Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kolejna epicka opowieść o dziejach Malazu, napisana przez przyjaciela Stevena Eriksona i współtwórcę tego fascynującego świata.
W Darudżystanie, mieście snów, mieście błękitnego ognia, wreszcie zapanował pokój. Jego mieszkańcy mogą wrócić do polityki, handlu, swarów, a przede wszystkim cieszenia się życiem. Są jednak tacy, którzy nie pozwolą, by zapomniano o przeszłości. Uczony prowadzący wykopaliska na równinach natrafia na zamkniętą starożytną kryptę. Kupiec imieniem Skromny Wkład knuje spiski mające przepędzić resztki malazańskich najeźdźców. A ocalali agenci dawno obalonej mocy uświadamiają sobie, że zmiany, do których doszło, otwierają przed nimi szansę. Tymczasem w centrum wydarzeń gruby złodziej w czerwonej kamizelce chodzi po ulicach, w jednej ręce dzierżąc ciastko, a w drugiej losy miasta.
Daleko na południu ogromny Odprysk Księżyca rozbił się na Morzu Rivańskim, tworząc łańcuch wysepek, będący marzeniem wszystkich poszukiwaczy skarbów. Malazański weteran posługujący się pseudonimem „Rudy” postanawia spróbować tam szczęścia i być może również pożegnać się ze starymi przyjaciółmi. Znajduje jednak więcej niż się spodziewał, a poszukiwanie skarbów zmienia się w szalony, krwawy chaos. Zebrały się tam moce z całego świata, poszukujące legendarnego Tronu Nocy. Skutki tych wydarzeń sięgają daleko. Na niewielkiej wyspie u brzegów Genabackis lud, który odwrócił się plecami do podobnych pragnień, kieruje zamaskowane twarze ku kontynentowi i przypomina sobie stare proroctwo o powrocie.
A co z byłą szponką Imperium Malazańskiego, wędrującą teraz po najdalszych brzegach stworzenia? Jej misja – której sukces bądź porażkę już dawno przepowiedziała Królowa Snów – będzie miała znacznie większe znaczenie niż jej się zdaje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 904
Tytuł oryginału: Blood and Bone
Copyright © 2012 by Ian Cameron Esslemont Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Steve Stone Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń
ISBN 978-83-68919-67-7
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tę powieść poświęcam pamięci mojego ojcaJohna Roya Esslemonta 1934–1989
Bardzo mi ciebie brak
Z wdzięcznością wspominam czas spędzony na University of Minnesota, gdzie wspierano moje zainteresowania dziewiętnastowieczną literaturą podróżniczą, tekstami z czasów kolonialnych oraz mitami wspierającymi imperializm. Któregoś dnia mam nadzieję powrócić do tych bogatych źródeł. Prawda rzeczywiście jest dziwniejsza od fikcji.
Saeng: Potomkini miejscowej kapłanki
Hanu: Jej brat
Oroth-en: Starszy wioski
Ursa: Wojowniczka
Kenjak Ashevajak: Władca bandytów
Loor-San
Myint
Thet-Mun
Golan: Dowódca Armii Sprawiedliwej Kary
U-pre: Jego zastępca
Cierń: Profesjonalny skryba armii
Waris: Oficer armii
Pon-lor: Nowo wyszkolony taumaturg
Tun: Nadzorca (odpowiednik sierżanta)
Surin: Pierwszy mistrz Kręgu Rządzącego
Rutana: Czarownica
Nagal: Wojownik Citravaghra: „Człowiek-lampart”
Varakapi: „Człowiek-małpa”
Jatal: Książę Hafinajów
Andanii: Księżniczka Vehajarwi
Ganell: Wódz Awamirów
Sher’ Tal: Władca koni Saarów
Pinal: Władca koni Hafinajów
Wódz wojenny: Dowódca najemników
Scarza: Jego zastępca
K’azz D’Avore: Dowódca
Blask: Kapitan
Gwynn: Mag, kiedyś z kompanii Oprawcy
Lor-sinn: Mag
Turgal
Cole
Amart
Oprawca: Kapitan
Hiacynt: Porucznik
Mara: Mag
Płatek: Mag
Czerwony: Mag
Shijel: Zbrojmistrz
Czarny Mniejszy
Hist
Leuthan
Yusen: Kapitan
Burastan: Porucznik
Murk: Mag
Kwaśny: Mag
Stajenny: Żołnierz
Garbarz: Żołnierz
Dee: Żołnierz
Słodziak: Zwiadowca
Ardata: Znana też jako Królowa Czarownic
Królowa Snów: Znana też jako Czarodziejka albo T’riss
Ina: Seguleh, jedna z tysiąca najlepszych, Jistarii
Królowa Czarownic: Znana też jako Królowa Potworów albo Ardata
Starzec Księżyc: Stary mężczyzna
Ripan: Jeden z jego potomstwa
Siostra Złośliwość: Córka Draconusa
Osserc: Tiste Liosan, czczony przez niektórych jako bóg nieba
Gothos: Jaghut
W trzecim księżycu trzeciego roku Wielkiej Suszy wypłynęliśmy na morze u ujścia rzeki nieopodal Świętego Ubarydu. Piętnastego dnia trzeciego księżyca dotarliśmy na wyspę barbarzyńskich Falarczyków. W dalszej drodze nękały nas niekorzystne wiatry, które opóźniły nasze przybycie. Jeszcze dalej natknęliśmy się na zdradzieckie pola lodowe, przez które mogliśmy żeglować jedynie z największą ostrożnością. Dopiero w jedenastym księżycu zarzuciliśmy wreszcie kotwicę u ujścia wielkiej rzeki. Z pewnością tak krótka wizyta nie pozwoliła nam poznać wszystkich zwyczajów i osobliwości tej krainy, ale przynajmniej możemy opisać jej zasadnicze cechy.
Ular Takeq
Zwyczaje starożytnego Jakal-Uku
Dżunglami Jacuruku władały duchy. Saeng przypominała sobie, że kiedyś nie spała przez całą noc, wytężając słuch, by zrozumieć ich szepty. Czasami wydawały się jej bardziej kuszące niż własne sny. W jednym ze swych najstarszych wspomnień szła sama pośród skąpanych w blasku księżyca liści, szukając źródła głosu dżungli. Tylko dziecko mogłoby być tak spokojne i nieustraszone. Pamiętała, że po jakimś czasie czyjaś ręka poprowadziła ją poprzez gęste paprocie i kępy wilgotnej trawy z powrotem do wioski. Tam matka natychmiast wzięła ją w objęcia i przytuliła do chudej klatki piersiowej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spokojnie wytłumaczyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do płaczu. Przyjaciółka odprowadziła ją do domu.
Rzecz jasna, wszyscy później przysięgali, że widzieli, jak wróciła sama z mroku.
Od tego czasu nigdy już nie obawiała się nieprzeliczonych mil dżungli otaczających wioskę. To było niebezpieczne i musiała przyznać, że raczej lekkomyślne podejście w krainie, gdzie drzewa zdobiły girlandy kwiatów i chustki modlitewne ku czci niezliczonych duchów, niespokojnych umarłych, widm, dawno zapomnianych bogów i stanowczo zbyt wielu zaginionych dzieci oraz dorosłych.
Z czasem nauczyła się zakradać do lasu, gdy tylko miała okazję. Pośród zwisających lian i liści wilgotnych od nocnej mgły przychodziły do niej dawne duchy krainy. Dowiedziała się od nich wielu rzeczy, o których dawno już zapomniano. Gdy rankiem wracała z wędrówki po leśnych ścieżkach, jej nogi pokrywały źdźbła trawy oraz błoto, a we włosach miała pajęczyny. Z początku matka biła ją i krzyczała.
– Nie jesteś nisko urodzoną córką wieśniaka! – wołała. – Pochodzimy ze starożytnej rodziny kapłanek i jasnowidzących!
Podczas południowego posiłku matka często ściskała jej dłonie i powtarzała zawsze tę samą opowieść:
– Saeng – zaczynała, jakby czuła się nią rozczarowana. – Nasza rodzina dochowała wierności starej wierze. Nie tak, jak ciemni głupcy, którzy nas otaczają, padający na twarz przed bożkami, fetyszami i amuletami. Wszyscy powtarzają przesądne bzdury o boginiach ziemi, zwierzęcych bogach, przeklętym królu-bogu albo Czarownicy. Wszystko to tylko puste słowa albo nawet coś gorszego. Kobiety z naszej rodziny pochodzą od starożytnych kapłanek Nieba i Słońca! Czcimy Światło. Pamiętaj o tym. Światło, które daje początek wszelkiemu życiu!
W takich chwilach matka próbowała patrzeć jej w oczy, jakby błagała córkę o zrozumienie, ale Saeng zawsze odwracała wzrok.
– Tak, mamo – mamrotała tylko.
W końcu matka dała sobie spokój z tymi błaganiami i pozwoliła jej wędrować po otaczającym je wielkim zielonym labiryncie w poszukiwaniu szepczących głosów.
Z biegiem lat Saeng uczyła się coraz więcej. Zdała sobie sprawę, że potrafi przywoływać szepczące głosy, i uświadomiła sobie, że są one budzącymi lęk duchami ziemi i przodków, Nak-ta. Jej moc rosła i przybywały teraz do niej duchy z coraz odleglejszej przeszłości. Wymagało to od niej ciągłego udoskonalania umiejętności. Dzięki szeptom tych niespokojnych umarłych nauczyła się rozkazywać zwierzętom, rozumieć głosy wiatru, oszukiwać zmysły oraz czerpać wiedzę z samej ziemi. Gdy była bliska snu, odnosiła wrażenie, że zbliżają się do jej uszu i szepczą do nich mroczne tajemnice. Starożytne, zakazane zaklęcia, zapomniane, śmiercionośne osłony oraz sztuka panowania nad zakamarkami ludzkiego umysłu.
Początkowo nie zwracała na to uwagi, mimo że cienie zbliżały się coraz bardziej i trudniej jej było je lekceważyć. Aż wreszcie, pewnej nocy, mroczna, pazurzasta łapa jednego z nich zacisnęła się na jej ramieniu.
– Wielki król będzie z ciebie zadowolony – wyszeptał cień głosem brzmiącym jak szelest liści na wietrze.
Przypomniała sobie szok, jaki poczuła po lodowatym dotknięciu.
– Wszystko to obróciło się w proch już przed wiekami.
– Nie. To dzieje się teraz. Przestań opowiadać głupoty.
Duch zaczął się zapadać w wilgotny grunt, ciągnąc ją za ramię.
Nagły krzyk wstrząsnął nią jeszcze bardziej. Gałąź przeszyła cień, rozpraszając go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego starszego brata, Hanu, który rozglądał się, ściskając w ręce gotową do ponownego użytku gałąź. O dziwo, dziewczyna poczuła jedynie oburzenie.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała.
Pociągnął ją na nogi.
– A jak ci się zdaje? Poszedłem za tobą. I dzięki za to przodkom.
– Słucham? – Odsunęła się od niego tanecznym krokiem. – Jak często to robisz?
Wzruszył w półmroku szerokimi ramionami.
– Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na ciebie oko, kiedy oddajesz się dzikim duchom.
– Potrafię nad nimi zapanować.
– Najwyraźniej nie potrafisz.
– Ten mnie zaskoczył. To wszystko. – Nagle nasunęła się jej pewna myśl. Podeszła bliżej, przygryzając wargę. – Nie… nie powiesz matce, prawda?
– Na Wielką Czarownicę, pewnie, że nie powiem. Ma wystarczająco wiele zmartwień.
– No cóż… nie możesz mnie powstrzymać.
– To również jest oczywiste.
Skrzyżował na piersi muskularne ramiona, spoglądając na siostrę.
Uniosła wyzywająco podbródek i zobaczyła, że po jego twarzy i ramionach spływają strużki wilgoci. Dzięki swym talentom wyczuła łomotanie jego serca oraz strumień szybko płynącej krwi.
