Król Szmaciarzy - Cassandra Clare - ebook + książka

Król Szmaciarzy ebook

Cassandra Clare

0,0
60,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jego życie jest iluzją. Jej kłamstwo ryzykownym posunięciem.

Czy dwoje outsiderów może ocalić królestwo?

Po masakrze dwór królewski pogrąża się w chaosie. Kel, sobowtór księcia Conora i Strażnik Miecza, tropi zdrajców, kierując się jedynie wskazówkami Króla Szmaciarzy – władcy przestępczego półświatka Castellane. Trop prowadzi do spisku wymierzonego w rodzinę królewską, a jego przywódca ma poślubić kobietę, którą Kel darzy uczuciem.

Lin, która ogłosiła się Odrodzoną Boginią, musi udowodnić swoją moc przed przywódcą własnego ludu. Porażka oznacza wygnanie, więc ocalić ją może tylko kolejne ryzykowne oszustwo. Gdy napięcie w mieście narasta, książę Conor żąda, by Lin uzdrowiła jego obłąkanego ojca, opętanego przez starożytną magię. Kel i Lin muszą wybrać, komu zaufać — każdy błędny krok może kosztować ich życie.

„Cassandra Clare z wdziękiem łączy liczne wątki fabularne i narracyjne, tworząc jednocześnie rozbudowany, pełen intryg świat. Dzięki dynamicznej akcji i zaskakującym zwrotom fabularnym strony książki niemal przewracają się same. Fani będą zachwyceni!”

„Publishers Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 683

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cassandra Clare Król Szmaciarz Tytuł oryginału The Ragpicker King ISBN Copyright © 2025 by Cassandra Clare LLC All rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 Copyright © for the Polish translation by Anna Reszka, 2026 Cover design and illustration by Jim Tierney Art direction: David G. Stevenson Endpaper maps: Sarah J. Coleman/Inkymole Redakcja Magdalena Wójcik Łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Mojej babci Isabel

Naprzód porzucisz najsłodsze kochania:

To pierwsza będzie z twych losów przygody

Strzała puszczona po łuku wygnania.

 

Poznasz następnie, jakie gorzkie gody

Spożywać cudzy chleb; jak uciążliwa

Droga wstępować na nie swoje schody.

 

Dante, Boska komedia, Raj, Pieśń XVII

(przeł. Edward Porębowicz)

Prolog

Artal Gremont, dziedzic przywileju herbacianego z Castellane, nigdy nie pałał sympatią do oceanu, choć to właśnie on był źródłem jego majątku. Miliony koron w herbacie i kawie, które przywożono statkami do castellańskiego portu, uczyniły jego rodzinę bogatszą od bogów. Teoretycznie doceniał wygodę, jaką zapewniało morze, ale w duchu uważał je za nudne, monotonne i nijakie.

Zresztą Gremont większość rzeczy uważał na nudne. Ludzie, w jego ocenie, na ogół byli mało interesujący i ograniczeni. Przyjęcia wydawały mu się nużące. Życie syna posiadacza Karty Cas­tellane, z pieniędzmi, ale pozbawionego prawdziwej władzy, było nie do zniesienia. A kiedy próbował uczynić je bardziej ekscytującym, rodzice odesłali go za granicę, by nadzorował handel herbatą w obcym kraju. To zajęcie również okazało się arcynudne.

Teraz jednak wreszcie zaczęło się robić ciekawiej. Po śmierci ojca odziedziczył przywilej handlu herbatą i został wezwany z powrotem do kraju. Jego wygnanie dobiegło końca. Zarezerwował miejsce na pierwszym statku wypływającym z portu Taprobana. Zamierzał wrócić do Castellane jednym z galeonów Laurenta Adena, przewożącym ładunek drewna tekowego.

Statek miał sześć małych kabin pasażerskich ulokowanych blisko rufy, ale tylko kajuta kapitańska posiadała okna. Klitka Gremonta, niewiele większa od szafy, mieściła koję wbudowaną w ścianę oraz stół przykręcony do podłogi, by nie przesuwał się podczas silnego kołysania.

