Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
POŻARLI NAWET JEZUSA to historia trudna, brudna i bezlitosna.
Wielokrotnie słyszymy, że nikt nie rodzi się zły, a tylko okoliczności mogą spowodować, że takim się staje. O tym po trosze jest ta opowieść. O młodych ludziach, którym zdarzy się popełnić kilka głupstw i rusza lawina…szukania winnych, oskarżeń, nienawiści, bezrefleksyjnego epatowania głupotą – która tu akurat zdaje się błyszczeć, bo jest słyszalna, medialna, więc dobrze się sprzedaje – wreszcie wywlekanie skrywanej, niechlubnej przeszłości.
O młodzieży mówi się też, że kto, jeśli nie oni właśnie, mają prawo do popełniania głupstw. Owszem, mówi się. ale niech no tylko głupstwo popełnią, z miejsca zostają pożarci przez obwarowaną procedurami rzeczywistość, niczym symboliczny, tytułowy Jezus. Tu nie ma miejsca na pochylenie się nad dramatem.
Ta opowieść jest niczym lustro, w którym przejrzeć się może każdy. Szczególnie my wszyscy „niewinni”, którzy takim młodym, jak ci z powieści, „dopomogli” stać się takimi, jakimi ich tu widzimy.
Smutne, do refleksji, bez szans na szczęśliwe zakończenie, bo recepty na to nikt w tej historii nie daje. Chociaż…? Podobno gdy się nic nie zmienia (…) ostatnia umiera nadzieja, jak piszą i śpiewają Sanah z Dawidem Podsiadło.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 241
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Stach Szulist
POŻARLI NAWET JEZUSA
2026
Takiego cudu w parafii jeszcze nie widziano. Proboszcz legł krzyżem na marmurowej posadzce, którą sprowadzić kazał z samego Mediolanu za pośrednictwem siostry Angeliki – niepodobnej do tej z serialu, gdzie piękność o takim samym imieniu porwali piraci, a potem zachwycał się nią bliskowschodni sułtan – gdy tylko objął władanie w parafii. Stamtąd, bo tam siostra architektka się spełniała, a on poznał ją nie przypadkiem, a za sprawą wielkich pieniędzy, jakie od szemranych biznesmenów otrzymywał na odrestaurowanie kościoła. Jednak gdy tak leżał na zimnej posadzce, nikt z obecnych w kościele nie myślał o ciągnącym od niej chłodzie, tym bardziej o cenie. Najważniejsze, że można było ukradkiem wyjmować komórki i pstrykać zdjęcia, których większość jeszcze tego samego wieczoru trafiła na prywatne konta w mediach społecznościowych. Przewidywano wszakże, że coś się musi w wykonaniu proboszcza zdarzyć, bo takiego haniebnego zdarzenia nie notowano w parafii od lat. Nawet najstarsi nie przypominali sobie. Chyba, jak przypadkiem szepnęła do ucha jedna staruszka drugiej, z ubytkiem słuchu w stopniu znacznym, że wspomnieć to, co swego czasu, chyba ze trzydzieści lat temu, zrobił przed pasterką organista, pijanym będąc i zamiast o północy zawołać wraz z organami Bóg się rodzi, zaczął z kompanią od kieliszka od Międzynarodówki, którą zawsze po pijanemu śpiewali, gdyż czuli się przez władzę ludową ciemiężeni.
Proboszcz January Chudy zachęcał wiernych do pójścia w jego ślady już podczas mszy jego zalegnięcie poprzedzającej, lecz gdy tylko ułożył sporych gabarytów korpus na posadzce, chętni do naśladowania nagle znikli. Część obecnych, nie wiadomo z jakich pobudek, cichaczem wyszła, nie zdążywszy w tym pośpiechu nawet koniuszków palców w wodzie święconej zamoczyć, inni udawali, że nie bardzo zrozumieli intencję proboszcza, byli również tacy, według których te parę stłuczonych szkiełek i zjedzonych opłatków – bo może głód ich naszedł?, zażartował po swojemu jeden z wychodzących mężczyzn, który zaciągnięty został do świątyni na tę mszę tylko dlatego, że była w intencji jej świętej pamięci mamusi, więc nie wypadało nie iść na modły w intencji świętego spokoju duszy nieboszczki – Panu Bogu, tym bardziej Jezusowi w niczym nie umniejsza, a więc i nie przeszkadza. Tylko dwie staruszki asystowały proboszczowi w pokutowaniu, lecz nie na leżąco, gdyż nie były w stanie, jednej doskwierał reumatyzm, drugiej nadwaga i gazy. Wszystko, co w tej sytuacji mogły, to klęczeć po jego lewicy i prawicy, szeptać coś pod nosem, byle szeptać, rozmodlenie udając i jedyne, o czym myślały, czym się zamartwiały, to zdrowie proboszcza. Obawiały się, że jak tak będzie leżał, to krzywd wyrządzonych w kościele tym leżeniem swoim nie naprawi, a jedyne, co zyskać może, to choróbsko. Szeptem więc ostrzegły go, że wilka z tego dostać może, a nawet półpaśca, a to jest podobno gorsze od śmierci, choć żadna podobnego doświadczenia nie miała.
