Komisarz Barbarotti. Człowiek bez psa - Håkan Nesser - ebook + audiobook

Komisarz Barbarotti. Człowiek bez psa ebook i audiobook

Nesser Håkan

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwszy tom porywającej serii kryminalnej o inspektorze kryminalnym Gunnarze Barbarottim.

Rodzina Hermanssonów zbiera się, by uczcić sześćdziesiąte piąte urodziny nestora rodu Karla-Erika. Jednak rodzinne spotkanie ma tragiczne i nieprzewidziane następstwa. W przeddzień wielkiego jubileuszu przepada bez śladu Robert – syn Karla-Erika. Następnego wieczoru, również bez śladu, znika jego wnuk Henrik. Śledztwem w sprawie zaginięć zajmuje się inspektor kryminalny Gunnar Barbarotti. Wydaje się mało prawdopodobne, by zniknięcie dwóch osób z jednej rodziny w ciągu 24 godzin było przypadkowe. Barbarotti odkrywa najmroczniejsze tajemnice rodziny Hermanssonów i wyciąga na światło dzienne to, co na pozór było niewidoczne.

Pozostałe książki serii o inspektorze Gunnarze Barbarottim również ukazały się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

Håkan Nesser (ur. 1950) to jeden z najbardziej znanych szwedzkich twórców kryminałów. Zadebiutował w 1988 roku powieścią Choreograf. Największą popularność przyniósł mu jednak składający się z dziesięciu części cykl powieści kryminalnych o komisarzu Van Veeterenie. Po raz pierwszy bohater ten pojawił się w wydanej w 1993 roku książce Nieszczelna sieć, która polską premierę miała w 2012 roku.

Innym znanym cyklem kryminalnym Nessera jest wydana w latach 2006-2012 pięcioczęściowa seria z inspektorem Gunnarem Barbarottim, którą rozpoczyna tom Człowiek bez psa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 523

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 47 min

Lektor: Hakan Nesser

Oceny
4,0 (524 oceny)
218
174
78
43
11
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Magdadam

Z braku laku…

Tragedia rodzinna do której zupełnie zbędny był inspektor Barbarotti.
10
HelenaRabenda

Nie oderwiesz się od lektury

Pierwszy tom z komisarzem Barbarottim, mężczyzną na zakręcie, który targuje się z Bogiem. Zbrodnie jako skutki chwilowych nieprzemyślanych decyzji. Wielkie współczucie dla wszystkich ofiar, a nawet zbrodniarzy. Nieoczywiste prawdy, ciekawy obraz szwedzkiego społeczeństwa i zagadka zbrodni oraz jej motywów trzymające w napięciu do końca.
10
Debra

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna seria, wspaniale przeczytany audiobook, polecam! Doskonały do słuchania w długie, zimowe wieczory. Z kieliszkiem wina lub filiżanką herbaty.
10
Tellerka

Z braku laku…

Inspektor nic nie rozwiązuje, brak intrygującej zagadki, itp
maria151977
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

To prawda, nie ma żadnej zagadki kryminalnej, którą rozwiązał komisarz. Dobra powieść obyczajowa. Fajnie się słucha.
00

Popularność




I

Gru­dzień

1

Kiedy Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son obu­dziła się w nie­dzielę 18 grud­nia, było kilka minut przed szó­stą, ona zaś miała w gło­wie wyraźny obraz.

Stała w drzwiach i patrzyła na nie­znany ogród. Było lato albo wcze­sna jesień. Jej wzrok przy­kuły zwłasz­cza dwa małe, grube, żółto-zie­lone ptaki; sie­działy na dru­cie tele­fo­nicz­nym jakieś dzie­sięć, może pięt­na­ście metrów od niej, a każdy z nich miał w dzio­bie komik­sowy dymek.

„Musisz się zabić” – napi­sane było w jed­nym.

„Musisz zabić Karla-Erika” – napi­sane było w dru­gim.

Wia­do­mo­ści prze­zna­czone były dla niej. To ona, Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son, miała się zabić. Albo zabić Karla-Erika. Co do tego nie było wąt­pli­wo­ści.

Karl-Erik był jej mężem i dopiero po kilku sekun­dach zdała sobie sprawę, że te nie­do­rzeczne postu­laty musiały wziąć się z cze­goś, co jej się śniło. Był to jed­nak sen, który szybko się ulot­nił, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko te dwa cudaczne ptaki na dru­cie. Dziwne.

Krótką chwilę leżała bez ruchu na pra­wym boku, w ota­cza­ją­cych ciem­no­ściach wyobra­ża­jąc sobie świt, który w tym cza­sie znaj­do­wał się pew­nie gdzieś w oko­li­cach Uralu, słu­chała nie­odmien­nie spo­koj­nego odde­chu Karla-Erika i doszła do wnio­sku, że tak wła­śnie było. Ptaki roz­ło­żyły przy­krót­kie skrzy­dła i odle­ciały, ale ich słowa wciąż wisiały w powie­trzu i nie spo­sób je było źle zro­zu­mieć.

Ona albo Karl-Erik. Wła­śnie tak. Mię­dzy dym­kami nie było „i”, było „albo”. Jedno wyklu­czało dru­gie, a wybór któ­rejś z dróg wyda­wał się… wyda­wał się nie­ubła­ganą koniecz­no­ścią. Jezu Chry­ste, pomy­ślała, prze­wie­siła nogi nad brze­giem łóżka i usia­dła. Jak to się mogło stać? Jakby ta rodzina nie dostała już za swoje.

Ale kiedy wypro­sto­wała plecy i poczuła zna­jome poranne bóle w oko­li­cach trze­ciego i czwar­tego kręgu lędź­wio­wego, wkra­dły się codzienne myśli. Bez­pieczny, choć nudny bal­sam dla duszy. Przy­jęła to ze swego rodzaju obo­jętną wdzięcz­no­ścią, wsu­nęła ręce w rękawy i po cichu poszła do łazienki. Ran­kiem czło­wiek jest taki bez­bronny, pomy­ślała. Nad­wraż­liwy i pozo­sta­wiony sam sobie. Sześć­dzie­się­cio­trzy­let­nia nauczy­cielka prac ręcz­nych nie zabija swo­jego męża, to wyklu­czone.

Co prawda była też nauczy­cielką nie­miec­kiego, ale to nie zmie­niało zna­cząco sytu­acji. Nie czy­niło jej ani tro­chę bar­dziej do przy­ję­cia, bo w tym przy­padku co to, u licha, za róż­nica – prace ręczne czy nie­miecki?

A więc przy­szło mi skró­cić swą wędrówkę po tym łez padole, pomy­ślała Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. Zapa­liła świa­tło, przyj­rzała się w lustrze swo­jej dużej, gład­kiej twa­rzy i zauwa­żyła, że ktoś przy­kleił na niej uśmiech.

Dla­czego się uśmie­cham? – zasta­no­wiła się. Nie ma prze­cież żad­nego powodu. Ni­gdy w życiu nie czu­łam się gorzej, a za pół godziny obu­dzi się Karl-Erik. Co takiego powie­dział dyrek­tor? „Ów wibru­jący, spi­żowy głos”… który co?… „który we wzra­sta­ją­cym poko­le­niu roz­brzmie­wał moral­nym i inte­lek­tu­al­nym echem”. Skąd on to wytrza­snął? A to bał­wan. „Rocz­nik za rocz­ni­kiem, poko­le­nie za poko­le­niem, przez czter­dzie­ści lat. Peda­go­giczny dąb”. Tak, Fläskbergson naprawdę nazwał Karla-Erika peda­go­gicz­nym dębem. Czy mogła się w tym kryć nutka iro­nii?

Pew­nie nie, pomy­ślała Rose­ma­rie, myjąc szczo­teczką elek­tryczną zęby po pra­wej stro­nie. Vera Ragnebjörk, jej jedyna kole­żanka z wymie­ra­ją­cej kadry ger­ma­ni­stów w szkole Kym­lin­ge­vik, twier­dziła, że Fläskbergsonowi „brak wymiaru iro­nicz­nego”. To dla­tego nie dało się z nim poroz­ma­wiać jak z czło­wie­kiem i pew­nie także dzięki temu nie­zwy­kłemu defi­cy­towi udało mu się utrzy­mać na stołku dyrek­tora przez ponad trzy­dzie­ści lat. Fläskbergson był tylko o rok młod­szy od Karla-Erika, ale o dobre czter­dzie­ści kilo cięż­szy. Aż do tego smut­nego dnia przed pra­wie ośmiu laty, kiedy jego żona Berit spa­dła z wyciągu nar­ciar­skiego w Kitzbühl i skrę­ciła kark, spo­ty­kali się cza­sem. Cała czwórka. Brydż i takie tam. Wypad do teatru w Sztok­hol­mie. Kosz­marny tydzień na Kre­cie. Rose­ma­rie pomy­ślała, że bra­kuje jej tro­chę Berit, ale nie Fläskbergsona. To zna­czy nie spo­tkań z nim.

Dla­czego trwo­nię cenne poranne chwile na roz­my­śla­nia o tym ogra­ni­czo­nym zerze? – zre­flek­to­wała się. Dla­czego nie prze­sie­dzę tych pięt­na­stu minut w spo­koju z poranną gazetą? Ani chybi tracę nad sobą kon­trolę.

Ale przy kawie i gaze­cie dobre myśli także się nie poja­wiły. Żad­nych jasnych punk­tów. Kiedy pod­nio­sła wzrok na kuchenny zegar – kupiony z roz­pędu w Ikei za 49,50 dawno temu, jesie­nią 1979 roku, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czalny – poka­zy­wał dwa­dzie­ścia minut po szó­stej; upły­nie co naj­mniej sie­dem­na­ście godzin, nim znów dane jej będzie wejść do łóżka i jesz­cze jeden ponury dzień uznać za miniony. Spać, spać.

Była nie­dziela. Jej drugi dzień w roli szczę­śli­wej eme­rytki. Ostat­nia zna­cząca życiowa zmiana przed śmier­cią, jak zauwa­żyła jakaś przy­ja­zna dusza. Rose­ma­rie powie­działa sobie, że gdyby tylko miała pod ręką broń, w jed­nej chwili urze­czy­wist­ni­łaby poranną myśl. Wpa­ko­wa­łaby sobie kulkę w czoło, zanim Karl-Erik zdą­żyłby wejść do kuchni w swo­jej pasia­stej piża­mie, prze­cią­gnąć się i ogło­sić, że spał jak dziecko. Gdyby te wszyst­kie opisy śmierci kli­nicz­nej, które czy­tała, były zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią, być może cie­ka­wie byłoby sie­dzieć sobie pod sufi­tem i obser­wo­wać jego minę, gdy znaj­dzie ją leżącą na stole z głową w wiel­kiej kałuży cie­płej krwi.

Cho­ciaż tak też się nie robi. Zwłasz­cza nie mając dobrej broni. A są jesz­cze prze­cież dzieci. Wypiła łyk kawy, parząc sobie koniu­szek języka, i włą­czyła codzienne myśli. Co jest w pro­gra­mie na ten drugi dzień po całym zawo­do­wym życiu?

Posprzą­tać cały dom. Po pro­stu. Jutro zaczną się zja­wiać dzieci i wnuki, a we wto­rek wielki dzień. Dzień, który miał być Dniem przez duże D, ale który dziw­nym tra­fem, z winy Roberta, zbladł, zmie­nia­jąc się w jakieś pom­pa­tyczne anty­wy­da­rze­nie. Wła­śnie tak. Przez całą jesień mówiło się o stu, stu dwu­dzie­stu oso­bach – wła­ści­wie jedy­nym ogra­ni­cze­niem była liczba miejsc w restau­ra­cji Svea Mat­sa­lar, ale Karl-Erik roz­ma­wiał już o tym z Brun­di­nem, wła­ści­cie­lem, i sto kil­ka­na­ście osób nie sta­no­wiło pro­blemu.

Miało nie sta­no­wić. Skan­dal z Rober­tem wyda­rzył się w sobotę 12 listo­pada. Lokal był od dawna zare­zer­wo­wany, nie było jed­nak za późno, żeby odwo­łać. Jakieś sie­dem­dzie­siąt zapro­szeń zostało już wysła­nych, ze dwa­dzie­ścia osób zdą­żyło potwier­dzić obec­ność, ale kiedy ogło­szono, że ze względu na oko­licz­no­ści zde­cy­do­wano się jed­nak na mniej­sze przy­ję­cie w gro­nie rodzin­nym, wszy­scy wyka­zali zro­zu­mie­nie.

Cał­ko­wite zro­zu­mie­nie. Pro­gram miał dwu­mi­lio­nową oglą­dal­ność, a ci, któ­rzy nie obej­rzeli, dowie­dzieli się następ­nego dnia z bru­kow­ców.

ROBI SAM-SE-ROBI. Słowa z gaze­to­wych nagłów­ków wypa­liły się na mat­czy­nym sercu Rose­ma­rie niczym znak wła­ści­ciela na par­cha­tej świni. Wie­działa, że już ni­gdy, do końca życia, nie będzie w sta­nie pomy­śleć o Rober­cie, nie wspo­mi­na­jąc tego okrop­nego prze­zwi­ska. Przy­rze­kła sobie, że ni­gdy, przeni­gdy nie prze­czyta już „Afton­bla­det” ani „Expres­sen”, i przy­sięgi tej jak dotąd nie zła­mała ani nawet nie była bli­ska jej zła­ma­nia.

