Komisarz Barbarotti. Całkiem inna historia - Håkan Nesser - ebook

Komisarz Barbarotti. Całkiem inna historia ebook

Håkan Nesser

4,5

Opis

W drugiej książce o Gunnarze Barbarottim, Całkiem inna historia, ponownie spotykamy wyrafinowanego sceptyka szukającego czasami wskazówek w Piśmie Świętym, którego poznaliśmy w powieści Człowiek bez psa. Ma coraz więcej wątpliwości związanych ze swoją karierą zawodową, a życie osobiste obfituje w nieoczekiwane zmiany akcji i planów.

Kilkoro Szwedów spędza wspólnie czas podczas dwutygodniowego urlopu w Finiste`re w Bretanii na początku XXI stulecia – dwie pary, dwóch singli – w sumie sześcioro świeżo poznanych przyjaciół. Zażywają kąpieli, rozkoszują francuskim jedzeniem, organizują wycieczki i flirtują, nie zważając na zobowiązania małżeńskie. Na pamiątkę zostaje kilka fotografii, może jakieś zdjęcie grupowe, jakaś akwarelka i anonimowy pamiętnik opisujący ich eskapady.

Pięć lat później ktoś zaczyna ich zabijać, jedno po drugim, informując wcześniej listownie o swoich planach inspektora kryminalnego Gunnara Barbarotti w Kymlinge. Sprawa odbija się szerokim echem w mediach, które rozpętują nagonkę na policję. Morderca ciągle zwodzi śledczych, a jego działanie jest coraz bardziej niezrozumiałe i pełne zagadek. Pozornie jego ofiary nie mają ze sobą nic wspólnego. Dlaczego seryjny morderca wybiera właśnie ich? Dlaczego seryjny morderca za każdym razem stosuje inną metodę zabijania?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 595

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




I

Notatki z Mouster­lin

29 czerwca 2002 roku

Nie jestem taki jak inni.

I nie chcę taki być. Jeśli kie­dy­kol­wiek w życiu natra­fię na grupę ludzi, z którą będę się utoż­sa­miał, będzie to zna­czyło tylko tyle, że mój umysł popadł w otę­pie­nie. Że i ja dałem się ocio­sać do kon­tu­rów wyty­czo­nych przez panu­jące oby­czaje i głu­potę. Tak to wła­śnie wygląda, a zmiana tych warun­ków brze­go­wych nie jest moż­liwa. Wiem, że jestem wybrany.

Może zosta­jąc tu, popeł­ni­łem błąd. Może powi­nie­nem posłu­chać intu­icji i zre­zy­gno­wać. Naj­ła­twiej bowiem pójść po linii naj­mniej­szego oporu, a dodat­kowo Erik wyda­wał mi się z początku dość inte­re­su­jący; to nie­wąt­pli­wie czło­wiek nie­ba­nalny. Poza tym nie mia­łem kon­kret­nych pla­nów podróży, żad­nej mar­szruty. Na połu­dnie; zale­żało mi tylko, żeby jechać na połu­dnie.

Jed­nak dzi­siej­szego wie­czoru poczu­łem wąt­pli­wo­ści. Nic mnie tu nie trzyma, mogę w każ­dej chwili spa­ko­wać ple­cak i ruszyć dalej. Już choćby to daje mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ude­rzyła mnie myśl, że rze­czy­wi­ście mógł­bym wyru­szyć w każ­dej chwili, już teraz; jest druga w nocy, w ciem­no­ści sły­chać mono­tonny szum morza odda­lo­nego o kil­ka­set metrów od tarasu, na któ­rym wła­śnie zapi­suję swoje myśli. Nad­cho­dzi przy­pływ; mógł­bym zejść na dół na plażę i ruszyć na wschód, nic prost­szego.

Powstrzy­muje mnie jed­nak leni­stwo połą­czone ze zmę­cze­niem i pewną dawką alko­holu we krwi. Pocze­kam przy­naj­mniej do jutra, praw­do­po­dob­nie jesz­cze kilka kolej­nych dni. Ni­gdzie mi się nie spie­szy, to pewne. Może dam się sku­sić i przyjmę rolę obser­wa­tora. Może będzie o czym pisać. Kiedy powie­dzia­łem dok­to­rowi L., że mam chęć wyru­szyć w dłuż­szą podróż, nie był zachwy­cony. Ale kiedy wyja­śni­łem mu, że potrze­buję czasu, by prze­my­śleć i opi­sać to, co się zda­rzyło, a naj­ła­twiej będzie mi to zro­bić w obcym śro­do­wi­sku – bo taki był pod­sta­wowy cel tej podróży – zgo­dził się. Wkrótce życzył mi uda­nej podróży i były to słowa pły­nące pro­sto z serca. Byłem pod jego opieką przez ponad rok. Myślę, że nie­czę­sto jest mu dane wypusz­czać pacjenta w świat, musi więc mieć poczu­cie triumfu.

Wra­ca­jąc do Erika, muszę przy­znać, że wyka­zał się wiel­ko­dusz­no­ścią, kiedy pozwo­lił mi tu pomiesz­kać cał­kiem za darmo. Twier­dził, że wyna­jął ten dom wspól­nie z dziew­czyną, z którą póź­niej zerwał, ale rezer­wa­cji nie dało się już odwo­łać. Na początku wyda­wało mi się, że kła­mie; podej­rze­wa­łem, że jest gejem i chce się ze mną zaba­wić, ale chyba nie mia­łem racji. Praw­do­po­dob­nie nie jest homo­sek­su­ali­stą, ale stu­pro­cen­to­wej gwa­ran­cji bym nie dał. Może jest bisek­su­alny, a już na pewno jest osobą bar­dzo pokom­pli­ko­waną. Być może wła­śnie dla­tego z nim wytrzy­muję; fascy­nują mnie jego ciemne strony, przy­naj­mniej dopóki ich nie roz­pra­cuję.

Jest dość zamożny; dom jest tak duży, że nie musimy cią­gle na sie­bie wpa­dać. Umó­wi­li­śmy się, że dopóki tu będę miesz­kać, będziemy mieli wspólną kasę na jedze­nie, ale łączy nas coś jesz­cze. Może rodzaj sza­cunku; minęły cztery dni od chwili, gdy zabrał mnie z drogi pod Lille, trzy dni, odkąd tu przy­je­cha­li­śmy. Zazwy­czaj ludzie zaczy­nają mnie nużyć już po ułamku tego czasu.

Ale dzi­siej­szej nocy – kiedy piszę te słowa – naszły mnie po raz pierw­szy poważne wąt­pli­wo­ści. Zaczęło się od prze­dłu­ża­ją­cego się lun­chu w por­cie w Bénodet; od razu poczu­łem, że jest to tylko począ­tek męczą­cego wie­czoru. Takie rze­czy zauważa się dość wyraź­nie. Kiedy wresz­cie dotar­li­śmy do peł­nej zgiełku restau­ra­cji i udało nam się wytłu­ma­czyć kel­ne­rowi, co chcemy zamó­wić, przez moją głowę prze­le­ciała pewna myśl: „Zabij wszyst­kich przy stole i odejdź”.

Byłoby to naj­lep­sze roz­wią­za­nie dla wszyst­kich, a mnie nie zadrża­łaby nawet powieka.

Gdy­bym tylko wie­dział jak. Gdy­bym wie­dział, jakiej użyć broni. Gdzie uciec.

Może pomysł poja­wił się z powodu upału. Od gorączki do sza­leń­stwa jest bar­dzo bli­sko. Prze­sta­wia­li­śmy stoły, prze­cią­ga­li­śmy para­sole wte i wewte, żeby uzy­skać cień, ale ja i tak sie­dzia­łem w słońcu – szcze­gól­nie gdy odchy­la­łem się do tyłu i przy­wie­ra­łem ple­cami do opar­cia krze­sła; można więc było powie­dzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było wygod­nie. Egzy­sten­cjalne swę­dze­nie. Wibru­jące roz­draż­nie­nie zmie­rza­jące ku temu, co nie­unik­nione.

Całe to zamie­sza­nie było oczy­wi­ście bez­denną głu­potą. Może nikt kon­kretny za tym nie stał, może cho­dziło wyłącz­nie o typową, źle ukie­run­ko­waną cie­ka­wość. Przy­pad­kowe spo­tka­nie kilku roda­ków na sobot­nim tar­go­wi­sku w małym bre­toń­skim mia­steczku. Bar­dzo moż­liwe, że w takich sytu­acjach kon­we­nanse wymu­szają na nas pewne zacho­wa­nia. Pewne rytu­ały. A ja nie­na­wi­dzę kon­we­nan­sów tak bar­dzo jak ludzi, któ­rzy ich prze­strze­gają.

Moż­liwe, że ina­czej odbie­rał­bym grupę Węgrów bie­sia­du­ją­cych wspól­nie w Sztok­hol­mie czy Malmö; nie zno­szę prze­by­wa­nia wewnątrz takiej grupy, ale gdy patrzę na nią z zewnątrz, zupeł­nie mnie nie obcho­dzi. Nie­świa­do­mość jest zwy­kle lep­sza niż uświa­da­mia­nie sobie cze­goś, wie­dza o czymś. Albo uda­wana nie­świa­do­mość. Łatwiej żyć w kraju, któ­rego języka nie zna się zbyt dobrze.

Na przy­kład język, który nas aku­rat ota­cza, czyli fran­cu­ski, brzmi naj­bar­dziej dobit­nie, gdy się go nie do końca rozu­mie.

Ja ni­gdy nie poka­zuję tego, co myślę, nie wpusz­czam nikogo za swoje zasieki. W środku prze­kli­nam, ale mogę się śmiać i uśmie­chać, śmiać i uśmie­chać. Nauczy­łem się iść tak przez życie. Navi­gare necesse est1. Zda­rza się, że ludzie uwa­żają, iż jestem miły. Myśli nie są nie­bez­pieczne dopóty, dopóki pozo­stają w naszych gło­wach – to prawda rów­nie dobra jak każda inna.

Z zasady ni­gdy nie mówię ludziom nic nie­przy­jem­nego.

Mamy tu dwie pary. Na początku myśla­łem, że oni się znają, że wspól­nie spę­dzają urlop – ale nie. Dla całej szóstki było to zupeł­nie przy­pad­kowe spo­tka­nie na targu, wśród domo­wej roboty serów, powi­deł i mar­mo­lady, musca­deta i cydru oraz szy­deł­ko­wych sza­li­ków. Może Erik napa­lił się na któ­rąś z tych kobiet; obie są młode i dość ładne, może zresztą podo­bały mu się obie, bo gdy tak zaja­da­li­śmy owoce morza, popi­ja­jąc kolej­nymi butel­kami wina, bez­sprzecz­nie pró­bo­wał je ocza­ro­wać.

Może ja też pró­bo­wa­łem je ocza­ro­wać.

No i Kym­linge, czyli oso­bliwe ogniwo spa­ja­jące całą grupę. Erik mieszka w tej miej­sco­wo­ści od uro­dze­nia, pierw­sza z kobiet się tam wycho­wała, ale póź­niej prze­pro­wa­dziła do Göteborga, druga mieszka w Kym­linge od dzie­sią­tego roku życia. Choć wcze­śniej nic o sobie nie wie­dzieli, cała trójka uznała, że to geo­gra­ficzne ogniwo jest znie­wa­la­ją­cym magne­sem. Nawet Erik.

Dla mnie było to odra­ża­jące. Tak jakby przy­je­chali tu z wycieczką auto­ka­rową i sie­dząc w restau­ra­cji w małym fran­cu­skim mia­steczku, delek­to­wali się zwy­cza­jami i dzi­wac­twami tubyl­ców oraz porów­ny­wali je z zacho­wa­niem ludzi miesz­ka­ją­cych w ich rodzin­nych stro­nach. W Kym­linge i gdzie indziej. Przed daniem głów­nym wypi­łem trzy kie­liszki chłod­nego bia­łego wina, pocąc się w słońcu i czu­jąc, że ogar­nia mnie dobrze znana despe­ra­cja. Swę­dze­nie.

Posta­no­wi­łem nie opo­wia­dać o moich powią­za­niach z Kym­linge. Jestem pewien, że nikt z nich nie wie, kim jestem, w prze­ciw­nym razie nie mógł­bym tutaj zostać.

Pierw­sza para to Hen­rik i Kata­rina Malm­gre­no­wie. To wła­śnie ona wycho­wała się w Kym­linge, ale teraz miesz­kają w Mölndal. Oboje są około trzy­dziestki, ona pra­cuje w szpi­talu Sahl­gren­ska, a on jako pra­cow­nik naukowy. Są mał­żeń­stwem, ale nie mają dzieci. Ona wygląda jak kobieta, która może i chce zajść w ciążę, więc jeśli są jakieś prze­szkody medyczne, to na pewno po jego stro­nie. On jest chłodny i spięty, ma zaczer­wie­nioną skórę, praw­do­po­dob­nie łatwo ulega popa­rze­niom sło­necz­nym; pod­czas wie­lo­go­dzin­nego lun­chu czuł się chyba rów­nie źle jak ja, takie odnio­słem wra­że­nie. Praw­do­po­dob­nie lepiej się czuje przed moni­to­rem kom­pu­tera lub wśród zaku­rzo­nych ksią­żek niż pośród ludzi. Cie­kawe, jak w ogóle doszło do tego, że są parą.

Druga para to Gun­nar i Anna. Nie są mał­żeń­stwem i chyba nie miesz­kają razem. Oboje pró­bo­wali ukry­wać swoją płyt­kość, uda­wać, że ich filo­zo­fia życiowa jest efek­tem głę­bo­kich prze­my­śleń. Robili to jed­nak nie­udol­nie: naj­le­piej, gdyby kon­se­kwent­nie mil­czeli, szcze­gól­nie ona. On jest jakimś nauczy­cie­lem – nie dosły­sza­łem wszyst­kich szcze­gó­łów – a ona pra­cuje w agen­cji rekla­mo­wej, praw­do­po­dob­nie przy bez­po­śred­niej obsłu­dze klienta. Jej naj­więk­szymi atu­tami są twarz i górna połowa ciała. Opo­wia­dali rów­nież, że wła­śnie kupili razem kłu­saka, a może tylko zamie­rzali kupić.

Z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów Kata­rina Malm­gren mówi po fran­cu­sku pra­wie jak auto­chtoni – pozo­stali bie­siad­nicy mogą tylko poma­rzyć o takiej zna­jo­mo­ści języka – więc pod­czas lun­chu uzy­skała nie­za­słu­żony sta­tus swo­istej wyroczni. Jedli­śmy co naj­mniej osiem rodza­jów owo­ców morza, któ­rych wła­ści­wo­ści oma­wiała z kel­ne­rem bar­dzo szcze­gó­łowo. Do wydłu­by­wa­nia opor­nych miesz­kań­ców z ich sko­ru­pek sto­suje się igły zakoń­czone uchwy­tem z korka; kiedy ten kawa­lą­tek mię­śni tra­fia wresz­cie do ust bie­siad­nika, ni­gdy nie wia­domo, czy jest żywy, czy mar­twy. Z tego, co rozu­miem, trzeba je pozba­wić życia, prze­gry­za­jąc na pół, i dopiero wtedy połknąć.

