Krwawa Oblubienica - Przemysław Osowski - ebook

Krwawa Oblubienica ebook

Przemysław Osowski

5,0

Opis

„Krwawa Oblubienica” to drugi tom wchodzący w skład „Sagi Mgławic Gjaladenu” – wielowątkowej powieści dark fantasy, pełnej flaków, potworów, politycznych machinacji i historii splatających losy wielu bohaterów. Gjaladen to kontynent, z którego nikt nie zdołał uciec. Odważysz się odkryć dlaczego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
monika910302

Nie oderwiesz się od lektury

Powrót do Gjaladenu w „Krwawej Oblubienicy” Przemysława Osowskiego to ponownie spotkanie z mrocznym światem słowiańskich inspiracji, politycznych intryg i tajemnic skrywanych przez Mgławice. Szczególnie poruszył mnie wątek Nokramy i Mildred, który pokazuje, jak wiele można stracić, żyjąc w cieniu obowiązków i cudzych oczekiwań. Po pełnym napięcia finale i ostatnim zdaniu mam jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi i już nie mogę doczekać się trzeciego tomu!
00



Krwawa Oblubienica © Przemysław Osowski, 2026

instagram.com/wronazmadenfal

Autor: Więzień Gjaladenu

Opracowanie redakcyjne i korekta: Marta Pabisiak

Opracowanie graficzne: Maciej Pieda, Emilia Kolosa

Skład i łamanie tekstu: Agnieszka Makowska

ISBN: 978-83-976423-5-5

MIASTO DRUKU 2026

Druk i oprawa:

Prawa autorskie zastrzeżone. Reprodukcja, kopiowanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w publicznych wystąpieniach wymaga zezwolenia właściciela prawautorskich.

Saga Mgławic Gjaladenu

Tom II

Dla moich rodziców, rodziny i przyjaciół – za wszystko, czego nie da się zamknąć w słowach.|

Dla czytelników – za to, że ożywiacie tę opowieść swojąobecnością.

„– Na moim sihillu – warknął Zoltan, obnażając miecz – wyryte jest starodawnymi krasnoludzkimi runami prastare krasnoludzkie zaklęcie. Niech no jeno który ghul zbliży się na długość klingi, popamięta mnie. O, popatrzcie. – Ha – zaciekawił się Jaskier, który właśnie zbliżył się do nich. – Więc to są te słynne tajne runy krasnoludów? Co głosi tennapis? – ‚Na pohybel skurwysynom!’” – Andrzej Sapkowski, Chrzest ognia

Khaelror shun’var elith

Wyjący Fjord, 184 086 000 uderzeń serca temu

Czernice zdawały się oddzielone od reszty świata, lecz w rzeczywistości leżały na skraju Wyjącego Fjordu, tam, gdzie ziemia opadała stromymi, czerwonymi zboczami ku lodowatym wodom. Barwę nadawały ziemi pokłady rudy zalegające pod powierzchnią. Miejsce to przyciągało uwagę bardziej, niż powinno; można tu było napotkać zarówno istoty żywe, jak i te, dawno już wydarteśmierci.

W najdalszych zakątkach kniei kryły się krwaworożce. Niegdyś przypominały zwyczajne jelenie, lecz Mgławice wypaczyły je doszczętnie. Ich ciała porastała kora, z łbów wyrastały rozgałęzione poroża o osobliwej barwie. Zwierzęta te nie atakowały bez powodu, lecz ranne stawały się niezwykleniebezpieczne.

Pośród kałuż pełzły ślimorośle – miedziane stworzenia o wypukłych skorupach i krótkich czułkach, wytwarzające śluz. Na ich pancerzach rosły drobne lumispory, rozsiewające zielonkawy pyłek. Miał on uzdrawiający wpływ na otoczenie: przyspieszał wzrost roślinności, oczyszczał wodę oraz sprawiał, że powietrze wydawało sięlżejsze.

Z powalonych drzew wyrastały grzyby, wyginające się w stronę nielicznych promieni światła przebijających się przez gęstwinę. Wśród rozkładających się liści zagnieżdżały się półprzezroczyste istoty zwane gnijącymilampami.

Każdy element tego lądu miał wyraźną strukturę – wszystkie składały się na ekosystem podporządkowany rozkładowi, zdolny utrzymać przy życiu jedynie najbardziej odpornegatunki.

Przez stulecia chłopi nauczyli się współistnieć z Mgławicami, nasycającymi ziemię mutującą energią. Dzięki temu mogli pozyskiwać warzywa, nawet jeśli rosły one w dość osobliwy sposób. Zwierzęta również ulegały subtelnym przemianom, natomiast mieszkańcy osad wypracowali metody hodowli i gospodarowania ziemią, pozwalające wyżywić wioski w tych wyjątkowych warunkach – niekoniecznie w dobrym tego słowaznaczeniu.

Dla rodziny królewskiej Czernice uchodziły za miejsce zapomniane – nie uznawali ich za część swoich domen i mimo oczywistego istnienia tych obszarów świadomie je ignorowali, wypierając z pamięci najbardziej zdeformowane widoki. Dla nich świat wyglądał tak samo jak przed pojawieniem się tajemniczych amarantowych pasm. Jednak tylko kwestią czasu pozostawało, zanim coraz więcej osób zacznie zawiadamiać stolicę o zdarzeniach niemożliwych do wytłumaczenia. W końcu wysłano więc kogoś, kto miał sprawdzić, co naprawdę dzieje się w tamtychstronach.

Hjalkan sunął powoli na koniu wzdłuż wyboistej drogi, Nokrama podążał bezpośrednio za nim, Ewelis zaś unosiła się gdzieś wyżej, obserwując otoczenie z góry. Choć ciemne płaszcze z kapturem może i zasłaniały orły wyryte na ich napierśnikach, to rękojeść wystająca nad ramieniem Tropiciela mogła zdradzić jego tożsamość – tylko nieliczni nosili stal w ten sposób; dla większości stanowiło to rozwiązanie niepraktyczne, niewygodne i ryzykowne wwalce.

Deszcz przestał padać, lecz droga stała się błotnista, pełna resztek rozkładających się roślin i odchodów zwierząt. Kałuże odbijały fragmenty szarego nieba; w jednej z nich tonął karaczan. Na ścieżce leżał martwy pies o wypukłych oczach, co nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie żółtawa maź sącząca się z licznych ran w jego truchle. Wśród nich mały ptak uwił sobie gniazdo. Muchy krążyły nad tą częścią ścieżki, ich bzyczenie brzmiało jak nieustanneostrzeżenie.

Tropiciel ściągnął wodze, by ominąć padlinę, gdy nagłe trzaskanie łamanych gałązek wyrwało go zzamyślenia.

– Vaelisht – mruknął podnosem.

Sowa natychmiast odfrunęła w stronę, skąd dobiegł tamten odgłos. Krótki dźwięk wystarczył, by wzbudzić podejrzenia. Instynkt podpowiadał mu, że wkrótce ujrzą źródłozamieszania.

Niedługo później dotarli do Czernic. Hjalkan popędził wierzchowca lekkim szturchnięciem pięt, gdy zza zakrętu zaczęły majaczyć pierwsze zabudowania. Wioska rozciągała się wzdłuż nitek dróg. Chaty garbiły się nisko nad ziemią, bluszcz wdzierał się w szpary między strzechą a ścianami. Część zagród otaczały krzywe sztachety, inne rozpadały się w dużej mierze, pozwalając krowom i kozom wychodzić na rozmokłytrakt.

Z krzaków przy płocie rozległo się szarpnięcie. Coś tam było – coś zbyt ciężkiego, by mogło okazać się lisem czy kuną. Na środku wioski znajdowała się niewielka studnia porośnięta mchem, wokół której leżały porozrzucane kubły. Cały obraz tchnął zaniedbaniem iobojętnością.

Ich uwagę przykuł szyld dawnej karczmy, z resztkami farby układającymi się w sylwetkę jelenia. Tablica kołysała się na sznurku, skrzypiąc przy każdym podmuchu wiatru. Mieszkańcy patrzyli na nich złowrogo, dzieci chowały się za beczkami. Niechęć wobec obcych narastała – szczególnie wobec takich jakoni.

Zdecydowali się zatrzymać. Przy stajni czekał jakiś młodzieniaszek z nosem czerwonym od zimna. Budynek wzniesiono z bali sosnowych, spiętych grubymi kołkami, miejscami wystającymi z konstrukcji. Dach kryty trzciną spoczywał na belkach tworzących nierówny strop. Drzwi skrzypiały na zawiasach, jedna deska tuż nad podłożem wygięła się tak bardzo, że można było w nią włożyćrękę.

W środku stały trzy koryta: jedno z resztkami siana, drugie z owsem dla koni, trzecie, popękane, wypuszczało wodę strużkami przez szczeliny. Na podłodze leżały grudki ziemi, miejscami przesiąknięte zwierzęcymi odchodami. Po jednej stronie wisiały haki z linami i uprzężą, w rogu spoczywało parę zniszczonych kół od wozów. Przy ścianie przycupnęła kura, niespokojnie obracając głowę w stronę wejścia. Od czasu do czasu osioł ryczał w swoim kąciku ze słomianą ściółką; na jego grzbiecie wyrastały dziwaczne narośla – oznaki starości lub przewlekłejchoroby.

Przy tylnym płocie tkwiła miotła z wytartym włosiem. Burzowe Szpony zatrzymały się przy wydeptanym pasie błota. Hjalkan wyciągnął kilka królewskich orłów i podał jestajennemu.

– Nakarm je dobrze – rzucił.

