Kongres futurologiczny - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

W jednej ze swych najbardziej karkołomnych wypraw Ijon Tichy przedziera się przez kolejne warstwy halucynacji w poszukiwaniu rzeczywistości. Futurystyczna wizja przeludnionej Ziemi jest pesymistyczna i zarazem niewymownie zabawna. Groteskowa powieść Lema bywa często wskazywana jako pierwowzór Matrixa braci Wachowskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 137

Popularność


Sta­ni­sław Lem

"Kon­gres fu­tu­ro­lo­gicz­ny: ze wspo­mnień Ijo­na Ti­che­go"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-04-0

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

KONGRES FUTUROLOGICZNY

Spis treści

Kon­gres fu­tu­ro­lo­gicz­ny

Kongres futurologiczny

Ósmy Świa­to­wy Kon­gres Fu­tu­ro­lo­gicz­ny od­był się w Co­sta­ri­ca­nie. Praw­dę mó­wiąc, nie po­je­chał­bym do No­unas, gdy­by nie pro­fe­sor Ta­ran­to­ga, któ­ry dał mi do zro­zu­mie­nia, że tego się po mnie ocze­ku­je. Po­wie­dział też (co mnie do­tknę­ło), że astro­nau­ty­ka jest dziś for­mą uciecz­ki od spraw ziem­skich. Każ­dy, kto ma ich dość, wy­ru­sza w Ga­lak­ty­kę, li­cząc na to, że naj­gor­sze sta­nie się pod jego nie­obec­ność. Praw­dą jest, że nie­raz, zwłasz­cza w daw­niej­szych po­dró­żach, wra­ca­łem z lę­kiem, wy­pa­tru­jąc przez okno Zie­mi – czy nie przy­po­mi­na upie­czo­ne­go kar­to­fla. To­też zbyt­nio się nie opie­ra­łem, a je­dy­nie za­uwa­ży­łem, że na fu­tu­ro­lo­gii się nie znam. Ta­ran­to­ga od­parł, że na ogół nikt nie zna się na pom­po­wa­niu, a jed­nak spie­szy­my na sta­no­wi­ska, usły­szaw­szy okrzyk: „Do pomp!”.

Za­rząd To­wa­rzy­stwa Fu­tu­ro­lo­gicz­ne­go wy­brał Co­sta­ri­ca­nę na miej­sce ob­rad, po­nie­waż były po­świę­co­ne po­to­po­wi lud­no­ścio­we­mu i środ­kom jego zwal­cza­nia. Co­sta­ri­ca­na ma obec­nie naj­wyż­szą sto­pę przy­ro­stu de­mo­gra­ficz­ne­go na świe­cie; pod pre­sją ta­kiej rze­czy­wi­sto­ści mie­li­śmy sku­tecz­niej ob­ra­do­wać. Co praw­da – ale tak mó­wi­li tyl­ko zło­śliw­cy – nowy ho­tel, jaki zbu­do­wa­ła kor­po­ra­cja Hil­to­na w No­unas, świe­cił pust­ka­mi, a na zjazd mia­ło przy­być oprócz fu­tu­ro­lo­gów dru­gie tyle dzien­ni­ka­rzy. Po­nie­waż w toku ob­rad nie zo­sta­ło z tego ho­te­lu nic, mogę, nie bo­jąc się po­mó­wień o re­kla­miar­stwo, ze spo­koj­nym su­mie­niem orzec, że był to Hil­ton zna­ko­mi­ty. W mo­ich ustach sło­wa te mają szcze­gól­ną wagę, je­stem bo­wiem sy­ba­ry­tą z uro­dze­nia i tyl­ko po­czu­cie obo­wiąz­ku skła­nia­ło mnie do re­zy­gno­wa­nia z wy­gód na rzecz astro­nau­tycz­nej mor­dę­gi.