Nuda, nuda, nuda. Artal nerwowo chodził po kabinie. Jego niepokój narastał. Na tej przeklętej łodzi nie było absolutnie nic do roboty. A kiedy wpadał w taki stan, musiał coś zrobić, żeby poczuć się lepiej. Potrzebował tego tak samo jak inni ludzie potrzebują jedzenia czy picia.

Niestety, Laurent Aden rządził na statku twardą ręką i nie miał cierpliwości do kaprysów Artala. Tydzień po opuszczeniu portu w Favár odkryto na pokładzie młodą pasażerkę na gapę, ale przynajmniej Gremont zdążył się z nią choć trochę zabawić, zanim Laurent w pośpiechu kazał usunąć dziewczynę z jego kabiny. Pad­ło przy tym kilka wyjątkowo nieprzyjemnych słów i Artal zrozumiał, że jeśli jeszcze raz pozwoli sobie na podobny wybryk, w najbliższym porcie zostanie bezceremonialnie wyrzucony z Czarnej Róży bez względu na swoje przywileje.

Nie miał pojęcia, co stało się z dziewczyną, i w ogóle go to nie obchodziło. Najbardziej irytował go fakt, że poplamiła mu krwią ulubioną marynarkę, choć nawet to nie doskwierało mu tak bardzo jak uwięzienie w tej przeklętej, ciasnej kajucie.

Laurent zabronił mu włóczyć się po statku, ale pieprzyć Laurenta. Gremont otworzył drzwi kabiny i wyszedł na wąski korytarz biegnący przez cały galeon. Zdjął ze ściany szklaną lampę naftową. Uznał, że najlepiej będzie iść zdecydowanym krokiem, kierując się ku schodom prowadzącym na pokład. Zdecydowany krok pokazywał innym, że człowiek ma ważne sprawy do załatwienia.

Mijając kuchnię, dostrzegł kucharza drzemiącego na krześle, a u jego stóp drewniany cebrzyk pełen obranych ziemniaków. Dzięki bogom, zostało im już tylko kilka dni rejsu. Gremont miał serdecznie dość solonej wołowiny, gotowanych ziemniaków i łoju.

Na pokładzie owiało go czyste powietrze. Księżyc wisiał nisko nad horyzontem, a jego blask rysował białą ścieżkę na wodzie. Na deskach niczym śpiące węże leżały liny w zgrabnych zwojach.

Ktoś inny mógłby zachwycać się tym widokiem: gwiazdami rozsianymi po niebie jak lśniące łebki gwoździ, wodą przypominającą młotkowane szkło. Ale Gremont patrzył na to wszystko z narastającym gniewem. Morze było barierą między nim a Castellane – między nim a odzyskaniem wszystkiego, co stracił na wygnaniu.

Skrzypnięcie deski uświadomiło mu, że nie jest sam. Odwrócił się i przez chwilę nie widział niczego, ale potem z mroku wyłoniła się ona. (Kiedy pierwszy raz zobaczył jej cień pośród cieni, omal nie przewrócił się z wrażenia, z czasem jednak przywykł do tego rodzaju magii). Miała na sobie strój zabójczyni. Gładka, czarna tkanina spowijała ją całą, łącznie z twarzą. Gremont uważał to za niepokojące, choć doskonale wiedział, jak wygląda kobieta skryta pod tym przebraniem.

– Przyszłam pogratulować ci zbliżającego się ślubu, Artalu. – Jej głos był niski i ochrypły. Gdyby nie znał płci zabójczyni, nie potrafiłby jej odgadnąć.

– Nie ma chyba sensu pytać, jak tu dotarłaś z kontynentu – rzucił kwaśno. – Przyleciałaś na skrzydłach nietoperza?

Kobieta zachichotała.

– Zabawne jest to twoje rozgoryczenie, zważywszy, że wkrótce zawrzesz bardzo korzystne małżeństwo.

Gremont prychnął.

– Wiesz, że miałem większe oczekiwania niż Antonetta Alleyne.

– Wiem, że mierzyłeś wyżej, ale rodzina Anjeliki z Kutani nigdy by cię nie zaakceptowała. Królewska krew łączy się tylko z królewską krwią.

– Zapewne wiesz, co mówisz.

Kobieta zaśmiała się drwiąco i lekko wskoczyła na reling. Z łatwością utrzymała równowagę na poręczy, ale sama myśl o długim upadku do wody przyprawiła Artala o mdłości.

