Kroniki Wiarowników - Grzegorz Szczepara - ebook

Kroniki Wiarowników ebook

Grzegorz Szczepara

5,0

Opis

W każdej legendzie tkwi ziarno prawdy. Mit potrzebuje wiary – lecz ta zawsze ma swoją cenę.

W murach Twierdzy Uldar bibliotekarka Sciona domyka spisywanie kronik, a Persie poznaje historie o narodzinach i upadkach Wiarowników. Oto siedem opowieści, które pozwalają odkryć i lepiej zrozumieć mroczny świat wojowników czerpiących moc od pradawnych bóstw. Droga Kondara ku odkupieniu, bolesne mistrzostwo Simona i Valerii, bezlitosna prawda o „cudach” w Wielkiej Skale, ofiara Rainy, spryt Bergama, tragedia Iryny czy dramat Thilo uwięzionego we własnym umyśle. Każda z historii prowadzi ku nieuniknionej katastrofie. Czy Kroniki faktycznie są tylko zapisem dawnych wydarzeń? Czy może ostrzeżeniem przed tym, co dopiero ma nadejść?

Spin-off mrocznej serii Saga Wiarowników.

Przedstawione wydarzenia mają miejsce osiem lat po zakończeniu tomu pierwszego.

Saga Wiarowników

Mroczny świat postapokaliptycznej przyszłości, w którym dawne wierzenia i mity stają się rzeczywistością. Epicka seria dark fantasy, gdzie mieszkańcy mierzą się z wojną demonów i ludzi, która trawi średniowieczną Europę po kataklizmie.

Grzegorz Szczepara – polski autor literatury fantasy i science fiction, zafascynowany mitologią, dark fantasy i motywami postapo, które znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości. Debiutował mroczną powieścią „Wiarownik”, która otwiera epickie uniwersum z pogranicza światła i ciemności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 417

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Czytagi

Nie oderwiesz się od lektury

Kroniki stanowią swoiste upamiętnienie postaci, które miały realny wpływ na wielką bitwę z demonami. Skupiają się na Wiarownikach, przedstawiając ich historie w ciekawy i angażujący sposób. Przejścia między kolejnymi opowiadaniami są płynne. Po każdej historii pojawiają się rozmowy Persiego ze Scioną, dotyczące wydarzeń, które miał okazję poznać.
00



Grzegorz Szczepara

Kroniki Wiarowników

Saga

Kroniki Wiarowników

Redakcja: Karolina Przybył (gabinetslowa.pl)

Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney

Copyright © 2025, 2026 Grzegorz Szczepara i Saga Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727331362

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Kontakt z twórcą:[email protected]

Strona:www.wiarownik.pl

Przedmowa

Drogi Czytelniku,

dziękuję, że sięgnąłeś po tę książkę. Powieść, której przedmowę właśnie czytasz, jest efektem niemal roku intensywnej pracy – okresu pełnego twórczej pasji, nieprzespanych nocy, wielu notatek i momentów, w których świat Wiarowników żył we mnie mocniej niż rzeczywistość. Oddaję Ci teraz w ręce coś, z czego sam jestem niezwykle dumny i co – mam nadzieję – stanie się również dla Ciebie wyjątkową literacką podróżą.

Drugi tom Sagi Wiarowników, zatytułowany Kroniki Wiarowników, nie jest bezpośrednią kontynuacją pierwszej części, jednak stanowi dla mnie niezwykle ważny krok w rozwijaniu szerokiej mitologii tego uniwersum. To właśnie te historie, te miejsca i ci bohaterowie rodziły się w mojej głowie jeszcze wtedy, gdy pisałem pierwszego Wiarownika. Zanim opowiem Ci dalsze losy Alaryka w Tomie III, chciałem zaprosić Cię do głębszego zanurzenia się w świat, który przez ostatnie lata tak mocno we mnie dojrzewał.

Moim zamysłem było, abyś poznał różne historie – opowieści o Wojownikach Światła, o ich zmaganiach, nadziejach, upadkach i zwycięstwach. To bohaterowie, którzy nie tylko walczą z potworami i ciemnością czającą się na zewnątrz, lecz także z demonami skrywanymi w ich własnych sercach. Zabieram Cię w podróż po postapokaliptycznej Europie, by pokazać wydarzenia z różnych jej zakątków, miasta, które zapadły się w mroku, oraz te, które uparcie wciąż próbują tlić się światłem. Każde miejsce, jakie tu znajdziesz, zostało przeze mnie stworzone po to, by uzupełniać i pogłębiać obraz świata, który poznałeś wcześniej – i który być może dopiero poznasz.

Książka została napisana tak, by osoby, które nie czytały pierwszego tomu, mogły bez trudu wejść do tego uniwersum. Jednocześnie ci, którzy znają Wiarownika, znajdą tu liczne smaczki, aluzje, nawiązania i rozwinięcia motywów, które zostawiłem celowo – z myślą o Was i o Waszej ciekawości.

Przykładałem ogromną wagę do tego, by historie zawarte w Kronikach były różnorodne nie tylko pod względem fabuły, lecz również gatunku, stylu i klimatu. To nadal dark fantasy, ale w jego ramach splatają się również elementy fatalizmu, folkowych wierzeń, heroic fantasy, science fiction, a nawet dramatu psychologicznego. Wszystko po to, by każda opowieść była unikalna, a jednocześnie organicznie pasowała do fundamentów tego świata – jego zasad, klimatu, historii i metafizyki.

Raz jeszcze dziękuję, że pozwalasz mi zabrać Cię w tę podróż. Mam nadzieję, że Kroniki Wiarowników dostarczą Ci nie tylko przyjemności czytania, lecz także chwil refleksji, emocji i poczucia obcowania z miejscem żywym, rozległym i niejednoznacznym.

Życzę Ci jak najlepszych doznań – i zapraszam do świata zrodzonego z pasji, który teraz oddaję w Twoje ręce.

Południowa Anglia, rok 2497

Pióro Sciony drżało, gdy kreśliło na pergaminie kolejne zdanie. W Twierdzy Uldar, wzniesionej nieopodal ruin dawnego Londynu, noc panowała już od jakiegoś czasu. Metalowe ściany bunkra, zimne i nieustępliwe, zdawały się mruczeć echem minionych wieków. Sciona odetchnęła głęboko, wciągając w płuca zapach kurzu i topniejącego wosku. Tu, w sercu biblioteki, światło świec ledwo lizało grzbiety ksiąg – nielicznych świadków czasów, gdy niebo spadło ludziom na głowy.

Spisywała tę historię setny raz, a wciąż czuła dreszcz. Prawie pięćset lat temu świat przestał istnieć w ogniu asteroidy. Ci, którzy przeżyli uderzenie, zostali wybranymi więźniami w stalowych silosach, czekając na dzień, w którym ziemia będzie gotowa na ich nadejście. Ale kiedy dekady później otworzyli grobowce, zamiast nadziei znaleźli koszmar. Demony nie wyszły z cienia. One wzięły świat we władanie.

Sciona poprawiła knot w lampie oliwnej. Wiedziała, że broń przodków była wobec nich niczym więcej jak zabawką. Kule i stal tylko podsycały gniew bestii. Dopiero gdy ludzkość stała na krawędzi wyginięcia, pojawili się Niebianie. Tajemnicze istoty ze światła nie przyniosły technologii, lecz wiarę i runy – jedyny język, który demony rozumiały. Jedyny, jaki je ranił. Tak narodzili się wiarownicy – wybrani kobiety i mężczyźni, którzy obdarzeni światłem tych istot, dokonywali niemożliwego.