A zatem mniej­sze rodzinne spo­tka­nie. W szkole podob­nie. Ta sama dys­kretna zasłona miło­sier­dzia została spusz­czona i tutaj. Kiedy pań­stwo Her­mans­so­no­wie, po prze­pra­co­wa­niu łącz­nie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, w tym samym momen­cie zeszli z krwa­wej areny peda­go­giki – jak to jakiś tęgi umysł, ale nie Fläskbergson, kie­dyś okre­ślił – podzię­ko­wa­nia ogra­ni­czyły się do prze­dłu­żo­nego zebra­nia z tor­tem, rze­czo­nej liczby czer­wo­nych róż oraz kutego mie­dzia­nego ser­wisu do glöggu; Rose­ma­rie po otwar­ciu paczki wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by zaczęła się zasta­na­wiać, czy to nie ofer­mom z klasy Elons­sona kazano natłuc tego na zaję­ciach tech­nicz­nych, gro­żąc oceną nie­do­sta­teczną. Elons­son, w prze­ci­wień­stwie do Fläskbergsona, miał roz­wi­nięte poczu­cie iro­nii.

Sześć­dzie­siąt pięć plus czter­dzie­ści. Wynik dru­giego wiel­kiego gru­dnio­wego doda­wa­nia wyno­sił sto pięć. Rose­ma­rie wie­działa, że Karla-Erika zmar­twiło tro­chę, iż nie wyszła równa setka, ale z fak­tami się nie dys­ku­tuje. Karl-Erik w ogóle ni­gdy nie dys­ku­to­wał z fak­tami. Nie wsta­jąc z krze­sła, kilka razy nie­pew­nie roz­pro­sto­wała plecy i pomy­ślała o tej nocy sprzed czter­dzie­stu lat, kiedy udało jej się dwa razy powstrzy­mać skur­cze, aż minęła dwu­na­sta. Kiep­sko skry­wa­nej rado­ści Karla-Erika nie spo­sób było nie zauwa­żyć, i dobrze. Pier­wo­rodna córka wypchnęła się z macicy na świat w jego dwu­dzie­ste piąte uro­dziny. Mię­dzy Ebbą a Kar­lem-Eri­kiem zawsze była nie­zwy­kle silna więź; Rose­ma­rie zda­wała sobie sprawę, że zawią­zała się już wów­czas – w szpi­talu w Örebro cztery minuty po pół­nocy 20 grud­nia 1965 roku. Położna nazy­wała się Geral­dine Tul­pin – tego imie­nia rów­nież nie dawało się łatwo zapo­mnieć.

Święta Bożego Naro­dze­nia w ich rodzi­nie zawsze miały w sobie pewną obłudę. Rose­ma­rie ni­gdy tego nie powie­działa, nie użyła tego słowa, ale wła­śnie o obłudę cho­dziło. Nor­malni ludzie, chrze­ści­ja­nie i niechrze­ści­ja­nie, uwa­żali 24 grud­nia za wyspę na morzu zimo­wych ciem­no­ści, ale w rodzi­nie Wun­der­li­chów–Her­mans­so­nów 20 grud­nia był co naj­mniej rów­nie ważny. Dzień uro­dzin Karla-Erika i Ebby. Następny był naj­krót­szym dniem w roku, jądrem ciem­no­ści, a Kar­lowi-Eri­kowi w jakiś szcze­gólny spo­sób udało się – bez nacią­ga­nia fak­tów, choć nie­wiele bra­ko­wało – doko­nać jed­no­dnio­wego prze­su­nię­cia, tak że osią­gnięto swo­iste trio. Jego uro­dziny, uro­dziny Ebby i powrót świa­tła na zie­mię.

Ebba zawsze była pupilką ojca i jego oczkiem w gło­wie; z nią od początku wią­zał i na­dal wiąże naj­więk­sze nadzieje. Nawet nie sta­rał się tego ukryć.

– Nie­które dzieci mają wię­cej kara­tów od innych, tak już jest w gene­tycz­nym tyglu bio­lo­gii. Czy się to komu podoba, czy nie – oznaj­mił któ­re­goś razu, kiedy wyjąt­kowo wlał w sie­bie o jeden kie­li­szek koniaku za dużo.

I jak dotąd – pomy­ślała Rose­ma­rie z gory­czą, nale­wa­jąc drugą fili­żankę kawy, spraw­dzony fun­da­ment nie­zbyt wytę­sk­nio­nego poran­nego roz­bu­dze­nia – wszystko wska­zuje na to, że posta­wił na wła­ści­wego konia.

Ebba była opoką. Robert – zawsze czarną owcą, a teraz już w ogóle szkoda słów. Moż­liwe, że było to mniej zaska­ku­jące, niż sami chcieli przy­znać. A Kri­stina? Tak, o Kri­sti­nie można było powie­dzieć, że jest, jaka jest; ostat­nimi laty, po uro­dze­niu dziecka, tro­chę się ustat­ko­wała, wypły­nęła na spo­koj­niej­sze wody, ale Karl-Erik upar­cie twier­dził, że nie ma co się cie­szyć na zapas. Jesz­cze na to za wcze­śnie, o wiele za wcze­śnie.

Czy ty w ogóle kie­dy­kol­wiek cie­szy­łeś się na zapas, mój drew­niany książę? – myślała Rose­ma­rie za każ­dym razem, gdy to mówił, i tego ciem­nego poranka w kuchni znów jej to przy­szło do głowy.

W tym wła­śnie momen­cie do kuchni wszedł Karl-Erik.

– Dzień dobry – powie­dział. – Dziwne. Mimo wszystko spa­łem jak dziecko.

– Ty chyba pani­ku­jesz – odparła.

– Co takiego? – zapy­tał Karl-Erik, nasta­wia­jąc czaj­nik. – Gdzie jest moja nowa her­bata?

– Druga półka. Sprze­daż domu i prze­pro­wadzka do tej tam urba­ni­za­cji. To takie… no, pani­kar­skie. Tak jak mówię. Nie, na lewo.

Pobrzę­ki­wał kub­kami i pusz­kami.

– Ur-ba-ni-za-ción – wymó­wił z nie­na­gan­nym hisz­pań­skim akcen­tem. – Wiem, że teraz nie jesteś do końca prze­ko­nana, ale pew­nego dnia mi podzię­ku­jesz.

– Wąt­pię – odpo­wie­działa Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. – Z całych sił w to wąt­pię. Powi­nie­neś wyciąć włosy z nosa.

– Rose­ma­rie – powie­dział Karl-Erik, wypi­na­jąc pierś. – Tutaj nie mogę już spoj­rzeć ludziom w oczy. Męż­czy­zna powi­nien cho­dzić wypro­sto­wany i nosić głowę wysoko.

– Trzeba też umieć się ugiąć – odparła. – To mija. Ludzie zapo­mi­nają, a rze­czy zyskują wła­ściwe pro­por…

Prze­rwał jej, trza­snąw­szy o blat puszką swo­jej nowej her­baty.

– Myślę, że już tę sprawę prze­dys­ku­to­wa­li­śmy. Lund­gren obie­cał, że w środę pod­pi­szemy papiery. Dosyć już mam tego mia­sta. Koniec. Tylko gnu­śność i tchó­rzo­stwo nas tutaj trzy­mają.

– Miesz­ka­li­śmy tu trzy­dzie­ści osiem lat.

– I wystar­czy. Już wypi­łaś dwie kawy? Nie zapo­mi­naj, że cię ostrze­ga­łem.

– Ale żeby prze­no­sić się do miej­sca, które nie ma nawet nazwy… – powie­działa. – Mogłoby się cho­ciaż jakoś nazy­wać.

– Będzie, jak tylko hisz­pań­skie wła­dze się zde­cy­dują. Co ci się nie podoba w nazwie Este­pona?

– Do Este­pony jest sie­dem kilo­me­trów. Do morza cztery.

Nie odpo­wie­dział. Zalał wrząt­kiem swoją zdrową zie­loną her­batę i wyjął z chle­baka pie­czywo ze sło­necz­ni­kiem. Wes­tchnęła. O jej śnia­da­nio­wych przy­zwy­cza­je­niach roz­ma­wiali dwa­dzie­ścia pięć lat. O sprze­daży domu i prze­pro­wadzce do Hisz­pa­nii – dwa­dzie­ścia pięć dni. Choć roz­mowa to nie jest dobre słowo, pomy­ślała. Karl-Erik pod­jął decy­zję, po czym wyko­rzy­stał swoją dobrze naoli­wioną demo­kra­tyczną machinę do prze­cią­gnię­cia jej na swoją stronę. Zawsze tak to wyglą­dało. Ni­gdy się nie pod­da­wał. Kiedy cho­dziło o coś waż­nego, mógł mówić, mówić i mówić, aż w końcu kapi­tu­lo­wała z czy­stego znu­dze­nia i zmę­cze­nia. Jak nic sto­so­wał obstruk­cję par­la­men­tarną. Tak było z zaku­pem samo­chodu. Z pie­kiel­nie dro­gimi rega­łami w biblio­teczce – jak lubił nazy­wać ich wspólną pra­cow­nię, w któ­rej spę­dzał czter­dzie­ści godzin tygo­dniowo, ona cztery. Z waka­cyj­nymi wyjaz­dami na Islan­dię, Bia­ło­ruś i do Zagłę­bia Ruhry; w końcu było się kie­row­ni­kiem Zakładu Geo­gra­fii i Socjo­lo­gii.

Zaliczkę za ten dom mię­dzy Este­poną a Fuen­gi­rolą też wpła­cił, nie pyta­jąc jej o zda­nie. Z Lind­gre­nem z banku roz­po­czął nego­cja­cje w spra­wie sprze­daży willi, nie wsz­czy­na­jąc nawet domo­wego pro­cesu demo­kra­tycz­nego. Temu nie był w sta­nie zaprze­czyć. I nie zaprze­czył.

Choć tak na dobrą sprawę może powinna być mu wdzięczna. Rów­nie dobrze mogło to być Lahti albo Wup­per­tal. Prze­ży­łam z tym czło­wie­kiem całe doro­słe życie, pomy­ślała nagle. Sądzi­łam, że coś mię­dzy nami w końcu doj­rzeje, ale tak się nie stało. To było zgniłe już na początku, a z każ­dym rokiem gnije tylko bar­dziej.

I dla­czego jest tak skraj­nie pod­po­rząd­ko­wana, że musi jego winić za swoje zmar­no­wane życie? Oznaka kom­plet­nej sła­bo­ści, czyż nie?

– O czym tak myślisz? – zapy­tał.

– O niczym – odparła.

– Za pół roku o tym zapo­mnimy – powie­dział.

– O czym zapo­mnimy? O życiu? O dzie­ciach?

– Nie gadaj bzdur. Wiesz, o czym mówię.

– Nie, nie wiem. A w ogóle to czy nie byłoby lepiej, gdyby Ebba i Leif zamiesz­kali w hotelu? To w końcu czwórka doro­słych, cia­sno będzie.

Prze­szył ją wzro­kiem, jakby była uczen­nicą, która trze­cią lek­cję z rzędu nie oddała pracy, ona zaś wie­działa, że zapro­po­no­wała to tylko po to, by go ziry­to­wać. Oczy­wi­ście miała rację, że Ebba, Leif i dwóch nasto­let­nich chło­pa­ków zajmą wię­cej miej­sca, niż jest w domu, ale Ebba była Ebbą i Karl-Erik prę­dzej sprze­dałby swój ostatni kra­wat, niż ulo­ko­wał ulu­bie­nicę w innym miej­scu niż ten dom i pokój, w któ­rym dora­stała. Zwłasz­cza że był to ostatni raz, naprawdę ostatni.

Poczuła ucisk w gar­dle i wlała w sie­bie na wpół wysty­głą kawę. A Robert? Tak, biedny Robert musi się oczy­wi­ście scho­wać przed oczami świata naj­le­piej, jak potrafi; nie można mu pozwo­lić obi­jać się po hotelu, gdzie każdy mógłby się na niego gapić i z niego szy­dzić. Robi Sam-Se-Robi z Fuc­king Island. Pod­czas ich ostat­niej roz­mowy, ubie­głego wie­czoru, brzmiał tak, jakby się miał zaraz roz­pła­kać.

Tak więc hotel przy­padł Kri­sti­nie, Jako­bowi i małemu Kelvi­nowi. Jak można nazwać dziecko Kelvin?

– Zero abso­lutne – oświe­cił Karl-Erik świeżo upie­czo­nych rodzi­ców, ale to nie pomo­gło.

Nawia­sem mówiąc, Rose­ma­rie była w zasa­dzie pewna, że hotel trak­to­wali jak wygraną na lote­rii; nastrój, w jaki wpra­wiała ją Kri­stina po tym, jak doro­sła i wypro­wa­dziła się z domu, był mie­sza­niną poczu­cia winy, niż­szo­ści i nie­speł­nie­nia. Przez krótką, ale wyraźną chwilę miała w gło­wie myśl, że jedy­nym z jej trojga dzieci, o które się trosz­czy i któ­remu współ­czuje, jest Robert. Czy dla­tego, że to syn? To aż takie pro­ste?

Cho­ciaż prę­dzej czy póź­niej z Kri­stiną nastąpi prze­łom; to zna­czy, jeśli cho­dzi o nią, nie o Karla-Erika. To zawsze on był głów­nym obiek­tem nie­prze­jed­na­no­ści tej dziew­czyny. Jest takie słowo? Nie­prze­jed­na­ność? Było tak już od pierw­szego dnia jej doj­rze­wa­nia, ale peda­go­giczny dąb stał twardo i nie ugiął się pod cię­ża­rem nie­zli­czo­nych sprze­czek, kłótni i dys­ku­sji – udo­wod­nił, że posiada cechy tej zacnej rośliny. Stój tam, gdzie sto­isz, nie zgi­naj się ani o cal. Jestem dla niego nie­spra­wie­dliwa, pomy­ślała. Ale tak mi cho­ler­nie smutno, że z tego wszyst­kiego chce mi się rzy­gać.