Jest przerażony, uświadomiła sobie. Panicznie boi się nocy, tak samo jak oni wszyscy. Ale poszedł za mną. Żeby zapewnić mi bezpieczeństwo.
Hanu dyszał ciężko, wpatrując się w głębokie leśne cienie.
– Przynajmniej obiecaj, że następnym razem mnie obudzisz, dobra? Że nie pójdziesz do lasu sama. – Spojrzał na nią błagalnie. – Proszę.
Jak mogła mu odmówić? Z jej twarzy zniknęła nieustępliwość.
– Tak, Hanu. Obiecuję.
* * *
W ciągu następnego roku zawsze wyglądało to tak samo. Budziła brata i razem wykradali się do dżungli, gdzie nawiązywała więź z bytującymi tam dzikimi duchami Nak-ta. A także ze znacznie starszymi, tymi od kamieni, strumieni i wiatru. Każdej nocy siedziała godzinami, pilnie strzeżona przez Hanu, i rozmawiała z istotami, których on nie widział. Z czasem uświadomiła sobie, że choć może ją obronić przed wszelkimi fizycznymi niebezpieczeństwami, jest bezbronny wobec przymusów i uroków. Dlatego potajemnie rzucała na niego zaklęcia broniące przed podobną magią.
– Z kim rozmawiasz? – pytał od czasu do czasu, siedząc ze skrzyżowanymi nogami pod drzewem.
– Ze starymi umarłymi – odpowiadała.
– Nie boisz się?
– Nie. Oni nie żyją.
Zdziwiony Hanu uniósł ręce nad głowę.
– W takim razie dlaczego stąd nie odejdą?
– Gniewają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przykuć stopy duchów do ziemi.
Łypnął na nią złowrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przyznać. Z upływem miesięcy coraz częściej czynił jej wyrzuty.
– Nie powinniśmy tu przychodzić – powtarzał. – To niebezpieczne.
Miał rację, ale z zupełnie innego powodu, niż wydawało się mieszkańcom wioski.
Pewnej nocy siedziała na skraju dusznej, bagnistej niecki i rozmawiała z cieniem kobiety, którą utopiono w tym miejscu. Według niej kiedyś był tu wielki zbiornik wodny. Zapewniała, że woda w nim była czysta, a głębokość przewyższała wzrost wysokiego mężczyzny. Czekający między drzewami tuż obok Hanu wymachiwał wielką gałęzią, udając jednego ze starożytnych królów-wojowników.
– Utopiono? – zapytała Saeng. – Jak to utopiono?
– Przywiązali do mnie ciężkie kamienie i wrzucili mnie do wody – odpowiedziała zjawa.
Saeng stłumiła przekleństwo. Czasami umarli wszystko traktowali dosłownie.
– Pytałam: dlaczego to zrobili.
– Byłam kapłanką starej wiary.
– Starej wiary? To znaczy… – Saeng ściszyła głos – …przeklętego króla-boga?
– Nie – odpowiedział jej beznamiętny głos ducha. – Nie jego. To na jego rozkaz zabili mnie i spalili świątynię. Mówię o starożytnej religii. Kulcie Światła. Wielkiego Słońca.
Saeng odskoczyła raptownie od skraju bagna. Po raz pierwszy coś, co usłyszała od któregoś z duchów, wniknęło głęboko w jej serce.
U jej boku pojawił się Hanu.
– Co to jest? – zapytał.
Saeng uniosła dłoń do gardła.
– Duch – zdołała wykrztusić. Na starożytnych! Czyżby matka od początku miała rację? – To kobieta, która podaje się za kapłankę starej wiary.
Jej brat machnął lekceważąco ręką.
– Której? One mnożą się jak muchy.
Saeng wpatrywała się w niego nieustępliwie, aż wreszcie ściągnął brwi.
– Nie… – wydyszał, ale jego siostra skinęła z przekonaniem głową.
– Tej, o której ciągle mówi matka…?
– Tej samej wiary, która płynie w naszej krwi – dobiegł zza jej pleców głos cienia i Saeng znowu podskoczyła. Zwróciła się w stronę kobiety.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Kto to jest? – zapytał Hanu, rozglądając się wkoło.
Duch uniósł rękę, wskazując na dżunglę.
– A teraz nadchodzi dla ciebie czas próby. Czas podjęcia decyzji. Pamiętaj o wszystkim, czego cię nauczono.
Saeng spojrzała ze zdumieniem na kobietę.
– Słucham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?
Kobieta splotła przed sobą dłonie. Saeng miała wrażenie, że patrzy na nią jak na własną córkę.
– Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?
– Co to jest? – wyszeptał Hanu, nie dając za wygraną.
– Wezwano?
Cień rozproszył się już niczym dym. Zwróciła się w stronę brata.
– Sugerowała, że coś się zbliża.
Zmarszczył brwi, zastanawiając się.
– Zbliża się Dzień Wyboru – stwierdził.
Oczywiście. Dzień Wyboru. Jej serce zawahało się nagle, jakby ktoś spróbował zacisnąć na nim dłoń.
– Nie możesz tam iść.
Żachnął się na te słowa.
– To obowiązkowe, Saeng. Jeśli się nie zjawię, aresztują nas wszystkich. Na starożytnych, wszyscy nasi sąsiedzi postarają się o to!
Saeng rozumiała go. Prawda nie była przyjemna, ale lepiej, żeby wybrano kogoś z innej rodziny niż któregoś z nich.
* * *
Miesiąc później przez ich prowincję przeszedł orszak sprawujących władzę taumaturgów. W końcu reprezentant dotarł nawet do ich pozbawionej znaczenia wioski. Podróżował w wielkiej lektyce z lakierowanego drewna, wyposażonej w białe, jedwabne zasłony. Eskortowało go dwudziestu żołnierzy.
Saeng stała obok matki w tłumie wieśniaków poganianych ostrymi ukłuciami kijów żołnierzy. Mężczyźni w odpowiednim wieku ustawili się po drugiej stronie. Bała się o Hanu, ale tylko trochę, minęło bowiem wiele lat, odkąd ostatnio wybrano jednego z synów wioski.
Lektykę postawiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny strój – wiele warstw jedwabiu barwy najgłębszego morskiego błękitu oraz złotych kwiatów. Był niski i nieco grubawy. Dzierżył jednak wszechpotężną buławę z kości słoniowej, symbol swego urzędu. Trzymał ją niedbale w upierścienionej dłoni i podrzucał od czasu do czasu.
Saeng przyszło na myśl, że znudził się swoją pracą i po prostu odbębnia zlecone zadania. Wypełniła ją gorejąca nienawiść do niego, zapewne równie silna, jak jego nienawiść do ich rozpaczliwej nędzy, tanich, zabłoconych łachmanów oraz odpowiedzialności, która odciągała go od spiskowania w stolicy, każąc mu podróżować do samego serca kraju.
Pobieżnie przyjrzał się zgromadzonym mężczyznom, po czym wrócił do chłodnego wnętrza lektyki.
Saeng odetchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich. Budzący lęk odlegli władcy raz jeszcze odwiedzili wioskę, odebrali należne podatki oraz dary, przyjrzeli się miejscowym mężczyznom i ruszyli w dalszą drogę, by wrócić dopiero wtedy, gdy koło ich nieszczęsnego losu wykona kolejny coroczny obrót.
Ale przedstawiciel władzy zatrzymał się nagle. Uniósł buławę i dotknął barku, tuż obok fałd tłuszczu pokrywających wygolony kark. Następnie wrócił do zgromadzonych mężczyzn i raz jeszcze przeszedł powoli wzdłuż szeregu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzymał się. Okuta złotem buława z kości słoniowej podskakiwała na jego ramieniu. Pochylił się ku starszemu bratu Saeng, jakby go obwąchiwał. Nagle zatoczył się do tyłu niczym uderzony. Odwrócił głowę i jego czarne oczy przesunęły się po zgromadzonych wieśniakach. Spojrzał również na Saeng. Potem jego obwisłe policzki rozciągnęły się w pełnym okrutnej satysfakcji uśmiechu i dotknął buławą piersi Hanu. Ich matka zatoczyła się z krzykiem do przodu, ale Saeng w porę złapała ją za rękę.
Hanu skierował na nią zdumione spojrzenie. Gapił się na siostrę, gdy żołnierze wiązali mu ręce, i nie odzywał się ani słowem, dopóki nie pogonili go naprzód. Potem obejrzał się przez ramię.
– Nie martw się! – zawołał. – Będę cię chronił! Przysięgam! Przysięgam! – wołał raz po raz, aż żołnierze zaczęli szarpać go za więzy.
Matka płakała w jej ramionach, ale Saeng nie odwracała wzroku od brata i prowadzących go żołnierzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg, kimkolwiek mógł być – z pewnością jakimś drobnym biurokratą ze sprawującej władzę elity – wrócił do lektyki. Dziewczyna w końcu straciła brata z oczu. Zniknął razem z całą kolumną w gęstym listowiu, jakby dżungla połknęła go w całości.
W tej samej chwili, nadal podtrzymując zrozpaczoną matkę, poprzysięgła zemstę na nich wszystkich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi, którą ściągali z jej ludu. Kim byli, żeby stawiać takie żądania? Powodować tak wiele cierpień i nieszczęść?
Sprawi, że spłoną. Przysięgła, że tak się stanie.
Cały czas słyszała też jednak cichszy głos wyszeptujący podejrzenie, które paliło jej duszę niczym kwas.
Nie wybraliby go, gdyby nie zaklęcia, które na niego rzuciłaś. Czyż to wszystko nie jest twoją winą?
* * *
Blask akurat była w porcie, gdy do jednego z nabrzeży w Przystani dowlókł się sfatygowany statek. Wyczuła, że jest w nim coś dziwnego, choć nie władała magią i nie miała dostępu do żadnej groty. Była jednak Zaprzysiężoną z Karmazynowej Gwardii i przed ponad stu laty ślubowała, że nie zaprzestanie walki z Imperium Malazańskim, dopóki będzie istniało. Z upływem lat odnosiła coraz silniejsze wrażenie, że te śluby dały jej nadnaturalne zdolności postrzegania i nadludzką siłę. Wyczuwała teraz rzeczy dawniej znajdujące się poza zasięgiem jej zmysłów. Na przykład ten skromny dwumasztowiec, czy raczej jego pasażerowie. Coś tam się kryło. To nie byli zwyczajni przybrzeżni kupcy, którzy zgubili drogę, albo rybacy, których zniosło z kursu. Po pokładzie tego statku kroczyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzuconą na spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.
Z pewnością byli to cudzoziemcy, ale nie potrafiła określić ich pochodzenia. Mieli proste, czarne jak noc włosy i przysadzistą budowę. Niewiele przerastali ją wzrostem, choć była bardzo drobna. Byli też ciemnoskórzy – od jasnoorzechowej barwy aż po głęboki kolor spalonej słońcem ziemi. Statek nie miał żadnych znaków ani godeł. Nie można było wątpić, że ma za sobą bardzo trudny rejs. Załoga zajęła się przygotowaniami do przybicia do brzegu. Choć Blask nie wiedziała zbyt wiele o żeglarstwie, miała wrażenie, że marynarzy powinno być zdecydowanie więcej. Chłopaki i dziewczyny kręcące się po porcie łapały rzucone cumy i pomagały rozwinąć trap z drewna oraz sznurów.
Pierwsza na ląd zeszła kobieta o uderzającym wyglądzie. Była jeszcze niższa od Blask i boleśnie chuda. Włosy otaczały jej głowę wielką, czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suknię zakrywającą stopy. Na ramionach nosiła coś w rodzaju opasek, z których zwisały błyszczące amulety i talizmany. Więcej podobnych przedmiotów nosiła na licznych rzemieniach otaczających szyję – las grzechoczących błyskotek.
Omiotła Blask sceptycznym spojrzeniem i oznajmiła:
– Nie jesteś urzędnikiem portowym.
