czymś – wyjaśniłem w pośpiechu.
– A ta dziewczyna? – zainteresowała się z wyraźnym ożywieniem.
– Moja sąsiadka. Ma na imię Mia.
– Czyli… – wciąż dociekała Irenka – nie jest zawodową aktorką?
– Bynajmniej. Ale jej również zależy na tym, by Tahir miał niezłe portfolio, jak będzie przystępował do egzaminu.
– Kiedy ten egzamin? – z miejsca się zainteresowała.
– Za tydzień.
– O matko święta – prawie się przeraziła – to jakby już!
– Za tydzień – uściślił Tahir.
– Gdzie?
– W Łodzi.
– Niedaleko, ale masz tam gdzie się zatrzymać?
– Będę codziennie dojeżdżał. Przecież to niecałe dwie godziny.
– Ale ty nigdy z Warszawy nie wyjeżdżałeś?!
Z każdą chwilą popadała w ton zmartwionej, czego obaj nie rozumieliśmy, aż w końcu do śmiechu nas to przywiodło.
– Ciociu – usiłował uspokoić ją Tahir – nie panikuj. Dam sobie radę.
– Jedziesz z nim? – zwróciła się do mnie, niemal z błaganiem w oczach.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo jest dużym chłopcem.
W ostatniej chwili udało mi się powstrzymać język przed powiedzeniem, że skoro jest na tyle dorosły, by móc się pieprzyć z innymi facetem, siebie mając na uwadze, to musi być równie dojrzałym do samodzielnego poruszania się po świecie. Tym bardziej że akurat ten ŚWIAT, Łódź, znajduje się na odległość splunięcia.
Ostatecznie tylko serdeczny uśmiech jej posłałem.
– Ale…
Zamierzała dalej snuć swe wątpliwości albo może zwyczajnie mnie zbesztać – choć to w jej wykonaniu wydawało mi się mało prawdopodobne, nie była z takich – na szczęście z ratunkiem werbalnym w porę wkroczył Tahir.
– Ciociu – podjął uspokajanie dyszkantem – gdybym potrzebował na czas egzaminu niani, to w pierwszej kolejności zwróciłbym się do ciebie.
Po czym delikatnie pogładził wierzch jej dłoni, uśmiech tym samym wywołując na jej twarzy.
– Mimo to…
– A poza tym – przerwał jej ponownie – gdybym się czegoś obawiał albo czuł, że nie dam rady, to ostatecznie poprosiłbym Sabira.
– Dlaczego ostatecznie?
– Dlatego – był stanowczy, czym nawet mnie w tym momencie wprawił w zaskoczenie – że jako dorosły strasznie głupio bym się czuł w towarzystwie opiekuna. Jak jakiś niemota albo inna niedoróbka. Ciociu – zapalał się coraz bardziej – filmowiec musi mieć ikrę albo, jak to się mawia, jaja na karku, rozumiesz?
Chyba nie bardzo docierały do jej świadomości słowa Pajączka, ale na wszelki wypadek, z niedomkniętymi z wrażenia ustami, potakująco kiwnęła kilkakrotnie głową. Szczerze powiedziawszy i mnie ostatnim wypowiedzianym zdaniem wprawił w osłupienie. Bo, o ile o żartobliwym stwierdzeniu posiadania jaj słyszałem wielokrotnie, przez różnych w różnorakich sytuacjach wypowiadane, to o posiadaniu ich na karku usłyszałem po raz pierwszy. Nie chciałem wątku drążyć przy Irence, ale myśl umieściłem w głowie w takim miejscu, skąd przy nadarzającej się sposobności będę mógł bez trudu ją wydobyć i podroczyć się z ukochanym.
Kolejną godzinę w lokalu cioci Irenki – łapałem się na tym, że z coraz większą łatwością przychodziło mi używanie zwrotu „ciocia” w stosunku do niej – spędziliśmy na wpychaniu w siebie wszystkiego, co pracująca u niej kelnerka naznosiła na nasz stolik. A więc drożdżówkę z malinami, tartę wieloowocową, na dokładkę jeszcze lody o smaku czekoladowym, z dużą ilością owoców i adwokata. Popiwszy to wszystko podwójnymi porcjami kawy cappuccino, z trudem byliśmy w stanie podnieść tyłki z fotelików i ruszyć na przystanek tramwajowy.
