Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 668
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: We love you, Bunny
Copyright © 2025 by Mona Awad All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Natalia Wiśniewska, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza
Marketing i promocja: Maksymilian Kuznowicz
Redakcja: Anna Boland
Korekta: Małgorzata Tarnowska, Robert Narloch
Łamanie: Grzegorz Kalisiak
Ilustracja na okładce: Raku Inoue
Projekt oryginalnej okładki: Jenny Carrow
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
ISBN 978-83-68692-56-3
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Michaela
I dla Ciebie, Osobo Czytająca
Kocham Cię, Króliczku.
Cześć, Króliczku.
Prawda, że minęło trochę czasu?
Tęskniłyśmy, i owszem. Arcyogromnie.
I spójrz tylko na siebie. Wow. Znowu taka gotycka. Wróciły przerażająco żałobne ciuchy, a ciemne włosy znowu opadają ci na oczy. Jak zabawnie. Byłaś bardzo zajęta od naszego ostatniego spotkania, prawda? Najwyraźniej bardzo zajęta, bazgraniem bazgrołów w mroku. Wydawaniem swojej powiastki. O nas. Arcy to zabawne. I osiągnęłaś umiarkowany sukces. To naprawdę niesamowite, co dzisiaj czytują ludzie. Właśnie dlatego sprowadziłyśmy cię tutaj, na strych Kyry (pamiętasz ten strych?). Żeby w gronie starych przyjaciół wznieść toaścik za twoją pomyślność. Milutkie spotkanko z dawną kohortą z programu MFA, którą zostawiłaś daleko w literackim tyle, można by rzec. Cha, cha, cha. Nie myśl, że przemawia przez nas gorycz, Króliczku. O mój boże, nic podobnego. Bo czy nie unosimy za ciebie kieliszków?
O co chodzi, Króliczku? Nie możesz unieść kieliszka?
Och, to z powodu więzów, zgadza się.
Przepraszamy za to.
No to my wypijemy za ciebie. Może być? W zaistniałych okolicznościach przyda się trochę mocniejszego trunku, to na pewno. Odrobina Jasnego Słoneczka. Pamiętasz, Króliczku?
Och, na twoim miejscu, Króliczku, nie wiłybyśmy się tak bardzo na tym krześle. Tylko narobisz sobie więcej siniaków na nadgarstkach, na szyi, tak bardzo łabędziej...
Ale odchodzimy od tematu.
Raz jeszcze przepraszamy, że musiałyśmy cię trochę związać. Ale tak cudownie nadrobić zaległości, nie uważasz? Nas pięć spowite mrokiem. Ty wygodnie usadowiona na krześle i my cztery stojące nieopodal, w naszych uroczych króliczych maskach, tworzące półkole miłości i zrozumienia, podczas gdy nasze sukienki tak ślicznie połyskują w świetle księżyca myśliwych. Bo tej nocy na niebie świeci księżyc myśliwych, Króliczku. O tak. Spójrz za okno, jaki jest pełny i błyszczący (dokładnie w wigilię Wszystkich Świętych!), w noc tak pięknie brzemienną w krzyki. Także i twoje. Prawda, że marzyłaś o tej chwili? Uwierz, że my też. I kiedy przeczytałyśmy na listserv dla studentów Warren, że nasza koleżanka z roku wraca do miasta w ramach trasy promującej jej debiutancką powieść, pierwszą publikację w naszej kohorcie, pomyślałyśmy: „Czemu by nie ziścić tego marzenia? Czemu nie wesprzeć naszej starej przyjaciółki, Sam Mackey?”. Czy też Samanthy Heather Mackey, jak pomysłowo nazwałaś się w swojej powiastce (prawda, że celowałaś w autofikcję?). A tak w ogóle to ogromnie spodobał nam się ukłon w stronę tego filmu z lat osiemdziesiątych, ten zabieg łagodzący imię, które inaczej przywodzi na myśl twoją chłopięcą energię. Mimo tego, jak się z nami pożegnałaś, Samantho, mimo wszystkich tych nieprzyjemności naprawdę uważamy, że udzielenie ci wsparcia to dojrzałe podejście do tematu. Nasz terapeuta powiedział nawet, że to może przysłużyć się naszym Uzdrawiającym Podróżom. Zostawić przeszłość za sobą i takie tam. Być dobrymi obywatelkami literackiego świata i takie tam. Kupić i przeczytać jej książkę, jak dorosłe osoby, bez wydzierania „suka” i bez odruchów wymiotnych. Polecieć do tego miasta w Nowej Anglii, do miasta naszej starej alma mater i wybrać się na jej czytanie w księgarni Uniwersytetu Warren. Jak widać, wszystkie miałyśmy taki sam pomysł! Wygląda na to, że nasza świadomość zbiorowa ostatecznie nie wyzionęła ducha. Albo może na nowo obudziła się do życia, poruszona twoją zdradą.