Mówiła po taliańsku całkiem nieźle.
– A ty nie jesteś kapitanem statku.
Na trapie pojawiła się kolejna postać, natychmiast odciągając uwagę Blask od kobiety – bardzo wysoki mężczyzna w licznych koszulach nałożonych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On również był ciemnoskóry, jak kobieta – skóra barwy żelaznego drewna, jak u mieszkańców Itko Kan, a nie prawdziwa dalhońska czerń. Długie włosy upiął na szczycie głowy jakąś wyrzeźbioną z kamienia zapinką. Grube deski trapu uginały się i skrzypiały pod jego ciężarem.
– To jedna z nich – mruknął, przyjrzawszy się z uwagą Blask.
Nie dostrzegała w jego oczach wyzwania, ale coś w nich ją niepokoiło. Ich tęczówki lśniły jak posypane złotym pyłem.
W oczach kobiety nagle pojawiła się ostrożność.
– Ach. Teraz rozumiem. Dałam się nabrać… sądziłam, że nikt z Isturé nie chciałby się pojawić w tak… niedbałym stroju.
Blask zmarszczyła brwi. Nie tylko dlatego, że mówiono o niej, jakby nie stała tuż obok dwojga cudzoziemców. To słowo… dlaczego podrażniło ją, jakby przeciągnięto jej po plecach tępym nożem.
Jednakże Blues wyjechał na północ i teraz ona pełniła obowiązki gubernatora. Pochyliła uprzejmie głowę.
– Wybaczcie, ale nie rozumiem. Co znaczy to słowo, którego użyłaś?
– Isturé. Tak nazywają was w naszej krainie.
– Nas?
– Zaprzysiężonych – odparła tamta, nawet nie próbując ukrywać niesmaku. – To znaczy w przybliżeniu „nieśmiertelny bies”.
Blask cofnęła się o krok. Jej dłoń odruchowo powędrowała do noża, który miała za pasem.
– Czego tu szukacie?
Kobieta rozpostarła dłonie w przepraszającym geście.
– Wybacz moją nadmierną nerwowość. Zlecono mi zadanie, którego podejmuję się z niechęcią. Przybywamy z ofertą dla waszej Karmazynowej Gwardii.
Blask rozluźniła się nieco. Marynarze wspinali się na olinowanie, by przygotować statek do koniecznych napraw. Nie nosili butów, a podeszwy ich stóp były czarne od smoły.
– Ofertą? – powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. – A co to za oferta?
– Propozycja zatrudnienia.
Wreszcie zrozumiała. Potrząsnęła głową.
– Obecnie nie przyjmujemy kontraktów.
– Być może powinien o tym zdecydować wasz dowódca. K’azz.
– Obecnie… nie spotyka się z potencjalnymi zleceniodawcami.
– Z nami się spotka.
– Bardzo w to…
– Czy w tej wiosce jest jakaś gospoda albo zajazd?
Karmazynowa Gwardzistka zazgrzytała zębami, zła, że jej przerwano.
– Może lepiej by było, gdybyście zostali na pokładzie.
– Nie sądzę. Mam już serdecznie dość załogi. I oni mnie też.
To przynajmniej potrafię zrozumieć.
– Skoro nalegasz. – Skinęła dłonią, zapraszając dwoje cudzoziemców do pójścia za nią. – Mamy tu gospodę z kilkoma skromnymi pokojami… ale nie mogę zagwarantować, że was przyjmą.
Kobieta uśmiechnęła się niczym wilk, odsłaniając ostre jak igły zęby barwy kości słoniowej.
– Płacimy dobrym złotem, a oberżyści wszędzie są tacy sami.
Gdy wspinali się na łagodny stok, zmierzając do osady, Blask przedstawiła się przybyszom.
– Jestem Rutana – odpowiedziała kobieta. – A to jest Nagal – dodała, wskazując na podążającego za nimi powoli mężczyznę.
– Skąd przybywacie?
Parsknęła śmiechem.
– Z krainy, która leży niedaleko stąd, ale z pewnością nigdy o niej nie słyszałaś.
Już od dawna nikt nie nadużywał tak bardzo cierpliwości Blask.
– Przekonajmy się – zdołała odpowiedzieć spokojnie.
– Proszę bardzo. Niektórzy znają naszą ojczyznę jako Jacuruku.
Pomimo irytacji Blask była pod wrażeniem.
– Znam tę nazwę. Nigdy tam nie byłam, ale K’azz był.
– Tak mi powiedziano. Przekażesz K’azzowi naszą wiadomość.
Irytacja Blask ustąpiła miejsca zdumieniu nieprawdopodobną bezczelnością kobiety.
– Tak? – zapytała. – Niby dlaczego?
– Zrobisz to – odparła Rutana.
– A jak brzmi ta wiadomość?
Kobieta się zatrzymała. Łypnęła ze złością na Blask, jakby dopiero teraz zauważyła ton jej głosu. Zacisnęła mocniej rzemyki otaczające jej lewe ramię i skrzywiła się, być może czując nagły ból w starej ranie. Karmazynowa Gwardzistka dostrzegła, że zwisające z rzemienia amulety są trójkątnymi pudełeczkami. W każdym z nich znajdowała się maleńka figurka.
– Na nasze ziemie wtargnął Oprawca – wydusiła kobieta. – Powtórz mu to, Isturé. Klątwa zwana Oprawcą przybyła do naszej krainy.
* * *
Później Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby porozmawiać o nowych przybyszach. Gwynn jak zwykle miał ponurą i kwaśną minę, był ubrany na czarno, rzadko się odzywał, a jeszcze rzadziej uśmiechał. Białe włosy, które niedawno mu wyrosły, sterczały na wszystkie strony. Blask z łatwością mogła sobie wyobrazić, że spędza wolny czas, siedząc sztywno i wpatrując się w ciemność, jakby sam czuwał przy własnych zwłokach. Druga z magów z jej kompanii, Lor-Sinn, nadal czuła się wyraźnie skrępowana, siedząc obok Blask na krzesłach zwykle zajętych przez Bluesa, Palczaka, Shell albo Dymka, który opuścił ich niedawno. Blask miała teraz okazję przyjrzeć się jej uważniej i zorientowała się, że kobieta powoli, lecz nieustannie traci pulchne kształty, które przyciągały uwagę wielu mężczyzn z kompanii.
Służący przynieśli zupę i Blask spojrzała na Lor.
– Nadal próbujesz skontaktować się z Czwartą w Assail?
– Tak jest, komendancie.
– Mów mi Blask.
– Hmm… tak, Blask. – Pochyliła się nad blatem. Zawsze lubiła rozmawiać o swojej pracy. – Ostatnio w zeszłym tygodniu. Mogłabym znowu spróbować otworzyć portal, jeśli sobie życzysz…
– Wolę nie ryzykować, Lor. Nie do Assail. Za wcześnie na tak drastyczne kroki. – Przeniosła spojrzenie na Gwynna. – A co z naszymi przyjaciółmi z Pierwszej?
Ponury nastrój maga pogłębiał się z każdą chwilą. Wpatrywał się w zupę, jakby miał przed sobą coś nierozpoznawalnego.
– Nasi goście twierdzą, że nadal są na Jacuruku, komendancie.
– Proszę, wystarczy Blask.
Gwynn pochylił głowę, a potem odłożył sztućce, jakby nagle zmienił zdanie, i wsparł podbródek na pięściach.
– Ta Rutana jest służką starożytnej Ardaty, zwanej przez niektórych Królową Czarownic.
Blask skinęła głową i skosztowała zupy. Była smaczna. Odłożyła łyżkę. Służący postawili przed nimi drugie danie – pieczone dzikie ptactwo. Wciągnęła w płuca jego zapach, a potem wyprostowała się i spojrzała w błyszczące, nieruchome oczy Gwynna.
– Niemniej zapewniasz mnie, że są wrogami Oprawcy.
– Bo są.
– Co próbujesz mi powiedzieć?
– Chcą nas wciągnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komendancie, i widziałem ją na własne oczy. Stanowczo odradzam angażowanie się w ten konflikt.
– Rozumiem. Dziękuję za szczerą opinię. – Przeniosła spojrzenie na Lor. – A ty?
Użytkowniczka magii wzruszyła nadal krągłymi ramionami.
– To kwestia akademicka. Nikt nie wie, w której części kontynentu przebywa K’azz.
Blask spojrzała na małego pieczonego ptaka i skubnęła kawałek skórki.
– Wyślę wiadomość przez naszych nieżyjących Braciszków. Znajdą go.
– Ale może nie raczyć odpowiedzieć – zauważył Gwynn.
To było nieco zbyt szczere, pomyślała Blask, zaciskając w irytacji usta.
– Przekonamy się.
* * *
Znacznie później stanęła pośrodku swego apartamentu. Komnaty były kiedyś własnością członków dynastii, przed przybyciem Karmazynowej Gwardii władającej tą prowincją jako jednym z małych królestw Stratemu. Oficjalnie należały do Bluesa, gdyż to on piastował obecnie rotacyjne stanowisko gubernatora, a gdyby K’azz ich odwiedził, przypadłyby jemu. Nie miało jednak znaczenia, który z Zaprzysiężonych aktualnie tu mieszka. Umeblowanie było skromne – prycza do spania i biurko do pracy. To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w którym Blask trzymała zbroję. Biczomiecz wisiał w głównym korytarzu na dole.
Przyglądała się ścianom z ciosanego kamienia oraz zakurzonym gobelinom z czasów dawnej dynastii, nadal butwiejącym na ścianach w miejscach, gdzie zastała je Gwardia, ale jej myśli ciągle wracały do irytującej kolacji. Nie chodziło o Gwynna i jego nieprzyjemne maniery, lecz o nieobecność K’azza. Ich dowódca czegoś unikał i ten fakt skłaniał ją do zastanowienia. W chwilach gdy nadal dopadały ją resztki próżności, wyobrażała sobie, że to jej unika, ale w innych momentach przeklinała go za ucieczkę przed odpowiedzialnością. Budowa jednolitego państwa od podstaw była bardzo trudnym zadaniem. Należało pilnować dróg, budować mosty i planować budowę nowych osad. Nie można było pozwolić, by o takich sprawach decydował ślepy przypadek. A K’azz zniknął, zostawiając to nudne zadanie innym. Podobny brak odpowiedzialności znacznie pogorszył jej opinię o nim. Otrząsnęła się, wpatrując się w mrok z zasępioną miną. Tak czy inaczej trzeba się będzie z nim skontaktować. Przywołała Braciszków.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się mglista sylwetka o krzywych nogach. Prawa ręka zjawy kończyła się na wysokości łokcia. To był Przechył, mistrz oblężeń. Stracili go niedawno. Cień pochylił nieco głowę.
– Blask – wydyszał.
Zdziwiła się, słysząc wypowiedziane na głos słowo.
– Mam wiadomość dla K’azza, Przechył.
– Mogę ją dostarczyć – wycedził cień starego mężczyzny. – Ale nie gwarantuję, że odpowie.
– Rozumiem. Przybyli do nas goście z Jacuruku. Ponownie odwiedził ich Oprawca i zdają się sugerować, że to my ponosimy za to odpowiedzialność.
– Wyczuliśmy tych dwoje – wyszeptał Przechył. – Ledwie można zwać ich ludźmi.
Zasępiła się, usłyszawszy te słowa.
– Przekażesz wiadomość?
– Jasne. Już się za to biorę. Cieszę się, że mogłem cię zobaczyć, Blask.
Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otworzyć, żeby wyjść. Przeniknął jednak bez przeszkód przez grubo ciosane deski, zostawiając za sobą chmurę kurzu opadającego powoli na podłogę.
Zdziwiona Blask uklękła, dotknęła dłonią pyłu, a potem wyprostowała się i przyjrzała własnym palcom. Można by niemal pomyśleć, że Przechył nadal żyje. Nigdy dotąd nie widziała, by wokół sylwetki któregoś z Braciszków zbierał się kurz. Ale z drugiej strony często występował jako rzecznik poległych Zaprzysiężonych. Strzepnęła kurz z dłoni i wróciła za biurko.