– Nie chcę wyjść na marudę – zagadałem do Tahira po drodze, zasapany i dyszący niczym stara lokomotywa, a moje zmęczenie dodatkowo wzmagał lejący się z nieba żar – ale tak się przeżarłem, że chyba się ten teges w gacie.
– Nie psuj klimatu – zganił mnie żartobliwie Tahir.
– Ale taka jest prawda.
– W takim razie spadaj w krzaki – oznajmił Tahir, kuksańcem spychając mnie z chodnika – a ja wracam spokojnie do siebie.
Ostatecznie wróciliśmy obaj w to samo miejsce, czyli do mnie.
Rozdział piąty
Prawie siłą musiałem wypchnąć Tahira na imprezę, jaką jedna z jego kumpelek urządzała w swoim domu na Ursynowie w ramach zakończenia maturalnego maratonu. Tahir, jak kilkakrotnie nadmieniał, proponował jej, żeby zrobić takie spotkanie po ogłoszeniu wyników, ale podobno większość chciała jeszcze przed, bo przynajmniej będzie wesoło. Bawić się będą nawet ci, którzy za dwa tygodnie dowiedzą się, że oblali. Trudno nie przyznać im racji. Wyobrażam sobie nastroje na takiej imprezie, kiedy jedni szaleją ze szczęścia, a innych ogarnia czarna rozpacz, potęgowana coraz większymi dawkami wlewanych w siebie trunków wspomaganych innymi używkami. Tahir nie chciał iść – choć lubił ludzi ze swego roku – bo, jak argumentował, nie przepadał za alkoholami i tym wszystkim, czym się na takich imprezach częstują i do czego nawzajem się namawiają. Nie lubił, ale też nie chciał wyjść w oczach rówieśników na odstającego.
– Ostatecznie – przekonywałem – bez względu na siłę nacisków, nie musisz ani pić, ani ćpać czy przypalać. Pogadają, porechoczą, a jak już się solidnie ujebią, to całkiem o tobie zapomną i będziesz się tylko z politowaniem przyglądał, jak robią z siebie debili.
– Skąd wiesz takie rzeczy? – zdziwił się.
– Bo wiele razy bywałem na takich imprezach.
– I nie piłeś?
– Tylko piwo.
– A cała reszta?
– Brałem, ale tylko markowałem jaranie, no i potem miałem jasny ogląd sytuacji.
W pewnym sensie rozumiałem jego obawy.
Nigdy przecież nie uczestniczył w takich imprezach, bo kiedy jego rówieśnicy zaczynali się bawić albo nieźle sobie w takich przedsięwzięciach radzili, on zasuwał rowerem po dzielnicach miasta i rozwoził wiecznie głodnym przedstawicielom klasy średniej – i nie tylko – egzotyczne żarcie. Złapałem się na tym, że ostatnimi czasy coraz częściej zastanawiałem się nad Tahirem, jego przeszłością, niełatwej koegzystencji z bratem przesiąkniętym jemeńską, po części muzułmańską tradycją, a w zasadzie jej surowością, wymyśloną przez wariatów po swojemu Koran interpretujących, bo nie Mahometa. Przynajmniej z mojego punktu widzenia i, jak przypuszczałem, z punktu widzenia wielu mnie podobnych, uważających się za nowoczesnych Europejczyków. Coraz częściej łapałem się na myśli, iż pod wieloma względami Tahir i jego brat również mi imponowali. Zwłaszcza Tahir. Nie jestem bowiem pewien, czy byłbym w stanie dla realizacji swych planów poświęcić tyle pięknych chwil z młodości, ile on poświęcił? Jak siebie znam, pewnie nie. Bo jeśli nawet nastąpiłby u mnie moment postanowienia, choćby nawet solennego, to po jakimś czasie pewnie by mi przeszło. Wystarczyłby jeden kuszący impuls do dobrej zabawy, a przyrzeczenia trafiłby szlag. Nawet potrafiłem sobie wytłumaczyć, dlaczego tak by się stało. Przede wszystkim z powodu wychowania wręcz w cieplarnianych warunkach, z czego coraz wyraźniej zdawałem sobie sprawę, będąc od jakiegoś czasu na własnym utrzymaniu. Zatem chociażby z tytułu wczesnego wybicia się na samodzielność Tahir mi imponował.