Wska­zówka zegara zbli­żała się do siód­mej, do czasu radio­wych wia­do­mo­ści, a Karl-Erik wyta­czał cięż­kie i nie­moż­liwe do odpar­cia argu­menty na to, że Ebba ma być ugosz­czona w domu. Rose­ma­rie przy­szło na myśl, że tak naprawdę chcia­łaby podejść do niego, wycią­gnąć mu język z ust i go uciąć.

Jego dzia­łal­ność peda­go­giczna była wszak zakoń­czona, więc może to dobry moment.

I zaraz potem poja­wiła się ta auto­ma­tyczna myśl, że znów jest nie­spra­wie­dliwa.

– Okej, okej – powie­działa. – Nie­ważne.

– Czyli tak – odparł. – No to się zga­dzamy. W sto­sunku do Roberta spró­bu­jemy się zacho­wy­wać tak jak zwy­kle. Nie chcę, żeby­śmy o tym wspo­mi­nali. Poroz­ma­wiam z nim w cztery oczy i tyle. Powie­dział, że o któ­rej będzie?

– Pod wie­czór. Przy­je­dzie autem. Nie powie­dział dokład­nie.

Karl-Erik ski­nął w zamy­śle­niu głową, roz­dzia­wił usta i wpa­ko­wał w nie czu­batą łyżkę natu­ral­nego jogurtu z musli, nie­tknię­tego ludzką ręką i wzbo­ga­co­nego o trzy­dzie­ści dwa korzystne dla zdro­wia mine­rały plus selen.

Odku­rzyła na pię­trze. Karl-Erik, w odru­chu domo­wej soli­dar­no­ści, wziął listę zaku­pów, samo­chód i poje­chał za mia­sto do liczą­cego rok cen­trum han­dlo­wego Coop w Bil­lunds­berg, aby tam nabyć pięć­set kilo uro­dzi­no­wych arty­ku­łów pierw­szej potrzeby oraz cho­inkę. Kiedy Rose­ma­rie tara­ba­niła się z wie­ko­wym i już prze­sta­rza­łym vol­ta­nem – kupio­nym na przed­wio­śniu 1983 roku w skle­pie elek­trycz­nym braci Eriks­so­nów, Wszystko dla Domu, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czal­nym – zasta­na­wiała się, ile waż­nych decy­zji pod­jęła w ciągu swo­jego sześć­dzie­się­cio­trzy­let­niego życia.

Że wyszła za Karla-Erika Bel­fer­dęba? Raczej nie. Spo­ty­kali się już w cza­sach liceum Karo­lin­ska (ona – skromna uczen­nica pierw­szej klasy, on – w gar­ni­tu­rze, ele­gancki i porządny chło­pak z klasy trze­ciej) i skru­szył jej opór, tak jak kru­szył przez resztę ich wspól­nego życia. Kiedy się jej oświad­czył, jej począt­kowe „nie” zmię­kło do postaci „Być może, tylko powin­ni­śmy to prze­ło­żyć do czasu skoń­cze­nia szkoły”, a to z kolei do osta­tecz­nego „No dobrze, ale naj­pierw musimy mieć gdzie miesz­kać”. Pobrali się w roku 1963, w czerwcu 1965 ukoń­czyła eko­no­mikę gospo­dar­stwa domo­wego, spe­cja­li­za­cję włó­kien­ni­czą, a pół roku póź­niej na świat przy­szła Ebba. To także nie była jej decy­zja.

Nauczy­cielką prac ręcz­nych rów­nież została dla­tego, że jej naj­lep­sza (i jedyna) kole­żanka z liceum, Bodil Rönn, już nią była. Szkołę skoń­czyły w tym samym cza­sie i Bodil dostała stałą pracę w Boden, w szkole odda­lo­nej o nie­całe pięć­set metrów od domu jej chło­paka Sunego, gdzie chyba do tej pory miesz­kają. Pisały do sie­bie i przez pięt­na­ście lat były w kon­tak­cie, ale ostat­nia kartka świą­teczna od niej była sprzed sied­miu czy ośmiu lat.

Jak dotąd zero waż­nych decy­zji, pomy­ślała i prze­cią­gnęła vol­tana-potwora przez przed­po­kój, żeby zacząć odku­rzać pokoje gościnne. Albo też dawne pokoje dzie­cięce, czy jak by je teraz nazwać. Pokój Ebby, pokój Roberta i cia­sna nora Kri­stiny, nie więk­sza od schowka – ale też ni­gdy nie pla­no­wali wię­cej niż dwoje dzieci, zwłasz­cza że przy tylko dwóch podej­ściach udało im się mieć po jed­nym każ­dej płci. A jed­nak stało się, jak się stało. Życie pły­nęło nie zawsze według planu: Kri­stina uro­dziła się w 1974 roku. Dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej Rose­ma­rie, za radą gine­ko­loga, odsta­wiła tabletki anty­kon­cep­cyjne i choć kata­stro­falna podróż z Fläskbergsonami do Gre­cji nie zaowo­co­wała przy­jem­nymi wspo­mnie­niami, zakoń­czyła się nie­pla­no­waną córką. Karl-Erik zapo­mniał kupić pre­zer­wa­tywy i nie zdą­żył wycią­gnąć w porę. Shit hap­pens na tym naj­lep­szym ze świa­tów, jak i na każ­dym innym. W cóż to za język ubrały się jej myśli w ten zimny i mokry gru­dniowy pora­nek? God knows, holy cow – tak czy siak, było jakoś ina­czej niż zwy­kle. Lepiej zająć się czymś neu­tral­nym. Jaką to dziś mamy pogodę? Tu na zachod­nim krańcu nie uświad­czył czło­wiek na razie ani cen­ty­me­tra śniegu; kiedy wyj­rzała przez okno, wydało się jej, że nawet świa­tło dnia ska­pi­tu­lo­wało. Niebo przy­po­mi­nało owsiankę.

Dopiero kiedy zwi­nęła długi dywan w przed­po­koju, zdjęła nasadkę i zaczęła odku­rzać par­kiet, udało jej się przy­po­mnieć sobie roz­strzy­ga­jącą decy­zję. Tak, u licha.

Nazy­wał się Göran, nie nosił skar­pe­tek do san­da­łów i w seme­strze zimo­wym zastę­po­wał peda­goga szkol­nego. To był jej trzeci rok w szkole, pięć lat po Kri­sti­nie, i nie mie­ściło jej się w gło­wie, że trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia kobieta z trójką dzieci naprawdę jest kimś, kogo ten bro­daty cza­ruś potrze­buje, dla­tego też odpo­wie­działa „nie”. I naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie to „nie” było naj­waż­niej­szą decy­zją jej życia. Odpra­wie­nie z kwit­kiem świeżo roz­wie­dzio­nego, bar­czy­stego, napa­lo­nego peda­goga; stało się to pod­czas rejsu na służ­bową kon­fe­ren­cję w Fin­lan­dii: Bel­fer­dąb po raz trzeci w życiu zacho­ro­wał (jeśli nie liczyć prze­pu­kliny, z którą się uro­dził), a peda­gog pół nocy spę­dził w jej kabi­nie. Kleił się do niej, zakli­nał i bła­gał. Zapra­szał na wolny od cła varg­tass. Nic z tego. Zapra­szał na wolny od cła likier z moro­szek. Nic z tego.

Zasta­na­wiała się, co się z nim teraz dzieje; miał opa­lone na brą­zowo palce u nóg z inte­re­su­ją­cymi kęp­kami wło­sów i był szansą na odmianę życia, szansą, którą wypu­ściła z rąk. Może i dobrze; jeden jedyny męż­czy­zna uto­ro­wał sobie drogę do jej teraz już na zawsze wyschnię­tego i zamknię­tego łona – ale nic to, z tego, co wie­działa, pta­szek Karla-Erika także ni­gdy nie zbłą­dził przez te czter­dzie­ści dwa lata. Zanim się pobrali, wyznał, że w dru­giej kla­sie, pod­czas zwy­cza­jo­wej cało­noc­nej zabawy przed świę­tem Łucji, przy­gru­chał sobie dziew­czynę, która miała na imię Kata­rina, ale nie była w jego typie, co stało się wyraź­nie widoczne jakoś w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy to zaznała krót­ko­trwa­łej popu­lar­no­ści, po tym jak wzięła zakład­ni­ków w cza­sie napadu na bank w Säffle. Dla­czego napa­dać na bank aku­rat w Säffle?

Tak czy ina­czej, suma waż­nych decy­zji zamknęła się w przy­krej licz­bie jeden. Rose­ma­rie uznała, że dosyć już odku­rza­nia, i zaczęła się zasta­na­wiać, czy na dobrą sprawę byłaby uza­sad­niona opty­mi­styczna myśl, że miała dość siły na numer dwa. Wie­działa, że dom zapi­sany był na ich oboje. Bez jej pod­pisu na doku­men­tach śro­dowa trans­ak­cja speł­znie na niczym. Zain­te­re­so­wana kup­nem para, Singlövowie, miesz­kała obec­nie w Rim­minge; nie wie­działa o nich nic ponad to, że on jest elek­try­kiem i że mają trójkę dzieci.

Nato­miast z tym, że zostało już wpła­cone sto tysięcy koron bez­zwrot­nej zaliczki za trzy­po­ko­jowy dom w Hisz­pa­nii, nie mogła nic zro­bić. Wybrzeże Skle­ro­ty­ków, czy nie tak to się nazy­wało? Przez bole­sną sekundę oczyma wyobraźni zoba­czyła nowy nagłó­wek: ROBI SAM-SE-ROBI WYSYŁA RODZI­CÓW NA WYBRZEŻE SKLE­RO­TY­KÓW. Gdy­bym tylko nie była taka zre­zy­gno­wana, pomy­ślała i po raz kolejny włą­czyła eks­pres do kawy. Gdyby wszystko nie wyda­wało się tak strasz­nie pozba­wione sensu. Skąd mam brać siłę?

Ostat­nie dni i śmierć nauczy­cielki prac ręcz­nych, pomy­ślała chwilę póź­niej, opa­da­jąc na krze­sło z trze­cią tego dnia fili­żanką kawy. Cał­kiem chwy­tliwy tytuł książki czy sztuki teatral­nej, o ile mogła oce­nić, ale samemu sta­no­wić jej treść to chyba nic, z czego można być dum­nym.

Uch – roz­legł się pro­test jakie­goś zwoju mózgo­wego, który wciąż jesz­cze funk­cjo­no­wał – tyloma czar­nymi myślami doprawdy zazwy­czaj się nie ota­czam. Czy to moż­liwe, żebym wczo­raj dostała małego wylewu? Gdy­bym cho­ciaż paliła, mogła­bym przy­naj­mniej pozwo­lić sobie na dymka. No nie, co się dzi­siaj dzieje z moimi myślami? – zasta­na­wiała się Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son.

Była naj­wy­żej dzie­siąta. Na­dal pozo­sta­wało wię­cej niż dwa­na­ście godzin do snu, a jutro dzieci i wnuki zaczną napły­wać jak… no wła­śnie, jak co? Jak żoł­nie­rze przy­mu­sowo zmo­bi­li­zo­wani na odwo­łaną wojnę?

Życie, gdzie podział się twój pazur?

2

Kri­stof­fer Grundt leżał w łóżku i zma­gał się z oso­bli­wym pra­gnie­niem. Chciał prze­sko­czyć cztery naj­bliż­sze dni swo­jego życia.

Może dla innych takie pra­gnie­nie nie było szcze­gól­nie oso­bliwe, nie wie­dział, ale jemu zda­rzyło się to pierw­szy raz. Miał czter­na­ście lat – przy­szło mu do głowy, że może jest to oznaka dora­sta­nia. To, że czło­wie­kowi trudno wytrzy­mać.

Pew­nie, że bał się róż­nych rze­czy. Kla­sówki z matmy. Lek­cji WF-u na base­nie. Zna­le­zie­nia się w nie­pil­no­wa­nym zakątku szkoły jedy­nie w towa­rzy­stwie Oscara Som­mer­la­tha i Kenny’ego Lythéna z 9C.

Ale przede wszyst­kim tego, co wytrzy­mać naj­trud­niej: spoj­rze­nia matki, gdy prze­szy­wała go wzro­kiem, uka­zu­jąc, z jak mar­nej ule­piony jest gliny.

Nie z tej samej co Hen­rik. Co to, to nie – z Kri­stof­fe­rem coś poszło nie tak. Mieli te same geny, tych samych rodzi­ców, te same wspa­niałe warunki; nie, błąd nie tkwił ani w genach, ani w śro­do­wi­sku – cho­dziło jedy­nie o ten maleńki szcze­gół, jakim był on sam. Kri­stof­fer Tobias Grundt i jego krę­go­słup. Nie, źle, Kri­stof­fer Tobias Grundt i jego brak krę­go­słupa. Dziura, którą miał w duszy tam, gdzie zwy­kli ludzie mają cha­rak­ter.

Tak wła­śnie było. Tak źle miały się sprawy, gdy im się bli­żej przyj­rzeć.

Ale żeby prze­ska­ki­wać cztery dni? Z pre­me­dy­ta­cją skra­cać sobie życie o dzie­więć­dzie­siąt sześć godzin? Czy nie jest to kpina z samej… idei życia?

Było wpół do dzie­sią­tej. Nie­dziela. Gdyby zamiast tego był czwar­tek rano, 22 grud­nia, dwa dni do Wigi­lii… Obie­cał sobie, że jeśli w ogóle dotrwa do tego czasu, zatrzyma się i wyśle w prze­szłość podzię­ko­wa­nie. Się­gnie myślami wstecz i przy­po­mni sobie, że czas, cokol­wiek by się o nim sądziło, mimo wszystko pły­nie.