– Nie bądź zgorzkniały, Gremont. Mam nadzieję, że nie nabrałeś wątpliwości co do naszej umowy.

Artal poczuł dreszcz przebiegający po plecach. Wiedział, że ta kobieta ma w sobie magię, choć dorastał w przekonaniu, że po Kataklizmie zniknęły prawie wszystkie magiczne moce. Kiedy ona po raz pierwszy udowodniła, że się mylił, przeżył szok. Wciąż nosił bliznę na grzbiecie dłoni – błyszczącą plamę poparzonej skóry, kształtem przypominającą rozgwiazdę.

Nawet teraz bał się tej kobiety i irytowało go, że ona o tym wie.

– Nie nabrałem wątpliwości – zapewnił.

– To dobrze. – Spojrzała na niego, cień bez oczu i twarzy na tle granatowego bezmiaru nieba i morza. – Mam nadzieję, że jesteś silniejszy niż twój ojciec. On też zapewniał nas o swojej lojalności, a w końcu nas zdradził.

– Zawsze był słaby – mruknął Gremont. Ojciec nie kiwnął palcem, by uchronić syna przed banicją, a Artal nigdy mu tego nie zapomniał ani nie wybaczył. Matka okazała się równie słaba, lecz od kobiety oczekiwano mniej, a ona przynajmniej ślepo go uwielbiała. – Nie musisz mi przypominać, że gdyby nie pociągnięto za pewne sznurki, nie wróciłbym z wygnania tak szybko. Doskonale wiem, komu jestem winny lojalność…

– Cieszę się, że to słyszę, bo pojawiła się nowa okazja. Szansa, żebyś wykazał się sprytem. Zdaje się, że twoja przyszła żona, Antonetta, posiadaczka jedwabnej Karty, ma pewne informacje. Jest ktoś, kogo potrzebujemy po naszej stronie, a ona wie, jak do niego dotrzeć.

– Antonetta? Naprawdę? Nie sądziłem, że w tej pustej głowie są w ogóle jakieś informacje.

– Nawet ślepej kurze może się trafić ziarno. Tak czy inaczej, udzielam ci pełnej zgody, żebyś po ślubie wydobył z niej prawdę. Możesz użyć wszelkich środków, jakie uznasz za stosowne.

– Naprawdę? Wszelkich środków? – Gremont uśmiechnął się złośliwie. – Nie zawiodę cię, milady.

– Nie daj się ponieść emocjom, Artalu. Na razie Liorada Alleyne bardziej boi się nas niż rodu Aurelianów, ale jeśli to się zmieni, zagrożone będą wszystkie nasze plany. Twoje małżeństwo z Antonettą to kolejna karta, którą możemy wykorzystać, by zagrozić drogiej Lioradzie. Niech więc dziewczyna pozostanie przy życiu, dobrze? Wyświadcz mi tę przysługę.

– Oczywiście – odparł Gremont. – O wiele zabawniej będzie zostawić ją przy życiu. Dla własnej rozrywki. Zobaczymy, jaka się okaże w podartych jedwabiach.

Ciemna postać zachichotała.

– Miło widzieć cię szczęśliwego, Artalu. Pamiętaj jednak, że na Wzgórzu jest wielu, którzy chcieliby ujrzeć nas pokonanych. Wielu nadal jest lojalnych wobec Aurelianów. Nie zapomnij o amulecie. On jest potężniejszy, niż ci się wydaje.

– Rzeczywiście. – Gremont dotknął wisiorka, który kobieta dała mu w Taprobanie, nim wsiadł na ten statek. – Byłbym głupcem, gdyby zlekceważył jego ochronę. A ty nie zwróciłabyś się do mnie, gdybym był głupcem.

Kobieta nie odpowiedziała. Nieco urażony, Artal podniósł wzrok, zaskoczony jej milczeniem, i stwierdził, że zniknęła. Podbiegł do relingu, ale pod sobą ujrzał jedynie ciemność i wodę. Przez morze biegła księżycowa ścieżka, wskazująca drogę do Castellane.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy

Na strychu Kel i Conor ćwiczyli fechtunek.