Kiedy wreszcie udał się na imprezę, ogarnęła mnie faza rozmyślania o kondycji naszego związku, a w zasadzie przeprowadziłem analizę. O ile od strony radości z seksu wszystko wydawało się być na poziomie satysfakcjonującym, a nawet wyższym, o tyle po dzisiejszym wyprawianiu go na spotkanie z koleżankami i kolegami po raz pierwszy naszło mnie skojarzenie z rutyną. Głównie za sprawą przygotowań do wyjścia. Bo, pierwsze co zrobiłem, to przypomniałem mu, że musi wziąć prysznic i założyć świeżą bieliznę. Obruszył się nieco, przypominając, że nie jest małym dzieckiem, jakbym tego jeszcze nie zauważył, a dorosłym facetem, który choćby dlatego za takiego ma prawo się uważać, bo koncertowo umie zrobić laskę takiemu frajerowi jak ja. Gdy to powiedział, to od razu przypomniały mi się chwile obserwacji moich rodziców przed wyjściami dokądkolwiek i do kogokolwiek. Za każdym razem mama wybierała koszulę, wcześniej ją prasując, decydowała o garniturze bądź mniej zobowiązującym stroju, a nawet dobierała zapach dezodorantu. Niby się buntował, ale jakoś tak bez przekonania. Zatem kiedy Tahir wyszedł spod prysznica, bezceremonialnie kusząc moje zmysły swą nagością, nie mogłem powstrzymać się od zasugerowania mu, jak powinien się na taką imprezę ubrać. I wtedy podniósł mi nieco ciśnienie, oskarżając, że zachowuję się niczym rasowa żona i już z trwogą wyobraża sobie, co będzie za dziesięć lat. Gdy tylko to powiedział, moja wyobraźnia przyspieszyła, by po chwili zatrzymać się w naszym świecie za dziesięć lat. Zaś to, co pojawiło się w postaci wydumanego obrazu z udziałem nas obu, przeraziło mnie do tego stopnia, że aż musiałem przymknąć oczy i z trudem przełknąć ślinę. Na szczęście Tahir tego nie spostrzegł, zajęty dobieraniem ciuchów i skrapianiem ciała wszystkimi pachnidłami dostępnymi w mojej łazience, kupowanymi na zasadzie totalnego przypadku.
Kiedy więc wreszcie poszedł, niemal przez cały wieczór zastanawiałem się, co zrobić, by w naszej relacji, w obszar tego, co między nami, miłości największej – bo tego akurat byłem pewien – nie wdarła się stęchlizna rutyny. Bo jak obserwowałem przez miniony rok wszystkie znane mi związki bliższych i dalszych krewnych – aczkolwiek rzadko się z nimi spotykałem – to w każdym przypadku dominował pewien schemat, na tkwienie w którym obie strony się zgadzały, nie zastanawiając się nad powodami. Czasami odnosiłem wrażenie, że bezmyślnie. Jakby po trosze dla tak zwanego świętego spokoju. Im dłużej o tym myślałem, tym większe przerażenie dopadało mnie na samą myśl, że nas – Tahira i mnie – mogłoby również coś podobnego spotkać. Toteż czym prędzej zacząłem obmyślać plan na życie wolne od rutyny, co okazało się zadaniem niemal karkołomnym, aż w końcu doszedłem do wniosku, że łatwo pomyśleć, pewnie powiedzieć także, ale skoro generowanie pomysłów okazuje się w tej materii czynnością ryzykowną, to co dopiero mówić o realu? Żeby więc zanadto głowy nie zaśmiecać myślami mogącymi zaprowadzić donikąd, postanowiłem dać temu spokój. Uznając, że najlepszym sposobem na uniknięcie próżnego rozmyślania będzie wypicie kilku chłodnych piw. Tym bardziej że zanosiło się na gorący wieczór i wyjątkowo parną noc. A życie – jak niejeden raz słyszałem od seniorów w mojej rodzinie – i tak napisze najwłaściwszy dla każdego z nas scenariusz. Tego jednak nie zamierzałem powtarzać Tahirowi, głównie z obawy przed wyśmianiem. Bo co jak co, ale przesądny nie był. W początkach naszej znajomości trochę mnie to dziwiło, bo wydawało mi się – skutek wychowywania, mimo wszystko, w stereotypach, aczkolwiek starałem się jak mogłem, by się przed nimi bronić – że ludzie z innych kontynentów, szczególnie z Afryki, Azji, w tym z Bliskiego Wschodu, cali jakby utkani są ze stereotypów i w ich okowach tkwią, bez nich nie potrafią się poruszać w świecie, i przez pryzmat owych stereotypów są odbierani. Związek z Tahirem zdecydowanie odmienił moje postrzeganie ludzi wywodzących się z innych kultur, odległych kontynentów.