Przez wieki krew tych świętych wojowników zmywała brud z powierzchni ziemi. Odbudowali monolity, barierę między naszą rzeczywistością a otchłanią, spychając pomiot z powrotem w ciemność. Dziś świat wydawał się spokojny, ale Sciona wiedziała lepiej. Skupiona, mocniej zacisnęła palce na piórze. Pozostała garstka demonów wciąż czaiła się w mroku, a historia o tych, którzy ich ścigają, nie mogła zostać zapomniana. Robią to po dziś dzień. Ich życia, dokonania i poświęcenia spisuję w tejże kronice ku pamięci potomnych. Takie jest moje zadanie i przeznaczenie…

W ciszy archiwum, którą dotąd mącił jedynie szelest pióra, rozległy się ciężkie kroki. Persie zatrzymał się przy dębowym stole nieopodal wejścia. Zazwyczaj omijał to miejsce szerokim łukiem – mrok biblioteki przegrywał w jego rankingu z ciepłym blaskiem kufla u Hartiego, lokalnego kowala. Scionę widywał tu rzadko, zazwyczaj jako cień przemykający między regałami. Ale tydzień jej nieobecności przy wspólnym stole to było za dużo, nawet jak na jego cierpliwość.

– Co ty tu znowu dłubiesz, moja droga?

Sciona uniosła wzrok. Uśmiechnęła się łagodnie, choć w jej oczach widać było zmęczenie.

– Uzupełniam kroniki. Zostało mi parę wolnych stron w tym tomie.

– Te o wiarownikach? – Oparł się o regał, próbując odczytać gęste pismo.

– Kroniki wiarowników – poprawiła go z wyraźną dumą.

Persie poczuł na karku chłodny dreszcz. Znał kilku z nich osobiście, ale w tej przykurzonej ciszy, otoczeni reliktami przeszłości, wydawali się niemal nierealni. Jak postacie z legend, a nie ludzie z krwi i kości.

– Ciągle nie rozumiem, po co to spisywać – mruknął, krzyżując ręce na piersi. – Nie zostało ich wielu, a ci, co szkolą młodych, i tak pakują im do głów wszystko, co trzeba. Czyny bronią się same, czyż nie?

Sciona milczała przez chwilę, gładząc pergamin, jakby sprawdzała, czy atrament już usechł.

– Trening uczy, jak trzymać miecz, Persie. Moje zapiski uczą, jak nie stracić duszy. To lekcje i przestrogi, których nie da się wykrzyczeć na placu ćwiczeń. Właśnie kończę historię Kondara.

Persie westchnął ciężko i usiadł na krawędzi wolnego blatu.

– Chodzi mi o to, że od tygodnia widzę tylko twój kark, a ja odbijam się w Uldar od ściany do ściany. Chciałem po prostu spędzić z tobą trochę czasu.

– Wiem, kochany. Obiecuję, że jak tylko zamknę ten tom, będziemy go mieli pod dostatkiem – odparła, a potem zmrużyła oczy w udawanym namyśle. – Swoją drogą, to zabawne. Wielki herold Uldar umiera z nudów?

– Wypraszam sobie – prychnął, choć bez złości. – Alaryk mi to wcisnął po naszych podróżach, podobno w nagrodę za męstwo. A prawda jest taka, że żyjemy na takim zadupiu, że jedyna rozrywka to liczenie worków z Nath i Zarah. Nawet karawany przestały prosić o eskortę, bo w okolicy nie został już ani jeden demon do ubicia. Pomagam więc Hartiemu w kuźni…

– Już ja widzę tę pomoc – zaśmiała się Sciona. – Sprawdzacie, kto szybciej opróżni kufel?

– Poniekąd. Umowa jest prosta: jedna kolejka za każdy wykuty miecz. Chłopak tak goni z robotą, że niedługo będziemy musieli ten złom eksportować. – Persie nagle spoważniał. – Więc... Kondar, mówisz?

Ciekawość, jego odwieczne przekleństwo, zaczęła brać górę. Życie w Uldar było bezpieczne, ale mdłe jak rozwodniona zupa. Opowieści Sciony brzmiały przy tym jak obietnica przygody.

– Kondar... twardy był z niego skurwiel – mruknął pod nosem, wspominając potężną sylwetkę wojownika.

– Przeszedł wyjątkową drogę – podchwyciła Sciona, widząc, że ryba połknęła haczyk. – Zasłużył na miejsce w tych księgach bardziej niż ktokolwiek inny. Wyszedł z mroku, który wielu by pochłonął, i odnalazł światło. W naszych czasach to niemal cud.

– A inni? Alaryk, Fatima, Valeria? O nich też coś nabazgrzesz?

– Kiedyś tak. Ale ich opowieści wciąż się piszą, są dopiero na początku drogi. Choć o młodych latach Valerii i jej wędrówkach z Simonem mam już całą historię.

Persie spojrzał na opasły tom z nowym rodzajem respektu. Twierdza Uldar nagle przestała mu się wydawać nudnym bunkrem, a stała się szkatułką pełną tajemnic.

– No dobrze, wygrałaś. Przekonaj mnie, że to warte twoich nieprzespanych nocy. Czym mnie zaskoczysz?

Sciona zawahała się, jej dłoń spoczęła na twardej oprawie. Wodziła wzrokiem po pustej bibliotece, aż w końcu skinęła głową i wskazała mu krzesło obok.

– Opowiem ci o Kondarze – zaczęła, obniżając głos, aż stał się głęboki i kojący.

– Przecież mówiłem, że znałem go dobrze. Byliśmy druhami.

– Znałeś wiarownika w lśniącej zbroi, Persie. Ale czy wiesz, kim był, zanim poczuł dotyk Niebian? Tę historię składałam po kawałku, ze strzępów wspomnień ludzi, którzy widzieli go na dnie. On sam nigdy nie chciał o tym mówić.

Persie nachylił się, niemal wchodząc w krąg światła lampy oliwnej. Zapomniał o kuflu u kowala i o nudzie.

– Posłuchaj uważnie – szepnęła. – To wydarzyło się jeszcze przed tym, co stało się w Nath...

Renesans duszy

Niedaleko wybrzeża Anglii, rok 2482.

Przesiąknięta wilgocią przestrzeń pod pokładem ledwo przepuszczała powietrze, gęste niczym mgła podczas zimnego poranka. Potężnie zbudowany, łysy mężczyzna leżał skryty w cieniu między workami z ziołami a drewnianymi beczkami, w których fermentowały solone ryby. Słodkawy zapach mieszał się z ciężkim, kwaśnym odorem starej soli, a razem tworzyły drażniącą mieszankę, która osiadała na języku i w gardle. Szum wody i stęknięcia pracujących na pokładzie ludzi dochodziły do jego uszu w nieustającym monotonnym rytmie, ale nie mógł sobie pozwolić na brak czujności.

Każde lekkie kołysanie statku wbijało jego ciało w szorstkie deski. Skóra chłonęła zimno drewna, zapomniała już, co to znaczy ciepło dagestańskiego piasku. Choć na chwilę znalazł sobie miejsce w tej przestrzeni z dala od ludzi, umysł nie przestawał go męczyć, a myśli wracały do dawnych dni, do twarzy, które już zniknęły, do krzywd, jakie wyrządził i ludzi, których nie ocalił.

Było coś niepojętego w dźwięku fal uderzających o kadłub. Na zewnątrz huczał wiatr, niosąc ze sobą zapowiedź nadciągającego sztormu. Oddech stawał się ciężki, jakby sam ocean kładł mu ręce na klatce piersiowej. Wiedział, że jeśli ktoś go odkryje, będzie miał więcej powodów do obaw niż tylko wzburzone morze. Załoga na takich statkach nie miała litości dla pasażerów na gapę, szczególnie dla tych, którzy na twarzy mieli wymalowane kłopoty.