Kło­pot w tym, że czę­sto pły­nie tak strasz­nie nie­mrawo i ni­gdy niczego nie prze­ska­kuje.

Nie prze­sko­czy nie­zno­śnej podróży samo­cho­dem do Kym­linge.

Nie prze­sko­czy babci, dziadka i reszty bez­na­dziej­nych krew­nych.

Nie prze­sko­czy uro­czy­sto­ści z oka­zji sto pią­tej rocz­nicy i rów­nie nie­zno­śnej jazdy z powro­tem do domu.

I, pomy­ślał Kri­stof­fer, zamy­ka­jąc oczy, przede wszyst­kim nie prze­sko­czy roz­mowy z matką.

– Rozu­miem – rze­kła wczo­raj wie­czo­rem z głębi pogrą­żo­nej w mroku sofy w dużym pokoju, gdy już myślał, że udało mu się nie­po­strze­że­nie dostać do środka. – Rozu­miem, że według cie­bie to odpo­wied­nia pora, żeby wra­cać do domu? Jest druga. Chodź tu i chuch­nij.

Pod­szedł i dmuch­nął jej w twarz wąskim stru­mie­niem powie­trza. W ciem­no­ści nie widział jej oczu, a nie sko­men­to­wała od razu. Ale nie łudził się.

– Jutro przed połu­dniem – powie­działa. – Spo­dzie­wam się wyja­śnień. Jestem zmę­czona, Kri­stof­fer.

Wes­tchnął. Obró­cił się w łóżku i zaczął myśleć o Lin­dzie Gran­berg.

To przez Lindę Gran­berg wypił wczo­raj wie­czo­rem sześć piw i kie­li­szek czer­wo­nego wina oraz wypa­lił dzie­sięć papie­ro­sów. To przez Lindę w ogóle zde­cy­do­wał się pójść na tę tak zwaną imprezę u Jensa & Månsa. Jens & Måns byli bliź­nia­kami, cho­dzili do rów­no­le­głej ósmej klasy i mieli rodzi­ców nie­po­czu­wa­ją­cych się do odpo­wie­dzial­no­ści. Któ­rzy na przy­kład szli na wła­sną imprezę w mie­ście i obie­cy­wali, że nie wrócą przed trze­cią. Któ­rzy wpraw­dzie nie kupo­wali im alko­holu, ale w piw­nicy mieli dość pokaźny i dość nie­kon­tro­lo­wany zapas.

Była mowa o ośmiu oso­bach, ale Kri­stof­fer doli­czył się co naj­mniej pięt­na­stu. Ludzie wcho­dzili i wycho­dzili. Swoje cztery piwa opróż­nił w nie­całą godzinę; Erik mówił, że idzie lepiej, jeśli od początku porząd­nie dawać w pal­nik – podzia­łało cał­kiem nie­źle. Wyglą­dało na to, że Linda nie pozo­staje w tyle; odwa­żył się wci­snąć koło niej na kanapę i roz­ma­wiał z nią w spo­sób, na jaki ni­gdy wcze­śniej się nie zdo­był. Śmiała się z niego i z nim, a tuż przed jede­na­stą wzięła go za rękę i powie­działa, że go lubi. Pół godziny i jedno piwo na głowę póź­niej zaczęli się cało­wać – to był jego pierw­szy raz. Sma­ko­wała cudow­nie: piwem, chip­sami, świe­żym tyto­niem i czymś jesz­cze, mięk­kim, cie­płym i dobrym, po pro­stu sobą. Samą… jak to się nazy­wało?… esen­cją… Lindy Gran­berg. Kiedy teraz, dzie­sięć godzin póź­niej, leżał w łóżku, prze­su­wa­jąc języ­kiem po pod­nie­bie­niu, wciąż znaj­do­wał resztki tego smaku.

Było to jed­nak szybko roz­pły­wa­jące się i przy­kre wspo­mnie­nie. Przede wszyst­kim przy­kre. Po cało­wa­niu wci­nali pizzę rękami pro­sto z pude­łek, jeden z bliź­nia­ków roz­dał wszyst­kim kwa­śne wino z kar­tonu w pla­sti­ko­wych kubecz­kach i Lin­dzie zro­biło się nie­do­brze. Wstała, zata­cza­jąc się tro­chę, i powie­działa, że zaraz wróci. Chwiej­nym kro­kiem udała się tam, gdzie powinna być toa­leta, a pół godziny póź­niej zna­lazł ją zupeł­nie gdzie indziej, śpiącą w ramio­nach Kril­lego Lun­dina z 9B. Wyże­brał od Erika jedno piwo, wypa­lił jesz­cze trzy papie­rosy i poszedł do domu. Kiedy się głę­biej nad tym zasta­no­wił, nie tylko naj­bliż­sze cztery dni chciałby wyma­zać; chęt­nie pozbyłby się też wczo­raj­szego dnia.

Linda Gran­berg, fuck you, pomy­ślał, ale były to tylko puste słowa, a dokład­nie rzecz bio­rąc, wła­śnie to chciał prze­cież z nią zro­bić. Mówiąc szcze­rze. Dobrze wie­dział, że gdyby tylko tro­chę lepiej roze­grał swoją par­tię, to on, a nie Hokej-Krille Lun­din, leżałby tam i ją obej­mo­wał. Życie jest cza­sem tak cho­ler­nie przy­pad­kowe, ale wia­domo, że pięt­na­sto­letni hoke­ista z ligi junio­rów ma tysiąc razy więk­sze szanse niż… no wła­śnie, kto? Cie­płe klu­chy? Mega­fra­jer? Zero, nerd, wiel­kie nic? Do wyboru, do koloru.

Wzdry­gnął się, gdy zoba­czył, że w drzwiach stoi matka.

– Jedziemy teraz na małe zakupy. Wstań może i zjedz śnia­da­nie, poroz­ma­wiam z tobą po powro­cie.

– Jasne – powie­dział.

Miało to zabrzmieć dziar­sko i życz­li­wie, ale dźwięk, jaki dobył się z gar­dła, przy­po­mi­nał bar­dziej pisk malut­kiego zwie­rzątka, które sta­nęło na dro­dze kosiarki do trawy.

* * *

– Ustalmy może naj­pierw, kogo ma ta roz­mowa doty­czyć.

– Mnie – odpo­wie­dział Kri­stof­fer, pró­bu­jąc odpo­wie­dzieć na sta­lowe spoj­rze­nie matki swoim wła­snym, zie­lon­ka­wym. Nie za bar­dzo się to udało.

– Tak, Kri­stof­fer, cie­bie – odparła powoli, skła­da­jąc ręce przed sobą na stole.

Byli sami. Godzina wpół do dwu­na­stej. Tata znów poszedł coś zała­twić. Hen­rik wró­cił wczo­raj póź­nym wie­czo­rem, po pierw­szym wyczer­pu­ją­cym seme­strze na uni­wer­sy­te­cie w Uppsali. Jedne i dru­gie drzwi były zamknięte, buczała zmy­warka.

– Słu­cham.

– Mie­li­śmy umowę – odparł. – Ja ją zła­ma­łem.

– Ach tak?

– Mia­łem być w domu o dwu­na­stej. Przy­sze­dłem o dru­giej.

– Dzie­sięć po.

– Dzie­sięć po dru­giej.

Pochy­liła się tro­chę w jego stronę. Gdyby tak mnie przy­tu­liła, pomy­ślał. Już teraz. Wie­dział jed­nak, że to nie nastąpi, dopóki wszystko nie będzie wyja­śnione. A nie wszystko było wyja­śnione. I jesz­cze długo nie będzie.

– Nie lubię zada­wać pytań, Kri­stof­fer. Chcesz powie­dzieć coś wię­cej?

Wziął głę­boki oddech.

– Skła­ma­łem. Już wcze­śniej.

– Nie rozu­miem.

– Wcze­śniej. Wcale nie mia­łem zamiaru iść do Jonasa.

Zazna­czyła zdzi­wie­nie, o dwa mili­me­try uno­sząc brew. Nic jed­nak nie powie­działa.

– Mówi­łem, że mamy z Jona­sem oglą­dać u niego film, ale kła­ma­łem.

– Tak?

– Byłem u bliź­nia­ków.

– Jakich bliź­nia­ków?

Dla­czego cały czas prze­ry­wasz pyta­niami, skoro nie chcesz ich zada­wać? – pomy­ślał.

– Månsa i Jensa Pet­ters­so­nów.

– Rozu­miem. I dla­czego musia­łeś skła­mać?

– Jak­bym powie­dział, toby­ście mnie nie puścili.

– Dla­czego mie­li­by­śmy cię nie puścić?

– Dla­tego, że to nie… to nie jest dobre miej­sce na sobotni wie­czór.

– Dla­czego nie­do­brze jest cho­dzić do braci Pet­ters­so­nów w sobotę wie­czo­rem?

– Oni piją… pili­śmy. Było dzie­sięć, pięt­na­ście osób, pili­śmy piwo i pali­li­śmy. Nie wiem, dla­czego tam posze­dłem, to było bez­na­dziejne.

Kiw­nęła głową, widział, że spra­wił jej dużą przy­krość.

– Nie bar­dzo rozu­miem. To po co posze­dłeś? Jakiś powód musia­łeś mieć.

– Nie wiem.

– Nie wiesz, dla­czego coś robisz, Kri­stof­fer? To poważna sprawa.

Wyglą­dała teraz na zmar­twioną, auten­tycz­nie zmar­twioną. No przy­tul mnie, do kurwy nędzy, pomy­ślał. I tak ni­gdy nie speł­nię two­ich ocze­ki­wań. Przy­tul mnie i olejmy sprawę.

– Chcia­łem tylko spró­bo­wać… tak mi się wydaje.

– Czego spró­bo­wać?

– Jak to jest.

– Co?

– Pić i palić, do kurwy nędzy! Skończ już, nie widzisz, że nie mogę…

Płacz i zre­zy­gno­wa­nie wez­brały w nim gwał­tow­niej i szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał; w pew­nym sen­sie był z tego zado­wo­lony. Przy­jem­nie było móc się pod­dać. Sku­lił się nad sto­łem z twa­rzą wtu­loną w rękaw i pła­kał. Ona się jed­nak nie poru­szyła i nic nie powie­działa. Po minu­cie czy dwóch uspo­koił się, wstał i poszedł urwać znad zlewu jakieś pół metra papie­ro­wego ręcz­nika. Wydmu­chał nos i wró­cił do stołu.

Sie­dzieli jesz­cze przez chwilę w ciszy i pomału dotarło do niego, że naprawdę nie zamie­rza go przy­tu­lić.

– Kri­stof­fer, chcę, żebyś opo­wie­dział to samo tacie – powie­działa. – I chcia­ła­bym wie­dzieć, czy zamie­rzasz dalej nas okła­my­wać, czy jed­nak możemy na tobie pole­gać. Może od teraz wolisz prze­by­wać wię­cej w towa­rzy­stwie braci Pet­ters­so­nów? Jeste­śmy twoją rodziną, tata, ja i Hen­rik, ale jeżeli wolał­byś…

– Nie, ja… – chciał prze­rwać, ale to ona prze­rwała jemu.

– Nie teraz – powie­działa. – Wej­ście na drogę prawdy lub kłam­stwa to ważna decy­zja. Naj­le­piej zasta­nów się nad tym przez kilka dni.

Wstała i zosta­wiła go samego.

Nie, pomy­ślał, nie dotknęła mnie ani razu. Nawet nie pogła­dziła po ple­cach.

Zaczęło nagle w nim wzbie­rać jakieś osłu­pie­nie, rów­nie nowe, co para­li­żu­jące. Pocze­kał chwilę, po czym wybiegł z kuchni i wbiegł po scho­dach do swo­jego pokoju. Usły­szał, że po dru­giej stro­nie cien­kiej ściany obu­dził się Hen­rik; rzu­cił się na łóżko i zaczął bez­gło­śnie modlić się o to, żeby star­szy brat zde­cy­do­wał się wziąć prysz­nic, zanim przyj­dzie się z nim przy­wi­tać.

Wymie­ni­liby mnie, gdyby mogli, pomy­ślał Kri­stof­fer Grundt. Tak, dawno już wymie­ni­liby mnie na kogoś innego.

Leif Grundt przy­tu­lił syna tro­chę jakby od nie­chce­nia. Po krót­kiej roz­mo­wie, którą z nim odbył, zanim sie­dli do kola­cji, po raz kolejny doszedł do wnio­sku, że on i jego żona dosyć się od sie­bie róż­nią.

Deli­kat­nie mówiąc. Ebba to zna­ko­mi­tość i zagadka, tak ją defi­nio­wał, a do tego zagadka, na któ­rej roz­wią­za­nie już dawno stra­cił nadzieję. Bez­pow­rot­nie. W przy­padku alko­ho­lowo-tyto­nio­wego debiutu Kri­stof­fera – jeżeli naprawdę można tu mówić o debiu­cie, jak upar­cie i wytrwale utrzy­my­wał – dla żony liczyło się kłam­stwo. Wpro­wa­dze­nie w błąd, roz­myślne zła­ma­nie umowy. Jeśli cho­dzi o Leifa, miał dokład­nie odwrotne zda­nie. Jeśli chło­pak chciał pić i palić, to, na miły Bóg, nie mógł chyba powie­dzieć tego wcze­śniej rodzi­com? Można się doro­bić mar­sko­ści wątroby od alko­holu i raka płuc od papie­ro­sów, ale nikt chyba jesz­cze nie umarł od małego kłam­stwa?