Choć wiedziałem, że Tahir po imprezie miał przenocować u Sabira, to mimo wszystko jakiś nieczytelny impuls we mnie kazał mi sterczeć w oknie i z niepojętą – płonną – nadzieją wypatrywać jego powrotu na Kickiego. O ile jeszcze niedawno nie byłem w stanie nazwać takiego zachowania, to w tym momencie nie miałem wątpliwości co do tego, że tak właśnie musiała smakować tęsknota. Zresztą, nigdy wcześniej nie sądziłem, że dotrę do takiego stanu w uczuciach, by za kimś tęsknić. Tym bardziej że nie dopadło mnie to uczucie w odniesieniu do rodziców, chociaż mama przestrzegała, że coś takiego może mnie dopaść, gdy zbyt długo nie będę jej widywał, czuł jej obecności, nawet bliskości, chociaż nie bardzo wiedziałem, co w tym momencie miała na myśli. Na szczęście dla mnie, dla niej może niekoniecznie, takie uczucie w odniesieniu do nich – bo ojca nie wyłączałem – mnie nie dopadło. Owszem, kilka razy zdarzyło się, że w myślach powtarzałem sobie jakieś słowa o potrzebie ich obecności, ale zdarzało się to przede wszystkim wtedy, gdy nieoczekiwanie kończyła się kasa, Tahir wszystko oddawał Sabirowi, a mnie nie wypadało ruszać z prośbą do rodziców. Głównie dlatego, by nie usłyszeć tyrady o nieumiejętności gospodarowania tym, co się posiada – ojciec czasami uwielbiał operować tego rodzaju wykładami, tak zwanymi życiowymi mądrościami – bo w końcu to ja sam wyrywałem się na dorosłość z wielkim przekonaniem, że będzie to raj dostatku, beztroski i bezkresnej wolności.
Z tego roztkliwiania się nad meandrami losu człowieka, który ruszył na podbój świata i smakowania wolności, nieoczekiwanie wyrwało mnie ciche skrobanie do drzwi.
Tak robiła tylko Mia.
Zdziwiłem się, bo od jakiegoś czasu – to znaczy od chwili, gdy Tahir coraz częściej pomieszkiwał ze mną, a co działo się, gdy jego brat miał nocne dyżury w szpitalu – coraz rzadziej do mnie, do nas, zaglądała. Chwilami odnosiłem wrażenie, że trochę krępował ją związek dwóch chłopaków.
Czasami moje myśli szybowały w tej kwestii jeszcze wyżej i odważniej. Podejrzewałem, że ograniczyła częstotliwość bywania w moim lokum ze względu na Tahira, a to dlatego, że być może podkochiwała się w nim?
Miałem ku takim podejrzeniom pewne podstawy, bowiem kilkakrotnie zwróciła uwagę na jego urodę, za każdym razem popadając w zachwyt.
Chłodziłem zaraz inną myślą tego rodzaju podejrzenia, bo gdyby istotnie się w Tahirze kochała, to nie czekałaby z takim utęsknieniem w każdy piątek na przyjazd swojego chłopaka. W końcu dotarłem ze swymi myślami na temat zachowania Mii do takiego punktu, iż zacząłem podejrzewać ją – mimo okazywanej wszem i wobec otwartości i tolerancyjności – że jest ukrytą homofobką, czego nie okazuje, by jako pozująca na wyzwoloną nie być postrzeganą jako, mimo wszystko, konserwatywna bądź skrajnie prawicowa.