Podrostek o smagłej twarzy natychmiast rozjaśnił się na widok monet. Chwycił zapłatę, drugą dłonią mimowolnie ściskając kłąb siana. Skinął tylko głową i zniknął między przegrodami, prowadząc konie zauzdy.

W końcu ruszyli w stronę krzyków, aż uliczka wyprowadziła ich na otwarty plac, gdzie zgromadziła się większość mieszkańców. Na zachodnim krańcu podwórza znajdował się chlewik. Kwadratowe okienko kryła prosta krata, dach opadał stromo, kończąc się tuż nad wejściem. Z kominów unosił się dziwny dym, nieco łagodniejszy od mgły zalegającej nad wioską. W tym zamęcie z beczek dobiegało skrobanie pazurów – czyżby coś nieproszonego czaiło sięwewnątrz?

Na środku wznosiła się szubienica z drewna jaśniejszego niż wszystko inne w wiosce, z trzema grubymi sznurami gotowymi do egzekucji. Ludzie otoczyli konstrukcję ciasnym pierścieniem; twarze mieli wykrzywione, zęby oblepione resztkami kaszy. Wielu zaciskało dłonie na widłach oraz kijach, podnosząc je do góry. Dzieci spoczywały w ramionach, natomiast z ust płynęły szepty o tym, co miało sięwydarzyć.

Na podwyższeniu znajdowały się trzy kobiety – matka, córka, a także jakaś niewiasta, ledwie podlotka, prawdopodobnie niezwiązana z ich rodziną. Wszystkie miały worki na głowach i skrępowane dłonie. Nakrycie tej ostatniej zsunęło się do połowy lica, odsłaniając rude włosy kontrastujące z szarością otoczenia. Obok nich mężczyzna w skórzanym pancerzu trzymał pochodnię; pulsujący płomień rzucał migotliwe cienie na naburmuszonychosadników.

W tłumie wzrosło napięcie. Ktoś w czapce z lisiego futra cisnął w stronę Burzowych Szponów bryłkę gleby, lecz ta rozprysła się w locie. Jedno warknięcie Hjalkana przywróciło porządek. Uniósł głos, starając się przekrzyczećwrzawę.

– Powiedzcie mi dokładnie, co takiego zrobiły te kobiety, że mają wisieć?

Jako pierwszy odezwał się mężczyzna w poszarpanej kamizelce.

– Panie, patrz pan na włosy! – wybąkał, wskazując na najmłodszą. – Czerwone jak ogień! To się nie zdarza! To znak!

– A w nocy… w polach… – dodała kobiecina z brodawką na brodzie, trzymając dziecię. – Słyszeliśmy chrumkanie, ziemia nam drżała. Rzędy buraków powywracało coś wielgaśnego!

– Ale co to ma z nimi wspólnego? – zapytał Hjalkan, lustrując ich oblicza w poszukiwaniu choć odrobiny rozsądku.

Nokrama, jak zwykle, pozostawał niewzruszony przebiegiem zdarzeń. Niemniej jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza, gotowa przerwać kolejne wywody, gdyby sytuacja wymknęła się spodkontroli.

Jeszcze inna babuszka podreptała do pierwszego szeregu, podniosła palec, po czym zatoczyła nim w powietrzu:

– Osiem kurek zdechło. To przez te wiedźmy!

Zbiorowisko zaszumiało, potwierdzenia rozeszły się falą.

– Bzdury – zagrzmiał ktoś zza studni. – Nasz baron zniknął i od tego wszystko się zaczęło. Co najdziwniejsze, doszły nas słuchy, że nie tylko u nas takie paskudztwa mają miejsce. Coś sprawia, że przywódcy osad znikają jak we mgle, ale to nie musi być od razu wina tychpanienek!

Tropiciel obrócił się lekko w jego stronę.

– Więc nie chodzi o same niewiasty… – powiedział spokojnie. – Chcecie kozła ofiarnego za to, co czai się wlesie?

– Syn młynarza, ten, co gra na gajdzie, gadał, że coś go goniło – odezwał się chłopina, inicjator całej dyskusji, wskazując ku kępie drzew. Do najbardziej niepokojących rzeczy należało to, iż ostały mu się jedynie dwa palce. – Miał nazbierać ziół, tyle że każde jedno było pokryte jakimś żółtawym śluzem. Twierdził, że w zagajniku coś chrumkało, lecz nie jak zwykłe prosię – to musiała być bestyja! Bydło zaczęło znikać w nocy, psy wyją bez przerwy. Diabeł, panie!

– Od czasu, gdy one tu przylazły, wszystko się pogorszyło. Ktoś musi za to zapłacić – upierała się kobiecina.

Mężczyzna siedzący na ocembrowaniu wystąpił z protestem:

– Łżesz jak pies! Wyłapaliście je z okolic i nagle chcecie ubić! To się nie godzi!

Garstka osadników zrobiła kilka kroków w stronę platformy, gestami ponaglając kata, by dokończyłegzekucję.

Hjalkan podniósł dłoń i przywołałciszę.

– Nie pozwolę nikomu dzisiaj zginąć – oznajmił, sięgając przez ramię po miecz. – Udamy się do lasu, pozbędziemy się potwora i udowodnimy, że to nie ludzie stoją za waszymi nieszczęściami. Do tego czasu macie powstrzymać się od bezmyślnegozabijania.

Zacietrzewione babsko wysunęło brodę:

– Jak pójdziesz i zabijesz to dziadostwo, to je puścimy – rzuciła.

Na twarzach domniemanych adeptek mrocznych mocy zagościłaulga.

– Przyniesiemy wam głowę tej kreatury – powiedział Hjalkan ze znużeniem, po raz kolejny tłumacząc to samo. – Ale od tej chwili nie macie prawa więcej powiadamiać stolicy o tym, co tutaj się dzieje. Zrozumiano?

Wieśniacy spojrzeli po sobie. Rozległy się porozumiewawczeszepty.

– Dajcie im czas – mruknął któryś. – Lepiej, żeby oni tam poszli niż my. A jeśli nie wrócą… wtedy będzie wiadomo, corobić.

Tłum przyjął jego słowa przychylnymi pomrukami, choć nikt nie brzmiał już tak pewnie jak wcześniej. Milczący Rycerz wszedł na szubienicę, przeciskając się przez tłum. Prostaczkowie tylko patrzyli, nie śmiejąc nawet pomyśleć o podjęciu z nim walki.

Nokrama sięgnął do supłów krępujących dłonie kobiet i przeciął je ot tak. Sznur oderwał się od skóry, zostawiając czerwone ślady. Najstarsza z nich syknęła, gdy więzy w końcu puściły – może i odzyskała swobodę, lecz nigdy nie zapomni o tym miejscukaźni.

Kiedy zdjęto pierwsze nakrycie, kurz wzbił się w powietrze. Odsłoniła się twarz kobiety o podniszczonym zdrowiu.

Drugie ukazało oblicze córki pokryte piegami. Dla wielu stanowiły wystarczający powód, by nazwać ją wiedźmą. Ostatnia ze skazanych jedynie głęboko westchnęła. Nie unikała spojrzeń. Gdy oczy tłumu zatrzymały się na jej postaci, część ludzi cofnęła się mimowolnie – czerwone kosmyki odpowiadały wcześniejszym opisom, lecz teraz wyglądały mniej jak znak potworności, a bardziej jak zwykłe, ludzkieodznaczenie.

Burzowe Szpony przyglądały się temu wszystkiemu z narastającym niepokojem. Chłop siedzący na obwódce studni, od początku próbujący powstrzymać to niepisane prawo, odezwał siędonośnie:

– Czyli nie zauważyliście niczego naprawdępodejrzanego?

Wtedy ktoś wydukał:

– No jak nie, jak tak… widać było ogromne łapy, z tym że potem ślady się urwały... W nocy zaś słyszeliśmy, jak coś tłukło. Z samego rana rozejrzeliśmy się po podwórzu, worki z mąką leżały porozrywane przedstodołą.

Mężczyzna w kamizelce dorzucił coś od siebie:

– To dziadostwo zniszczyło kawał pola! Wypuściło jakiś żółty glut, wszędzie go było, ciągnął się aż dogłuszy!

Milczący Rycerz przesunął dłonią wzdłuż szyi, sygnalizując Hjalkanowi: niebezpieczne. Nie wolno imufać.

Nie mieli jednak innego wyjścia, jak odejść i wrócić z głową potworzyska. Opuścili zgromadzenie, ruszając ścieżką między zagrodami w stronę miejsca, gdzie ponoć natrafiono na trop kreatury. Burzowe Szpony nie wiedziały, czy mieszkańcy powstrzymają się od samosądu; mogli tylko mieć nadzieję, że do czasu ich powrotu niewiasty pozostanąnietknięte.

Nagle gdaknęła kura. Z jednej ze stodół wyskoczył kogut, trzepocząc skrzydłami i wyrywając się do przodu. To przyciągnęło uwagę wieśniaczki żyjącej w pobliskiej chacie. Podbiegła do okna, wykrzywiła usta w złości, po czym zagrzmiała:

– Co tu się, do licha, porabia?!

Od pierwszego rzędu bulw ciągnął się wyraźny szlak w stronę zagajnika. Nie był jednolity: obok wielkich odcisków łap widniały podłużne zagłębienia, jakby ktoś przeciągnął po ziemi kłodę; gdzieniegdzie na listowiu rozmazana została żółtawa, lepkasubstancja.