A tak w ogóle to bardzo śmiesznie wyglądałaś, kiedy zauważyłaś nas na widowni. Kiedy cię oklaskiwałyśmy, nie tyle dłońmi, ile oczami. Prawda, że jakby zamarłaś na chwilę tam na podeście na widok nas siedzących w ostatnim rzędzie? Każda z nas miała na sobie sukienkę w innym kolorze, więc razem tworzyłyśmy radosną tęczę, ucieleśniałyśmy święte żywioły: ziemi, powietrza, wody i ognia. Tak się do ciebie uśmiechałyśmy. Tak cię wspierałyśmy. Kiedy po raz pierwszy nasze spojrzenia się spotkały, oczy zaszły ci łzami, prawda? Nam też, Króliczku.
Zapewniamy, że to były łzy radości.
Chciałyśmy ci powiedzieć, jak niesamowicie zaprezentowałaś się na tym czytaniu. Jaka byłaś zabawna! Arcyzabawna, kiedy robiłaś z nas wywijające siekierami potwory. Tak arcyśmieszna, kiedy ujawniałaś nasze największe sekrety. Śmiałyśmy się do łez, naprawdę. Co mówisz, Króliczku? Trudno nam cię zrozumieć przez ten knebel, którym zatkałyśmy ci usta. Albo może to przez narkotyki, od których tak się ślinisz. Wcześniej, w księgarni, dodałyśmy ich odrobinę do wina, które przyniosłyśmy ci tylko z litości (tak bardzo się denerwowałaś!). I chociaż przyjęłaś je z wahaniem, Króliczku, ostatecznie je wypiłaś. Osuszyłaś butelkę do dna, prawda? Może z powodu stresu spowodowanego okolicznościami. Totalnie to rozumiemy. Zgadzamy się, że spotkania ze starymi przyjaciółmi bywają stresujące. Albo może to przez powrót tutaj na strych, gdzie wszystko się zaczęło. Warsztaty. Króliczki, chłopcy, krew, tyle krwi. Ta piękna, uświęcona sprawa, w której pozwoliłyśmy ci uczestniczyć, z dobroci naszych jebanych serc. Siekiera też wciąż tu jest, spójrz na nią. Tutaj w rogu, gdzie ją zostawiłyśmy. Cóż za koincydencja. Na ostrzu zostało nawet kilka plamek krwi. Czy to świeże plamki? Och, tego nie wiemy, Króliczku. Może i tak. Bóg jeden wie, co się tutaj działo. Prawda? Raptem dwie wiosny temu, a wydaje się, jakby minęła wieczność. Czyż nie? Odkąd wszystkie uzyskałyśmy dyplomy tej piekielnej instytucji i ruszyłyśmy własnymi, samotnymi ścieżkami w ten zimny, szeroki świat.
Niemniej przyjemnie czuć teraz tę siekierę w dłoniach. Jak za dawnych czasów. I wygląda na to, że nadal wiemy, jak nią uderzać i jak ją trzymać. To jak jazda na rowerze, naprawdę.
Zabawne, jak to wszystko wraca.