Minęło trochę czasu, odkąd mieli okazję trenować, więc obaj nieco zardzewieli. Lecz jak zawsze szybko przypomnieli sobie przećwiczone ruchy. Mięśnie miały swoją pamięć, jak często mawiał Jolivet. Kel rozpoczął poranek zesztywniały, jego ciało nadal spało, stawy protestowały przeciwko rozciąganiu. Teraz, po godzinie ćwiczeń w miejscu, w którym od dzieciństwa doskonalili technikę, znowu był elastyczny, szybki i zwinny.

Płaz jego miecza treningowego uderzył o broń przeciwnika, wydając metaliczny dźwięk. Kel natychmiast wykorzystał moment przewagi, ale tym razem Conor uskoczył w bok na jeden ze stogów siana, rozrzuconych po całym pomieszczeniu, które służyły jako elementy utrudniające trening.

Uniósł lewą rękę na znak, że prosi o przerwę.

Kel opuścił miecz i rozprostował plecy.

Conor przeczesał dłonią spocone ciemne włosy i zmarszczył brwi.

– Musimy to robić częściej – stwierdził. – Ledwo pamiętam, co robić z bronią. Zbyt wiele nocy spędziłem przy biurku, ćwicząc tylko rękę, którą piszę. Przez ostatnie miesiące bezczynności zmieniłem się w budyń, Kellianie.

– Nie powiedziałbym, że w budyń – zaprotestował Kel.

Conor był równie szczupły i w tak dobrej formie jak zawsze. Choć miał mnóstwo obowiązków, wciąż prawie codziennie pływał i jeździł na swoim wierzchowcu, Asti. I czy królowa nie martwiła się ostatnio, że jej syn jest zbyt chudy? Jeśli Conor rzeczywiście miał jakieś problemy, to wynikały one raczej z pracy do późna i braku snu.

Nie żeby Kel mu tego nie powtarzał. Conor był gotów wysłuchiwać od niego rzeczy, których nie zniósłby od nikogo innego, ale temat wielkiej zmiany, jaka zaszła w nim przed trzema miesiącami – dziwnego i zupełnie nowego zapału do rządzenia – stanowił tabu nawet dla jego Strażnika Miecza. Kel podejrzewał, że cała ta sprawa jest dla księcia formą pokuty, ale to był tylko domysł. Najpewniej. Conor nie chciał o tym rozmawiać, a on nie zamierzał naciskać.

– Jeśli chcesz, będziemy trenować częściej – powiedział. – Możesz dołączyć do moich ćwiczeń z Jolivetem. Jestem gotowy pomóc ci we wszelkiej aktywności chroniącej przed zamianą w budyń.

Podniósł miecz, dając znak, że przerwa dobiegła końca. Conor roześmiał się i zeskoczył z beli siana, jednocześnie wykonując uderzenie boczne. Kel odpowiedział cięciem z góry; głownie zderzyły się z satysfakcjonującym brzękiem stali o stal. A potem odskoczył, gdy książę natarł na niego z impetem.

Ćwiczyli razem szermierkę od tak dawna, że znali wzajemnie swoje nawyki prawie na pamięć. Conor bywał zbyt lekkomyślny, a Kel zbyt ostrożny. Czuli się jednak ze sobą na tyle swobodnie, że mogli rozmawiać nawet podczas parowania ciosów, kontrataków, wypadów i fint.

– Jesteś gotowy? – zapytał Kel. – To będzie pierwsze spotkanie w Komnacie Zegarowej od czterech miesięcy.

Niewiele brakowało, a powiedziałby: „od czasu rzezi w Lśniącej Galerii”. Chociaż Conor był skłonny rozmawiać o ataku na pałac i zamordowaniu małej księżniczki z Sarthe, nie znosił, gdy mu o tym przypominano. Wciąż miewał koszmary i budził się z krzykiem. Kel, który spał w tym samym pokoju, leżał później bezsennie, czekając w napięciu, aż oddech Conora się wyrówna. Aż książę znów pogrąży się we śnie.

Parada, riposta. Conor z kamienną twarzą wykonał zręczny unik.