Co­sta­ri­cań­ski Hil­ton wy­strze­lał na sto sześć pię­ter z pła­skie­go, czte­ro­pię­tro­we­go co­ko­łu. Na da­chach ni­skiej czę­ści za­bu­do­wań mie­ści­ły się kor­ty te­ni­so­we, pły­wal­nie, so­la­ria, tory wy­ści­gów go­kar­to­wych, ka­ru­ze­le, któ­re były za­ra­zem ru­let­ka­mi, strzel­ni­ca (moż­na tam było strze­lać do wy­pcha­nych osób, do kogo du­sza za­pra­gnę­ła – za­mó­wie­nia spe­cjal­ne re­ali­zo­wa­no w dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny) oraz musz­la kon­cer­to­wa z in­sta­la­cją do na­try­ski­wa­nia słu­cha­czy ga­zem łza­wią­cym. Do­stał mi się apar­ta­ment na set­nym pię­trze, z któ­re­go mo­głem oglą­dać tyl­ko gór­ną po­wierzch­nię si­no­bru­nat­nej chmu­ry smo­gu spo­wi­ja­ją­cej mia­sto. Nie­któ­re z urzą­dzeń ho­te­lo­wych za­sta­no­wi­ły mnie, na przy­kład trzy­me­tro­wy że­la­zny drąg sto­ją­cy w ką­cie ja­spi­so­wej ła­zien­ki, po­ma­lo­wa­na bar­wa­mi ochron­ny­mi pe­le­ry­na ma­sku­ją­ca w sza­fie czy wo­rek z su­cha­ra­mi pod łóż­kiem. W ła­zien­ce wi­siał obok ręcz­ni­ków gru­by zwój ty­po­wej liny wy­so­ko­gór­skiej, a na drzwiach, gdym po raz pierw­szy we­tknął klucz do zam­ka Yale, za­uwa­ży­łem małą ta­blicz­kę z na­pi­sem „Dy­rek­cja Hil­to­na gwa­ran­tu­je brak  B O M B  w tym po­miesz­cze­niu”.

Jak wia­do­mo, ucze­ni dzie­lą się dziś na sta­cjo­nar­nych i jeż­dżą­cych. Sta­cjo­nar­ni po sta­re­mu pro­wa­dzą róż­ne ba­da­nia, jeż­dżą­cy zaś uczest­ni­czą we wszech­moż­li­wych kon­fe­ren­cjach i kon­gre­sach mię­dzy­na­ro­do­wych. Uczo­ne­go tej dru­giej gru­py ła­two roz­po­znać: w kla­pie nosi za­wsze małą wi­zy­tów­kę z wła­snym na­zwi­skiem i stop­niem na­uko­wym, w kie­sze­ni – roz­kła­dy jaz­dy li­nii lot­ni­czych, pod­pa­su­je się ścią­ga­czem bez czę­ści me­ta­lo­wych, a tak­że jego tecz­ka za­my­ka się na pla­sty­ko­wy za­trzask – wszyst­ko, aby nie uru­cha­miać nie­po­trzeb­nie alar­mo­wej sy­re­ny urzą­dze­nia, któ­re na lot­ni­sku prze­świe­tla po­dróż­nych i wy­kry­wa broń siecz­ną oraz pal­ną. Uczo­ny taki fa­cho­wą li­te­ra­tu­rę stu­diu­je w au­to­bu­sach li­nii lot­ni­czych, w po­cze­kal­niach, w sa­mo­lo­tach i w ho­te­lo­wych ba­rach. Nie zna­jąc, dla zro­zu­mia­łych przy­czyn, wie­lu oso­bli­wo­ści ziem­skiej kul­tu­ry lat ostat­nich, wy­wo­ła­łem w Bang­ko­ku, w Ate­nach i w sa­mej Co­sta­ri­ca­nie alar­my na lot­ni­sku, cze­mu nie mo­głem za­po­biec w porę, po­nie­waż mam sześć me­ta­lo­wych plomb (z amal­ga­ma­tu). Za­mie­rza­łem zmie­nić je na por­ce­la­no­we w sa­mym No­unas, lecz uda­rem­ni­ły to nie­spo­dzie­wa­ne wy­pad­ki. Co do sznu­ra, drą­ga, su­cha­rów i pe­le­ry­ny, je­den z człon­ków ame­ry­kań­skiej de­le­ga­cji fu­tu­ro­lo­gicz­nej wy­ja­śnił mi po­błaż­li­wie, że ho­te­lar­stwo na­szej doby przed­się­bie­rze nie­zna­ne daw­niej środ­ki ostroż­no­ści. Każ­dy taki przed­miot umiesz­czo­ny w apar­ta­men­cie po­więk­sza prze­ży­wal­ność go­ści ho­te­lo­wych. Sło­wom tym nie po­świę­ci­łem, przez lek­ko­myśl­ność, wła­ści­wej uwa­gi.