Mężczyzna przymknął oczy, próbując zasnąć. Morze stało się dla niego ucieczką, ale lęk przed wykryciem pochłaniał go z każdą minutą coraz bardziej. Anglia była już bardzo blisko, stanowiła jedyną szansę na nowe życie, jeśli tylko przetrwa tę podróż. Nie pojmował, dlaczego umysł kazał mu wyruszyć właśnie tam, dlaczego wszedł ukradkiem na ten, a nie inny statek. Przeczuwał, że coś nim kieruje, ale nie umiał jeszcze tego wyjaśnić.

Nagle usłyszał skrzypienie drzwi do ładowni i kroki marynarza, który zszedł po coś pod pokład. Wstrzymał oddech, starając się stopić z mrokiem. Każdy dźwięk, każde drżenie mogło być zapowiedzią jego końca, ale jednocześnie przypominało mu o nigdy niezatraconej woli przetrwania. A jej miał pod dostatkiem.

Marynarz zbliżał się coraz bardziej. Coś dźwigał lub czegoś szukał po omacku. Podróżny wolał jednak nie wyglądać ze swojej kryjówki, by to sprawdzić. Słaby blask lampy oliwnej rozświetlał wnętrze ładowni, drżąc nieregularnie na ścianach, gdy okręt kołysał się na falach coraz bardziej wzburzonego morza. Wiedział, że nie może się ruszyć – najmniejszy szelest zdradziłby jego obecność. Płaszcz, którym otulił się jak kocem, chwycił mocniej w ramiona. Przykleił się plecami do ściany za beczkami, aby być jak najmniej widoczny.

Snop światła padł na stos zapasów z prowiantem. Twarz marynarza, zmęczona, pogięta i brudna wyłoniła się zza worków. Przystanął i popatrzył na wnętrze ładowni, chyba wyczuwał obecność kogoś obcego.

„Zachowaj ciszę Kondar… zachowaj ciszę” – powtarzał sobie w myślach.

Zmrużył oczy, nie pozwalając sobie na najdrobniejszy ruch.

W końcu marynarz odwrócił się i odszedł, mrucząc coś pod nosem. Gdy kroki na schodach ucichły, mężczyzna pozwolił sobie na swobodniejszy oddech. Ukrywanie się pod pokładem stanowiło ryzyko wykrycia – zbyt wielu ludzi kręciło się wokół, a z każdą kolejną godziną obawa, że ktoś go znajdzie, rosła.

Postanowił, że gdy zapadnie zmrok i większość załogi pogrąży się we śnie lub upojeniu, zacznie działać. Musiał przedostać się na wyższy pokład. Miał nadzieję, że znajdzie tam odpowiednie miejsce, w którym mógłby przeczekać do momentu, aż statek dobije do brzegu.

Noc zapadła bardzo szybko, mrok spieszył się, by pogrążyć okręt w nieprzeniknionej czerni. Kondar wszedł po schodach, zerknął przez niedomknięte drzwi, by ocenić sytuację na pokładzie. Wszędzie dostrzegał zmęczone twarze ludzi zajętych swoimi sprawami, ignorujących cienie przemykające między linami i masztami. Noc jawiła się sprzymierzeńcem, dającym iluzję niewidzialności.

Poszedł dalej i gdy minął kolejny korytarz, na którego końcu paliła się lampa, usłyszał głos. Głęboki i ochrypły, ledwie słyszalny przez ścianę, ale zdecydowanie wyraźny. Przystanął. Próbował rozszyfrować, o czym mówi. Słowa jednak szybko rozpłynęły się w hałasie morza uderzającego o burtę i w gwiździe wiatru.

W końcu dotarł do małej wnęki w cieniu pod jedną z bocznych burt. Tam przysiadł, osłaniając twarz przed morskim powiewem. Zamknął oczy i pozwolił sobie na wytchnienie. Stał się jednym z wielu cieni, które statek nosił na swym pokładzie. Wiedział, że kiedy dotrze do celu, zmieni swoje życie. I choć Anglia wydawała się ucieczką, czuł, że prawdziwe wyzwanie dopiero nadejdzie. Pytanie, dlaczego to robi, nie dawało mu spokoju, wiedział jednak, że już nie ma odwrotu. Musiał tylko wytrwać w ukryciu.

Siedział otoczony mrokiem, wyczekując momentu, gdy znów prześliźnie się niezauważony do kolejnej kryjówki. Zamiast ciszy, nagle usłyszał ciężkie kroki i przytłumione okrzyki. Początkowo pomyślał, że to zwykły zgiełk nocnych wacht, ale gdy kroki przyspieszyły i jego uszu dobiegły echa rozkazów, zrozumiał, że nie jest już anonimowym gościem w ciemnościach.

– Obcy na pokładzie! Świecić tu, natychmiast!

Światła lamp zamigotały, a mężczyźni w marynarskich kubrakach rozbiegli się w różnych kierunkach. Kondar poczuł zimny pot na plecach. Zbyt wiele nocy ukrywał się w ich otoczeniu. Tym razem los mu nie sprzyjał.

– Szukać! Szukać! – rozbrzmiały rozkazy kapitana.

Przysiadł głębiej za workami, nadstawiając uszu, gdy kolejny z mężczyzn zbliżył się do jego kryjówki. Wstrzymał oddech. Czuł, jak serce bije mu w piersi mocno niczym dzwon. Nagle tuż przed nim stanęła postać. Marynarz podniósł lampę, a jej światło padło prosto na niego. Oślepiony mrużył oczy, ale zanim zdołał się podnieść, silna ręka chwyciła go za kołnierz i brutalnie wyciągnęła na środek ładowni.

– No proszę! Intruz! – wrzasnął wysoki, umięśniony marynarz, przyciskając go butem do podłogi.

Kolejni członkowie załogi rzucili się w jego stronę. Przytrzymali jego ramiona i grubymi linami związali mu nadgarstki.

– Puście mnie do kurwy nędzy! – krzyczał, próbując się uwolnić.

– Coś ty sobie myślał? Że cię nie zauważymy? Na cudzym wyżyć chcesz, morski psie? – rzucił mu w twarz jeden z marynarzy, naciskając mocno stopą na jego plecy.

Próbował wziąć głęboki oddech, ale ucisk na żebrach sprawiał, że powietrze ulatywało mu z płuc w krótkich urywanych westchnieniach.

Dźwignięto go na nogi i wyprowadzono na pokład. Alarmowy dzwon rozbrzmiewał nad ich głowami. Nocne morze przyglądało się temu wszystkiemu z obojętnością. Związany, popychany czuł na sobie wzrok całej załogi. Pochylały się nad nim twarze twardych mężczyzn wykrzywione w złości i zniecierpliwieniu. Marynarze nie zamierzali pozwolić na taką bezczelność. Zimna bryza smagała jego twarz, a ciemne chmury nadciągające nad horyzont zapowiadały burzę – nie tylko w przyrodzie.

Ustawiono go na środku pokładu. Kapitan, niski i barczysty człowiek z blizną przecinającą policzek, spojrzał na niego chłodno. Usta miał ściągnięte w wąską linię. W jego oczach widniała czysta pogarda.

– Kim jesteś i czego szukasz na moim statku? – zapytał twardo.

Kondar milczał, zaciskając zęby, gotowy ponieść konsekwencje. Wiedział, że ważenie słów nic nie da.

– Mowę ci odjęło? Pytam jak człowiek człowieka.

– Muszę za wszelką cenę dostać się do Anglii – powiedział przytłumionym głosem.