Kwe­stie napo­jów wziął na sie­bie Erik; zaczę­li­śmy od zwy­kłego wytraw­nego bia­łego wina, ale po trzech butel­kach prze­szli­śmy na miej­scowy cydr, mocny i słodki zaj­za­jer, który zmu­sił nas do dwu­go­dzin­nej popo­łu­dnio­wej drzemki.

Póź­niej spę­dzi­li­śmy wie­czór w domku Gun­nara i Anny; miesz­kają kil­ka­set metrów stąd, idąc plażą w kie­runku Beg-Meil, w malow­ni­czym domku wro­śnię­tym w wydmy. Sie­dzie­li­śmy na ich tara­sie w szóstkę i znowu jedli­śmy owoce morza, wle­wa­jąc w sie­bie wino i calva­dos. Gun­nar śpie­wał, przy­gry­wa­jąc sobie na gita­rze. Taube, Beatlesi i Olle Adol­ph­son. Pró­bo­wa­li­śmy dotrzy­my­wać mu kroku, dołą­cza­jąc się tam, gdzie pamię­ta­li­śmy słowa; można było odnieść wra­że­nie, że był to zacza­ro­wany wie­czór. Gdzieś koło pół­nocy byli­śmy już tak pod­chmie­leni, że poja­wił się pomysł kąpieli nago w morzu. Entu­zja­styczny kwar­tet w oso­bach obu kobiet, Erika i Gun­nara wyru­szył w stronę morza, trzy­ma­jąc się za ramiona i wyma­chu­jąc butelką wina musu­ją­cego.

Ja i Hen­rik Oschły zosta­li­śmy w domu; powi­nie­nem oczy­wi­ście zapy­tać, czym się wła­ści­wie zaj­muje, jakimi kon­kret­nie bada­niami, ale nie mia­łem ochoty na roz­mowę. Dużo przy­jem­niej­sze było sma­ko­wa­nie calva­dosu, pale­nie papie­rosa i gapie­nie się w mrok. On pró­bo­wał nie­śmiało roz­po­cząć jakąś roz­mowę o tych czy innych cechach cha­rak­teru miesz­kań­ców depar­ta­mentu Finistère, ale ja nie bar­dzo pali­łem się do kon­wer­sa­cji. W końcu ucichł; praw­do­po­dob­nie jego zain­te­re­so­wa­nie moimi poglą­dami na temat tego czy owego było rów­nie mini­malne jak moje wzglę­dem jego opi­nii. Mimo wszystko jed­nak wydaje się, że za tą pali­sadą oschło­ści kryło się poczu­cie wła­snej war­to­ści. Sie­dzie­li­śmy tak obaj, słu­cha­jąc pokrzy­ki­wań naszych kąpią­cych się przy­ja­ciół; oczy­wi­ście on miał poważ­niej­sze powody, by nasłu­chi­wać, w końcu to jego żona, a nie moja roze­brała się do naga razem z trójką cał­kiem obcych ludzi.

Od pię­ciu lat nie mam żony i cza­sami za nią tęsk­nię, ale rzadko.

Kiedy powró­cili z kąpieli, owi­nięci pru­de­ryj­nie udra­po­wa­nymi ręcz­ni­kami, ich wesoły nastrój się ulot­nił; odnio­słem wręcz wra­że­nie, że łączy ich jakaś tajem­nica.

Że coś się wyda­rzyło i teraz to ukry­wają.

Ale może to tylko alko­hol i zmę­cze­nie. Musiało im być zimno; w czerwcu woda w Atlan­tyku ma znacz­nie poni­żej dwu­dzie­stu stopni. Po pół­go­dzi­nie wyru­szy­li­śmy z powro­tem od domu. Kiedy wędro­wa­li­śmy z Eri­kiem wzdłuż plaży, miał duże trud­no­ści z utrzy­ma­niem się na nogach, a po prze­kro­cze­niu progu domu zasnął, zrzu­ca­jąc tylko san­dały.

Ja nato­miast czuję zadzi­wia­jącą jasność umy­słu. Zdol­no­ści ana­li­tyczne. Słowa i myśli stały się tak wyra­zi­ste, jak to moż­liwe tylko nocą – w nie­które noce. W oddali sły­chać ocean, jest cie­pło, pew­nie ze dwa­dzie­ścia pięć stopni. Owady ude­rzają z sykiem o lampę, zapa­lam gau­lo­ise’a i piję ostatni dzi­siaj kie­li­szek. Erik śpi przy otwar­tym oknie; sły­szę jego gło­śne chra­pa­nie, w jego żyłach płyną przy­naj­mniej dwa litry wina. Jest kilka minut po dru­giej i naresz­cie mogę być sam.

Do domu Malm­gre­nów idzie się w prze­ciw­nym kie­runku, na drugą stronę cypla Mouster­lin. W sumie wzdłuż całego pasa nad­brzeż­nego jest co naj­mniej pięć­dzie­siąt domów do wyna­ję­cia – w więk­szo­ści odda­lo­nych od plaży o jakiś kilo­metr – nic więc dziw­nego, że trzy są wyna­jęte przez Szwe­dów. Jeśli dobrze zro­zu­mia­łem, oni nie wynaj­mo­wali domów przez tego samego pośred­nika co Erik, ale przy­je­chali tu mniej wię­cej w tym samym cza­sie co my.

Przed nami trzy tygo­dnie poten­cjal­nych spo­tkań. Nagle uzmy­sła­wiam sobie, że myślę o Annie. Wła­ści­wie wbrew sobie widzę przed oczami jej twarz bez maki­jażu i mokre włosy po powro­cie z kąpieli. I to swo­iste poczu­cie winy. W oczach Kata­riny było coś innego, rodzaj tęsk­noty.

Powi­nie­nem był przyj­rzeć się twa­rzy Hen­rika, żeby zdo­być kon­tra­punkt, ale o tym nie pomy­śla­łem. Rola obser­wa­tora nie zawsze jest łatwa.

Życie czy śmierć nie mają zna­cze­nia, pomy­śla­łem. Nie wiem, dla­czego naszły mnie wła­śnie takie myśli.

Okruch. Jeste­śmy tylko okru­chem wiecz­no­ści.

Komen­tarz

lipiec 2007 roku

Minęło pięć lat.

A wydaje się, jakby to było pięt­na­ście lat albo pięć mie­sięcy. Ude­rza­jąca jest ela­stycz­ność czasu jako poję­cia; wszystko zależy od punktu widze­nia. Cza­sami widzę przed sobą twarz Anny tak wyraź­nie, jakby sie­działa obok mnie w tym pokoju, a w następ­nej chwili widzę całą szóstkę, włącz­nie ze mną, jakby z góry; mrówki na plaży, błą­dzące wokół w darem­nych, bez­sen­sow­nych piru­etach. W zim­nym świe­tle wiecz­no­ści – i trój­przy­mie­rzu morza, ziemi i nieba – nasza małość wydaje się wręcz śmieszna.

Tak jakby wła­ści­wie mogli sobie żyć dalej, jakby ich śmierć nie miała wystar­cza­ją­cej wagi i zna­cze­nia. A jed­nak decy­zja jest już pod­jęta i zro­bię to, co zapla­no­wa­łem. Musimy pono­sić kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów, ina­czej dzieło stwo­rze­nia zosta­nie zde­for­mo­wane. Należy wyko­ny­wać plany; nie ma sensu ich kwe­stio­no­wać, kiedy są już zatwier­dzone. Potra­fimy jedy­nie wyrzy­nać szcze­liny porządku w ota­cza­ją­cym nas cha­osie – na tym polega istota zobo­wią­za­nia, które spo­czywa na każ­dym z nas jako isto­cie moral­nej.

A oni na to zasłu­żyli. Bogo­wie wie­dzą, jak bar­dzo.

Pierw­szą rze­czą, jaka mnie ude­rza, jest brak prze­czuć. Tam­tego pierw­szego wie­czoru nic do mnie nie docie­rało. Sze­ścioro ludzi w swo­ich dom­kach przy plaży; mogłem spa­ko­wać ple­cak i opu­ścić wybrzeże następ­nego dnia i gdy­bym tak zro­bił, wszystko poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej.

A może ni­gdy nie mia­łem wyboru. Cie­kawe, że ta myśl przy­szła mi do głowy już w tej restau­ra­cji w Bénodet. „Zabij wszyst­kich przy stole i odejdź”. Już wtedy, w tam­tym momen­cie, jakaś część mnie rozu­miała, co zda­rzy się po tylu latach.

Już zde­cy­do­wa­łem, od kogo muszę zacząć. Kolej­ność jest tu bar­dzo istotna.

24 lipca – 1 sierp­nia 2007 roku

1

Inspek­tor kry­mi­nalny Gun­nar Bar­ba­rotti zawa­hał się. Potem zamknął drzwi, prze­krę­ca­jąc klucz w zamku sied­mio­za­pad­ko­wym.

Na co dzień tego nie robił. Cza­sami w ogóle nie zamy­kał drzwi na klucz.

Jeśli będą chcieli wejść, to i tak wejdą, myślał. Po co mają przy oka­zji naro­bić szkód.

Moż­liwe, że tego typu myśli świad­czyły o pew­nym defe­ty­zmie, moż­liwe, że o braku wiary w umie­jęt­no­ści grupy zawo­do­wej, którą sam repre­zen­to­wał; wydaje się, że ani jedno, ani dru­gie nie było sprzeczne z jego oglą­dem świata. Był zazwy­czaj bar­dziej reali­stą niż fun­da­men­ta­li­stą, choć trudno się było w nim doszu­kać wyraź­nych oznak wska­zu­ją­cych jedną z tych cech jako domi­nu­jącą.

Pro­wa­dząc takie roz­wa­ża­nia, zdzi­wił się jed­no­cze­śnie, że kwe­stia zamknię­cia drzwi na dodat­kowy zamek może pro­wa­dzić do tak dziu­ra­wej teo­rii.

Może to i dobrze, że mózg inten­syw­nie pra­co­wał od samego rana? Od czasu prze­pro­wadzki do mar­nego, trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia przy Bal­ders­ga­tan w Kym­linge, która była kon­se­kwen­cją roz­wodu pięć i pół roku temu, ni­gdy nie miał nie­pro­szo­nych gości – nie licząc oczy­wi­ście róż­nych podej­rza­nie wyglą­da­ją­cych kole­gów szkol­nych córki Sary. Trzeba wie­rzyć w to, że ludzie są dobrzy, dopóki nie udo­wod­nią, że jest ina­czej; matka sta­rała się wbi­jać mu do głowy tę zasadę od momentu, gdy dawało się mu coś wbić do głowy, a zasada ta… cóż, była dobra jak każda inna.

Poza tym wła­my­wacz musiałby być strasz­nie durny, gdyby spo­dzie­wał się cze­goś nada­ją­cego się do kra­dzieży i sprze­daży za pospo­li­tymi drzwiami z lami­natu w kolo­rze maho­niu. To też pewien prze­jaw reali­zmu.

Ale dzi­siaj zamknął drzwi na oba zamki. Miał swoje powody. Miesz­ka­nie miało stać puste przez dzie­sięć dni. Nie będzie ani jego, ani córki. Sary nie było już od ponad mie­siąca; bez­po­śred­nio po matu­rze i roz­da­niu świa­dectw na początku czerwca poje­chała do Lon­dynu i zaczęła pra­co­wać w skle­pie – moż­liwe, że w pubie, co jed­nak ukry­wała, żeby nie­po­trzeb­nie nie mar­twić ojca – i tyle.

Miała dzie­więt­na­ście lat. Poczu­cie, że mu coś ampu­to­wano, które poja­wiło się zaraz po jej wyjeź­dzie, zaczy­nało go wolno opusz­czać. Zbyt wolno. Świa­do­mość tego, że być może już ni­gdy nie będą miesz­kać pod jed­nym dachem, prze­ni­kała do ojcow­skiego serca w podob­nym tem­pie.

Wszystko w swoim cza­sie, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti ze sto­ic­kim spo­ko­jem i wci­snął pęk klu­czy do kie­szeni dżin­sów. Wszystko w życiu ma swój czas.

Wspólne życie, roz­sta­nie i śmierć.

Pół roku temu, za radą Pana Boga, zaczął czy­tać Biblię i ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak czę­sto w jego gło­wie poja­wiały się pocho­dzące z niej słowa i wer­sety. Nawet jeśli w rze­czy­wi­sto­ści nie ist­nie­jesz, Boże – myślał czę­sto – to trzeba przy­znać, że Pismo Święte to pio­ruń­sko dobra książka. Przy­naj­mniej nie­które frag­menty.

Bóg zwy­kle się z nim zga­dzał.

Do jed­nej ręki wziął swoją torbę podróżną, do dru­giej worek pełen śmieci i zaczął scho­dzić po scho­dach. Natych­miast poczuł kieł­ku­jącą radość. To ma zwią­zek ze scho­dze­niem po scho­dach – wiele razy przy­cho­dziło mu to do głowy. Scho­dze­nie w dobrym tem­pie po przy­jem­nie zaokrą­glo­nych scho­dach – w dro­dze na dwór, ku nie­prze­bra­nej roz­ma­ito­ści świata. Czyż nie jest tak, że praw­dziwą istotą życia jest ruch? Wła­śnie taki roz­ko­ły­sany, nie­po­wo­du­jący wysiłku ruch? Przy­goda cze­ka­jąca za rogiem? Okna na klatce scho­do­wej były dziś otwarte na oścież, do środka wle­wała się gorączka lata, w nos ude­rzał zapach świeżo sko­szo­nej trawy, a z podwórka dobie­gały rado­sne głosy dzie­cia­ków.

Sły­chać też było wrzask jakiejś dziew­czynki, przy­po­mi­na­jący kwik zarzy­na­nego pro­siaka, ale nie trzeba zwra­cać uwagi na wszystko, co się sły­szy.

Listo­nosz tań­czył praw­do­po­dob­nie tango w cza­sie wol­nym od pracy, bo unik, któ­rym ura­to­wał się przed cio­sem torby podróż­nej, przy­po­mi­nał ele­gancki pasaż taneczny do tyłu.

– Ojej. Jakaś podróż?

– Prze­pra­szam – powie­dział Gun­nar Bar­ba­rotti. – Tro­chę się roz­pę­dzi­łem… Tak, wyjeż­dżam.