Wszystkie głupie i najgłupsze myśli dotyczące Mii minęły, gdy otworzyłem drzwi i ujrzałem w nich roześmianą gębę sąsiadki, trzymającej w jednej ręce butelkę wina, w drugiej puste kieliszki, a właściwie szklanki udające kryształowe, bo niemal identyczne znajdowały się na wyposażeniu mojego mieszkania. Od razu przemknęło mi przez głowę, co by się stało – jak Anastazja darłaby japę! – gdyby któreś z tych cudów epoki gierkowskiej uległo stłuczeniu?! Pewnie do śmierci sprawcę ciągałaby po sądach, żądając horrendalnych sum tytułem odszkodowania adekwatnego do powetowania strat sentymentalnych.
Tymczasem Mia bez powitania wkroczyła do pokoju, postawiła szklanki na stole, między nimi otwartą już butelkę i bez ceregieli oznajmiła:
– Sorry, że tak bez zaproszenia, prawie na chama, no i po cholernie długim czasie, ale musimy poważnie pogadać.
Usiadła okrakiem na krześle, opierając łokcie o oparcie mebla.
– Ja nie mogę, stało się coś? – Starałem się brzmieć na zaskoczonego, może nawet przerażonego.
– Jeszcze nie, ale może się stać.
Cały czas zachowywała się z dużą dozą pewności siebie. Do tego stopnia, że zaczęło to wzbudzać moją podejrzliwość względem drzemiących w niej intencji, a lawina chaotycznych myśli tylko to uczucie potęgowała.
– Mam się bać? – podjąłem. – Obawiać czegoś?
Odruchowo rozejrzała się po mieszkaniu.
– Jesteś dziś sam?
– Jak widzisz.
– Gdzie twój chłoptaś?
Pewnie chciała zabrzmieć żartobliwie, ale tylko podniosła mi tym „chłoptasiem” ciśnienie. Z trudem powstrzymałem wybuch irytacji.
– Tahir – celowo podkreśliłem brzmienie imienia chłopaka – jest dzisiaj na imprezie swojego rocznika.
– Z powodu?
– Zakończenia maratonu maturalnego.
Nieco się zdziwiła, robiąc pełną zaskoczenia minę. Jakby chciała dać do zrozumienia, że chyba coś mi się pokręciło.
– Jeszcze chyba nie ma wyników? – Wciąż nie wychodziła z fazy zdziwienia.
– Właśnie dlatego ta impreza. Chcą się po prostu dobrze bawić.
– Każdy chyba jest w stanie określić, czy zdał, czy nie?
– Możliwe, ale mimo to każdy karmi się nadzieją. Nawet – usiłowałem coś jej uzmysłowić – kiedy ten ktoś wie, a nawet ma pewność, że nie za bardzo poszedł mu ten egzamin. Ale – za wszelką cenę dążyłem do zmiany tematu, niespecjalnie przy tym mając ochotę na wino – chyba nie o maturze Tahira chciałaś ze mną pogadać.
Po tym spostrzeżeniu, jakby przypomnieniu celu wizyty, wyraźnie się ożywiła.
– Racja.
– To w czym rzecz?
– Polej – powiedziała, a zabrzmiało to jak polecenie.
Bulgotanie lejącego się do szklanek wina wypełniło na moment zaległą w pomieszczeniu ciszę.
– Wypijmy za… – zatrzymała się nagle na chwilę – powiedzmy… za wszystko.
– Brzmisz jakoś tak jak nie ty – zauważyłem.
– Bo nie wiem, od czego zacząć – wypaliła, po czym stuknęliśmy się szklankami i upiliśmy po kilka łyków.
– Zacznij bez wstępów.
Ciężko westchnęła, odstawiła szklankę na stół i wciąż spętana niepewnością, uderzyła dłońmi o kolana.
– No dobra – odważyła się wreszcie, a mnie przez czas oczekiwania zżerała coraz większa niepewność, dziwny strach, jakby niepokój nie wiadomo z jakiego powodu. – Chodzi mi o mieszkanie.
Zbaraniałem.
– Jakie mieszkanie?
– O to mieszkanie – stwierdziła, omiatając wzrokiem wynajmowane przeze mnie.
– Nie bardzo rozumiem?