– I pomyślałeś, że najlepszy ku temu sposób to wejście niepostrzeżenie na mój statek? Wyżeranie ryb, które wieziemy?

Do kapitana podbiegł siwawy marynarz z jakimś notatnikiem w ręku wtrącając swoje:

– Zdajesz sobie sprawę, że na statkach handlowych mamy kwatermistrzów, którzy potrafią ocenić straty po tygodniu żeglugi? – dopytywał szyderczo, a załoga śmiała się do rozpuku.

– Będąc szczerym, tak właśnie pomyślałem. Poza tą częścią o kwatermistrzu. Swoją drogą solone ryby smakują jak gówno, suszone są dużo lepsze – ocenił, patrząc mu po raz pierwszy w oczy.

– I to cię niby tłumaczy? – Pytał kapitan. – Statki wypływające z Portu Wschodniego są objęte prawem zapisanym w kodeksie. Luu! – zwrócił się do trzymającego zapiski majtka. – Powiedz panu, jak brzmi punkt piąty kodeksu żeglugowego!

– „Rejs na gapę musi być surowo ukarany natychmiastowym wyrzuceniem za burtę” – wyrecytował z pamięci.

– A jak brzmi punkt dziewiąty? – dopytywał kapitan.

– „Towar rybny ma być przewożony w zabitych gwoździami beczkach. Naruszenie towaru grozi natychmiastowym wyrzuceniem za burtę winnego tego czynu”.

– Właśnie. Tak się akurat składa, że moja załoga od dwudziestu lat ani razu nie złamała zasad. To nie jest jakaś zafajdana łajba, tylko porządny transportowiec, który nigdy nie zawiódł klientów. Ufam moim ludziom bardziej niż sobie.

– Rozumiem, że kodeks nie przewiduje żadnego przewinienia, za które nie wyrzuca się za burtę? – dopytywał szyderczo Kondar.

– Nie, to stare, proste i jasne zasady. Chłopaki! Wiecie, co robić – zawołał do marynarzy pewny wykonania rozkazu. – Do brzegu niecała mila, oby Posejdon był dla ciebie łaskawy.

Pod osłoną gęstniejącej nocy szarpnięto nieszczęśnika w stronę krawędzi burty. Wiatr huczał mu w uszach, mroźne podmuchy niemalże zrywały mu skórę z twarzy. Woda spieniona od morskiego wiatru i wysokich fal czekała jak bezdenna otchłań gotowa pochłonąć każdy okruch życia, który spróbuje przeciwstawić się jej sile. Gdy kolejny z marynarzy obwiązał mu nogi, wiedział już, że został bez szans.

– Tak się robi z pasożytami, które żerują na cudzym biznesie! – warknął majtek, pochylając się nad nim.

Zanim jednak zdążył odpowiedzieć, mocne dłonie pochwyciły go i z impetem cisnęły w zimne objęcia morza. Uderzył w wodę jak w ścianę lodu. Stracił orientację i wirował bezwładnie w czerni. Żywioł niemal pozbawił go przytomności, ale wtedy w jego głowie pojawił się głos powtarzający w kółko jedno słowo: „Zarah, Zarah, Zarah…”.

Wreszcie wypłynął na powierzchnię i łapczywie nabrał powietrza. Uderzenie w morską toń poluzowało więzy krępujące nogi. Jedno szczęście w nieszczęściu. W ciemności dojrzał oddalający się statek, którego światła migotały niczym szyderczy znak, że pozostawiono go na pastwę morza. Związane ręce zmuszały go do desperackiej walki, by utrzymać głowę nad wodą. Wierzgając i kopiąc z całych sił, starał się nie myśleć o głębokości pod sobą i o tym, jak łatwo mógłby zatonąć, gdyby choć na chwilę osłabł.

Gdzieś przed sobą między falami dostrzegł zarys lądu – ciemny cień na tle burzowego nieba. Od brzegu dzieliła go mniej więcej mila, może nieco mniej, ale wiedział, że musi spróbować. Unosił się na falach, łącząc rytm kopnięć z odpychaniem się skrępowanymi rękoma. Kosztowało go to wiele siły, a zimno zaczynało przeszywać jego ciało, odbierając mu czucie w kończynach.

W końcu jednak wyczerpany dotarł do płytkich wód i zaczął czołgać się po żwirowym brzegu, raniąc skórę na ostrych kamieniach. Nareszcie czuł stały grunt pod sobą, choć każdy metr ziemi wydawał się piekielnie ciężki do zdobycia. Przerzucił się na kolana, dysząc ciężko. Jego ciało pulsowało bólem i lodowatym chłodem.

Ostry kamień, leżący tuż obok, przykuł jego uwagę. Nie czekając dłużej, chwycił go pomiędzy kolana i zaczął pocierać o niego więzy na nadgarstkach. Minęły długie minuty, nim udało mu się rozerwać sznur i wyswobodzić sine już dłonie. Czuł jednocześnie ulgę i niepokój. Pochylony nad ostrym kamieniem pozwolił sobie na moment odpoczynku, a wtedy powoli zaczęły do niego powracać słowa, które słyszał, gdy walczył z żywiołem.

Gdy tak trząsł się z zimna na brzegu, dostrzegł niewyraźną postać idącą w jego stronę wzdłuż plaży. Tajemniczy mężczyzna początkowo obserwował, jakby ważył czy podejść czy uciekać. Empatia jednak wzięła górę. Okazał się nim rybak ubrany w poszarpany płaszcz, z siecią przewieszoną przez ramię. Mężczyzna zatrzymał się nieopodal Kondara. Patrzył na wyrzuconego na brzeg z mieszaniną podejrzliwości i ciekawości.

– Gdzie jestem? – wychrypiał ocalały, ocierając wodę z twarzy.

Rybak zmrużył oczy, wyraźnie zaskoczony, że ktoś taki jak on pojawił się w tej okolicy.

– Nieopodal Martwego Lasu. Wszystko w porządku? Jak się tu znalazłeś biedaku? – dopytał.

Kondar wziął głęboki oddech.

„Martwy Las. Południe Anglii. Udało się” – pomyślał.

– Tak mi zimno – rzekł ledwo słyszalnym głosem. Każdy oddech oddawał resztki ciepła, które jeszcze w sobie miał.

Rybak spojrzał na niego badawczo, dostrzegając ślady wyczerpania na twarzy i obolałą sylwetkę. Ściągnął z siebie swój kubrak i go okrył.

– Otul się nim mocno, powinien cię w mig ogrzać.

Mężczyzna uniósł brwi trochę zaskoczony uprzejmością nieznajomego.

– Masz… wodę? – gardło miał suche, przepalone solą morską.

Rybak pokiwał głową i sięgnął za pazuchę po skórzany bukłak. Podając go nieszczęśnikowi, przyglądał się uważnie. Ten przyłożył bukłak do ust, a ciecz, choć miała nieco metaliczny posmak, wydawała się najlepszym napojem, jaki w życiu pił. Kilka łyków przyniosło mu wyraźną ulgę, gdy spływała przez spieczone gardło.

– Dziękuję – powiedział, wycierając usta.

– Dokąd zmierzasz? – zapytał mężczyzna.

– Zarah… chyba.

Nie wiedział jeszcze, dlaczego tajemniczy głos każe mu tam iść, ale uznał, że to nie przypadek. Rybak skrzywił się nieco.

– To długa i niebezpieczna droga. Jeśli ci się poszczęści, bladym świtem powinna wyruszyć karawana z pobliskiego kombinatu Nath. Czasem idą na zachód, czasem dalej, do Zarah. Wszystko zależy od potrzeb handlowych.