– Za gra­nicę?

– Nie, tym razem tydzień na Gotlan­dii.

– O tej porze roku nie ma sensu wyjeż­dżać ze Szwe­cji – komen­to­wał nad­zwy­czaj gada­tliwy dzi­siaj listo­nosz, macha­jąc ręką w kie­runku podwórka. – Weź­mie pan dzi­siej­szą pocztę czy wrzu­cić ją do domu, żeby pocze­kała, aż pan wróci z urlopu?

Po chwili namy­słu Gun­nar Bar­ba­rotti odpo­wie­dział:

– Wezmę. Ale bez reklam.

Listo­nosz kiw­nął głową, przej­rzał paczkę listów i wrę­czył mu trzy koperty. Bar­ba­rotti wziął listy i wło­żył je do zewnętrz­nej kie­szonki torby podróż­nej. Życzył listo­no­szowi uda­nego lata i ruszył w dół w kie­runku wyj­ścia, tym razem już tro­chę wol­niej.

– Gotlan­dia to perła! – zawo­łał za nim listo­nosz. – Ma naj­wię­cej godzin sło­necz­nych w całej Szwe­cji.

Godzin sło­necz­nych? – pomy­ślał Bar­ba­rotti, gdy wyje­chał z Kym­linge i udało mu się obni­żyć tem­pe­ra­turę w samo­cho­dzie do dwu­dzie­stu pię­ciu stopni. Oczy­wi­ście nie mam nic prze­ciwko godzi­nom sło­necz­nym, ale nie narze­kał­bym, nawet gdyby miało padać przez dzie­sięć dni.

Na hory­zon­cie ryso­wało się prze­cież innego rodzaju cie­pło, ale listo­nosz nie mógł tego wie­dzieć. „Gdy dwóch śpi razem, nawza­jem się grzeją; jeden nato­miast jakże się zagrzeje?”2.

Księga Kohe­leta ma dzi­siaj powo­dze­nie, stwier­dził Gun­nar Bar­ba­rotti i spoj­rzał na zega­rek. Była dopiero za dwa­dzie­ścia jede­na­sta. Listo­nosz przy­szedł dzi­siaj nad­zwy­czaj wcze­śnie; może miał w pla­nie jakąś popo­łu­dniową wizytę na kąpie­li­sku. Bar­ba­rotti poczuł, że mu tego ser­decz­nie życzy. Jezioro Kym­men albo Borgasjön. Z całego serca życzył wszyst­kim, żeby dzi­siaj robili to, na co tylko mają ochotę. Dosłow­nie. Wyrwało mu się pełne zado­wo­le­nia wes­tchnie­nie.

Takie winny być wszyst­kie wes­tchnie­nia, pomy­ślał. Nie powinno się ich tłu­mić, powinny się po pro­stu czło­wie­kowi wyry­wać. O tym też winna mówić Księga Kohe­leta.

Popa­trzył na swoje odbi­cie w lusterku wstecz­nym i zauwa­żył, że się uśmie­cha. Był nie­ogo­lony i lekko potar­gany, ale uśmiech roz­cią­gał się na jego twa­rzy od ucha do ucha.

A dla­czego by nie? Prom z Nynäshamn odcho­dzi o pią­tej, a na dro­dze było tak mało samo­cho­dów jak na nie­bie obło­ków; to pierw­szy dzień jego długo wycze­ki­wa­nej podróży. Przy­spie­szył, do odtwa­rza­cza CD wło­żył płytę Luci­lii do Carmo i pomy­ślał, że życie jest piękne.

Póź­niej zaczął myśleć o Marianne.

Wła­ści­wie była to cią­gle ta sama myśl.

Znali się pra­wie od roku. Naj­pierw ogar­nęło go nie­ja­sne wra­że­nie, że stra­cił poczu­cie czasu, ale póź­niej dotarło do niego, że to prawda, że fak­tycz­nie był to tylko rok. Poznali się ubie­głego lata na grec­kiej wyspie Tha­sos w opty­mal­nie korzyst­nych oko­licz­no­ściach – poczu­cie wol­no­ści, bez­tro­ska, obce śro­do­wi­sko, jedwa­bi­ste noce, owu­la­cja i cie­płe Morze Śród­ziemne – ale oka­zało się, że było to coś wię­cej niż waka­cyjny romans.

– Nie należę do ludzi, któ­rzy wdają się w prze­lotne romanse – powie­działa Marianne po pierw­szym wie­czo­rze.

– Ja też nie – przy­znał. – Nawet nie wiem, jak taki romans wygląda. Jeśli patrzę kobie­cie w oczy, to z reguły potem się z nią żenię.

Marianne uznała to za jakiś rekord. Jed­nak po powro­cie do domu rze­czy­wi­ście spo­ty­kali się dalej. Dość regu­lar­nie; w jego oczach przy­po­mi­nali dwie rodzi­ciel­skie pla­nety w śred­nim wieku, gra­wi­tu­jące ku sobie z wolna, acz­kol­wiek nie­wzru­sze­nie. Może tak to musi wyglą­dać. Tak się trzeba zacho­wy­wać: pro­wa­dzić ostrożną, choć zmie­rza­jącą do kon­kret­nego celu budowę mostu skła­da­ją­cego się w rów­nych czę­ściach z odwagi i ostroż­no­ści. Marianne miesz­kała w Hel­sing­borgu i miała dwoje nasto­let­nich dzieci, on nato­miast miesz­kał dwie­ście pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­noc – w Kym­linge – i miał córkę, która wła­śnie się wypro­wa­dziła z domu, oraz dwóch synów miesz­ka­ją­cych z matką. Widać więc, że most musiał być dość długi.

Kiedy pomy­ślał o Lar­sie i Mar­ti­nie, poczuł odro­binę smutku. Jego syn­ko­wie. Miesz­kali ze swoją matką na przed­mie­ściach Kopen­hagi; spę­dził z nimi dwa tygo­dnie na początku waka­cji i ewen­tu­al­nie czeka ich jesz­cze wspólny tydzień w sierp­niu, a jed­nak nie opusz­czała go myśl, że ich traci. Ich nowy przy­szy­wany ojciec nazy­wał się Tor­ben, czy jakoś podob­nie, i pro­wa­dził Insty­tut Jogi w Vester­bro; Bar­ba­rotti ni­gdy go nie spo­tkał, ale wyda­wało się, że jest odro­binę lep­szy od swo­jego poprzed­nika. Tam­ten był praw­dzi­wym cudem natury do dnia, kiedy dopa­dło go zło­śliwe pomie­sza­nie zmy­słów i zwiał z sek­sowną tan­cerką brzu­cha z Wybrzeża Kości Sło­nio­wej.

A nie mówi­łem? – pomy­ślał tam­tego dnia Bar­ba­rotti, ale już wtedy miał poczu­cie, że jego satys­fak­cja jest dość zwie­trzała, a jej data przy­dat­no­ści do spo­ży­cia dawno minęła.

Choćby nie wiem jak bar­dzo chciał, nie mógł powie­dzieć, że Lars i Mar­tin byli nie­szczę­śliwi z powodu prze­pro­wadzki do Danii. Nale­żało raczej posta­wić pyta­nie, dla­czego od czasu do czasu – w naj­bar­dziej zatę­chłych zaka­mar­kach duszy – po pro­stu chciał, żeby źle się tam czuli. Czy zimna wojna z Heleną ni­gdy się nie skoń­czy? Czy już zawsze będzie pod­no­sił te swoje wybla­kłe, psy­chicz­nie chore tabliczki z tek­stem „A nie mówi­łem”?

– Moim obo­wiąz­kiem jest zro­bić wszystko, żeby oni byli szczę­śliwi – pod­kre­ślała czę­sto – a nie ty. Tym zaj­mo­wa­łam się daw­niej.

W innym zaka­marku duszy wie­dział, że miała rację. Po roz­wo­dzie Sara powie­działa, że chce zostać z nim, i teraz tak bar­dzo mu jej bra­ko­wało. Nie byłej żony, nie synów. Taka jest prawda. Przez pięć lat Sara rato­wała go przed demo­nami samot­no­ści; tym gorzej odczu­wał stratę, gdy wresz­cie go zosta­wiła i ruszyła na pod­bój świata.

Ale teraz poja­wiła się Marianne. Gun­nar Bar­ba­rotti rozu­miał, że musi za nią dzię­ko­wać swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie – albo może przy­pusz­czal­nie ist­nie­ją­cemu Bogu, z któ­rym cza­sami się tar­go­wał, po dżen­tel­meń­sku.

Mam nadzieję, że ona rozu­mie, jak wielką dziurę musi wypeł­nić, pomy­ślał. Albo lepiej, żeby tego nie wie­działa, popra­wił się po chwili. Nie wszyst­kie kobiety lubią opie­ko­wać się potrze­bu­ją­cym pomocy męż­czy­zną w śred­nim wieku. A przy­naj­mniej nie na długo.

Zauwa­żył, że opusz­cza go odwaga – że utrzy­my­wa­nie nosa nad powierzch­nią wody jest strasz­li­wie trudne – a ponie­waż w tej samej chwili na tablicy roz­dziel­czej zapa­liła się czer­wona lampka, skrę­cił na sta­cję Sta­toil, którą wła­śnie mijał.

Ben­zyna i kawa. Wszystko w swoim cza­sie.

* * *

Prom na Gotlan­dię nie był tak zapchany, jak się oba­wiał.

Może dla­tego, że to wto­rek. Śro­dek tygo­dnia. Szturm sza­lo­nych pla­żo­wi­czów ze sto­licy przy­pusz­czal­nie nasi­lał się w week­endy. Gun­nar Bar­ba­rotti był nie­zwy­kle wdzięczny za to, że nie spę­dzi dzie­się­cio­dnio­wego urlopu z Marianne w mia­steczku Visby. Z odrazą wspo­mina pewien tydzień, kiedy pod koniec mał­żeń­stwa z Heleną wynaj­mo­wali pio­ruń­sko dro­gie miesz­ka­nie w ści­słym cen­trum mia­steczka, za murami obron­nymi, mniej wię­cej o tej porze roku. Miał poczu­cie, że miesz­kają w samym środku roz­kle­ko­ta­nego weso­łego mia­steczka. W każ­dym zaułku wrzesz­czący, rzy­ga­jący i kopu­lu­jący mło­dzi ludzie; nie dało się zasnąć przed trze­cią nad ranem.

Nie, do cho­lery, pomy­ślał wtedy Gun­nar Bar­ba­rotti. Jeśli coś takiego uwa­żane jest za ważną gałąź gospo­darki, zwaną wznio­śle tury­styką, to rów­nie dobrze można prze­ro­bić zamek kró­lew­ski na ogromny bar piwny i bur­del. Wtedy nie będą musieli prze­pra­wiać się stat­kiem.

Poczu­cie bez­sil­no­ści było tym sil­niej­sze, że mieli ze sobą trójkę dzieci, a ich mał­żeń­stwo dogo­ry­wało. Pamięta, że dali sobie nawza­jem jeden wie­czór wol­nego, żeby pójść na mia­sto i posza­leć. Helena była pierw­sza. Wró­ciła do domu o pią­tej rano i wyglą­dała na zado­wo­loną. Ponie­waż nie chciał być gor­szy, spę­dził następną noc, sie­dząc do wpół do pią­tej na plaży Nor­der­strand – samot­nie, z siatką piwa.

Ale trzeba przy­znać, że tam­tego ranka, kiedy wra­cał do domu wśród ruin i róż, mia­sto wydało mu się piękne, mimo że zwy­kle nie był czuły na takie niu­anse. Cho­ler­nie piękne.

Gdy Marianne zapy­tała o jego wcze­śniej­sze pobyty na Gotlan­dii, ogra­ni­czył się do opo­wie­ści o paru wizy­tach z mło­do­ści – na Fårö i w Kat­tham­mar­svik – prze­mil­cza­jąc ten poża­ło­wa­nia godny tydzień w Visby.

Teraz będą miesz­kać w Hogrän. Mówiła, że nazwa tego miej­sca ozna­cza „wysoki świerk”. To maleńka wio­ska pośrodku wyspy – w zasa­dzie tylko skrzy­żo­wa­nie dróg i kośció­łek – w któ­rej Marianne i jej sio­stra mają dom: spa­dek po poprzed­niej gene­ra­cji; ich zło­śliwy brat został spła­cony, więc mogła zagwa­ran­to­wać brak uciąż­li­wych tury­stów. To dla­tego, że dom znaj­duje się ponad dzie­sięć kilo­me­trów od morza; naj­bliż­sza plaża była w Tofta – dzieci jeź­dziły tam na rowe­rach kilka razy w tygo­dniu, ona zwy­kle zosta­wała w domu. Przez naj­bliż­szych osiem dni na hory­zon­cie nie było jed­nak w ogóle żad­nych dzieci.

Nie­zmą­cony spo­kój, choć według niej to wyświech­tane powie­dze­nie. A szkoda, bo nie­zmą­cony spo­kój jest w zasa­dzie esen­cją domu pod nazwą Gustabo.

Gustaf, od któ­rego wywo­dzi się nazwa budynku, zbu­do­wał pobie­lony wap­nem dom w poło­wie XIX wieku, a kiedy na początku lat pięć­dzie­sią­tych ojciec Marianne posta­no­wił kupić jakiś dom na wyspie, uległ cza­rowi tej nazwy. Też miał na imię Gustaf, a ostat­nich pięć lat swo­jego życia – po śmierci żony – pra­wie w cało­ści spę­dził wła­śnie tu.

Gustaf w Gustabo.

Było tu wszystko, co jest potrzebne do życia: woda, prąd i radio. Ale ani tele­wi­zora, ani tele­fonu.

– Nie zabie­raj ze sobą komórki – poin­stru­owała go Marianne. – Daj swoim dzie­ciom numer tele­fonu do sąsiada rol­nika, to wystar­czy. Kiedy jest się w Gustabo, trzeba się odciąć od wrze­nia świata. Nawet moje dzieci to zaak­cep­to­wały. Słu­chamy pro­gnozy pogody dla żegla­rzy i „Wier­sza dnia”, a dzieci to polu­biły. Johan na przy­kład nary­so­wał mapę, na któ­rej zazna­czył wszyst­kie szwedz­kie latar­nie mor­skie.

Speł­nił jej życze­nie. Wyłą­czył komórkę i zosta­wił ją pod jaki­miś papie­rami w schowku samo­cho­do­wym. Gdyby mieli ukraść mu samo­chód, to niech sobie wezmą i komórkę, pomy­ślał. Ani jedno, ani dru­gie nie ma dru­giego zamka, i to sied­mio­za­pad­ko­wego.