* * *
Szczerze mówiąc, nie liczyła na odpowiedź. K’azz wyłączył ze Ślubów Oprawcę i tych, którzy opowiedzieli się po jego stronie. Już przed ponad rokiem wykluczył ich z szeregów Gwardii. Oprawca osobiście odpowiadał za swoje czyny, a kompania nie miała z nimi nic wspólnego… bez względu na to, co mieliby twierdzić inni. Goście mogli tu sobie czekać, jak długo zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następnych dni ignorowała ich, jednocześnie aprobując wszystkie prośby miejscowych kupców o pokrycie kosztów naprawy statku.
Dlatego cztery dni później poczuła się zaskoczona, gdy Ogilvy, jeden z regularnych żołnierzy, rekrut z Trzeciego Zaciągu, zapukał do jej drzwi i wszedł do środka, unosząc pokrytą bliznami, poobijaną dłoń do naznaczonego równie wieloma szramami bezwłosego czoła.
K’azz, pani – oznajmił ochrypłym głosem i pokłonił się jej, jakby była szlachetnie urodzona.
Wielokrotnie powtarzała mu, że wystarczy zasalutować, ale te maniery najwyraźniej głęboko zapisały się w jego jaźni. Kłaniał się jej nisko i tytułował ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po prostu musiała się do tego przyzwyczaić.
Skinęła głową i odesłała go, po czym odłożyła gęsie pióro i wstała od biurka, by zejść na dół. Zatrzymała się na moment przed lustrem z polerowanego brązu i przyjrzała swemu odbiciu. Niska smagła kobieta o długich, czarnych włosach splecionych w warkocz. Tak się składało, że miała na sobie długą suknię z brokatu, z rozcięciami i obszytą koronką na bokach. Była ciasna na górze i w rękawach, rozszerzających się dopiero przy nadgarstkach. Nie zastanawiała się nad tym przedtem, ale rezygnacja ze skórzanej kurty i aketonu świadczyła, że raczej poważnie traktuje swą rolę pełniącej obowiązki gubernatora.
Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziewczyno. Nos spłaszczony jak u karczemnej dziewki wdającej się w bijatyki i w dodatku te cholernie cienkie wargi.
Skrzywiła się z niezadowoleniem.
Ale przynajmniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.
Zresztą kogo to obchodziło? Otworzyła drzwi, złapała zawieszony na kołku sztylet w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na dół krętymi schodami.
* * *
Znalazła go, gdy głaskał jednego ze swych kilku wierzchowców. Skórzany strój miał brudny po podróży, a wysokie mokasyny ciasno opięte wokół kolan. Rozczochrane włosy opadały mu na plecy i widziało się w nich pasemka siwizny. Odwrócił się, zanim zdążyła do niego podejść. Zatrzymała się. Po raz kolejny przeżyła szok na jego widok. Pamiętała go jako młodego mężczyznę, a teraz był stary. Z pewnością miał za sobą trudne czasy, bo jeszcze bardziej stracił na wadze. Oczy o bystrym wyrazie były zapadnięte, a wydatne kości policzkowe wydawały się ostre jak noże. Zapuścił brodę, również upstrzoną plamkami siwizny.
Jest stary. Postarzał się przedwcześnie. Przedwcześnie? Wszyscy jesteśmy starzy, dziewczyno! Masz ponad sto dwadzieścia lat!
Otrząsnęła się, podeszła bliżej, ujęła jego chłodne dłonie i ucałowała go w oba policzki.
– Witaj! Co się z tobą działo?
– Szukałem dróg prowadzących do jeziora Jorrick.
– Naprawdę zamierzasz je nazwać na jego cześć?
Uśmiechnął się.
– Czemu by nie? W Genabackis uważają go za bohatera.
– Hmm… pewnie tak. Zostaniesz tu na dłużej?
Błyszczące oczy, do tej pory wpatrujące się w nią uważnie, przesunęły się w bok.
– Być może. Wybacz, że zwaliłem ci na głowę całą papierkową robotę.
– Nie mnie, tylko Bluesowi.
– Ach! Nic dziwnego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wieści?
– Być może dotarli już do Korelu.
– Zostało im tylko odnaleźć Kratę i uwolnić go ze Sztormowego Muru. O ile to rzeczywiście on. Wkrótce powinni wrócić.
– Powinnam była pójść z nimi. – Blues sobie poradzi. Jest najlepszy z nas. – Brakuje mi go. Ciebie też mi brakowało…
Na ogorzałej od wiatru skórze wokół oczu mężczyzny pojawiły się zmarszczki. K’azz opuścił wzrok.
– Mnie również brakowało was wszystkich. Co z tymi gośćmi?
Blask ruszyła ku otwartej bramie fortecy.
– Gwynn mówi, że to słudzy Ardaty.
K’azz szedł u jej boku, splatając dłonie za plecami.
– Tak. Wyczuwam ich obecność. Z pewnością zaliczają się do najpotężniejszych. W ten sposób przekazuje nam, że traktuje swą wiadomość bardzo poważnie. Niestety nie możemy spełnić jej życzenia…
– Tak im powiedziałam. – Ale chcą to usłyszeć ode mnie. – Tak. – Dlatego tu przybyłem…
Spojrzenie Blask padło na krętą, wysypaną żwirem drogę wiodącą do miasteczka.
A kiedy odejdą, ty również nas opuścisz? Wrócisz na pustkowia? Nie martwisz się tym, jakie skutki mogą wywołać tak długie okresy twojej nieobecności? Plotkami i niepokojem? Nie wśród Zaprzysiężonych, oczywiście, ale co z regularnymi żołnierzami i cywilami? Niektórzy twierdzą nawet, że dawno już umarłeś, a my po prostu sprawujemy władzę w twoim imieniu.
Niemniej w dawnych dniach często rozpuszczali fałszywe pogłoski o jego obecności bądź zniknięciu… Blues i inni nawet przebierali się czasem za niego… wszystko to miało stanowić zabezpieczenie przed nieustanną groźbą ze strony cholernych skrytobójców ze Szponu…
Zatrzymała się nagle, uświadamiając sobie, że już dotarli do miasteczka. Długa droga w dół klifów minęła jej w mgnieniu oka. Najwyraźniej przez cały czas nie odzywali się ani słowem.
Przed nimi, na głównej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pewnością obie strony równie dobrze wyczuwały swą bliskość. Wysoki mężczyzna, Nagal, musiał się pochylić, żeby zmieścić się w niskim wejściu. Z okien i otwartych drzwi wychylali się ciekawscy tubylcy, obserwujący zmierzające ku sobie pary. Blask zauważyła, że żadne z ich czwórki nie ma broni dłuższej niż sztylet. Czyżby to była celowa ostrożność?
Ciemnoskóra kobieta pokłoniła się płytko z cichym grzechotem lasu amuletów opadających jej na piersi. K’azz odwzajemnił ukłon.
– Witaj, diuku D’Avore – rzekła. – Czy może jesteś księciem? – Nosiłem wiele tytułów – odparł ze spokojem. – Ale sugeruję ten, z którego jestem najbardziej dumny. Dowódca.
– Jak sobie życzysz… dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.
Wysoki mężczyzna, który sprawiał wrażenie, że cały czas uśmiecha się skrycie, również się ukłonił.
– Witajcie w Stratemie. W czym możemy wam pomóc?
– Dostałeś moją wiadomość – warknęła. – Powinieneś znać odpowiedź na to pytanie. Twój wasal, Oprawca, wrócił do Jacuruku i chce zacząć wojnę przeciwko nam. Masz obowiązek pomóc nam uwolnić się od niego.
– Nie jest już moim wasalem i nie odpowiadam za jego czyny.
Kobieta nie dała się powstrzymać. Uniosła podbródek i wykrzywiła usta w jeszcze bardziej skwaszonym grymasie.
– A co z reparacjami za zbrodnie, które popełnił na naszych ziemiach, kiedy jeszcze nim był? – zapytała. – Wyeliminowanie go mogłoby pokryć ten dług!
Po raz kolejny Blask zatkało na widok bezczelności Rutany.
Bogowie na górze! Przebywa w krainie, którą włada K’azz, i oskarża go o zbrodnie popełnione przez kogoś innego daleko stąd!
Tego nie sposób było tolerować. Na miejscu K’azza natychmiast kazałaby jej odejść.
Jego cierpliwość zdawała się jednak niewyczerpana. Przechylił tylko głowę, jakby chciał przyjrzeć się Rutanie pod wszystkimi możliwymi kątami. Potem zmarszczył w zamyśleniu brwi.
– Rutana, przychodzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierwszy przybył na Jacuruku, został wasalem twojej pani. Czyż nie tak?
Kobieta szarpnęła gwałtownie za rzemienie na ramionach. Jej twarz pociemniała z wściekłości. Po chwili zapanowała nad emocjami w wystarczającym stopniu, żeby odpowiedzieć.
– Nie zawarto formalnej ugody. Przez pewien czas oboje tylko współpracowali ze sobą.
K’azz wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że uważa ten temat za zamknięty.
– Tak czy inaczej Oprawca już dawno ruszył własną drogą i nie mogę odpowiadać za jego poczynania.
– Ale Śluby nadal go podtrzymują – odezwał się niespodziewanie Nagal cichym, melodyjnym głosem. – Twoje Śluby, K’azz.
Na twarzy księcia pojawił się grymas bólu.
– Odebrałbym mu tę moc, gdyby leżało to w moich możliwościach – odparł z wyraźnymi wysiłkiem. – Wyłączyłem go ze Ślubów.
– To za mało – nie ustępował Nagal. – Nadal go obejmują. Nasza pani zna ich tajemnicę. Czy nie jesteś ciekawy, K’azz?
Blask ogarnął głęboki niepokój. Za pośrednictwem tych dwóch sług wyczuwała dotykający ich wpływ Ardaty, pani wszystkich czarownic. Zrobiło się jej niedobrze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je splugawiło. Widziała, że K’azzem wstrząsnęło to, co można było zinterpretować tylko jako dotknięcie Ascendentu proponującego, że zbada coś, co stanowiło podstawę jego tożsamości.
– Nie kwestionuję mądrości ani mocy waszej pani – zaczął ostrożnie. – Być może w przyszłości skorzystam z jej szczodrej oferty. – Pochylił głowę, nie odrywając spojrzenia od dwojga gości. – Ale na razie życzę wam bezpiecznego powrotu do domu.
Odwrócił się i oddalił sztywnym krokiem. Blask podążyła za nim tyłem, cały czas wpatrując się w Rutanę i Nagala.
– Tak jest, w przyszłości! – zawołał wysoki mężczyzna. – Czasu z pewnością nam nie zabraknie.
K’azz zatrzymał się na moment, ale ponownie ruszył przed siebie.
– Jest jeszcze jedno! – zawołała Rutana.
Dowódca Karmazynowej Gwardii odwrócił się z westchnieniem.
– Słucham?
– Ponieważ nie jesteś skłonny do współpracy, moja pani pozwoliła mi ujawnić jeszcze jeden fakt.
– Tak?
– Wiesz, że posiada moc jasnowidzącej i prorokini. Przewidziała, że wkrótce dojdzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K’azz? Czy można do tego dopuścić?
W pierwszej chwili to niejasne ostrzeżenie nic nie znaczyło dla Blask. Potem przypomniała sobie, gdzie słyszała tę dziwną nazwę. Tam właśnie uwięziono K’azza, gdy przebywał na ziemiach Jacuruku. Natychmiast skierowała na niego spojrzenie i zdumiał ją widok jego reakcji. Twarz dowódcy zrobiła się biała jak kreda. Pochylił wyraźnie ramiona, jakby dźwigał na nich brzemię. Pokręcił głową.
– To się nie może wydarzyć – wychrypiał z wysiłkiem.
Rutana uśmiechnęła się triumfalnie.
– W tej sprawie moja pani zgadza się z tobą, książę.
– Osiągnęłaś swój cel, czarownico. – Spojrzał na Blask. – Wezwij Zaprzysiężonych. Wyruszam do Jacuruku – oznajmił i oddalił się.
Blask śledziła go zdumionym spojrzeniem. Tak po prostu? Jedna niejasna groźba, informacja, czy co tam właściwie to było, i już się zgodził?
Zerknęła na dwójkę gości, ale ignorowali ją, wlepiając chciwe spojrzenia w sztywną jak kij sylwetkę K’azza wlekącego się z wysiłkiem przed siebie.
* * *
Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzytem drewna drapiącego piasek. Stojący na przodzie kapitan rozejrzał się po wydmach i karłowatej roślinności ciągnącej się w głąb lądu. Załoga i wojownicy czekali na jego rozkazy. Choć był okrutny i brutalny, poprowadził ich do wielu udanych ataków i ufali jego przywództwu na wojnie. Jego szary kolczy płaszcz, podarty i wystrzępiony, opadał na deski pokładu, a włosy oraz broda również były długie, siwe i rozczochrane. Niektórzy zwali go Szarym Duchem, ale tylko najcichszym szeptem. Sam wolał tytuł wodza wojennego.
Przeskoczył przez burtę z dzikim wrzaskiem i wylądował w płytkiej wodzie. Jego ludzie podążyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któregoś z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Scarza. Niektórzy szeptali, że w żyłach potężnie zbudowanego wojownika płynie spora domieszka krwi Trellów. Podszedł teraz do wodza wojennego, zauważając, że rdza z noszonej przez niego zbroi zostawia w wodzie czerwony ślad, wyglądający jak plama krwi.
– Ziemia się nie zatrzęsła, Scarza – zauważył wódz wojenny, osłaniając oczy przed słońcem i spoglądając na porośnięty karłowatą roślinnością obszar. – Nie zadęto w trąby. Nie nadszedł koniec świata.
– O czym mówisz, wodzu wojenny?
Mężczyzna skierował na niego spojrzenie starych, pożółkłych oczu, ale zaraz je odwrócił.
– O niczym, mój drogi Scarza… po prostu minęło bardzo wiele lat, odkąd ostatnio chodziłem po tym brzegu.
– A czego mamy dokonać w tej ponurej krainie, budzącej we mnie bolesne wspomnienie ojczyzny?
Wódz wojenny uśmiechnął się. Bruzdy przecinające jego starą twarz pogłębiły się jeszcze. Najwyraźniej odpowiadało mu zgryźliwe poczucie humoru jego zastępcy.
– Nie chodzi mi o te ziemie, Scarza. Interesuje mnie sąsiednie królestwo. Władający nim butni magowie popadli w samozadowolenie.
Każą się tytułować wielkimi alchemikami i teurgami. Tutaj natomiast znajdziemy bandy obdartusów, żyjących z łupienia taumaturgów. Weźmiemy ich pod swoje skrzydła i pokażemy, jakie korzyści może im przynieść zorganizowana kampania.
– Masz na myśli śmierć?
Chudy mężczyzna opuścił kąciki ust, jakby w wyrazie lekkiej dezaprobaty.
– Z czasem tak – przyznał.
Wódz wojenny spojrzał w stronę morza. Wszystkie dziesięć statków łupieżców przybiło już do brzegu.
– Na razie roześlij zwiadowców, wyładuj wszystko i rozmontuj statki. Będziemy potrzebowali drewna.
Scarza ukłonił się mu.
– Już się robi, wodzu wojenny.
Posiwiały mężczyzna ponownie skierował uwagę w głąb lądu.
– Wróciłem, cholerny kręgu magów – wydyszał. – I co teraz zrobicie? Tak jest… co zrobicie?
Gdy wróciłem ze swych wędrówek, przywitał mnie głos starego przyjaciela. To było na długiej darudżystańskiej ulicy zwanej Drogą Trzeciego Poziomu. Złapał mnie nagle za rękę i zapytał:
– Skoro wróciłeś, zgodnie z zapewnieniem Osserca, powiedz mi, gdy jak za dawnych lat będziemy szli tą ulicą ku kwitnącym sadom, co cię skłoniło do wyruszenia w tak długą podróż na Pustkowia Świata?
Chanat D’argattyPodróże D'argatty'ego
Saeng poruszała tłuczkiem w moździerzu, przygotowując sos na południowy posiłek. Wrzuciła do niego orzechy, młode raki, zieleninę i różne rodzaje pieprzu. Miała to potem zmieszać z kawałkami niedojrzałej papai, żeby zrobić sałatkę. Klęczała pochylona nad wielkim kamiennym moździerzem, a jej muskularne przedramiona poruszały się nieustannie. Długie, czarne włosy lepiące się do czoła odsuwała na bok grzbietem dłoni.
W całej wiosce wszystkie kobiety w jej wieku wykonywały teraz w chatach te same obowiązki, ale istniała jedna zasadnicza różnica. One przygotowywały posiłek dla mężów i dzieci, a ona zajmowała się kuchnią i sprzątała dom tylko dla siebie i swej starej matki, która, ku wielkiej irytacji dziewczyny, nigdy nie przepuszczała okazji do krytykowania jej wysiłków i głośnego zastanawiania się nad tym, dlaczego jej córka jest na najlepszej drodze do zostania starą panną.
Czemu miałoby być inaczej, mamo? Głośno wyrażałaś pogardę dla wszystkich religijnych obrzędów odprawianych przez naszych sąsiadów, twierdząc, że to gówno warte przesądy, ich domowe kapliczki nazywałaś fałszywymi bożkami, a ich wiarę przejawem dziecinnej ignorancji. Nic dziwnego, że ojciec gdzieś przepadł, a wszyscy w wiosce uważają nas za pariasów.
Położyła posiłek na dwóch liściach bananowca, a potem usiadła ze skrzyżowanymi nogami i zmarszczyła brwi. Jej zachowanie również nie pomagało. Wszyscy nazywali ją czarownicą. Służką Matki Nocy, Ardaty. Zdarzało się, że niektórzy prosili ją potajemnie o rzucenie klątwy na rywala albo spowodowanie śmierci bawołu sąsiada. A kiedy odmawiała, byli okropnie oburzeni. To mogłoby być śmieszne, gdyby nie było takie smutne.
Tak czy inaczej stała się kozłem ofiarnym dla całej wioski. Zrzucano na nią winę za martwo urodzone cielęta, choroby dzieci i słabe plony. Miała już serdecznie dość takiego traktowania. Ale co z matką? Kto się nią zaopiekuje? Bardzo żałowała, że nie ma z nimi Hanu. Brakowało jej jego spokoju i siły. To on powinien się ożenić. Wtedy wprowadziłaby się do niego, rozkazywałaby jego żonie i mogłaby uciec od tego wszystkiego. Ale wydarzyło się niewyobrażalne i zabrali go taumaturdzy.
Zapewne powinna się z tego cieszyć. Ów fakt – prestiż płynący z poświęcenia oraz ulga wszystkich sąsiadów, cieszących się, że ten ciężar spadł na kogoś innego – pozwalał im zachować niepewną pozycję na skraju wioski.
Wzięła sobie do sałatki trochę ryżu i teraz jadła to wszystko bez entuzjazmu. Matka wkrótce wróci z porannej przechadzki i przyniesie nowe plotki. Taka i owaka spodziewa się kolejnego wnuka! A bratanek takiej i owakiej kaszle! Saeng zwiesiła głowę. Niech ją bogowie mają w opiece!
Właśnie wraca. Saeng zaczerpnęła tchu, żeby się uspokoić.
– Co słychać, mamo? – przywitała ją. Matka przyglądała się jej z nietypowym dla siebie milczeniem. – Słucham? Co się stało?
Starsza kobieta stanęła przed otwartą werandą, zaciskając dłonie na wielobarwnej tkaninie sukni.
– Pytasz o wieści? Tak, tym razem przynoszę prawdziwe wieści, Saeng. Przechodzili tędy uchodźcy. Uciekają na zachód. Kuzyni Mae nie mieli ze sobą niczego poza ubraniami na plecach.
Saeng wyprostowała się, marszcząc brwi jeszcze mocniej niż zwykle.
– Co się wydarzyło?
– Nadchodzi armia, maleńka. Nasi władcy, taumaturgowie, maszerują na wojnę i wcielają do wojska wszystkich, których znajdą.
Saeng włożyła do ust kulkę ryżu i zjadła go z zamyśloną miną.
– Ale co to nas obchodzi? Już zapłaciłyśmy swoją cenę.
Jej matka potrząsnęła głową.
– Nie sądzę, by to nadal miało znaczenie. I…
Przerwała nagle.
– I co?
– Saeng… – zaczęła starsza kobieta – …w tej sprawie stara wiara wypowiada się jasno! Podczas wojny kapłanka musi przebywać w świątyni…
– Mamo, proszę… przestań opowiadać takie rzeczy.
Jej matka splotła dłonie, wyraźnie wstrząśnięta.
– Nie bluźnij! Twoja prababka powiedziała to niedwuznacznie. Musisz odszukać Wielką Świątynię.
Saeng nie mogła znaleźć słów.
– Mamo… stara wiara dawno już umarła. Nikt nawet nie wie, gdzie są świątynie. – Roześmiała się z lekką nerwowością. – Naprawdę zachowujesz się… głupio.
Na twarzy matki pojawiło się często tam widywane rozczarowanie. Po chwili potrząsnęła głową. Saeng zacisnęła wargi, odwróciła głowę i skończyła posiłek.
* * *
Nocą nie mogła zasnąć. Nak-ta wołały do niej najgłośniej od wielu lat. Miotała się i przewracała z boku na bok, ale nie była w stanie ich uciszyć. A jeśli się skupiła, miała wrażenie, że w oddali słyszy hałas produkowany przez jakieś potężne istoty, przedzierające się do niej przez dżunglę.
Nagle rozległ się głos, jeszcze donośniejszy niż wiatr kołyszący liśćmi palm i poruszający całymi drzewami. Był nieartykułowany, brzmiał jak jęk kogoś zakneblowanego albo rannego. Nigdy przedtem nie słyszała czegoś takiego. To był głos mężczyzny. Któregoś z wieśniaków? Od czasu do czasu jakiś dureń schodził ze ścieżek pijany albo dręczony niestrawnością i las go zabierał. Jeśli dotarła na miejsce wystarczająco szybko, mogła podjąć próbę uratowania go, ale gdy cienie już się do niego dobrały, było to niemal niemożliwe. Tylko raz podjęła nadzwyczajną, bardzo niebezpieczną próbę, ale w tamtym przypadku chodziło o dziecko. Włożyła suknię i ruszyła przez ogród ku ścianie drzew, będącej granicą dziewiczej dżungli pokrywającej od morza do morza całą jej ojczyznę, Jacuruku.
Gdy już znalazła się w mroku między wysokimi drzewami, zatrzymała się, wytężając słuch i postrzeganie. Sięgnęła na zewnątrz, obejmując swą świadomością poszerzający się krąg. Wyczuwała kroki wielu nocnych stworzeń, od rodziny sapiących pekari aż po maleńką ryjówkę. Sięgając dalej, wyczuła gorącą, czujną obecność polującego nocą kota przycupniętego na gałęzi, a po drugiej stronie kręgu chat stado małp, które zwędziły komuś posiłek. Trzymały się tak daleko od kota, jak to tylko możliwe.
To dziwne. Czy nikogo tam nie było? Z reguły ci, którzy zeszli nocą ze ścieżek, miotali się na oślep i byli łatwi do zauważenia jak słonie. Cielesną obecność możemy wykluczyć. Ale co z bezcielesną? Być może…
Usłyszała krok. Blisko. Ciężki. Stanowczo zbyt ciężki jak na wieśniaka. A potem następny. Z mroku wyłoniła się olbrzymia postać, monstrualnie wysoka i szeroka w barach. Przekroczyła snop zielonkawego blasku i Saeng wstrzymała oddech. Poznała jednego z yakshaka, żołnierzy taumaturgów.