– Banda tchórzy – rzucił, mając na myśli posiadaczy Karty, jedenaście najpotężniejszych rodów w Castellane. – Połowa z nich jest najwyraźniej przekonana, że zostaną zamordowani w chwili, gdy tylko postawią stopę w Marivencie. – (Szczerze mówiąc, pomyślał Kel, ostatnim razem, kiedy przybyli do pałacu na uroczystą kolację, prawie wszystkich zabito). – Oczywiście nie powiedzą tego wprost. Będą się wymigiwać, że są zajęci albo mają różne dziwne dolegliwości. Ale Mayesh rozpuścił plotki, że mam coś ważnego do ogłoszenia, więc tym razem przybędą z ciekawości.

Mimo obaw arystokracji Conorowi bardzo zależało na jak najszybszym wznowieniu comiesięcznych spotkań w Komnacie Zegarowej. Odwiedził każdego oponenta z osobna, by zwrócić im uwagę, że nie mogą się ukrywać jak szczury, lecz muszą stworzyć wspólny, niezłomny front. Szpiedzy nigdy nie znikną, zwłaszcza teraz, gdy Castellane jest przez żądania Sarthe wyciskane jak winogrona w prasie. Jeśli jednak wrócą do swoich ojczyzn z informacją, że tutejsza elita rządząca jest przerażona, sytuacja tylko się pogorszy.

– To dopiero ogłoszenie – zauważył Kel.

Conor spróbował pionowego cięcia, a Kel obronił się kwartą. Książę spojrzał na niego ostro.

– Martwisz się – stwierdził. – Uważasz, że źle robię?

– Nie, ale szlachta może mieć inne zdanie. Ostatnim razem, gdy powiedziałeś im, że się żenisz, by rozwiązać problemy kraju, źle się to skończyło.

„Źle” było niedopowiedzeniem. „Źle” oznaczało rzeź w Lśniącej Galerii – wydarzenie, które wciąż nawiedzało Conora w koszmarach. Było też powodem, dla którego Kel nie tylko unikał zadawania mu pytań, ale sam zaczął mieć przed nim tajemnice. Zbyt wiele tajemnic, jak na jego gust.

– Cóż, to nie była wyłącznie moja decyzja. Podjęli ją także Jolivet i Mayesh. I moja matka. A co do mojego ojca… Cóż, w tej kwestii nie otrzymają żadnych odpowiedzi.

Istotnie. Dzień po rzezi król wszedł do Północnej Wieży i od tamtej pory nie opuścił jej ani razu. Przynoszono mu jedzenie, ale on sam nie wychodził, nie odzywał się, nie reagował, gdy się do niego zwracano. Mayesh uznał jego zachowanie za rodzaj szoku – nazwał je katatonią – i zapewnił, że z czasem minie, jak każda choroba.

Jednak zachowanie króla trzymano w ścisłej tajemnicy. Oprócz Kela tylko Conor, Mayesh, Jolivet i królowa wiedzieli, że władca nie zabiera głosu, a królewskie rozkazy w rzeczywistości są wydawane przez księcia w porozumieniu z głównym doradcą i legatem.

– Tak – powiedział Kel. – Trochę szkoda. Przez cały ten czas dzięki niezwykłej dyplomacji udawało ci się powstrzymać wojnę z Sarthe. – Praca do późnej nocy, starannie formułowane listy, przeprosiny bez wyznania winy, ustępstwa bez kapitulacji. – Ale nie doczekasz się za to wdzięczności. Nie od rodzin.

– Być może – zgodził się Conor. – Ale to ja jestem szantażowany. – Jego uśmiech był jak ostrze. – Sarthe nie przejmuje się śmiercią księżniczki. Dba o przewagę, jaką ona daje im w negocjacjach. A gdy szantażysta złapie cię w sidła, tak łatwo z nich nie puści. Będzie wciąż wracał, zawsze domagał się więcej, bez względu na to, ile mu dasz. Sarthe nie zniknie tak po prostu pewnego dnia, jak Prosper Beck.

Prosper Beck. Kelowi czasami trudno było uwierzyć, że przestępca, z którym kiedyś targował się o bezpieczeństwo i zdrowie psychiczne Conora, po prostu opuścił Castellane. To właśnie za jego sprawą Kel trafił do mrocznego świata Andreyena, króla szmaciarzy – Beck rzucił mu wyzwanie, a ten, w odpowiedzi, zatrudnił Sarena, by się dowiedział, kto na Wzgórzu finansuje przestępcze działania rywala. Beck wydawał się bardziej okrutną, groźniejszą wersją samego Króla Szmaciarza, ale w przeciwieństwie do Andreyena nie kierował się osobliwym kodeksem honorowym. Był nieprzewidywalny i zdolny do wszystkiego.