– Tu musiała odpoczywać – mruknął Hjalkan, zgarniając palcem drobinkę mazi z ziemi. – Spójrz, liście ugniecione układają się w półokrąg. Ciekawe, jak wielki ma tułów, skoro te ślady odpowiadają rozmiarowi dwóch ludzi.

Szli przez pole, gdzie wciąż wystawały zgniecione pędy roślin. Podłoże było twarde, nierówne, miejscami spulchnione nad mysimi norami. Na odległość dwóch włóczni ciemne otwory w gruncie okazały się jamami zająców, choć nawet te stworzenia budziły niepokój – cielska wydłużone, łapy powykręcane pod dziwacznymi kątami, w mroku zaś oczy jarzyły się dwoma czerwonymi punktami. Okolica sprawiała wrażenie opuszczonej, jednak trzask gałązek zdradzałruch.

Tropiciel wyłapywał dźwięki niedostępne zwykłemu człowiekowi. Co jakiś czas zatrzymywał się, przyklękał, zbierał grudę z podłoża, starając się odczytać kierunek wędrówki bestii. Znaki nie układały się w czytelną całość, miejscami ginęły wśród kępek zeschłej trawy. Trafiali również na plamy krwi. Milczący Rycerz posiadał pewne umiejętności, lecz w tej dziedzinie nie dorównywał pobratymcowi i, jak zwykle w takich sytuacjach, całkowicie zdawał się na jegoocenę.

Nad nimi, w nagiej koronie dębu, skrzeczała wrona – różniła się od tych zwykle spotykanych; w jej ślepiach tliła się krwistapoświata.

Idąc dalej, trop doprowadził ich do gęstego zagajnika, gdzie drzewa rosły ciasno, korzenie rozrywały ziemię i splatały się nisko nad gruntem. Od razu dostrzegli wyrwę. Ewelis wylądowała tuż przy krawędzi, cicho kwiląc i strosząc pióra. Wiedzieli już, że nie był to przypadek – należało sprawdzić, co kryje się wśrodku.

Nachylili się nad rozdarciem, gdy natychmiast uderzył ich odór. Z głębi dobiegało bulgotanie, jakby woda mieszała się z nieokreśloną substancją. Wszystko wskazywało na jedno: coś powracało tu od dłuższego czasu, czyniąc z podziemi swoje siedlisko między nocnymipolowaniami.

Zstępowali coraz niżej, z każdym oddechem odór się nasilał. Im dalej, tym wyraźniejsze stawało się blade światło migoczące w oddali, słabe, lecz czytelne na tle mrocznych przejść. Korytarz schodził w dół, po bokach zaczęły pojawiać się skalne ściany, do których ktoś przytroczył pochodnie. Ich obecność nie przystawała do tego miejsca – zwykle potworzysko nie miałoby ani potrzeby, ani sposobu, by je tamumieścić.

W końcu dostrzegli kobietę o siwych włosach opadających na ramiona. Pochylała się nad wielkim, żelaznym kotłem. Ciecz w środku wrzała, ona zaś, nie zważając na duszące opary, wrzucała do niego korzenie oraz ludzkie szczątki: paliczki, żołądki, kawałki ścięgien i fragmenty żuchwy. Zapach był tak odrażający, że zdawał się odbieraćsiły.

Obok niej stała jakaś przebrzydła kreatura. Nie przypominała żadnego znanego im potwora – raczej koszmar ulepiony z tego, co w mutacjach najbardziej odrażające. Jej ciało miało kształt monstrualnej świni. Rozmiarami dorównywało dwóm ludziom obleczonym w pancerz własnej tłuszczowej masy. Skóra miejscami przebarwiała się na brunatne plamy. Liczne fałdy zwisały po bokach niczym przegniłe zasłonymięsa.

Uszy nieco odstawały od głowy, z ich wnętrza wypełzały białe robale, ginąc potem w zagłębieniach masywnej sylwetki. Oczy nie trzymały jednego kierunku spojrzenia, każde podążało własnym torem. Z gardła wydobywały się dźwięki przypominające płacz dziecka, urywane i wysokie, zupełnie niepasujące do kształtuistoty.

Staruszka zaczęła mieszać w kotlisku i wypowiadać dziwne słowa, początkowo nie okazując zainteresowania otoczeniem. Brzmiały jak inkantacja, lecz pozbawiona sensu, zlewająca się w modlitwę i bełkot jednocześnie. To, jak mówiła, samo w sobie budziło niepokój; słowa rozpływały się i łamały, najprawdopodobniej jeszcze coś gorszego próbowało przemówić przez jejusta.

– A już myślałam… że to moje zguby… – wypaplała. – One często wracają późno. Będę je musiałaukarać.

– O czym ty mówisz? – zapytał skonsternowanyHjalkan.

Wraz z Nokramą sięgnęli po miecze. Świniopodobna bestia odpowiedziała przeraźliwym wyciem, z jej pyska ściekała żółtawa ciecz. W jednej chwili wszystko zaczęło się układać: krew, szlam znajdowany w okolicy – to ona za tymstała.

– No… dziewczyny poszły po jedzenie dla mojego słodkiegochłopca.

Zaczęli pojmować, o czym mówi raszpla. „Dziewczyny” nie były zwykłymi służkami, natomiast „chłopiec” nie miał w sobie nic z dziecka. Podejrzenie nasunęło się mimowolnie: czy ta pokraczna istota niegdyś nosiła ludzką postać? Czy to klątwa… i czy da się ją jeszczezdjąć?

Tropiciel nie odpuszczał, ciekawość nie pozwalała mu się wycofać.

– Kim jesteś?

– Najstarszą mieszkanką ukochanych Czernic – odparła dumnie.

Gdy tylko się odwróciła, zobaczyli całkowicie białe oczy, od dołu porośnięte fałdami skóry. To jednak stanowiło jedynie kroplę w morzu paskudztw. Nosiła fartuch upleciony z ludzkich jelit, u pasa zaś zwisały woreczki o równie niepokojącej zawartości. Twarz pokrywały ropiejące krosty. Poniżej widniały obwisłe piersi, z których brodawek sterczały igły. Wszystko to dopełniało obrazu, świadcząc o tym, jak długo musiała żyć wGjaladenie.

– Oślepłaś…

– Co to, to nie – prychnęła. – Widzę więcej niż ktokolwiek. I to jest właśnie moją karą. To on mi to zrobił.

– Kto?

– Jak to kto? Burzowy Szpon Emiron, jeden z was.

Słowa te uderzyły najmocniej w Hjalkana. Zamarł na dwa uderzenia serca, zaskoczony tym, co usłyszał. Emiron od dawna pozostawał dla niego zagadką, a sama myśl o spotkaniu z nim i zgłębieniu tajemnic Mgławic budziła w nim niepokój zmieszany z fascynacją. Wielu zachwycało się tym, że potrafił władać dwoma mieczami naraz, lecz Tropiciela interesowało coś więcej: co doprowadziło go do takiej biegłości? Nie mogło to wynikać jedynie z treningu – za tymi umiejętnościami kryło się coś, czego nie dawało się wytłumaczyć zwykłymwysiłkiem.

– Skąd wiesz, kim jesteśmy? – zapytał.

– Oj, wiem wiele, naprawdę wiele – powtarzała, chichocząc. – Od zawsze tak się rzeczy mają, odkąd pamięć sięga.

– Tylko że nikt nie widział go od kilkudziesięciulat.

– Tak… nie było was jeszcze na świecie.

– Od jak dawna tu przebywasz?

– Gdybym powiedziała, że jestem starsza od tej groty, moglibyście mi nie uwierzyć – roześmiała się złowrogo, ukazując pożółkłe zębiska. – Dlatego też powiem jedynie, że ciągnie się to już na dwa wieki. Zadowalające?

– Niezbyt.

Milczący Rycerz trzymał miecz oburącz, opierając sztych o ziemię. Nie rozumiem, dlaczego to babsko nie przestaje mieszać. Coś musi być na rzeczy – pomyślał.

– No… głodny byłeś, a dziewczyn jak nie było, tak nie ma – powiedziała raszpla do „chłopca”. – Jedz póki gorące. No dalej.

Nie chodziło o zawartość kotła, tylko o nich – dwóch mężczyzn stojących w odległości trzech włóczni, wciąż żywych, wciąż ciepłych. Hjalkan nie zamierzał czekać, aż to paskudztwo rozpruje im bebechy. Ruszył pierwszy. Wymierzył pchnięcie; ostrze wbiło się w cielsko i ugrzęzło w mięsie. Monstrum wydało bulgoczący pomruk. Cofnęło się, następnie z rozmachem uderzyło kończyną. Napierśnik rycerza wgniótł się pod siłą ciosu, impet odrzucił go w tył. Na ziemi tworzyły się rozlewiska tłuszczu, natomiast skóra tego czegoś połyskiwała od własnychwydzielin.

Mimo olbrzymiej masy bestia poderwała się w gwałtownym skoku, pochylając sylwetkę do przodu. Pysk rozwarł się szeroko, po czym wystrzelił wprost przed siebie strumień żółci. Ciecz chlusnęła w naramiennik Milczącego Rycerza. Metal zasyczał i zaczął topnieć, tracąc swoją spoistość. Substancja miała właściwości zdolne przeżreć nawet zahartowanąstal.

Gdy Hjalkan odzyskał równowagę, wyprowadził potworzysku mocny cios w ramię. Ostrze rozdarło tkankę, odsłaniając wnętrze wypełnione ciemną mazią. Nokrama dopełnił ataku, rozrywając brzuch kreatury. Z rany zaczęły wypełzać robale, próbując zasklepić uszkodzoną tkankę i przywrócić jejintegralność.