Ob­ra­dy mia­ły się roz­po­cząć po po­łu­dniu pierw­sze­go dnia, a już ran­kiem do­star­czo­no nam kom­ple­ty ma­te­ria­łów kon­fe­ren­cyj­nych wy­da­nych ele­ganc­ko, w pięk­nej sza­cie gra­ficz­nej, z licz­ny­mi eks­po­na­ta­mi. Zwłasz­cza ład­nie pre­zen­to­wa­ły się blocz­ki z sa­ty­no­wa­ne­go błę­kit­ne­go pa­pie­ru opa­trzo­ne na­dru­kiem „Prze­pust­ki ko­pu­la­cyj­ne”. No­wo­cze­sne kon­fe­ren­cje na­uko­we też cier­pią od de­mo­gra­ficz­nej eks­plo­zji. Po­nie­waż licz­ba fu­tu­ro­lo­gów ro­śnie w tej sa­mej po­tę­dze, w ja­kiej się zwięk­sza cała ludz­kość, na zjaz­dach pa­nu­je tłok i po­śpiech. O wy­gła­sza­niu re­fe­ra­tów nie ma mowy; trze­ba się za­po­znać z nimi wcze­śniej. Z rana zaś nie było na to cza­su, po­nie­waż go­spo­da­rze po­dej­mo­wa­li nas lamp­ką wina. Ta mała uro­czy­stość od­by­ła się nie­mal bez za­kłó­ceń, je­śli nie brać pod uwa­gę ob­rzu­ce­nia zgni­ły­mi po­mi­do­ra­mi de­le­ga­cji Sta­nów Zjed­no­czo­nych; już z kie­lisz­kiem w ręku do­wie­dzia­łem się od Jima Stan­to­ra, zna­jo­me­go dzien­ni­ka­rza z Uni­ted Press In­ter­na­tio­nal, że o świ­cie po­rwa­no kon­su­la i trze­cie­go at­ta­ché am­ba­sa­dy ame­ry­kań­skiej w Co­sta­ri­ca­nie. Po­ry­wa­cze-eks­tre­mi­ści żą­da­li w za­mian za zwol­nie­nie dy­plo­ma­tów wy­pusz­cze­nia więź­niów po­li­tycz­nych, aby zaś pod­kre­ślić wagę swych żą­dań, po­sy­ła­li na ra­zie am­ba­sa­dzie oraz czyn­ni­kom rzą­do­wym po­je­dyn­cze zęby owych za­kład­ni­ków, za­po­wia­da­jąc eska­la­cję. Dy­so­nans ten nie za­kłó­cił jed­nak cie­płej at­mos­fe­ry ran­ne­go kok­taj­lu. Ba­wił na nim oso­bi­ście am­ba­sa­dor USA i wy­gło­sił kró­ciut­kie prze­mó­wie­nie o po­trze­bie współ­pra­cy mię­dzy­na­ro­do­wej, tyle że mó­wił oto­czo­ny przez sze­ściu bar­czy­stych cy­wi­lów, któ­rzy trzy­ma­li nas na musz­ce. Wy­zna­ję, że by­łem tym nie­co zde­to­no­wa­ny, zwłasz­cza że sto­ją­cy obok mnie ciem­no­skó­ry de­le­gat In­dii ze wzglę­du na ka­tar chciał so­bie wy­trzeć nos i się­gnął po chu­s­tecz­kę do kie­sze­ni. Rzecz­nik pra­so­wy To­wa­rzy­stwa Fu­tu­ro­lo­gicz­ne­go za­pew­niał mnie po­tem, że za­sto­so­wa­ne środ­ki były ko­niecz­ne i hu­ma­ni­tar­ne. Ob­sta­wa dys­po­nu­je wy­łącz­nie bro­nią o du­żym ka­li­brze z małą siłą prze­bi­ja­ją­cą, tak samo jak straż­ni­cy na po­kła­dzie sa­mo­lo­tów pa­sa­żer­skich, dzię­ki cze­mu nikt po­stron­ny nie może być po­szko­do­wa­ny, w prze­ci­wień­stwie do daw­nych dni, kie­dy się zda­rza­ło, że po­cisk, kła­dąc tru­pem za­ma­chow­ca, prze­cho­dził na wy­lot przez pięć albo i sześć sie­dzą­cych za nim Bogu du­cha win­nych osób. Nie­mniej wi­dok czło­wie­ka wa­lą­ce­go się u wa­szych stóp pod skon­cen­tro­wa­nym ogniem nie na­le­ży do mi­łych, i to na­wet wów­czas, gdy idzie o zwy­czaj­ne nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­re po­tem jest przy­czy­ną wy­mia­ny dy­plo­ma­tycz­nych not z prze­pro­si­na­mi.

Ale za­miast wda­wać się w roz­wa­ża­nia z za­kre­su hu­ma­ni­tar­nej ba­li­sty­ki, po­wi­nie­nem był wy­ja­śnić, cze­mu nie mo­głem się za­po­znać w cią­gu ca­łe­go dnia z ma­te­ria­ła­mi kon­fe­ren­cji. Po­mi­ja­jąc już ten przy­kry szcze­gół, że przy­szło mi po­spiesz­nie zmie­niać za­krwa­wio­ną ko­szu­lę, wbrew swo­im zwy­cza­jom ja­dłem śnia­da­nie w ba­rze ho­te­lo­wym. Rano jem za­wsze jaj­ka na mięk­ko, a ho­tel, w któ­rym moż­na by je do­stać do łóż­ka, nie­ścię­te ra­zem z żółt­kiem w obrzy­dli­wy spo­sób, jesz­cze nie zo­stał wy­bu­do­wa­ny. Wią­że się to, na­tu­ral­nie, z bez­u­stan­nym wzro­stem roz­mia­rów sto­łecz­nych ho­te­li. Gdy kuch­nię od­dzie­la od po­ko­ju od­le­głość pół­to­rej mili, nic nie ura­tu­je żółt­ka przed ścię­ciem. O ile wiem, pro­blem ten ba­da­li spe­cjal­ni fa­chow­cy Hil­to­na i do­szli do wnio­sku, że je­dy­nym środ­kiem za­rad­czym by­ły­by spe­cjal­ne win­dy po­ru­sza­ją­ce się z nad­dźwię­ko­wą szyb­ko­ścią, jed­nak­że tak zwa­ny so­nic boom – grzmot wy­wo­ła­ny prze­bi­ciem ba­rie­ry dźwię­ku – w za­mknię­tej prze­strze­ni gma­chu po­wo­do­wał­by pę­ka­nie bę­ben­ków w uszach. Ewen­tu­al­nie moż­na żą­dać, aby au­to­mat ku­chen­ny do­star­czył su­ro­we jaja, któ­re na wa­szych oczach na mięk­ko ugo­tu­je w po­ko­ju au­to­mat kel­ner­ski, lecz stąd już nie­da­le­ko do wo­że­nia się po Hil­to­nach z koj­cem wła­snych kur. Dla­te­go wła­śnie uda­łem się z rana do baru. Obec­nie 95 pro­cent go­ści ho­te­lo­wych two­rzą uczest­ni­cy wsze­la­kich zjaz­dów i kon­fe­ren­cji. Gość sa­mot­nik, tu­ry­sta so­li­ter, bez wi­zy­tów­ki w kla­pie i tecz­ki wy­pcha­nej szpar­ga­ła­mi kon­fe­ren­cyj­ny­mi, jest rzad­ki jak per­ła na pu­sty­ni. Oprócz na­szej od­by­wa­ły się aku­rat w Co­sta­ri­ca­nie Kon­fe­ren­cja Kon­te­sta­to­rów Mło­dzie­żo­wych ugru­po­wa­nia „Ty­gry­sów”, Zjazd Wy­daw­ców Li­te­ra­tu­ry Wy­zwo­lo­nej oraz To­wa­rzy­stwa Fi­lu­me­nicz­ne­go. Zwy­kle przy­dzie­la się ta­kim gru­pom po­ko­je na tych sa­mych pię­trach, lecz chcąc mnie uho­no­ro­wać, dy­rek­cja dała mi apar­ta­ment na set­nym, po­nie­waż mia­ło wła­sny gaj pal­mo­wy, w któ­rym od­by­wa­ły się kon­cer­ty Ba­cha; or­kie­stra była żeń­ska i gra­jąc, do­ko­ny­wa­ła zbio­ro­we­go strip­ti­zu. Na wszyst­kim tym ra­czej mi nie za­le­ża­ło, lecz nie było, nie­ste­ty, żad­ne­go wol­ne­go po­ko­ju, mu­sia­łem więc zo­stać tam, gdzie mnie ulo­ko­wa­no. Le­d­wie za­sia­dłem na ba­ro­wym stoł­ku mego pię­tra, a już ple­czy­sty są­siad, bro­dacz kru­czo­wło­sy (mo­głem od­czy­tać z jego bro­dy, jak z kar­ty dań, wszyst­kie po­sił­ki mi­nio­ne­go ty­go­dnia), pod­su­nął mi pod nos cięż­ką, oku­tą dwu­rur­kę, któ­rą miał za­wie­szo­ną przez ple­cy, i za­śmiaw­szy się ru­basz­nie, spy­tał, jak oce­niam jego pa­pie­żów­kę. Nie wie­dzia­łem, co to zna­czy, ale wo­la­łem się do tego nie przy­zna­wać. Naj­lep­szą tak­ty­ką w przy­pad­ko­wych zna­jo­mo­ściach jest mil­cze­nie. Ja­koż sam wy­ja­wił mi ocho­czo, że du­bel­to­wy sztu­cer wy­po­sa­żo­ny w ce­low­nik z la­se­rem, cyn­giel schnel­ler oraz ła­do­war­kę jest bro­nią na pa­pie­ża. Ga­da­jąc bez­u­stan­nie, wy­cią­gnął z kie­sze­ni zła­ma­ne zdję­cie, na któ­rym wid­niał, skła­da­jąc się do celu, jaki sta­no­wił ma­ne­kin w piu­sce. Osią­gnął już, jak twier­dził, szczy­to­wą for­mę i wy­bie­ra się wła­śnie do Rzy­mu na wiel­ką piel­grzym­kę, aby ustrze­lić Ojca Świę­te­go pod ba­zy­li­ką Pio­tro­wą. Nie wie­rzy­łem ani jed­ne­mu jego sło­wu, lecz wciąż pa­pla­jąc, po ko­lei po­ka­zał mi bi­let lot­ni­czy z re­zer­wa­cją, msza­lik oraz pro­spekt piel­grzym­ki dla ame­ry­kań­skich ka­to­li­ków, jak rów­nież pacz­kę na­boi z rżnię­tą w krzyż głów­ką. Dla oszczęd­no­ści na­był bi­let tyl­ko w jed­ną stro­nę, po­nie­waż li­czył na to, że wzbu­rze­ni pąt­ni­cy ro­ze­drą go na sztu­ki. Per­spek­ty­wa ta zda­wa­ła się wpra­wiać go w do­sko­na­ły hu­mor. Są­dzi­łem zra­zu, że mam do czy­nie­nia z wa­ria­tem lub za­wo­do­wym dy­na­mi­tar­dem-eks­tre­mi­stą, ja­kich nie brak obec­nie, lecz i w tym się omy­li­łem. Ga­da­jąc bez prze­rwy i zła­żąc wciąż z wy­so­kie­go stoł­ka, bo strzel­ba ob­su­wa­ła mu się na pod­ło­gę, wy­ja­wił mi, że jest wła­śnie go­rą­cym, pra­wo­wier­nym ka­to­li­kiem, pla­no­wa­na zaś prze­zeń ak­cja (zwał ją „ak­cją P”) bę­dzie z jego stro­ny szcze­gól­ną ofia­rą; cho­dzi mu o wstrzą­śnię­cie su­mie­niem ludz­ko­ści, a cóż może wstrzą­snąć nim le­piej nad czyn tak skraj­ny? Zro­bi to samo, wy­kła­dał mi, co po­dług Pi­sma Świę­te­go miał zro­bić Abra­ham z Iza­akiem, tyle że na od­wrót, bo wszak nie syna po­ło­ży, lecz ojca, i to na do­bit­kę świę­te­go. Tym sa­mym da do­wód naj­wyż­szej ofiar­no­ści, na jaką może się zdo­być chrze­ści­ja­nin, bo i cia­ło wyda na męki, i du­szę na po­tę­pie­nie, a wszyst­ko po to, by otwo­rzyć ludz­ko­ści oczy. Już to – po­my­śla­łem – zbyt wie­lu jest ama­to­rów tego otwie­ra­nia oczu; nie­prze­ko­na­ny ową fi­li­pi­ką, po­sze­dłem ra­to­wać pa­pie­ża, to jest po­wia­do­mić ko­goś o tym pla­nie, lecz Stan­tor, któ­ry mi się na­pa­to­czył w ba­rze 77. pię­tra, nie wy­słu­chaw­szy mnie na­wet do koń­ca, po­wie­dział, że w po­dar­kach, ja­kie ofia­ro­wa­ła Ha­dria­no­wi XI ostat­nia wy­ciecz­ka wier­nych ame­ry­kań­skich, były dwie ze­ga­rów­ki i be­czuł­ka wy­peł­nio­na – za­miast