Lep­szy trzeźwy kłamca niż praw­do­mówny alko­ho­lik, pomy­ślał Leif Grundt. Gdyby miał wybie­rać przy­szłość swoim dzie­ciom. Wie­dział jed­nak, że ni­gdy nie będzie mu to dane.

Temu, że jego sto­su­nek do kłam­stwa jako takiego był cokol­wiek wąt­pliwy, nie spo­sób zaprze­czyć. Tro­chę wyol­brzy­mia­jąc, czego także nie zamie­rzał robić, zwłasz­cza przy żonie, można by stwier­dzić, że całe ist­nie­nie rodziny Grund­tów opiera się na kłam­stwie. O tak, wła­śnie poważ­nej i wspa­nia­łej misty­fi­ka­cji chłopcy w ogóle zawdzię­czają przyj­ście na świat.

Gdyby Leif Grundt trzy­mał się prawdy, ni­gdy nie dobrałby się ich matce do maj­tek. Ale do rze­czy. Myśl, że Ebba Her­mans­son pozwoli pra­cow­ni­kowi działu mię­snego w spół­dzielni Kon­sum ode­brać sobie dro­go­cenne dzie­wic­two, była rów­nie nie­praw­do­po­dobna jak to, że… że jego jąka­jący się przy­rodni brat Henry ożeni się z Pamelą Ander­son. Leif to wie­dział, Ebba też. Rów­nie dobrze wie­dział, że ona do tego psy­cho­lo­gicz­nego faktu się nie przy­zna, nawet gdyby ją posta­wić przed plu­to­nem egze­ku­cyj­nym. Kiedy wio­sną 1985 roku na balu stu­denc­kim w Uppsali (wszedł dzięki sfał­szo­wa­nej legi­ty­ma­cji) zde­cy­do­wał się wystą­pić jako stu­dent prawa Leif von Grundt, ta wła­śnie nobi­li­tu­jąca toż­sa­mość, nie zaś jego na wskroś pro­za­iczna fujarka z Kon­sumu koło dru­giej w nocy na stan­cji u Ebby, zała­twiła mu wstęp na jej dzie­wi­cze mokra­dła. O tak.

– Kła­ma­łeś – stwier­dziła dwa mie­siące póź­niej, kiedy wyni­kłej z tego ciąży nie spo­sób już było dłu­żej kwe­stio­no­wać.

– Tak – przy­znał się. – Chcia­łem cię mieć, a to był jedyny spo­sób, żeby cię zdo­być.

– Jesteś nie­spra­wie­dliwy – odparła. – Doce­ni­ła­bym twoją szcze­rość.

– Bar­dzo moż­liwe – powie­dział. – Ale nie na twoim doce­nie­niu mi zale­żało.

– I tak bym ci się oddała.

– Wąt­pię – odparł Leif Grundt. – Naprawdę bar­dzo wąt­pię. Co chcesz zro­bić?

– Zro­bić? – zapy­tała Ebba Her­mans­son. – Zamie­rzam wyjść za cie­bie i uro­dzić dziecko, rzecz jasna.

I na tym sta­nęło.

Kosz­to­wało ją to rok prze­rwy w stu­diach medycz­nych, nie wię­cej. Mak­sy­malne wyko­rzy­sta­nie urlopu ojcow­skiego było nie­malże obo­wiąz­kiem, jeśli pra­co­wało się w Kon­su­mie w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych. A kiedy pięć lat póź­niej na świat przy­szedł Kri­stof­fer, był to jak naj­bar­dziej zapla­no­wany krok przed zbli­ża­jącą się dwu­let­nią prak­tyką lekar­ską Ebby. Jak na zawo­ła­nie poja­wiła się też wycze­ki­wana koniunk­cja: szpi­tal w Sund­svall i jakby stwo­rzona z myślą o nim posada kie­row­nika Kon­sumu przy Ymer­ga­tan w tym samym mie­ście. Pomału udało się rów­nież zała­twić spe­cja­li­za­cję – a na to, że różne sprawy naprawdę można połą­czyć, Ebba Her­mans­son Grundt była żywym dowo­dem, kiedy jako trzy­dzie­sto­ośmio­let­nia matka dwójki dzieci objęła w rze­czo­nym szpi­talu posadę ordy­na­tora oddziału chi­rur­gii naczy­nio­wej. Swego dia­beł nie ruszy, za dwa dni skoń­czy czter­dziestkę.

Tak myślał Leif Grundt, uśmie­cha­jąc się krzywo w duchu. Szcze­rość kon­tra kłam­stwo to bar­dziej skom­pli­ko­wana sprawa, niż się ludziom na ogół wydaje – tę prawdę głę­boko w sobie pie­lę­gno­wał. W swego rodzaju maga­zy­nie mądro­ści życio­wej, można by tak rzec, do któ­rego wpraw­dzie co jakiś czas zaglą­dał, lecz coraz rza­dziej zapra­szał tam żonę. Bo, co tu gadać, nie było powodu.

Cho­ciaż z dru­giej strony gów­niarz zaczął pić i palić – jasne, że należy mu się nagana. Powi­nien się wsty­dzić, czuć naprawdę źle i tyle.

Zado­wo­lony z tego pro­stego wnio­sku Leif Grundt usiadł do stołu razem z synami i żoną. Był nie­dzielny wie­czór, na świe­cie na dobrą sprawę żyło się dobrze. Jutro podróż do Kym­linge i trzy dni ist­nego pie­kła, wie­dział o tym, ale jutro to jutro i nie warto teraz mysleć o przy­szłych udrę­kach.

3

Już przy pierw­szym, tro­chę krę­pu­ją­cym spo­tka­niu tydzień po skan­dalu Robert Her­mans­son wyznał swo­jemu tera­peu­cie, że ma myśli samo­bój­cze.

Była to jed­nak odpo­wiedź na bez­po­śred­nie pyta­nie; czuł, że ten nie­śmiały szczu­ro­waty męż­czy­zna w przy­ciem­nia­nych oku­la­rach chce, by tak powie­dział. Ocze­ki­wano od niego myśli samo­bój­czych, powie­dział więc, że tak, oczy­wi­ście, po tym, co się stało, myślał o tym wie­lo­krot­nie.

Także przed samym sobą przy­zna­wał, że byłoby to cał­kiem logiczne zakoń­cze­nie całego tego szajsu, że wspa­niale byłoby nie prze­wra­cać się już z boku na bok każ­dej nocy, przy­po­mi­na­jąc sobie swoje żało­sne, zmar­no­wane życie. Wspa­niale byłoby nie budzić się wię­cej przed połu­dniem, spo­co­nym ze stra­chu przed kolej­nym dniem bez zna­cze­nia.

A pogardę dla samego sie­bie móc wresz­cie kop­nąć w dupę, myślał. Zro­bić krok nad prze­pa­ścią i znik­nąć. Nikt, ani jedna osoba nie mia­łaby wra­że­nia, że jest w tym cokol­wiek dziw­nego, gdyby Robert Her­mans­son ode­brał sobie życie.

Nie­mniej czuł, że tak by się nie stało. Jak zwy­kle zabra­kłoby mu siły. Co zro­bić z życiem, które jesz­cze miał przed sobą – nie wie­dział; pew­nie cho­dziło o to, żeby prze­trzy­mać naj­bliż­szy mie­siąc, a potem wyje­chać za gra­nicę. Był na zwol­nie­niu do 26 grud­nia, na zastęp­stwie w gaze­cie miał pozo­stać do końca roku, a nie łudził się, że w stycz­niu będą go chcieli zatrud­nić na dłu­żej.

Jakieś pomniej­sze wydaw­nic­two ode­zwało się z pro­po­zy­cją wyda­nia „jego wer­sji” w for­mie książ­ko­wej, obie­cy­wali zaliczkę w wyso­ko­ści pięć­dzie­się­ciu tysięcy koron i pro­fe­sjo­nal­nego gho­stw­ri­tera. Wyja­śnił, że w żad­nym wypadku nie potrze­buje gho­stw­ri­tera, i pro­sił o czas do namy­słu. Może powi­nien sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji? Czemu nie? Mógłby wziąć pie­nią­dze, poje­chać na Wyspy Kana­ryj­skie, do Taj­lan­dii czy cho­lera wie gdzie. Nie, nie znów Taj­lan­dia. Ale wyle­gi­wać się dwa mie­siące na leżaku z ręko­pi­sem swo­jej sta­rej powie­ści i w końcu dopiąć ją na ostatni guzik… Czło­wiek bez psa. Może by to wzięli? Może tak naprawdę to gów­niane wydaw­nic­two nie było zain­te­re­so­wane jego wer­sją wyda­rzeń na wyspie, a samym jego nazwi­skiem. Robi Sam-Se-Robi Her­mans­son.

A nawet jeśli potem by odrzu­cili, to czy nie ucieczki wła­śnie potrze­bo­wał? Pracy w sku­pie­niu. Odosob­nie­nia i dobrej pogody. Sie­dem lat minęło, odkąd ostatni raz prze­glą­dał Czło­wieka bez psa, może wła­śnie takiej prze­rwy i takiej sytu­acji było mu trzeba, żeby doszli­fo­wać tekst i wydać powieść. W końcu. Cztery naj­więk­sze kra­jowe wydaw­nic­twa dostały go do oceny, Bon­niers w dwóch turach; Robert miał oka­zję prze­czy­tać opi­nie trzech recen­zen­tów i roz­ma­wiał z dwoma wydaw­cami. Zwłasz­cza czło­wiek z Albert Bon­niers Förlag zro­bił mu nadzieję. Nie­mal nachal­nie pro­sił go, by przej­rzał te sześć­set pięć­dzie­siąt stron, wyciął przy­naj­mniej sto pięć­dzie­siąt i dał znać. W zasa­dzie byli chętni, by książkę wydać, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści.

Ale wtedy, we wrze­śniu 1999 roku, kiedy Seikka wyja­wiła swoje zamiary, nie był w sta­nie. Nie potra­fił siąść i ponow­nie dłu­bać w meta­fo­rach. Kto by potra­fił? Miał na kon­cie dwa tomy wier­szy. Kamienne drzewo z 1991 i Przy­padki han­dla­rza owo­ców z 1993 roku. Oba zebrały przy­zwo­ite recen­zje; pisano, że poszu­kuje wła­snego głosu; wziął udział w czte­rech spo­tka­niach autor­skich i jed­nym festi­walu poezji.

Nie, dla­czego Robert Her­mans­son miałby się wie­szać? Ist­niała jesz­cze nadzieja.

Czy przy­naj­mniej moż­li­wość ucieczki, o któ­rej myślał przed chwilą. Wię­cej nie żądał.

Ni­gdy nie żądał wiele od życia. Życie wyma­gało od niego wię­cej niż on od życia, czyż nie tak było? O dwu­na­stej w nie­dzielę 18 grud­nia jesz­cze nie wstał z łóżka, roz­wią­zał pół krzy­żówki w piąt­ko­wym „Sven­ska Dag­bla­det” i ze trzy razy przy­snął. Moż­li­wość ucieczki, pomy­ślał. Sym­bol mojego życia?

Praw­do­po­dob­nie tak można było na to spoj­rzeć. Ni­gdy nie musiał niczego zno­sić, a gdyby nawet się nauczył, to coś nie znio­słoby jego. Miał trzy­dzie­ści pięć lat i zaj­mo­wał się w życiu jed­nym – poszu­ki­wa­niem cze­goś innego. Tak, do cho­lery, pomy­ślał, odwra­ca­jąc poduszkę, gdy dora­stało się w cie­niu Ebby, tęskni się za słoń­cem.

Prze­żu­wał tę myśl wiele razy i już dawno stra­ciła słodki smak. Pewne rze­czy można zrzu­cać na rodzinę i star­szą sio­strę, ale nie bez końca. Czło­wiek może być ofiarą zewnętrz­nych oko­licz­no­ści, ale chyba nie przez całe życie, zwłasz­cza jeśli należy się do szwedz­kiej klasy śred­niej końca dwu­dzie­stego wieku. Robiąc prze­gląd histo­rii i geo­gra­fii, trudno było zna­leźć ludzi mają­cych rów­nie wiel­kie moż­li­wo­ści decy­do­wa­nia o wła­snym życiu, co Ebba, Robert i Kri­stina Her­mans­so­no­wie. Był to – mówiąc języ­kiem taty, Karla-Erika – nie­zbity fakt.

A ści­ślej mówiąc, to prze­cież, od czasu gdy stał się kowa­lem wła­snego losu, wszystko zaczęło iść nie tak. We wła­ści­wym ter­mi­nie zdał maturę w kla­sie o pro­filu bio­lo­giczno-che­micz­nym, w liceum w rodzin­nym Kym­linge. Był rok 1988. Nawet jeśli nie był naj­lep­szy w kla­sie, oceny miał bez wąt­pie­nia chlubne. Nie na pozio­mie tych, z któ­rymi kilka lat wcze­śniej skoń­czyła szkołę Ebba, ale też nikt tego nie wyma­gał. Tej samej jesieni poszedł do woja, gdzie przez dzie­sięć mie­sięcy har­to­wał się na męż­czy­znę jako dowódca grupy pan­cer­nej w Strägnäs. Nie­na­wi­dził każ­dego dnia. Każ­dej minuty. W 1989 roku prze­niósł się do Lund i zaczął stu­dio­wać.