Conor nadal mówił o Sarthe, więc Kel zmusił się, żeby wrócić myślami do teraźniejszości.

– Tylko pokazanie Sarthiańczykom, że jesteśmy zbyt potężni, by nas zastraszyć, może ich powstrzymać. Jeśli dzięki temu małżeństwu zdobędziemy pieniądze i okręty wojenne, Sarthe zrozumie, że próby wykrwawienia nas są zbyt niebezpieczne. – Jego szare oczy rozbłysły. – Co mi przypomina, że Artal Gremont powinien wkrótce przybyć. Wszyscy musimy być gotowi na niekończącą się paradę triumfu, gdy lady Alleyne będzie szykować córkę do ślubu.

Kel zbyt późno sparował pchnięcie Conora, a książę lekko uderzył go osłoną miecza, jakby chciał powiedzieć: „Uważaj”.

– Rzeczywiście to będzie zwieńczenie jej planów dotyczących Antonetty – beznamiętnie potwierdził Kel. – Ciekawe, czym się zajmie, kiedy wyschnie atrament na akcie ślubu.

– Przypuszczam, że zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby wtrącać się w sprawy związane z przywilejem herbacianym Gremontów – powiedział Conor. – Będę musiał uważać na nich oboje. Tak duża władza skupiona w jednej rodzinie oznacza kłopoty. Przynajmniej Antonetta nie jest ambitna, chociaż matka może nią manipulować.

Nie jest ambitna. Wszyscy tak myśleli o Antonetcie, ale tylko Kel wiedział, że się mylą. Pamiętał jej słowa: że chce zajmować się sprawami rodzinnej koncesji na jedwab, a innym razem, że według jej matki niezamężna kobieta nie powinna prowadzić interesów. Lecz kiedy ona i Gremont wezmą ślub, każde z nich zachowa własny przywilej, aż nadejdzie pora, żeby przekazać je nowemu pokoleniu. To, że była gotowa poślubić takiego prostaka jak Gremont, by przejąć kontrolę nad najcenniejszą Kartą Castellane, wiele mówiło o jej ambicjach.

– Z drugiej strony – dodał Conor, czubkiem miecza dotykając jego ramienia. Kel znieruchomiał, uznając, że przeciwnik zdobył punkt. – Często myślę o tym, co przed śmiercią powiedział stary Gremont. Nikomu nie można naprawdę ufać.

Kel na chwilę zamknął oczy, przypominając sobie słowa starca. Jako jedyny był przy nim, gdy Gremont umierał, a on nawet go nie poznał. Myślał, że to książę.

„Proszę nikomu nie ufać. Ani matce, ani doradcy, ani przyjacielowi. Nie ufać nikomu na Wzgórzu. Ufaj, książę, tylko swoim oczom i uszom, bo inaczej Szary Wąż przyjdzie także po ciebie”.

Słowa były skierowane do Conora. Kel przekazał mu je w tych strasznych dniach po rzezi, gdy książę nie spał, tylko chodził po mieszkaniu. Kiedy usłyszał o przemowie Gremonta, na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Dobra rada, ale ja już z niej korzystam – powiedział. – Nie ufam nikomu poza tobą, ale ty jesteś moimi oczami i uszami, prawda? Nie doradcą, przyjacielem czy nawet bratem, tylko raczej mną samym. Teraz będę cię potrzebował jeszcze bardziej. Nie tylko po to, żebyś mnie chronił, ale żebyś patrzył i słuchał. Mówił mi, co widzisz i słyszysz.

Kel nic nie odpowiedział. Nie mógł wyznać Conorowi, że sam też go okłamuje, nawet jeśli robił to dla jego dobra. Ani wtedy. Ani teraz. Milczał i powtarzał sobie, że tak będzie lepiej dla Conora. Że pewnego dnia książę pozna prawdę i wybaczy mu zdradę.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog

Rozdział pierwszy

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki