Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - Ian C. Esslemont - ebook + książka

Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 ebook

Ian C. Esslemont

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kolejna epicka opowieść o dziejach Malazu, napisana przez przyjaciela Stevena Eriksona i współtwórcę tego fascynującego świata.

W Darudżystanie, mieście snów, mieście błękitnego ognia, wreszcie zapanował pokój. Jego mieszkańcy mogą wrócić do polityki, handlu, swarów, a przede wszystkim cieszenia się życiem. Są jednak tacy, którzy nie pozwolą, by zapomniano o przeszłości. Uczony prowadzący wykopaliska na równinach natrafia na zamkniętą starożytną kryptę. Kupiec imieniem Skromny Wkład knuje spiski mające przepędzić resztki malazańskich najeźdźców. A ocalali agenci dawno obalonej mocy uświadamiają sobie, że zmiany, do których doszło, otwierają przed nimi szansę. Tymczasem w centrum wydarzeń gruby złodziej w czerwonej kamizelce chodzi po ulicach, w jednej ręce dzierżąc ciastko, a w drugiej losy miasta.

Daleko na południu ogromny Odprysk Księżyca rozbił się na Morzu Rivańskim, tworząc łańcuch wysepek, będący marzeniem wszystkich poszukiwaczy skarbów. Malazański weteran posługujący się pseudonimem „Rudy” postanawia spróbować tam szczęścia i być może również pożegnać się ze starymi przyjaciółmi. Znajduje jednak więcej niż się spodziewał, a poszukiwanie skarbów zmienia się w szalony, krwawy chaos. Zebrały się tam moce z całego świata, poszukujące legendarnego Tronu Nocy. Skutki tych wydarzeń sięgają daleko. Na niewielkiej wyspie u brzegów Genabackis lud, który odwrócił się plecami do podobnych pragnień, kieruje zamaskowane twarze ku kontynentowi i przypomina sobie stare proroctwo o powrocie.

A co z byłą szponką Imperium Malazańskiego, wędrującą teraz po najdalszych brzegach stworzenia? Jej misja – której sukces bądź porażkę już dawno przepowiedziała Królowa Snów – będzie miała znacznie większe znaczenie niż jej się zdaje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 904

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Blood and Bone

Copy­ri­ght © 2012 by Ian Came­ron Essle­mont Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Steve Stone Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68919-67-7

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tę powieść poświę­cam pamięci mojego ojcaJohna Roya Essle­monta 1934–1989

Bar­dzo mi cie­bie brak

Podziękowania

Z wdzięcz­no­ścią wspo­mi­nam czas spę­dzony na Uni­ver­sity of Min­ne­sota, gdzie wspie­rano moje zain­te­re­so­wa­nia dzie­więt­na­sto­wieczną lite­ra­turą podróż­ni­czą, tek­stami z cza­sów kolo­nial­nych oraz mitami wspie­ra­ją­cymi impe­ria­lizm. Któ­re­goś dnia mam nadzieję powró­cić do tych boga­tych źró­deł. Prawda rze­czy­wi­ście jest dziw­niej­sza od fik­cji.

Dramatis personae

Z wioski w Królestwie Taumaturgów

Saeng: Potom­kini miej­sco­wej kapłanki

Hanu: Jej brat

Z wioski w Himatanie

Oroth-en: Star­szy wio­ski

Ursa: Wojow­niczka

Górscy bandyci

Ken­jak Ashe­va­jak: Władca ban­dy­tów

Loor-San

Myint

Thet-Mun

Taumaturdzy

Golan: Dowódca Armii Spra­wie­dli­wej Kary

U-pre: Jego zastępca

Cierń: Pro­fe­sjo­nalny skryba armii

Waris: Ofi­cer armii

Pon-lor: Nowo wyszko­lony tau­ma­turg

Tun: Nad­zorca (odpo­wied­nik sier­żanta)

Surin: Pierw­szy mistrz Kręgu Rzą­dzą­cego

Słudzy Ardaty

Rutana: Cza­row­nica

Nagal: Wojow­nik Citra­va­ghra: „Czło­wiek-lam­part”

Vara­kapi: „Czło­wiek-małpa”

Z plemion Adwami

Jatal: Książę Hafi­na­jów

Anda­nii: Księż­niczka Veha­jarwi

Ganell: Wódz Awa­mi­rów

Sher’ Tal: Władca koni Saarów

Pinal: Władca koni Hafi­na­jów

Wódz wojenny: Dowódca najem­ni­ków

Sca­rza: Jego zastępca

Zaprzysiężeni z Karmazynowej Gwardii

K’azz D’Avore: Dowódca

Blask: Kapi­tan

Gwynn: Mag, kie­dyś z kom­pa­nii Oprawcy

Lor-sinn: Mag

Tur­gal

Cole

Amart

Wyłączeni ze Ślubów

Oprawca: Kapi­tan

Hia­cynt: Porucz­nik

Mara: Mag

Pła­tek: Mag

Czer­wony: Mag

Shi­jel: Zbroj­mistrz

Czarny Mniej­szy

Hist

Leu­than

Malazańscy najemnicy

Yusen: Kapi­tan

Bura­stan: Porucz­nik

Murk: Mag

Kwa­śny: Mag

Sta­jenny: Żoł­nierz

Gar­barz: Żoł­nierz

Dee: Żoł­nierz

Sło­dziak: Zwia­dowca

Inni

Ardata: Znana też jako Kró­lowa Cza­row­nic

Kró­lowa Snów: Znana też jako Cza­ro­dziejka albo T’riss

Ina: Segu­leh, jedna z tysiąca naj­lep­szych, Jista­rii

Kró­lowa Cza­row­nic: Znana też jako Kró­lowa Potwo­rów albo Ardata

Sta­rzec Księ­życ: Stary męż­czy­zna

Ripan: Jeden z jego potom­stwa

Sio­stra Zło­śli­wość: Córka Dra­co­nusa

Osserc: Tiste Lio­san, czczony przez nie­któ­rych jako bóg nieba

Gothos: Jaghut

Prolog

W trze­cim księ­życu trze­ciego roku Wiel­kiej Suszy wypły­nę­li­śmy na morze u ujścia rzeki nie­opo­dal Świę­tego Uba­rydu. Pięt­na­stego dnia trze­ciego księ­życa dotar­li­śmy na wyspę bar­ba­rzyń­skich Falar­czy­ków. W dal­szej dro­dze nękały nas nie­ko­rzystne wia­try, które opóź­niły nasze przy­by­cie. Jesz­cze dalej natknę­li­śmy się na zdra­dziec­kie pola lodowe, przez które mogli­śmy żeglo­wać jedy­nie z naj­więk­szą ostroż­no­ścią. Dopiero w jede­na­stym księ­życu zarzu­ci­li­śmy wresz­cie kotwicę u ujścia wiel­kiej rzeki. Z pew­no­ścią tak krótka wizyta nie pozwo­liła nam poznać wszyst­kich zwy­cza­jów i oso­bli­wo­ści tej kra­iny, ale przy­naj­mniej możemy opi­sać jej zasad­ni­cze cechy.

Ular Takeq

Zwy­czaje sta­ro­żyt­nego Jakal-Uku

Dżun­glami Jacu­ruku wła­dały duchy. Saeng przy­po­mi­nała sobie, że kie­dyś nie spała przez całą noc, wytę­ża­jąc słuch, by zro­zu­mieć ich szepty. Cza­sami wyda­wały się jej bar­dziej kuszące niż wła­sne sny. W jed­nym ze swych naj­star­szych wspo­mnień szła sama pośród ską­pa­nych w bla­sku księ­życa liści, szu­ka­jąc źró­dła głosu dżun­gli. Tylko dziecko mogłoby być tak spo­kojne i nie­ustra­szone. Pamię­tała, że po jakimś cza­sie czy­jaś ręka popro­wa­dziła ją poprzez gęste papro­cie i kępy wil­got­nej trawy z powro­tem do wio­ski. Tam matka natych­miast wzięła ją w obję­cia i przy­tu­liła do chu­dej klatki pier­sio­wej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spo­koj­nie wytłu­ma­czyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do pła­czu. Przy­ja­ciółka odpro­wa­dziła ją do domu.

Rzecz jasna, wszy­scy póź­niej przy­się­gali, że widzieli, jak wró­ciła sama z mroku.

Od tego czasu ni­gdy już nie oba­wiała się nie­prze­li­czo­nych mil dżun­gli ota­cza­ją­cych wio­skę. To było nie­bez­pieczne i musiała przy­znać, że raczej lek­ko­myślne podej­ście w kra­inie, gdzie drzewa zdo­biły gir­landy kwia­tów i chustki modli­tewne ku czci nie­zli­czo­nych duchów, nie­spo­koj­nych umar­łych, widm, dawno zapo­mnia­nych bogów i sta­now­czo zbyt wielu zagi­nio­nych dzieci oraz doro­słych.

Z cza­sem nauczyła się zakra­dać do lasu, gdy tylko miała oka­zję. Pośród zwi­sa­ją­cych lian i liści wil­got­nych od noc­nej mgły przy­cho­dziły do niej dawne duchy kra­iny. Dowie­działa się od nich wielu rze­czy, o któ­rych dawno już zapo­mniano. Gdy ran­kiem wra­cała z wędrówki po leśnych ścież­kach, jej nogi pokry­wały źdźbła trawy oraz błoto, a we wło­sach miała paję­czyny. Z początku matka biła ją i krzy­czała.

– Nie jesteś nisko uro­dzoną córką wie­śniaka! – wołała. – Pocho­dzimy ze sta­ro­żyt­nej rodziny kapła­nek i jasno­wi­dzą­cych!

Pod­czas połu­dnio­wego posiłku matka czę­sto ści­skała jej dło­nie i powta­rzała zawsze tę samą opo­wieść:

– Saeng – zaczy­nała, jakby czuła się nią roz­cza­ro­wana. – Nasza rodzina docho­wała wier­no­ści sta­rej wie­rze. Nie tak, jak ciemni głupcy, któ­rzy nas ota­czają, pada­jący na twarz przed boż­kami, fety­szami i amu­le­tami. Wszy­scy powta­rzają prze­sądne bzdury o bogi­niach ziemi, zwie­rzę­cych bogach, prze­klę­tym królu-bogu albo Cza­row­nicy. Wszystko to tylko puste słowa albo nawet coś gor­szego. Kobiety z naszej rodziny pocho­dzą od sta­ro­żyt­nych kapła­nek Nieba i Słońca! Czcimy Świa­tło. Pamię­taj o tym. Świa­tło, które daje począ­tek wszel­kiemu życiu!

W takich chwi­lach matka pró­bo­wała patrzeć jej w oczy, jakby bła­gała córkę o zro­zu­mie­nie, ale Saeng zawsze odwra­cała wzrok.

– Tak, mamo – mam­ro­tała tylko.

W końcu matka dała sobie spo­kój z tymi bła­ga­niami i pozwo­liła jej wędro­wać po ota­cza­ją­cym je wiel­kim zie­lo­nym labi­ryn­cie w poszu­ki­wa­niu szep­czą­cych gło­sów.

Z bie­giem lat Saeng uczyła się coraz wię­cej. Zdała sobie sprawę, że potrafi przy­wo­ły­wać szep­czące głosy, i uświa­do­miła sobie, że są one budzą­cymi lęk duchami ziemi i przod­ków, Nak-ta. Jej moc rosła i przy­by­wały teraz do niej duchy z coraz odle­glej­szej prze­szło­ści. Wyma­gało to od niej cią­głego udo­sko­na­la­nia umie­jęt­no­ści. Dzięki szep­tom tych nie­spo­koj­nych umar­łych nauczyła się roz­ka­zy­wać zwie­rzę­tom, rozu­mieć głosy wia­tru, oszu­ki­wać zmy­sły oraz czer­pać wie­dzę z samej ziemi. Gdy była bli­ska snu, odno­siła wra­że­nie, że zbli­żają się do jej uszu i szep­czą do nich mroczne tajem­nice. Sta­ro­żytne, zaka­zane zaklę­cia, zapo­mniane, śmier­cio­no­śne osłony oraz sztuka pano­wa­nia nad zaka­mar­kami ludz­kiego umy­słu.

Począt­kowo nie zwra­cała na to uwagi, mimo że cie­nie zbli­żały się coraz bar­dziej i trud­niej jej było je lek­ce­wa­żyć. Aż wresz­cie, pew­nej nocy, mroczna, pazu­rza­sta łapa jed­nego z nich zaci­snęła się na jej ramie­niu.

– Wielki król będzie z cie­bie zado­wo­lony – wyszep­tał cień gło­sem brzmią­cym jak sze­lest liści na wie­trze.

Przy­po­mniała sobie szok, jaki poczuła po lodo­wa­tym dotknię­ciu.

– Wszystko to obró­ciło się w proch już przed wie­kami.

– Nie. To dzieje się teraz. Prze­stań opo­wia­dać głu­poty.

Duch zaczął się zapa­dać w wil­gotny grunt, cią­gnąc ją za ramię.

Nagły krzyk wstrzą­snął nią jesz­cze bar­dziej. Gałąź prze­szyła cień, roz­pra­sza­jąc go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego star­szego brata, Hanu, który roz­glą­dał się, ści­ska­jąc w ręce gotową do ponow­nego użytku gałąź. O dziwo, dziew­czyna poczuła jedy­nie obu­rze­nie.

– Skąd się tu wzią­łeś? – zapy­tała.

Pocią­gnął ją na nogi.

– A jak ci się zdaje? Posze­dłem za tobą. I dzięki za to przod­kom.

– Słu­cham? – Odsu­nęła się od niego tanecz­nym kro­kiem. – Jak czę­sto to robisz?

Wzru­szył w pół­mroku sze­ro­kimi ramio­nami.

– Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na cie­bie oko, kiedy odda­jesz się dzi­kim duchom.

– Potra­fię nad nimi zapa­no­wać.

– Naj­wy­raź­niej nie potra­fisz.

– Ten mnie zasko­czył. To wszystko. – Nagle nasu­nęła się jej pewna myśl. Pode­szła bli­żej, przy­gry­za­jąc wargę. – Nie… nie powiesz matce, prawda?

– Na Wielką Cza­row­nicę, pew­nie, że nie powiem. Ma wystar­cza­jąco wiele zmar­twień.

– No cóż… nie możesz mnie powstrzy­mać.

– To rów­nież jest oczy­wi­ste.

Skrzy­żo­wał na piersi musku­larne ramiona, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

Unio­sła wyzy­wa­jąco pod­bró­dek i zoba­czyła, że po jego twa­rzy i ramio­nach spły­wają strużki wil­goci. Dzięki swym talen­tom wyczuła łomo­ta­nie jego serca oraz stru­mień szybko pły­ną­cej krwi.

Jest prze­ra­żony, uświa­do­miła sobie. Panicz­nie boi się nocy, tak samo jak oni wszy­scy. Ale poszedł za mną. Żeby zapew­nić mi bez­pie­czeń­stwo.

Hanu dyszał ciężko, wpa­tru­jąc się w głę­bo­kie leśne cie­nie.

– Przy­naj­mniej obie­caj, że następ­nym razem mnie obu­dzisz, dobra? Że nie pój­dziesz do lasu sama. – Spoj­rzał na nią bła­gal­nie. – Pro­szę.

Jak mogła mu odmó­wić? Z jej twa­rzy znik­nęła nie­ustę­pli­wość.

– Tak, Hanu. Obie­cuję.

* * *

W ciągu następ­nego roku zawsze wyglą­dało to tak samo. Budziła brata i razem wykra­dali się do dżun­gli, gdzie nawią­zy­wała więź z bytu­ją­cymi tam dzi­kimi duchami Nak-ta. A także ze znacz­nie star­szymi, tymi od kamieni, stru­mieni i wia­tru. Każ­dej nocy sie­działa godzi­nami, pil­nie strze­żona przez Hanu, i roz­ma­wiała z isto­tami, któ­rych on nie widział. Z cza­sem uświa­do­miła sobie, że choć może ją obro­nić przed wszel­kimi fizycz­nymi nie­bez­pie­czeń­stwami, jest bez­bronny wobec przy­mu­sów i uro­ków. Dla­tego pota­jem­nie rzu­cała na niego zaklę­cia bro­niące przed podobną magią.

– Z kim roz­ma­wiasz? – pytał od czasu do czasu, sie­dząc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami pod drze­wem.

– Ze sta­rymi umar­łymi – odpo­wia­dała.

– Nie boisz się?

– Nie. Oni nie żyją.

Zdzi­wiony Hanu uniósł ręce nad głowę.

– W takim razie dla­czego stąd nie odejdą?

– Gnie­wają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przy­kuć stopy duchów do ziemi.

Łyp­nął na nią zło­wrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przy­znać. Z upły­wem mie­sięcy coraz czę­ściej czy­nił jej wyrzuty.

– Nie powin­ni­śmy tu przy­cho­dzić – powta­rzał. – To nie­bez­pieczne.

Miał rację, ale z zupeł­nie innego powodu, niż wyda­wało się miesz­kań­com wio­ski.

Pew­nej nocy sie­działa na skraju dusz­nej, bagni­stej niecki i roz­ma­wiała z cie­niem kobiety, którą uto­piono w tym miej­scu. Według niej kie­dyś był tu wielki zbior­nik wodny. Zapew­niała, że woda w nim była czy­sta, a głę­bo­kość prze­wyż­szała wzrost wyso­kiego męż­czy­zny. Cze­ka­jący mię­dzy drze­wami tuż obok Hanu wyma­chi­wał wielką gałę­zią, uda­jąc jed­nego ze sta­ro­żyt­nych kró­lów-wojow­ni­ków.

– Uto­piono? – zapy­tała Saeng. – Jak to uto­piono?

– Przy­wią­zali do mnie cięż­kie kamie­nie i wrzu­cili mnie do wody – odpo­wie­działa zjawa.

Saeng stłu­miła prze­kleń­stwo. Cza­sami umarli wszystko trak­to­wali dosłow­nie.

– Pyta­łam: dla­czego to zro­bili.

– Byłam kapłanką sta­rej wiary.

– Sta­rej wiary? To zna­czy… – Saeng ści­szyła głos – …prze­klę­tego króla-boga?

– Nie – odpo­wie­dział jej bez­na­miętny głos ducha. – Nie jego. To na jego roz­kaz zabili mnie i spa­lili świą­ty­nię. Mówię o sta­ro­żyt­nej reli­gii. Kul­cie Świa­tła. Wiel­kiego Słońca.

Saeng odsko­czyła rap­tow­nie od skraju bagna. Po raz pierw­szy coś, co usły­szała od któ­re­goś z duchów, wnik­nęło głę­boko w jej serce.

U jej boku poja­wił się Hanu.

– Co to jest? – zapy­tał.

Saeng unio­sła dłoń do gar­dła.

– Duch – zdo­łała wykrztu­sić. Na sta­ro­żyt­nych! Czyżby matka od początku miała rację? – To kobieta, która podaje się za kapłankę sta­rej wiary.

Jej brat mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

– Któ­rej? One mnożą się jak muchy.

Saeng wpa­try­wała się w niego nie­ustę­pli­wie, aż wresz­cie ścią­gnął brwi.

– Nie… – wydy­szał, ale jego sio­stra ski­nęła z prze­ko­na­niem głową.

– Tej, o któ­rej cią­gle mówi matka…?

– Tej samej wiary, która pły­nie w naszej krwi – dobiegł zza jej ple­ców głos cie­nia i Saeng znowu pod­sko­czyła. Zwró­ciła się w stronę kobiety.

– Co chcesz przez to powie­dzieć?

– Kto to jest? – zapy­tał Hanu, roz­glą­da­jąc się wkoło.

Duch uniósł rękę, wska­zu­jąc na dżun­glę.

– A teraz nad­cho­dzi dla cie­bie czas próby. Czas pod­ję­cia decy­zji. Pamię­taj o wszyst­kim, czego cię nauczono.

Saeng spoj­rzała ze zdu­mie­niem na kobietę.

– Słu­cham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?

Kobieta splo­tła przed sobą dło­nie. Saeng miała wra­że­nie, że patrzy na nią jak na wła­sną córkę.

– Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?

– Co to jest? – wyszep­tał Hanu, nie dając za wygraną.

– Wezwano?

Cień roz­pro­szył się już niczym dym. Zwró­ciła się w stronę brata.

– Suge­ro­wała, że coś się zbliża.

Zmarsz­czył brwi, zasta­na­wia­jąc się.

– Zbliża się Dzień Wyboru – stwier­dził.

Oczy­wi­ście. Dzień Wyboru. Jej serce zawa­hało się nagle, jakby ktoś spró­bo­wał zaci­snąć na nim dłoń.

– Nie możesz tam iść.

Żach­nął się na te słowa.

– To obo­wiąz­kowe, Saeng. Jeśli się nie zja­wię, aresz­tują nas wszyst­kich. Na sta­ro­żyt­nych, wszy­scy nasi sąsie­dzi posta­rają się o to!

Saeng rozu­miała go. Prawda nie była przy­jemna, ale lepiej, żeby wybrano kogoś z innej rodziny niż któ­re­goś z nich.

* * *

Mie­siąc póź­niej przez ich pro­win­cję prze­szedł orszak spra­wu­ją­cych wła­dzę tau­ma­tur­gów. W końcu repre­zen­tant dotarł nawet do ich pozba­wio­nej zna­cze­nia wio­ski. Podró­żo­wał w wiel­kiej lek­tyce z lakie­ro­wa­nego drewna, wypo­sa­żo­nej w białe, jedwabne zasłony. Eskor­to­wało go dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy.

Saeng stała obok matki w tłu­mie wie­śnia­ków poga­nia­nych ostrymi ukłu­ciami kijów żoł­nie­rzy. Męż­czyźni w odpo­wied­nim wieku usta­wili się po dru­giej stro­nie. Bała się o Hanu, ale tylko tro­chę, minęło bowiem wiele lat, odkąd ostat­nio wybrano jed­nego z synów wio­ski.

Lek­tykę posta­wiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny strój – wiele warstw jedwa­biu barwy naj­głęb­szego mor­skiego błę­kitu oraz zło­tych kwia­tów. Był niski i nieco gru­bawy. Dzier­żył jed­nak wszech­po­tężną buławę z kości sło­nio­wej, sym­bol swego urzędu. Trzy­mał ją nie­dbale w upier­ście­nio­nej dłoni i pod­rzu­cał od czasu do czasu.

Saeng przy­szło na myśl, że znu­dził się swoją pracą i po pro­stu odbęb­nia zle­cone zada­nia. Wypeł­niła ją gore­jąca nie­na­wiść do niego, zapewne rów­nie silna, jak jego nie­na­wiść do ich roz­pacz­li­wej nędzy, tanich, zabło­co­nych łach­ma­nów oraz odpo­wie­dzial­no­ści, która odcią­gała go od spi­sko­wa­nia w sto­licy, każąc mu podró­żo­wać do samego serca kraju.

Pobież­nie przyj­rzał się zgro­ma­dzo­nym męż­czy­znom, po czym wró­cił do chłod­nego wnę­trza lek­tyki.

Saeng ode­tchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich. Budzący lęk odle­gli władcy raz jesz­cze odwie­dzili wio­skę, ode­brali należne podatki oraz dary, przyj­rzeli się miej­sco­wym męż­czy­znom i ruszyli w dal­szą drogę, by wró­cić dopiero wtedy, gdy koło ich nie­szczę­snego losu wykona kolejny coroczny obrót.

Ale przed­sta­wi­ciel wła­dzy zatrzy­mał się nagle. Uniósł buławę i dotknął barku, tuż obok fałd tłusz­czu pokry­wa­ją­cych wygo­lony kark. Następ­nie wró­cił do zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn i raz jesz­cze prze­szedł powoli wzdłuż sze­regu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzy­mał się. Okuta zło­tem buława z kości sło­nio­wej pod­ska­ki­wała na jego ramie­niu. Pochy­lił się ku star­szemu bratu Saeng, jakby go obwą­chi­wał. Nagle zato­czył się do tyłu niczym ude­rzony. Odwró­cił głowę i jego czarne oczy prze­su­nęły się po zgro­ma­dzo­nych wie­śnia­kach. Spoj­rzał rów­nież na Saeng. Potem jego obwi­słe policzki roz­cią­gnęły się w peł­nym okrut­nej satys­fak­cji uśmie­chu i dotknął buławą piersi Hanu. Ich matka zato­czyła się z krzy­kiem do przodu, ale Saeng w porę zła­pała ją za rękę.

Hanu skie­ro­wał na nią zdu­mione spoj­rze­nie. Gapił się na sio­strę, gdy żoł­nie­rze wią­zali mu ręce, i nie odzy­wał się ani sło­wem, dopóki nie pogo­nili go naprzód. Potem obej­rzał się przez ramię.

– Nie martw się! – zawo­łał. – Będę cię chro­nił! Przy­się­gam! Przy­się­gam! – wołał raz po raz, aż żoł­nie­rze zaczęli szar­pać go za więzy.

Matka pła­kała w jej ramio­nach, ale Saeng nie odwra­cała wzroku od brata i pro­wa­dzą­cych go żoł­nie­rzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg, kim­kol­wiek mógł być – z pew­no­ścią jakimś drob­nym biu­ro­kratą ze spra­wu­ją­cej wła­dzę elity – wró­cił do lek­tyki. Dziew­czyna w końcu stra­ciła brata z oczu. Znik­nął razem z całą kolumną w gęstym listo­wiu, jakby dżun­gla połknęła go w cało­ści.

W tej samej chwili, na­dal pod­trzy­mu­jąc zroz­pa­czoną matkę, poprzy­się­gła zemstę na nich wszyst­kich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi, którą ścią­gali z jej ludu. Kim byli, żeby sta­wiać takie żąda­nia? Powo­do­wać tak wiele cier­pień i nie­szczęść?

Sprawi, że spłoną. Przy­się­gła, że tak się sta­nie.

Cały czas sły­szała też jed­nak cich­szy głos wyszep­tu­jący podej­rze­nie, które paliło jej duszę niczym kwas.

Nie wybra­liby go, gdyby nie zaklę­cia, które na niego rzu­ci­łaś. Czyż to wszystko nie jest twoją winą?

* * *

Blask aku­rat była w por­cie, gdy do jed­nego z nabrzeży w Przy­stani dowlókł się sfa­ty­go­wany sta­tek. Wyczuła, że jest w nim coś dziw­nego, choć nie wła­dała magią i nie miała dostępu do żad­nej groty. Była jed­nak Zaprzy­się­żoną z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii i przed ponad stu laty ślu­bo­wała, że nie zaprze­sta­nie walki z Impe­rium Mala­zań­skim, dopóki będzie ist­niało. Z upły­wem lat odno­siła coraz sil­niej­sze wra­że­nie, że te śluby dały jej nad­na­tu­ralne zdol­no­ści postrze­ga­nia i nad­ludzką siłę. Wyczu­wała teraz rze­czy daw­niej znaj­du­jące się poza zasię­giem jej zmy­słów. Na przy­kład ten skromny dwu­masz­to­wiec, czy raczej jego pasa­że­ro­wie. Coś tam się kryło. To nie byli zwy­czajni przy­brzeżni kupcy, któ­rzy zgu­bili drogę, albo rybacy, któ­rych znio­sło z kursu. Po pokła­dzie tego statku kro­czyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzu­coną na spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.

Z pew­no­ścią byli to cudzo­ziemcy, ale nie potra­fiła okre­ślić ich pocho­dze­nia. Mieli pro­ste, czarne jak noc włosy i przy­sa­dzi­stą budowę. Nie­wiele prze­ra­stali ją wzro­stem, choć była bar­dzo drobna. Byli też ciem­no­skó­rzy – od jasno­orze­cho­wej barwy aż po głę­boki kolor spa­lo­nej słoń­cem ziemi. Sta­tek nie miał żad­nych zna­ków ani godeł. Nie można było wąt­pić, że ma za sobą bar­dzo trudny rejs. Załoga zajęła się przy­go­to­wa­niami do przy­bi­cia do brzegu. Choć Blask nie wie­działa zbyt wiele o żeglar­stwie, miała wra­że­nie, że mary­na­rzy powinno być zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Chło­paki i dziew­czyny krę­cące się po por­cie łapały rzu­cone cumy i poma­gały roz­wi­nąć trap z drewna oraz sznu­rów.

Pierw­sza na ląd zeszła kobieta o ude­rza­ją­cym wyglą­dzie. Była jesz­cze niż­sza od Blask i bole­śnie chuda. Włosy ota­czały jej głowę wielką, czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suk­nię zakry­wa­jącą stopy. Na ramio­nach nosiła coś w rodzaju opa­sek, z któ­rych zwi­sały błysz­czące amu­lety i tali­zmany. Wię­cej podob­nych przed­mio­tów nosiła na licz­nych rze­mie­niach ota­cza­ją­cych szyję – las grze­cho­czą­cych bły­sko­tek.

Omio­tła Blask scep­tycz­nym spoj­rze­niem i oznaj­miła:

– Nie jesteś urzęd­ni­kiem por­to­wym.

Mówiła po taliań­sku cał­kiem nie­źle.

– A ty nie jesteś kapi­ta­nem statku.

Na tra­pie poja­wiła się kolejna postać, natych­miast odcią­ga­jąc uwagę Blask od kobiety – bar­dzo wysoki męż­czy­zna w licz­nych koszu­lach nało­żo­nych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On rów­nież był ciem­no­skóry, jak kobieta – skóra barwy żela­znego drewna, jak u miesz­kań­ców Itko Kan, a nie praw­dziwa dal­hoń­ska czerń. Dłu­gie włosy upiął na szczy­cie głowy jakąś wyrzeź­bioną z kamie­nia zapinką. Grube deski trapu ugi­nały się i skrzy­piały pod jego cię­ża­rem.

– To jedna z nich – mruk­nął, przyj­rzaw­szy się z uwagą Blask.

Nie dostrze­gała w jego oczach wyzwa­nia, ale coś w nich ją nie­po­ko­iło. Ich tęczówki lśniły jak posy­pane zło­tym pyłem.

W oczach kobiety nagle poja­wiła się ostroż­ność.

– Ach. Teraz rozu­miem. Dałam się nabrać… sądzi­łam, że nikt z Isturé nie chciałby się poja­wić w tak… nie­dba­łym stroju.

Blask zmarsz­czyła brwi. Nie tylko dla­tego, że mówiono o niej, jakby nie stała tuż obok dwojga cudzo­ziem­ców. To słowo… dla­czego podraż­niło ją, jakby prze­cią­gnięto jej po ple­cach tępym nożem.

Jed­nakże Blues wyje­chał na pół­noc i teraz ona peł­niła obo­wiązki guber­na­tora. Pochy­liła uprzej­mie głowę.

– Wybacz­cie, ale nie rozu­miem. Co zna­czy to słowo, któ­rego uży­łaś?

– Isturé. Tak nazy­wają was w naszej kra­inie.

– Nas?

– Zaprzy­się­żo­nych – odparła tamta, nawet nie pró­bu­jąc ukry­wać nie­smaku. – To zna­czy w przy­bli­że­niu „nie­śmier­telny bies”.

Blask cof­nęła się o krok. Jej dłoń odru­chowo powę­dro­wała do noża, który miała za pasem.

– Czego tu szu­ka­cie?

Kobieta roz­po­starła dło­nie w prze­pra­sza­ją­cym geście.

– Wybacz moją nad­mierną ner­wo­wość. Zle­cono mi zada­nie, któ­rego podej­muję się z nie­chę­cią. Przy­by­wamy z ofertą dla waszej Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii.

Blask roz­luź­niła się nieco. Mary­na­rze wspi­nali się na oli­no­wa­nie, by przy­go­to­wać sta­tek do koniecz­nych napraw. Nie nosili butów, a pode­szwy ich stóp były czarne od smoły.

– Ofertą? – powtó­rzyła z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie. – A co to za oferta?

– Pro­po­zy­cja zatrud­nie­nia.

Wresz­cie zro­zu­miała. Potrzą­snęła głową.

– Obec­nie nie przyj­mu­jemy kon­trak­tów.

– Być może powi­nien o tym zde­cy­do­wać wasz dowódca. K’azz.

– Obec­nie… nie spo­tyka się z poten­cjal­nymi zle­ce­nio­daw­cami.

– Z nami się spo­tka.

– Bar­dzo w to…

– Czy w tej wio­sce jest jakaś gospoda albo zajazd?

Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka zazgrzy­tała zębami, zła, że jej prze­rwano.

– Może lepiej by było, gdy­by­ście zostali na pokła­dzie.

– Nie sądzę. Mam już ser­decz­nie dość załogi. I oni mnie też.

To przy­naj­mniej potra­fię zro­zu­mieć.

– Skoro nale­gasz. – Ski­nęła dło­nią, zapra­sza­jąc dwoje cudzo­ziem­ców do pój­ścia za nią. – Mamy tu gospodę z kil­koma skrom­nymi poko­jami… ale nie mogę zagwa­ran­to­wać, że was przyjmą.

Kobieta uśmiech­nęła się niczym wilk, odsła­nia­jąc ostre jak igły zęby barwy kości sło­nio­wej.

– Pła­cimy dobrym zło­tem, a obe­rży­ści wszę­dzie są tacy sami.

Gdy wspi­nali się na łagodny stok, zmie­rza­jąc do osady, Blask przed­sta­wiła się przy­by­szom.

– Jestem Rutana – odpo­wie­działa kobieta. – A to jest Nagal – dodała, wska­zu­jąc na podą­ża­ją­cego za nimi powoli męż­czy­znę.

– Skąd przy­by­wa­cie?

Par­sk­nęła śmie­chem.

– Z kra­iny, która leży nie­da­leko stąd, ale z pew­no­ścią ni­gdy o niej nie sły­sza­łaś.

Już od dawna nikt nie nad­uży­wał tak bar­dzo cier­pli­wo­ści Blask.

– Prze­ko­najmy się – zdo­łała odpo­wie­dzieć spo­koj­nie.

– Pro­szę bar­dzo. Nie­któ­rzy znają naszą ojczy­znę jako Jacu­ruku.

Pomimo iry­ta­cji Blask była pod wra­że­niem.

– Znam tę nazwę. Ni­gdy tam nie byłam, ale K’azz był.

– Tak mi powie­dziano. Prze­ka­żesz K’azzowi naszą wia­do­mość.

Iry­ta­cja Blask ustą­piła miej­sca zdu­mie­niu nie­praw­do­po­dobną bez­czel­no­ścią kobiety.

– Tak? – zapy­tała. – Niby dla­czego?

– Zro­bisz to – odparła Rutana.

– A jak brzmi ta wia­do­mość?

Kobieta się zatrzy­mała. Łyp­nęła ze zło­ścią na Blask, jakby dopiero teraz zauwa­żyła ton jej głosu. Zaci­snęła moc­niej rze­myki ota­cza­jące jej lewe ramię i skrzy­wiła się, być może czu­jąc nagły ból w sta­rej ranie. Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka dostrze­gła, że zwi­sa­jące z rze­mie­nia amu­lety są trój­kąt­nymi pude­łecz­kami. W każ­dym z nich znaj­do­wała się maleńka figurka.

– Na nasze zie­mie wtar­gnął Oprawca – wydu­siła kobieta. – Powtórz mu to, Isturé. Klą­twa zwana Oprawcą przy­była do naszej kra­iny.

* * *

Póź­niej Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby poroz­ma­wiać o nowych przy­by­szach. Gwynn jak zwy­kle miał ponurą i kwa­śną minę, był ubrany na czarno, rzadko się odzy­wał, a jesz­cze rza­dziej uśmie­chał. Białe włosy, które nie­dawno mu wyro­sły, ster­czały na wszyst­kie strony. Blask z łatwo­ścią mogła sobie wyobra­zić, że spę­dza wolny czas, sie­dząc sztywno i wpa­tru­jąc się w ciem­ność, jakby sam czu­wał przy wła­snych zwło­kach. Druga z magów z jej kom­pa­nii, Lor-Sinn, na­dal czuła się wyraź­nie skrę­po­wana, sie­dząc obok Blask na krze­słach zwy­kle zaję­tych przez Blu­esa, Pal­czaka, Shell albo Dymka, który opu­ścił ich nie­dawno. Blask miała teraz oka­zję przyj­rzeć się jej uważ­niej i zorien­to­wała się, że kobieta powoli, lecz nie­ustan­nie traci pulchne kształty, które przy­cią­gały uwagę wielu męż­czyzn z kom­pa­nii.

Słu­żący przy­nie­śli zupę i Blask spoj­rzała na Lor.

– Na­dal pró­bu­jesz skon­tak­to­wać się z Czwartą w Assail?

– Tak jest, komen­dan­cie.

– Mów mi Blask.

– Hmm… tak, Blask. – Pochy­liła się nad bla­tem. Zawsze lubiła roz­ma­wiać o swo­jej pracy. – Ostat­nio w zeszłym tygo­dniu. Mogła­bym znowu spró­bo­wać otwo­rzyć por­tal, jeśli sobie życzysz…

– Wolę nie ryzy­ko­wać, Lor. Nie do Assail. Za wcze­śnie na tak dra­styczne kroki. – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Gwynna. – A co z naszymi przy­ja­ciółmi z Pierw­szej?

Ponury nastrój maga pogłę­biał się z każdą chwilą. Wpa­try­wał się w zupę, jakby miał przed sobą coś nie­roz­po­zna­wal­nego.

– Nasi goście twier­dzą, że na­dal są na Jacu­ruku, komen­dan­cie.

– Pro­szę, wystar­czy Blask.

Gwynn pochy­lił głowę, a potem odło­żył sztućce, jakby nagle zmie­nił zda­nie, i wsparł pod­bró­dek na pię­ściach.

– Ta Rutana jest służką sta­ro­żyt­nej Ardaty, zwa­nej przez nie­któ­rych Kró­lową Cza­row­nic.

Blask ski­nęła głową i skosz­to­wała zupy. Była smaczna. Odło­żyła łyżkę. Słu­żący posta­wili przed nimi dru­gie danie – pie­czone dzi­kie ptac­two. Wcią­gnęła w płuca jego zapach, a potem wypro­sto­wała się i spoj­rzała w błysz­czące, nie­ru­chome oczy Gwynna.

– Nie­mniej zapew­niasz mnie, że są wro­gami Oprawcy.

– Bo są.

– Co pró­bu­jesz mi powie­dzieć?

– Chcą nas wcią­gnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komen­dan­cie, i widzia­łem ją na wła­sne oczy. Sta­now­czo odra­dzam anga­żo­wa­nie się w ten kon­flikt.

– Rozu­miem. Dzię­kuję za szczerą opi­nię. – Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Lor. – A ty?

Użyt­kow­niczka magii wzru­szyła na­dal krą­głymi ramio­nami.

– To kwe­stia aka­de­micka. Nikt nie wie, w któ­rej czę­ści kon­ty­nentu prze­bywa K’azz.

Blask spoj­rzała na małego pie­czo­nego ptaka i skub­nęła kawa­łek skórki.

– Wyślę wia­do­mość przez naszych nie­ży­ją­cych Bra­cisz­ków. Znajdą go.

– Ale może nie raczyć odpo­wie­dzieć – zauwa­żył Gwynn.

To było nieco zbyt szczere, pomy­ślała Blask, zaci­ska­jąc w iry­ta­cji usta.

– Prze­ko­namy się.

* * *

Znacz­nie póź­niej sta­nęła pośrodku swego apar­ta­mentu. Kom­naty były kie­dyś wła­sno­ścią człon­ków dyna­stii, przed przy­by­ciem Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii wła­da­ją­cej tą pro­win­cją jako jed­nym z małych kró­lestw Stra­temu. Ofi­cjal­nie nale­żały do Blu­esa, gdyż to on pia­sto­wał obec­nie rota­cyjne sta­no­wi­sko guber­na­tora, a gdyby K’azz ich odwie­dził, przy­pa­dłyby jemu. Nie miało jed­nak zna­cze­nia, który z Zaprzy­się­żo­nych aktu­al­nie tu mieszka. Ume­blo­wa­nie było skromne – pry­cza do spa­nia i biurko do pracy. To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w któ­rym Blask trzy­mała zbroję. Biczo­miecz wisiał w głów­nym kory­ta­rzu na dole.

Przy­glą­dała się ścia­nom z cio­sa­nego kamie­nia oraz zaku­rzo­nym gobe­li­nom z cza­sów daw­nej dyna­stii, na­dal butwie­ją­cym na ścia­nach w miej­scach, gdzie zastała je Gwar­dia, ale jej myśli cią­gle wra­cały do iry­tu­ją­cej kola­cji. Nie cho­dziło o Gwynna i jego nie­przy­jemne maniery, lecz o nie­obec­ność K’azza. Ich dowódca cze­goś uni­kał i ten fakt skła­niał ją do zasta­no­wie­nia. W chwi­lach gdy na­dal dopa­dały ją resztki próż­no­ści, wyobra­żała sobie, że to jej unika, ale w innych momen­tach prze­kli­nała go za ucieczkę przed odpo­wie­dzial­no­ścią. Budowa jed­no­li­tego pań­stwa od pod­staw była bar­dzo trud­nym zada­niem. Nale­żało pil­no­wać dróg, budo­wać mosty i pla­no­wać budowę nowych osad. Nie można było pozwo­lić, by o takich spra­wach decy­do­wał ślepy przy­pa­dek. A K’azz znik­nął, zosta­wia­jąc to nudne zada­nie innym. Podobny brak odpo­wie­dzial­no­ści znacz­nie pogor­szył jej opi­nię o nim. Otrzą­snęła się, wpa­tru­jąc się w mrok z zasę­pioną miną. Tak czy ina­czej trzeba się będzie z nim skon­tak­to­wać. Przy­wo­łała Bra­cisz­ków.

Po chwili w pomiesz­cze­niu poja­wiła się mgli­sta syl­wetka o krzy­wych nogach. Prawa ręka zjawy koń­czyła się na wyso­ko­ści łok­cia. To był Prze­chył, mistrz oblę­żeń. Stra­cili go nie­dawno. Cień pochy­lił nieco głowę.

– Blask – wydy­szał.

Zdzi­wiła się, sły­sząc wypo­wie­dziane na głos słowo.

– Mam wia­do­mość dla K’azza, Prze­chył.

– Mogę ją dostar­czyć – wyce­dził cień sta­rego męż­czy­zny. – Ale nie gwa­ran­tuję, że odpo­wie.

– Rozu­miem. Przy­byli do nas goście z Jacu­ruku. Ponow­nie odwie­dził ich Oprawca i zdają się suge­ro­wać, że to my pono­simy za to odpo­wie­dzial­ność.

– Wyczu­li­śmy tych dwoje – wyszep­tał Prze­chył. – Led­wie można zwać ich ludźmi.

Zasę­piła się, usły­szaw­szy te słowa.

– Prze­ka­żesz wia­do­mość?

– Jasne. Już się za to biorę. Cie­szę się, że mogłem cię zoba­czyć, Blask.

Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otwo­rzyć, żeby wyjść. Prze­nik­nął jed­nak bez prze­szkód przez grubo cio­sane deski, zosta­wia­jąc za sobą chmurę kurzu opa­da­ją­cego powoli na pod­łogę.

Zdzi­wiona Blask uklę­kła, dotknęła dło­nią pyłu, a potem wypro­sto­wała się i przyj­rzała wła­snym pal­com. Można by nie­mal pomy­śleć, że Prze­chył na­dal żyje. Ni­gdy dotąd nie widziała, by wokół syl­wetki któ­re­goś z Bra­cisz­ków zbie­rał się kurz. Ale z dru­giej strony czę­sto wystę­po­wał jako rzecz­nik pole­głych Zaprzy­się­żo­nych. Strzep­nęła kurz z dłoni i wró­ciła za biurko.

* * *

Szcze­rze mówiąc, nie liczyła na odpo­wiedź. K’azz wyłą­czył ze Ślu­bów Oprawcę i tych, któ­rzy opo­wie­dzieli się po jego stro­nie. Już przed ponad rokiem wyklu­czył ich z sze­re­gów Gwar­dii. Oprawca oso­bi­ście odpo­wia­dał za swoje czyny, a kom­pa­nia nie miała z nimi nic wspól­nego… bez względu na to, co mie­liby twier­dzić inni. Goście mogli tu sobie cze­kać, jak długo zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następ­nych dni igno­ro­wała ich, jed­no­cze­śnie apro­bu­jąc wszyst­kie prośby miej­sco­wych kup­ców o pokry­cie kosz­tów naprawy statku.

Dla­tego cztery dni póź­niej poczuła się zasko­czona, gdy Ogi­lvy, jeden z regu­lar­nych żoł­nie­rzy, rekrut z Trze­ciego Zaciągu, zapu­kał do jej drzwi i wszedł do środka, uno­sząc pokrytą bli­znami, poobi­janą dłoń do nazna­czo­nego rów­nie wie­loma szra­mami bez­wło­sego czoła.

K’azz, pani – oznaj­mił ochry­płym gło­sem i pokło­nił się jej, jakby była szla­chet­nie uro­dzona.

Wie­lo­krot­nie powta­rzała mu, że wystar­czy zasa­lu­to­wać, ale te maniery naj­wy­raź­niej głę­boko zapi­sały się w jego jaźni. Kła­niał się jej nisko i tytu­ło­wał ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po pro­stu musiała się do tego przy­zwy­czaić.

Ski­nęła głową i ode­słała go, po czym odło­żyła gęsie pióro i wstała od biurka, by zejść na dół. Zatrzy­mała się na moment przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu i przyj­rzała swemu odbi­ciu. Niska sma­gła kobieta o dłu­gich, czar­nych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz. Tak się skła­dało, że miała na sobie długą suk­nię z bro­katu, z roz­cię­ciami i obszytą koronką na bokach. Była cia­sna na górze i w ręka­wach, roz­sze­rza­ją­cych się dopiero przy nad­garst­kach. Nie zasta­na­wiała się nad tym przed­tem, ale rezy­gna­cja ze skó­rza­nej kurty i ake­tonu świad­czyła, że raczej poważ­nie trak­tuje swą rolę peł­nią­cej obo­wiązki guber­na­tora.

Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziew­czyno. Nos spłasz­czony jak u kar­czem­nej dziewki wda­ją­cej się w bija­tyki i w dodatku te cho­ler­nie cien­kie wargi.

Skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem.

Ale przy­naj­mniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.

Zresztą kogo to obcho­dziło? Otwo­rzyła drzwi, zła­pała zawie­szony na kołku szty­let w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na dół krę­tymi scho­dami.

* * *

Zna­la­zła go, gdy gła­skał jed­nego ze swych kilku wierz­chow­ców. Skó­rzany strój miał brudny po podróży, a wyso­kie moka­syny cia­sno opięte wokół kolan. Roz­czo­chrane włosy opa­dały mu na plecy i widziało się w nich pasemka siwi­zny. Odwró­cił się, zanim zdą­żyła do niego podejść. Zatrzy­mała się. Po raz kolejny prze­żyła szok na jego widok. Pamię­tała go jako mło­dego męż­czy­znę, a teraz był stary. Z pew­no­ścią miał za sobą trudne czasy, bo jesz­cze bar­dziej stra­cił na wadze. Oczy o bystrym wyra­zie były zapad­nięte, a wydatne kości policz­kowe wyda­wały się ostre jak noże. Zapu­ścił brodę, rów­nież upstrzoną plam­kami siwi­zny.

Jest stary. Posta­rzał się przed­wcze­śnie. Przed­wcze­śnie? Wszy­scy jeste­śmy sta­rzy, dziew­czyno! Masz ponad sto dwa­dzie­ścia lat!

Otrzą­snęła się, pode­szła bli­żej, ujęła jego chłodne dło­nie i uca­ło­wała go w oba policzki.

– Witaj! Co się z tobą działo?

– Szu­ka­łem dróg pro­wa­dzą­cych do jeziora Jor­rick.

– Naprawdę zamie­rzasz je nazwać na jego cześć?

Uśmiech­nął się.

– Czemu by nie? W Gena­bac­kis uwa­żają go za boha­tera.

– Hmm… pew­nie tak. Zosta­niesz tu na dłu­żej?

Błysz­czące oczy, do tej pory wpa­tru­jące się w nią uważ­nie, prze­su­nęły się w bok.

– Być może. Wybacz, że zwa­li­łem ci na głowę całą papier­kową robotę.

– Nie mnie, tylko Blu­esowi.

– Ach! Nic dziw­nego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wie­ści?

– Być może dotarli już do Korelu.

– Zostało im tylko odna­leźć Kratę i uwol­nić go ze Sztor­mo­wego Muru. O ile to rze­czy­wi­ście on. Wkrótce powinni wró­cić.

– Powin­nam była pójść z nimi. – Blues sobie pora­dzi. Jest naj­lep­szy z nas. – Bra­kuje mi go. Cie­bie też mi bra­ko­wało…

Na ogo­rza­łej od wia­tru skó­rze wokół oczu męż­czy­zny poja­wiły się zmarszczki. K’azz opu­ścił wzrok.

– Mnie rów­nież bra­ko­wało was wszyst­kich. Co z tymi gośćmi?

Blask ruszyła ku otwar­tej bra­mie for­tecy.

– Gwynn mówi, że to słu­dzy Ardaty.

K’azz szedł u jej boku, spla­ta­jąc dło­nie za ple­cami.

– Tak. Wyczu­wam ich obec­ność. Z pew­no­ścią zali­czają się do naj­po­tęż­niej­szych. W ten spo­sób prze­ka­zuje nam, że trak­tuje swą wia­do­mość bar­dzo poważ­nie. Nie­stety nie możemy speł­nić jej życze­nia…

– Tak im powie­dzia­łam. – Ale chcą to usły­szeć ode mnie. – Tak. – Dla­tego tu przy­by­łem…

Spoj­rze­nie Blask padło na krętą, wysy­paną żwi­rem drogę wio­dącą do mia­steczka.

A kiedy odejdą, ty rów­nież nas opu­ścisz? Wró­cisz na pust­ko­wia? Nie mar­twisz się tym, jakie skutki mogą wywo­łać tak dłu­gie okresy two­jej nie­obec­no­ści? Plot­kami i nie­po­ko­jem? Nie wśród Zaprzy­się­żo­nych, oczy­wi­ście, ale co z regu­lar­nymi żoł­nie­rzami i cywi­lami? Nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że dawno już umar­łeś, a my po pro­stu spra­wu­jemy wła­dzę w twoim imie­niu.

Nie­mniej w daw­nych dniach czę­sto roz­pusz­czali fał­szywe pogło­ski o jego obec­no­ści bądź znik­nię­ciu… Blues i inni nawet prze­bie­rali się cza­sem za niego… wszystko to miało sta­no­wić zabez­pie­cze­nie przed nie­ustanną groźbą ze strony cho­ler­nych skry­to­bój­ców ze Szponu…

Zatrzy­mała się nagle, uświa­da­mia­jąc sobie, że już dotarli do mia­steczka. Długa droga w dół kli­fów minęła jej w mgnie­niu oka. Naj­wy­raź­niej przez cały czas nie odzy­wali się ani sło­wem.

Przed nimi, na głów­nej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pew­no­ścią obie strony rów­nie dobrze wyczu­wały swą bli­skość. Wysoki męż­czy­zna, Nagal, musiał się pochy­lić, żeby zmie­ścić się w niskim wej­ściu. Z okien i otwar­tych drzwi wychy­lali się cie­kaw­scy tubylcy, obser­wu­jący zmie­rza­jące ku sobie pary. Blask zauwa­żyła, że żadne z ich czwórki nie ma broni dłuż­szej niż szty­let. Czyżby to była celowa ostroż­ność?

Ciem­no­skóra kobieta pokło­niła się płytko z cichym grze­cho­tem lasu amu­le­tów opa­da­ją­cych jej na piersi. K’azz odwza­jem­nił ukłon.

– Witaj, diuku D’Avore – rze­kła. – Czy może jesteś księ­ciem? – Nosi­łem wiele tytu­łów – odparł ze spo­ko­jem. – Ale suge­ruję ten, z któ­rego jestem naj­bar­dziej dumny. Dowódca.

– Jak sobie życzysz… dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.

Wysoki męż­czy­zna, który spra­wiał wra­że­nie, że cały czas uśmie­cha się skry­cie, rów­nież się ukło­nił.

– Witaj­cie w Stra­te­mie. W czym możemy wam pomóc?

– Dosta­łeś moją wia­do­mość – wark­nęła. – Powi­nie­neś znać odpo­wiedź na to pyta­nie. Twój wasal, Oprawca, wró­cił do Jacu­ruku i chce zacząć wojnę prze­ciwko nam. Masz obo­wią­zek pomóc nam uwol­nić się od niego.

– Nie jest już moim wasa­lem i nie odpo­wia­dam za jego czyny.

Kobieta nie dała się powstrzy­mać. Unio­sła pod­bró­dek i wykrzy­wiła usta w jesz­cze bar­dziej skwa­szo­nym gry­ma­sie.

– A co z repa­ra­cjami za zbrod­nie, które popeł­nił na naszych zie­miach, kiedy jesz­cze nim był? – zapy­tała. – Wyeli­mi­no­wa­nie go mogłoby pokryć ten dług!

Po raz kolejny Blask zatkało na widok bez­czel­no­ści Rutany.

Bogo­wie na górze! Prze­bywa w kra­inie, którą włada K’azz, i oskarża go o zbrod­nie popeł­nione przez kogoś innego daleko stąd!

Tego nie spo­sób było tole­ro­wać. Na miej­scu K’azza natych­miast kaza­łaby jej odejść.

Jego cier­pli­wość zda­wała się jed­nak nie­wy­czer­pana. Prze­chy­lił tylko głowę, jakby chciał przyj­rzeć się Ruta­nie pod wszyst­kimi moż­li­wymi kątami. Potem zmarsz­czył w zamy­śle­niu brwi.

– Rutana, przy­cho­dzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierw­szy przy­był na Jacu­ruku, został wasa­lem two­jej pani. Czyż nie tak?

Kobieta szarp­nęła gwał­tow­nie za rze­mie­nie na ramio­nach. Jej twarz pociem­niała z wście­kło­ści. Po chwili zapa­no­wała nad emo­cjami w wystar­cza­ją­cym stop­niu, żeby odpo­wie­dzieć.

– Nie zawarto for­mal­nej ugody. Przez pewien czas oboje tylko współ­pra­co­wali ze sobą.

K’azz wzru­szył ramio­nami, dając do zro­zu­mie­nia, że uważa ten temat za zamknięty.

– Tak czy ina­czej Oprawca już dawno ruszył wła­sną drogą i nie mogę odpo­wia­dać za jego poczy­na­nia.

– Ale Śluby na­dal go pod­trzy­mują – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Nagal cichym, melo­dyj­nym gło­sem. – Twoje Śluby, K’azz.

Na twa­rzy księ­cia poja­wił się gry­mas bólu.

– Ode­brał­bym mu tę moc, gdyby leżało to w moich moż­li­wo­ściach – odparł z wyraź­nymi wysił­kiem. – Wyłą­czy­łem go ze Ślu­bów.

– To za mało – nie ustę­po­wał Nagal. – Na­dal go obej­mują. Nasza pani zna ich tajem­nicę. Czy nie jesteś cie­kawy, K’azz?

Blask ogar­nął głę­boki nie­po­kój. Za pośred­nic­twem tych dwóch sług wyczu­wała doty­ka­jący ich wpływ Ardaty, pani wszyst­kich cza­row­nic. Zro­biło się jej nie­do­brze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je splu­ga­wiło. Widziała, że K’azzem wstrzą­snęło to, co można było zin­ter­pre­to­wać tylko jako dotknię­cie Ascen­dentu pro­po­nu­ją­cego, że zbada coś, co sta­no­wiło pod­stawę jego toż­sa­mo­ści.

– Nie kwe­stio­nuję mądro­ści ani mocy waszej pani – zaczął ostroż­nie. – Być może w przy­szło­ści sko­rzy­stam z jej szczo­drej oferty. – Pochy­lił głowę, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dwojga gości. – Ale na razie życzę wam bez­piecz­nego powrotu do domu.

Odwró­cił się i odda­lił sztyw­nym kro­kiem. Blask podą­żyła za nim tyłem, cały czas wpa­tru­jąc się w Rutanę i Nagala.

– Tak jest, w przy­szło­ści! – zawo­łał wysoki męż­czy­zna. – Czasu z pew­no­ścią nam nie zabrak­nie.

K’azz zatrzy­mał się na moment, ale ponow­nie ruszył przed sie­bie.

– Jest jesz­cze jedno! – zawo­łała Rutana.

Dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii odwró­cił się z wes­tchnie­niem.

– Słu­cham?

– Ponie­waż nie jesteś skłonny do współ­pracy, moja pani pozwo­liła mi ujaw­nić jesz­cze jeden fakt.

– Tak?

– Wiesz, że posiada moc jasno­wi­dzą­cej i pro­ro­kini. Prze­wi­działa, że wkrótce doj­dzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K’azz? Czy można do tego dopu­ścić?

W pierw­szej chwili to nie­ja­sne ostrze­że­nie nic nie zna­czyło dla Blask. Potem przy­po­mniała sobie, gdzie sły­szała tę dziwną nazwę. Tam wła­śnie uwię­ziono K’azza, gdy prze­by­wał na zie­miach Jacu­ruku. Natych­miast skie­ro­wała na niego spoj­rze­nie i zdu­miał ją widok jego reak­cji. Twarz dowódcy zro­biła się biała jak kreda. Pochy­lił wyraź­nie ramiona, jakby dźwi­gał na nich brze­mię. Pokrę­cił głową.

– To się nie może wyda­rzyć – wychry­piał z wysił­kiem.

Rutana uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

– W tej spra­wie moja pani zga­dza się z tobą, książę.

– Osią­gnę­łaś swój cel, cza­row­nico. – Spoj­rzał na Blask. – Wezwij Zaprzy­się­żo­nych. Wyru­szam do Jacu­ruku – oznaj­mił i odda­lił się.

Blask śle­dziła go zdu­mio­nym spoj­rze­niem. Tak po pro­stu? Jedna nie­ja­sna groźba, infor­ma­cja, czy co tam wła­ści­wie to było, i już się zgo­dził?

Zer­k­nęła na dwójkę gości, ale igno­ro­wali ją, wle­pia­jąc chciwe spoj­rze­nia w sztywną jak kij syl­wetkę K’azza wle­ką­cego się z wysił­kiem przed sie­bie.

* * *

Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzy­tem drewna dra­pią­cego pia­sek. Sto­jący na przo­dzie kapi­tan rozej­rzał się po wydmach i kar­ło­wa­tej roślin­no­ści cią­gną­cej się w głąb lądu. Załoga i wojow­nicy cze­kali na jego roz­kazy. Choć był okrutny i bru­talny, popro­wa­dził ich do wielu uda­nych ata­ków i ufali jego przy­wódz­twu na woj­nie. Jego szary kol­czy płaszcz, podarty i wystrzę­piony, opa­dał na deski pokładu, a włosy oraz broda rów­nież były dłu­gie, siwe i roz­czo­chrane. Nie­któ­rzy zwali go Sza­rym Duchem, ale tylko naj­cich­szym szep­tem. Sam wolał tytuł wodza wojen­nego.

Prze­sko­czył przez burtę z dzi­kim wrza­skiem i wylą­do­wał w płyt­kiej wodzie. Jego ludzie podą­żyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któ­re­goś z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Sca­rza. Nie­któ­rzy szep­tali, że w żyłach potęż­nie zbu­do­wa­nego wojow­nika pły­nie spora domieszka krwi Trel­lów. Pod­szedł teraz do wodza wojen­nego, zauwa­ża­jąc, że rdza z noszo­nej przez niego zbroi zosta­wia w wodzie czer­wony ślad, wyglą­da­jący jak plama krwi.

– Zie­mia się nie zatrzę­sła, Sca­rza – zauwa­żył wódz wojenny, osła­nia­jąc oczy przed słoń­cem i spo­glą­da­jąc na poro­śnięty kar­ło­watą roślin­no­ścią obszar. – Nie zadęto w trąby. Nie nad­szedł koniec świata.

– O czym mówisz, wodzu wojenny?

Męż­czy­zna skie­ro­wał na niego spoj­rze­nie sta­rych, pożół­kłych oczu, ale zaraz je odwró­cił.

– O niczym, mój drogi Sca­rza… po pro­stu minęło bar­dzo wiele lat, odkąd ostat­nio cho­dzi­łem po tym brzegu.

– A czego mamy doko­nać w tej ponu­rej kra­inie, budzą­cej we mnie bole­sne wspo­mnie­nie ojczy­zny?

Wódz wojenny uśmiech­nął się. Bruzdy prze­ci­na­jące jego starą twarz pogłę­biły się jesz­cze. Naj­wy­raź­niej odpo­wia­dało mu zgryź­liwe poczu­cie humoru jego zastępcy.

– Nie cho­dzi mi o te zie­mie, Sca­rza. Inte­re­suje mnie sąsied­nie kró­le­stwo. Wła­da­jący nim butni mago­wie popa­dli w samo­za­do­wo­le­nie.

Każą się tytu­ło­wać wiel­kimi alche­mi­kami i teur­gami. Tutaj nato­miast znaj­dziemy bandy obdar­tu­sów, żyją­cych z łupie­nia tau­ma­tur­gów. Weź­miemy ich pod swoje skrzy­dła i poka­żemy, jakie korzy­ści może im przy­nieść zor­ga­ni­zo­wana kam­pa­nia.

– Masz na myśli śmierć?

Chudy męż­czy­zna opu­ścił kąciki ust, jakby w wyra­zie lek­kiej dez­apro­baty.

– Z cza­sem tak – przy­znał.

Wódz wojenny spoj­rzał w stronę morza. Wszyst­kie dzie­sięć stat­ków łupież­ców przy­biło już do brzegu.

– Na razie roze­ślij zwia­dow­ców, wyła­duj wszystko i roz­mon­tuj statki. Będziemy potrze­bo­wali drewna.

Sca­rza ukło­nił się mu.

– Już się robi, wodzu wojenny.

Posi­wiały męż­czy­zna ponow­nie skie­ro­wał uwagę w głąb lądu.

– Wró­ci­łem, cho­lerny kręgu magów – wydy­szał. – I co teraz zro­bi­cie? Tak jest… co zro­bi­cie?

Rozdział I

Gdy wró­ci­łem ze swych wędró­wek, przy­wi­tał mnie głos sta­rego przy­ja­ciela. To było na dłu­giej daru­dży­stań­skiej ulicy zwa­nej Drogą Trze­ciego Poziomu. Zła­pał mnie nagle za rękę i zapy­tał:

– Skoro wró­ci­łeś, zgod­nie z zapew­nie­niem Osserca, powiedz mi, gdy jak za daw­nych lat będziemy szli tą ulicą ku kwit­ną­cym sadom, co cię skło­niło do wyru­sze­nia w tak długą podróż na Pust­ko­wia Świata?

Cha­nat D’argattyPodróże D'argatty'ego

Saeng poru­szała tłucz­kiem w moź­dzie­rzu, przy­go­to­wu­jąc sos na połu­dniowy posi­łek. Wrzu­ciła do niego orze­chy, młode raki, zie­le­ninę i różne rodzaje pie­przu. Miała to potem zmie­szać z kawał­kami nie­doj­rza­łej papai, żeby zro­bić sałatkę. Klę­czała pochy­lona nad wiel­kim kamien­nym moź­dzie­rzem, a jej musku­larne przed­ra­miona poru­szały się nie­ustan­nie. Dłu­gie, czarne włosy lepiące się do czoła odsu­wała na bok grzbie­tem dłoni.

W całej wio­sce wszyst­kie kobiety w jej wieku wyko­ny­wały teraz w cha­tach te same obo­wiązki, ale ist­niała jedna zasad­ni­cza róż­nica. One przy­go­to­wy­wały posi­łek dla mężów i dzieci, a ona zaj­mo­wała się kuch­nią i sprzą­tała dom tylko dla sie­bie i swej sta­rej matki, która, ku wiel­kiej iry­ta­cji dziew­czyny, ni­gdy nie prze­pusz­czała oka­zji do kry­ty­ko­wa­nia jej wysił­ków i gło­śnego zasta­na­wia­nia się nad tym, dla­czego jej córka jest na naj­lep­szej dro­dze do zosta­nia starą panną.

Czemu mia­łoby być ina­czej, mamo? Gło­śno wyra­ża­łaś pogardę dla wszyst­kich reli­gij­nych obrzę­dów odpra­wia­nych przez naszych sąsia­dów, twier­dząc, że to gówno warte prze­sądy, ich domowe kapliczki nazy­wa­łaś fał­szy­wymi boż­kami, a ich wiarę prze­ja­wem dzie­cin­nej igno­ran­cji. Nic dziw­nego, że ojciec gdzieś prze­padł, a wszy­scy w wio­sce uwa­żają nas za paria­sów.

Poło­żyła posi­łek na dwóch liściach bana­nowca, a potem usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i zmarsz­czyła brwi. Jej zacho­wa­nie rów­nież nie poma­gało. Wszy­scy nazy­wali ją cza­row­nicą. Służką Matki Nocy, Ardaty. Zda­rzało się, że nie­któ­rzy pro­sili ją pota­jem­nie o rzu­ce­nie klą­twy na rywala albo spo­wo­do­wa­nie śmierci bawołu sąsiada. A kiedy odma­wiała, byli okrop­nie obu­rzeni. To mogłoby być śmieszne, gdyby nie było takie smutne.

Tak czy ina­czej stała się kozłem ofiar­nym dla całej wio­ski. Zrzu­cano na nią winę za mar­two uro­dzone cie­lęta, cho­roby dzieci i słabe plony. Miała już ser­decz­nie dość takiego trak­to­wa­nia. Ale co z matką? Kto się nią zaopie­kuje? Bar­dzo żało­wała, że nie ma z nimi Hanu. Bra­ko­wało jej jego spo­koju i siły. To on powi­nien się oże­nić. Wtedy wpro­wa­dzi­łaby się do niego, roz­ka­zy­wa­łaby jego żonie i mogłaby uciec od tego wszyst­kiego. Ale wyda­rzyło się nie­wy­obra­żalne i zabrali go tau­ma­tur­dzy.

Zapewne powinna się z tego cie­szyć. Ów fakt – pre­stiż pły­nący z poświę­ce­nia oraz ulga wszyst­kich sąsia­dów, cie­szą­cych się, że ten cię­żar spadł na kogoś innego – pozwa­lał im zacho­wać nie­pewną pozy­cję na skraju wio­ski.

Wzięła sobie do sałatki tro­chę ryżu i teraz jadła to wszystko bez entu­zja­zmu. Matka wkrótce wróci z poran­nej prze­chadzki i przy­nie­sie nowe plotki. Taka i owaka spo­dziewa się kolej­nego wnuka! A bra­ta­nek takiej i owa­kiej kaszle! Saeng zwie­siła głowę. Niech ją bogo­wie mają w opiece!

Wła­śnie wraca. Saeng zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić.

– Co sły­chać, mamo? – przy­wi­tała ją. Matka przy­glą­dała się jej z nie­ty­po­wym dla sie­bie mil­cze­niem. – Słu­cham? Co się stało?

Star­sza kobieta sta­nęła przed otwartą werandą, zaci­ska­jąc dło­nie na wie­lo­barw­nej tka­ni­nie sukni.

– Pytasz o wie­ści? Tak, tym razem przy­no­szę praw­dziwe wie­ści, Saeng. Prze­cho­dzili tędy uchodźcy. Ucie­kają na zachód. Kuzyni Mae nie mieli ze sobą niczego poza ubra­niami na ple­cach.

Saeng wypro­sto­wała się, marsz­cząc brwi jesz­cze moc­niej niż zwy­kle.

– Co się wyda­rzyło?

– Nad­cho­dzi armia, maleńka. Nasi władcy, tau­ma­tur­go­wie, masze­rują na wojnę i wcie­lają do woj­ska wszyst­kich, któ­rych znajdą.

Saeng wło­żyła do ust kulkę ryżu i zja­dła go z zamy­śloną miną.

– Ale co to nas obcho­dzi? Już zapła­ci­ły­śmy swoją cenę.

Jej matka potrzą­snęła głową.

– Nie sądzę, by to na­dal miało zna­cze­nie. I…

Prze­rwała nagle.

– I co?

– Saeng… – zaczęła star­sza kobieta – …w tej spra­wie stara wiara wypo­wiada się jasno! Pod­czas wojny kapłanka musi prze­by­wać w świą­tyni…

– Mamo, pro­szę… prze­stań opo­wia­dać takie rze­czy.

Jej matka splo­tła dło­nie, wyraź­nie wstrzą­śnięta.

– Nie bluź­nij! Twoja pra­babka powie­działa to nie­dwu­znacz­nie. Musisz odszu­kać Wielką Świą­ty­nię.

Saeng nie mogła zna­leźć słów.

– Mamo… stara wiara dawno już umarła. Nikt nawet nie wie, gdzie są świą­ty­nie. – Roze­śmiała się z lekką ner­wo­wo­ścią. – Naprawdę zacho­wu­jesz się… głu­pio.

Na twa­rzy matki poja­wiło się czę­sto tam widy­wane roz­cza­ro­wa­nie. Po chwili potrzą­snęła głową. Saeng zaci­snęła wargi, odwró­ciła głowę i skoń­czyła posi­łek.

* * *

Nocą nie mogła zasnąć. Nak-ta wołały do niej naj­gło­śniej od wielu lat. Mio­tała się i prze­wra­cała z boku na bok, ale nie była w sta­nie ich uci­szyć. A jeśli się sku­piła, miała wra­że­nie, że w oddali sły­szy hałas pro­du­ko­wany przez jakieś potężne istoty, prze­dzie­ra­jące się do niej przez dżun­glę.

Nagle roz­legł się głos, jesz­cze dono­śniej­szy niż wiatr koły­szący liśćmi palm i poru­sza­jący całymi drze­wami. Był nie­ar­ty­ku­ło­wany, brzmiał jak jęk kogoś zakne­blo­wa­nego albo ran­nego. Ni­gdy przed­tem nie sły­szała cze­goś takiego. To był głos męż­czy­zny. Któ­re­goś z wie­śnia­ków? Od czasu do czasu jakiś dureń scho­dził ze ście­żek pijany albo drę­czony nie­straw­no­ścią i las go zabie­rał. Jeśli dotarła na miej­sce wystar­cza­jąco szybko, mogła pod­jąć próbę ura­to­wa­nia go, ale gdy cie­nie już się do niego dobrały, było to nie­mal nie­moż­liwe. Tylko raz pod­jęła nad­zwy­czajną, bar­dzo nie­bez­pieczną próbę, ale w tam­tym przy­padku cho­dziło o dziecko. Wło­żyła suk­nię i ruszyła przez ogród ku ścia­nie drzew, będą­cej gra­nicą dzie­wi­czej dżun­gli pokry­wa­ją­cej od morza do morza całą jej ojczy­znę, Jacu­ruku.

Gdy już zna­la­zła się w mroku mię­dzy wyso­kimi drze­wami, zatrzy­mała się, wytę­ża­jąc słuch i postrze­ga­nie. Się­gnęła na zewnątrz, obej­mu­jąc swą świa­do­mo­ścią posze­rza­jący się krąg. Wyczu­wała kroki wielu noc­nych stwo­rzeń, od rodziny sapią­cych pekari aż po maleńką ryjówkę. Się­ga­jąc dalej, wyczuła gorącą, czujną obec­ność polu­ją­cego nocą kota przy­cup­nię­tego na gałęzi, a po dru­giej stro­nie kręgu chat stado małp, które zwę­dziły komuś posi­łek. Trzy­mały się tak daleko od kota, jak to tylko moż­liwe.

To dziwne. Czy nikogo tam nie było? Z reguły ci, któ­rzy zeszli nocą ze ście­żek, mio­tali się na oślep i byli łatwi do zauwa­że­nia jak sło­nie. Cie­le­sną obec­ność możemy wyklu­czyć. Ale co z bez­cie­le­sną? Być może…

Usły­szała krok. Bli­sko. Ciężki. Sta­now­czo zbyt ciężki jak na wie­śniaka. A potem następny. Z mroku wyło­niła się olbrzy­mia postać, mon­stru­al­nie wysoka i sze­roka w barach. Prze­kro­czyła snop zie­lon­ka­wego bla­sku i Saeng wstrzy­mała oddech. Poznała jed­nego z yak­shaka, żoł­nie­rzy tau­ma­tur­gów.

A więc… już tu są.

Wzięła się w garść, uklę­kła i pochy­liła głowę, cze­ka­jąc na przy­by­cie władcy olbrzyma, który nie mógł być zbyt daleko. Nie­znisz­czalni yak­shaka strze­gli tau­ma­tur­gów i byli krę­go­słu­pem ich armii.

Zatem to prawda. Masze­rują ku wschod­nim wyży­nom. Chcą zaata­ko­wać praw­dziwe źró­dło nie­bez­pie­czeństw na­dal cza­ją­cych się w głu­szy. Roz­le­głe, pier­wotne wło­ści Demo­nicz­nej Kró­lo­wej. Dżun­glę Hima­tanu, w poło­wie znaj­du­jącą się w naszym świe­cie, a w poło­wie w kró­le­stwie duchów.

Ale nie wyczu­wam nikogo w pobliżu.

Dziwny, zgrzy­tliwy dźwięk przy­cią­gnął jej uwagę do yak­shaka. Zer­k­nęła ostroż­nie. Istota unio­sła zakute w żelazo dło­nie i robiła nimi coś na wyso­ko­ści szyi. Być może chciała popra­wić swój olbrzymi hełm. Mozaika dro­gich kamieni, któ­rymi inkru­sto­wano zbroję stwo­rze­nia, lśniła migo­tli­wym bla­skiem, kiedy się poru­szało. Ku prze­ra­że­niu Saeng olbrzym zdjął hełm, odsła­nia­jąc wygo­loną, pokrytą strasz­li­wymi bli­znami głowę. Przy­mru­żył ciemne, ludz­kie oczy, ośle­pione nawet sła­bym świa­tłem dżun­gli, po czym spoj­rzał z dziwną czu­ło­ścią na dziew­czynę.

Gapiła się na niego z prze­ra­że­niem. Przez jej głowę prze­mknęła irra­cjo­nalna myśl: Oskarżą mnie o to, że go znisz­czy­łam!

Usta istoty poru­szyły się bez­gło­śnie, for­mu­jąc słowo. To było jej imię, Saeng. Nie potra­fiła pojąć, skąd stwo­rze­nie mogło je znać.

Nagle prze­szył ją dreszcz roz­po­zna­nia. Pozna­wała tę twarz, mimo oka­le­czeń.

– Hanu… – wydy­szała, led­wie ważąc się oddy­chać.

Yak­shaka ski­nął głową. Jego zma­sa­kro­wane usta roz­cią­gnęły się w paro­dii uśmie­chu.

Pode­szła bli­żej i poło­żyła otwartą dłoń na jego piersi. Wzdry­gnęła się, czu­jąc zimną, twardą zbroję.

– Co się wyda­rzyło? Dla­czego tu jesteś? Co się dzieje? Och, mój drogi Hanu… co z tobą zro­bili?

Z twa­rzy brata znik­nął uśmiech. Opu­ścił wzrok, zaczerp­nął głę­boko tchu, dotknął pal­cem ust, a potem je otwo­rzył. Zdzi­wiona Saeng zaj­rzała do ich wnę­trza. Ugięły się pod nią kolana i zro­biło się jej ciemno przed oczami.

Wycięli mu język.

Gdy się ock­nęła, opie­rała się o drzewo. Hanu stał obok, wpa­tru­jąc się w ota­cza­jące ich drzewa. Przy­glą­dała się bratu przez pewien czas, radu­jąc się zna­jo­mym poczu­ciem jego bli­sko­ści.

Na­dal mnie strze­żesz. Ale nie powinno cię tu być. Co się wyda­rzyło?

– Hanu – wyszep­tała. – Dla­czego tu jesteś?

Odwró­cił się, opu­ścił wzrok i nakre­ślił jedną ręką jakiś kształt. Saeng poznała jeden z sym­boli języka zna­ków, który kie­dyś stwo­rzyli dla sie­bie, by móc poro­zu­mie­wać się bez­gło­śnie.

– Obiet­nica.

– Obiet­nica? Jaka obiet­nica? Obie­ca­łeś mnie chro­nić. Ta obiet­nica?

– Zbliża się.

– Kto się zbliża? Ach, oni. – Wstała i strzep­nęła z sie­bie wil­gotną glebę. – Ale… co to ma za zna­cze­nie dla mnie?

– Nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Nie­bez­pie­czeń­stwo? Dla­czego? Czemu mia­łoby mi… – Nagle zro­zu­miała. Tau­ma­tur­dzy od dawna nie­na­wi­dzili swej sąsiadki. Potę­piali i ska­zy­wali na uto­pie­nie wszyst­kich, któ­rzy ich zda­niem ule­gali jej wpły­wom. Z pew­no­ścią zabi­liby ją jako podej­rzaną o czary i słu­że­nie Demo­nicz­nej Kró­lo­wej. – A więc dla­tego… – Prze­rwała nagle, ale zaraz zaczęła od nowa. – Na wszyst­kich utra­co­nych bogów, ucie­kłeś… zde­zer­te­ro­wa­łeś, żeby mnie ostrzec!

– Cicho.

– Ty cho­lerny dur­niu! – zawo­łała. – W czym to mi pomoże? Teraz zażą­dają two­jej głowy!

Skrzy­wił się bole­śnie.

– Cicho – zasy­gna­li­zo­wał znowu.

– Cudow­nie. Oboje sta­li­śmy się zbie­gami.

– Tak.

– Zna­ko­mi­cie. – Zaci­snęła pię­ści zwi­sa­jące na wyso­ko­ści bio­der i spoj­rzała na niego. Zaczął wkła­dać hełm. – W porządku… będziemy potrze­bo­wali żyw­no­ści. Pójdę cze­goś poszu­kać.

– Szybko.

– Tak, tak.

Ruszyła w stronę chaty. Napeł­niła worek ryżem i zabrała też wszyst­kie wędzone ryby oraz jarzyny, które zdo­łała zna­leźć. Przez cały ten czas jej matka leżała na łóżku i oddy­chała chra­pli­wie. Saeng przez chwilę roz­wa­żała moż­li­wość obu­dze­nia jej, żeby się poże­gnać. Ale tylko przez chwilę. Naro­bi­łaby mnó­stwo zamie­sza­nia.

Cze­ka­łam na ten moment od bar­dzo dawna, a teraz, gdy wresz­cie nad­szedł, nie chcę tego zro­bić. Wresz­cie się stąd wydo­stanę, ale z pew­no­ścią nie tak to sobie wyobra­ża­łam.

Kolejną torbę wypeł­niła swymi naj­so­lid­niej­szymi ubra­niami, doda­jąc do nich san­dały oraz posła­nie. Z zewnątrz dobiegł szum desz­czu spa­da­ją­cego na utkane z trawy ściany.

Cudow­nie. W dodatku jest pora desz­czowa.

Zabrała para­sol z cien­kiego drewna i zanu­rzyła się we mgle.

Hanu dołą­czył do niej w ciem­no­ści. Uniósł palec, a potem zapy­tał:

– Któ­rędy?

Osła­nia­jąca się para­so­lem i przy­ci­ska­jąca torbę do piersi Saeng przy­gry­zła wargę.

No wła­śnie, któ­rędy?

Wzięła się w garść i się­gnęła świa­do­mo­ścią dalej, niż kie­dy­kol­wiek dotąd się odwa­żyła, obej­mu­jąc nią całą wio­skę, ota­cza­jące ją ogrody oraz pobli­skie pola, a także dal­sze, leżące odło­giem zie­mie, które rów­nież do nich nale­żały. Dotarła na tereny sąsied­nich wio­sek, aż wresz­cie, daleko na zacho­dzie, otarła się o nie­znaną, skwier­czącą moc, która odgro­dziła się od jej pytań gru­bym kamien­nym murem.

Armia tau­ma­tur­gów. Nie tylko jadą sobie w lek­ty­kach i wozach, by speł­niać tajem­ni­cze zada­nia. Oto­czyli się osło­nami i są gotowi do walki.

– Chyba na pół­noc. Pozwo­limy im przejść, a potem tu wró­cimy.

Hanu patrzył tylko na nią, nie wyko­nu­jąc żad­nych gestów. Wyczu­wała w nim mil­czące nie­do­wie­rza­nie. Poiry­to­wana tym, zba­dała swą świa­do­mo­ścią gęstwinę liści palm i zwi­sa­ją­cych pną­czy. Kapiący z nieba desz­czyk był jedy­nie bladą zapo­wie­dzią ulew, które wkrótce nadejdą. Ski­nęła dło­nią na brata, naka­zu­jąc mu podą­żyć za sobą.

– Tędy.

* * *

Mur­ken War­row, znany w krę­gach czar­no­ryn­ko­wych han­dla­rzy w Uncie jako Murk, przy­mru­żył powieki i tak już wyjąt­kowo wąskich oczu, przy­glą­da­jąc się przy­brzeż­nym wydmom oraz lasowi nie­zwy­kłych kamien­nych słu­pów. Potem prze­niósł pełne nie­do­wie­rza­nia spoj­rze­nie na swego part­nera Hinta, zna­nego jako Kwa­śny. Obaj okryli się już sławą nie­zbyt pożą­daną w ich zawo­dzie. Doszło nawet do tego, że na uli­cach Unty wska­zy­wano ich pal­cami jako… no cóż. Murka i Kwa­śnego. Powinni byli opu­ścić mia­sto znacz­nie wcze­śniej, na co wska­zy­wał fakt ich aresz­to­wa­nia.

– To mi się nie podoba – skwi­to­wał Kwa­śny.

Murk uniósł wzrok ku zachmu­rzo­nemu niebu, na­dal trzy­ma­jąc dło­nie w kie­sze­niach kami­zelki. Z jego ust wyrwało się gło­śne wes­tchnię­cie, pełne znie­cier­pli­wie­nia i iry­ta­cji.

– Czemu mnie to nie dziwi?

– Ten kon­trakt mnie nie­po­koi.

– Co ty powiesz?

– To źle się dla nas skoń­czy.

– Jak zwy­kle – odpo­wie­dział pół­gło­sem Murk, spo­glą­da­jąc na pokład rufowy, gdzie spon­sorka ich obec­nego kon­traktu roz­ma­wiała z kapi­ta­nem statku.

– Jaśnie panna dopro­wa­dzi nas do zguby – mruk­nął Kwa­śny, zauwa­żyw­szy, na kogo skie­ro­wał wzrok jego part­ner.

– Tylko jeśli na­dal będziesz pró­bo­wał się do niej dobie­rać.

– To przez te nogi. Cią­gną się bez końca.

Murk wymam­ro­tał coś pod nosem na znak zgody. Ich pra­co­daw­czyni nosiła zdu­mie­wa­jące stroje. Wyso­kie skó­rzane buty się­ga­jące kolan, cia­sne spodnie i rów­nie obci­sła skó­rzana kurta wło­żona na białą jedwabną koszulę obszytą koron­kami. Wyglą­dała jak zro­dzony z gorączki majak, który przed chwilą uciekł z bur­delu. Ale swo­bod­nie nosiła miecz u pasa, a na początku rejsu jed­nym cio­sem powa­liła na pokład najem­nika za jakąś nie­przy­zwo­itą suge­stię – czy to praw­dziwą, czy wyima­gi­no­waną.

Naj­dziw­niej­sze jed­nak było, że przed­sta­wiała się jako Zło­śli­wość.

Murk uśmiech­nął się, przy­po­mi­na­jąc sobie reak­cję Kwa­śnego na to imię.

– Pani czy panna Zło­śli­wość? – zapy­tał jego part­ner, uno­sząc ku niebu żabie oczy. Cza­sami ten zwa­rio­wany facet naprawdę go roz­śmie­szał.

Wydano roz­kazy. Załoga zabrała się do przy­go­to­wy­wa­nia sza­lupy i roz­ła­dunku.

– Coś mi mówi, że tym razem zasłu­żymy na swą zapłatę – stwier­dził Kwa­śny.

Murk wypu­ścił powie­trze przez zaci­śnięte zęby.

– To będzie trudne – dodał niski mag.

– Dość już tego! Czy mógł­byś choć raz trzy­mać gębę na kłódkę?

Kwa­śny pocią­gnął się za maleńki kosmyk, który zapu­ścił na pod­bródku, i zmarsz­czył brwi, przy­glą­da­jąc się wybrzeżu.

– Może się nie udać.

Murk zaci­snął dło­nie na relingu i zwie­sił głowę poko­nany.

Najem­nicy ruszyli przo­dem, by osła­niać lądo­wa­nie. Była z nich wyjąt­kowo nie­chlujna zgraja. Zło­śli­wość mówiła, że zna­la­zła ich na połu­dnio­wym wybrzeżu Gena­bac­kis, na pirac­kich tery­to­riach. Żaden z nich nie przy­zna­wał się, by kie­dy­kol­wiek brał pie­nią­dze od Impe­rium. Murk wie­dział jed­nak, że słu­żyli w armii, choć jesz­cze nie oskar­żył o to żad­nego z nich. W końcu to samo można było powie­dzieć o nim i o Kwa­śnym. Ich dowódca, przed­sta­wia­jący się jako Yusen, z pew­no­ścią wyglą­dał na ofi­cera. Suge­ro­wało to świet­nie znane Mur­kowi spoj­rze­nie, mówiące „Jesteś idiotą”, jakim obrzu­cał ich, gdy tylko mieli coś do powie­dze­nia.

Przy­po­mi­nało mu czasy, gdy był impe­rial­nym magiem kadro­wym.

Po krót­kim cza­sie zwia­dowcy wró­cili na brzeg i zasy­gna­li­zo­wali, że jest czy­sto. Zaczął się roz­ła­du­nek ekwi­punku.

Murk przy­glą­dał się, jak załoga statku i najem­nicy opusz­czają skrzy­nie oraz worki na koły­szącą się na falach sza­lupę.

Po jakimś cza­sie zauwa­żył obok sie­bie wysoką, smu­kłą syl­wetkę ich pra­co­daw­czyni, Zło­śli­wo­ści. Skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach i skie­ro­wała na nich spoj­rze­nie oczu o zdu­mie­wa­ją­cej, zło­to­orze­cho­wej bar­wie. Trą­cił łok­ciem Kwa­śnego i obaj dotknęli czół.

– Pani?

– Szyb­ciej by poszło, gdyby wszy­scy poma­gali przy roz­ła­dunku.

– My tylko wypa­tru­jemy kło­po­tów – odpo­wie­dział Kwa­śny.

Kobieta unio­sła kształtną brew.

– Tak? Kiedy was wyna­ję­łam, czy może raczej ura­to­wa­łam przed nie­uchron­nym aresz­to­wa­niem i uwię­zie­niem w Uncie, odnio­słam wra­że­nie, że nie jesteś magiem wła­da­ją­cym Ruse. Czyż­byś jed­nak nim był?

Kwa­śny opu­ścił zdzi­wione spoj­rze­nie i tup­nął nogą o pokład.

– Nie jestem, pani.

– W takim razie powiedz mi, na co mógł­byś się zdać na morzu, gdyby zda­rzyły się… kło­poty?

Przy­sa­dzi­sty mag uniósł głowę i otwo­rzył usta, chcąc coś powie­dzieć, ale tylko zmarsz­czył brwi i podra­pał się po gło­wie.

– Chcę, żeby­ście zeszli na brzeg i wyru­szyli na reko­ne­sans – kon­ty­nu­owała Zło­śli­wość.

– Tak jest, pani.

– Tylko nie wchodź­cie w krąg dolme­nów, dobra?

– Dolme­nów? – powtó­rzył Kwa­śny. – Czy tak się nazy­wają te kamienne słupy?

– Tak. – Zło­śli­wość odpo­wie­działa takim tonem, jakby miała do czy­nie­nia z wio­sko­wym głup­kiem. – Tak się nazy­wają. Nie wchodź­cie mię­dzy nie. Okrąż­cie ich sku­pi­sko. Chcę się dowie­dzieć, kto się znaj­duje w oko­licy. Pora­dzi­cie sobie z tym?

– Z pew­no­ścią, pani.

– W porządku. Zawsze to coś.

Odda­liła się.

Odpro­wa­dzali ją wzro­kiem. Murk mógłby przy­siąc, że celowo koły­sała bio­drami. Kwa­śny wes­tchnął ciężko.

– Cią­gną się bez końca… – wyszep­tał.

Murk trą­cił go dość mocno łok­ciem, poiry­to­wany tym, że jego spo­cony, nie­myty, krzy­wo­nogi towa­rzysz wypo­wiada na głos jego myśli.

– Ruszajmy.

Zacze­kali, aż sza­lupa będzie zała­do­wana do końca, po czym zeszli na dół po dra­bince ze sznura i drew­nia­nych szcze­bli. Poło­żyli się na zwi­nię­tej tka­ni­nie namio­to­wej na dzio­bie, skrzy­żo­wali ręce i zamknęli oczy. Mary­na­rze i najem­nicy zła­pali za wio­sła.

Gdy dziób wbił się w pia­sek, z nieba zaczął sią­pić lekki jak mgiełka desz­czyk. Murk i Kwa­śny wysko­czyli na wil­gotny grunt i ruszyli w górę po stro­mym brzegu. Reszta załogi i najem­ni­ków – w sumie około pięć­dzie­się­ciu ludzi – zeszła na ląd, by pomóc w wyła­dunku. Poja­wił się Yusen i wezwał obu do sie­bie ski­nie­niem. Miał na sobie kol­czą koszulę i far­tuch, żela­zne ręka­wice i zarę­ka­wia, a pod pachą trzy­mał hełm. Kiedy pode­szli bli­żej, Murk musiał się powstrzy­my­wać przed salu­to­wa­niem.

Męż­czy­zna obrzu­cił ich spoj­rze­niem. Na jego ustach i w sza­ro­nie­bie­skich oczach poja­wił się gry­mas led­wie skry­wa­nego nie­smaku.

– Co wy kom­bi­nu­je­cie?

– Idziemy na reko­ne­sans – wyja­śnił Murk.

– Wysła­łem już zwia­dow­ców.

Kwa­śny demon­stra­cyj­nie dotknął pal­cem boku nosa.

– Nie takich jak my.

Yusen uniósł wzrok ku gęstym chmu­rom, a potem rozej­rzał się po oko­licy.

– Dobra – mruk­nął wresz­cie. – Sądząc po tym, jak to wszystko wygląda, lepiej zacho­waj­cie ostroż­ność.

Murk znowu omal mu nie zasa­lu­to­wał.

– Dzię­ku­jemy… kapi­ta­nie – wyszep­tał tylko.

W oczach najem­nika poja­wił się tward­szy wyraz. Ode­słał ich nagłym ruchem głowy.

– Ruszaj­cie.

– Tak jest.

Zosta­wili za sobą plażę i zna­leźli się w lesie zło­żo­nym z drzew, jakich Murk ni­gdy w życiu nie widział. Nie­które miały liście sze­ro­kie jak tar­cze, inne zaś twarde i pokryte czymś przy­po­mi­na­ją­cym wosk.

– Jak myślisz? – zapy­tał w pew­nej chwili Kwa­śny. – Czwarta Armia?

– Nie. Siódma.

– Może i tak. Byle nie Piąta. Tak czy ina­czej… – Kwa­śny powę­szył. – Jak myślisz? – powtó­rzył.

Murk wzru­szył ramio­nami, ocie­ra­jąc mżawkę z twa­rzy.

– Pra­wie nikogo nie ma. Tylko garstka ryba­ków.

– Aha… też tak myślę. – Kwa­śny usiadł u pod­stawy drzewa, wycią­gnął nogi przed sie­bie i zamknął oczy. – Czy już jest połu­dnie?

Murk spoj­rzał na inny las, znaj­du­jący się tuż na pół­noc od nich. Szare kamienne kolumny – dolmeny – z któ­rych się skła­dał, robiły się coraz ciem­niej­sze w nasi­la­ją­cym się desz­czu.

– Widzia­łeś ruiny, kiedy tu przy­pły­nę­li­śmy?

– Aha. Cho­ler­nie wiel­kie mia­sto. – Nagle otwo­rzył oczy. – Hej! Myślisz, że jest tu jakiś skarb? Może powin­ni­śmy się rozej­rzeć.

Murk obrzu­cił towa­rzy­sza wyjąt­kowo pogar­dli­wym spoj­rze­niem.

– W ruinach miast nie ma skar­bów. Chyba że w głu­pich pio­sen­kach tru­ba­du­rów. Takie rze­czy dawno już znik­nęły. Zostały tylko pył, zgni­li­zna i mar­twe pająki.

Kwa­śny zadrżał.

– Bogo­wie, pająki. Czy musia­łeś o nich wspo­mi­nać? Od tego prze­cho­dzą mnie ciarki. To mi się nie podoba.

– Wiem, co masz na myśli – zgo­dził się Murk, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dolme­nów.

Kwa­śny prze­chy­lił głowę, zamy­ka­jąc jedno oko.

– Ale może są gro­bowce i tak dalej. Zako­pane łupy. Co ty na to?

– Zako­pane? – Murk na­dal przy­glą­dał się labi­ryn­towi kamien­nych słu­pów. – Aha. To cał­kiem inna kwe­stia, tak…

Kwa­śny skie­ro­wał spoj­rze­nie tam, gdzie patrzył jego part­ner.

– Ech, na miłość… – Podobny do kraba męż­czy­zna zadrżał gwał­tow­nie. – To złe wie­ści. Wie­dzia­łem o tym, gdy tylko na nie spoj­rza­łem. – Przy­gryzł brudny pazno­kieć. – Ale tak musiało być, prawda? W każ­dym innym miej­scu natych­miast bym tam popę­dził. Ale tutaj… wielka szkoda.

Murk splu­nął w bok.

– Tak. Musimy być w każ­dej chwili gotowi do ucieczki.

– Zaczy­nasz mówić jak ja – poskar­żył się Kwa­śny.

Murk skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

Wielcy bogo­wie, to wystar­cza­jący powód, żeby tam nie iść.

* * *

Zapa­dał już zmierzch, gdy Murk trą­cił chra­pią­cego towa­rzy­sza, by go obu­dzić.

– Jest tutaj – powie­dział cicho, wska­zu­jąc w bok.

Kwa­śny ski­nął głową, obli­zał wargi i prze­cią­gnął się. Obaj ruszyli za swą pra­co­daw­czy­nią, prze­ska­ku­jąc od jed­nego dolmenu do dru­giego. Kobieta powoli okrą­żała sku­pi­sko. Cały czas trzy­mała swą grotę otwartą i dwaj mago­wie musieli odwra­cać wzrok i osła­niać dłońmi oczy przed mocami, które wezwała i któ­rymi mani­pu­lo­wała. Ukształ­to­wana przez nią ener­gia zosta­wała z tyłu, two­rząc migo­tliwą, pul­su­jącą ścianę mocy.

Szli za nią, wyglą­da­jąc zza słu­pów. Zbu­do­wano je z kamien­nych blo­ków, usta­wio­nych jeden na dru­gim, aż ku zwę­ża­ją­cemu się, tępo zakoń­czo­nemu szczy­towi.

– Widzisz to samo, co ja?

Kwa­śny nie­malże krzyk­nął, by towa­rzysz go usły­szał.

Murk odwró­cił głowę i przy­mru­żył powieki.

– Odcina je od wszyst­kiego! – zawo­łał. – Nic się nie prze­do­sta­nie przez jej osłony i pie­czę­cie!

Obaj nagle odwró­cili wzrok od migo­tli­wej bariery sku­pio­nej ener­gii groty dzie­lą­cej ich od świata zewnętrz­nego.

– O cho­lera! – powie­dzieli jed­no­cze­śnie i pomknęli ku dru­giemu koń­cowi labi­ryntu sto­ją­cych kamieni.

Gdy mijali sze­regi kolumn, Murk zauwa­żył, że wszyst­kie bie­gną po lek­kim łuku. Uświa­do­mił sobie, że two­rzą ogromne, kon­cen­tryczne kręgi. Kwa­śny biegł przed nim. Spod jego zno­szo­nych butów sypał się pia­sek. Nagle zatrzy­mał się – tak gwał­tow­nie, że Murk omal na niego nie wpadł. Odzy­skał rów­no­wagę i zorien­to­wał się, co zatrzy­mało ucieczkę part­nera. To był otwarty, okrą­gły dzie­dzi­niec, czy może plac, pusty i pozba­wiony wszel­kich ozdób. Znaj­do­wał się w samym środku krę­gów dolme­nów, a jego nawierzch­nię sta­no­wiło coś, co wyglą­dało na wyrów­nany gra­biami żwir.

Naj­krót­sza droga wio­dła przez jego śro­dek, ale Mur­kowi wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by się zorien­to­wać, że to nie wcho­dzi w grę.

Magiczny wzrok zapre­zen­to­wał mu zupeł­nie inny obraz, nało­żony na z pozoru pusty plac. Pod jego powierzch­nią wiło się coś, co koja­rzyło się z mon­stru­al­nym wężem mor­skim, mio­ta­ją­cym się w falach oce­anu. Klep­nął part­nera w ramię i wska­zał w bok. Dotarli do prze­ciw­le­głego końca olbrzy­mich ruin na długo przed tym, nim zja­wiła się tam Zło­śli­wość ze swą osłoną. Ukryli się za wydmą i przy­glą­dali, jak kobieta koń­czy swój skom­pli­ko­wany, pora­ża­jąco potężny rytuał.

Kwa­śny zczoł­gał się niżej i otarł ręka­wem mokrą od potu twarz. Murk dołą­czył do niego.

– Może byśmy… nie mar­no­wali wię­cej czasu i zwiali stąd? – zasu­ge­ro­wał Kwa­śny.

Murk wsparł ramiona na kola­nach.

– Nie. To mnie zacie­ka­wiło.

Jego part­ner przy­mru­żył powieki, nie­mal cał­ko­wi­cie zamy­ka­jąc oczy.

– Zacie­ka­wiło? Cie­bie? Chyba raczej two­jego cho­ler­nego Patrona z Cie­nia, co?

– Tak? Myślisz, że małej Panny Cza­ro­dziejki to nie zain­te­re­suje?

Kwa­śny wydmu­chał jedno noz­drze.

– Nie trzeba być jasno­wi­dzem, żeby wie­dzieć, jak to się skoń­czy. Obaj stra­cimy głowy!

Murk spoj­rzał na ciemne niebo. Gęste chmury już się roz­pra­szały.

– Wiesz co? Kiedy za każ­dym razem prze­wi­du­jesz to samo cho­lerne zakoń­cze­nie, tro­chę tra­cisz na wia­ry­god­no­ści.

– Jeśli wystar­cza­jąco długo prze­po­wia­dasz deszcz, w końcu ta prze­po­wied­nia się spraw­dzi.

– W tym nie ma nawet krzty sensu! – zapro­te­sto­wał Murk, roz­po­ście­ra­jąc sze­roko ramiona.

Kwa­śny prze­su­nął spoj­rze­nie w lewo i w prawo.

– Nabie­rze go… z cza­sem.

– Mógł­byś wresz­cie prze­stać?

– Hej, gołą­beczki, prze­sta­li­ście już gru­chać? – roz­legł się nie­zna­jomy głos, dobie­ga­jący spod sąsied­niego krzaka.

– Kto tam?! – zawo­łał Kwa­śny, jesz­cze moc­niej przy­wie­ra­jąc do ziemi.

Z gąsz­czu wyło­nił się jeden ze zwia­dow­ców Yusena i przy­cup­nął obok nich. Miał skó­rzany strój, dwa dłu­gie noże u pasa, a na gło­wie poob­tłu­ki­wany mala­zań­ski hełm, który przy­wo­łał w umy­śle Murka wiele wspo­mnień. Żadne z nich nie było szczę­śliwe.

– Skąd się tu wzią­łeś? – zapy­tał mag. Uwa­żał, że jeśli dałeś się zasko­czyć, agre­sja czę­sto jest naj­lep­szą odpo­wie­dzią.

Zwia­dowca prze­su­nął gałązkę z jed­nego do dru­giego kącika ust, nie spusz­cza­jąc ich z oczu.

– Yusen chce wysłu­chać waszego raportu.

– Jakiego raportu? – zdzi­wił się Kwa­śny.

– O tym, co wywę­szy­li­ście.

– Nic nie widzie­li­śmy – odparł Kwa­śny, krzy­żu­jąc ramiona na piersi.

Zwia­dowca wyjął gałązkę z ust, przyj­rzał się jej i wsa­dził ją z powro­tem w to samo miej­sce.

– Aha. Zauwa­ży­łem.

Murk miał ochotę wyrwać mu to cho­ler­stwo z ust.

– Posłu­chaj, najem­niku, jak masz na imię?

– Sło­dziak – odpo­wie­dział męż­czy­zna z cał­ko­wi­cie pozba­wioną wyrazu twa­rzą.

– Sło­dziak – powtó­rzył Murk. – Jak masz na imię, Sło­dziak?

Zwia­dowca spoj­rzał na pogrą­ża­jące się w mroku wydmy i sku­pi­ska niskich, suchych krza­ków. Potem znowu skie­ro­wał wzrok na nich. Gałązka pochy­liła się nieco, gdy opa­dły mu kąciki ust.

– W porządku. Chodźmy już. Musi­cie zło­żyć raport.

Wska­zał głową w stronę wybrzeża i ruszył w drogę.

Murk i Kwa­śny podą­żyli za nim.

– Spójrz­cie na mnie – mruk­nął pod nosem Kwa­śny. – Jestem twar­dzie­lem. Żuję gałązki. Spójrz­cie na mnie.

– Po pro­stu nie podoba ci się myśl, że spo­tka­łeś kogoś, kto ma na imię Sło­dziak – odparł z uśmie­chem Murk.

Skargi jego part­nera prze­ro­dziły się w zło­wro­gie mam­ro­ta­nie.

Dotarli do obozu, roz­bi­tego w głębi lądu, za wielką wydmą zapew­nia­jącą osłonę przed wia­trem. War­tow­nicy zapro­wa­dzili ich do cen­tral­nego namiotu. W tej chwili był to raczej daszek, bo boczne ściany na­dal były unie­sione. Wyszedł spod niego Yusen. Sło­dziak pokło­nił się mu, a potem odda­lił.

Dowódca najem­ni­ków skie­ro­wał na nich spoj­rze­nie oto­czo­nych zmarszcz­kami oczu, zaczerp­nął głę­boko tchu i skrzy­żo­wał ramiona na piersi.

– Co jest? – zapy­tał Kwa­śny.

– Mów­cie – naka­zał z wes­tchnie­niem męż­czy­zna.

– Jest zain­te­re­so­wana dolme­nami – poin­for­mo­wał go Murk.

– Dolme­nami?

– Tymi sto­ją­cymi kamie­niami. To z ich powodu tu przy­by­li­śmy.

Twarz Yusena przy­brała zbo­lały wyraz. Opu­ścił wzrok i przez chwilę wpa­try­wał się w zie­mię.

– Niech to szlag. Mia­łem nadzieję, że tak nie będzie.

Kwa­śny zer­k­nął na Murka.

– I co teraz?

– Teraz obaj sta­raj­cie się jej przy­po­do­bać – pole­cił Yusen.

Murk ponow­nie omal mu nie zasa­lu­to­wał.

– Tak jest, kapi­ta­nie.

Yusen spoj­rzał na niego z ukosa, skrzy­wił się nie­cier­pli­wie i ode­słał ich ski­nie­niem dłoni. Odda­lili się.

Po chwili poszu­ki­wań Murk zatrzy­mał prze­cho­dzącą obok najem­niczkę.

– Gdzie jest nasz namiot? – zapy­tał.

– To ten – pod­po­wie­działa, wska­zu­jąc stertę leżą­cych na ziemi tyczek oraz bre­zentu. Potem sobie poszła.

– Bar­dzo zabawne! – zawo­łał do niej Murk, po czym ski­nął na part­nera. – Będziesz musiał go roz­bić.

– Ja? Dla­czego ja? Ty to zrób.

– Nie ja. Ty.

– Ty.

– Ja tego nie zro­bię.

– Ja na pewno nie.

– Zamknij­cie się obaj! – wrza­snął najem­nik z sąsied­niego namiotu. – Bo wsa­dzę wam te tyczki tam, gdzie nie powinny się zna­leźć!

Obaj wyko­nali obraź­liwe gesty pod jego adre­sem, po czym uklę­kli przy mokrym bre­zen­cie.

– Hej, zupeł­nie jak za daw­nych cza­sów, co? – wyszep­tał Kwa­śny.

– Nie­stety tak.

* * *

Oka­zało się, że K’azz jest w pełni zde­cy­do­wany wyru­szyć w poje­dynkę. Blask oznaj­miła, że będą mu towa­rzy­szyli, czy tego chce, czy nie, lecz zgo­dził się tylko na sym­bo­liczną straż oso­bi­stą. Wybrała dwoje Zaprzy­się­żo­nych magów, któ­rzy im pozo­stali, Lor-sinn i Gwynna, oraz trójkę naj­le­piej wła­da­ją­cych mie­czem wojow­ni­ków. Byli to Cole, Tur­gal i Amatt.

Tar­khan, kapi­tan Trze­ciej Kom­pa­nii, miał pozo­stać na miej­scu, by zarzą­dzać Stra­te­mem. Blask nie była z tego zado­wo­lona, ponie­waż świet­nie umie­jący posłu­gi­wać się nożem Wic­ka­nin był jed­nym z naj­lep­szych porucz­ni­ków w welo­nach Czepca. Musiała jed­nak przy­znać, że lata dowo­dze­nia Trze­cią Kom­pa­nią i liczne kon­trakty na całym świe­cie utem­pe­ro­wały nieco jego cha­rak­ter. K’azz mu ufał. Ale z dru­giej strony ich dowódca zawsze świet­nie sobie radził z oka­zy­wa­niem zaufa­nia innym i wzbu­dza­niem go w odpo­wie­dzi.

Blask ucie­szyła się, widząc, że oca­lali Zaprzy­się­żeni zbie­rają się w Przy­stani, lecz jed­no­cze­śnie wzbu­dziło to w niej melan­cho­lię. Miło było spo­tkać sta­rych przy­ja­ciół, lecz łamało jej serce wspo­mnie­nie bra­ku­ją­cych twa­rzy oraz świa­do­mość, jak nie­wielu ich pozo­stało. Według jej obli­czeń nie­spełna sie­dem­dzie­się­ciu. Ta liczba nie była jed­nak pewna. Od czasu do czasu w Stra­te­mie zja­wiał się zagi­niony Zaprzy­się­żony, który wydo­stał się z wię­zie­nia, rzu­cił służbę u jakie­goś patrona lub po pro­stu zna­lazł się w odle­głych oko­li­cach i trudno mu było z nich powró­cić. Była też Czwarta Kom­pa­nia Cal-Brinna, która zagi­nęła w Assail. Powrót Kraty suge­ro­wał, że inni jej człon­ko­wie rów­nież mogą żyć. A także nie­mal czter­dzie­stu Zaprzy­się­żonych, któ­rzy podą­żyli za Oprawcą na wygna­nie. Z nimi mogą jed­nak wkrótce się spo­tkać.

* * *

Po tygo­dniu sta­tek cudzo­ziem­ców, Węża, napra­wiono i uzu­peł­niono zapasy. Wszy­scy wsie­dli na pokład i Wąż popły­nął na połu­dnie pod zre­fo­wa­nymi w trzech czwar­tych żaglami.

– Spo­dzie­wa­łam się armii, ale wybra­łeś się w drogę nie­mal w poje­dynkę – wark­nęła Rutana, spo­glą­da­jąc ze zło­ścią na K’azza. – To znie­waga dla mojej pani. Lepiej by było, gdy­byś w ogóle nie odpo­wie­dział.

K’azz tylko lekko się skrzy­wił. Zda­niem Blask trak­to­wał tę kobietę z nie­praw­do­po­dobną wyro­zu­mia­ło­ścią.

– Jak rozu­miem, twoja pani posiada moc jasno­wi­dze­nia. Z pew­no­ścią prze­wi­dy­wała, co się sta­nie, kiedy cię wysłała… – Pokło­nił się kobie­cie, nie zwa­ża­jąc na jej mam­ro­ta­nie. – Będę w kaju­cie – oznaj­mił.

Blask została na pokła­dzie sam na sam z Rutaną. Nie ode­zwała się ani sło­wem. Kobieta szarp­nęła gniew­nie za rze­myki ota­cza­jące jej ramiona i prze­szyła ją gore­ją­cym spoj­rze­niem.

– Nie zno­szę tej cho­ler­nej wody – mruk­nęła i odda­liła się.

Blask wychy­liła się przez reling, spo­glą­da­jąc na pie­niący się ślad torowy. Lubiła podróże mor­skie.

Opu­ścili Morze Dzwon­ków i popły­nęli na zachód wzdłuż opu­sto­sza­łych brze­gów Sza­rych Ziem. Na tych pustyn­nych pust­ko­wiach rosły jedy­nie rzad­kie kępy krze­wów oraz skar­ło­wa­ciałe, wypa­czone dęby i sosny. Blask sły­szała, jak mago­wie spie­rali się o to, czy jest to rezul­tat natu­ral­nie nie­uro­dzaj­nej ziemi i braku desz­czu, czy raczej miało to coś wspól­nego z ruinami sta­ro­żyt­nych cyta­del K’Chain Che’Malle. Tak czy ina­czej nie­przy­ja­zny pół­wy­sep pokry­wały tylko wietrzne pół­pu­sty­nie, busz oraz skru­szone skały.

Gdy już minęli przy­lą­dek, prze­zwany pół­żar­tem przez Gwar­dzi­stów Strasz­li­wym Cyplem, pilot z Jacu­ruku ponow­nie skie­ro­wał ich pro­sto na zachód przez burz­liwe wody, nazy­wane przez nie­któ­rych Morzem Odkrywcy, przez innych zaś Morzem Bia­łych Wież z uwagi na zagro­że­nie, jakie stwa­rzały liczne góry lodowe wiel­ko­ści stat­ków. Wysu­wano nawet przy­pusz­cze­nia, że drogę mię­dzy lądem, który zosta­wili za sobą, i poło­żo­nym na zacho­dzie Jacu­ruku blo­kuje wiel­kie pole pły­wa­ją­cego lodu. Sta­tek prze­pły­nął jed­nak bez prze­szkód przez te oko­lice. Blask wie­działa, że kie­dyś udało się to rów­nież innej jed­no­stce, na któ­rej pły­nęli dezer­te­rzy z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii – Kyle i inni rekruci z Baelu, pra­gnący uwol­nić K’azza uwię­zio­nego w dolme­nach.

A teraz chce tam wró­cić z nami. Po co? Co tak waż­nego kryje się w dolme­nach z Tien?

K’azz mówił bar­dzo nie­wiele o cza­sie, który tam spę­dził, choć pobyt w tym miej­scu bar­dzo go zmie­nił. Przed­tem nie oka­zy­wał żad­nych oznak wieku, podob­nie jak Blask, ale potem w pełni wyglą­dał na swe z górą sto lat. Słowa Rutany i reak­cja K’azza suge­ro­wały, że w dolme­nach coś mieszka, i jej dowódca zga­dzał się z opi­nią, że tego cze­goś nie należy nie­po­koić.

* * *

Rejs był dość nudny. Rutana i Nagal sie­dzieli w swo­jej kaju­cie. K’azz rów­nież. Mono­tonną rutynę pokła­do­wych czyn­no­ści prze­ry­wały jedy­nie chwile prze­ra­że­nia, gdy z bocia­nich gniazd dobie­gał krzyk: „Wieża lodowa!”. Wszy­scy na pokła­dzie bie­gli do burt, załoga wspi­nała się na maszty, a pilot gwał­tow­nie obra­cał ster. Blask i pozo­stali Zaprzy­się­żeni przy­glą­dali się z fascy­na­cją mija­nym przez nich szma­rag­dowo-bia­łym rzeź­bom z lodu. Ich świe­tli­ste syl­wetki o ostrych jak mie­cze zary­sach były tak nie­ziem­sko piękne, że spra­wiały wra­że­nie wyrzeź­bio­nych przez bogów.

Pły­nęli teraz przez kory­tarz lodo­wych turni i kapi­tan roz­ka­zał spraw­dzać głę­bo­kość wody tycz­kami. Posu­wali się naprzód w żół­wim tem­pie. Załoga i Zaprzy­się­żeni pasa­że­ro­wie gro­ma­dzili się przy bur­tach, obser­wu­jąc poru­sza­jące się drągi. Na bocia­nim gnieź­dzie cały czas sie­działo dwóch obser­wa­to­rów. Pomimo tych wszyst­kich środ­ków ostroż­no­ści pew­nej nocy Blask spa­dła z hamaku. Sta­tek koły­sał się i drżał niczym dzie­cinna zabawka ude­rzana młot­kiem. Oszo­ło­miona kobieta leżała na deskach, pod­czas gdy wszy­scy wokół niej wsta­wali z jękiem. Coś dra­pało o burty z odgło­sem, od któ­rego bolały ją uszy, a wzdłuż krę­go­słupa prze­bie­gały ostre jak igły ciarki.

– Góra lodowa! – zawo­łał z prze­ra­że­niem ktoś na górze.

Tro­chę się spóź­ni­łeś z tym ostrze­że­niem!

Blask zła­pała ekwi­pu­nek i wybie­gła na pokład. Zastała tam panikę. Mary­na­rze mio­tali się na wszyst­kie strony, ale kapi­tan spo­koj­nie wyda­wał roz­kazy, wska­zu­jąc pal­cem zada­nia.

– Gira, sprawdź uszko­dze­nia! Dla­czego nie sły­szę pomp? Zaj­mij­cie się tym baga­żem!

Pode­szła do wyglą­da­ją­cego przez reling K’azza.

– Co się stało?

Wzru­szył ramio­nami.

– Jakaś pod­wodna góra lodowa, któ­rej nikt nie zauwa­żył. Ude­rzyła w nas z boku.

– Jest nie­do­brze?

– Zoba­czymy.

Załoga tru­dziła się przy pom­pach. Zor­ga­ni­zo­wano sze­reg ludzi poda­ją­cych sobie wia­dra. Cie­śla i jego ucznio­wie cały czas prze­by­wali pod pokła­dem, spraw­dza­jąc uszko­dze­nia. Wresz­cie Blask wezwano ski­nie­niem w miej­sce, gdzie kapi­tan, K’azz i Rutana roz­ma­wiali z cie­ślą, Girą.

– Nie na morzu – sprze­ci­wił się cie­śla. Drżał z zimna, ocie­kał wodą, a wargi miał zupeł­nie sine.

– Nie mamy innego wyboru – wark­nął kapi­tan.

– Może jakieś tym­cza­sowe roz­wią­za­nie? – zasu­ge­ro­wał K’azz.

– Ląd! – dobiegł głos z bocia­niego gniazda, zaska­ku­jąc wszyst­kich.

Bro­daty kapi­tan skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

– Osza­la­łeś, czło­wieku! – ryk­nął. – Tu nie ma żad­nego lądu.

– Lód!

Kapi­tan i cie­śla wymie­nili nie­ufne spoj­rze­nia.

– Co się dzieje? – zapy­tał K’azz.

– Pły­wa­jące pole lodowe – wyja­śniła Rutana, gdy żaden z mary­na­rzy nie odpo­wie­dział. – Jest nawie­dzane. Nikt się do niego nie zbliża.

– Pew­nie nie mamy innej moż­li­wo­ści – stwier­dził K’azz i popa­trzył z namy­słem na kapi­tana. – Popły­niemy tam i napra­wimy sta­tek na lodzie.

Kapi­tan mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.