Rozczarowanie wielkie Januarego dopadło, gdy uzmysłowił sobie, gdzie parafianie mieli pokutowanie i modlenie się za świętokradców i wszystko inne, co mu się w głowie kłębiło, a wyartykułować nie potrafił. Wprawdzie on też nie dalej i głębiej je miał, ale musiał chociaż pokazać nielicznym odwiedzającym świątynię w środku tygodnia – co w kategoriach cudu rozpatrywać należało - że zbezczeszczenie wnętrza tego miejsca, a szczególnie nasikanie na fotel, na którym siadał w przerwach podczas liturgii mszalnych, nie jest czymś, co można puścić w niepamięć. Ale gdy tak leżał ponad pół godziny, zimno ciągnące od posadzki na brzuchu odczuwając, a i oddech powoli tracąc, doszedł do wniosku, że inaczej trzeba sumienia i serca parafian poruszyć, skoro prośba o pokutowanie za grzechy nasze i całego świata z oczekiwanym odzewem się nie spotkała. Gdy więc doszedł do wspomnianej konkluzji, zaczął błagać Pana, by natchnął klęczące po jego bokach staruszki myślą o jak najrychlejszym udaniu się do swoich domów. Kilkakrotnie zamykał na dłużej oczy. Za każdym razem z nadzieją, że gdy je otworzy, kobiet nie będzie. Ale za każdym razem były. Kiedy więc trwały obok po piątym otwarciu oczu, wciąż rozszeptane w nieczytelnej dla jego uszu modlitwie, uznał, że Pan, któremu swe życie powierzył cztery dekady wcześniej w słowach przysięgi składanej podczas święceń, chyba przestał go zauważać, słyszeć i – co najgorsze – kochać. Bo gdyby lubił go choć trochę, to sprawiłby swą mocą, że starowinki by odeszły, on jeszcze trochę poleżał, a następnego dnia mógłby spokojnie zakomunikować parafianom, iż odbył całodobową pokutę za wielki grzech kilkorga młodych, nieroztropnych i przy tym głupich, więc od tej pory wszystko w rękach Boga, który ludzkimi umysłami tak powinien pokierować, by zło, jakie się w parafii dokonało, w jego świątyni, ich miejscu modlitwy, zostało należycie ukarane, zaś oni sami uznali potrzebę takiego ukarania za nieodzowną.
Weszli, bo drzwi były otwarte, choć powinny być zamknięte. Czasem były otwarte do nocy, żeby pragnący kontaktu z Bogiem mieli łatwy dostęp, jakby Boga można było spotkać tylko tutaj. Przed ich pojawieniem się były zamknięte. Ale Mietal dorobił klucz. Nie miał smykałki do nauki, bo według niego do niczego nie była mu potrzebna, taki wrzód na tyłku rzeczywistości, która i bez nauki może być barwna, przez to piękna i rozkoszna. Potrafił za to za złotą rączkę robić. To i klucz dorobił. U ojca, w warsztacie ślusarskim. Całkiem z przypadku. Piwa raz mu się zachciało. I to tak, że wytrzymać się nie dało. A w kościele, jak jeszcze za ministranta musiał robić – bo chluba dla ojca i wielka szansa podlizania się proboszczowi - wypatrzył niedomkniętą skarbonkę z datkami dla świętego Antoniego, co to niby zagubione rzeczy odnaleźć pomaga, jak wrzucisz wcześniej banknot, właśnie wtedy wpadł na pomysł ukojenia swego zagubienia wyrażającego się w konieczności zaspokojenia głodu piwnego przez zabranie tego, co naiwni, według niego i pozostałych, tam wsunęli. Udało się. Nikomu nie mówił o kluczu aż do tej chwili.
Tak więc weszli. On, Kicha, Wini i Locha. Mietal zaproponował, bo narzekali, że na dworze zimno i wino ciągnięte prosto z gwinta nie smakuje w taki ziąb, gdy cały drżysz i przez to bebechy pracują na pół gwizdka, a przecież miało smakować i jebać po mózgu. Jak zawsze zresztą. Mietal sam z siebie może by na pomysł nie wpadł, za debila uchodził w oczach pozostałych, bo ledwie pisać umiał, a czytanie w ogóle mu nie szło, ale Locha marudziła, że jak za chwilę czegoś nie wymyślą, to ona wymięka, bo nie chce żeby jej dupa zmarzła, przez co można się nabawić hemoroidów. Wtedy Mietal pierwszy raz usłyszał o hemoroidach, z nieznanym gwiazdozbiorem słowo kojarząc, akurat astronomia zaczęła go pociągać i marzył o doleceniu kiedyś do gwiazd, a wszystko przez jeden obejrzany w skupieniu program telewizyjny o kosmosie, konkretnie o gwiezdnych wojnach. Mietal z trudem odróżniał fikcję od rzeczywistości. Że się zbłaźnił, uświadomił mu rechot pozostałych. Szczególnie Lochy, która nauki też nie kochała, ale różne wiadomości z życia wzięte chętnie przyswajała, za zdolną uchodziła, chociaż akurat to najmniej ją obchodziło. Kiedy więc truła dłużej niż kwadrans o marznącym tyłku, Mietala olśniło.
Przecież, wrzasnął, mam, kurwa, ten jebany klucz!
Jaki klucz?, ożywił się Wini, któremu trzymanie się z Mietalem z jednej strony imponowało, bo starszy, ale z drugiej był dla niego matołem, bo nie wiedział nawet jednej setnej tego, co wiedział on.
Taki, co go sam dorobiłem.
Kiedy i po chuja?
Nie interesuj się, nie zamierzał Winicjuszowi wyjaśniać, trochę ze wstydu, bo niby jak kumplowi powiedzieć, przyznać się, że się skarbonkę w kościele opierdoliło. Skoro mówię, że mam, informował niby obojętnie, to znaczy, że był powód, ale nie trzeba o tym informować całego świata, bo świat nie jest wart tej wiedzy.
Zawsze byłeś pojeb, zauważył Wini i dał spokój z dociekaniem.
Tak więc weszli. Wewnątrz panował mrok. Locha uruchomiła latarkę w komórce. Wini natychmiast nakazał jej zgasić, bo ktoś z zewnątrz może dostrzec podejrzany błysk w oknach, przez witraże dodatkowo wzmożony do rozmiarów upiornych. Był trochę mniej pijany od pozostałych, wiec trzeźwiej myślał. Wkurzała się, ale posłuchała.
Ale to znaczy, że co, dociekała wciąż rozkalibrowana emocjonalnie, bo Locha szybko się emocjonowała, że mamy tak po ciemku?
Przyzwyczaisz wzrok do ciemności.
To już lepiej na cmentarz chodźmy, zasugerowała, tam takie grobowce po jakichś Niemcach są, zainstalujemy się i chuj, dywagowała, a we wnętrzu świątyni rozległo się buczenie niesione po przestrzeni. Nikt nie okazał radości po propozycji dziewczyny.
Tak właściwie, po raz pierwszy odezwał się Kicha, co tu będziemy robić?
Odpowiedzią była cisza, którą po chwili wypełnił basem Wini.
Wypijemy co mamy do wypicia i… potem się zobaczy.
Co?
Się zobaczy, po swojemu tłumaczył Wini, trochę nerwowy, co do Kichy i tak nie docierało, bo najmniej pojętny z całego kwartetu był, długo oswajał informacje przed ostatecznym przyswojeniem. Chwilami tępotą przebijał tępotę Mietala i wtedy Wini za każdym razem zastanawiał się, co robi w takim towarzystwie?
Wiecie, że to nie jest w porządku?
Pytanie Mietala, rzucone w mroczną przestrzeń w chwili, gdy pozostali mieli konkretny cel do osiągnięcia, musiało wprawiać w konsternację. A jeśli nie aż w taki stan, to przynajmniej skłonić do zadumy i zadania kolejnych pytań.
Masz coś na myśli?, zaniepokoiła się Locha.
Jakby w miejscu świętym jesteśmy, coś usiłował uzmysłowić obecnym Mietal, jej przede wszystkim.
To po chuj żeś z tym kluczem wyjechał?, dobijał go Wini. Mogliśmy rzeczywiście iść na cmentarz, tym bardziej, że tu jest tak samo zimno jak tam.
Tu przynajmniej nie piździ, zauważyła Locha.
No, potwierdzał Kicha.
Aleś się, kurwa, wysilił, natrząsał się z niego Mietal.
Przestańmy pierdolić, jak najrychlej pragnął zakończyć sprzeczkę Wini, tylko chlejemy, co mamy do wychlania i wracamy do swoich bajek nie bajek.
Ja pierdolę! Komentarz Lochy znów niósł się echem po zakamarkach kościoła. Można tu zajarać?
Jaraj, wyraził zgodę Wini, jakby był tego miejsca włodarzem.
A jak już wypijemy, to co dalej?, zainteresował się nieoczekiwanie Kicha.
Zobaczy się, mruknął Wini, bo nie miał pomysłu na dalszy ciąg ledwie zaczętego wieczoru, właściwie nocy. Mamy czas do rana.
Do rana wszystko się może zdarzyć, rzuciła Locha w sposób mogący stanowić impuls do wszystkiego.
W takim razie nie ma się co pierdolić, z ożywieniem przejmował inicjatywę Winicjusz, tylko do dzieła.
I zaczęli zapisywać pustkę tej mrocznej nocy wszystkim, co im z każdym wypitym łykiem sikacza zaczynało w duszach grać. A grało tak, że ręce, nogi i całe ciała zatracały się w obłąkańczym tańcu, w rytm topornego rapu dobywającego się z włączonych komórek, który w końcu przywiódł ich do sennego otępienia, aż dopiero świtem bladym, czy też białym rankiem, szczęk otwieranych drzwi świątyni przywołał ich do opamiętania. Ze snu wywlekała całą czwórkę mroczna postać, nieregularna, strasząc kotłami piekielnymi i wróżąc początek drogi przez mękę.
…co to oznacza. Zbyt dobrze wiem. Wielu przede mną, których to spotkało, takie zaproszenie, a jechali z nadzieją na odrobinę zrozumienia, współczucia, może litości, po czasie, po wszystkim, mówili co innego, konkretnie to, co już wiem, chociaż już nic nie wiem.
Powtarzała sobie te słowa chyba z dziesięć razy. Może nawet więcej. Bo odkąd tylko wsiadła do autobusu. Chciała początkowo jechać samochodem. Zrezygnowała na chwilę przed wyruszeniem w drogę. Bała się, że będąc w stanie rozchwiania nerwowego mogłaby nie zwracać uwagi na znaki, niechcący kogoś potrącić, nie zatrzymać się na czas przed przejściem dla pieszych, a to wszystko mógłby zauważyć jakiś nadgorliwy policjant, skutkiem czego dostałaby mandat, punkty karne, znalazłaby się w policyjnych kartotekach, a przecież nigdy dotąd nie złamała prawa. Ludzie zaczęliby plotkować, burmistrz czepiać się, gazeta miejska miałaby używanie, tylko czekają, aż się komu coś nie powiedzie i można zacząć polowanie. A zaraz potem rodzice rozwydrzonych pociech obrzuciliby ją gnojem swoich frustracji w osobistych kącikach medialnych. Gorsi potrafią być od tych urzędasów.
A oni potrafili zmienić spokojnego człowieka w bezużyteczną szmatę, wmawiając takiemu przy okazji, z szyderstwem na gębach, że to dla jego dobra, dla dobra systemu edukacji i wychowania młodzieży, z przeświadczeniem, że należy im się za to jeszcze podziękowanie.
Irytowało ją, że cała ta heca, ten wyjazd do miejsca, którego szczerze nienawidziła, w duszy gardziła nim, w swoim domu, w obecności najbliższych, przeklinała i wyrzekała jak tylko się dało, najpaskudniejszymi słowami jakie znała, ale jechała. Musiała i nie musiała. Sama po godzinie nie wiedziała. Bo jeśli wziąć pod uwagę, że do emerytury niewiele jej zostało, to musiała, a nuż się z tego wywinie i dotrwa? Dociągnie, jak mawiała w obecności koleżanek. Nie musiała, bo jako wolna osoba, która sobie co rusz w myślach powtarzała, czasem zdobywając się na odwagę wyrażenia tej myśli głośno, mogła w każdej chwili wszystko rzucić i…, no właśnie. I co? Przymknąwszy na moment oczy, jakby nie chciała widzieć obrazów generowanych przez natrętne myśli, ze wstydem przed sobą, swoimi myślami, z bólem konstatowała, że nic, tylko wylądowanie na bruku by ją czekało za wylanie na ich tępe łby tego wszystkiego, co się w niej odłożyło. Ze skutkiem natychmiastowym, gdyż to zawsze najlepiej im wychodziło. Rozjeżdżanie ludzi procedurami, ilekroć nie mieścili się w schemacie. Musiała więc jechać i stanąć przed tymi ludźmi twarzą w twarz, oko w oko, a być może jeszcze się przed nimi ukorzyć, z kluchą goryczy w krtani znieść jeszcze to jedno upokorzenie za winy (nie)swoje.
Wszystko to jakimś niewysłowionym bólem ją przepełniało. Do tego stopnia, iż w jednej chwili doszła do wniosku, że prawie czterdzieści lat pracy za gówniane pieniądze, może zostać przekreślone czyimś marnym słowem, spowodowanym jej zbyt hardym odezwaniem, bo nerwy mogą nie dać się utrzymać na postronkach, zuchwałym spojrzeniem na którąś z osób zasiadających w tym (nie)szacownym gremium, wyjątkowo uczulonym na zachowanie zasiadających przed ich obliczami. Wiedziała, że oczekują uległości, pokajania i nie mieliby nic przeciw, gdyby w którymś momencie padła na kolana z zamiarem całowania ich w stopy, choć i po takich hołdach bez wahania spuściliby ją w kanał zapomnienia. Niejednokrotnie słyszała od tych, co przed nią dostąpili grozy wezwania przed oblicze tych ludzi, tych harpii i zwiotczałych intelektualnie wujów, jak to z uśmiechem na ustach, po uprzednim przeciągnięciu przez przysłowiowe błoto, dają kopniaka w mózg w postaci oświadczenia, że to już jest koniec, pora podsunąć stołek pod inny tyłek, którego posiadacz lub posiadaczka od dawna tkwią w blokach startowych, byle tylko gdzieś zasiąść.
Zanim dotarła na miejsce, miała dość czasu na refleksję nad złożonością losu człowieka, jego tajemnicą, która w którymś momencie powoduje wybór takiej a nie innej ścieżki. W jej przypadku zawodowej.
Nigdy dogłębnie nie zastanawiała się nad tym, dlaczego została nauczycielką. Choć od jakiegoś momentu, stwierdzała, chyba nawet musiała – żadne z wcześniej podjętych zajęć nie wciągnęło ją w obszar oddania się mu, aż przypadkiem, a może i nie, usłyszała; jak ktoś się do niczego nie nadaje, to powinien uczyć w szkole - bo w końcu któregoś jesiennego dnia, listopadowego i przygnębiającego szarością, akurat padał deszcz ze śniegiem, stanęła przed drzwiami dyrektora szkoły z pytaniem, czy nie znalazłoby się jakieś miejsce. Chciała się rozwinąć w pytaniu, ale dyrektor był szybszy. Zerwał się zza biurka, bo w lot uznał, że skoro jakaś nawiedzona - tak odbierał misje pedagogiczną, z czasów wspominania pozytywizmu mu to zostało, aczkolwiek nijak z tytułu wieku w tę epokę się nie wpisywał – pragnie się tego trudu podjąć, to trzeba kuć żelazo, póki gorące. Wielki deficyt nauczycieli wtedy panował, zatem nie mógł wypuścić spod swoich skrzydeł takiej okazji, wciąż w myślach za naiwną ją mając, w duchu jako stukniętą oceniwszy. Jak najszybciej wysłał więc nieco wystraszoną do inspektoratu, bo wtedy tam się wszystko rozstrzygało, a w inspektoracie z miejsca orzekli, kilka osób niemal jednogłośnie, że może zaczynać od zaraz jako matematyczka. Nie była matematyczką. Skończyła biologię, ale dla inspektora nie miało to większego znaczenia, byle tylko kadry w sensie ilościowym się zgadzały. Wróciła do szkoły i w zdumienie wprawiona dowiadywała się, że podczas pokonywania przez nią ośmiu kilometrów od inspektoratu do wskazanej szkoły zaszły tak istotne zmiany, że zamiast matematyki, będzie uczyła historii i wychowania fizycznego. Miała w sobie siłę, by zaprotestować, przekonać, że nie ma ku temu papierów, ale nie zdobyła się na odwagę. Potrzebowała pracy. Jakiejkolwiek. Ta w szkole wydawała jej się najlżejszą i najspokojniejszą. Już pierwszego dnia poznała smak rozczarowania, bo zamiast tej niechcianej historii – której nie znała i nie zamierzała się uczyć – kazano jej doszkolić się z fizyki, chemii i trochę z polskiego.
Ale…, usiłowała oponować, lecz dyrektor nie pozwolił na werbalne rozwinięcie próbującej stawiać pierwsze kroki w gąszczu tego, z czego nie zdawała sobie sprawy.
Taka jest potrzeba chwili, skwitował, i bez dyskusji.
Nie dyskutowała. Ostatecznie, uznawała, rozgoryczenie stopniowo w przyzwyczajenie przekuwając, że to tylko na chwilę, że robota jest tylko robotą, bo trzeba jakieś pieniądze zarabiać, bo niby kto miałby utrzymywać, skoro jest się samemu, a matka z ojcem już dawno orzekli, że skoro łożyli na studia, to chyba po coś. A tym czymś było dla nich zarabianie na siebie, no i przy okazji poszukanie sobie wsparcia w postaci męża, znalezienie którego też nie należało do sprawa najłatwiejszych. Mężczyzn wtedy uważała za głupków, którym najbardziej potrzeba mamusi i służącej w jednym, a nie kobiety rwącej się do bycia wolną, nawet w małżeństwie.
Za dziećmi nie przepadała. Od pierwszych dni, a właściwie tygodni, co rusz zadawała sobie pytanie, co ja tu robię? I za każdym razem wpatrywała się w te oczy, oczęta, w nią wpatrzone, czasem nachalnie się wpatrujące, usiłując odgadnąć, co na ich dnie i co za nimi, w mrokach czaszek. Jakie myśli wstrętne te uśmiechnięte buźki kryją? W którym momencie, jeśli nie tak spojrzy, nieopacznie coś powie, skomentuje, skrzyczy, złą ocenę postawi, znikną z tych twarzyczek uśmiech i sympatia, a w ich miejsce pojawi się agresja i chamstwo? Przez wiele lat tak miała. Udawała wprawdzie przyjazną, taką samą atmosferę w klasie starając się stwarzać, lecz nic poza tym.
Przemiana nastąpiła w momencie, którego nie uchwyciła. Sposobiła się akurat do konkursu na dyrektora, gdy dopadło ją okazywanie empatii. Nie sama z siebie się taką stała. Popadła w konflikt z dyrektorem, wskutek czego została sponiewierana obelgami w obecności swoich wychowanków, co odczuła na tyle boleśnie, że nawet dziesięciodniowe zwolnienie lekarskie roztrzaskanej psychiki nie zdołało posklejać. Nagle dotarło do niej, jak muszą się czuć dzieci – dotychczas często w myślach pierdolonymi bachorami nazywane – kiedy ich małe umysły smagane bywają przez belfra wiązkami raniących duszę słów. Dzieła dopełnił również udział w kursie, na który nie zamierzała jechać, ale kiedy okazało się, że w wyścigu po dyrektorstwo liczy się jak najwięcej zgromadzonych papierów, teczka puchnąca od zaświadczeń i potwierdzeń o udziale, poszła. Po dwóch tygodnia wakacyjnego szkolenia, wróciła jakby nie ona. Nie podszkolona nauczycielka, a człowiek. W dzieciaczkach – bo już inaczej o uczniach nie mówiła – na siłę zaczęła dostrzegać same skarby, wszem i wobec powtarzać, że nie ma złych dzieci, są tylko niewydolni wychowawcy, bez względu na to, czy szło o rodzica, czy nauczyciela. Jednym się to podobało, kilku zachwycała ta metamorfoza, a byli też tacy, którzy cwaności i hipokryzji się w tym dopatrywali, za plecami stukali się w czoła, pokątnie popierdoloną nazywając. Wstydem napełniła ją również przypadkowa rozmowa z upierdliwym uczniem, którego nazywała złośliwie Misiakiem, bo bezustannie dopominał się uwagi z jej strony, co było konsekwencją braku miłości w domu. Misiak podczas jednego z wyjść do kościoła, na mszę z okazji rozpoczęcia roku szkolnego, bo taka tradycja i wypadało, bo jak nie, to proboszcz się czepiał a dyrektor groził zwolnieniem za próbę ateizacji młodzieży, zapytał ją wprost; czy pani nas lubi? Nie zastanawiając się wypaliła; a jak inaczej? Po czym nazwała siebie w myślach idiotką, że tak bez zastanowienia i nieprofesjonalnie, bo należało przy gówniarzu iść w stronę dyplomacji, niechby trochę mądrości od wychowawczyni poczuł. Zapytała jednak po chwili; czemu ci to akurat w takim momencie i miejscu przyszło do głowy? To chyba oczywiste, że nauczyciele muszą was lubić, taka misja i powołanie…, ale Misiak nie pozwolił jej dokończyć, tylko dodał; bo wie pani, nasza wychowawczyni z podstawówki to nas cholernie nie lubiła. Zapytała od razu; skąd ta pewność? Bo jednego razu, rozwijał się chłopak, szedłem krok za nią, a ona rozmawiała z kimś przez telefon i w pewnym momencie powiedziała do tego kogoś, żebyś ty wiedział, mój drogi, jak mnie wkurwiają te pierdolone bachory i najchętniej bym je wszystkie gołymi rękami podusiła. Wtedy nagle przypomniała sobie swoje „pierdolone bachory”.
O ile w czasie podróży co pewien czas pojawiała się w głowie myśl, niczym błysk flesza albo pioruna, ale odczuwalny, że jednak być może mogła coś zrobić, w jakiś nadrealny sposób zapobiec, to stając przed drzwiami budynku kuratorium, poczucie winy jakby samo z niej odpłynęło. Skutecznie nakryła je z nagła pojawiająca się konstatacja; przecież kiedy to się stało, spokojnie spałaś we własnym łóżku u boku cudzego męża! Tak jej w którymś momencie życia wyszło, że mąż koleżanki się do niej przykleił, a ona odklejać go nie zamierzała. Jeśli więc czegoś się obawiała, to tylko wytknięcia tego cudzego męża u boku, choć i na taką ewentualność przygotowała odpowiedź.
Sadowiąc się nieśmiało przed kwartetem, którego ludzkie składowe dawno nie powinny mieć jakiegokolwiek wpływu na formy edukowania młodych, w zasadzie kogokolwiek, ponownie coś jej podszeptywało, że lekko nie będzie. Stare, komunistyczne czasy jej się przypomniały, kiedy jeszcze była licealistką, a starzy nauczyciele, tkwiący mentalnie w okowach mitu Siłaczki, wyglądali i zachowywali się podobnie jak ci, którym na razie się jeszcze przyglądała. Lęk ją dopadł w momencie, gdy dotarło do niej, że za chwilę oni jej zaczną się przyglądać, bardziej niż ona im, wiercić do dna duszy zapragną i na pewno się pokuszą. Póki co przewodnicząca – Jadwiga, Jadzia, którą pamiętała z liceum, bo dyrektor dwa razy pod koniec roku, podczas apelu podsumowującego, wyczytywał ją jako najgorszą uczennicę, taką zakałę szacownego liceum, jak nadmieniał – usiłowała dopasować wysokość fotela do swego wzrostu, tak, by była jak najwidoczniejszą zza stołu komisyjnego. Trzej członkowie, panowie między sześćdziesiątką a siedemdziesiątką – z których jeden, najgrubszy, nie bardzo wiedział, gdzie jest i po co, w okularach ze szkłami jak denka musztardówki – mieli tylko być, markować robienie notatek, czasem chrząknąć z udawanego zdziwienia, potakiwać kiwając głowami, gdy przewodnicząca Jadzia będzie mówić, nawet, kiedy będzie plotła od rzeczy, bo najczęściej wiele mówiła, ale bez treści. Taką też ją zapamiętała z liceum, a z jeszcze głupszą jej wersją zetknęła się podczas epizodu współpracy w technikum, gdzie była nauczycielką od kształcenia obywatelskiego, przy tym taką, której dyrektorka pragnęła się jak najszybciej pozbyć. A że zwolnić jej nie mogła, bo Jadzia miała tak zwane plecy i stopień awansu nie pozwalający ruszyć z posad, więc pchnięta została – niby awansując – do kuratorium, do komisji dyscyplinarnej.
Komisja dyscyplinarna!
To ją najbardziej bolało. Nie to, że staje przed nią z powodu, z jakiego staje. Akurat to, jak kreśliła w myślach, miała gdzieś, można nawet powiedzieć; w dupie. Mierziła ją sama nazwa – DYSCYPLINARNA – bo to kojarzyło się jej z popełnieniem najcięższego przestępstwa. Jakby znieważyła pracownika, pobiła dziecko, sponiewierała obelgami, przyszła kompletnie pijana do pracy, ukradła miliony ze szkolnego budżetu świecącego pustkami, albo podpaliła system, który – co niejednokrotnie hulało w głowie myślą odważną – od dawna tylko na takie potraktowanie zasługiwał, by na zgliszczach i popiołach postawić coś nowego, sensowniejszego, bliższego duchowi czasów i przyjaznego ludziom.
Już mogę?, zapytała cichym, nie swoim głosem, bo z każdą chwilą, sekundą, dość miała czekania i bezsensownego gapienia się w cztery sylwetki nie mogące zdecydować się, gdzie i jak ulokować tyłki, jakie rozłożyć papiery, ani kogo mają przed sobą i w jakim celu ta osoba przed nimi siedzi. Zaś najgrubszy ze składu skoncentrowany był jedynie na próbie ulokowania ciała za stołem, solidnie się pocąc w trakcie tej czynności.
Imię i nazwisko, niczym polecenia zabrzmiał głos przewodniczącej, aż chciała parsknąć i zapytać; Jadźka, czyś ty zdurniała do reszty? Parę lat robienia za łacha w kuratorium i rozum ci odjęło? Właściwie, nie miało czego odejmować, bo nigdy rozumu nie miałaś.
W dokumentach ma pani zapisane, powiedziała ostatecznie, nerwy w cuglach dzierżąc.
Proszę odpowiadać na pytania.
Czyli jest gorzej, nie umiała darować sobie sarkazmu, niż sądziłam.
Nie rozumiem?
Nie dziwię się, ruszyła, kąśliwość w stronę Jadzi z języka spuszczając. To miejsce… - opamiętała się - ale Zofia Barańska.
Co, Zofia Barańska?
Tak się nazywam, jeśli pani nie pamięta, albo z papierów przeczytać nie umiała.
Przewodnicząca nie reagowała, jakby nie dosłyszała ironii w słowach Zofii, albo uznała, że nie jej to dotyczyło, choć twarz jej buraczanym kolorem zaszła. Tymczasem Zofia chciała mieć to – ten cyrk, jak nazywała po cichu całe zdarzenie – czym prędzej za sobą.
Już mogę?, zapytała w formie ponaglenia.
Proszę bardzo, zachęcił grubas zasiadający po lewicy przewodniczącej, która jego zachętę uznała za odbieranie jej kompetencji, kwitując to znaczącym chrząknięciem, co w głowie Zofii odłożyło się myślą; już większej debilki nie mogłaś z siebie zrobić.
Dziękuję, odrzekła. No więc tak…, trema znowu dawała o sobie znać. To nie był…, jakby to powiedzieć – gubiła się, złościła na siebie, stres włączył się w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy pragnęła być harda i bojowa – to nie jest…
Może pani składniej?, wtrącił grubas z komisji, przerywając i jednocześnie potem zlane czoło chusteczką przypominającą ścierkę osuszając, tym samym zdenerwowanie oskarżanej podsycając.
Tak. To nie jest…, chyba…zły chłopiec. Ale już sama nie wiem. Nie miałam z nim jakichś szczególnych kontaktów. W zasadzie w ogóle go nie znałam – nie planowała tego powiedzieć, samo się wyrwało, niczym niewytłumaczalny impuls. – Owszem, bywał u mnie, w gabinecie znaczy się, moim.
Stwierdzenie o bywaniu chłopaka w gabinecie Zofii poruszyło myśli członków komisji. Nie musieli tego nazywać, starczyło, że widziała ich miny, nienaturalne ruchy ciał.
Tylko pani i on? Sam na sam?
Wiedziała od zawsze, że Jadzia potrafiła być podła, zachowywać jak zwyczajna menda, ale żeby takie insynuacje w takim miejscu i w takiej sytuacji? Musiała spiąć się w sobie z całych sił, by nie wypuścić z ust kąśliwości, o jaką słowa przewodniczącej wręcz się prosiły.
To chyba jasne, przekonywała, że skoro w moim, to sam na sam. Jak inaczej, jeżeli go w związku ze sprawą wezwałam? Po co jacyś świadkowie?
Zdaje pani sobie sprawę, jak można to zinterpretować w zaistniałej sytuacji?, drążyła Jadwiga.
Tak nie wolno. Nie godzi się.
Usiłuje pani sugerować komisji stronniczość?
Skądże, zaczęła się tłumaczyć, choć wiedziała, że obiektywizmu tu raczej nie doświadczy. Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało, tak odczytaliście, ale spięta jestem. Wiem, że lepiej brzmi stremowana, ale w zasadzie to pierwszy raz jestem…, a tak naprawdę, to w ogóle pierwszy raz.
Co pani z tym pierwszym razem?, z irytacją w głosie wtrąciła przewodnicząca, a Zofia nie miała wątpliwości, co insynuowała.
Że co? Proszę mnie nie chwytać za słówka. I nie pouczać… . – Coś w krtani dusiło. - I nie zastraszać. Bo sobie pójdę. Myślcie sobie, co chcecie, pani też, pani przewodnicząca! Może mówię od rzeczy, ale sami mnie sprowokowaliście. Jeśli jeszcze raz mi przerwiecie, to naprawdę sobie pójdę. I tak mam dosyć upokorzeń przez to wszystko!
Członkowie komisji popatrzyli po sobie z niedowierzaniem, bo jak to tak? Oskarżona dyrektorka próbuje się stawiać? Tego jeszcze nie było. Odkąd pamiętają, wprawdzie od niedawna, ale to zawsze ich było na wierzchu. Nie mogli tego tak zostawić. Nie wyobrażali sobie, może poza posapującym grubasem, sprawiającym wrażenie ugodowego, przyznania racji komuś, kogo skazali na zawodową banicję zanim dotarł przed ich oblicze.
Trzeba było być skrupulatniejszą w wypełnianiu swoich obowiązków, zdawała się triumfować przewodnicząca.
Jaka w tym moja wina? Jakim prawem…pani – przez moment chciała nazwać ją „takim byle czym”. – Myślałam, że nie stoję przed prokuratorem? Co pani wie, co państwo wiecie o rzeczach, które mogą mi zaszkodzić? Za stara jestem na takie gierki, jakich się chwytacie. Nie pozwolę robić z siebie trampoliny dla waszych karier! – Zaległa cisza, długa i zaskoczeniem odbijająca się na obliczach członków komisji, aż Zofia zreflektowała się. – To chcecie…
Zależy, co pani zaoferuje?, przerwała jej Jadwiga.
Proszę mnie nie prowokować, postanowiła grać stanowczą, rozpierającą dumę z miejsca czując. Jakbym wzięła teraz panią, i was, panowie, na lekcję matematyki czy fizyki i kazała rozwiązywać układy równań, czy przebieg zmienności funkcji, albo jakieś zadanie z kombinatoryki, albo obliczyć wielkość naprężenia mechanicznego…
Wystarczy, zarządził milczący dotąd chudzielec, co według myśli Zofii ledwie rzeczywistości się trzymał, a jego kości w kupie trzymał tylko przyciasny garnitur.
No więc sami widzicie, zdawała się triumfować.
Proszę mówić dalej, po kolejnym chrząknięciu zdecydowała Jadwiga. Przypominam tylko, że rozmowa jest rejestrowana.
Nie był, jakby to ująć, złym chłopcem.
Chyba nie jest?
Racja, nie jest. To znaczy, jest złym chłopcem, ale jakby tak zacząć od początku, to nie był.
Czyny wskazują coś innego.
Wiem, ale trudno, żeby takim był jako noworodek. To się stało jakoś tak niepostrzeżenie. Nikt chyba tego nie zauważył.
Dziwne. Nawet zaskakujące, komentowała Jadwiga, starając się brzmieć jak rasowy filozof.
Chciałabym nadmienić, że poza nim w mojej szkole jest ponad czterystu całkiem dobrych, a kilkudziesięciu…
Oni nas nie interesują. Stoi pani przed komisją w konkretnej sprawie.
Wiem, w jakiej sprawie, ale…
Zatem proszę tylko o tym.
Nie, nie, nie, skoro już mnie tu zaciągnęliście…
Proszę zgodnie z procedurą. Pani prywatne opinie nas nie interesują, upominała Jadwiga, a panowie po bokach tylko przytakiwali kiwając głowami przypominającymi pacynki i mrucząc pod nosem.
Nieprawda! Nigdy sama bym w to miejsce nie przyjechała. Zatem skoro mnie tu przywlekliście, celowo tak to nazywała, to musicie wysłuchać wszystkiego, co mam w tej sprawie do powiedzenia.
Jadwiga znacząco spojrzała na zegarek, to samo uczynili pozostali, po czym bez czytelnego sygnału z jej strony, zaczęli odsuwać krzesła, sposobiąc się do odejścia.
Zdaje się, z miną urażonej decydowała Jadwiga, że w zaistniałych okolicznościach pani czas dobiegł właśnie końca.
Wstała, zaczęła nerwowo wkładać papierzyska do teczki i, nie patrząc w stronę Zofii, ruszyła do wyjścia.
Jak to, dziwiła się wezwana, w jednej chwili wychodząc ze stanu zdumienia, „czas dobiegł właśnie końca”? To jakaś manipulacja! Jesteście bezczelni, bo wcześniej powiedzieliście, przez telefon, i to kilkakrotnie, że mogę powiedzieć w sprawie wszystko, a nie to, co chcecie usłyszeć…
Męskiej części składu komisji już nie było. Jadwiga zatrzymała się w drzwiach, rozejrzała po bokach, podeszła do Zofii z uśmiechem triumfu na ustach.
Widzisz, moja droga, cedziła, cała będąc po minucie sterczącym sarkazmem, nie trzeba było pchać się na ten stołek. Acha, jakby nagle sobie o czymś ważnym przypomniała, i nie traktować mnie w przeszłości tak, jak to robiłaś.
Zofia nie bardzo wiedziała, co znikająca w mrokach kuratoryjnych korytarzy miała na myśli, ale miała jeszcze dość siły, by wypuścić za nią; wredna kurew.