Rzeczywiście nie rozumiałem, z jakiego powodu pytała mnie o mieszkanie wynajmowane od pani Anastazji?
– Chodzi mi o to – widziałem, jak wykręcała palce u rąk, stremowana albo niepewna tego, co ode mnie może usłyszeć, co nadal kazało mi tkwić w poczuciu podejrzliwości względem jej intencji – czy zamierzasz nadal wynajmować to mieszkanie – wydusiła wreszcie z siebie.
– Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem – bo rzeczywiście ostatnio nie miałem głowy do takich spraw – ale czemu o to pytasz?
Szczerze powiedziawszy, zaskoczyła mnie tym pytaniem. Od razu przyszło mi do głowy, że może mieć w związku z tym jakieś plany.
– Bo mam taki pomysł – podjęła nieśmiało.
Zatem było tak, jak kalkulowałem.
– To znaczy?
– Nie bardzo wiem, od czego zacząć – wiła się, a było to całkiem do niej niepodobne, bo zazwyczaj nie gryzła się w język i waliła prawdą między oczy w momencie, kiedy rozmówca najmniej się tego spodziewał. Osobiście tego doświadczyłem, gdy stwierdziła, że lecę na Tahira, co było prawdą, ale specyficznie przez Mię zakomunikowane, wbijało niemal w podłogę.
– Ty tak serio? – nabijałem się.
– Żebyś wiedział.
– To znaczy, że sprawa jest poważna?
– Poważniejsza, powiedziałabym, niż przed przyjściem z tym do ciebie mnie samej się wydawało.
– W takim razie miejmy to już za sobą.
Z ulgą wypuściła powietrze z ust.
– To tak – zaczęła. – Tak się składa, że moja najlepsza kumpela z podstawówki od września zaczyna studia magisterskie w stolicy i byłaby zainteresowana wynajęciem tego mieszkania.
– Nie rozumiem.
– Czego?
– Dlaczego akurat tego?
– Żeby być blisko mnie.
– A twój chłopak?
– Co on ma do tego? A poza tym – na chwilę zawiesiła głos – od trzech dni nie jest już moim chłopakiem.
– A ta kumpela?
Przez chwilę pomyślałem, że Mia uświadomiła sobie swoją nieheteronormatywność, jak tu i ówdzie różni pozujący na uczonych określają, stąd potrzeba bliskości z nieznaną mi kumpelą.
– Co masz na myśli? Kumpela to kumpela – wyjaśniała po swojemu, luzacko – tyle tylko, że najlepsza.
– Czujesz coś do niej?
Z wrażenia otworzyła szeroko usta i nie miałem już wątpliwości, że dech jej zaparło moje pytanie, przez co na jakiś czas zapomniała strzelać słowami tytułem riposty.
– Pogrzało cię?! – oburzyła się. – Wydaje ci się, że jak ty spiknąłeś się z Tahirem, czy też wyrwałeś go na Centralnym, czy on ciebie, jeden chuj, to wszyscy tak mają? Że jak ja chcę być blisko kumpeli, to od razu lesba? Weź się wal.
Nie bardzo pojmowałem, z jakiego powodu wpadła w irytację.
– Przepraszam, tak tylko spytałem. – Wykorzystując przy okazji jej irytację, postanowiłem ruszyć w stronę zmiany tematu rozmowy. – Dlaczego rozstałaś się z chłopakiem?
Ponownie ciężko westchnęła. Czułem, że mimo wszystko pragnęła wygadać się w temacie, wyrzucić z siebie wrażenia na temat byłego, lecz to charakterystyczne westchnienie sugerowało – przynajmniej dla mnie – iż nie bardzo wie, od czego relację zacząć powinna.
– Za dużo kwasu narobił – rzuciła niewiele znaczącym stwierdzeniem.
– Czyli nie chcesz o tym gadać?
Celowo zapytałem, czując, że tak postawione pytanie, z odpowiednią intonacją, udającą ciekawość połączoną ze zrozumieniem delikatności tematu, może skłonić ją do wylewności. Nie pomyliłem się.
– Raczej zastanawiam się, czy chcesz tego słuchać?
Po tych słowach już nie miałem wątpliwości, co do chęci wylania przez Mię beczki żalu na byłego.