Kiedy prom dopły­wał do wyspy, wyszedł na pokład i obser­wo­wał dobrze znany kształt mia­sta poły­sku­ją­cego w ostat­nich pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. Dachy, wie­życzki i wieże. Widok był tak piękny, że aż bole­sny. Przy­po­mniał sobie słowa sta­rego przy­ja­ciela: „Gotlan­dia to nie tylko wyspa, to cał­kiem inna kra­ina”.

Mam nadzieję, że czeka na mnie, jak obie­cała, roz­my­ślał. Nie byłoby faj­nie, gdy­bym musiał szu­kać budki tele­fo­nicz­nej i dzwo­nić do tego rol­nika.

Czy są jesz­cze jakieś budki tele­fo­niczne?

Była.

Opa­lona i piękna jak lato.

To nie­moż­liwe, by taka kobieta cze­kała na takiego męż­czy­znę jak on, prze­bie­gło mu przez głowę. To jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

Ale kiedy zarzu­ciła mu ramiona na szyję i uca­ło­wała, pomy­ślał, że chyba jed­nak był ele­men­tem tego planu.

– Jesteś taka śliczna. Nie całuj mnie wię­cej, bo zemdleję.

– Zoba­czymy, czy uda mi się opa­no­wać – powie­działa z uśmie­chem. – To takie…

– Tak?

– To takie cudowne, w piękny letni wie­czór witać męż­czy­znę, któ­rego się kocha. Męż­czy­znę, który przy­pły­nął do mnie stat­kiem.

– Mhm. Jed­nak jest coś jesz­cze lep­szego.

– Co takiego?

– Przy­pły­nąć stat­kiem i zostać przy­wi­ta­nym przez uko­chaną kobietę. Masz rację, to jest wspa­niałe. Gdyby tak można było to powta­rzać co wie­czór.

– Cudow­nie jest mieć już tyle lat, że ma się czas, by zatrzy­mać się i to zauwa­żyć.

– Wła­śnie.

Gun­nar Bar­ba­rotti roze­śmiał się. Marianne się śmiała. Póź­niej patrzyli tak na sie­bie w mil­cze­niu dobrą chwilę, aż poczuł, że coś go zaczyna ści­skać w gar­dle. Odchrząk­nął i parę razy mru­gnął powie­kami.

– Cho­lera, nawet nie wiesz, jak bar­dzo się cie­szę, że cię spo­tka­łem. Pro­szę, mam dla cie­bie pre­zent.

Wyjął malut­kie pudełko z wisior­kiem, który dla niej kupił. Nic wiel­kiego, mały czer­wono-żółty kamień na zło­tym łań­cuszku, tylko tyle, ale ona nie­cier­pli­wie otwo­rzyła pudełko i zawie­siła łań­cu­szek na szyi.

– Dzię­kuję. Ja też mam coś dla cie­bie, ale musisz pocze­kać, aż przy­je­dziemy do domu.

Do domu? – pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti. Zabrzmiało, jakby naprawdę tak myślała.

– Ruszamy?

– Gdzie masz samo­chód?

– Tutaj, na par­kingu oczy­wi­ście.

– W porządku. Z tobą choćby na koniec świata.

I pozwól mi tam zostać na wieki, dodał już do sie­bie. W taki wie­czór nawet świ­nio­pas mógł zamie­nić się w poetę.

* * *

Gustabo było gdzieś na końcu świata. Przy­naj­mniej tak to wyglą­dało, gdy przy­jeż­dżało się tam po zmierz­chu. Gun­nar Bar­ba­rotti uznał, że sam by tu nie tra­fił. Może z powro­tem do Visby tak, ale nie w tę stronę. Kiedy po nie­ca­łych trzy­dzie­stu minu­tach Marianne skrę­ciła na podwórko przez otwór w kamien­nym murze, ogar­nęło go przy­jemne uczu­cie, że nie ma poję­cia, gdzie jest. Zatrzy­mała samo­chód przy krzaku bzu i wysie­dli. Narożny kin­kiet oświe­tlał szczyt bia­łego kamien­nego domu, przej­rzy­sty mrok let­niej nocy spły­wał powoli na traw­nik uroz­ma­icony dwoma sęka­tymi drzew­kami owo­co­wymi i kępą krza­ków porze­czek; cisza wyda­wała się żywym stwo­rze­niem.

– Witam w Gustabo – powie­działa Marianne. – Wła­śnie tak to wygląda.

W tym samym momen­cie usły­szeli dwa ude­rze­nia zegara kościel­nego. Gun­nar Bar­ba­rotti spoj­rzał na zega­rek. Wpół do dzie­sią­tej. Póź­niej odwró­cił głowę w kie­runku, który poka­zała Marianne.

– To kościół w środku wsi. A za pło­tem mamy cmen­tarz. Mam nadzieję, że ci to nie prze­szka­dza.

Gun­nar Bar­ba­rotti objął ją ramie­niem.

– A tam są krowy.

Znowu zro­biła ruch ręką i wtedy zauwa­żył, że są zale­d­wie o kilka metrów od nich. Cięż­kie, prze­żu­wa­jące syl­wetki po dru­giej stro­nie kamien­nego muru.

– O tej porze roku są na polu przez całą dobę. Wła­ści­ciel doi je na polu, zamiast zabie­rać je do obory. No tak, tutaj też mamy cztery strony świata. Kościół leży na wscho­dzie, a krowy pasą się na pół­nocy. Na zacho­dzie mamy naj­pięk­niej­sze na świe­cie pole rze­paku, jutro się prze­ko­nasz, a na połu­dniu jest las.

– Las? – powtó­rzył Gun­nar Bar­ba­rotti i obej­rzał się za sie­bie. – To nazy­wasz lasem?

– Sześć­dzie­siąt osiem drzew liścia­stych – wyja­śniła Marianne. – Dęby, buki i czer­wone klony. Jedno bar­dziej szla­chetne od dru­giego, a więk­szość ponad­stu­let­nie. Ale teraz idziemy do środka. Mam nadzieję, że dotrzy­ma­łeś słowa.

– W jakiej spra­wie?

– Że nie będziesz się za bar­dzo obże­rał na pro­mie. Mam coś dobrego w pie­kar­niku i otwo­rzy­łam butelkę wina, żeby pood­dy­chało.

– Zja­dłem tylko żel­ko­wego szczurka.

Gdy się obu­dził, łagodne świa­tło poranka nie­śmiało prze­świe­cało przez cien­kie zasłony. Poru­szały się leciutko od wia­tru, a inten­sywny zapach let­niego poranka sączył się przez otwarte okno. Odwró­cił głowę i popa­trzył na Marianne, która spała głę­bo­kim snem, leżąc na brzu­chu u jego boku; jej nagie plecy łagod­nie wygi­nały się przy kości ogo­no­wej, a kasz­ta­nowe włosy leżały roz­rzu­cone na poduszce jak pomięty wachlarz. Po omacku zna­lazł na noc­nym sto­liku swój zega­rek.

Wpół do pią­tej.

Pamięta, że rzu­cił okiem na zega­rek, kiedy skoń­czyli się kochać. Było pięt­na­ście po trze­ciej.

A zatem jesz­cze nie pora, by wsta­wać i wyjść naprze­ciw nowemu dniu.

Jed­nak zasnąć ponow­nie nie będzie tak łatwo, pomy­ślał. Odsu­nął prze­ście­ra­dło, ostroż­nie wstał z łóżka i wyszedł do kuchni. Wypił parę łyków wody pro­sto z kranu.

Skoro już wsta­łem, to trzeba się wysi­kać, pomy­ślał i wyszedł do ogrodu. Zatrzy­mał się na chwilę i łapał pal­cami u nóg pokryte rosą źdźbła trawy. Stoję tutaj golu­sieńki. Cał­kiem nagi, tu i teraz. W let­nią noc w Gustabo. Lepiej już być nie może.

Czuł się świet­nie. Chyba jesz­cze lepiej niż wów­czas, gdy sta­tek dobi­jał do brzegu, posta­no­wił więc, że musi zapa­mię­tać tę chwilę. Patrzył na zaró­żo­wione wscho­dem niebo za cmen­ta­rzem, potem poszedł aż do szla­chet­nego lasu i wysi­kał się. Uchy­lił się przed nad­la­tu­ją­cym nie­to­pe­rzem. Uznał, że to dziwne: prze­cież nie­to­pe­rze latają tylko po zmroku.

Poszedł kawa­łek wzdłuż kamien­nego muru i zatrzy­my­wał się co jakiś czas, patrząc po kolei we wszyst­kie strony świata.

Krowy. Pole rze­paku.

Zro­biło mu się zimno i wró­cił do domu. Podzi­wiał wnę­trze i bijącą z niego sty­lową pro­stotę. Tylko obie­lone wap­nem ściany i brą­zowe drewno. Zauwa­żył swoją cią­gle nie­roz­pa­ko­waną torbę podróżną, sto­jącą obok kanapy w kuchni. Z zewnętrz­nej kie­szeni wysta­wało coś bia­łego. Obszedł naokoło stół i przy­po­mniało mu się, że to te trzy listy, które wziął od gada­tli­wego listo­no­sza, wyru­sza­jąc z domu. Wyjął je i dokład­nie obej­rzał. Dwa z nich to przy­pusz­czal­nie rachunki: jeden od ope­ra­tora tele­fo­nicz­nego, a drugi z towa­rzy­stwa ubez­pie­cze­nio­wego. Scho­wał je z powro­tem.

Trzeci list był zaadre­so­wany odręcz­nie. Jego nazwi­sko i adres wypi­sane na czarno kan­cia­stymi, nieco nie­zdar­nymi wer­sa­li­kami. Bez nadawcy. Zna­czek z żaglówką.

Zawa­hał się przez sekundę. Potem wziął jeden z noży kuchen­nych ze sto­jaka na zle­wie i roz­ciął kopertę. Wycią­gnął podwój­nie zło­żoną kartkę papieru, roz­ło­żył ją i prze­czy­tał:

ZAMIE­RZAM ZABIĆ ERIKA BERG­MANA. ZOBA­CZYMY, CZY MNIE POWSTRZY­MASZ.

Usły­szał, że Marianne mru­czy coś przez sen. Nie mógł ode­rwać wzroku od tek­stu.

Wąż w raju, pomy­ślał.

2

– Co to zna­czy? – spy­tała Marianne.

– Tylko tyle, co powie­dzia­łem. Dosta­łem list.

– Tutaj? Adre­so­wany tutaj?

Było przed­po­łu­dnie dru­giego dnia. Sie­dzieli każde w swoim leżaku pod para­so­lem od strony pola rze­paku. Nad nimi błę­kitne niebo. Jaskółki prze­la­ty­wały jak strzały, sły­chać było brzę­cze­nie trzmieli; wła­śnie skoń­czyli śnia­da­nie i teraz był czas na dokładki i prze­żu­wa­nie.

I roz­mowę. Zasta­na­wiał się, po co o tym powie­dział. Już tego żało­wał.

– Nie, dosta­łem go w chwili, gdy wyjeż­dża­łem z domu. Wło­ży­łem go do torby. Ale dziś rano otwo­rzy­łem.

– Groźba, mówisz?

– Ponie­kąd.

– Pokaż.

Przez chwilę pomy­ślał o zabez­pie­cze­niu odci­sków pal­ców, ale uznał, że ma urlop, i poszedł po list.

Kiedy czy­tała, miała jedną brew unie­sioną, a drugą opusz­czoną; ni­gdy wcze­śniej nie widział u niej takiej miny, ale widocz­nie był to wyraz zdzi­wie­nia połą­czo­nego z kon­cen­tra­cją. Nie uszło jego uwa­dze, że wyglą­dało to dość ele­gancko. W ogóle była cho­dzącą ele­gan­cją, jeśli się nad tym zasta­no­wić; z wyjąt­kiem sta­rego, zno­szo­nego kape­lu­sza słom­ko­wego z dużym ron­dem miała na sobie wyłącz­nie cien­kie, pra­wie prze­zro­czy­ste okry­cie, które zakry­wało mniej niż szyba w akwa­rium.

Len, o ile się nie mylił.

– Czę­sto dosta­jesz takie listy?

– Ni­gdy.

– A więc to nie chleb powsze­dni zawodu poli­cjanta?

– Przy­naj­mniej nie dla mnie.

Zasta­na­wiała się przez chwilę.

– Kim jest Erik Berg­man?

– Nie mam poję­cia.

– Jesteś pewien?

Wzru­szył ramio­nami.

– Przy­naj­mniej nikogo takiego sobie nie przy­po­mi­nam. Ale to nie jest jakieś wyjąt­kowo rzad­kie nazwi­sko.

– I nie wiesz, kto mógł go wysłać?

– Nie.

Pod­nio­sła kopertę i zaczęła ją badać.

– Nie widać, co jest napi­sane na znaczku.

– Nie. Wydaje mi się, że na końcu jest „org”, ale bar­dzo nie­wy­raź­nie.

Przy­tak­nęła.

– No to dla­czego go dosta­łeś? Cho­dzi mi o to, że to musi być jakiś sza­le­niec, ale dla­czego wysłał list wła­śnie do cie­bie?

Gun­nar Bar­ba­rotti wes­tchnął.

– Marianne, jest, jak mówię. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia.

Odgo­nił muchę i znowu zaczął żało­wać, że wspo­mniał o liście. To idio­tyczne, żeby w taki cudowny pora­nek sie­dzieć w ogro­dzie i dys­ku­to­wać o spra­wach zawo­do­wych.

Choć w zasa­dzie przed chwilą uznał, że to nie ma nic wspól­nego z poli­cją. Prze­lotna chwila iry­ta­cji – nie można jej poświę­cać wię­cej uwagi niż tej musze, którą przed chwilą odpę­dził.

– Ale musisz prze­cież mieć… Jak to się nazywa? …intu­icję? Jak długo pra­cu­jesz w poli­cji? Dwa­dzie­ścia lat?

– Dzie­więt­na­ście.

– No tak, tyle samo, co ja jako położna, prze­cież już o tym mówi­li­śmy. Z cza­sem czło­wiek ma coraz lep­sze wyczu­cie. Przy­naj­mniej ja tak czuję.

Gun­nar Bar­ba­rotti wypił łyk kawy i zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Cza­sami chyba tak. Ale nie w tym przy­padku, nie­stety. Myśla­łem o tym przez cały pora­nek, ale nie poja­wiło się nawet naj­mniej­sze prze­czu­cie.

– Ale prze­cież ty jesteś adre­sa­tem listu. Tu jest twój adres.

– Tak.

– Nie komendy poli­cji. To ozna­cza, że on… albo ona… mają jakiś szcze­gólny sto­su­nek do cie­bie.

– Sto­su­nek to chyba zbyt wiel­kie słowo. Po pro­stu on… lub ona… wie­dzą, kim jestem. Ale teraz zmie­niamy temat. Przy­kro mi, że ci o tym powie­dzia­łem.