Kondar zastanowił się nad tymi słowami. Poza Martwym Lasem i Przystanią Strażników, nazwami zasłyszanymi jeszcze w Dagestanie, nic nie wiedział o południowych kombinatach.

– Jak daleko do tego… Nath? – zapytał.

Mężczyzna wskazał ruchem ręki na ciemniejącą linię drzew, ciągnącą się wzdłuż horyzontu.

– Droga zaczyna się o tam. Wystarczy trzymać się głównej ścieżki i wyjdziesz prosto na bramy Nath. Muszę zebrać sieci, sprawdzić co noc poza tobą przyniosła – dodał, unosząc znacząco brwi. – Zachowaj moją kurtkę. Ja mam tu niedaleko dom, więc nie zmarznę.

Obdarowany kiwnął głową i odwrócił się, by ruszyć w stronę lasu. Jeszcze raz zerknął na mężczyznę.

– Dziękuje… nie zapomnę – rzekł na odchodne.

Rybak pożegnał go skinieniem ręki i odszedł w przeciwnym kierunku, niknąc w mroku. Kondar stanął na skraju lasu. Zastanawiał się, jakie niebezpieczeństwa czekają na niego po drodze, ale wiedział, że musi iść dalej.

Ruszył w głąb wąskim i krętym szlakiem, gdzie mrok wręcz przytłaczał. Gałęzie splatały się ponad jego głową, tworząc sklepienie tak gęste, że niebo zniknęło całkowicie, gdy mijał pokrzywione pnie drzew. Wilgoć osadzała się na jego i tak mokrym ubraniu, sprawiając, że skóra zaczynała go swędzieć.

W pewnym momencie znowu usłyszał bardzo zniżony głos, który mimo, że ledwie wyłapywał, niósł w sobie dziwną siłę.

„Zarah”.

Szept rozlał się w jego głowie, chociaż nie miał pojęcia, skąd pochodził. Szybko rozejrzał się wokół, ale ciemność gęstniała, tłamsząc wszystko, co mogłoby mu przypominać światło lub kierunek. Do jego nozdrza doszła dziwna woń, mocny drzewny zapach, który unosił się z wiatrem. Pomyślał, aby iść za tym aromatem, po czym znowu usłyszał:

„Zarah”.

Otrząsnął się i szedł dalej. Szlak ciągnął się w nieskończoność. Jego zarys powoli zanikał w otaczającej go pustce. Gdy już mu się wydawało, że tajemniczy głos przestał go prześladować, w jego głowie znów rozbrzmiało kolejne słowo i przeniknęło go jak zimny dreszcz, wywołując na karku sztywność i niepokój.

„Mnisi”.

Zdziwił się, gdyż daleko mu do religijnych uniesień.

Ciemność nie ustawała, gałęzie szeptały coś niezrozumiałego, a cienie przemykały poza zasięgiem widzenia. Wyprostował się i przyspieszył kroku, trzymając się ścieżki. Wiedział, że zejście z niej, kiedy jeszcze nie wrócił do pełni sił, mogłoby oznaczać zgubienie się.

„Gabriel”.

Kolejne słowo pojawiło się w jego umyśle niczym błyskawica. Miał wrażenie, że kryje się za nim jakieś znaczenie, jakaś historia, której nie mógł pojąć. W końcu, gdy jego ciało doszło do granicy wytrzymałości, ujrzał przed sobą światełko przebijające się przez gęsty mrok. Las się przerzedzał, a w oddali majaczył wysoki, oświetlony pochodniami mur kombinatu. Dziwne napięcie opuszczało go, choć mgła i chłód nadal przylegały do niego, próbując powstrzymać go przed dalszym krokiem.

Stanął na granicy miasta, chłonąc obraz mrocznych murów delikatnie oświetlonych pochodniami. Wyczerpany, ale i pełen determinacji, ruszył w stronę wejścia. Zdawał sobie sprawę, że jego wędrówka dopiero się rozpoczyna.

Przeszedł przez wysoką, zdobioną bramę, na której widniał symbol słońca – majestatyczny, choć zmatowiały i lekko porysowany. Promienie, wykute z metalu i rozchodzące się na wszystkie strony, zapraszały podróżników i przechodniów do wnętrza miasta, a jednocześnie przywoływały obraz odległych, mrocznych czasów. Noc zaczynała ustępować dniu, a szare smugi porannego nieba nabierały ciepłych barw, gdy blade słońce wstępowało nad horyzont.

Idąc brukowanymi ulicami, widział, jak miasto budzi się do życia. Pierwsi mieszkańcy opuszczali swoje domy. Stawali w progach, przeciągali się i witali nowy dzień. Wokół roztaczała się mieszanka zapachów – wędzonej dziczyzny, rozpalającego się w piecach ognia, a także lekkiej woni ziół, które sprzedawcy właśnie wystawiali na swoje stragany.

Przechadzał się między stoiskami, rozejrzał się po różnorodnych towarach – od kolorowych tkanin po misternie wykuwane przedmioty z metalu, od skrzyń wypełnionych przyprawami po bukłaki ze świeżą wodą. Starał się jednak nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, pewnie przemieszczając się od straganu do straganu. Każdy, kogo mijał, wydawał mu się zanurzony we własnym świecie – sprzedawcy witali klientów krótkimi uśmiechami i skinięciami głowy, mieszkańcy wybierali towary z namysłem, a dzieci biegały, próbując złapać pierwsze promienie dnia na zimnym bruku.

Zatrzymał się przy jednym ze straganów, na którym starszy mężczyzna z siwą brodą starannie układał kosze z suszonymi karaluchami. Zwrócił się do niego spokojnym tonem:

– Przepraszam, szukam kogoś, kto mógłby mi powiedzieć coś o karawanie do Zarah.

Starzec uniósł wzrok znad swoich produktów i zmrużył oczy. Obrzucił uważnym spojrzeniem nieznajomego, a potem wskazał palcem na boczną uliczkę prowadzącą w stronę większego placu.

– Karawany, powiadasz… Czasem ruszają z placu przy głównym magazynie. Tam znajdziesz przewoźników i wiarownika, który ją ochrania. Może będziesz miał szczęście i trafi się ktoś, kto jedzie w tamtą stronę.

Kondar skinął głową, dziękując uprzejmie. Ruszył w kierunku wskazanym przez starca. Przechodząc przez plac, dostrzegał ożywiające się miasto. Coraz więcej ludzi zbierało się przy stoiskach, planując zakupy na nowy dzień. Słońce wschodziło coraz wyżej, ale jego wpływ był dość słaby i bardzo oszczędnie ogrzewało miasto i twarze mieszkańców.

Podszedł do grupy, gdzie jeden z wiarowników nadzorował przygotowania karawany. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna, miał na sobie lekki, skórzany pancerz z czarnym kapturem. Jego twarz pokrywała głęboka sieć blizn, a surowy wyraz oczu zdradzał lata doświadczeń i widoków, które innych doprowadziłyby pewnie do szaleństwa. Stał z mieczem u boku i tarczą na plecach, przyglądając się ludziom pakującym ostatnie skrzynie na wozy. Każde działanie podlegało jego twardej kontroli.

– Dokąd się wybierasz, przyjacielu? – dociekał wojownik, gdy nieznajomy stanął naprzeciw niego.

– Ta karawana wyrusza do Zarah? – zapytał spokojnie, choć jego głos zdradzał napięcie. – Chciałbym się zabrać z wami.

Wiarownik zmrużył oczy, przyglądając się mu, a potem odparł z nieco złośliwym uśmiechem:

– Do Zarah, tak? Zwykle nie przyjmujemy nieznajomych. Zwłaszcza takich, którzy wyglądają, jakby dopiero co wypełzli z odmętów.