Stworzenie wpadło w szał i zaczęło miotać łbem, rozgarniając powietrze przed sobą. W szarpnięciu uderzyło Tropiciela, ciskając nim o ścianę. Ten odrzucony osunął się na kolana, unosząc miecz przed sobą jaktarczę.

Potwór natychmiast dopadł go ponownie, próbując wgryźć się w szyję. Kły zgrzytały już o stal, gdy Milczący Rycerz uniósł broń nad jego pyskiem, gotów odciąćłeb.

Wtedy kałdun monstrum napiął się i pękł. Przez rozchyloną szczelinę wyskoczyła ręka o powykręcanych palcach. Zacisnęła się na nadgarstku wojownika, uniemożliwiając mu zadanie ostatecznegociosu.

Raszpla nie przestawała pichcić. Wpatrywała się w zawartość, kreśląc chochlą jednostajne kręgi. Cicho wypowiadała słowa inkantacji: Khaelror shun’var elith. Ani drgnęła, gdy powietrze wokół wibrowało od uderzeń. Całe zamieszanie zdawało się nie mieć na nią żadnegowpływu.

Nokrama zaszedł świniopodobną kreaturę od tyłu i odrąbał jej jedną z kończyn. Gdy plugastwo runęło na ziemię, zaczęło pełznąć w stronę wyjścia, zostawiając za sobą smugi tłuszczu. Jak to możliwe, że wciąż się porusza? – pomyślał. I to miało dręczyć Czernicę przez te wszystkie lata?

Odskoczył w bok, omijając rozlewający się szlam, po czym zatopił klingę w podgardlu istoty. Ostrze przeszło na wylot. Ruch ustał tylko na moment, po kilku mgnieniach wnętrze zadrgało, próbując scalić się ponownie. Zanim proces się domknął, Milczący Rycerz rozciął je kolejnymiuderzeniami.

Niewiele jednak to zmieniło. Z otwartej rany zaczęła się formować nowa postać. Mięso łączyło się na nowo mimo wszelkich prób zniszczenia, zbierając się w kształt człowieka. Obaj widzieli w nim kogoś innego – dla każdego przybierał odmienne rysy, odbicie bliskiejosoby.

Sylwetka zahipnotyzowała ich w sposób całkowicie odzierający z kontroli. Broń nagle wypadła im z rąk. W ich źrenicach odbijało się światło ognia, pozostawiając upiorne wrażenie obecności istoty stojącej ponad tymi, jakie tutajnapotkali.

Kreatura podeszła bliżej, zamierzając podciąć im gardła. Byli bezsilni, wciąż uwięzieni w stanie otępienia. W tej samej chwili Ewelis runęła w raszplę, próbując wydrapać jej ślepia. Kobieta zachwiała się, rytuał na szczęście zostałprzerwany.

Iluzja rozproszyła się w powietrzu, lecz nawet jako złudzenie niosła ze sobą prawdziwe niebezpieczeństwo. Rany zadane przez jej formę byłyby aż nazbyt rzeczywiste. Burzowe Szpony natychmiast ujęły miecze i ruszyły w stronę wiedźmy. Ostrza przecięły ją jednocześnie, jedno sięgnęło głowy, drugieserca.

Nie runęła na ziemię. Zamiast tego zaczęła rozpadać się na drobne cząstki, by chwilę później przemienić się w stado kraczących wron. Ptaki z wrzaskiem wzbiły się ku górze, wypełniając grotę chaotycznym kluczem, po czym zniknęły wciemności.

Pozostał jedynie odór posoki oraz widok chłopca leżącego nieruchomo. Po zniknięciu raszpli jego ciało odzyskało pierwotną postać, wszelako nie pozostał w nim żaden śladżycia.

Opuszczając to miejsce, zaczęli się domyślać, o co w tym wszystkim chodziło. Ewelis wytyczyła im najszybszą trasę powrotną. Zmierzch zapadł nad osadą, niebo przybrało ciemnoczerwoną barwę. W oddali dostrzegli łunę – nad Czernicami unosił się dym, choć wciąż nie wiedzieli, co sprawiło, że wszystko stanęło wpłomieniach.

Gdy dotarli na skraj zabudowań, stało się jasne, że nie mieli do czynienia ze zwykłym żywiołem. Ogień poruszał się w osobliwy sposób, wyginając się i cofając niczym coś żywego. Pożerał zabudowania szybciej, niż powinien pozwalać na to jakikolwiek znany ludziom pożar. Drewno znikało niemalże natychmiast, zamieniając się w pył, kamienie na podwórzach pękały pod narastającą temperaturą. W powietrzu czuć było obecność potworzyska sterującego tympiekłem.

Mężczyzna w sile wieku leżał wgnieciony w ziemię, żebra przebijały kaftan. Obok tkwiło dziecko z oderwaną nogą, częściowo zanurzone w błocie. Hjalkan spojrzał na nie i zrozumiał, że w ostatnich chwilach życia szarpało się w ziemi, desperacko próbując uciec przedśmiercią.

Podżegający chłopina w kamizelce spoczywał z prętem w oku, jego ciało zostało częściowo zwęglone. Kobiecina nawołująca do zabijania niewiast znajdowała się przy przewróconym wozie, przebitasztachetą.

Ich wzrok natknął się również na młyn pogrążony w pożodze. Konstrukcja częściowo runęła, belki przygniotły szukających w środku schronienia przed monstrum, zmieniającym nadzieję w koszmar. Niedaleko, wśród zgliszcz, jakaś psina miotała się wśród żaru, szarpiąc bezradnie i wydając przeciągłe skowyty. Resztki Czernic tworzyły mroczną kompozycję – ludzkie szczątki i gruzy stapiały się w jeden przerażający ornamentzniszczenia.

W końcu dotarli do studni, przy której jeszcze niedawno kmieć walczył o wolność trzech kobiet, chcąc uchronić je przed powieszeniem. Teraz sam przycupnął na skrzyni, dłonią uciskając ranę rozoraną przez wyrwany z belki hak – metal rozorał mu bok. Wokół panował zgiełk; pozostali mieszkańcy albo nie żyli, albo uciekli w las, gdzie bezpieczeństwo również wydawało się wątpliwe. Hjalkan pochylił się nad mężczyzną, starając się wychwycić jego ostatniesłowa.

– Wszyscy… mieli rację… – wykrztusił nieszczęśnik. – To… wiedźmy, panie… gorzej… ta najmłodsza… bestyja… nie z tego świata… Nagle… niewiad… skąd… odzyskały ludzki wygląd…

– Co się tu stało? Gdzie są te kobiety? – zaczął dociekać Tropiciel. – Nie widzę ich ciał.

Burzowe Szpony wreszcie dostrzegły związek – przecięcie raszpli zakończyło jej kontrolę nad kobietami. To ona, pichcąc w grocie, kierowała nimi z ukrycia. Niewiasty, których umysły spętała, przemieniły się w potwory i obróciły wioskę w ruinę. Pozostawało jedno pytanie: kto sterował dwustuletnią mieszkankąCzernic?

– Ciągle coś mówiły… – dodał umierający.

– Co takiego?

– Zulv… ath… kre…

Nie zdążył dokończyć. Ciemność pochłonęła gocałkowicie.

Nokrama uniósł wzrok ku niebu. Płomienie traciły siłę, przestając trawić belki. To nigdy się nie skończy – utwierdził się w przekonaniu. Zawsze pojawia się cośgorszego.

– Kurwa – zagrzmiał Hjalkan niedługo potem. – Z tego wszystkiego zapomniałem odciąć bestiiłeb.

TERAZ – OBLĘŻENIE BARKLEACH

„Kiedy gąsienica myślała już, że świat się skończył, stała się motylem.” – Cecelia Ahern, Kiedy cię poznałam

Czaszki i poroża

Noc, niczym skrzydła olbrzymiego nietoperza, rozpostarła się nad światem. Na gałęzi wierzby, rosnącej nad kamiennym murem otaczającym dolną część Barkleach, przysiadła wrona. Jej pióra pochłaniały blask księżyca, oczy zaś jarzyły się głęboką, rubinową poświatą, obserwując miasto zobojętnością.

Zakrakała raz, potem drugi – krótko i szorstko, jakby chciała ostrzec... albo wydać wyrok.

A więc to już koniec – uświadomił sobie Hasan z goryczą, czując, jak w jego wnętrzu rośnie niepokój. Dla Niebołamaczy moja warownia jest jedynie kolejnym kamieniem dozmiażdżenia.

Przed samą twierdzą Barkleach stanęły naprzeciw siebie dwie armie, ale tylko jedna mogła jeszcze wierzyć w zwycięstwo. Druga wiedziała już, że los jest przesądzony. Lordowi Koniczynie pozostał tylko akt desperacji, jedna iskra, jeden wielki płomień, mający pożreć jego ludzi i dziedzictwo, oba brzegi miasta oraz rzekę, rozcinającą je teraz jak otwarta rana. Wszystko, co zbudował, wszystko, czego bronił, wkrótce obróci się wpył.

W zaułkach za świeżo okopconymi ścianami, w pomieszczeniach pracowni tkackiej, wśród krosien, stert nici i nieukończonych materiałów czekali ludzie, których wojna zdążyła już złamać, niemniej jeszcze nie zabić. Nie stanowili zorganizowanej jednostki – byli strzępami armii, niedobitkami, resztką przysięgi. Żołnierze… Każdy skryty w ciemności, oddzielony murem, lecz wciąż bliski innym, połączonym niepewnością. Twarze wysmarowali sadzą, by nic nie zdradziło ich sylwetek. Nie dostrzegali siebie nawzajem, lecz wiedzieli, że nie są osamotnieni. Czekali na sygnał. I w końcu siępojawił.

Hasan powoli uniósł pięść. To wystarczyło. Wtedy rozległ się dźwięk, będący przede wszystkim zapowiedzią zagłady. Przeciągły ryk rogu rozlał się przez ulice i podcienia. Niebo jeszcze nie runęło, lecz już zaczynałopękać.

W jednej chwili piekło wylało się na Barkleach. Z rynien i lejów spłynęła smoła. Toczyła się po ścianach, zalewała bruk, zalegała w korytach i podwórzach, pokrywając każdy zakamarek, gdzie jeszcze niedawno spały dzieci, wrzał handel tudzież szczekały psy. Zatykała odpływy, oblepiała drewno i kamień, krzepnąc w jednolitą, czarnąmasę.

Zbrojni Koniczyny, rozproszeni wśród tego, co jeszcze niedawno stanowiło ich dom, ruszyli do działania – podpalali kolejne lonty, próbując schować się za barykadami. Było już jednak za późno, by dało się ukryć. Miastoeksplodowało.

Najpierw rozbłysła jedna ściana ognia. Potem druga. A zaraz za nimi... dziesiątki. Całe dzielnice zamieniły się w żarłoczne paszcze. Dachy ulatywały w powietrze niczym hełmy strącone w bitewnym chaosie. Drewniane okiennice, wyschnięte od miesięcy upałów, zajmowały się płomieniem w mgnieniu oka – czekały tylko na ten moment. Tętent kopyt odbijał się od bruku, aż został zagłuszony przez narastające jęki rannych i trzask łamiących siębelek.

W zagrodach rozbrzmiewał zwierzęcy lament – kozy, krowy, świnie, uwięzione w ciasnym pierścieniu żaru nie miały dokąd uciec. Nie znalazł się nikt, kto mógłby je uwolnić. Śmierć nadeszła z wolna, okrutnie, być może czerpała przyjemność z każdej chwili ryku irzężenia?

Na jednej z bocznych ulic, za lichawym lazaretem, przesyconym dymem kadzidła, krwią i rozkładem, pożoga pochłonęła spichlerz przerobiony na izbę pokutną. Ludzie wybiegali z niego, stając się żywymi pochodniami. Wrzeszczeli do starych bogów, lecz ci już nie słuchali. Nikt nie spieszył im z pomocą – przestrzeń wokół pogrążyła się wagonii.

Matki z dziećmi na rękach biegły ku nurtowi, by skoczyć w jego fale, uciekając nie tyle przed śmiercią, co przed bólem. Ale i tam czekały parujące smołowate wycieki oraz płonące fragmenty mostu, unoszące się na wodzie. Jęzory płomieni tańczyły nad powierzchnią, przeskakując z brzegu na brzeg niczym opętane bestie. Barkleach, dumne, dwubrzegowe serce Narowilu, jęczało, zionąc czarnymikłębowiskami.

Vezgan, dotąd spoglądający na twierdzę jak na łup już niemal pewny, cofnął się o krok, osłupiały. Nie przypuszczał, że ktoś mógłby poświęcić całe miasto, byle tylko nie oddać go w ręce nieprzyjaciela. Srodze się pomylił. Zawczasu uznał, że Hasan nigdy nie posunie się do takiego szaleństwa. Wszelako Koniczyna to uczynił i patrzył, jak jego własna scheda znika w morzuczerwieni.

To Beheros pierwszy wpadł w bitewną wrzawę. Przeżywszy więcej bitew niż rozmów, dobrze pamiętał owo uczucie, gdy wnętrzności wrogów oblepiały dłonie. Wpierwej napotkał wąsatego chłopinę i, rzecz jasna, przerobił go na miazgę. Dopiero potem odciął mu ucho i uniósł je na moment w górę niczym makabryczne trofeum, mające odstraszyćpozostałych.

Wokół niego kłębił się kurz, rozświetlany iskrami sypiącymi się spod zderzeń stali. Drobiny pyłu wciskały się w oczy i gardła, przemieniając pobojowisko w gryzącą zawiesinę. Widoczność rwała się na strzępy; sylwetki wojowników niknęły w tumulcie, by po chwili wyłonić się z niego niczym widma. Zgiełk był ogłuszający. Szczęk blach, wrzaski rannych i chrzęst łamanych kości zlewały się w plugawy jazgot.

W amoku przestał rozróżniać twarze. Każdego, kto stanął mu na drodze, brał za wroga i ścinał bez namysłu. Przeistoczył się w sierp spragniony żniwa. Ostrze świstało raz za razem, kreśląc w powietrzu łuki. Może i zbroja krępowała ruchy, lecz nie miało to znaczenia; kolejne ciała padały jedno podrugim.

W końcu los zetknął go z Kylharem Skoroświtem. Buntownik miał oczy półprzymknięte i zamiast na przeciwnika patrzył na krążącą wysoko w powietrzu wronę. Trudno było o jawniejsze lekceważenie. Gdy pierwszy cios Blodwyna spadł na jego bok, Kylhar przyjął go płazem klingi, zbijając ostrze na bok. Wykonał krótki obrót, uszedł z linii natarcia i wnet znalazł się pozazasięgiem.

Beheros napierał nieprzerwanie. Dla niego pojedynek nie miał w sobie nic ze sztuki. Twarz zastygła mu w mascefurii.

Kylhar nie próbował mu dorównać siłą. Ustępował, cierpliwie wyczekiwał sposobności. Nie walczył dla widowiska. Szukał słabego punktu. Kiedy Blodwyn uniósł miecz do kolejnego ciosu, odsłonił bok pod naramiennikiem. Skoroświt natychmiast zszedł nisko i wcisnął ostrze w szczelinę jego pancerza. Metal nie zdołał go powstrzymać. Klinga weszła pod kątem i pomknęła wzdłuż barku, głęboko rozcinając ciało aż po okolicełopatki.

Krew trysnęła z rany niby fontanna posoki. Lord Galgrave zawył, lecz nie ustąpił – pojęcie kapitulacji nie istniało w jego języku. Zacisnął zęby, uderzył barkiem i natychmiast ruszył ponownie.

Żołnierze jeszcze przed chwilą walczący na obrzeżach potyczki zatrzymali się instynktownie. Ten widok im wystarczył: dwie postacie odcięły się od reszty pola bitwy jak osobny, zamknięty światprzemocy.

Kylhar zdawał sobie sprawę, że Beheros opada z sił. Kolejne ataki traciły impet, ramiona poruszały się z większym oporem, natomiast przerwy między uderzeniami stawały się wyraźniejsze. Wszystko zawęziło się do ostrza, oddechu i wolnej przestrzeni rozdzielającej ichsylwetki.

Nie docierał już do niego harmider walki ani obecność oddziałów. Całość ograniczyła się do powtarzalnego układu działań: natarcie, odpowiedź, przesunięcie pozycji. Jeszcze jeden unik, jeszcze jeden ruch nadgarstka i klinga znajdzie drogę doszyi.

Skoroświt na swoje nieszczęście przeoczył Erylona, skupiony wyłącznie na przeciwniku przed sobą. Dowódca Niebieskich wynurzył się z bocznej strefy, po czym wyprowadził cięcie pod żebro. Buntownik jęknął, miecz wypadł mu z dłoni. Zacisnął dłoń na ranie, niemniej krew nie przestawała sączyć się przez palce. Obraz przed oczami zaczął się rozwarstwiać, kontury drżały i rozlewały się w nierównychfalach.

Powietrze stało się cięższe, dźwięki otoczenia przytłumione. Ktoś krzyczał – głos odbił się echem gdzieś w zakamarkach jego świadomości. Uczucie to było mu obce od lat, zwykle inni dogorywali w błocie jak psy. Śmierć powoli wdzierała się do ciała, przebijając cienką błonę oddzielającą życie od nicości. Nie został pokonany w uczciwym starciu, lecz zdradziecko, ciosem zadanym spoza polawidzenia.

Zbrojni wrogiej strony zamknęli go w kręgu. Padły szyderstwa, plwocina rozprysła się tuż przed nim, Erylon Solmir już unosił broń, mierząc w gardło, by zakończyć sprawę namiejscu.

Wtem Blodwyn wdarł się między nich, odpychając kolejnych z drogi. Irytacja ścinała mu myśli. Świadomość, że od porażki dzieliło go zaledwie kilka oddechów, podsycała gniew. Rozejrzał się wokół. Zmiażdżone pancerze oraz ziemia rozorana krwią pozwalały zrozumieć, że takich zniszczeń nie przyniósłby żadenmiecz.

To bestie stratowały większość oddziału. Teraz na szczęście zniknęły z pola widzenia, rozpraszając się w zamęcie; być może wpadły między zabudowania albo runęły dorzeki.

– NIE! – zagrzmiał, odrzucając ich samosąd. – Burzowy Szpon zostanie skazany przez samego króla. Na razie znajdźcie jakąś belkę i go zawieście – tylko tak, żeby nie zdechł, zrozumiano?

Kylhar splunął krwią przed siebie, kilka kropli osiadło mu nabrodzie.

– Żałosne… – zaczął, prostując się z wysiłkiem. – Gdybyś miał jaja jak twój ojciec, walczyłbyś teraz przeciwko Niebieskim, a nie bawił się w ichnarzędzie.

Blodwyn, chcąc nie chcąc, przejął się słowami zdrajcy, obraza wgryzła się w niego niczymzadra.

– Nie wiem, dlaczego mnie prowokujesz – wydukał z rozdrażnieniem. – Złamałeś przysięgę, straciłeś wszystko, na co pracowałeś przez tyle lat. I po co ci tobyło?

Buntownik spróbował się zaśmiać, lecz dźwięk rozpadł się w gardle, przecięty bólem. Każda próba wydobycia słów kończyła się napadem kaszlu.

– Głupcze… Nie pamiętasz już księcia Aelryna? Byłby najlepszym władcą, jakiego widział ten kontynent. Mówili, że zabrało go choróbsko, ale ja wiem lepiej. Patrzyłem, jak słabł dzień po dniu. Coś wysysało z niego życie, kropelka pokropelce.

– Nie chcę tegosłuchać.

– To mnie, kurwa, dobij.

Żołnierze patrzyli na to z niesmakiem, lecz nie odchodzili. Czuli, że muszą wysłuchać wszystkiego do końca, inaczej zostanie im poczucie, że przegapili cośważnego.

– To Baris to zrobił – wydusił jeszcze Kylhar. – Może nie własną ręką, niemniej to on… zapytasz, dlaczego? By zatrzymać koronę na dłużej. Los jednak z niego zadrwił – urodziły mu się córki. Wierz mi, żadna z nich nie zasiądzie na tronie. Ludzie na to niepozwolą.

Blodwyn zacisnął pięści, aż zbielały muknykcie.

– Nie dziwi mnie, że zniżyłeś się do tak podłej insynuacji. Osobiście widziałem jegozwłoki…

– Widziałeś tylko to, co chciał, żebyś zobaczył – wychrypiał Buntownik, usiłując uchwycić wzrok Beherosa, lecz świat rozmywał się już we mgle. – Te objawy... tak wygląda śmierć od trucizny. Zrobiłem porządne rozeznanie, rozmawiałem z najlepszymi zielarzami; według nich to nic innego aniżeli naparstnica. Zabija po cichu, aż serce zapomina, jak bić. Nie ma żadnego krzyku. Książę szybko dorósł i stał się przeszkodą. Był zbyt silny, zbyt lubiany, zbyt… żywy dla własnego ojca. Ten uznał, że lepiej stworzyć nowe dziedzictwo. Teraz już wiem – można patrzeć i wciąż niczego nie dostrzegać. W stolicy nawet kłamstwa majązapach.

Blodwynowi nie spodobało się to, co usłyszał. Coś w nim drgnęło – może cień wątpliwości. Szybko jednak zagłuszył to gniewem. Spojrzał po swoich ludziach i od razu zrozumiał, co się dzieje. Wielu milczało nie z braku zdania, lecz ze strachu. Zgadzali się z Kylharem, lecz nie mogli tego okazać, wiedząc, że za taki sprzeciw czekałaby ich śmierć.

– Zawsze umiałeś siać niepewność – powiedział jakby od niechcenia. – Nawet gdybyś miał rację, co z tego? Od ponad pięciuset lat Niebołamacze rządzą Gjaladenem, a nagle ma być inaczej, bo nie podoba ci się to, że zabijają się między sobą? Nie ty pierwszy im się sprzeciwiłeś i pewnie nieostatni.

– W tym królestwie prawda jest jak pies – kopie się ją, aż przestanie szczekać. Nawet gdybym to jakoś udowodnił, większość odwróciłaby wzrok. Aelryna podtruwano tygodniami, wiele osób musiało mieć w tym udział.

– Kogo jeszcze podejrzewasz?

Kylhar nie miał już siły, by dalej odsłaniać ten obraz niesprawiedliwości.

– Zabiorę to do grobu. A ty? Służ dalej tymskurwysynom…

Erylon i drugi zbrojny, mężczyzna o wyjątkowo zakręconych wąsach, ruszyli ku Kylharowi z kamienną powagą. Nie zamierzali dłużej zwlekać; rozmowa trwała zbyt długo. Chwycili go pod ramiona i poderwali zmiejsca.

– Ma być żywy – upomniał ich Beheros lodowato.

Pod jednym ze słupów przygotowano sznur nie służący szybkiemu uśmierceniu, lecz powolnemu zadawaniu cierpienia. Ich zadaniem było unieruchomienie jeńca w zawieszeniu, tak by ciężar ciała sam prowadził domęki.

Zaciągnęli go pod konstrukcję i przewlekli linę tuż pod pachami, po czym szarpnięciem unieśli w górę. Zbroja nie pozwalała na dokładne dopasowanie wiązania, dlatego też ucisk stawał się jeszczedotkliwszy.

Kylhar zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią drapał powietrze paznokciami, walcząc o każdy oddech. Mimo wszystko wciąż trwał, samym uporem umniejszając swoimwrogom.

Dziesięć włóczni dalej ogień buzował zarówno w Rybim Pęcherzu, jak i w Belybanie, kapitanie strażyBarkleach.

Górnik miał na sobie jedynie pikowany kaftan. Lata harówki przy kilofie wyryły na nim swe znamię, lecz nie przytępiły wojowniczego zmysłu. Wychudły od ciężkiej pracy, lecz krzepki, wciąż mógł okazać się śmiertelnie groźny.

Wszelako nie miał nic wspólnego z wojskowym rzemiosłem. Nie znał formacji ani nie uchodził za mistrza fechtunku. Nie przeszedł żadnego szkolenia, nic z tych rzeczy. Kierowała nim jedynie sumienność, za młodu przyszło mu przejść przez niejedno piekło, nie na polu bitwy, lecz w świecie, gdzie o przetrwaniu decydowała brutalnacodzienność.

Wiedział, że szanse na wygraną są nikłe. Belyban parował ciosy tak, jak wykonuje się rozkaz. Popiół tańczył wokół obydwu, osiadając w bruzdach twarzy, ich oblicza stapiały się z szarością krajobrazu. Trudno było powiedzieć, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna pogorzelisko.

Wtem Rybi Pęcherz uskoczył w bok i cisnął garścią piachu. Ziarnista chmura uderzyła w oczy Belybana, przysłaniając mu wzrok na dwa uderzenia serca. W tym samym momencie doskoczył z ostrzem wymierzonym wgardło.

Kapitan nie cofnął się ani o krok. Uniósł tarczę w samą porę, przyjmując uderzenie z hukiem. Krawędź uderzyła w głowę Rybiego Pęcherza, wytrącając go z równowagi. Górnik zatoczył się, wypluwając ząb, może dwa. Ból przestał mieć znaczenie. Śmiał się już tylko z przyzwyczajenia.

I wtedy nadeszło coś, czego żaden z nich nie brał pod uwagę. Strzała przemknęła przez wojenny zamęt i przeszyła szyję Belybana na wylot. Głowa szarpnęła się gwałtownie, źrenice rozszerzyły się w osłupieniu. Sprawiedliwość nie imała się pól bitewnych. Rzadko miała tam cokolwiek do powiedzenia; częściej wyrok wydawał przypadek, jednym odbierając życie, drugim darując oddech za cenękalectwa.

Beheros rozejrzał się, szukając miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą Vezgan roztrzaskał komuś czaszkę. Nie dostrzegł go. Niebołamacz wraz z Hasanem wpadli w osobny nurt wydarzeń, odsuwając się od głównego zwarcia, aż całkowicie zniknęli gdzieś pomiędzy rozbitymi szykami. Tam, gdzie szyki rozpadły się w kotłowaninę, pozostało już tylko dwóch ludzi i ichpojedynek.

Nieopodal, w budynku przylegającym do muru, rozbrzmiewały krzyki. To tam rozgrywał się ostatni akt oblężenia. Dzik zmierzył się z orłem – kły przeciw pazurom, grunt przeciw niebu, upór przeciwgniewowi.

Wnętrze myśliwskiej chaty, obwieszone porożami, wybielonymi czaszkami tudzież zardzewiałymi pułapkami, stało się areną. W belkach wyryto gwiazdy Mokoszy, nad wejściem zaś wisiały plecione wieńce z bylicy i dzięgla.

Wszędzie roi się od niewiernych – zauważył Vezgan. Nie dawało mu to spokoju. Stare bóstwa nie miały już miejsca w nowym porządku, niemniej Niebiescy nie potrafili do końca zatrzymać plagiheretyków.

Dało się odczuć woń palonej kory brzozowej i jałowca – wyziewy mieszały się z gryzącym dymem. Niebołamacz wymachiwał młotem oburącz, zadając ciosy zdolne pozostawić wyrwę w murze. Hasan nie podejmował parowania, jeno cofał się w głąb izby. Uniki zastępowały zmagania siłowe. Kurcząca się przestrzeń zmuszała do ciągłego odwrotu. Wiedział, że jedno trafienie wystarczy, by został rozpłaszczony niczym bryłagliny.

W całym tym położeniu śmierci musiały paść jakieś słowa – zarówno te potrzebne, jak i te rzucone w próżnię.

– Wchodzisz tu z armią… – Hasan nie krył zniesmaczenia. – Ale niekoniecznie z nią wyjdziesz. Niepotrzebnie tuprzybyliście.

– Mieliśmy czekać, aż zobaczymy twoje trebusze pod murami? – odbił Burzowy Szpon. – Nawołujesz innych do zdrady, kradniesz z Trzech Kowadeł i wypatrujesz tylko okazji, by nas wyrżnąć. Gdy wilk krąży wokół zagrody, nie ma znaczenia, że przysiągł nie tknąć owiec. Rozumiesz? Mój brat ma uszy w całym Gjaladenie. A ty, głupcze, zdecydowałeś się wesprzeć Buntownika. To twójkoniec.

– Obaj wiemy, że zbliża się wojna. Bezczynność niczego by nie wniosła. Każdy ma już dosyć waszegoreżimu.

– Może powinieneś przygotować na nią swoichsynów.

Słowa niosły ze sobą smutną insynuację, zaledwie kilka oddechów dzieliło ich od ponownego rzucenia się sobie dogardeł.

– Wysłałem ich w bezpieczne miejsce. Z dala od waszych pierdolonych sów – odburknął Hasan, czując w głębi siebie satysfakcję, że potomstwo uniknęłoognia.

Nie wiedział jednak wszystkiego. Prawda pozostawała poza zasięgiem. Ajamed już wcześniej skłonił głowę przed Barisem, na długo przed oblężeniem Barkleach. Możliwe, że to on przekazał Niebołamaczom informacje o jego prawdziwychzamiarach.

Vezgan patrzył na niego, pozostając daleko od jakiegokolwiek współczucia. Po chwili wskazał palcem na miasto trawione ogniem idorzucił:

– Taką cenę płaci się za podstępną ambicję. Twoje dzieci odziedziczą gruzy. O ile w ogóle dożyją, by jeprzejąć.

– Nie boli cię bunt Skoroświta – stwierdził Hasan, zmieniając wątek. – Tylko to, że nie siedzisz na tronie. Wiem, że chciałbyś rządzić, że żałujesz dnia, w którym oddałeś władzę młodszemubratu.

Niebołamacz zwykle odrzuciłby takie oskarżenia. Tym razem jednak nie zamierzał już ukrywać swoich intencji, w końcu za chwilę miał zabićrozmówcę.

Lord Narowilu nie zdawał sobie sprawy, że ugodził w ranę dawno skrytą pod pancerzem milczenia. Nie wiedział o Syanie ani o dziecku, noszonym przez nią pod sercem. Vezgan przez lata odsuwał od siebie myśl o potomstwie, odkładając ją na później z racji powinności ciążących na BurzowymSzponie.

Z czasem jednak pragnienie to przestało być ledwie odległą myślą. Zagnieździło się w nim na dobre, rosło po cichu, aż poczęło domagać się spełnienia. Stało się żądzą własnego miejsca w świecie, własnego dziedzictwa. A o takie miejsce należało walczyć – choćby przyszło okupić je krwią własnej rodziny.

– Baris widział w tobie tylko psa, szczekającego wtedy, gdy mu na to pozwolono – wyrzucił jeszcze Niebołamacz. – Musiałeś odsłonić kły, więc zbieraj to, co zasiałeś. A skoro mowa o braciach… Z tego wszystkiego przypomniał mi się Zyhryd. Pamiętam, jak błagał o życie – skłamał, chcąc wyprowadzić Hasana z równowagi. – Niby próbował walczyć, ale ostrze pod gardłem wiele zmienia. Gdy zrozumiał, że to koniec, zaczął skomleć. I to jego spojrzenie... takiezawiedzione.

I wtedy rozpętało się piekło. Hasan kątem oka dostrzegł nadpalony wspornik podtrzymujący konstrukcję dachu. Gdy młot Vezgana przeciął powietrze tuż przy jego skroni, Koniczyna odskoczył, po czym kopnął z całej siły w osłabioną podstawę. Krokwie puściły, a strop runął z hukiem.

Część więźby osunęła się z trzaskiem, przygniatając Niebołamacza do podłoża. Hasan nie czekał; wiedział, że druga sposobność może się już nie nadarzyć. Dopadł go w dwóch krokach, uniósł ostrze i ciął w nadgarstek, tam, gdzie stalowe ogniwa rozstępowały się, odsłaniając wąski pas ciała. Klinga weszła w szczelinę z głuchym chrzęstem i przecięła nadgarstek aż do szczętu. Posoka buchnęła z rozcięcia, a dłoń oderwała się od przedramienia.

Vezgan wyswobodził się z pułapki, chwycił Hasana za gardło i runął z nim naprzód. Obaj wlecieli w ścianę, rozbijając ją w drzazgi i lądując w kolejnympomieszczeniu.

Lord Narowilu, oszołomiony, sięgnął po jedyne, co miał w zasięgu – czaszkę jelenia. Wymierzył nią w głowę i zaczął uderzać. Raz. Drugi. Coś pękło, krew bryzgała, mimo to orli szał trwał niezmiennie. Trzeci cios roztrzaskał łuk brwiowy, pozostawiając głęboki, karminowy rów, lecz Niebołamacz trwał niewzruszony. Przez ból i gniew parł dalej, wynosząc adwersarza siłą w stronę wyjścia. Wśród ognia, popiołu oraz szalejącego wiatru, stojąc między blankami, uniósł go nadgłowę.

– Pozdrów Zyhryda – warknął, po czym cisnął nim zamur.

Hasan runął z niemałej wysokości w odmęty rzeki. Głuchy plusk stanowił potwierdzenie. Woda, jeszcze niedawno spokojna, teraz kipiała od chaosu oblężenia. Dryfowały na niej chorągwie tudzież roztrzaskane tarcze. Pomiędzy nimi unosiły się ciała: pozbawione twarzy, z wypatroszonymi brzuchami, z oczyma rozwartymi szeroko. Barkleach stało się masowymgrobem.

A nad tym wszystkim unosił się dym. Ciężki, gryzący całun, niosący pamięćzniszczenia.

Lepiej być wojownikiem w ogrodzie niż ogrodnikiem nawojnie.

Kwiaty zła

Co prawda wesele nie wypadło najpomyślniej. Zazdim nie potrafił oderwać się od martwego chłopca. Wardowie próbowali go odciągnąć, lecz ten odpychał ich raz po raz; każde dotknięcie obcych dłoni jeno pogłębiało rozpacz. Jedna z jego pereł miała już na zawsze spocząć na dnie morza, zgodnie z obyczajem Kamienistego Brzegu, gdzie zmarłych powierzano objęciom głębin.

Tylko nieliczni dzielili z Quarrenhalem jego cierpienie. Pozostałym przypadła jedynie rola biernych widzów. Taki obrót spraw dla części z nich okazał się nawet pomyślny; cudza niedola przyćmiewała własne niepowodzenia. Nad horyzontem przetoczył się pierwszy grzmot, zwiastujący burzę, niemniej o wiele łagodniejszą od tej, jaka rozpętała się w ogrodzie.

Wśród narastającego chaosu dostojnicy oraz służba zaczęli zadawać sobie pytania: kto odważył się zabić potomka Morskiego Lorda? Co jeszcze wydarzy się tej nocy? Sama śmierć nie budziła już poruszenia; z nią nauczyli się żyć. Napięcie brało się z czegoś innego – z łaknienia prawdy o tym, co naprawdę zaszło. Najsilniej tliło się jedno pragnienie: odkryć sprawcę morderstwa.

Zazdim nie chciał uronić już ani jednej łzy przy dworzanach. Wszelako wbrew plotkom krążącym po karczmach i zamtuzach, gdzie szeptano o nim jak o potworze, wciąż pozostawał człowiekiem, zdolnym opłakiwać własnąkrew.

Pierwsze krople deszczu spadły z nieba. Jeszcze przez kilka oddechów klęczał przy ciele syna, ściskając w dłoniach ziemię. Drobiny gleby wciskały mu się pod paznokcie. Może chciał wydobyć z niej jakieś odpowiedzi? Może miała mu zdradzić imię winowajcy? Nie… natura Quarrenhalów zawsze wiązała się z wodą, nie z gruntem – w końcu to nie tam składano ich pośmierci.

Gdy poderwał się nagle, na twarzach zgromadzonych odmalowało się czyste osłupienie. Strażnicy odruchowo cofnęli się, kiedy sięgnął po miecz jednego z nich. Zbrojny stojący najbliżej nawet nie próbował go powstrzymać; nie wiedział, czy powinien. Wszak naprzeciw niego nie stał żadenrzezimieszek.

Morski Lord przeciął powietrze tuż przed zebranymi. Stal błysnęła w poświaciepochodni.

– Żaden to przypadek! – ryknął. – No który?! Mówić, kurwa! Który z was?! Który miał w sobie tyle jadu?! Gdzieś tu jest pierdolony wąż!

Wśród gości zakiełkowały wątpliwości. Nikt nie potrafił rozstrzygnąć, czy chodziło mu o czyjąś zdradliwość, czy może o aluzję do rodu Harangasai – jego przedstawicieli przecież nawet nie zaproszono.

– Wszyscy macie krew na rękach... – dodał chrapliwie. – Staliście tu, patrzyliście… i pozwoliliście mu umrzeć. Nikt nie kiwnął palcem. Teraz będziecie patrzeć, jak ja pamiętam. Jak jarozliczam.

Gniew przesłaniał mu myślenie; w każdym widział współwinnego, jakby śmierć syna rozlała się na wszystkich obecnych, czyniąc ich jednakowopodejrzanymi.

Zazdim klął nieprzerwanie, z oczyma utkwionymi w chłopięcym ciele, lecz żadne słowo nie mogło wskrzesić tego, co już zgasło. W końcu ramiona opadły. Wiek i żal zrobiły swoje. Klinga runęła z łoskotem na kamień wyznaczający ścieżkę w głąb ogrodu.

– Chcę sprawiedliwości! – zagrzmiał raz jeszcze, już bardziej do samego nieba niż dozebranych.

Król Baris nie zamierzał dłużej czekać, aż sztorm wyczerpie swoje siły. Władczy gest wystarczył, by jego ludzie ruszylinaprzód.

– Obezwładnić go – powiedział beznamiętnie. Może traktował to jako okazję do...

Wardowie zwarli szyk i zaczęli podchodzić z rozwagą. Wtedy wystąpił Kerdan Solis. To, co dostrzegli w jego oczach, niezbyt im sięspodobało.

– Nie ważcie się go tknąć – warknął, stając na drodze pierwszemu zestrażników.

Ten nic nie odpowiedział. Zanim zdążył cokolwiek uczynić, Kerdan chwycił go za nadgarstek, po czym uderzył głową w twarz. Cios oszołomił zbrojnego i rozluźnił jego chwyt; miecz wysunął się z dłoni i upadł na wilgotną darń. Drugi ward zaatakował natychmiast, lecz Solis wbił się w niego barkiem, posyłając wprost naziemię.

Niebołamacz nie znosił sprzeciwu, jeszcze mniej zaś tych, co uchylali się od zasad gościnności. Ukryty za maską wzrok skierował ku małżonce. Była blada i oszołomiona, pasmo włosów przykleiło się jej do policzka. Drżała tak mocno, że szczękała zębami, mimo to stanęła między Kerdanem a nadciągającymi gwardzistami. Nie chciała dopuścić do rozlewu krwi – miasto i tak dźwigało już zbyt wielebólu.

– Przestańcie… – powiedziała przez ściśnięte gardło. – Nie ma sensu, byście zwracali się przeciw sobie. Jeśli naprawdę chcecie znaleźć winnego, nie zrobicie tego nad kolejnymitrupami…

– Dość! – przerwał wtedy Baris. – Odprowadźcie królową do komnaty. Natychmiast. I zabierzcie stądbliźniaczki.

Nie spodobało mu się, że Veyris wzięła sprawy w swoje ręce. Ta spojrzała na niego z niemym wyrzutem, wszelako nie rzekła ani słowa. Kiedy dłonie służek ujęły ją za ramiona, pozwoliła się odprowadzić – nie miała innegowyjścia.

Z kolei Morski Lord spojrzał na gwardzistów przez mgłę bólu.

Tasak, Nemtor oraz Micun zatrzymali się w odległości jednej włóczni od Kerdana. We trzech mieli przewagę liczebną, lecz żadnej pewności, czy zdołają powalić takiego olbrzyma.

Zebrani goście cofnęli się jeszcze o krok w posępnym zrozumieniu. Wszyscy wiedzieli, że w Syvandis jedynie królewska straż miała prawo nosić broń podczas uroczystości. Przybysze tudzież dworzanie składali ostrza już przy bramach pałacu. Tak nakazywał porządek. Tak strzeżono bezpieczeństwa.

– Nie zrób nic głupiego, Solisie – rzucił Tasak, mrużąc oczy. Postać przed nim wciąż pozostawała niewyraźna. – Nie chcemy krwi. Jeszcze nie.

Wtedy szarańcza rozstąpiła się, tworząc przejście dla nadchodzącej Jekateriny Monfort, która nie musiała podnosić głosu, by zapanować nad zgromadzonymi. Kroczyła powoli, z gracją właściwą tym, co od urodzenia obcują z władzą. Zsunęła z ramion opończę i podała ją jednemu ze służebnych, nawet na niego nie spoglądając.

– Wzruszające – zagadnęła z przekąsem. – Nie wątpię, Kerdanie, że potrafisz miażdżyć nadgarstki. Ale czy poradziłbyś sobie równie dobrze z którymś z Burzowych Szponów? Czy tylko słabszych masz odwagę ruszać? Rzeczywiście… godnepodziwu.

Była to jawna prowokacja, wyzwanie rzucone po to, by wytrącić z równowagi człowieka spowitego w naramienniki zdobione krakenami. Jego długie ramiona przypominały macki, gotowe pochwycić wszystko, co tylko znalazło się w ichzasięgu.

– Stul gębę, pizdo – warknął.

Nie podobała mu się gra Lisicy z Wyjącego Fjordu. Lekceważenia nie znosił bardziej niż czegokolwiekinnego.

– Pff... Burzowe Szpony… Gdyby przestali się chować, to połamałbym im kości. Na razie nie widzę tu żadnego.

Rozejrzał się demonstracyjnie, jakby istotnie oczekiwał, że jeden z nich wyłoni się zcienia.

– Zachowywanie się jak świnia wychodzi ci lepiej niż rycerzykowanie – odbiła natychmiastowo. – Jednak musisz coś zrozumieć: rozjuszona kobieta uzbrojona w słowa bywa groźniejsza niż mężczyzna trzymającymiecz.

Całe to zajście rozwścieczyło królaBarisa.

– Ostrzegam cię – zwrócił się do olbrzyma z Madenfal. – Jeszcze jedno słowo, a twój jęzor wyląduje w rynsztoku. Nie zapominaj, gdzie jesteś. To nie oberża, żebyś ciskał obelgami, gdzie popadnie.

Kerdan Solis spojrzał na niego twardo, po czym skinął głową. Gniew ustąpił rozsądkowi. Mimo wszystko palce odruchowo powędrowały do pasa, szukając rękojeści sztyletu. Natrafiły jeno na pustkę; całą broń przecież pozostawił przedwejściem.

Myśli Niebołamacza skupiły się na Jekaterinie. Miała w sobie coś, czego nie znajdował u swojej żony – zadziorność, odwagę, ten drapieżny błysk w oku budzący szacunek i pożądanie zarazem. Dostrzegał w niej nie tylko siłę, ale i determinację zdolną odmienić losy królestwa, gdyby tylko potrafiła ją właściwieukierunkować.

Wnet ktoś z tłumu wskazał wreszcie to, co od początku umykałowszystkim.

– No właśnie! – zawołał jeden z wielu cieni. – Gdzie są BurzoweSzpony?

Dopiero teraz gawiedź zaczęła dostrzegać związek. Wcześniej wszyscy tonęli w zamęcie wokół morderstwa, nie wychodząc myślą poza pierwsze, najgłośniejszeoskarżenia.

– I Mildred… – dorzucił ktoś inny, mniejpewnie.

To pytanie pociągnęło za sobą lawinę kolejnychgłosów:

– Co zMildred?!

– Nigdzie jej niewidać!

Maski skrywały twarze, lecz nie emocje – te wymykały się spod osłony, ujawniając zbiorowe zaskoczenie.

– Dlaczego, do kurwy, nie ma tu Hjalkana i Nokramy?! – wychrypiał Zazdim, nie podnosząc głowy. – Mieli czuwać nad bezpieczeństwem… Może wiedzieli, co się stanie. Może zmówili się z gadziną! Co, jeśli to ona zamordowała mojego syna?! Chcę wyjaśnień! Coś tuśmierdzi!

Zanim zarzut zdążył zapuścić korzenie, odezwał się królBaris.

– Tak nie wygląda zdrada. Burzowe Szpony nie są tchórzami ani zdrajcami. Jeśli nie ma ich na miejscu, to dlatego, że jako pierwsi zwietrzyli niebezpieczeństwo i natychmiast ruszylidziałać.

Słowa zabrzmiały pewnie, lecz nie całkiem odpowiadały prawdzie. Hjalkana nie obchodził Zazdim Quarrenhal czy też jego ród. Nie widział w nich niczego wartego ochrony; mogli zdechnąć, a on nie poświęciłby temu ani jednej myśli. Teraz ścieżka prowadziła go kuMigarowi.

– Gdyby jednak okazało się, że to księżniczka stoi za śmiercią twojego syna… – Niebołamacz odczekał trzy uderzenia serca. – Przysięgam, że zostanie tu sprowadzona i odpowie za swojeczyny.

Następnie powiódł palcem wzdłuż krawędzi maski. To, co się wydarzyło, wciąż zaprzątało jego uwagę. Wtedy przywołałochmistrza:

– Klyffen!

Ten, jak to często bywało, przemykał nieopodal. Natychmiast wystąpił iwydukał:

– Tak, mójpanie?

– Rozdzielcie wszystkich gości. Każdego z osobna, bez najmniejszej możliwości kontaktu. Nikt nie opuści miasta, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona.

Zazdim łypał na Niebołamacza z nienawiścią, na tyle jawną, że inni obecni bez trudu to wychwycili. I właśnie wtedy poczęły rodzić się poboczne rozmowy. Niektórzy uświadomili sobie, że nie jest to już spór między władcami, lecz zatarg, którego skutki mogą w każdej chwili dosięgnąć również ich.

Jakiś wąsaty dworzanin zahaczył dłonią o kielich i rozlał wino na obrus. Inny przesunął się niepostrzeżenie bliżej wyjścia. Lord Uzjar obserwował, jak Lucieg przeciska się przez motłoch, zbierając wokół siebieciemność.

– Na kogo stawiasz, jeśli dojdzie do walki? – zagaił, gdy tamten zbliżył się dostatecznieblisko.

Włosy podskarbiego, równo przycięte i już przerzedzone na skroniach, dodawały mu lat, choć prawdziwy wiek pozostawał zagadką. Potrafił zakrywać, dzielić, a przede wszystkim mnożyć. Prowadzone z nim pertraktacje zazwyczaj kończyły się ubytkiem monet w cudzej sakwie. Patrząc na ludzi, widział nie dusze, lecz rachunki – kolumny liczb, zyski i straty.

Co też sprawiło, iż Niebołamacze zawierzyli mu na tyle, by powierzyć pieczę nad skarbcem? Być może to, że nigdy nie obnosił się ze złotem. Nawet w stroju zachowywał powściągliwość, przyodziewając się w proste tkaniny, pozbawione jaskrawych barw i kosztownychozdób.