Nauki huma­ni­styczne. Ojciec odra­dzał, star­sza sio­stra odra­dzała, ale on się uparł. Poznał Made­le­ine – była ładna, odważna i trzy­mała jego stronę. Uczyli się filo­zo­fii i pie­przyli się. Uczyli się histo­rii idei i pie­przyli się. Pili czer­wone wino, popa­lali hasz, uczyli się lite­ra­tu­ro­znaw­stwa i pie­przyli się. Pró­bo­wali amfe­ta­miny, ale w porę odsta­wili, uczyli się histo­rii sztuki, pie­przyli się, wydali dwa tomiki wier­szy (Robert), a jeden im odrzu­cono (Made­le­ine). Uczyli się fil­mo­znaw­stwa, usły­szeli odmowę wyda­nia sześć­set­pięć­dzie­się­cio­stro­ni­co­wej powie­ści (Robert), pie­przyli się, zaszli w ciążę (Made­le­ine), skoń­czyli z haszem, ale i tak w trze­cim mie­siącu poro­nili, a potem mieli: a) zespół lęku napa­do­wego (Made­le­ine), b) dosyć Roberta (Made­le­ine), na zła­ma­nie karku zor­ga­ni­zo­wali prze­pro­wadzkę do rodzi­ców do Växjö (Made­le­ine). Patrzyli bez­czyn­nie, jak wszystko wokół się wali (Robert).

I przed komi­sją sty­pen­dialną, i przed rodziną udało mu się w jakiś spo­sób pod­trzy­mać ilu­zję, że naprawdę stu­diuje, ale po odej­ściu Made­le­ine było finito. Miał dwa­dzie­ścia cztery lata, od dyplomu dzie­liły go setki kilo­me­trów. Miał do spła­ce­nia ponad trzy­sta pięć­dzie­siąt tysięcy koron pań­stwo­wej pożyczki i nad­uży­wał alko­holu. Jego piękna i odważna narze­czona zosta­wiła go, a oba wychwa­lane tomiki wier­szy sprze­dały się w łącz­nej licz­bie stu dwu­na­stu egzem­pla­rzy. Był naj­wyż­szy czas na inter­wen­cję rodziny.

Do jesieni 1994 roku wszystko było roz­wią­zane (oprócz pożyczki na stu­dia, która chyba miała go prze­śla­do­wać nawet w gro­bie). Przy pomocy męża sio­stry – zatrud­nio­nego w spół­dzielni nudzia­rza z Medel­pad – udało się wycza­ro­wać sto­sun­kowo dobrze płatną posadę w biu­rze okrę­go­wym w Jönköpingu. Papier­kowa robota plus trzy, cztery wyjazdy w mie­siącu do róż­nych skle­pów spół­dzielni Kon­sum w pół­noc­nej Smålandii i Västergötlandii. Robert ugiął się i na to przy­stał. Duma do kie­szeni, a arty­styczna dusza na wewnętrzną emi­gra­cję – nie było wyboru. W pierw­szym tygo­dniu wrze­śnia prze­niósł się do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z jako takim wido­kiem na jezioro Vättern, a w trze­cią sobotę wie­czo­rem, w trze­cim (i ostat­nim) pubie w mie­ście poznał Seikkę. Pra­co­wała w przed­szkolu i cho­dziła na wie­czo­rowe zaję­cia twór­cze w róż­nych sto­wa­rzy­sze­niach oświa­to­wych. Była to twór­czość róż­nego rodzaju, od aro­ma­te­ra­pii po femi­ni­styczne szki­co­wa­nie aktów i trans­cen­den­talną samo­obronę. W grud­niu zamiesz­kali razem, a w listo­pa­dzie 1995 roku uro­dziła im się córka Lena-Sofie.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie Robert zaczął bie­gać, ina­czej wewnętrzne napię­cie roz­sa­dzi­łoby go. Z początku dzie­sięć, dwa­na­ście kilo­me­trów co wie­czór, potem coraz dłuż­sze odcinki. W 1996 roku pobiegł w trzech mara­to­nach z cza­sem poni­żej 2.50 (z wyjąt­kiem ostat­niego, kiedy musiał skoń­czyć nie­całe dwa kilo­me­try przed metą z powodu kło­po­tów żołąd­ko­wych, ale czas miał w gra­ni­cach 2.46 i pół). Zapi­sał się do klubu lek­ko­atle­tycz­nego Vin­dar­nas IF, i odkrył, że ma praw­dziwy talent do bie­gów dłu­go­dy­stan­so­wych. Swoje pierw­sze pięć kilo­me­trów prze­biegł w zwy­kłych zawo­dach klu­bo­wych i wygrał z prze­wagą trzy­stu metrów. Nawią­zał kon­takt listowny ze zna­nym fizjo­lo­giem sportu, który wyja­śnił mu, że dłu­go­dy­stan­sowcy czę­sto osią­gają szczyt swo­ich moż­li­wo­ści po trzy­dzie­stce i z poważ­nym tre­nin­giem można spo­koj­nie zacze­kać do dwu­dzie­stego pią­tego roku życia. Robert miał dwa­dzie­ścia sześć lat, pamię­tał Evy Palm.

Naj­bliż­sze trzy sezony miały więc stać się cza­sem jego wiel­ko­ści. W 1997 roku został mistrzem okręgu na pięć i dzie­sięć tysięcy metrów, ale dopiero kiedy bez przy­go­to­wa­nia tech­nicz­nego wystar­to­wał na sta­dio­nie w Malmö w biegu z prze­szko­dami na trzy tysiące metrów, zna­lazł swoją dys­cy­plinę. Był trzeci, po bie­ga­czu repre­zen­ta­cji i uty­tu­ło­wa­nym Polaku, ze zna­ko­mi­tym cza­sem 8.58.6.

Lena-Sofie uro­sła i poszła do przed­szkola, Seikka zapi­sy­wała się na nowe kursy. Zanie­dby­wał je, prze­szedł na pół etatu, żeby mieć czas na tre­ningi. Kochali się raz w mie­siącu. Na święta poje­chali do teściów do Lap­pe­en­ranty w Fin­lan­dii. Robert wdał się w bójkę ze szwa­grem i naba­wił czte­ro­cen­ty­me­tro­wej bli­zny pod lewym uchem. W 1998 roku po raz pierw­szy wystą­pił w zawo­dach lek­ko­atle­tycz­nych Fin­n­kam­pen. Czwarte miej­sce i drugi czas w repre­zen­ta­cji Szwe­cji – 8.42.5. Swój rekord życiowy na mistrzo­stwach Szwe­cji w Umeå popra­wił na 8.33.2, zdo­by­wa­jąc srebrny medal. Seikka i Robert kochali się raz na kwar­tał. Teścio­wie, korzy­sta­jąc z urlopu, przy­je­chali na tydzień z wizytą do Jönköpingu. Obe­szło się bez bójek i innych zgrzy­tów. W cza­sie świąt u Rose­ma­rie i Karla-Erika przy Allvädersgatan w Kym­linge Lena-Sofie ugry­zła dziadka w wargę aż do krwi.

Rok 1999 był ostat­nim rokiem dla Roberta jako lek­ko­atlety. Nie udało mu się wyśru­bo­wać rekordu życio­wego; pró­bo­wał, ale co jakiś czas dawało mu się we znaki ścię­gno Achil­lesa, choć i tak powtó­rzył czwarte miej­sce w Fin­n­kam­pen, tym razem na wyjeź­dzie, na sta­dio­nie olim­pij­skim w Hel­sing­fors. Teścio­wie też byli i oglą­dali. Na ostat­nim zakrę­cie i fini­szu Robert wal­czył łeb w łeb z fiń­skim bie­ga­czem o trze­cie miej­sce, ale na ostat­nich metrach pod­dał się. Pierw­sze, dru­gie i trze­cie miej­sce zajęli Fino­wie. Zawody były w sierp­niu, z Seikką kochali się ostat­nio w kwiet­niu i kiedy wró­cił do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia z wido­kiem na jezioro Vättern, oka­zało się, że opróż­niła je z sie­bie, córki i całego kobie­cego dobytku. Na stole w kuchni leżała kartka; napi­sała, że już go nie kocha, że wcale go nie obcho­dziła ani ona, ani Lena-Sofie, że wraca do domu do Fin­lan­dii i nie chce go wię­cej widzieć.

Robert uznał, że każde słowo tra­fia w sedno, i zde­cy­do­wał, że da za wygraną. Jed­nak trzy razy wybie­rał numer do teściów, ale też trzy razy odkła­dał słu­chawkę, gdy tylko usły­szał sygnał.

Wyda­rzyło się to póź­nym wie­czo­rem w nie­dzielę 29 sierp­nia 1999 roku, a w ponie­dzia­łek zadzwo­nił tam­ten życz­liwy wydawca z Albert Bon­niers Förlag i zachę­cał go do zabra­nia się do Czło­wieka bez psa na poważ­nie. Robert rze­czy­wi­ście sie­dział nad opa­słym ręko­pi­sem kilka godzin w ponie­dzia­łek i wto­rek wie­czo­rem, ale potem poczuł, jak wewnętrzna pustka para­li­żuje w nim wszyst­kie arty­styczne wysiłki. Wrzu­cił sześć­set pięć­dzie­siąt stron do bor­do­wej skrzyni z meta­lo­wymi oku­ciami, gdzie prze­le­żały aż do grud­nia 2005 roku.

Popra­co­wał jesz­cze dwa tygo­dnie w biu­rze okrę­go­wym, a pod koniec wrze­śnia cały doby­tek i wszystko, co nie zmie­ściło się do jed­nego ple­caka, oddał na prze­cho­wa­nie i prze­niósł się do Austra­lii.

Dzwo­nek tele­fonu prze­rwał Rober­towi ana­lizę życia. Dzwo­niła matka. Powie­działa, że ojciec chce wie­dzieć, kiedy przy­je­dzie.

– A ty nie chcesz wie­dzieć? – zapy­tał.

– Oczy­wi­ście, Rober­cie. Nie łap mnie za słówka – odparła Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son.

– Dobra, mamo. Jutro wie­czo­rem. Muszę parę rze­czy zała­twić, ale koło dru­giej, trze­ciej wyjadę.

– Robert?

– Tak.

– Jak ty się wła­ści­wie czu­jesz?

– Jest, jak jest.

– Naprawdę nie chcę…

Nie dokoń­czyła zda­nia, a on nie wypeł­nił ciszy.

– Wiem, mamo. No to do zoba­cze­nia jutro wie­czo­rem.

– Robert, cze­kamy na cie­bie. Jedź ostroż­nie. Masz zimowe opony, prawda?

– Tak, mamo. Pa, mamo.

– Pa, synku.

Wstał z łóżka. Było pięt­na­ście po dwu­na­stej. Sta­nął przy oknie i wyj­rzał na mia­sto; zaczął padać śnieg, po raz pierw­szy tej zimy.

Pomy­ślał o matce.

Pomy­ślał o Jeanette. Nie, nie pomy­ślał. Spró­bo­wał ją sobie wyobra­zić.

Zadzwo­niła tydzień wcze­śniej. W zeszłą sobotę.

– Na pewno mnie nie pamię­tasz – powie­działa.

– Nie za bar­dzo – zgo­dził się Robert.

– Jestem od cie­bie tro­chę młod­sza. Ale cho­dzi­li­śmy do tej samej szkoły. W Mal­men i do liceum. Byłam kilka klas niżej od cie­bie.

– Rozu­miem – odparł Robert.

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, po co dzwo­nię.

– Mhm – odparł.

– Widzia­łam ten pro­gram.

– Wiele osób go widziało.

– Jasne. Ale ja po pro­stu… ech, nie wiem, jak mam to powie­dzieć. Lubię cię, Robert.

– Dzięki.

Chciał w tym momen­cie odło­żyć słu­chawkę, ale w jej gło­sie było coś, co mu się spodo­bało. Był tro­chę schryp­nięty i na swój spo­sób poważny. Nie brzmiała jak idiotka, nawet jeśli to, co do tej pory powie­działa, mogło na to wska­zy­wać.

– Prawda jest taka, że zawsze cię lubi­łam. Nale­ża­łeś do tej małej grupki chło­pa­ków, któ­rzy mają w sobie coś wyjąt­ko­wego. Gdy­byś tylko wie­dział, jak czę­sto się o tobie myślało w wieku nastu lat. A…

– Tak?

– A ty nawet nie wiesz, kim ja jestem. Tro­chę to nie­spra­wie­dliwe.

– Przy­kro mi.

– Nie powinno ci być przy­kro. Prze­cież w tym wieku naj­chęt­niej prze­bywa się z wła­sną klasą. Nie patrzy się, że tak powiem, w dół, tak już jest.

Znowu pauza, z któ­rej mógł sko­rzy­stać, poże­gnać się i odło­żyć słu­chawkę. Wyglą­dało, jakby naprawdę chciała dać mu tę szansę.

– Hmm, dla­czego wła­ści­wie dzwo­nisz?

– Wybacz. Widzia­łam ten pro­gram i rozu­miem, że porząd­nie za niego obe­rwa­łeś po dupie.

– No raczej.

– Więc pomy­śla­łam, że może chciał­byś wie­dzieć, że są tacy, któ­rzy na­dal cię lubią. Pew­ność sie­bie, te sprawy.

– Dzięki, ale…

– No i sły­sza­łam, że może wpad­niesz do domu. Twój ojciec i sio­stra obcho­dzą prze­cież uro­dziny. Nie wiem, czy wiesz, ale twój tata był moim wycho­wawcą. Więc pomy­śla­łam, że skoro będziesz tu kilka dni…

– Hmm – odparł Robert.

– To tylko pro­po­zy­cja. Ale ja od pół roku jestem sama. Chęt­nie bym się z tobą napiła wina i poga­dała o życiu. Miesz­kam przy Fabriks­ga­tan, jeśli pamię­tasz, gdzie to jest.

– Chyba tak.

– Żad­nych dzie­cia­ków, nawet kota nie mam. Mogła­bym dać ci mój numer? Zadzwo­nisz, jak będziesz miał ochotę. Poza tym może faj­nie będzie ode­rwać się na chwilę od rodziny?