Wiarownik sprawiał wrażenie, jakby przeglądał go na wylot. Wiedział jednak, że to może być jego jedyna szansa na dostanie się do tego kombinatu, zaryzykował więc szczerość:

– Nie chcę cię przekonywać, ale jeśli powiem ci, co mnie do Zarah prowadzi, wyśmiejesz mnie – uśmiechnął się blado, wciąż wytrzymując wzrok wojownika.

– Mało jest rzeczy, które mnie bawią albo dziwią w tych czasach – odparł z nutą powagi, ale i ciekawości w głosie. – Spróbuj mnie zaskoczyć, jeśli to możliwe – powiedział, splatając ręce na piersi.

Kondar westchnął głęboko, a potem podjął decyzję, by spróbować zaufać temu mężczyźnie.

– Pochodzę ze wschodu, z ziem Dagestanu. Przybyłem tutaj na statku, który płynął do Przystani Strażników. Podróżowałem nielegalnie.

Załoga dopadła mnie i wyrzuciła za burtę, gdy byliśmy niedaleko wybrzeża. Od jakiegoś czasu słyszę głos… niepokojący szept w mojej głowie. Woła mnie do Zarah. Wypowiada słowa, których znaczenia nie rozumiem. Mówi coś o mnichach… i jakimś Gabrielu. Nie wiem, co to wszystko znaczy, ani czy to coś realnego, czy tylko złudzenie – wyznał, obawiając się, czy zostanie zrozumiany.

Wiarownik zaintrygowany uniósł brew.

– Głos, który wzywa do Zarah, powiadasz… wspomina mnichów i Gabriela? – powtórzył, jak gdyby sam próbował to sobie ułożyć w głowie. – Nie wyczuwam łgania w twoich słowach. Cóż, wydaje się, że będziemy razem podróżować. Zabieraj się z nami.

Kondar odetchnął z pewną ulgą, wdzięczny, że mężczyzna nie uznał jego słów za bzdury. Wiarownik poklepał go po ramieniu z takim spokojem, jakby w jego życiu nic nie mogło go zdziwić.

– Czasem odpowiedzi znajdujemy dopiero na drodze – dodał, dając do zrozumienia, że podróż do Zarah odkryje przed nim więcej tajemnic, niż się spodziewał.

Wiarownik wskazał miejsce na jednym z wozów wyłożonych zgrzebnym płótnem i skromną ilością siana, by choć trochę złagodzić twardość siedziska.

– Usiądź tutaj i poczekaj, aż skończą z towarem. Wyglądasz na głodnego. Weź z wozu trochę suszonej dziczyzny i się posil. Weź jeszcze to i zrób porządek z tymi zacięciami na skórze, żeby nie wdało się zakażenie – rzekł, wracając uwagą do pracujących ludzi.

Choć wciąż nieufny, posłuchał i usiadł. Rozwinął kawałek płótna, który dostał od wiarownika i zauważył alkohol oraz bandaże. Jego lewa ręka cała była we krwi, którą dopiero teraz zauważył. Po opatrzeniu ran poczuł dopiero, jak ciało uspokajało się po intensywnych przeżyciach. Wiarownik zaś po chwili zajął miejsce tuż obok, obserwując okolice i układając na wozie kilka narzędzi, które nie mieściły się już w bagażach. Wkrótce karawana ruszyła, koła wozów zaczęły skrzypieć, a powolny stukot wprawił całą grupę w monotonną wibrację. Pustkowia rozciągały się wokół – szare, jałowe, porośnięte jedynie niskimi krzewami i suchymi trawami, które uginały się pod wpływem chłodnego wiatru. Mijali nieliczne, rozrzucone kości, porzucone przez jakieś tajemnicze siły nocy. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak w powietrzu wisiał złowrogi cień. W pewnym momencie wiarownik odwrócił się do nowego towarzysza i przerwał ciszę:

– Ręka już w porządku?

– Szczypie jak skurwysyn – odpowiedział, krzywiąc twarz.

– Mała rada, staraj się nie przeklinać. Są z nami dzieci, kobiety, pokaż im że nie jesteś jakimś bandytą, na jakiego wyglądasz. Poza tym z czasem przekonasz się, jak nie używanie takich słów odtruwa duszę – zasugerował wojownik, dodając: – Jak cię wołają?

Mężczyzna zawahał się, niemal słysząc w głowie echa dawnych dni, kiedy zmuszony był trzymać w tajemnicy swoją tożsamość. Uznał jednak, że teraz, w drodze do miejsca, które da mu odpowiedzi, nie będzie miał potrzeby jej ukrywać.

– Kondar – podał imię, patrząc na drogę przed nimi. – I przepraszam, nie chciałem niepokoić tych ludzi. Dziękuje, że mogę tu być, naprawdę.

Mężczyzna uśmiechnął się, okazując zrozumienie.

– Jestem Zelota, wiarownik z Twierdzy Uldar – dodał dumnie.

Kondar uniósł brwi, słysząc nazwę, która brzmiała jednocześnie obco i fascynująco.

– Twierdza Uldar? Co to za miejsce?

Oczy Zeloty wręcz zabłysły na myśl o swoim domu.

– Jedna z naszych siedzib. Miejsce, które zwykłem zwać domem.

Towarzysz podróży przełknął ślinę. Słyszał kiedyś o wiarowniczych twierdzach, ale nigdy nie spodziewał się, że są prawdziwe.

– Ponoć walczycie z demonami, ale przecież teraz ich prawie nie ma, prawda?

Zelota uśmiechnął się drapieżnie. Sprawiał wrażenie kogoś, kto wiele doświadczył.

– Wiele z nich wciąż żyje w mrokach tego świata – opowiadał niskim głosem, niemalże konspiracyjnym tonem. – Ludzie w kombinatach woleliby nie wiedzieć o ich istnieniu. Dybią tylko na okazje, szczwane bestie. Droga do Zarah prowadzi niedaleko Zatraconego Lasu i Bagien Smutku. To miejsca, w które nikt się nie zapuszcza. Miejsca śmierdzące śmiercią.

– Przyznaje nazwy dość niezachęcające – stwierdził Kondar.

– Jest w nich coś, co odstrasza najodważniejszych. Dlatego podróżujemy wzdłuż wybrzeża najbezpieczniejszą drogą. W ogóle coraz więcej ludzi ciągnie do tego kombinatu więc nie jesteś sam, tamtejszy zarządca ponoć martwi się już przeludnieniem.

– Nie zrozum mnie źle, wiarowniku, ale czy wasze powołanie nie gryzie się, aby z pracą jako najemny ochroniarz? – dopytał nieśmiało.

Zelota zaśmiał się głośno i chętnie udzielił odpowiedzi:

– Jeśli pielgrzymi mieliby paść ofiarą jakiegoś zabłąkanego demona lub bandytów, to lepiej, żeby wozy ochraniał wiarownik, niż płatny rębajło. W przeciwieństwie do najemników nie oczekujemy zapłaty.

– W takim razie skąd bierzecie jadło?

– Karawany często przecinają szlaki handlowe połączone z twierdzami, a kupcy chętnie korzystają z naszych zasobów. Wymieniamy broń i metale na jedzenie. I, rzecz jasna, nie bez znaczenia jest przepływ informacji. Dzięki niemu dowiadujemy się często o aktywności jakiegoś demona i trafiamy celniej, niż błąkając się po pustkowiach.