A więc… już tu są.
Wzięła się w garść, uklękła i pochyliła głowę, czekając na przybycie władcy olbrzyma, który nie mógł być zbyt daleko. Niezniszczalni yakshaka strzegli taumaturgów i byli kręgosłupem ich armii.
Zatem to prawda. Maszerują ku wschodnim wyżynom. Chcą zaatakować prawdziwe źródło niebezpieczeństw nadal czających się w głuszy. Rozległe, pierwotne włości Demonicznej Królowej. Dżunglę Himatanu, w połowie znajdującą się w naszym świecie, a w połowie w królestwie duchów.
Ale nie wyczuwam nikogo w pobliżu.
Dziwny, zgrzytliwy dźwięk przyciągnął jej uwagę do yakshaka. Zerknęła ostrożnie. Istota uniosła zakute w żelazo dłonie i robiła nimi coś na wysokości szyi. Być może chciała poprawić swój olbrzymi hełm. Mozaika drogich kamieni, którymi inkrustowano zbroję stworzenia, lśniła migotliwym blaskiem, kiedy się poruszało. Ku przerażeniu Saeng olbrzym zdjął hełm, odsłaniając wygoloną, pokrytą straszliwymi bliznami głowę. Przymrużył ciemne, ludzkie oczy, oślepione nawet słabym światłem dżungli, po czym spojrzał z dziwną czułością na dziewczynę.
Gapiła się na niego z przerażeniem. Przez jej głowę przemknęła irracjonalna myśl: Oskarżą mnie o to, że go zniszczyłam!
Usta istoty poruszyły się bezgłośnie, formując słowo. To było jej imię, Saeng. Nie potrafiła pojąć, skąd stworzenie mogło je znać.
Nagle przeszył ją dreszcz rozpoznania. Poznawała tę twarz, mimo okaleczeń.
– Hanu… – wydyszała, ledwie ważąc się oddychać.
Yakshaka skinął głową. Jego zmasakrowane usta rozciągnęły się w parodii uśmiechu.
Podeszła bliżej i położyła otwartą dłoń na jego piersi. Wzdrygnęła się, czując zimną, twardą zbroję.
– Co się wydarzyło? Dlaczego tu jesteś? Co się dzieje? Och, mój drogi Hanu… co z tobą zrobili?
Z twarzy brata zniknął uśmiech. Opuścił wzrok, zaczerpnął głęboko tchu, dotknął palcem ust, a potem je otworzył. Zdziwiona Saeng zajrzała do ich wnętrza. Ugięły się pod nią kolana i zrobiło się jej ciemno przed oczami.
Wycięli mu język.
Gdy się ocknęła, opierała się o drzewo. Hanu stał obok, wpatrując się w otaczające ich drzewa. Przyglądała się bratu przez pewien czas, radując się znajomym poczuciem jego bliskości.
Nadal mnie strzeżesz. Ale nie powinno cię tu być. Co się wydarzyło?
– Hanu – wyszeptała. – Dlaczego tu jesteś?
Odwrócił się, opuścił wzrok i nakreślił jedną ręką jakiś kształt. Saeng poznała jeden z symboli języka znaków, który kiedyś stworzyli dla siebie, by móc porozumiewać się bezgłośnie.
– Obietnica.
– Obietnica? Jaka obietnica? Obiecałeś mnie chronić. Ta obietnica?
– Zbliża się.
– Kto się zbliża? Ach, oni. – Wstała i strzepnęła z siebie wilgotną glebę. – Ale… co to ma za znaczenie dla mnie?
– Niebezpieczeństwo.
– Niebezpieczeństwo? Dlaczego? Czemu miałoby mi… – Nagle zrozumiała. Taumaturdzy od dawna nienawidzili swej sąsiadki. Potępiali i skazywali na utopienie wszystkich, którzy ich zdaniem ulegali jej wpływom. Z pewnością zabiliby ją jako podejrzaną o czary i służenie Demonicznej Królowej. – A więc dlatego… – Przerwała nagle, ale zaraz zaczęła od nowa. – Na wszystkich utraconych bogów, uciekłeś… zdezerterowałeś, żeby mnie ostrzec!
– Cicho.
– Ty cholerny durniu! – zawołała. – W czym to mi pomoże? Teraz zażądają twojej głowy!
Skrzywił się boleśnie.
– Cicho – zasygnalizował znowu.
– Cudownie. Oboje staliśmy się zbiegami.
– Tak.
– Znakomicie. – Zacisnęła pięści zwisające na wysokości bioder i spojrzała na niego. Zaczął wkładać hełm. – W porządku… będziemy potrzebowali żywności. Pójdę czegoś poszukać.
– Szybko.
– Tak, tak.
Ruszyła w stronę chaty. Napełniła worek ryżem i zabrała też wszystkie wędzone ryby oraz jarzyny, które zdołała znaleźć. Przez cały ten czas jej matka leżała na łóżku i oddychała chrapliwie. Saeng przez chwilę rozważała możliwość obudzenia jej, żeby się pożegnać. Ale tylko przez chwilę. Narobiłaby mnóstwo zamieszania.
Czekałam na ten moment od bardzo dawna, a teraz, gdy wreszcie nadszedł, nie chcę tego zrobić. Wreszcie się stąd wydostanę, ale z pewnością nie tak to sobie wyobrażałam.
Kolejną torbę wypełniła swymi najsolidniejszymi ubraniami, dodając do nich sandały oraz posłanie. Z zewnątrz dobiegł szum deszczu spadającego na utkane z trawy ściany.
Cudownie. W dodatku jest pora deszczowa.
Zabrała parasol z cienkiego drewna i zanurzyła się we mgle.
Hanu dołączył do niej w ciemności. Uniósł palec, a potem zapytał:
– Którędy?
Osłaniająca się parasolem i przyciskająca torbę do piersi Saeng przygryzła wargę.
No właśnie, którędy?
Wzięła się w garść i sięgnęła świadomością dalej, niż kiedykolwiek dotąd się odważyła, obejmując nią całą wioskę, otaczające ją ogrody oraz pobliskie pola, a także dalsze, leżące odłogiem ziemie, które również do nich należały. Dotarła na tereny sąsiednich wiosek, aż wreszcie, daleko na zachodzie, otarła się o nieznaną, skwierczącą moc, która odgrodziła się od jej pytań grubym kamiennym murem.
Armia taumaturgów. Nie tylko jadą sobie w lektykach i wozach, by spełniać tajemnicze zadania. Otoczyli się osłonami i są gotowi do walki.
– Chyba na północ. Pozwolimy im przejść, a potem tu wrócimy.
Hanu patrzył tylko na nią, nie wykonując żadnych gestów. Wyczuwała w nim milczące niedowierzanie. Poirytowana tym, zbadała swą świadomością gęstwinę liści palm i zwisających pnączy. Kapiący z nieba deszczyk był jedynie bladą zapowiedzią ulew, które wkrótce nadejdą. Skinęła dłonią na brata, nakazując mu podążyć za sobą.
– Tędy.
* * *
Murken Warrow, znany w kręgach czarnorynkowych handlarzy w Uncie jako Murk, przymrużył powieki i tak już wyjątkowo wąskich oczu, przyglądając się przybrzeżnym wydmom oraz lasowi niezwykłych kamiennych słupów. Potem przeniósł pełne niedowierzania spojrzenie na swego partnera Hinta, znanego jako Kwaśny. Obaj okryli się już sławą niezbyt pożądaną w ich zawodzie. Doszło nawet do tego, że na ulicach Unty wskazywano ich palcami jako… no cóż. Murka i Kwaśnego. Powinni byli opuścić miasto znacznie wcześniej, na co wskazywał fakt ich aresztowania.
– To mi się nie podoba – skwitował Kwaśny.
Murk uniósł wzrok ku zachmurzonemu niebu, nadal trzymając dłonie w kieszeniach kamizelki. Z jego ust wyrwało się głośne westchnięcie, pełne zniecierpliwienia i irytacji.
– Czemu mnie to nie dziwi?
– Ten kontrakt mnie niepokoi.
– Co ty powiesz?
– To źle się dla nas skończy.
– Jak zwykle – odpowiedział półgłosem Murk, spoglądając na pokład rufowy, gdzie sponsorka ich obecnego kontraktu rozmawiała z kapitanem statku.
– Jaśnie panna doprowadzi nas do zguby – mruknął Kwaśny, zauważywszy, na kogo skierował wzrok jego partner.
– Tylko jeśli nadal będziesz próbował się do niej dobierać.
– To przez te nogi. Ciągną się bez końca.
Murk wymamrotał coś pod nosem na znak zgody. Ich pracodawczyni nosiła zdumiewające stroje. Wysokie skórzane buty sięgające kolan, ciasne spodnie i równie obcisła skórzana kurta włożona na białą jedwabną koszulę obszytą koronkami. Wyglądała jak zrodzony z gorączki majak, który przed chwilą uciekł z burdelu. Ale swobodnie nosiła miecz u pasa, a na początku rejsu jednym ciosem powaliła na pokład najemnika za jakąś nieprzyzwoitą sugestię – czy to prawdziwą, czy wyimaginowaną.
Najdziwniejsze jednak było, że przedstawiała się jako Złośliwość.
Murk uśmiechnął się, przypominając sobie reakcję Kwaśnego na to imię.
– Pani czy panna Złośliwość? – zapytał jego partner, unosząc ku niebu żabie oczy. Czasami ten zwariowany facet naprawdę go rozśmieszał.
Wydano rozkazy. Załoga zabrała się do przygotowywania szalupy i rozładunku.
– Coś mi mówi, że tym razem zasłużymy na swą zapłatę – stwierdził Kwaśny.
Murk wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.
– To będzie trudne – dodał niski mag.
– Dość już tego! Czy mógłbyś choć raz trzymać gębę na kłódkę?
Kwaśny pociągnął się za maleńki kosmyk, który zapuścił na podbródku, i zmarszczył brwi, przyglądając się wybrzeżu.
– Może się nie udać.
Murk zacisnął dłonie na relingu i zwiesił głowę pokonany.
Najemnicy ruszyli przodem, by osłaniać lądowanie. Była z nich wyjątkowo niechlujna zgraja. Złośliwość mówiła, że znalazła ich na południowym wybrzeżu Genabackis, na pirackich terytoriach. Żaden z nich nie przyznawał się, by kiedykolwiek brał pieniądze od Imperium. Murk wiedział jednak, że służyli w armii, choć jeszcze nie oskarżył o to żadnego z nich. W końcu to samo można było powiedzieć o nim i o Kwaśnym. Ich dowódca, przedstawiający się jako Yusen, z pewnością wyglądał na oficera. Sugerowało to świetnie znane Murkowi spojrzenie, mówiące „Jesteś idiotą”, jakim obrzucał ich, gdy tylko mieli coś do powiedzenia.
Przypominało mu czasy, gdy był imperialnym magiem kadrowym.
Po krótkim czasie zwiadowcy wrócili na brzeg i zasygnalizowali, że jest czysto. Zaczął się rozładunek ekwipunku.
Murk przyglądał się, jak załoga statku i najemnicy opuszczają skrzynie oraz worki na kołyszącą się na falach szalupę.
Po jakimś czasie zauważył obok siebie wysoką, smukłą sylwetkę ich pracodawczyni, Złośliwości. Skrzyżowała ramiona na piersiach i skierowała na nich spojrzenie oczu o zdumiewającej, złotoorzechowej barwie. Trącił łokciem Kwaśnego i obaj dotknęli czół.
– Pani?
– Szybciej by poszło, gdyby wszyscy pomagali przy rozładunku.
– My tylko wypatrujemy kłopotów – odpowiedział Kwaśny.
Kobieta uniosła kształtną brew.