Co porabiałyśmy? Och, byłyśmy zajęte. Bardzo zajęte, tak jak ty, Króliczku. Czytaniem twojej książki i wrzeszczeniem. Cha, cha, cha. Marzeniami o zemście. Cha, cha, cha. Dzieleniem się tymi marzeniami podczas terapii, czasem wyrażaniem ich kolorami i zachwycaniem się nimi, dopóki nasz terapeuta maruda nie stwierdzał: „Na dzisiaj wystarczy”. Ale tak na poważnie, uwielbiamy naszego terapeutę; to cudownie życzliwy i troskliwy człowiek. Jak on sobie siedzi w tym swoim skórzanym fotelu na Zoomie i gapi się ze współczuciem na nasz kwartet, powtarzając: „Mówcie, mówcie”. Ogromnie pomaga nam na nowo dotrzeć do naszej kreatywności. To smutne, ale odkąd zniszczyłaś nasze dusze, tak jakby straciłyśmy siebie. Pracujemy jednak, żeby to odzyskać, zajmujemy się własnymi sprawami. Idzie nam naprawdę dobrze. Możesz nie wierzyć, ale ten wieczór stanowi istotną część naszej Kreatywnej Podróży.
I ty też jesteś jej istotną częścią.
Och, nie płacz, Króliczku! Nie zabijemy cię, nie bądź niemądra! Pamiętasz, że to nie twoja powieść, tylko rzeczywistość? W realu żadne z nas morderczynie, nawet jeśli odmalowałaś nas w dość paskudnych barwach. Nie, nie. Tylko trochę sobie pogawędzimy i tyle. Kolejno kolejno kolejno. Zmieniając się podczas rozmowy z tobą. Prawda, że fajnie? Jak w najdoskonalszym Sprośnym Salonie. (Prawda, że pamiętasz Sprośny Salon?) I nie przejmuj się, bo nie zamierzamy komentować twojej powieści. Mamy w tej sprawie do powiedzenia tylko jedno: bez komentarza, jak to mówią. Pomijając to, że się pomyliłaś. Kurewsko się pomyliłaś. Co do nas.
Morderczynie z siekierą? Daj spokój.
(Och, lepiej się nie szamotać, Króliczku, bo więzy zrobią ci tylko większe kuku).
O czym zatem zamierzamy mówić? Och, ile my o tym rozmyślałyśmy i rozmyślałyśmy! Nasz terapeuta zadał nam niedawno coś na kształt ćwiczenia literackiego. Pamiętasz takie ćwiczenia? „Zastanówcie się – powiedział łagodnie – co powiedziałybyście Samancie, gdybyście mogły posadzić ją obok i zwrócić się do niej z jedną tylko sprawą”. I popatrzył na nas tymi swoimi zbyt niebieskimi oczami, które upiornie przypomniały nam o wszystkim tym, co uczyniłyśmy i straciłyśmy. I dobrze wiedziałyśmy. Co byśmy ci, kurwa, powiedziały. Nie, że jesteś kłamczuchą. Nie, że jesteś zdradziecką, psychotyczną dziwką. Nie, nie. Rozmowa o tobie nas jebie.
Pomyślałyśmy, że raczej opowiemy ci historię, Króliczku, uroczą historyjkę o nas.
Jak poznałyśmy się na pierwszym roku.
Jak razem przeciwstawiłyśmy się rzeczywistości i w zasadzie na nowo zdefiniowałyśmy prawa naturalnego świata.
Jak również i my stworzyłyśmy kiedyś coś pięknego, o tak. Piękniejszego od wszystkiego, co potrafisz pojąć tym swoim małym, malutkim rozumem. W dodatku prawdziwego. Wcześniej. Znacznie wcześniej, niż na horyzoncie pojawiłaś się ty. Kiedy byłaś ledwo małą czarną plamką w kącikach naszych umysłów i oczu.
Co próbujesz powiedzieć, Króliczku? Twoja wydawczyni spodziewa się ciebie w hotelu dziś wieczorem? Rano masz pociąg? Musisz dotrzeć do innego miasta, do innej księgarni na tej swojej kłamliwej trasie promocyjnej? Och, nie wiemy, czy zdążysz na jutrzejszy pociąg, Króliczku. Może, a może nie. To zależy od wielu rzeczy. Zobaczymy, jak sprawdzisz się w roli publiczności. Co ty na to? Coraline chce zacząć. Prawda, Króliczku? Babeczka, jak zdaje nam się, że nazwałaś ją w swoim opowiadaniu.