Marianne odło­żyła kopertę na stół i poło­żyła się na leżaku.

– Ale co myślisz?

Naj­wy­raź­niej nie zamie­rzała się tak łatwo pod­dać.

– O czym?

– No, o liście. Groź­bie. Jest na serio?

– Praw­do­po­dob­nie nie.

Teraz zsu­nęła kape­lusz na kark i unio­sła brwi.

– Jak tak możesz mówić?

Znowu wes­tchnął.

– Dla­tego że czę­sto dosta­jemy ano­ni­mowe groźby. Pra­wie wszyst­kie są fał­szywe.

– Wyda­wało mi się, że musi­cie wszyst­kie takie rze­czy brać na poważ­nie. Jeśli ktoś na przy­kład grozi zama­chem bom­bo­wym w jakiejś szkole, to chyba musi­cie…?

– Bie­rzemy wszystko na poważ­nie. Naprawdę nie­wiele zosta­wiamy przy­pad­kowi. Ale ty pyta­łaś, czy uwa­żam, że ktoś ma poważne zamiary w tym przy­padku. To co innego.

– Okej, sze­ry­fie. See your point. Czyli uwa­żasz, że to tylko blef?

– Tak.

– Dla­czego?

Dobre pyta­nie, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti. Cho­ler­nie dobre pyta­nie. Dla­tego że… dla­tego że chcę, by to był blef, to jasne. Dla­tego że jestem w raju pod nazwą Gustabo z kobietą, którą pra­wie na pewno kocham, i nie chcę, by mi prze­szka­dzał jakiś idiota, który zamie­rza pozba­wić życia jakie­goś innego idiotę. Ale gdyby się oka­zało, że groźba jest praw­dziwa, to chcę… no tak, chciał­bym móc powie­dzieć, że otwo­rzy­łem list dopiero po powro­cie z mojego pobytu w raju.

– Nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie.

– Niehm – mruk­nął nie­zro­zu­miale Gun­nar Bar­ba­rotti. – No bo nie jestem pewien. Oczy­wi­ście ni­gdy nie należy mówić ni­gdy. Zostawmy to.

Pochy­liła się do przodu i wbiła w niego wzrok.

– Co to za bred­nie? Zostawmy to? Musisz prze­cież coś z tym zro­bić. Prze­cież jesteś inspek­to­rem kry­mi­nal­nym?

– Jestem na urlo­pie w siód­mym nie­bie.

– Ja też. Ale gdyby do siód­mego nieba przy­szła kobieta w ciąży i chciała uro­dzić dziecko, to bym przy­jęła poród. Rozu­miesz, co mam na myśli?

– Sprytne – powie­dział Gun­nar Bar­ba­rotti.

– Jeden do zera dla położ­nej – oznaj­miła Marianne, uśmie­cha­jąc się sze­roko. – A przy oka­zji, dzię­kuję za dzi­siej­szą noc, kocham się z tobą kochać.

– Przez kilka sekund mia­łem fak­tycz­nie wra­że­nie, że potra­fię latać – przy­znał Gun­nar Bar­ba­rotti. – Ale jestem tylko idiotą, który otwo­rzył list. Nie mogli­by­śmy o nim zapo­mnieć, uda­wać, że otwo­rzę go dopiero po powro­cie do domu?

– Ni­gdy w życiu. Pomyśl, co będzie, gdy wró­cisz do domu w Kym­linge i dowiesz się, że Erik Berg­man został zamor­do­wany? Jak będziesz mógł z tym żyć? Wyda­wało mi się, że spo­tka­łam męż­czy­znę o wyso­kim morale i dobrym sercu…

Gun­nar Bar­ba­rotti pod­dał się. Zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne i popa­trzył na nią z uwagą.

– All right. To co pro­po­nu­jesz?

– Ja mam coś zapro­po­no­wać?

– Dla­czego nie? Pod­czas urlopu można chyba zamie­niać się zawo­dami?

Roze­śmiała się.

– Rozu­miem, że ty zaj­miesz się cię­żar­nymi w siód­mym nie­bie.

– No jasne.

– Byłeś przy naro­dzi­nach swo­ich dzieci?

– Przy wszyst­kich trzech.

Kiw­nęła głową.

– W porządku. Chcę się tylko upew­nić, że żadne maleń­stwo się nie zmar­nuje. Widzę przed sobą dwa wyj­ścia.

– Jakie?

– Możemy poje­chać z tym na poli­cję do Visby.

– Nie chcę jechać do Visby. Jaka jest alter­na­tywa?

– Zadzwo­nimy do two­ich kole­gów w Kym­linge.

– Nie­zły pomysł – oce­nił Gun­nar Bar­ba­rotti. – Ale jest pewien szko­puł.

– Tak?

– Nie mamy tele­fonu.

– To się da zała­twić. Przed­sta­wię cię sąsia­dowi. A przy oka­zji, sąsiad nazywa się Jons­son. Hag­mund Jons­son.

– Hag­mund?

– Tak. Jego ojciec też miał na imię Hag­mund. I jego dzia­dek.

Gun­nar Bar­ba­rotti ski­nął głową i podra­pał się po nie­ogo­lo­nej bro­dzie.

– Czy mogę zgło­sić jedną pro­po­zy­cję?

– Co takiego?

– Żebyś wło­żyła na sie­bie coś wię­cej oprócz tej prze­zro­czy­stej chu­s­teczki do nosa, w prze­ciw­nym razie Hag­mund Trzeci dosta­nie zawału.

Roze­śmiała się.

– Ale tobie się podoba?

– Bar­dzo mi się podoba. Wyglą­dasz w tym bar­dziej nago, niż gdy­byś nic na sobie nie miała.

– Grrr – mruk­nęła Marianne, czter­dzie­sto­dwu­let­nia położna z Hel­sing­borga. – Myślę, że możemy na razie wejść na tro­chę do środka. Mam wra­że­nie, że Hag­munda nie będzie w domu jesz­cze przy­naj­mniej z godzinę.

– Grrr – mruk­nął Gun­nar Bar­ba­rotti, czter­dzie­sto­sied­mio­letni inspek­tor kry­mi­nalny z Kym­linge. – Mam wra­że­nie, że rze­pak jest jakimś afro… Jak to się nazywa?… afro­dy­zja­kiem?

– Tak, tak się to nazywa – potwier­dziła położna. – Ale to nie rze­pak, głup­ta­sie, to ja.

– Chyba masz rację.

Upły­nęło pół­to­rej godziny, zanim wyru­szyli do Jons­so­nów, a Hag­munda i tak jesz­cze nie było w domu. Przy­jęła ich jego żona. Była to sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­nia niska i krępa kobieta o imie­niu Jolanda. Gun­nar Bar­ba­rotti zasta­na­wiał się, czy jej matka i babka też miały na imię Jolanda, ale nie odwa­żył się zapy­tać.

Tak czy owak, ta wesoła kobieta nie pozwo­liła im sko­rzy­stać z tele­fonu, zanim nie wypili z nią kawy i nie spró­bo­wali jej sza­fra­no­wych nale­śni­ków i jede­na­stu rodza­jów cia­stek. Bar­ba­rotti dodzwo­nił się więc do komendy w Kym­linge dopiero parę minut po wpół do dru­giej. Na szczę­ście inspek­tor Eva Back­man była u sie­bie, zawa­lona tonami papie­rów. Kiedy cen­trala go z nią połą­czyła, wyłusz­czył sprawę w ciągu pół minuty.

– A niech to szlag – powie­działa Eva Back­man. – Zaraz pójdę do komi­sa­rza i powiem, żeby cię wezwał z urlopu, bo musisz wró­cić na służbę. Sprawa wygląda poważ­nie.

– Możesz uznać naszą przy­jaźń za zakoń­czoną. O urlo­pie się nie żar­tuje.

Eva Back­man śmiała się w głos.

– All right. Co w takim razie mam zro­bić?

– Nie mam poję­cia. Nie jestem na służ­bie. Jako odpo­wie­dzialny spo­łecz­nie oby­wa­tel chcia­łem tylko zgło­sić ano­ni­mowy list zawie­ra­jący groźby.

– Brawo, panie inspek­to­rze. Czapki z głów. Czy mógł­byś jesz­cze raz prze­czy­tać ten tekst?

– „Zamie­rzam zabić Erika Berg­mana – czy­tał posłusz­nie Bar­ba­rotti. – Zoba­czymy, czy mnie powstrzy­masz”.

– Powia­dasz „powstrzy­masz”?

– Tak.

– Odręczne pismo?

– Tak.

– Zaadre­so­wane do cie­bie oso­bi­ście?

– Tak.

– Hmm. Czy mógł­byś prze­fak­so­wać ten list?

– Jestem w Gustabo. Tu nie ma faksu.

– No to jedź do Visby.

Gun­nar Bar­ba­rotti nego­cjo­wał sam ze sobą.

– Może jutro.

– All right. Czy cho­dzi o jakie­goś spe­cjal­nego Erika Berg­mana?

– Nie wiem. Nie znam żad­nego Erika Berg­mana. A ty?

– Nie przy­po­mi­nam sobie. No dobrze, spraw­dzę przy­naj­mniej, ilu ich mieszka w Kym­linge. Czy jest tam coś o tym, że przy­pusz­czalne zwłoki miesz­kają w naszym mie­ście?

– Nie ma nic poza tym, co przed chwilą prze­czy­ta­łem.

– Rozu­miem. No, ale jeśli prze­fak­su­jesz to jutro… adres na koper­cie też… to zoba­czymy.

– Umowa stoi.

– Zresztą może wło­żysz ory­gi­nał do pla­sti­ko­wej torebki i wyślesz do nas… a ja posta­ram się zdjąć z bar­ków sza­now­nego oby­wa­tela ten drobny kło­pot. Co u Marianne?

– Świet­nie. Jest ze mną.

Eva Back­man znowu się roze­śmiała.

– Dobrze, że wam dobrze. Tutaj pada, wolno spy­tać jaka…?

– Nawet naj­mniej­szego śladu obłocz­ków. W takim razie zosta­wiam to w two­ich rękach i do zoba­cze­nia za dwa tygo­dnie.

– Nic z tego. Wtedy to ja idę na urlop.

– Aha.

– Zda­rza się. A wra­ca­jąc do tematu, gdyby się oka­zało, że znajdę całą bandę ludzi, któ­rzy się nazy­wają Erik Berg­man, to może nie zaszko­dzi­łoby, żebyś sobie na nich popa­trzył, jak myślisz? Na wypa­dek gdy­byś któ­re­goś z nich znał… mimo wszystko… Jesteś tam?

– O ile lista nie będzie za długa.

– Dzię­kuję, panie polic­maj­strze. To gdzie mam ją wysłać?

– Chwi­leczkę.

Odło­żył słu­chawkę na komodę, obok ramek ze zdję­ciami i srebr­nych naczyń, i wyszedł na taras do Jolandy i Marianne.

– Prze­pra­szam, jaki jest adres do Gustabo?

– Gustabo, Hogrän, Gotlan­dia. Powinno wystar­czyć – odpo­wie­działa Marianne.

Bar­ba­rotti podzię­ko­wał i wró­cił do tele­fonu.

– Możesz prze­fak­so­wać listę do komendy w Visby – powie­dział. – Prze­cież i tak do nich pojadę, żeby wysłać faks. Poli­czę to jak osiem nad­go­dzin.

– Koniecz­nie. Uca­ło­wa­nia, inspek­to­rze, i pozdro­wie­nia dla Marianne.

To by było na tyle, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti i poczuł zgagę po cia­stecz­kach gospo­dyni. Tę sprawę mamy z głowy.

* * *

Wycho­dząc, natknęli się na Hag­munda Jons­sona. Ten sie­dem­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna był rów­nie wysoki i żyla­sty, jak jego żona niska i pulchna.

– Coś takiego, Marianne zna­la­zła sobie faceta. Naj­wyż­szy czas. A więc teraz pozo­staje żyć w cza­sie jesz­cze nie­speł­nio­nych nadziei?

Gun­nar Bar­ba­rotti pomy­ślał, że ostat­nie zda­nie, wypo­wie­dziane czy­stym dia­lek­tem gotlandz­kim, zabrzmiało jak cytat z Biblii. „Czas jesz­cze nie­speł­nio­nych nadziei”?

Przy­wi­tali się uści­skiem dłoni.

– To tak, jakby wró­cić do cza­sów dzie­ciń­stwa, prawda? – cią­gnął dalej Hag­mund, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. – Świat i życie są pełne nie­pre­cy­zyj­nych obiet­nic, zapa­chów i prze­czuć, któ­rych jesz­cze nie rozu­miemy. Kiedy je zrozu­miemy, pojawi się pustka. Omne ani­mal post coitum trist est3. Wtedy trzeba poszu­kać nowych marzeń. I nie spie­szyć się z ich speł­nia­niem.

– Święta prawda – powie­działa Marianne i pocią­gnęła za sobą Gun­nara Bar­ba­rot­tiego przez furtkę. – Hag­mund jest filo­zo­fem – wyja­śniła, gdy zna­leźli się już na dro­dze. – Jeśli wdasz się w dys­ku­sję, to nie uwol­nisz się od niego przez wiele godzin. Co zna­czyła ta łaciń­ska sen­ten­cja?

– Nie jestem pewien. Coś o tym, że czło­wiek wpada w melan­cho­lię po akcie miło­snym, tak mi się wydaje.

Marianne zmarsz­czyła czoło.

– To chyba doty­czy głów­nie męż­czyzn. Hag­mund i Jolanda są szczę­śli­wymi ludźmi. Zgło­sili swój akces do pierw­szej wycieczki tury­stycz­nej w kosmos.

Gun­nar Bar­ba­rotti ski­nął głową.

– Żeby prze­dłu­żyć czas ocze­ki­wa­nia?

– Pew­nie tak. Hag­mund zbu­do­wał wła­sny tele­skop w sto­dole: podobno świa­to­wej klasy, ale nikt go nie widział, od czasu gdy parę lat temu odkryli to dzien­ni­ka­rze. Nikogo tam nie wpusz­cza.

– Skąd wiesz, że są szczę­śliwi?

Wes­tchnęła.

– Masz rację. Tego nie wiem. Naj­waż­niej­sze, że tak myślę.

– W takim razie rozu­miem. Co będziemy teraz robić?

– Tak szybko znu­dziła ci się bez­czyn­ność w raju?

– Wię­cej niż dwa czy trzy razy na dobę nie możemy się kochać. Nie w naszym wieku.

Roze­śmiała się.

– Tak, to prawda. Nie chcia­ła­bym, żeby ogar­nęło cię mega­przy­gnę­bie­nie. Co byś powie­dział na wycieczkę rowe­rową?