– Pocze­kaj, sko­czę po dłu­go­pis – powie­dział Robert Her­mans­son.

Nazywa się Anders­son, zdra­dziła to, zanim zakoń­czyli roz­mowę.

Jeanette Anders­son?

Nie, nie był w sta­nie wyło­wić jej z pamięci. Gdyby mógł spoj­rzeć na szkolne zdję­cie, pew­nie by ją roz­po­znał, ale sta­rych albu­mów ze szkol­nymi zdję­ciami nie miał. Robert Her­mans­son nie był czło­wie­kiem, który prze­cho­wy­wałby tego rodzaju relikty.

Kiedy jed­nak parę dni póź­niej zadzwo­niła wie­czo­rem mama i od nowa zaczęła Rober­towi maru­dzić, że musi przy­je­chać na sto piąte uro­dziny, to Jeanette Anders­son stała się języcz­kiem u wagi. Nie było jed­nak tak źle, by nie mógł się do tego przy­znać.

Ale tylko od biedy i tylko przed samym sobą. Może wła­śnie tak to sobie wymy­śliła. Nie oprze się poku­sie, żeby pójść do obcej kobiety, zadzwo­nić do drzwi i wejść do środka.

Oczy­wi­ście, mamu­siu. Przy­jadę.

Opony z kol­cami? Robert Her­mans­son?

Lata w Austra­lii były lep­sze i gor­sze. Przez pierw­szy sezon włó­czył się po Wschod­nim Wybrzeżu i pra­co­wał w nie­zli­czo­nych obiek­tach tury­stycz­nych. Kel­ner, kucharz, recep­cjo­ni­sta, ste­ward, opie­kun zwie­rząt (cho­rych koali, które osiem­na­ście godzin na dobę spały, a jadły i faj­dały pozo­stałe sześć). Byron Bay. Noosa Head. Arlie Beach. Kie­row­nik krę­gielni w Mel­bo­urne. Żadna praca nie trwała dłu­żej niż kilka tygo­dni. Począ­tek nowego tysiąc­le­cia świę­to­wał w pubie irlandz­kim w Syd­ney, także w Syd­ney poznał Paulę i roz­po­czął trzeci (i ostatni?) dłuż­szy zwią­zek w życiu.

Paula była Bry­tyjką i, tak jak Robert, w pew­nym sen­sie na uchodź­stwie. Ucie­kła od bru­tal­nego męża alko­ho­lika. Była w Syd­ney dwa mie­siące, kiedy poznała Roberta; miesz­kała kątem u sio­stry i jej męża, leka­rzy. Ze sobą przy­wio­zła z Anglii córkę Judith, lat cztery i pół. Paula, Judith i Robert zamiesz­kali razem w maju 2000 roku, po nie­spełna pół­rocz­nej zna­jo­mo­ści. Jed­no­cze­śnie prze­nie­śli się na prze­ciw­le­gły brzeg ogrom­nego kon­ty­nentu i osie­dli na stałe w Perth.

Kochał ją. Nie jest jasne, jak to wła­ści­wie było z Made­le­ine i Seikką, się­ga­jąc myślami wstecz, mógł jed­nak przy­siąc, że Paulę kochał. Miała to łagodne i wyro­zu­miałe uspo­so­bie­nie, które kobieta musi mieć, żeby móc miesz­kać przez sześć lat z alko­ho­li­kiem. Robert rozu­miał, że tego uspo­so­bie­nia nie należy wyko­rzy­sty­wać. Było tak, jakby razem dora­stali, poza tym była ładna. Zwłasz­cza jak na Bry­tyjkę. Tak, Paulę kochał.

Judith też. Wła­snej córki, Leny-Sofie, która miała pięć lat, kiedy poznał Paulę, nie widział od bar­dzo dawna; Seikka co dwa, trzy mie­siące wysy­łała maila, odpo­wia­dał przy­jaź­nie, a w port­felu miał dwa zdję­cia. Oczy­wi­ście w jakiejś mie­rze Judith stała się swego rodzaju namiastką i pocie­sze­niem.

Powinno było się udać, pomy­ślał Robert, włą­cza­jąc eks­pres ciśnie­niowy. Z Paulą i Judith powinno było się udać.

Jego trze­cia (i ostat­nia?) poważ­niej­sza próba bycia z kobietą także speł­zła na niczym, nie z powodu jego wła­snych nie­do­sko­na­ło­ści. Prze­ciw­nie, to obo­sieczny miecz złej i nagłej śmierci oraz złej i nagłej reli­gij­no­ści spra­wił, że Paula i Judith go zosta­wiły. Prze­ra­ża­jące sprzy­się­że­nie nie­szczę­śli­wych oko­licz­no­ści, dokład­nie rzecz bio­rąc. W kwiet­niu 2003 roku, po trzech szczę­śli­wych latach (tak wła­śnie o nich myślał i to wiel­kimi lite­rami: Moje Szczę­śliwe Lata), przy­szła bowiem wia­do­mość z Anglii, że ojciec Pauli zgi­nął pod kołami tira. Paula poje­chała z sio­strą i Judith do Bir­ming­ham, żeby być na pogrze­bie i przez kilka tygo­dni wspie­rać matkę. Robert spo­dzie­wał się ich powrotu 28 kwiet­nia. Potem spo­dzie­wał się go 5 maja, a potem 12. Jede­na­stego przy­szedł jed­nak długi mail, w któ­rym Paula wyja­śniała, że stało się coś nie­praw­do­po­dob­nego – nie­gdy­siej­szy dam­ski bok­ser i pijak odna­lazł wiarę i prze­mie­nił się w odpo­wie­dzial­nego i dobrego czło­wieka. Koniec koń­ców to Geof­frey był praw­dzi­wym ojcem Judith, a ona w cza­sie tych tygo­dni w ojczyź­nie na nowo odkryła swoje uczu­cia do niego. Poza tym matka zała­mała się po nagłym odej­ściu ojca i zosta­wiać ją samą byłoby nie w porządku.

Robert zło­żył wypo­wie­dze­nie w fir­mie infor­ma­tycz­nej, w któ­rej pra­co­wał przez ostat­nie osiem­na­ście mie­sięcy, prze­niósł się na drugi koniec kon­ty­nentu i ponad pół roku spę­dził na Manly Beach koło Syd­ney. Kiedy lato na anty­po­dach zaczęło chy­lić się ku jesieni, wró­cił do Szwe­cji. Wylą­do­wał na lot­ni­sku Arlanda 15 marca 2004 roku, zadzwo­nił do młod­szej sio­stry i zapy­tał, czy mógłby się u niej zatrzy­mać.

– Dla­czego nie zadzwo­nisz do Ebby? – zapy­tała Kri­stina.

– No, nie bądź głu­pia – odparł Robert.

– Na jak długo?

– Dopóki cze­goś nie znajdę. Naj­wy­żej kilka tygo­dni.

– Zda­jesz sobie sprawę, że nie­długo rodzę?

– Jeśli to zbyt duży kło­pot, to coś wymy­ślę.

– Niech ci będzie, ciołku cho­lerny – odparła Kri­stina.

* * *

Miesz­kał u Kri­stiny i Jakoba (i Kelvina, który uro­dził się w pierw­szym tygo­dniu maja) w ich domu na Gamla Enskede do połowy czerwca, kiedy to mógł prze­nieść się na Kung­shol­men do dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia, które na­dal wynaj­mo­wał z dru­giej ręki. Jed­no­cze­śnie zaczął pra­co­wać jako bar­man i doszedł do wnio­sku, że jego życie jest jak trzcina na wie­trze.

Czy też jak owad przy żarówce. Pod­leci za bli­sko i się odbija, za bli­sko i się odbija.

Za bli­sko i się spala? Za bli­sko czego?

Mniej wię­cej tak to się odbyło – choć sie­dział w innej knaj­pie i pra­co­wał już doryw­czo jako kol­por­ter dar­mo­wej gazety „Metro” – kiedy w maju 2005 roku prze­czy­tał ogło­sze­nie w „Afton­bla­det” i zgło­sił się do pro­gramu Więź­nio­wie Koh Fuk – naj­gor­sza ze wszyst­kich decy­zji jego życia.

Przy­naj­mniej mam eks­pres ciśnie­niowy, pomy­ślał, odmie­rza­jąc kawę na kolejną fili­żankę. Więk­szość ludzi takiego nie ma.

Unik­nął zagłę­bia­nia się w kolejną ana­lizę trau­ma­tycz­nego paź­dzier­ni­kowo-listo­pa­do­wego wiru wyda­rzeń, ponie­waż zadzwo­nił tele­fon.

– Jak ty się wła­ści­wie czu­jesz?

Iden­tyczne pyta­nie zadała wcze­śniej matka, udzie­lił więc iden­tycz­nej odpo­wie­dzi.

– Jest, jak jest.

– Nie chcesz jechać z nami? Wiesz, że mamy miej­sce.

– Nie, dzięki. Sam pojadę. Muszę przed wyjaz­dem zała­twić parę rze­czy.

– Ja myślę.

Co chciała przez to powie­dzieć? Czyżby były sprawy, które powi­nien zała­twić? I wszy­scy o tym wie­dzieli, tylko on był ślepy?

– No dobra – zakoń­czył. – Do zoba­cze­nia jutro wie­czo­rem.

– Robert?

– Tak?

– Nic, to już jak się spo­tkamy.

– Okej. Na razie.

– Na razie. Cześć.

– Cześć.

Więc to tego się spo­dzie­wają – przy­szło mu nagle do głowy, kiedy odło­żył słu­chawkę. Że się zabiję. Wszy­scy. Max z gazety. Mój tera­peuta; dla­tego chce, żeby mu pła­cić po każ­dym spo­tka­niu. Nawet moja sio­stra.

4

Jakob Wil­l­nius pod­cią­gnął żalu­zje w barku i wyjął butelkę whi­sky laph­ro­aigh.

– Napi­jesz się?

– Kelvin śpi?

– Jak suseł.

– Tylko cen­ty­metr. O co cho­dziło z Jef­fer­so­nem?

Kri­stina odchy­liła się do tyłu na wiel­kiej, wygię­tej jak banan sofie Fogia i pró­bo­wała roz­strzy­gnąć, czy jest zła, czy tylko zmę­czona. Czy też może cho­dzi o pew­nego rodzaju ocze­ki­wa­nie na wielką złość. Psy­chiczne łado­wa­nie bate­rii przed cichym kon­flik­tem, który nie­uchron­nie nazna­czy naj­bliż­sze dni. Nie wolno mi o tym myśleć. To śmieszne i nie­godne, zosta­wiam tu duszę i będę tań­czyć jak mi zagrają. Jestem doro­sła, a to prze­cież jed­no­ra­zowe wyda­rze­nie.

Jakob posta­wił na stole dwie szkla­neczki i usiadł koło niej.

– Dzwo­nił z Oslo.

– Jef­fer­son?

– Tak. Tak czy ina­czej, zdąży przy­je­chać do Sztok­holmu. Byłoby świet­nie, gdyby udało mi się z nim spo­tkać przed świę­tami, choć na kilka godzin.

Złość na krótką sekundę stała się realna.

– Co ty chcesz powie­dzieć?

Jakob przy­glą­dał się jej, krę­cąc szklanką. Nie­prze­nik­niony jak kot, gdy ogląda tele­ga­zetę, pomy­ślała. Jak zwy­kle. W jego uśmie­chu nie było iro­nii, usta miał wygięte iden­tycz­nie jak sofa, wyra­cho­wa­nie nie kryło się w jego jasno­zie­lo­nych oczach, w któ­rych kie­dyś chciała się uto­pić; no i oczy­wi­ście ten pozorny brak oporu, który spra­wiał, że tak trudno było zdo­być nad nim prze­wagę. I który spo­wo­do­wał, że… odwró­ciła wzrok i pogrą­żyła się w myślach… że plan dzia­ła­nia przed zbli­ża­ją­cym się kon­flik­tem znaj­do­wał się tylko i wyłącz­nie w niej samej. To było nie­spra­wie­dliwe, mocno nie­spra­wie­dliwe; cztery lata temu dała się zła­pać na tę pry­mi­tywną ela­stycz­ność, czy jak to cho­ler­stwo nazwać, a teraz przez głowę, nie pierw­szy raz, prze­mknęła jej para­dok­salna myśl, że ze względu na te same cechy kie­dyś go zostawi. Bar­dziej nada­wał­byś się do filmu, Jako­bie Wil­l­niu­sie, pomy­ślała. O wiele bar­dziej.

– Zdro­wie, Kri­stino – powie­dział. – Więc chcę powie­dzieć, że skoro Ame­ry­ka­nie są gotowi zain­we­sto­wać dzie­sięć milio­nów w pro­jekt Sam­son, głu­pio byłoby to zaprze­pa­ścić tylko z powodu obmier­z­łej rodzin­nej kola­cji w Kym­linge. Mówiąc „obmier­zła”, cytuję dobrze poin­for­mo­wa­nego i sta­tecz­nego opi­nio­dawcę, ja może nie…

– Rozu­miem. A kiedy ten cały Jef­fer­son ma przy­je­chać?

– We wto­rek wie­czo­rem. W środę w porze obia­do­wej leci do Paryża. Ale spo­tka­nie przy śnia­da­niu byłoby do pomy­śle­nia.

– Do pomy­śle­nia? W domu będziemy naj­wcze­śniej w środę wie­czo­rem.

– Nie­wąt­pli­wie.

Prze­stał na nią patrzeć, zaczął za to przy­glą­dać się swoim paznok­ciom – liczył je, czy jak?