Ale twoje opowiadanie dobiegło końca.
Dlatego oprzyj się, odpręż i słuchaj. Kej?
Bo dzisiaj, w obryzganym księżycowym blaskiem mroku, nadszedł czas, żebyśmy znowu stworzyły coś pięknego.
No hej, Króliczku. Pamiętasz mnie? Naprawdę sprytnie zredukowałaś mnie do wypieku. Arcyzabawnie opisałaś mnie jako maniaczkę zafiksowaną na punkcie włosów albo... Jak to było? „Dziecko kukurydzy wystrojone na bal maturalny”? Nie będę więcej komentować twojej powieści (postanowiłyśmy tego nie robić). Ograniczę się do wzmianki, że gdy przejrzałam ją w trakcie przerwy między próbami (bo tak w ogóle to wróciłam do teatru i czerpię z tego zyski!), śmiałam się do krwawych łez. Arcyzabawne, jak dałaś się ponieść wyobraźni. Jakbyś nie miała o niczym pojęcia. O mnie albo o nas, albo o prawdzie, naprawdę. Potrzymam sobie siekierę podczas naszej rozmowy. To ci nie przeszkadza? I zmniejszę dzielącą nas odległość. Żebyś mogła z bliska przyjrzeć się mojej sukience w kolorze bajecznego nieboskłonu. Poczuć mój cytrynowo-cukrowy aromat, który trochę cię kręci. Ja to wiem, Króliczku. Nie zaprzeczaj. W swojej powieści (o której już więcej nie wspomnę) napisałaś nawet, że chciałaś mnie zjeść, kiedy zobaczyłaś mnie pierwszy raz. Czyż nie? Wiedziałam o tym. Od początku wyczuwałam twój głód, zarówno pisarski, jak i erotyczny. Widziałam go w twoich szalonych oczach, przez twoją suczą zasłonę z włosów czarnych jak noc, co wiele tłumaczy. Dlatego właśnie nie traktowałam poważnie twoich kłamstw o mnie ani twojej kiepskiej prozy, w żadnym razie. Uznałam ją natomiast za bardzo misterny, lecz prymitywny fanfik.
Pozwól, że podejdę jeszcze bliżej, żebyśmy w razie potrzeby mogły szeptać, tylko ty i ja. Żebyś mogła patrzeć w moje kreskówkowe ślipka, kiedy ja będę wszystko naprostowywać, zgodnie w prawdą. Jak to się wszystko zaczęło, Króliczku. Przed chłopcami, przed siekierą. Przed poznaniem magii tego strychu. Przed poznaniem nawet siebie nawzajem. Wywalczyłam sobie pierwsze miejsce w kolejce do opowiadania, bo możesz mi nie wierzyć (i czasem się w tej kwestii nie zgadzamy), ale właściwie wszystko zaczęło się ode mnie. Tak, ode mnie, Caroline. Znaczy Coraline.
Zaczęło się od Coraline.
A tak w ogóle wspięłaś się na wyżyny, żeby ukryć moje prawdziwe imię.
Zanim stałyśmy się Jednością, byłyśmy cztery, prawda? Och, tak dawno temu. Na samym początku. Żeby tam wrócić, musimy cofnąć się aż do pierwszego roku. Czyż nie? Do najdziwniejszej i najpiękniejszej jesieni. Pamiętasz, Króliczku? Oczywiście nie byłaś wtedy Króliczkiem, tak jak nie byłam nim i ja. Byłam Coraline z Wirginii. Nigdy wcześniej nie zawitałam do Nowej Anglii. Wciąż pamiętam złote, wrześniowe słońce. Jak ślicznie świeciło na całe to uroczo-przerażające miasto, nazwane na cześć Boga i losu. Jak świeciło na znamienity kampus Warren, najbardziej bluszczowej ze wszystkich uczelni, a odtąd także mój kampus. Jak świeciło na mnie tamtego późnego popołudnia, kiedy szłam na Galówkę, czyli Przyjęcie Powitalne dla nowych studentów z programu MFA. Dla wyjątkowej grupy, jak mi powiedziano. Dla najlepszych z tych, kurwa, najlepszych. Uśmiech drżał mi na twarzy na myśl o tym, że jestem jedną z nich. Magistrantką, jak boga kocham, jednego z najbardziej morderczych, najbardziej selektywnych programów w całym kraju, Króliczku. Niezwykle eksperymentalnego programu literacko-artystycznego, który Matka zjadliwie nazywała Fikcją.
Galówka, jak zapewne pamiętasz, Króliczku, odbywała się w tym jakże białym namiocie na ślicznie przystrzyżonym trawniku wśród kilkusetletnich drzew. Prawda, że nie pojawiłaś się na niej na pierwszym roku? Może za bardzo bałaś się wystąpić sama? Ale ja poszłam sama, Króliczku. Poszłam w swoich błękitnych czółenkach, prosto z mojego nowego mieszkania mieszczącego się raptem kilka przecznic od kampusu. Mimo że miałam naprawdę cudowne auto, stare BMW Matki, poszłam. Sama. Czy już o tym wspomniałam? I przerażona. Jak pierwszego dnia szkoły. Jakbym znów miała pięć lat. Tak właśnie się czułam. Pamiętam samotny stukot moich obcasów w złoty wieczór, wśród wydłużających się cieni. Kruki kraczące wokół mnie, przez co powietrze wibrowało śmiercią. Pewnie, że się bałam, nawet jeśli się uśmiechałam.
„Nie bój się – śmiała się Matka, kiedy wcześniej się ze mną żegnała. – To tylko dyplom ze sztuki, na litość boską, Pączusiu. Zwykłe pisanie opowiadań. Czyż nie?”
„Tak, Matko”, odparłam, bo nie chciałam wdawać się w dyskusję. O tym, że w te opowieści wkładam przecież swoją jebaną duszę.
„W takim razie – skwitowała Matka – czego tu się bać?”
„Niczego – stwierdziłam. – Absolutnie niczego”. I ścisnęłam żyletkę ukrytą w kieszeni sukienki, gdzie lubiłam ją trzymać, Króliczku. (W zasadzie nadal ją tam trzymam). „Masz całkowitą rację, Matko”, dodałam, a Matka się uśmiechnęła. „Nie rozczaruj nas, proszę”.
Oczywiście początkowo przyjęcie było koszmarem. Tylu poetów. Tylu starych ludzi, zapewne profesorów. Wszyscy bladzi jak wampiry, odziani w najróżniejsze odcienie czerni, która kłuła mnie w oczy. Perorujący cicho w małych grupkach, uśmiechający się z wyższością, jakby mieli się za arcy, arcymądrych. To straszne, ale pewnie byli arcymądrzy. Oprawki ich okularów były bardzo konceptualne. Wszyscy mieli onieśmielająco pierzaste i asymetryczne fryzury. Taki artystyczny nieład jak okiem sięgnąć, że po raz pierwszy w życiu, Króliczku, zrozumiałam, jak idealnie wywinięty pod spód jest mój paź. I te rozmowy wokół mnie, Króliczku. O Procesie, o „śmierci autora” albo czymkolwiek innym, o zagadkowych francuskich pisarzach, o których nigdy nie słyszałam, i ja ze wszystkich sił próbująca uśmiechać się uprzejmie do wszystkich, i wszyscy patrzący na mnie, Króliczku, na to moje uprzejme uśmiechanie, jakbym była niespełna rozumu. Cierpiałam. Tyle społecznej agonii. (Nie tylko ty znasz smak społecznej agonii, fyi). W samotności opierałam się o białą dorycką kolumnę przystrojoną kłębiącą się gazą, przez czas, który zdawał się wiecznością, w arcyspoconych palcach ściskałam w kieszeni żyletkę. I omal nie umarłam tam z tysiąc razy. Mimo to nadal niezmiennie głupio się uśmiechałam.
„Co robimy z grymasem, Pączusiu?”, powtarzała Matka.
„Obracamy go do góry nogami, Matko”.
Pamiętam, że byłam ubrana w tę samą co teraz sukienkę, którą jak widzisz, Króliczku, zdobią białe, kłębiaste obłoki na lazurowym tle. Włosy miałam świeżo przycięte à la Louise Brooks i pofarbowane na kolor, który Matka nazywała lodowatym blondem, a który ja nazywałam Grace Kelly. Pamiętam tę wzlatującą wokół mnie gazę, muskającą moje nagie ramiona, jakby mówiła: „Hej, hej, nie jesteś sama”. Zamykałam oczy za każdym razem, kiedy to robiła. Pamiętam tace pełne przekąsek i schłodzonego szampana, i to, jak trzymałam kieliszek, popijałam musujące bąbelki zdecydowanie za szybko i omal nie zmiażdżyłam szkła w dłoni w białej rękawiczce. Pamiętam króliki skaczące na trawniku w oddali, pojawiające się i znikające w moim polu widzenia, i to, jak nic mnie wtedy nie obchodziły. Myślałam tylko: „Nienawidzę tego miejsca”. Myślałam tylko: „To wszystko jest takie kurewsko żenujące”. Nie tylko to przyjęcie, ale i w ogóle przyjechanie tutaj. Do Nowej Anglii. Do Warren. Żeby zostać pisarką. Nie tego pragnęła dla mnie Matka, zapewne będąca już w połowie drogi powrotnej do Wirginii. Matka wymarzyła sobie dla mnie przyszłość znacznie, ale to znacznie większą od Akademii. Wyznała mi to przy małżach z frytkami, które dzień wcześniej jadłyśmy w pobliskim francuskim bistro. Wnętrze bistra wymalowane było całe na czerwono, jak w jakimś piekle. Na ścianie tuż przy naszym stoliku na ścianie wisiała gigantyczna kamienna głowa królika, z otwartymi ustami, jakby ryczał. Podświetlona od tyłu na czerwono, wyglądała jak jakiś zwierzęcy bóg tego miejsca. Odrobinkę mnie to podnieciło, ale nie wiedziałam dlaczego. „Przynajmniej to liga bluszczowa, Coraline – mówiła Matka. – Nie inaczej”. I naprawdę długo pociągała z kieliszka swoje sauvignon blanc, aby w ten episkopalny sposób podziękować Bogu. Matka przypomniała mi, że zawsze mogłam wrócić do teatru, być na scenie, tak jak chciałam, a nawet na ekranie, tak jak chciałam, razem z Ryanem Goslingiem, tak jak chciałam. Wystarczyło, że będę więcej wymiotować i lepiej zapamiętywać swoje kwestie. Spojrzałam w dół na swoją sałatkę, na płatki pecorino i kilka skwarek, które dorzucili, chociaż wyraźnie z nich zrezygnowałam. Rozpłakałam się wewnętrznie. Ale powiedziałam tylko: „Bardzo ci dziękuję za twoją opinię, Matko. Przemyślę to”.
I potem, kiedy rozglądałam się po namiocie, patrzyłam na stoliki pełne pisarzy, trochę żałowałam, że tego nie zrobiłam. Że nie nauczyłam się wymiotować bardziej. Że nie byłam gotowa odejść. Spalić swój notes, nawet jeśli wypełniała go krew mojego serca, pierdolić własne maleńkie marzenia. Widziałam, że niektórzy ludzie patrzą kpiąco na moją błękitną sukienkę, i zaczęłam czuć się w niej głupio. „To świat jest głupi”, powtarzała zawsze Matka, a ja kurczowo trzymałam się tej myśli, tak jak kurczowo trzymałam się żyletki. Wyobrażając sobie, jak przyjemnie byłoby poczuć ostrze na wewnętrznej części uda, Króliczku. Powinnam udać się do łazienki, zamknąć w kabinie i poświęcić na to trochę czasu. Pokiereszować swoją miękką skórę. Patrzeć, jak krew wykwita najcudowniejszymi czerwonymi kropkami, jakby to były maleńkie róże. Już miałam tak zrobić, kiedy zobaczyłam coś, co skłoniło mnie do pozostania na miejscu.