– Tak? Kiedy was wynajęłam, czy może raczej uratowałam przed nieuchronnym aresztowaniem i uwięzieniem w Uncie, odniosłam wrażenie, że nie jesteś magiem władającym Ruse. Czyżbyś jednak nim był?
Kwaśny opuścił zdziwione spojrzenie i tupnął nogą o pokład.
– Nie jestem, pani.
– W takim razie powiedz mi, na co mógłbyś się zdać na morzu, gdyby zdarzyły się… kłopoty?
Przysadzisty mag uniósł głowę i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale tylko zmarszczył brwi i podrapał się po głowie.
– Chcę, żebyście zeszli na brzeg i wyruszyli na rekonesans – kontynuowała Złośliwość.
– Tak jest, pani.
– Tylko nie wchodźcie w krąg dolmenów, dobra?
– Dolmenów? – powtórzył Kwaśny. – Czy tak się nazywają te kamienne słupy?
– Tak. – Złośliwość odpowiedziała takim tonem, jakby miała do czynienia z wioskowym głupkiem. – Tak się nazywają. Nie wchodźcie między nie. Okrążcie ich skupisko. Chcę się dowiedzieć, kto się znajduje w okolicy. Poradzicie sobie z tym?
– Z pewnością, pani.
– W porządku. Zawsze to coś.
Oddaliła się.
Odprowadzali ją wzrokiem. Murk mógłby przysiąc, że celowo kołysała biodrami. Kwaśny westchnął ciężko.
– Ciągną się bez końca… – wyszeptał.
Murk trącił go dość mocno łokciem, poirytowany tym, że jego spocony, niemyty, krzywonogi towarzysz wypowiada na głos jego myśli.
– Ruszajmy.
Zaczekali, aż szalupa będzie załadowana do końca, po czym zeszli na dół po drabince ze sznura i drewnianych szczebli. Położyli się na zwiniętej tkaninie namiotowej na dziobie, skrzyżowali ręce i zamknęli oczy. Marynarze i najemnicy złapali za wiosła.
Gdy dziób wbił się w piasek, z nieba zaczął siąpić lekki jak mgiełka deszczyk. Murk i Kwaśny wyskoczyli na wilgotny grunt i ruszyli w górę po stromym brzegu. Reszta załogi i najemników – w sumie około pięćdziesięciu ludzi – zeszła na ląd, by pomóc w wyładunku. Pojawił się Yusen i wezwał obu do siebie skinieniem. Miał na sobie kolczą koszulę i fartuch, żelazne rękawice i zarękawia, a pod pachą trzymał hełm. Kiedy podeszli bliżej, Murk musiał się powstrzymywać przed salutowaniem.
Mężczyzna obrzucił ich spojrzeniem. Na jego ustach i w szaroniebieskich oczach pojawił się grymas ledwie skrywanego niesmaku.
– Co wy kombinujecie?
– Idziemy na rekonesans – wyjaśnił Murk.
– Wysłałem już zwiadowców.
Kwaśny demonstracyjnie dotknął palcem boku nosa.
– Nie takich jak my.
Yusen uniósł wzrok ku gęstym chmurom, a potem rozejrzał się po okolicy.
– Dobra – mruknął wreszcie. – Sądząc po tym, jak to wszystko wygląda, lepiej zachowajcie ostrożność.
Murk znowu omal mu nie zasalutował.
– Dziękujemy… kapitanie – wyszeptał tylko.
W oczach najemnika pojawił się twardszy wyraz. Odesłał ich nagłym ruchem głowy.
– Ruszajcie.
– Tak jest.
Zostawili za sobą plażę i znaleźli się w lesie złożonym z drzew, jakich Murk nigdy w życiu nie widział. Niektóre miały liście szerokie jak tarcze, inne zaś twarde i pokryte czymś przypominającym wosk.
– Jak myślisz? – zapytał w pewnej chwili Kwaśny. – Czwarta Armia?
– Nie. Siódma.
– Może i tak. Byle nie Piąta. Tak czy inaczej… – Kwaśny powęszył. – Jak myślisz? – powtórzył.
Murk wzruszył ramionami, ocierając mżawkę z twarzy.
– Prawie nikogo nie ma. Tylko garstka rybaków.
– Aha… też tak myślę. – Kwaśny usiadł u podstawy drzewa, wyciągnął nogi przed siebie i zamknął oczy. – Czy już jest południe?
Murk spojrzał na inny las, znajdujący się tuż na północ od nich. Szare kamienne kolumny – dolmeny – z których się składał, robiły się coraz ciemniejsze w nasilającym się deszczu.
– Widziałeś ruiny, kiedy tu przypłynęliśmy?
– Aha. Cholernie wielkie miasto. – Nagle otworzył oczy. – Hej! Myślisz, że jest tu jakiś skarb? Może powinniśmy się rozejrzeć.
Murk obrzucił towarzysza wyjątkowo pogardliwym spojrzeniem.
– W ruinach miast nie ma skarbów. Chyba że w głupich piosenkach trubadurów. Takie rzeczy dawno już zniknęły. Zostały tylko pył, zgnilizna i martwe pająki.
Kwaśny zadrżał.
– Bogowie, pająki. Czy musiałeś o nich wspominać? Od tego przechodzą mnie ciarki. To mi się nie podoba.
– Wiem, co masz na myśli – zgodził się Murk, nie odrywając spojrzenia od dolmenów.
Kwaśny przechylił głowę, zamykając jedno oko.
– Ale może są grobowce i tak dalej. Zakopane łupy. Co ty na to?
– Zakopane? – Murk nadal przyglądał się labiryntowi kamiennych słupów. – Aha. To całkiem inna kwestia, tak…
Kwaśny skierował spojrzenie tam, gdzie patrzył jego partner.
– Ech, na miłość… – Podobny do kraba mężczyzna zadrżał gwałtownie. – To złe wieści. Wiedziałem o tym, gdy tylko na nie spojrzałem. – Przygryzł brudny paznokieć. – Ale tak musiało być, prawda? W każdym innym miejscu natychmiast bym tam popędził. Ale tutaj… wielka szkoda.
Murk splunął w bok.
– Tak. Musimy być w każdej chwili gotowi do ucieczki.
– Zaczynasz mówić jak ja – poskarżył się Kwaśny.
Murk skrzywił się z niezadowoleniem.
Wielcy bogowie, to wystarczający powód, żeby tam nie iść.
* * *
Zapadał już zmierzch, gdy Murk trącił chrapiącego towarzysza, by go obudzić.
– Jest tutaj – powiedział cicho, wskazując w bok.
Kwaśny skinął głową, oblizał wargi i przeciągnął się. Obaj ruszyli za swą pracodawczynią, przeskakując od jednego dolmenu do drugiego. Kobieta powoli okrążała skupisko. Cały czas trzymała swą grotę otwartą i dwaj magowie musieli odwracać wzrok i osłaniać dłońmi oczy przed mocami, które wezwała i którymi manipulowała. Ukształtowana przez nią energia zostawała z tyłu, tworząc migotliwą, pulsującą ścianę mocy.
Szli za nią, wyglądając zza słupów. Zbudowano je z kamiennych bloków, ustawionych jeden na drugim, aż ku zwężającemu się, tępo zakończonemu szczytowi.
– Widzisz to samo, co ja?
Kwaśny niemalże krzyknął, by towarzysz go usłyszał.
Murk odwrócił głowę i przymrużył powieki.
– Odcina je od wszystkiego! – zawołał. – Nic się nie przedostanie przez jej osłony i pieczęcie!
Obaj nagle odwrócili wzrok od migotliwej bariery skupionej energii groty dzielącej ich od świata zewnętrznego.
– O cholera! – powiedzieli jednocześnie i pomknęli ku drugiemu końcowi labiryntu stojących kamieni.
Gdy mijali szeregi kolumn, Murk zauważył, że wszystkie biegną po lekkim łuku. Uświadomił sobie, że tworzą ogromne, koncentryczne kręgi. Kwaśny biegł przed nim. Spod jego znoszonych butów sypał się piasek. Nagle zatrzymał się – tak gwałtownie, że Murk omal na niego nie wpadł. Odzyskał równowagę i zorientował się, co zatrzymało ucieczkę partnera. To był otwarty, okrągły dziedziniec, czy może plac, pusty i pozbawiony wszelkich ozdób. Znajdował się w samym środku kręgów dolmenów, a jego nawierzchnię stanowiło coś, co wyglądało na wyrównany grabiami żwir.
Najkrótsza droga wiodła przez jego środek, ale Murkowi wystarczyło jedno spojrzenie, by się zorientować, że to nie wchodzi w grę.
Magiczny wzrok zaprezentował mu zupełnie inny obraz, nałożony na z pozoru pusty plac. Pod jego powierzchnią wiło się coś, co kojarzyło się z monstrualnym wężem morskim, miotającym się w falach oceanu. Klepnął partnera w ramię i wskazał w bok. Dotarli do przeciwległego końca olbrzymich ruin na długo przed tym, nim zjawiła się tam Złośliwość ze swą osłoną. Ukryli się za wydmą i przyglądali, jak kobieta kończy swój skomplikowany, porażająco potężny rytuał.
Kwaśny zczołgał się niżej i otarł rękawem mokrą od potu twarz. Murk dołączył do niego.
– Może byśmy… nie marnowali więcej czasu i zwiali stąd? – zasugerował Kwaśny.
Murk wsparł ramiona na kolanach.
– Nie. To mnie zaciekawiło.
Jego partner przymrużył powieki, niemal całkowicie zamykając oczy.
– Zaciekawiło? Ciebie? Chyba raczej twojego cholernego Patrona z Cienia, co?
– Tak? Myślisz, że małej Panny Czarodziejki to nie zainteresuje?
Kwaśny wydmuchał jedno nozdrze.
– Nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć, jak to się skończy. Obaj stracimy głowy!
Murk spojrzał na ciemne niebo. Gęste chmury już się rozpraszały.
– Wiesz co? Kiedy za każdym razem przewidujesz to samo cholerne zakończenie, trochę tracisz na wiarygodności.
– Jeśli wystarczająco długo przepowiadasz deszcz, w końcu ta przepowiednia się sprawdzi.
– W tym nie ma nawet krzty sensu! – zaprotestował Murk, rozpościerając szeroko ramiona.
Kwaśny przesunął spojrzenie w lewo i w prawo.
– Nabierze go… z czasem.
– Mógłbyś wreszcie przestać?
– Hej, gołąbeczki, przestaliście już gruchać? – rozległ się nieznajomy głos, dobiegający spod sąsiedniego krzaka.
– Kto tam?! – zawołał Kwaśny, jeszcze mocniej przywierając do ziemi.
Z gąszczu wyłonił się jeden ze zwiadowców Yusena i przycupnął obok nich. Miał skórzany strój, dwa długie noże u pasa, a na głowie poobtłukiwany malazański hełm, który przywołał w umyśle Murka wiele wspomnień. Żadne z nich nie było szczęśliwe.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytał mag. Uważał, że jeśli dałeś się zaskoczyć, agresja często jest najlepszą odpowiedzią.
Zwiadowca przesunął gałązkę z jednego do drugiego kącika ust, nie spuszczając ich z oczu.
– Yusen chce wysłuchać waszego raportu.
– Jakiego raportu? – zdziwił się Kwaśny.
– O tym, co wywęszyliście.
– Nic nie widzieliśmy – odparł Kwaśny, krzyżując ramiona na piersi.
Zwiadowca wyjął gałązkę z ust, przyjrzał się jej i wsadził ją z powrotem w to samo miejsce.
– Aha. Zauważyłem.
Murk miał ochotę wyrwać mu to cholerstwo z ust.
– Posłuchaj, najemniku, jak masz na imię?
– Słodziak – odpowiedział mężczyzna z całkowicie pozbawioną wyrazu twarzą.
– Słodziak – powtórzył Murk. – Jak masz na imię, Słodziak?