wi­nem mszal­nym – ni­tro­gli­ce­ry­ną. Zbla­zo­wa­nie jego po­ją­łem le­piej, usły­szaw­szy, że eks­tre­mi­ści przy­sła­li do­pie­ro co do am­ba­sa­dy nogę, nie wia­do­mo tyl­ko jesz­cze czy­ją. Nie do­koń­czył zresz­tą roz­mo­wy, bo od­wo­ła­no go do te­le­fo­nu; po­dob­no na Ave­ni­da Ro­ma­na ktoś się wła­śnie pod­pa­lił na znak pro­te­stu. Na 77. pię­trze pa­no­wa­ła w ba­rze zu­peł­nie inna at­mos­fe­ra niż u mnie na gó­rze; było wie­le dziew­czyn bo­sych, po­ubie­ra­nych w łań­cusz­ko­we ko­szul­ki do pasa, nie­któ­re przy sza­bli; część z nich mia­ła dłu­gie war­ko­cze przy­mo­co­wa­ne, zgod­nie z naj­now­szą modą, do bre­locz­ka na szyi lub do ob­róż­ki wy­bi­ja­nej ćwie­ka­mi. Nie je­stem pe­wien, czy były to fi­lu­me­nist­ki, czy też se­kre­tar­ki Sto­wa­rzy­sze­nia Wy­zwo­lo­nych Wy­daw­ców; są­dząc po barw­nych fo­to­sach, ja­kie oglą­da­ły, szło ra­czej o spe­cjal­ne wy­daw­nic­twa. Zje­cha­łem o dzie­więć pię­ter ni­żej, gdzie za­miesz­ki­wa­li moi fu­tu­ro­lo­go­wie, i w ko­lej­nym ba­rze wy­pi­łem dłu­gie­go drin­ka z Al­fon­sem Mau­vi­nem z Agen­ce Fran­ce Press; po raz ostat­ni spró­bo­wa­łem ra­to­wać pa­pie­ża, lecz Mau­vin opo­wieść moją przy­jął ze sto­icy­zmem; mruk­nął tyl­ko, że w ubie­głym mie­sią­cu pe­wien au­stra­lij­ski pąt­nik strze­lał już w Wa­ty­ka­nie, ale z zu­peł­nie in­nych po­zy­cji ide­owych. Mau­vin li­czył na in­te­re­su­ją­cy wy­wiad dla swej agen­cji z nie­ja­kim Ma­nu­elem Pyr­hul­lo, ści­ga­nym przez FBI, Sûre­té, In­ter­pol i wie­le in­nych po­li­cji, był on bo­wiem za­ło­ży­cie­lem usłu­go­wej fir­my no­we­go typu: wy­naj­mo­wał się jako eks­pert od za­ma­chów środ­ka­mi wy­bu­cho­wy­mi (zna­no go po­spo­li­cie pod pseu­do­ni­mem „Bom­bo­wiec”), szczy­cąc się na­wet swo­ją bez­i­de­owo­ścią. Gdy pięk­na ru­do­wło­sa dziew­czy­na w czymś, co przy­po­mi­na­ło ko­ron­ko­wą ko­szu­lę noc­ną gę­sto po­dziu­ra­wio­ną se­ria­mi bro­ni ma­szy­no­wej, po­de­szła do na­sze­go sto­li­ka (była to wła­śnie wy­słan­nicz­ka eks­tre­mi­stów, któ­ra mia­ła pi­lo­to­wać re­por­te­ra do ich kwa­te­ry głów­nej), Mau­vin, od­cho­dząc, wrę­czył mi ulot­kę re­kla­mo­wą Pyr­hul­la, z któ­rej się do­wie­dzia­łem, że naj­wyż­szy czas skoń­czyć z wy­czy­na­mi nie­od­po­wie­dzial­nych ama­to­rów, nie­zdol­nych od­róż­nić dy­na­mit od me­li­ni­tu ani pio­ru­nian rtę­ci od sznu­ra Bick­for­da; w cza­sach wy­so­kiej spe­cja­li­za­cji nie robi się ni­cze­go na wła­sną rękę, lecz po­le­ga na za­wo­do­wej ety­ce i wie­dzy su­mien­nych fa­chow­ców; na od­wro­cie ulot­ki znaj­do­wał się cen­nik usług z prze­li­cze­nia­mi w wa­lu­tach naj­wy­żej roz­wi­nię­tych kra­jów świa­ta.