Kondar patrzył na dziwne budowle rysujące się na horyzoncie. Ich splątane kształty wyglądały jak szpony sięgające nieba. Po słowach Zeloty zdał sobie sprawę, że ta podróż nie będzie zwykłą wędrówką przez pustkowia i że być może to, co przed nim, miało być jedynie preludium do prawdziwego, nowego świata, o którym do tej pory tylko słyszał.

Zasnął wyczerpany podróżą i przygnieciony ciężarem wydarzeń. Początkowo zapadł w głęboki, niemalże kojący sen, lecz wkrótce zakłóciły go mroczne obrazy – wyraziste, bolesne wspomnienia, które wryły się w jego pamięć niczym rany. Przed oczami stanęła mu twarz gospodarza, który przyjął go do swojego przybytku, zrozpaczonego i błagającego o litość dla swojej córki. Przeszywający ból rozrywał jego serce, gdy widział dawnych towarzyszy zabawiających się z nią w sposób okrutny i niegodziwy. Narastała w nim wściekłość i niemoc, a dawne krzyki i jęki odbijały się echem w jego umyśle. Przebudził się gwałtownie, ciężko oddychając. Próbował uchwycić się czegoś rzeczywistego, co wyrwałoby go z tego koszmaru, zacisnął więc dłoń na ścianie wozu.

– Spokojnie, miałeś zły sen – odezwał się Zelota, kładąc mu rękę na ramieniu.

Ten nadal oszołomiony otarł czoło.

– Daleko jeszcze? – zapytał, chcąc przenieść myśli gdzieś indziej, jak najdalej od ciemnych wizji.

– Dopiero minęliśmy Bastion Światła.

– Co to znaczy?

– Dawniej nazywano go Londynem, stolicą tej krainy przed Wielkim Uderzeniem. Teraz to jedno z najświętszych miejsc w tej części świata. Wielu mnichów pielgrzymuje tam, by zyskać siłę i odwagę do głoszenia wiary.

Kondar spoglądał przed siebie, myśląc o tym, co usłyszał. Zaintrygowany zapragnął dowiedzieć się więcej o tych świętych wojownikach i o tym, jak wygląda ich życie.

– Wy wiarownicy musicie prowadzić ciekawy żywot, jak to się zaczyna? Jak się zostaje kimś takim? – spytał, przerywając ciszę.

Zelota popatrzył w niebo, czerpiąc z niego inspirację.

– Wszystko bierze początek od wezwania Niebian. Przemawiają do nas w snach lub wizjach. Czasami to delikatne szepty, czasami prawdziwa rozmowa. To oni wybierają, kto stanie się wiarownikiem. Obdarzają go łaską, która daje realną siłę do walki z demonami.

Kondar wsłuchiwał się uważnie, a każdy fragment słów Zeloty wnikał głęboko w zakamarki jego umysłu.

– Kim są ci Niebianie? – zapytał niepewnie.

– Byty spoza tego świata. Każdy wiarownik, który doświadczy ich łaski, zawdzięcza ją konkretnemu Niebianinowi. W moim przypadku jest to Thor, Pan Błyskawic. Dzięki jego woli potrafię nimi władać.

Mężczyzna zafascynowany wyobrażał sobie, że posiada takie moce. Oczyma wyobraźni zobaczył, jak dłonie iskrzą energią. Jednak nagle wrócił do rzeczywistości.

– Kto wie, czy niedługo sam się nie przekonasz, jak to jest być jednym z nas – rozmyślał na głos Zelota. – Jednym z ważniejszych Niebian jest Gabriel. W dawnych pismach nazywano go Archaniołem, jest pełen mądrości i niezłomnej siły. Jego głos to podobno manifestacja nadziei i sprawiedliwości. Mówi się, że jego łaska daje moc światła, które unieruchomi każdego demona. Jeśli właśnie on przemawia do ciebie, czeka cię misja, której znaczenie przerasta twoje pojmowanie. I w zasadzie ta wiedza skłoniła mnie do tego, aby ci pomóc, przyjacielu.

– Myślisz, że głos, który słyszę to jeden z nich? – dopytywał zszokowany.

– Ja to wiem, na obłąkanego mi nie wyglądasz. To musi być on sam, we własnej osobie. Jeszcze to do ciebie nie dociera ale wkroczyłeś na ścieżkę wiary przyjacielu – odparł pewny siebie wiarownik.

Serce Kondara zabiło szybciej. To wszystko zaczynało nabierać innego znaczenia. Pomyślał, że ma szansę odkupić swoją mroczną przeszłość, jeśli tylko wsłucha się w wezwanie Gabriela. Wiedział, że jego droga będzie długa i pełna prób, o jakich nigdy wcześniej nie śnił. Przypomniał sobie swoje życie – banity i złoczyńcy. Nagle zdał sobie sprawę, że Niebianie nigdy nie spojrzeliby łaskawie na kogoś, kto kroczył taką ścieżką. Myśl, że mimo wszystko jeden z nich ma wobec niego plan nie dawała mu spokoju.

Nagle Zelota jęknął, krótko i przeraźliwie, jakby ktoś zgasił w nim życie. Kondar odwrócił się gwałtownie — w poruszającym się wozie trudno było ocenić, co właściwie widzi. Dopiero po sekundzie dotarło do niego, że jeden z uczestników karawany przywarł do wiarownika niczym wygłodniałe zwierzę, a jego twarz wykrzywiona w nieludzkim grymasie wgryzała się w szyje Zeloty. Człowiek — o ile można go jeszcze tak nazwać — odchylił głowę i z gardłowym warczeniem zatopił kły jeszcze głębiej, szarpiąc i rwąc kawałek mięsa. Krew buchnęła szerokim strumieniem, a Zelota zachwiał się, chwytając się krawędzi wozu, próbując choćby utrzymać równowagę.

Bestia oderwała się od niego z dzikim sykiem, twarz miała zmazaną krwią, oczy czarne i puste jak dziury prowadzące w otchłań. Bez zwłoki rzuciła się na Kondara, jednym brutalnym uderzeniem wypychając go z wozu. Obaj stoczyli się na ziemię w tumulcie kurzu i krzyków. Mężczyzna próbował złapać przeciwnika za gardło, przycisnąć go do ziemi, ale istota wierzgała jak dzikie zwierzę. Wyginała się, szarpała, a potem z rykiem rzuciła się do przodu, próbując dosięgnąć zębami jego twarzy. Kondar ledwie uchylił głowę, czując jego oddech tuż przy policzku, świdrujący, zimny i obcy.

Z wozu dobiegł słaby, przeciągły okrzyk Zeloty — resztkami sił wyciągnął rękę, a powietrze wokół jego palców naelektryzowało się, rozjarzyło i pękło jak błona napięta nad ogniem.W tej samej chwili błyskawica uderzyła prosto w opętańca. Całe jego ciało trzęsło się w spazmatycznym, nienaturalnym skurczu. Upadł na bok, parujący od elektrycznego żaru.

Kondar nie czekał. Wciąż słyszał w jego piersi odgłosy czegoś, co nie powinno żyć. Rzucił się na niego, chwycił głowę i skręcił kark zdecydowanym, brutalnym ruchem. Dopiero wtedy ciało zwiotczało — a pustka, która wcześniej zakotwiczyła się w jego oczach, uleciała, pozostawiając tylko martwe milczenie.

Karawana gwałtownie stanęła. Podróżni rozglądali się przerażeni, niektórzy z wrzaskiem odsuwali się jak najdalej od miejsca ataku. Wojownik nie zwlekał – pochwycił rannego Zelotę i pomógł mu zejść z wozu. Ostrożnie posadził go na ziemi i oparł o jeden z dużych, szorstkich kamieni przy drodze. Z bolesnym wyrazem twarzy wziął kilka bandaży, które wcześniej dzięki niemu miał przy sobie, starając się jak najszybciej zatamować krwotok. Przykładał je do rany, ale widział, jak wycieka z niej ciemnoczerwona krew, zbyt obficie, zbyt szybko. Wiarownik spojrzał na niego zamglonym wzrokiem, ciężko dysząc, a twarz wykrzywiał ból.