– Dawaj – odpaliłem.
Jak tylko poprawiła usadowienie się na krześle i poprosiła o dolewkę wina, byłem pewien, że zanosiło się na długą opowieść, może nawet powieść o tym, jacy to podli potrafią być faceci i co zrobić, by to zmienić, konkretnie, jak wychować takiego kutasa według schematu zgodnego ze swoimi oczekiwaniami.
Przyznać muszę, że nigdy tej potrzeby u ludzi nie rozumiałem i wkurzało mnie strasznie, kiedy mama albo ojciec – na przemian – próbowali tych sztuczek ze sobą.
Matka chciała, by ojciec był typem z jej wyobrażeń w kwestii bycia mężem, on z kolei, by ona była taka, jaką były jego matka i babka, ale gdy z kolei za długo siedziała w domu, nie chciała z nim iść do jego towarzystwa, wtedy w nerwach wytykał jej zapuszczenie się, nienowoczesność, wręcz zacofanie, a zdarzało się, iż w zapomnieniu od kur domowych nawtykać potrafił. Za co raz zarobił od niej w pysk i rozpętało się piekiełko domowe, aż musiałem udać się na spacer z psem, by nie słuchać i nie być świadkiem. Bałem się tylko, wracając, czy przypadkiem nie zastanę któregoś z nich w charakterze trupa, przewidywałem słabszą fizycznie mamę, ale nie. Gdy wróciłem, niepewny i ze wstrzymanym oddechem, migdalili się jak małolaty, w łazience z niedomkniętymi drzwiami, a więc byli już w fazie godzenia się po dopiero co skończonej nawalance słownej. Tymczasem Mia sposobiła się do swojej relacji. Chrząknęła.
– Kurwa, nie wiem właściwie, co mam o nim powiedzieć?
– Zimą bez przerwy nawijałaś, że koleś jest w porządku i może nawet…
Przerwała mi.
– Racja, miałam taką fazę. Wszystko przez to, że akurat moja kuzynka się chajtała i była tym tak podjarana – powoli się rozkręcała – że jak na nią patrzyłam, a potem jeszcze posłuchałam, jaki ten jej Jaruś jest czarujący i słodziutki w łóżku, to pomyślałam, czemu, kurwa, tylko ona ma mieć tak słodko? Może też powinnam się zdecydować. Bo co to za różnica, czy dyma cię ukochany jako partner, czy ten sam … – na chwilę wzięła na wstrzymanie, co już samo z siebie sugerowało, że coś się w jej życiu spieprzyło – ukochany – podkreśliła, chyba celowo – będący już mężem.
– Niby racja.
– Niby?
– Niby, bo jaka to różnica?
– Też myślałam, że żadna, ale chyba nie do końca tak jest.
– To co się zdarzyło, że jednak nie jesteś z nim jako żona?
Z dziwnym uśmiechem popatrzyła na mnie, upiła dwa łyki wina.
– Jednak cholernie długo nie gadaliśmy.
– Zgadza się.
– Powiem wprost, okazał się zwyczajnym chujkiem.
– A był taki słodki.
– Podobał ci się?! – zdziwiła się, co odczytałem, że oto pomyślała, jakobym na niego leciał.
– Nie, ale sama mi jesienią o tym powiedziałaś. Pamiętam, bo akurat spiknęliśmy się z Tahirem na dobre.
– Widocznie wtedy jeszcze byłam zaślepiona. I głupia – dodała po namyśle.
– Co się zatem stało w ostatnich dniach?
– Raczej tygodniach, a właściwie miesiącach.
Nagle uzmysłowiłem sobie, że rzeczywiście w ostatnich tygodniach – może nawet miesiącach – nasze kontakty ograniczały się do mijanek na schodach – z pracy bądź do albo gdy biegła na uczelnię – kończące się zdawkowym „cześć”. Nawet na „co słychać” i „jak leci” czasu nie było. Ot, konstatowałem na gorąco, zawstydzenie odpędzić próbując, głupie życie i ta chęć pędzenia nie wiadomo dokąd i po co tak bezmyślnie? Ale nie chciałem zawracać jej głowy swoimi analizami stanu relacji między ludźmi, w tym przypadku między nami, sąsiadami.