Zwiadowca spojrzał na pogrążające się w mroku wydmy i skupiska niskich, suchych krzaków. Potem znowu skierował wzrok na nich. Gałązka pochyliła się nieco, gdy opadły mu kąciki ust.
– W porządku. Chodźmy już. Musicie złożyć raport.
Wskazał głową w stronę wybrzeża i ruszył w drogę.
Murk i Kwaśny podążyli za nim.
– Spójrzcie na mnie – mruknął pod nosem Kwaśny. – Jestem twardzielem. Żuję gałązki. Spójrzcie na mnie.
– Po prostu nie podoba ci się myśl, że spotkałeś kogoś, kto ma na imię Słodziak – odparł z uśmiechem Murk.
Skargi jego partnera przerodziły się w złowrogie mamrotanie.
Dotarli do obozu, rozbitego w głębi lądu, za wielką wydmą zapewniającą osłonę przed wiatrem. Wartownicy zaprowadzili ich do centralnego namiotu. W tej chwili był to raczej daszek, bo boczne ściany nadal były uniesione. Wyszedł spod niego Yusen. Słodziak pokłonił się mu, a potem oddalił.
Dowódca najemników skierował na nich spojrzenie otoczonych zmarszczkami oczu, zaczerpnął głęboko tchu i skrzyżował ramiona na piersi.
– Co jest? – zapytał Kwaśny.
– Mówcie – nakazał z westchnieniem mężczyzna.
– Jest zainteresowana dolmenami – poinformował go Murk.
– Dolmenami?
– Tymi stojącymi kamieniami. To z ich powodu tu przybyliśmy.
Twarz Yusena przybrała zbolały wyraz. Opuścił wzrok i przez chwilę wpatrywał się w ziemię.
– Niech to szlag. Miałem nadzieję, że tak nie będzie.
Kwaśny zerknął na Murka.
– I co teraz?
– Teraz obaj starajcie się jej przypodobać – polecił Yusen.
Murk ponownie omal mu nie zasalutował.
– Tak jest, kapitanie.
Yusen spojrzał na niego z ukosa, skrzywił się niecierpliwie i odesłał ich skinieniem dłoni. Oddalili się.
Po chwili poszukiwań Murk zatrzymał przechodzącą obok najemniczkę.
– Gdzie jest nasz namiot? – zapytał.
– To ten – podpowiedziała, wskazując stertę leżących na ziemi tyczek oraz brezentu. Potem sobie poszła.
– Bardzo zabawne! – zawołał do niej Murk, po czym skinął na partnera. – Będziesz musiał go rozbić.
– Ja? Dlaczego ja? Ty to zrób.
– Nie ja. Ty.
– Ty.
– Ja tego nie zrobię.
– Ja na pewno nie.
– Zamknijcie się obaj! – wrzasnął najemnik z sąsiedniego namiotu. – Bo wsadzę wam te tyczki tam, gdzie nie powinny się znaleźć!
Obaj wykonali obraźliwe gesty pod jego adresem, po czym uklękli przy mokrym brezencie.
– Hej, zupełnie jak za dawnych czasów, co? – wyszeptał Kwaśny.
– Niestety tak.
* * *
Okazało się, że K’azz jest w pełni zdecydowany wyruszyć w pojedynkę. Blask oznajmiła, że będą mu towarzyszyli, czy tego chce, czy nie, lecz zgodził się tylko na symboliczną straż osobistą. Wybrała dwoje Zaprzysiężonych magów, którzy im pozostali, Lor-sinn i Gwynna, oraz trójkę najlepiej władających mieczem wojowników. Byli to Cole, Turgal i Amatt.
Tarkhan, kapitan Trzeciej Kompanii, miał pozostać na miejscu, by zarządzać Stratemem. Blask nie była z tego zadowolona, ponieważ świetnie umiejący posługiwać się nożem Wickanin był jednym z najlepszych poruczników w welonach Czepca. Musiała jednak przyznać, że lata dowodzenia Trzecią Kompanią i liczne kontrakty na całym świecie utemperowały nieco jego charakter. K’azz mu ufał. Ale z drugiej strony ich dowódca zawsze świetnie sobie radził z okazywaniem zaufania innym i wzbudzaniem go w odpowiedzi.
Blask ucieszyła się, widząc, że ocalali Zaprzysiężeni zbierają się w Przystani, lecz jednocześnie wzbudziło to w niej melancholię. Miło było spotkać starych przyjaciół, lecz łamało jej serce wspomnienie brakujących twarzy oraz świadomość, jak niewielu ich pozostało. Według jej obliczeń niespełna siedemdziesięciu. Ta liczba nie była jednak pewna. Od czasu do czasu w Stratemie zjawiał się zaginiony Zaprzysiężony, który wydostał się z więzienia, rzucił służbę u jakiegoś patrona lub po prostu znalazł się w odległych okolicach i trudno mu było z nich powrócić. Była też Czwarta Kompania Cal-Brinna, która zaginęła w Assail. Powrót Kraty sugerował, że inni jej członkowie również mogą żyć. A także niemal czterdziestu Zaprzysiężonych, którzy podążyli za Oprawcą na wygnanie. Z nimi mogą jednak wkrótce się spotkać.
* * *
Po tygodniu statek cudzoziemców, Węża, naprawiono i uzupełniono zapasy. Wszyscy wsiedli na pokład i Wąż popłynął na południe pod zrefowanymi w trzech czwartych żaglami.
– Spodziewałam się armii, ale wybrałeś się w drogę niemal w pojedynkę – warknęła Rutana, spoglądając ze złością na K’azza. – To zniewaga dla mojej pani. Lepiej by było, gdybyś w ogóle nie odpowiedział.
K’azz tylko lekko się skrzywił. Zdaniem Blask traktował tę kobietę z nieprawdopodobną wyrozumiałością.
– Jak rozumiem, twoja pani posiada moc jasnowidzenia. Z pewnością przewidywała, co się stanie, kiedy cię wysłała… – Pokłonił się kobiecie, nie zważając na jej mamrotanie. – Będę w kajucie – oznajmił.
Blask została na pokładzie sam na sam z Rutaną. Nie odezwała się ani słowem. Kobieta szarpnęła gniewnie za rzemyki otaczające jej ramiona i przeszyła ją gorejącym spojrzeniem.
– Nie znoszę tej cholernej wody – mruknęła i oddaliła się.
Blask wychyliła się przez reling, spoglądając na pieniący się ślad torowy. Lubiła podróże morskie.
Opuścili Morze Dzwonków i popłynęli na zachód wzdłuż opustoszałych brzegów Szarych Ziem. Na tych pustynnych pustkowiach rosły jedynie rzadkie kępy krzewów oraz skarłowaciałe, wypaczone dęby i sosny. Blask słyszała, jak magowie spierali się o to, czy jest to rezultat naturalnie nieurodzajnej ziemi i braku deszczu, czy raczej miało to coś wspólnego z ruinami starożytnych cytadel K’Chain Che’Malle. Tak czy inaczej nieprzyjazny półwysep pokrywały tylko wietrzne półpustynie, busz oraz skruszone skały.
Gdy już minęli przylądek, przezwany półżartem przez Gwardzistów Straszliwym Cyplem, pilot z Jacuruku ponownie skierował ich prosto na zachód przez burzliwe wody, nazywane przez niektórych Morzem Odkrywcy, przez innych zaś Morzem Białych Wież z uwagi na zagrożenie, jakie stwarzały liczne góry lodowe wielkości statków. Wysuwano nawet przypuszczenia, że drogę między lądem, który zostawili za sobą, i położonym na zachodzie Jacuruku blokuje wielkie pole pływającego lodu. Statek przepłynął jednak bez przeszkód przez te okolice. Blask wiedziała, że kiedyś udało się to również innej jednostce, na której płynęli dezerterzy z Karmazynowej Gwardii – Kyle i inni rekruci z Baelu, pragnący uwolnić K’azza uwięzionego w dolmenach.
A teraz chce tam wrócić z nami. Po co? Co tak ważnego kryje się w dolmenach z Tien?
K’azz mówił bardzo niewiele o czasie, który tam spędził, choć pobyt w tym miejscu bardzo go zmienił. Przedtem nie okazywał żadnych oznak wieku, podobnie jak Blask, ale potem w pełni wyglądał na swe z górą sto lat. Słowa Rutany i reakcja K’azza sugerowały, że w dolmenach coś mieszka, i jej dowódca zgadzał się z opinią, że tego czegoś nie należy niepokoić.
* * *
Rejs był dość nudny. Rutana i Nagal siedzieli w swojej kajucie. K’azz również. Monotonną rutynę pokładowych czynności przerywały jedynie chwile przerażenia, gdy z bocianich gniazd dobiegał krzyk: „Wieża lodowa!”. Wszyscy na pokładzie biegli do burt, załoga wspinała się na maszty, a pilot gwałtownie obracał ster. Blask i pozostali Zaprzysiężeni przyglądali się z fascynacją mijanym przez nich szmaragdowo-białym rzeźbom z lodu. Ich świetliste sylwetki o ostrych jak miecze zarysach były tak nieziemsko piękne, że sprawiały wrażenie wyrzeźbionych przez bogów.
Płynęli teraz przez korytarz lodowych turni i kapitan rozkazał sprawdzać głębokość wody tyczkami. Posuwali się naprzód w żółwim tempie. Załoga i Zaprzysiężeni pasażerowie gromadzili się przy burtach, obserwując poruszające się drągi. Na bocianim gnieździe cały czas siedziało dwóch obserwatorów. Pomimo tych wszystkich środków ostrożności pewnej nocy Blask spadła z hamaku. Statek kołysał się i drżał niczym dziecinna zabawka uderzana młotkiem. Oszołomiona kobieta leżała na deskach, podczas gdy wszyscy wokół niej wstawali z jękiem. Coś drapało o burty z odgłosem, od którego bolały ją uszy, a wzdłuż kręgosłupa przebiegały ostre jak igły ciarki.
– Góra lodowa! – zawołał z przerażeniem ktoś na górze.
Trochę się spóźniłeś z tym ostrzeżeniem!
Blask złapała ekwipunek i wybiegła na pokład. Zastała tam panikę. Marynarze miotali się na wszystkie strony, ale kapitan spokojnie wydawał rozkazy, wskazując palcem zadania.
– Gira, sprawdź uszkodzenia! Dlaczego nie słyszę pomp? Zajmijcie się tym bagażem!
Podeszła do wyglądającego przez reling K’azza.
– Co się stało?
Wzruszył ramionami.
– Jakaś podwodna góra lodowa, której nikt nie zauważył. Uderzyła w nas z boku.
– Jest niedobrze?
– Zobaczymy.
Załoga trudziła się przy pompach. Zorganizowano szereg ludzi podających sobie wiadra. Cieśla i jego uczniowie cały czas przebywali pod pokładem, sprawdzając uszkodzenia. Wreszcie Blask wezwano skinieniem w miejsce, gdzie kapitan, K’azz i Rutana rozmawiali z cieślą, Girą.
– Nie na morzu – sprzeciwił się cieśla. Drżał z zimna, ociekał wodą, a wargi miał zupełnie sine.
– Nie mamy innego wyboru – warknął kapitan.
– Może jakieś tymczasowe rozwiązanie? – zasugerował K’azz.
– Ląd! – dobiegł głos z bocianiego gniazda, zaskakując wszystkich.
Brodaty kapitan skrzywił się z niezadowoleniem.
– Oszalałeś, człowieku! – ryknął. – Tu nie ma żadnego lądu.
– Lód!
Kapitan i cieśla wymienili nieufne spojrzenia.
– Co się dzieje? – zapytał K’azz.
– Pływające pole lodowe – wyjaśniła Rutana, gdy żaden z marynarzy nie odpowiedział. – Jest nawiedzane. Nikt się do niego nie zbliża.
– Pewnie nie mamy innej możliwości – stwierdził K’azz i popatrzył z namysłem na kapitana. – Popłyniemy tam i naprawimy statek na lodzie.
Kapitan machnął lekceważąco ręką.