Gun­nar Bar­ba­rotti zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na bez­chmurne niebo, i pową­chał, co nie­sie wiatr.

– Dla­czego nie. Lep­sze to niż podróż w kosmos, to pewne.

3

– Dla­czego zosta­łeś poli­cjan­tem? Ni­gdy o tym nie opo­wia­da­łeś.

– Dla­tego że ni­gdy nie pyta­łaś.

– No to teraz pytam. Dla­czego zosta­łeś poli­cjan­tem?

– Nie jestem pewien.

– Dzię­kuję. Tak myśla­łam.

– Czemu tak mówisz?

– Bo męż­czyźni ni­gdy nie wie­dzą, dla­czego w ich życiu dzieją się takie czy inne rze­czy.

– Co za bez­czel­ność. Ilu męż­czyzn prze­ana­li­zo­wa­łaś?

– Jesteś nume­rem dwa. Albo może dwa i pół, cho­ciaż z tym nauczy­cie­lem fizyki ni­gdy nic nie było. Ale przy­znaj, że mam rację.

Leżeli na ple­cach pod dębem przy sta­rym kościele z wapien­nej cegły. Była czwarta po połu­dniu. Było co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć stopni, a oni mieli za sobą dwie godziny peda­ło­wa­nia. Jeź­dzili wzdłuż i wszerz przez zie­lony, wiej­ski, letni kra­jo­braz. Kamienne ogro­dze­nia, bła­watki i maki. Niskie, bie­lone domy poro­śnięte pnącą różą i dzi­kim winem. Biało-czarne krowy, na nie­bie jaskółki, ospali Gotland­czycy chra­piący w swo­ich hama­kach i maleń­kie skle­piki sprze­da­jące lody sza­fra­nowe i kawę tury­stom na rowe­rach. Gun­nar Bar­ba­rotti nie miał poję­cia, jak daleko było do Gustabo. Ale w ogóle go to nie mar­twiło.

– Było pra­wie tak jak teraz – zaczął.

– Co?

– No, w momen­cie gdy posta­no­wi­łem zostać poli­cjan­tem.

– Co masz na myśli?

– Bolał mnie tyłek. Cho­ciaż wcale nie jeź­dzi­łem kilo­me­trami na rowe­rze. Sie­dzia­łem na nim i wku­wa­łem przez pięć lat.

– Prawo w Lund?

– Tak. Uzmy­sło­wi­łem sobie, że jeśli zostanę praw­ni­kiem, to będę tak sie­dział na tyłku przez następne czter­dzie­ści lat. Mia­łem wra­że­nie, że poli­cjanci wię­cej się ruszają.

– Świeże powie­trze i kole­żeń­ska atmos­fera?

– Wła­śnie. Dobra eme­ry­tura, o ile czło­wiek nie da się wcze­śniej zastrze­lić.

– No i co? Jest tak, jak myśla­łeś? Cho­dzi mi o ruch.

Gun­nar Bar­ba­rotti wypił łyk wody i zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Trzeba tro­chę pocho­dzić, prze­sia­da­jąc się z jed­nego krze­sła na dru­gie.

Roze­śmiała się i pod­nio­sła stopy w kie­runku boga­tej w liście korony drzewa. Poru­szała z roz­ko­szą pal­cami u stóp.

– Mógł­byś zro­bić tak jak ja.

– Czyli jak?

– Usu­nąć krze­sła. Pra­wie całe dnie stoję.

– Hmm – mruk­nął Gun­nar Bar­ba­rotti. – A ty oczy­wi­ście już w liceum wie­dzia­łaś, że będziesz położną?

– Pod koniec pod­sta­wówki – popra­wiła go. – Przy­szła do nas położna z miej­skiego szpi­tala i opo­wia­dała o swo­jej pracy. Tego samego dnia pod­ję­łam decy­zję.

– I ni­gdy nie żało­wa­łaś?

– Cza­sami, kiedy coś się kom­pli­kuje. Kiedy dziecko jest mar­twe albo ma poważne uszko­dze­nia. Ale to mija, czło­wiek rozu­mie prze­cież, że takie są reguły gry. Nie, ni­gdy nie prze­ży­łam praw­dzi­wego zwąt­pie­nia. Czuję się uprzy­wi­le­jo­wana przez to, że jestem przy naro­dzi­nach nowego życia; nie ma w tym żad­nej rutyny. Abor­cji udaje mi się jakoś uni­kać, co mnie cie­szy, bo to one wywo­łują naj­wię­cej trud­nych myśli.

Gun­nar Bar­ba­rotti splótł dło­nie na karku.

– Gdyby do nas do szkoły przy­szedł poli­cjant i opo­wie­dział, jak wygląda ta praca, to chyba został­bym kimś innym. Ale masz pew­nie rację, że to dobrze, iż kwe­stie życia i śmierci ni­gdy nie stają się rutyną.

– W takim razie kim chciał­byś być? Tak naprawdę.

Przez chwilę leżał w mil­cze­niu i słu­chał bzy­cze­nia trzmiela. Naprawdę się zasta­na­wiał.

– Nie wiem. Podej­rze­wam, że jestem już za stary, żeby się prze­kwa­li­fi­ko­wać. Więc muszą ze mną wytrzy­mać. Choć mógł­bym sobie wyobra­zić, że jestem kie­rowcą lokal­nego auto­busu w tej oko­licy.

– Auto­busu?

– Tak. Wła­snego, żół­tego lokal­nego auto­busu prze­wo­żą­cego śred­nio jede­na­stu pasa­że­rów dzien­nie. Jeden kurs rano i jeden po połu­dniu. Kawa z ter­mosu na pętli, gdzieś obok poro­śnię­tego kwie­ciem rowu… Tak, to mogłoby mi się podo­bać.

Marianne pogła­skała go po policzku.

– Mój biedny, wykoń­czony męż­czy­zno w śred­nim wieku. Może powi­nie­neś pójść na parę dni na przy­ucze­nie do Hag­munda?

– Nie­zły pomysł. Mówili, że potrze­bują parobka?

Nagle poczuł, że naprawdę jest zmę­czony. W jed­nej chwili ogar­nęła go ogromna sen­ność; deli­katny szum gru­bej powłoki zie­lo­nych gałęzi wiel­kiego dębu nad głową był nie­wąt­pli­wie zna­ko­mitą koły­sanką.

Dłoń Marianne, która wła­śnie zna­la­zła swoją wła­ściwą pozy­cję na jego piersi, popy­chała go deli­kat­nie, choć nie­uchron­nie w tym samym kie­runku. W nocy snu nie było wiele, trzeba przy­znać, więc to… fak­tycz­nie nie miało związku z wie­kiem śred­nim. Musi to powie­dzieć, nim zaśnie.

Ostat­nie słowa, jakie usły­szał, zanim usnął, brzmiały: „Ten list. Przy­znasz, że to nie­przy­jemna sprawa, prawda? Śpisz?”.

Śnił mu się komi­sarz Asu­nan­der.

Z tego, co pamię­tał, ni­gdy wcze­śniej mu się to nie zda­rzyło. Teraz też nie bar­dzo rozu­miał sens tego snu. Asu­nan­der wyglą­dał dokład­nie tak jak zawsze: oczy bli­sko osa­dzone, drobny, wymu­skany i zło­śliwy; jedyną oso­bli­wo­ścią było to, że w jed­nej ręce trzy­mał szpi­crutę, a w dru­giej latarkę. Był zły, cho­dził ner­wowo po wiel­kim domu, który w jed­nym momen­cie wyda­wał się Bar­ba­rot­tiemu cał­ko­wi­cie nie­znany, w dru­gim zaś bar­dzo zna­jomy – w tym dru­gim wypadku przy­po­mi­nał w wielu szcze­gó­łach komendę poli­cji w Kym­linge. Nie­za­leż­nie od wszyst­kiego oczy­wi­ste było, że Asu­nan­der cze­goś szuka; było tam pełno cia­snych przejść i ciem­nych zaka­mar­ków, dla­tego miał w ręku latarkę. Wąski stru­mień świa­tła prze­su­wał się wzdłuż kory­ta­rzy, w któ­rych sły­chać było echo jego kro­ków, w górę po gro­te­skowo poskrę­ca­nych scho­dach i przez ocie­ka­jące wodą prze­pu­sty w piw­nicy.

Czy mi się zda­wało, czy jesz­cze nie­dawno leża­łem pod wiel­kim dębem na Gotlan­dii? – zdzi­wił się Bar­ba­rotti i w tym samym momen­cie zro­zu­miał, że wpraw­dzie we śnie rów­nież leżał na ple­cach, ale nie pod jakimś dębem na spo­koj­nym wiej­skim cmen­ta­rzyku, tylko pod łóż­kiem w ciem­nym pokoju, pod sta­rym, skrzy­pią­cym, meta­lo­wym łóż­kiem z mate­ra­cem z wło­sia. Wyglą­dało na to… tak, wyglą­dało na to, że komi­sarz szu­kał wła­śnie jego. Kiedy wstrzy­mał oddech, nasta­wił uszu i zaczął nasłu­chi­wać, dotarł do niego cha­rak­te­ry­styczny odgłos kli­ka­nia sztucz­nej szczęki Asu­nan­dera; był teraz bar­dzo bli­sko i Bar­ba­rotti wtedy już wie­dział, że ukry­wał się głę­boko wci­śnięty pod łóżko z powodu poważ­nego zanie­dba­nia obo­wiąz­ków. Teraz nad­szedł czas zała­twie­nia pora­chun­ków.

Jasny szlag, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti, a niech­by go szlag tra­fił…

Ale po chwili zmie­nił tak­tykę i zaczął pospiesz­nie odma­wiać modli­twę egzy­sten­cjalną do dru­giego moż­no­władcy.

Czę­sto tak robił, przy­naj­mniej na jawie. Miał tak zwany deal z Bogiem, że ten będzie udo­wad­niać swoje ist­nie­nie, speł­nia­jąc roz­sądną liczbę próśb wno­szo­nych przez jego skrom­nego sługę, inspek­tora Bar­ba­rot­tiego. Jeśli Bóg wysłu­chał Bar­ba­rot­tiego, dosta­wał plus, a jeśli tego nie zro­bił, zapi­sy­wał mu się minus. W tym aku­rat śnie, w tej chwili pod dębem na gotlandz­kim cmen­ta­rzu w lipcu 2007 roku, Bóg posia­dał na swoim kon­cie jede­na­ście plu­sów, które sta­no­wiły dowód jego ist­nie­nia, i dla­tego tu i teraz dostał pro­po­zy­cję za dwa punkty, by w żad­nym razie nie pozwo­lić komi­sa­rzowi odna­leźć drżą­cego inspek­tora pod łóż­kiem albo pod dębem, albo gdzie­kol­wiek indziej, gdzie w tym momen­cie roz­gry­wała się rze­czy­wi­stość.

Dobry Boże, to prze­cież tylko kró­ciutki list, a ja mam urlop, for­mu­ło­wał pospiesz­nie swoją prośbę. Prze­cież to nie może być nic poważ­nego…

– Kie­dyś zna­łam chło­paka, który nazy­wał się Erik Berg­man. Teraz sobie przy­po­mnia­łam.

– Co?

Obu­dził się. Otwo­rzył oczy i ze zdzi­wie­niem – i ulgą – patrzył na zie­lon­kawe, wie­lo­listne dzieło natury. Ni­gdzie nie było komi­sa­rza Asu­nan­dera, tylko położna Marianne, któ­rej głowa spo­czy­wała na jego piersi. I dąb, co sta­no­wiło zde­cy­do­waną poprawę sytu­acji. Jak długo spał? Dzie­sięć minut? A może tylko minutę? Czy Marianne zauwa­żyła, że zasnął? Wyglą­dało na to, że nie, bo dalej mówiła o liście. Może tego snu też wcale nie było?

– Powie­dzia­łam, że zna­łam kie­dyś chło­paka, który nazy­wał się Erik Berg­man. A co, jeśli to wła­śnie on miałby teraz umrzeć?

Gun­nar Bar­ba­rotti odchrząk­nął i wycią­gnął ręce do tyłu.

– Na pewno nie on. Cho­dzi­łaś z nim?

– Nie, ale byli­śmy w tej samej kla­sie w liceum. Ale nie­moż­liwe, żeby miesz­kał w Kym­linge. Bo o to cho­dziło, tak?… Że ten, co ma umrzeć, mieszka w Kym­linge, tak?

– Dobry Boże, Marianne, skąd ja miał­bym to wie­dzieć? A tak w ogóle, to nikt nie umrze. Koniec tematu.

Nie odpo­wie­działa.

– Cho­dzi tylko o jakie­goś czubka. Jutro pojadę do Visby i speł­nię swój obo­wią­zek, a teraz czuję, że mój tyłek znów ma ochotę na kon­takt z sio­deł­kiem rowe­ro­wym. A twój?

– Ni­gdy tak dobrze się nie czuł. Chcesz dotknąć?

Rozej­rzał się pospiesz­nie po cmen­ta­rzu, a potem sko­rzy­stał z oferty. Było dokład­nie tak, jak mówiła: jej tyłek był w świet­nej for­mie. W zachwy­ca­jąco dobrej for­mie, mówiąc dokład­niej, i aż się pro­sił o chwilę zapo­mnie­nia.

– W porządku. – Deli­kat­nie odsu­nęła jego rękę. – W takim razie peda­łu­jemy do domu i bie­rzemy się za kola­cję.

W Kym­linge było pię­ciu Eri­ków Berg­ma­nów.

Tak wyni­kało z listy, którą Gun­nar Bar­ba­rotti ode­brał z komendy poli­cji w Visby w czwar­tek przed połu­dniem. Naj­star­szy z nich miał sie­dem­dzie­siąt sie­dem lat, naj­młod­szy – trzy i pół roku.

Popu­larne imię i nazwi­sko we wszyst­kich gene­ra­cjach.

Sie­dząc na ławce w parku w pobliżu Söderport i cze­ka­jąc na Marianne, która robiła zakupy w warzyw­niaku, przy­glą­dał się liście poten­cjal­nych ofiar.

Sie­dem­dzie­się­cio­sied­mio­letni męż­czy­zna był wdow­cem i miesz­kał przy Linderödsvägen 6. Przez całe życie pra­co­wał jako urzęd­nik kole­jowy i od czter­dzie­stu lat miesz­kał w tym samym miesz­ka­niu. W reje­strze poli­cyj­nym nie ma na jego temat żad­nych adno­ta­cji.

Kolejny na liście miał pięć­dzie­siąt cztery lata i miesz­kał w Kym­linge od nie­dawna. Pra­co­wał jako ana­li­tyk ryn­kowy dla Han­dels­ban­ken i miesz­kał przy Grenadjärsgatan 10 razem z drugą żoną od dwóch lat. Rów­nież on nie miał żad­nej kar­to­teki kry­mi­nal­nej.

Bar­ba­rotti zasta­na­wiał się, czy te dwa lata odno­siły się do miesz­ka­nia, czy dru­giego mał­żeń­stwa. Z notatki nie wyni­kało to wyraź­nie, może cho­dziło o jedno i dru­gie.

Nume­rem trzy był trzy­dzie­stocz­te­ro­letni Erik Berg­man z Hedeniusvägen 11. Samotny, pro­wa­dził wła­sną firmę kom­pu­te­rową, żad­nych ciem­nych spra­wek na kon­cie, przy­naj­mniej tak wyni­kało z reje­strów. Rodo­wity miesz­ka­niec Kym­linge, dzia­łał w miej­sco­wym klu­bie bad­min­to­no­wym przez kilka sezo­nów, ale nie­mal dokład­nie dzie­sięć lat temu zakoń­czył karierę z powodu uszko­dze­nia kolana.

Kto, do cho­lery, spi­sy­wał tę listę? – pomy­ślał Bar­ba­rotti. Uszko­dze­nie kolana sprzed dzie­się­ciu lat? Pew­nie Back­man się ze mnie nabija.

Erik Berg­man numer cztery ma trzy­dzie­ści dwa lata. Podob­nie jak numer dwa, nie­dawno się spro­wa­dził do mia­sta. Ma troje dzieci, mieszka przy Lyc­ke­bo­ga­tan, a pra­cuje w Kym­lin­ge­viks­sko­lan jako wycho­wawca w świe­tlicy. W kar­to­te­kach poli­cyj­nych ist­nieje jedna wzmianka na jego temat – cho­dziło o wykro­cze­nie pole­ga­jące na zasto­so­wa­niu prze­mocy wobec funk­cjo­na­riu­sza pań­stwo­wego pod­czas meczu pił­kar­skiego na sta­dio­nie Råsunda w Göteborgu w 1996 roku. Był mocno pod­chmie­lony, wci­snął poli­cjan­towi w twarz bułkę z kieł­basą, musz­tardą, keczu­pem i sałatką szwedzką. Dostał za to karę grzywny. I bar­dzo słusz­nie.

No i wresz­cie trzy­ipół­letni Erik Berg­man. Bez zawodu, żad­nych adno­ta­cji w reje­strze kar­nym, a mieszka pod tym samym adre­sem, co jego nie­za­mężna matka, przy Moln­ga­tan 15.

Aha, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti i ziew­nął. I jeden z was miałby umrzeć, tak?

Będąc w komen­dzie, roz­ma­wiał przez pięć minut z inspek­tor Back­man. Pytał, czy pod­jęli jakieś dzia­ła­nia.

– Oczy­wi­ście, że tak – wyja­śniła Back­man. – Asu­nan­der pole­cił, żeby patrol wypo­sa­żony w radio­te­le­fon prze­jeż­dżał obok tych adre­sów dwa razy na dobę, żeby spraw­dzać, czy nie dzieje się tam nic dziw­nego. Z tego, co udało się usta­lić, przy­naj­mniej dwaj Eri­ko­wie są aktu­al­nie na urlo­pie. Numer dwa i numer pięć.

– Ale nie ostrze­ga­li­ście tych pię­ciu? – zapy­tał Bar­ba­rotti.

– Nie, w opi­nii Asu­nan­dera nie ma takiej potrzeby. Według jego słów to, że mamy do czy­nie­nia z listo­wym sza­leń­cem, nie ozna­cza, że poli­cja też ma się zacho­wy­wać jak sza­le­niec. Prze­cież wia­domo, ile kosz­tuje cało­do­bowa ochrona poli­cyjna. Ale po otrzy­ma­niu ory­gi­nału listu przyj­rzymy mu się dokład­nie. I może zmie­nimy zda­nie.

Czy Bar­ba­rotti zapa­ko­wał list w folię i wysłał, tak jak było umó­wione?

Gun­nar Bar­ba­rotti potwier­dził, że wysłał, a póź­niej życzył Back­man przy­jem­nej pracy i odło­żył słu­chawkę.

Zło­żył listę na cztery, wło­żył do tyl­nej kie­szeni spodni i stwier­dził, że jego sta­no­wi­sko było podobne. Gdyby miał decy­do­wać, też by nie podej­mo­wał żad­nych sze­roko zakro­jo­nych czyn­no­ści.

To, że wszyst­kie groźby trzeba trak­to­wać poważ­nie, to jedno. Ale to nie zna­czy, że należy zawsze i w każ­dym przy­padku uru­cha­miać całą masę środ­ków. Jasne, że nie. W dłuż­szej per­spek­ty­wie bar­dziej opła­cało się „z powagą obser­wo­wać roz­wój sytu­acji”, jak mieli w zwy­czaju poli­tycy i dyplo­maci. Wewnętrz­nie, ale ni­gdy ofi­cjal­nie, moty­wo­wano to tym, że dwa­dzie­ścia z dwu­dzie­stu pogró­żek było fał­szy­wych. Pro­blem poja­wiał się, kiedy przy­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza.

Poja­wiła się Marianne, naj­mniej­szy i naj­pięk­niej­szy z jego pro­ble­mów. Gwał­tow­nie odsu­nął na bok wszyst­kie poli­cyjne roz­wa­ża­nia i wyszedł jej naprze­ciw; widok jej syl­wetki wycho­dzą­cej z ICA4 z siat­kami w rękach nie mógł się rów­nać z uczu­ciem, jakie go ogar­nęło, gdy zoba­czył ją sto­jącą w por­cie o zacho­dzie słońca – ale rów­nież był przy­jemny. Zauwa­żył, że jego serce zaczy­nało moc­niej bić, gdy tylko poja­wiała się w zasięgu wzroku.

Mam nadzieję, że za dwa lata będzie moją żoną – pomy­ślał nagle, a potem zasta­na­wiał się, czy to rze­czy­wi­ście była jego wła­sna myśl, czy też po pro­stu taki zbi­tek słów, wypro­du­ko­wany przez jego mózg, roz­grzany wcze­śniej­szymi roz­wa­ża­niami i zachę­cony piękną pogodą.

– I jak tam?

– W naj­lep­szym porządku. Odde­le­go­wa­łem odpo­wie­dzial­ność, teraz jestem cały twój.

– Tss. Weź­miesz obie siatki czy jedną?

– Jasne, że obie. Za kogo ty mnie bie­rzesz?

4

– Czy­tasz Biblię?

– Ojej. Myśla­łam, że śpisz.

– Bo spa­łem. Ale obu­dzi­łem się, gdy poczu­łem, że łóżko jest puste.

– Rozu­miem. Tak, cza­sami sobie czy­tam.

Zamknęła wiśniową okładkę Biblii i odło­żyła ją na stół obok fili­żanki z her­batą. Oparła się wygod­nie w fotelu i popa­trzyła na niego przy­mru­żo­nymi oczami. Był wto­rek, pora­nek ósmego dnia urlopu – jeśli poli­czyć wto­rek w ubie­głym tygo­dniu jako dzień pierw­szy, mimo iż spo­tkali się dopiero wie­czo­rem. Ale to zwy­kła aka­de­micka gada­nina.

Mie­rze­nie czasu w Gustabo nie jest czyn­no­ścią istotną, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti i ziew­nął. Przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o czas miniony.

Tak czy owak, był kolejny pora­nek. Niebo zaczęło się roz­po­ga­dzać po noc­nej burzy z pio­ru­nami, którą podzi­wiali przez okno w salo­nie. Zaczęła się tuż po pół­nocy i trwała do pięt­na­ście po pierw­szej, ponad godzinę, a bły­ska­wice nad polem rze­paku wyglą­dały nie­sa­mo­wi­cie.

– A więc ty… to zna­czy, wie­rzysz, że Bóg ist­nieje?

Przy­tak­nęła.

– Nic o tym nie mówi­łaś.

Roze­śmiała się. Z zaże­no­wa­niem – pomy­ślał.

– Fak­tycz­nie, uwa­żam się za osobę wie­rzącą – stwier­dziła – ale nie obno­szę się z tym zanadto.

– Dla­czego?

– Dla­tego że… dla­tego, że ludzie czują się zakło­po­tani. I ni­gdy nie cho­dzę do kościoła. Nie lubię kościoła… to zna­czy, nie cho­dzi mi o budowlę, cho­dzi mi o Kościół jako insty­tu­cję. Dla mnie to sprawa oso­bi­sta, rozu­miesz? Pewna rela­cja.

Usiadł na krze­śle naprze­ciwko jej fotela.

– Rozu­miem. I nie uwa­żam, żeby to było spe­cjal­nie kło­po­tliwe.

– Jesteś pewien?

Zasta­na­wiał się.

– Tak, naprawdę.

– Ale ty chyba nie wie­rzysz w żad­nego Boga?

– Nie był­bym taki pewien.

Przez chwilę miał ochotę opo­wie­dzieć o praw­dzi­wej natu­rze jego rela­cji z Bogiem, ale posta­no­wił, że jesz­cze z tym poczeka. Znają się od roku – to zna­czy on i Marianne, jego rela­cje z Bogiem są tro­chę dłuż­sze – ale wydało mu się, że jesz­cze nie czas na tego typu wyzna­nia. Był pra­wie pewien, że Bóg podzie­lał jego zda­nie. Mieli swo­istą… tak, swo­istą umowę dżen­tel­meń­ską, tak po pro­stu. Sprawa oso­bi­sta, dokład­nie tak.

– Co to zna­czy?

– Co?

– Powie­dzia­łeś: „Nie był­bym taki pewien”. Co mia­łeś na myśli?

– Tylko tyle, że nie wiem. Ale od czasu do czasu o tym myślę.

Zdjęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i popa­trzyła na niego z nie­po­ko­jem.

– Od czasu do czasu o tym myślisz?

– Hmm, no tak, może powi­nie­nem użyć innych słów… zresztą co za róż­nica. A jaka jest ta twoja wiara, co? Zako­rze­niona od koły­ski?

Pokrę­ciła głową.

– Nie, nie. Chy­baby mnie z domu wyrzu­cili, gdy­bym zaczęła odpra­wiać jakieś dewo­cje. Przez całe lata osiem­dzie­siąte moi rodzice byli zde­kla­ro­wa­nymi mark­si­stami, naprawdę. Matka już nie żyje, ale licho wie, czy ojciec na­dal nie gło­suje na komu­ni­stów. Szcze­gól­nie po odej­ściu Schy­man, którą obso­ba­cza jak zwy­kłego psa łań­cu­cho­wego za każ­dym razem, gdy się z nim spo­ty­kam.

– A twoja wiara? – przy­po­mniał Bar­ba­rotti.

– Poja­wiła się znie­nacka, po pro­stu przy­szła. Jest taki stary per­ski wiersz, w któ­rym można prze­czy­tać, że „zwy­cię­ski bóg nad­cho­dzi z wolna w mięk­kich san­da­łach z oślej skóry”, i muszę przy­znać, że to bar­dzo pasuje do mojego o nim wyobra­że­nia.

– W mięk­kich san­da­łach z oślej skóry?… – powtó­rzył Bar­ba­rotti.

– Tak. No i na pewno ma to jakiś zwią­zek z moją pracą… Potrze­buję poczu­cia sensu. Ale to już histo­ria mię­dzy nim a mną, wyłącz­nie; chcę, żebyś o tym wie­dział. Nie zależy mi na tych zewnętrz­nych for­ty­fi­ka­cjach. Cza­sami wydaje mi się…

– Tak?

– Cza­sami wydaje mi się, że to dia­beł wymy­ślił reli­gię, by sta­nęła pomię­dzy czło­wie­kiem a Bogiem.

– Sama na to wpa­dłaś?

– Nie, gdzieś to prze­czy­ta­łam. Ale to chyba nic nie zmie­nia, prawda?

– Nie. A Koran, Budda i kabała?

– Szczę­ście ma wiele imion. Na pewno nie czu­jesz się zakło­po­tany?

– Ani tro­chę – zapew­nił Gun­nar Bar­ba­rotti. – Wydaje mi się, że masz jakieś uprze­dze­nia do ducho­wych kwa­li­fi­ka­cji szwedz­kiej kadry poli­cyj­nej. W każ­dym razie nie musisz czy­tać Biblii w ukry­ciu; ja też cza­sami się w nią gapię.

Roze­śmiała się i wycią­gnęła ręce do góry. Dło­nie odwró­cone do nieba.

– Gapi się w Biblię! Sły­sza­łeś, o Panie? Jaka będzie nagroda?

– Jed­nego jestem pewien – stwier­dził zain­spi­ro­wany jej sło­wami Bar­ba­rotti. – A mia­no­wi­cie, jeśli Bóg ist­nieje, to jest dżen­tel­me­nem z humo­rem. Nie ma innej moż­li­wo­ści. I wcale nie jest wszech­mocny.

Marianne spo­waż­niała. Spoj­rzała na niego w taki spo­sób, że nagle poczuł ucisk w gar­dle.

Czy ja mam znowu czter­na­ście lat, czy co? – pomy­ślał.

– Wiesz co? Kiedy mówisz takie rze­czy, to zaczy­nam myśleć, że chyba cię kocham.

– Jakie… jakie szczę­ście, że sie­dzę, a nie stoję – wydu­sił z sie­bie przez zaschnięte usta. – Bo chy­ba­bym zemdlał…

W tym momen­cie usły­szeli kaszl­nię­cie, a potem zoba­czyli Hag­munda Jons­sona prze­cho­dzą­cego przez traw­nik. Na ramie­niu miał kosę, a w ręku trzy­mał mar­twego kró­lika.

– Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że w tej pod­rywce trzy­masz poli­cjanta z kry­mi­nal­nej, Marianne. Muszę pogra­tu­lo­wać. Że też nie mają tyle rozumu, by odsko­czyć, kiedy koszę kosą. Może chce­cie świeże mię­sko na kola­cję?

Poma­chał zakrwa­wio­nym kró­li­kiem.

– Dzię­kuję, ale jed­nak nie – powie­działa Marianne i odwró­ciła wzrok.

– Nie dla­tego tu przy­sze­dłem – kon­ty­nu­ował Hag­mund. – Głów­nym powo­dem odwie­dzin jest nasz śled­czy. Jest do niego tele­fon. Z tego, co się zorien­to­wa­łem, to sprawa jest pilna.

– Tele­fon? – spy­tał zdzi­wiony Gun­nar Bar­ba­rotti.

Hag­mund ski­nął głową i podra­pał się po karku.

– Pań­stwo naj­praw­do­po­dob­niej uznali, że lepiej zosta­wić komórki na sta­łym lądzie. To przy­nosi wam praw­dziwy zaszczyt. Ale, jak już mówi­łem, w słu­chawce tele­fonu w naszej kuchni sie­dzi nie­cier­pliwa pani inspek­tor, więc może pój­dzie ze mną i z nią poroz­ma­wia. Na pewno nie chce­cie tego szkraba?

Poma­chał zwi­sa­ją­cym kró­li­kiem przed ich oczami. Marianne pokrę­ciła głową, a Bar­ba­rotti pod­niósł się z krze­sła.

– Już idę – powie­dział. – Mówiła, o co cho­dzi?

– Sprawa poufna – wyja­śnił Hag­mund Jons­son. – Naj­praw­do­po­dob­niej cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo naro­dowe, bo nie rozu­miem, jak ina­czej śmie­liby zakłó­cać taką idyllę.

Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo jed­nym okiem. Marianne owi­nęła się szczel­niej szla­fro­kiem, a Gun­nar Bar­ba­rotti wyszedł za rol­ni­kiem na drogę.

– Wygląda na to, że twój nadawca jed­nak nie ściem­niał.

Nie od razu odpo­wie­dział.

Niech to jasna cho­lera, pomy­ślał. Czu­łem, że tak będzie.

Poka­zał ręką Jolan­dzie, żeby zosta­wiła go samego i zamknęła drzwi do kuchni. Pocze­kał, aż zro­biła, o co pro­sił.

Jeśli chcieli pod­słu­chi­wać, to muszą się przy­naj­mniej pofa­ty­go­wać, żeby pod­nieść słu­chawkę w innym pokoju, dumał Bar­ba­rotti.

– Jesteś tam? – zapy­tała Eva Back­man.

– Jestem – potwier­dził Bar­ba­rotti. – Co powie­dzia­łaś?

– Chyba nie zapo­mnia­łeś listu, który dosta­łeś przed wyjaz­dem do raju?

– Nie – odparł. – Jak mógł­bym zapo­mnieć? No to co wła­ści­wie się stało?

Powie­działa coś poza słu­chawką do jakie­goś kolegi, ale nie zro­zu­miał, co to było.

– Prze­pra­szam. No więc parę godzin temu pewien bie­gacz zna­lazł zamor­do­wa­nego Erika Berg­mana nad zatoką Brönnsvik. Na ścieżce jog­gin­go­wej, która bie­gnie nad rzeką i potem pod górę, wiesz którą. Praw­do­po­dob­nie urzą­dzał sobie wła­śnie prze­bieżkę… Berg­man, oczy­wi­ście.

– Nie robisz sobie ze mnie jaj? – zapy­tał Bar­ba­rotti.

– Nie – odpo­wie­działa Eva Back­man. – Nie­stety to prawda, nic nie pora­dzę. W tej chwili mamy tu lek­kie zamie­sza­nie, sam rozu­miesz. Jakby tego było mało, to jesz­cze ten, który go zna­lazł, przy­pad­kiem jest dzien­ni­ka­rzem. Johan­nes Vir­ta­nen, znasz go?

– Tak, wiem, kto to jest. Ale prasa nic chyba nie wie o moim liście?

– Nie, ten szcze­gół udało nam się na razie utrzy­mać w tajem­nicy.

– To dobrze. A o któ­rym Eriku Berg­ma­nie mówimy? To zna­czy…

– Tak, tak – powie­działa Eva Back­man. – Numer trzy. Ten z uszko­dzo­nym kola­nem i firmą kom­pu­te­rową.

– Rozu­miem – odparł Gun­nar Bar­ba­rotti.

Co było prawdą, choć nie do końca. Czuł wyraź­nie jakby brzę­cze­nie komó­rek w swoim mózgu, ale przy­po­mi­nało to raczej odgłos sil­nika sta­rego gru­chota, który zaraz odda ostat­nie tchnie­nie, niż jakąś dobrze naoli­wioną maszynę myślącą.

– Powiedz coś wię­cej – popro­sił i usiadł na kuchen­nej kana­pie pod kili­mem z arty­stycz­nie wyha­fto­waną dewizą „Każdy dzień ma wła­sne zmar­twie­nia”.

Wła­śnie, pomy­ślał. Tak wła­śnie jest. A ten dzień dopiero się zaczął.

– Zna­le­ziony o szó­stej pięć­dzie­siąt pięć – zaczęła Eva Back­man. – Miesz­kał sam, ale roz­ma­wia­li­śmy z jed­nym face­tem, który go dość dobrze znał, a przy­naj­mniej powi­nien. Andreas Grimle, pra­cow­nik w fir­mie Berg­mana. Chyba ma w niej jakieś udziały, jakoś tak. Twier­dzi, że Berg­man regu­lar­nie bie­gał tą ścieżką dwa lub trzy razy w tygo­dniu. Oczy­wi­ście latem, przed śnia­da­niem, gdzieś tak pomię­dzy szó­stą a siódmą.

– Metoda? – zapy­tał Bar­ba­rotti.

– Pchnię­cie nożem – odpo­wie­działa Back­man. – Prze­pra­szam, nie powie­dzia­łam tego? Jedno w plecy, dwa w brzuch i cię­cie na szyi. Śmierć nastą­piła dość szybko. W zasa­dzie leżał w kałuży wła­snej krwi.

– Brzmi przy­jem­nie.

– Tak, prawda?

– Byłaś na miej­scu?

– Oczy­wi­ście. Zoba­czymy, co znajdą tech­nicy, ale chyba jakichś wiel­kich nadziei nie można mieć. Zie­mia była sucha i tak dalej. Żad­nych odci­sków stóp, żad­nych śla­dów walki, przy­pusz­czal­nie mor­derca dopadł go nagle i od tyłu.

– Mówi­łaś chyba, że był na prze­bieżce? Prze­cież byłoby trudno…

– Nie wiem. Musimy się nad tym zasta­no­wić. Ale prze­cież mogło być tak, że go naj­pierw zatrzy­mał… popro­sił o pomoc albo zapy­tał o coś.

– Moż­liwe – powie­dział Gun­nar Bar­ba­rotti. – Kto pro­wa­dzi docho­dze­nie?

– Pro­wa­dzą­cym postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze jest Sylve­nius.

– Cho­dzi mi o śledz­two.

– A jak myślisz?

Nie od razu odpo­wie­dział. Miał wra­że­nie, że żadna odpo­wiedź nie jest potrzebna.

– All right – powie­działa Eva Back­man. – Wygląda to tak, że Asu­nan­der oddał to na razie w moje kom­pe­tentne ręce. Cho­ciaż jak na razie wszy­scy są zaan­ga­żo­wani. Mak­sy­malna mobi­li­za­cja sił. I o ile go dobrze zro­zu­mia­łam, ocze­kuje, że jutro ty to przej­miesz.

– Ja mam urlop.

– Jeśli wró­cisz na służbę jutro zamiast w ponie­dzia­łek, to dosta­niesz cały tydzień wol­nego na polo­wa­nie na łosie.

– Nie poluję.

– To była prze­no­śnia.

– Rozu­miem. Czy to słowa Asu­nan­dera?

– Nie, to moja inter­pre­ta­cja.

– Dzię­kuję – wes­tchnął Gun­nar Bar­ba­rotti.

Eva Back­man odchrząk­nęła.

– Nie zawsze zga­dzam się z naszym kocha­nym komi­sa­rzem, prze­cież wiesz. Ale w tym wypadku myślę tak jak on. List był zaadre­so­wany do cie­bie oso­bi­ście. Nie do mnie, nie do Smu­tasa czy kogo­kol­wiek innego. Nawet nie na adres komendy. A zatem… wygląda na to, że sprawa leży na twoim biurku. Cho­ciaż wia­domo, że w rze­czy­wi­sto­ści cała grupa będzie nad tym pra­co­wać. Już mówi­łam.

Gun­nar Bar­ba­rotti zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Może wła­śnie o to mu cho­dzi?

– Co takiego?

– Mor­dercy. Żebym wła­śnie ja pro­wa­dził śledz­two?

– Myśla­łam o tym – powie­działa Back­man. – Może to ktoś, kogo znasz, na przy­kład.

– Ale dla­czego – spy­tał Bar­ba­rotti. – Dla­czego miałby być aż tak skoń­czo­nym kre­ty­nem, żeby… nara­żać się na ryzyko?

– Kre­ty­nem? – powtó­rzyła Back­man. – Tego nie wiem. Lep­szym okre­śle­niem byłby chyba bufon. Tak czy siak, chyba powi­nie­neś przy­jąć to wyzwa­nie.

Bar­ba­rotti zasta­na­wiał się przez trzy sekundy. Wyglą­dało na to, że nie ma wyboru.

– All right – powie­dział. – Prze­każ Asu­nan­de­rowi, że będę w pracy jutro rano. Wydaje mi się, że jest prom o pią­tej po połu­dniu, ale gdyby tym­cza­sem ktoś się poja­wił i przy­znał, to pro­szę o sygnał.

– Mam prze­czu­cie, że tak się nie sta­nie. Nie­stety. I bar­dzo mi przy­kro, że musia­łam prze­rwać twoje miło­sne lato tak bru­tal­nie.

– Odbiorę sobie pozo­stałe dni urlopu w innym ter­mi­nie – stwier­dził inspek­tor Bar­ba­rotti i odło­żył słu­chawkę.

Może w ter­mi­nie polo­wań na łosie – dodał już do sie­bie.

Co za pora­nek, pomy­ślał póź­niej, kiedy już opu­ścił gospo­dar­stwo Jons­so­nów i wyszedł na drogę. Zaczęło się od stu­dium biblij­nego i pytań o istotę Boga, potem powie­działa, że pra­wie mnie kocha, a na zakoń­cze­nie poja­wiło się drobne mor­der­stwo i polo­wa­nie na łosie.

Marianne nie robiła mu wyrzu­tów. Wie­dział, że tak będzie.

– I tak spę­dzi­li­śmy razem osiem dni z dzie­się­ciu – powie­działa, kiedy wyłą­czyła sil­nik samo­chodu na par­kingu przy ter­mi­nalu pro­mo­wym. – Może nie można wyma­gać wię­cej, kiedy czło­wiek się zwią­zał z inspek­to­rem poli­cji?

– Nie powi­nie­nem był otwie­rać tego listu – odrzekł Gun­nar Bar­ba­rotti. – Gdy­bym go zna­lazł dopiero teraz, w pią­tek, to nie mogliby mnie odwo­łać z urlopu.

Nie był jed­nak pewien, czy mówi szcze­rze. Było to dość para­dok­salne; nie mógł się oprzeć wra­że­niu, że tań­czy tak, jak mu mor­derca zagra. To, że otwo­rzył list, prze­czy­tał ostrze­że­nie i prze­słał je dalej; to, że teraz natych­miast włą­cza się w docho­dze­nie. Czy wła­śnie nie tego chciał… albo chciała?

Dla­czego w ogóle wysłał ten list i uprze­dził, że zamie­rza kogoś zabić? Zanim to zro­bił. Jaki to ma sens? A może cho­dzi o czubka, więc szu­ka­nie racjo­nal­nych pobu­dek jest bez­ce­lowe?

Nikt tego nie wie, roz­my­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti. Na razie nie można snuć żad­nych spe­ku­la­cji.

Jedno wie­dział na pewno: jesz­cze ni­gdy nic takiego mu się nie zda­rzyło. Jak się zasta­no­wił, to nie mógł sobie przy­po­mnieć takiego przy­padku w ogóle. Już samo to, że sprawca zapla­no­wał swój czyn, było czymś kom­plet­nie nie­zwy­kłym; naj­czę­ściej mieli do czy­nie­nia z przy­pad­kami, kiedy to jeden nawa­lony gość wpa­dał w szał i zabi­jał dru­giego nawa­lo­nego gościa. Albo żonę, albo kogoś innego, kogo aku­rat wtedy uznał za osobę nie­po­żą­daną. Ale nie w tym przy­padku – to jedyna pewna kon­klu­zja.

– Tak czy ina­czej, spę­dzi­łam z tobą cudowne dni – powie­działa Marianne, prze­ry­wa­jąc jego goni­twę myśli. – Szkoda, że nie spo­tkasz się z moimi mało­let­nimi łobu­zami.

Pla­no­wali, że dzieci przy­jadą w czwar­tek i póź­niej w czwórkę spę­dzą wspól­nie całe popo­łu­dnie, wie­czór i pora­nek. Spo­tkał je już kil­ka­krot­nie i jak dotąd te spo­tka­nia prze­bie­gały nad­zwy­czaj bez­bo­le­śnie. Lubił Johana i Jenny, i gdyby nie brzmiało to zbyt buń­czucz­nie, to powie­działby, że oni też go zno­szą cał­kiem nie­źle.

– Jest, jak jest – odparł. – Musisz im powie­dzieć, że wujek poli­cjant musiał jechać do domu, by zła­pać paskud­nego mor­dercę. I będzie to gorzka prawda.

– Myślę, że zaak­cep­tują takie wyja­śnie­nie – odparła Marianne.

Póź­niej poca­ło­wała go i wypchnęła z samo­chodu.

Uczu­cie, które mnie ogar­nęło, gdy sta­łem na pokła­dzie i macha­łem na poże­gna­nie, kiedy prom wypły­wał z portu, nie było przy­jemne, odno­to­wał w myślach Gun­nar Bar­ba­rotti. Szcze­gól­nie jeśli świeżo w pamięci ma się uczu­cie sprzed tygo­dnia, z dnia przy­by­cia na wyspę.

I nagle zapra­gnął być czter­na­sto­let­nią dziew­czyną, a nie czter­dzie­sto­sied­mio­let­nim inspek­to­rem poli­cji – wtedy mógłby sobie popła­kać i nikt by się nie dzi­wił.

Ale takie marze­nia się nie speł­niają. A poza tym bycie czter­na­sto­latką też mogłoby być w dłuż­szej per­spek­ty­wie uciąż­liwe.

Mam nadzieję, że w moim cha­otycz­nym życiu pojawi się wię­cej takich tygo­dni, marzył, kiedy już nie mógł dostrzec jej syl­wetki na nabrzeżu pod budyn­kiem ter­mi­nalu. Ale roz­wo­dów żad­nych już nie chcę.

Potem poszedł do restau­ra­cji i kupił dużą por­cję zapie­kanki mię­snej z mary­no­wa­nymi buracz­kami i piwo.

5

Było pięt­na­ście po dzie­wią­tej, kiedy w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca wsia­dał do swo­jego citro­ena na par­kingu dłu­go­ter­mi­no­wym w Nynäshamn. Z powodu, któ­rego nie rozu­miał, prom pły­nął teraz tro­chę wol­niej i prze­prawa zajęła czter­dzie­ści pięć minut wię­cej niż zwy­kle.

Nocna jazda do domu, pomy­ślał i uru­cho­mił sil­nik.