– Przegryzł mi tętnicę szyjną… – wyszeptał, jego głos ledwie docierał do uszu mężczyzny. – Długo nie pociągnę. Nie wiem jak to się... Zbliż się, nadstaw ucho proszę… Uciskaj w tym miejscu – dodał, biorąc rękę swojego towarzysza i mocno dociskając ją do rany.

Pochylił się bliżej, próbując usłyszeć każde słowo.

– Zaopiekuj się tymi ludźmi i zaprowadź ich do Zarah. Obserwuj podróżnych… nie wiem, jak ale… opętaniec wszedł między nas, miał czas, by zbliżyć się do mnie… nie wyczułem go – z trudem łapał oddech, walcząc z bólem. – Doprowadź karawanę do końca, trzymaj się wybrzeża… idź za głosami, które słyszysz. W klasztorze… jest mnich, Ugar. On pomoże ci zrozumieć…

Kondar słuchał w milczeniu, patrząc w oczy rannego wiarownika. Wiedział, że te ostatnie instrukcje mają poprowadzić go ku przeznaczeniu, którego sam jeszcze nie pojmował.

Zelota oddychał coraz płycej, a jego oczy traciły blask. Ścisnął dłoń towarzysza. Sięgnął po resztki energii, by przekazać mu ostatnie instrukcje. Jego głos przerywany bólem słabł, ale słowa niosły w sobie siłę lat spędzonych na służbie.

– Musisz mnie pochować… zgodnie z prastarą tradycją, by moja dusza trafiła do Niebian – wyszeptał, zatrzymując uwagę na jego twarzy. – To jedyna droga… Przysięgnij mi, że mnie spalisz… oddasz moją duszę płomieniom. Musisz odmówić modlitwę… Modlitwę Przejścia. To starożytne słowa… zapamiętaj je dobrze.

Zelota patrzył na niego z bólem i nadzieją, a jego usta formowały słowa, których Kondar uczył się w napięciu.

Wiarownik wskazał drżącą ręką na swój miecz i zbroję.

– Weź… są twoje… Pamiętaj... Cierpisz za grzechy... widzę to w twoich oczach… Wiedz, że można się zmienić, jeśli tylko pragnie się odkupienia. Pamiętaj… znajdziesz drogę do światła, nawet jeśli zaczęła się w ciemności.

Z ostatnim wdechem Zelota nie mógł już wypowiedzieć ani słowa, krew wypełniła mu już usta. Osunął się, jego ciało ostatecznie znieruchomiało.

Kondar będąc jeszcze w szoku po całym zajściu i odpowiedzialności jaka na niego spadła, wziął na siebie ciężar powierzonego zadania. Ostatnie słowa wiarownika były jednocześnie impulsem napędzającym do działania. Zebrał suchy chrust i ułożył gałęzie w stos, który miał stać się ostatnią drogą dla Zeloty. Gdy już złożył na stosie ciało, przykrył je starannie, oddając ostatni hołd zmarłemu. Miecz wiarownika wraz z pochwą przypiął sobie do pasa, a na skórzanej zbroi poluzował mocowania i założył niczym kurtkę. Tarczę oparł o stos. Zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest czymś więcej niż tylko pożegnaniem – to odprowadzenie duszy na drugi brzeg.

Płomień szybko objął gałęzie, skacząc w górę i posyłając duszę w zaświaty. Żar rozświetlił mrok wokół, twarz Kondara musnęło ciepło. Stał w skupieniu, powtarzając słowa przekazanej mu modlitwy. Jego głos wznosił się nad ogień, chciał przebić się przez chmury i dotrzeć do samego Królestwa Niebian:

– Przyjmijcie duszę, która odeszła, dajcie jej znaleźć schronienie u waszego boku i nie pozwólcie wydrzeć jej sobie na rzecz złych mocy…

Płomienie powoli objęły całą postać Zeloty. Mężczyzna wiedział, że żegna nie tylko wojownika, ale i kompana, którego krótka, choć niezapomniana obecność miała dla niego nieocenione znaczenie. Stał tam do końca, aż ogień zgasł. W sercu wzbierał mu nie tylko ciężar, lecz także pojawiła się wdzięczność za lekcje, które przekazał mu Zelota. Popatrzył na członków karawany porażonych grozą ostatnich wydarzeń. Blade twarze zebranych i drżące dłonie odzwierciedlały głęboki strach, który napełniał ich serca. Nikt się nie odzywał, tylko wiatr przemykał między nimi, unosząc resztki popiołów Zeloty. Kondar westchnął głęboko, wiedząc, że teraz to na jego barkach spoczywał los podróżnych. Czuł, że to wszystko prowadzi go do Gabriela.

– Wracajcie na wozy – powiedział spokojnym, choć twardym głosem. – Jedziemy do Zarah. Pójdziemy drogą wzdłuż wybrzeża. Wiedzcie, że nie spuszczam was z oka.

Ludzie niepewni jeszcze całego zajścia wrócili na swoje miejsca. Kondar usiadł tam, gdzie wcześniej siedział Zelota. Ruszyli wolno, trzymając się blisko skalistej linii brzegowej, a odgłos fal rozbijających się o skały łagodził ich nerwy. Mężczyzna uważnie obserwował podróżnych, nie chciał kolejnego dramatycznego zaskoczenia.

Droga dłużyła się, ale zapewniała bezpieczeństwo. Dźwięk wzburzonego morza przypominał mu o potędze natury, której cudem wyrwał się z uścisku. W oddali dostrzegał ponury zarys Zatraconego Lasu, którego cienie wypełniały przestrzeń niczym mroczne postacie, czające się w mroku. Trzymał jednak kurs, unikając ścieżek, o których wiedział, że mogłyby prowadzić prosto w pułapkę.

Gdy omijali Bagna Smutku, noc zaczęła ustępować miejsca świtowi. Przed nimi na horyzoncie pojawił się masywny klif, z którego wyrastał kombinat Zarah – wznoszące się ku niebu mury miasta postawiono na skale. Na szczycie urwiska wyglądał jak twierdza niezdobyta przez czas czy wichry. Widok tego siedliska zapierał dech.

Wojownik zatrzymał karawanę przed bramą, gdzie wartownicy już ich wyczekiwali. Ich oczy lustrowały nowo przybyłych, ale gdy zobaczyli na zbroi runy wiarowników, skinęli z szacunkiem głowami i zaprosili ich do środka.

Przemierzał wąskie uliczki, przyglądając się surowym budynkom, które przyciągały uwagę swoją monumentalnością i prostotą. Mury, choć spękane, wciąż trwały. Wokół panował ożywiony ruch – mieszkańcy odziani w ciężkie, robocze stroje, szykowali się do codziennych obowiązków, a handlarze rozkładali towar na drewnianych straganach. Słyszał nawoływania sprzedawców, zachwalających wyroby z żelaza i suszone zioła, a także ciche rozmowy ludzi. Tłum był niebywały, miastu zdecydowanie groziło przeludnienie.

Mijając kolejne kramy i obserwując codzienne życie obywateli, poczuł, jak wzbiera w nim uczucie alienacji. Choć znał taki świat, kiedyś stanowił jego część, teraz czuł się obco – nosząc zbroję wiarownika. Chodził w skórze, która nie należała do niego.