– Właśnie od tego cholernego wesela kuzynki zaczęło się między nami powoli sypać – zaczęła.
– Wykręcił jakiś numer?
– Żeby tylko jeden.
– Na weselu?
– Przyłapałam go, jak nie bronił się przed podrywem takiej jednej laski.
– Znajomej?
– Skąd – prawie prychnęła. – To była jakaś kumpela pana młodego. Z jego firmy.
– Z firmy? – zdziwiłem się. – Co tam robiła?
– Była w delegacji.
– Co to takiego?
– Jakby ci to wytłumaczyć – zastanawiała się przez chwilę. – To jest tak. Wyobraź sobie, że się żenisz i twoi kumple czy kumpele z firmy, dowiadują się od tym, na przykład od ciebie. No i jak już nadchodzi ten dzień, dzień wesela – starała się być precyzyjna – to skrzykują się albo wyznaczają spośród siebie dwie, trzy osoby, które pójdą z prezentem w charakterze reprezentacji zakładu pracy. Ona właśnie znalazła się w takiej delegacji. Same laski z tej jego firmy przyszły.
– A twój… no wiesz – nie miałem odwagi dokończyć, bo nie chciałem nazywać go od tej chwili jej chłopakiem, a inne określenie nie przychodziło mi akurat do głowy.
– Dupek? – Zaskoczyła mnie odpowiedzią albo raczej jej obcesowością.
– Niech będzie.
– Żadne niech będzie – irytowała się nieco na pokaz – tylko po prostu dupek i koniec.
– Coś konkretnego się wtedy wydarzyło?
– Jak byś nazwał coś, co ewidentnie wyglądało na mizianie po podbródku?
– Nie wiem.
– Nie wiem – przedrzeźniała. – Na pewno zacisnąłbyś pięści i zdzielił kolesia w mordę.
– Zdzieliłaś ją w mordę?
– Nie, ale powinnam.
– Więc co zrobiłaś?
– Opierdoliłam jego.
– A laska?
– Tylko wzruszyła ramionami i mruknęła coś pod nosem, chyba jakieś, a zabieraj go sobie.
– Co on na to?
Zanim odparła, wpierw znacząco pokiwała głową.
– Tu zaczyna się problem. Nic nie zrobił. Sterczał jak palant i sprawiał wrażenie, że jest kimś ważnym, bo jakaś laska podrapała go po podbródku, aż mu się morda cieszyła.
– Może znalazł się w sytuacji bez wyjścia? – Nie wiem dlaczego, ale nagle zachciało mi się wziąć go w obronę.
– To nie była taka sytuacja. Wystarczyło, że chwyciłby ją za rękę i powiedział, daj sobie spokój, bo inna mnie kręci albo że inną, czyli mnie, kocha. Tymczasem nie mówił nic, głupkowato się uśmiechał i jestem pewna, że tylko czekał, aż suka złapie go za fiuta i zaproponuje obciąganko.
– Ja nie mogę – zacząłem się mimowolnie śmiać. – Ty normalnie byłaś zazdrosna!
– A ty byś nie był? – zdziwiła się.
Tym samym dała mi do myślenia.
– Nie wiem. Nigdy nie znajdowałem się w podobnej sytuacji.
– A z tym chłoptasiem, za którym podobno szalałeś, a okazało się, że jakaś inna dupcia po niego przychodzi przed szkołę…
Przerwałem jej, wspomagając się chaotycznym gestem ręki.
– Ale to było w podstawówce!
– Wszystko jedno. Zdrada zawsze wygląda tak samo z perspektywy osoby kochającej.
Akurat z tym musiałem się z nią zgodzić.
– Z powodu tego jednego wybryku, czy, nie wiem, jak to inaczej nazwać – starałem się jej coś uzmysłowić – chwili zapomnienia się, postanowiłaś spuścić go w kiblu?
– Nie tylko.
– To co?
– Gdyby to było tylko to, co przypadkiem ujrzałam na weselu, gdy wyszłam z dusznej sali, by odetchnąć świeżym i chłodnym powietrzem, to nie byłoby problemu. Po prostu bym go opierdoliła i po krzyku.
– Ale…?
– Dopiero potem zrobiło się arcyciekawie.
– Opowiesz?