– Kri­stino, wiesz, że na pewno sta­wię się na ten spek­takl, ale z tego, co rozu­miem, mógł­bym wyje­chać we wto­rek wie­czo­rem. Albo w nocy. Ty i Kelvin może­cie wró­cić pocią­giem albo zabrać się z Rober­tem. Podobno i tak wraca jakoś w środę… tak w ogóle faj­nie, że mimo wszystko przy­jeż­dża.

Faj­nie? – pomy­ślała. Co, do cho­lery, jest faj­nego w Rober­cie? Pijąc whi­sky, żało­wała, że nie popro­siła o dwa cen­ty­me­try. Albo cztery.

– O ile dobrze zro­zu­mia­łem – cią­gnął Jakob – nie cho­dzi o to, żeby­śmy tam sie­dzieli całą noc. Prze­cież miesz­kamy w hotelu, nie muszą nawet wie­dzieć, że urwę się tro­chę wcze­śniej. Jak myślisz?

Wzięła głę­boki oddech.

– Skoro ten Jef­fer­son jest taki ważny i skoro już zde­cy­do­wa­łeś, nie musisz się tu ze mną nara­dzać, Jakob.

Dała mu sekun­dową szansę na pro­test, ale popi­jał tylko whi­sky i kiwał głową z zacie­ka­wie­niem.

– A skąd ja mam wie­dzieć, co oni zapla­no­wali? To czter­dzie­ste uro­dziny mojej sio­stry i sześć­dzie­siąte piąte ojca. Po raz pierw­szy spo­tkasz całą rodzinę razem i pew­nie też po raz ostatni, prze­cież chcą sprze­dać dom i prze­nieść się na Wybrzeże Skle­ro­ty­ków. Rodzina jest skom­pro­mi­to­wana, ojciec całe swoje życie sta­rał się być jakimś drob­no­miesz­czań­skim fila­rem, moro­wym chło­pem, a tu jego jedyny syn wali konia w tele­wi­zji… Nie, ja nie wiem, co nas tam czeka, ale jeśli musisz zjeść śnia­da­nie w towa­rzy­stwie jakiejś ame­ry­kań­skiej szy­chy, to pro­szę bar­dzo.

Wybrał naj­prost­sze wyj­ście. Wziął to dosłow­nie i udał, że nie dostrzega bez­miaru iro­nii.

– Dobrze – powie­dział krótko. – Pro­po­no­wa­łem środę o dzie­wią­tej, w takim razie zadzwo­nię i potwier­dzę.

– A jeśli przy­ję­cie potrwa do pół­nocy?

– To bez zna­cze­nia, pojadę od razu. W nocy jedzie się tylko trzy godziny. Cztery, pięć godzin snu, wię­cej mi nie potrzeba.

– Zro­bisz, jak będziesz chciał – odparła Kri­stina. – Kto wie, może poje­dziemy z tobą.

– Nic by mnie bar­dziej nie ucie­szyło – powie­dział Jakob z nowym, łagod­nym uśmie­chem. – Może jesz­cze dzie­sięć mili­li­trów? Dobre to ośle mleko.

W nocy obu­dziła się koło wpół do trze­ciej i przez godzinę nie mogła zasnąć. Zwy­kle nie była to dobra pora na pozy­tywne myśli, tym razem też.

To się nie uda, myślała. Mój zwią­zek z Jako­bem nie prze­trwa.

Nasze instru­menty nie stroją… powoli, lecz swo­bod­nie argu­menty i meta­fory wypły­wały na powierzch­nię… ni­gdy nie znaj­du­jemy się w tym samym pokoju, nie mówimy tym samym języ­kiem, jak ogień i woda, ni­gdy nie przy­cho­dzi mu do głowy nic, co przy­po­mi­na­łoby to, o czym ja myślę. Za pięć lat… za pięć lat będę sie­dzieć jako samotna matka na pierw­szej wywia­dówce w szkole. I dla­czego, u licha, mia­ła­bym zacząć teraz szu­kać nowego faceta? Pod­daję się.

Mam za duże wyma­ga­nia, pomy­ślała minutę póź­niej.

Tak wła­śnie uję­łaby to Ebba. Cudowna sio­stra Ebba. Nie zadzie­raj tak nosa, sio­strzyczko. Ciesz się lepiej z tego, co masz, naprawdę mogłaś tra­fić gorzej.

Nie żeby Kri­sti­nie miało kie­dyś przyjść do głowy roz­ma­wiać o tym z Ebbą. Ale gdyby. Zbyt duże wyma­ga­nia, za wiele żądasz – stwier­dzi­łaby Ebba. Dla­czego wydaje ci się, że komu­kol­wiek (a do tego męż­czyź­nie!) mogłoby coś przyjść z błą­dze­nia w two­jej pogma­twa­nej femi­ni­stycz­nej duszy? Weź na przy­kład ten sce­na­riusz, z któ­rym się zma­gasz! Wszy­scy pozo­stali w gru­pie cho­wają dumę do kie­szeni i pra­cują zgod­nie z umową, tylko ty to kom­pli­ku­jesz i potrzeba ci dwa razy tyle czasu na prze­róbki. Prze­pi­su­jesz i prze­pi­su­jesz, i prze­pi­su­jesz. Masz pro­du­ko­wać szmirę, naucz się więc robić, co do cie­bie należy, i na tym poprze­stań. Świat i tak ni­gdy nie pozna się na twoim geniu­szu.

Tak mogłaby powie­dzieć Ebba. Gdyby wie­działa, jak sprawy się mają.

Po następ­nej minu­cie nade­szła obo­wiąz­kowa skru­cha. Kiedy sta­nęła na bary­ka­dzie Ebby i skie­ro­wała ostrze w swoją stronę. Pod twoją kością czo­łową nie kryje się geniusz, Kri­stino Her­mans­son! Nie masz ani krzty ory­gi­nal­no­ści. Żad­nej rdzen­nej siły twór­czej. Zwy­kła nie­za­do­wo­lona młoda sucz owład­nięta manią wiel­ko­ści. Zawsze nią byłaś, jedyna zmiana w twoim życiu pole­gać będzie na tym, że naj­pierw sta­niesz się suczą w śred­nim wieku, a potem starą suczą.

Wstała i napiła się soku jabł­ko­wego. Zja­dła kawa­łek chrup­kiego pie­czywa z ched­da­rem. W łazience sta­nęła przed lustrem i przyj­rzała się sobie. To samo stare, zwy­czajne ciało, kie­dyś było młod­sze, ale piersi były rów­nej wiel­ko­ści, brzuch pła­ski, a bio­dra odpo­wied­nio sze­ro­kie. Żad­nego cel­lu­litu. Wyglą­dała naprawdę jak kobieta – gdyby była face­tem, pew­nie spodo­ba­łoby się jej to, co widzi.

Choć prze­cież na resztę życia zaprze­dała się jed­nemu sam­cowi, czyż nie? A on naj­bar­dziej lubił kochać się po ciemku. Chyba dla­tego, że nie chciał, by widziała jego małą oponkę.

A zatem tylko ona mogła od czasu do czasu popa­trzeć na to jak na razie dobrze zacho­wane ciało. Trzy­dzie­ści jeden lat. Jakob miał czter­dzie­ści trzy. Gdyby to było dwa­na­ście lat w drugą stronę, wycho­dzi­łoby na to, że mogłaby sobie wziąć dzie­więt­na­sto­latka. Szybki dreszcz prze­szył wnę­trze ud, ale nic wię­cej się nie stało. Na razie.

Zabawne, pomy­ślała. Jakie, cho­lera, zabawne stwo­rze­nia z nas, ludzi. Po co tyle czasu i wysiłku mar­no­wać na zasta­na­wia­nie się nad sobą i swoim wydu­ma­nym życiem? Nasza ego­cen­tryczna wędrówka do grobu.

Powin­nam zacząć wie­rzyć. Albo cho­ciaż inte­re­so­wać się czymś. Wie­lo­ry­bami, afgań­skimi kobie­tami albo jakimś innym zagro­żo­nym gatun­kiem. A może mężem i synem? Mniej chyba żądać nie można.

Może Rober­tem – wie­działa, że nie wyba­czy­łaby sobie, gdyby naprawdę się zabił.

Ale Jakob?

Jak miała się zmu­sić?

Schle­biał jej od samego początku. Mówił, że jej sce­na­riusz wyróż­nia się na tle dwu­dzie­stu czte­rech nade­sła­nych prac, sku­tecz­nie schle­biał jej kobie­cej próż­no­ści. Zatrud­nił ją od zaraz; miała dwa­dzie­ścia sie­dem lat, ale dała się zła­pać jak lecąca na uzna­nie nasto­latka.

To było w maju 2001 roku; po raz pierw­szy kochali się w sierp­niu, a jakieś dzie­sięć minut przed wyznał, że jest żonaty i ma pięt­na­sto­let­nie bliź­niaczki.

Taka szcze­rość też ją urze­kła. I kiedy nie­całe pół roku póź­niej rze­czy­wi­ście wziął roz­wód, ponura prze­po­wied­nia jej przy­ja­ciółki Karen mogła się scho­wać („Ni­gdy się nie roz­wiodą! Jak, do kurwy nędzy, możesz być tak durna, książki psy­cho­lo­gicz­nej ni­gdy w życiu nie czy­ta­łaś? Takie ameby jak ty powinno się ste­ry­li­zo­wać!”). Dopiero kiedy sama zaszła w ciążę, a ich ślub był tuż-tuż, zro­zu­miała, że Annica, mama bliź­nia­czek, wyprze­dza swo­jego męża o rok, jeżeli cho­dzi o pokrętną zabawę w szu­ka­nie sobie nowego part­nera. To nie Jakob odkrył przed nią prawdę, lecz Liza, jedna z jego dra­pież­nych córek („Nie myśl sobie, że wysiu­da­łaś naszą mamę. Tylko cze­kała, aż ktoś taki jak ty się pojawi!”).

Dawna rodzina Jakoba – pod prze­wod­nic­twem nowego samca alfa – prze­nio­sła się do Lon­dynu mniej wię­cej wów­czas, gdy na świat przy­szedł Kelvin, a pamięć o nich wybla­kła jak stare foto­gra­fie w zbyt ostrym świe­tle. Na dobrą sprawę było to cho­ler­nie dziwne, coś musiało być poważ­nie zwi­chro­wane, ale po co roz­grze­by­wać stare brudy?

Dom na Gamla Enskede był potwor­nie drogi. Jakob Wil­l­nius miał jed­nak i pie­nią­dze, i pozy­cję; był takim szczę­ścia­rzem w odczło­wie­czo­nym ultra­cy­fro­wym budynku tele­wi­zji nowych cza­sów, że pora­dził sobie z dwiema cie­szą­cymi się złą sławą sze­fo­wymi jak żaden inny rasowy męż­czy­zna („Ma w sobie coś naprawdę wyjąt­ko­wego, zgoda – przy­znała Karen. – Ale o tym, czy na dłuż­szą metę wycho­dzi to na dobre, wolę się nie wypo­wia­dać”). Tra­fiła mu się dwa­na­ście lat młod­sza żona, myślała Kri­stina w przy­pły­wach cynicz­nego nastroju. Jestem dla niego jak wygrana na lote­rii i z wła­snej woli mnie nie zostawi, dopóki będę się zga­dzała na rżnię­cie raz w tygo­dniu. Jeśli któ­re­goś dnia umrę z głodu, będzie to tylko i wyłącz­nie moja wina.

Nie dało się jed­nak zaprze­czyć, że nie­zmien­nie dokucz­liwe codzienne nie­za­do­wo­le­nie w ostat­nich mie­sią­cach przy­brało na sile. Potrzeba… wła­śnie, czego? Uka­ra­nia go? To też śmieszne, co by jej przy­szło z „uka­ra­nia” Jakoba? Co to za pod­stępne słowa zakra­dły się do jej myśli?

Myśli i uczu­cia nie chciały jed­nak żyć w zgo­dzie. Ska­kały sobie do gar­deł; wie­działa, że na tym to polega. Cały pro­blem. Wła­śnie na tym.

Jestem pry­mi­tywna, myślała, kła­dąc się z powro­tem do łóżka w bez­piecz­nej odle­gło­ści od niego. Ale dobrze, że rozu­miem swoje motywy. Oto i całe życie. Bon­jour tri­stesse.

Co mam w takim razie zro­bić? – myślała potem. Czy raczej co chcia­ła­bym zro­bić? Co jest z tym moim życiem, że nagle stało się takie nie­zno­śne?

Nie zaczęła jesz­cze usu­wać tych upo­rczy­wych zna­ków zapy­ta­nia, kiedy zawład­nął nią długo ocze­ki­wany sen. Naj­wyż­szy czas, już pew­nie mniej niż trzy godziny zostały do chwili, gdy Kelvin zacznie rościć sobie do niej pre­ten­sje. Na swój spo­kojny spo­sób.

Kiedy skan­dal liczył sobie dopiero jeden dzień, zadzwo­niła jej matka z pyta­niem, czy Jakob przy­pad­kiem nie maczał pal­ców w wybo­rze Roberta do „tego pro­gramu”.

Kri­stina skwi­to­wała to jako absurd, ale nie mogła się powstrzy­mać i zapy­tała go tego samego wie­czoru.

Nie­ty­powo dla sie­bie oka­zał wtedy coś na kształt zło­ści.

– Kri­stina, co to za insy­nu­acje? To jest, do cho­lery, poni­żej two­jego poziomu. Wiesz, co myślę o Lind­man­ne­rze i Krant­zem.

– Prze­pra­szam, to matka pytała. W domu wydają się nie­źle wstrzą­śnięci.

– No, ja myślę – stwier­dził Jakob. – Szcze­rze mówiąc, sądzę, że dobrze się stało. Trudno im teraz będzie uza­sad­nić podobne inwe­sty­cje pro­gra­mowe.