Fu­tu­ro­lo­go­wie jęli się wła­śnie scho­dzić do baru, gdy je­den z nich, pro­fe­sor Ma­sh­ke­na­se, wpadł bla­dy, roz­trzę­sio­ny, wo­ła­jąc, że ma ze­ga­ro­wą bom­bę w po­ko­ju; bar­man, snadź zwy­czaj­ny ta­kich rze­czy, au­to­ma­tycz­nie krzyk­nął: – Kryć się! – i sko­czył pod szynk­was; wnet jed­nak de­tek­ty­wi ho­te­lo­wi wy­kry­li, że ja­kiś ko­le­ga zro­bił Ma­sh­ke­na­se­mu głu­pi ka­wał, wło­żyw­szy do pu­deł­ka po kek­sach zwy­czaj­ny bu­dzik. Wy­glą­da­ło mi to na An­gli­ka, oni bo­wiem ko­cha­ją się w tak zwa­nych prac­ti­cal jo­kes, lecz pusz­czo­no rzecz w nie­pa­mięć, bo zja­wi­li się J. Stan­tor i J.G. How­ler, obaj z UPI, przy­no­sząc tekst aide-mémo­ire rzą­du USA do rzą­du Co­sta­ri­ca­ny w spra­wie po­rwa­nych dy­plo­ma­tów. Było ono sfor­mu­ło­wa­ne zwy­kłym ję­zy­kiem not dy­plo­ma­tycz­nych i ani nogi, ani zę­bów nie na­zy­wa­ło po imie­niu. Jim po­wie­dział mi, że miej­sco­wy rząd może uciec się do środ­ków dra­stycz­nych; ge­ne­rał Apol­lon Diaz, spra­wu­ją­cy wła­dzę, przy­chy­lał się do opi­nii „ja­strzę­bi”, by gwałt ode­przeć gwał­tem. Na po­sie­dze­niu (rząd ob­ra­do­wał w per­ma­nen­cji) pa­dła pro­po­zy­cja przej­ścia do kontr­ata­ku – żeby więź­niom po­li­tycz­nym, któ­rych zwol­nie­nia żą­da­ją eks­tre­mi­ści, wy­rwać dwa razy tyle zę­bów, a po­nie­waż ad­res kwa­te­ry eks­tre­mi­stów jest nie­zna­ny, zęby te prze­śle im się na po­ste re­stan­te. Lot­ni­cze wy­da­nie „New York Ti­me­sa” pió­rem Sul­zber­ge­ra ape­lo­wa­ło do po­czu­cia roz­sąd­ku i wspól­no­ty ga­tun­ko­wej czło­wie­ka. Stan­tor po­wie­dział mi w dys­kre­cji, że rząd za­re­kwi­ro­wał po­ciąg z taj­nym ma­te­ria­łem woj­sko­wym bę­dą­cym wła­sno­ścią USA, któ­ry szedł tran­zy­tem przez te­ry­to­rium Co­sta­ri­ca­ny do Peru. Jak do­tąd eks­tre­mi­ści nie wpa­dli na po­mysł po­rwa­nia fu­tu­ro­lo­gów, co z ich punk­tu wi­dze­nia nie by­ło­by głu­pie, po­nie­waż ak­tu­al­nie w Co­sta­ri­ca­nie było wię­cej fu­tu­ro­lo­gów niż dy­plo­ma­tów. Stu­pię­tro­wy ho­tel jest ato­li or­ga­ni­zmem tak ogrom­nym i tak kom­for­to­wo od­se­pa­ro­wa­nym od resz­ty świa­ta, że wie­ści z ze­wnątrz do­cho­dzą doń jak­by z dru­giej pół­ku­li. Na ra­zie nikt z fu­tu­ro­lo­gów nie oka­zy­wał pa­ni­ki: wła­sne biu­ro po­dró­ży Hil­to­na nie było ob­lę­żo­ne przez go­ści re­zer­wu­ją­cych miej­sca na sa­mo­lo­ty do Sta­nów czy gdzie in­dziej. Na dru­gą wy­zna­czo­no ofi­cjal­ny ban­kiet otwar­cia, a ja nie zdą­ży­łem się jesz­cze prze­brać w wie­czo­ro­wą pi­ża­mę, po­je­cha­łem więc do po­ko­ju, a po­tem z naj­więk­szym po­śpie­chem zje­cha­łem do Sali Pur­pu­ro­wej na 46. pię­trze. W foy­er po­de­szły do mnie dwie cza­ru­ją­ce dziew­czy­ny w sza­ra­wa­rach to­pless, z biu­sta­mi po­ma­lo­wa­ny­mi w nie­za­po­mi­naj­ki i śnie­życz­ki, by wrę­czyć mi lśnią­cy fol­der. Nie spoj­rzaw­szy nań, wsze­dłem do sali, jesz­cze pu­sta­wej, i dech mi za­parł wi­dok sto­łów, nie dla­te­go, że były suto za­sta­wio­ne, lecz szo­ku­ją­ce były for­my, w ja­kich po­da­no wszyst­kie pasz­te­ty, przy­staw­ki i za­ką­ski – na­wet sa­łat­ki sta­no­wi­ły imi­ta­cję ge­ni­ta­liów. O złu­dze­niu optycz­nym nie było mowy, bo dys­kret­nie ukry­te gło­śni­ki nada­wa­ły po­pu­lar­ny w pew­nych krę­gach szla­gier za­czy­na­ją­cy się od słów: „Tyl­ko głu­piec i ka­na­lia lek­ce­wa­ży ge­ni­ta­lia, bo naj­bar­dziej jest dziś mod­ne re­kla­mo­wać czę­ści rod­ne!”.