Kogoś, Króliczku.
Dziewczynę. Taką drobną i samotną jak ja. Stała przy kolumnie przystrojonej gazą i bardzo szybko pochłaniała ciastka z talerzyka. Ubrana była w sukienkę we wzory w kolorze najzieleńszej trawy – i to ta trawa zwróciła moją uwagę. Między źdźbłami wyrastały dziwnie wyglądające kwiaty, których nazwy nie znałam. Dziewczyna sprawiała wrażenie zagubionej, jakby znalazła się w baśniowym lesie, przynajmniej w sensie metaforycznym. Nie przestawała zerkać przez ramię ze strachu przed przysłowiowymi wilkiem albo czarownicą, czymś, co mogłoby ją pożreć. To coś tam było, mówiły jej oczy, o tak. Mogło pojawić się w każdej chwili. Miała niezwykle lśniące czerwone włosy, a jej twarz przypominała przerażone serduszko. Jak u lalki, zgadza się, Króliczku. Takiej, którą mogłabym tulić w swojej ciemnej sypialni. Tak ślicznej, że mogłabym jej trochę nienawidzić, nawet gdybym bardzo ją kochała. Ale nieważne, jak śliczna była ta dziewczyna, pochylała się nad swoimi ciastkami, jakby chciała zniknąć. Zabawne, że ona też nosiła rękawiczki, białe jak moje. Na widok tych rękawiczek i tej trawiastej sukienki, na widok jej przerażonej, serduszkowej twarzy uśmiechnęłam się pierwszy raz, odkąd przyjechałam do tego piekielnego miejsca. Tak, Króliczku, podobnie jak ty początkowo uważałam to miasto za piekło. Przemoc niemal skwierczała w powietrzu.
Tak czy inaczej, nagle ja i ta lalkowa dziewczyna ruszyłyśmy ku sobie. Czyż nie? Nasze kroki na drżącej trawie odbijały się echem, jedne od drugich.
– Kyra – takie imię wypowiedziały jej wiśniowe usta. (Czy też Kira, jak ją nazwałaś. Kreatywność naprawdę cię poniosła, Króliczku). Nie mogłam oderwać wzroku od jej wyrazistej, grubo nałożonej szminki. W odcieniu, który dziwnie przywodził mi na myśl kilka nieprzyjemności z dawnych czasów. „Szminka jest dla dziwek”, powtarzała Matka.
– Jestem Coraline – zwróciłam się do niej. W gardle potwornie mi zaschło, lecz usta miałam jak zawsze nawilżone błyszczykiem o smaku róży, który często zlizywałam, ponieważ był przepyszny, mimo że zabraniała mi tego Matka, bo to zdzirowate, oznacza kalorie i może odebrać mi blask. Kiedy się odezwałam, pierwszy raz tego dnia poczułam ten blask. To, jakie wrażenie wywołał na tej dziewczynie, jak przeniknął aż do szpiku kości.
– Podoba mi się twoja sukienka – powiedziała dziewczyna o imieniu Kyra. Ale nie patrzyła na nią. Patrzyła mi prosto w oczy. Prosto w nie, przez co odrobinę mrowiła mnie skóra. Gdzieś w głowie słyszałam muzykę, śliczną piosenkę Stereolab o kwiatach znikąd.
– A mnie podoba się twoja – odparłam. I ja też nie patrzyłam na jej sukienkę.
– Jesteś jak niebo dla moich kwiatów i trawy – stwierdziła ze śmiechem. Pomyślałam, że dziwnie się śmieje.
– Jesteś jak trawa dla mojego nieba – zgodziłam się.
– I patrz – dodała, unosząc dłoń w białej rękawiczce, która, o tak, idealnie pasowała do mojej, otulającej dłoń miażdżącą kieliszek (drugą trzymałam w kieszeni, gdzie ciągle ściskała żyletkę). Patrzyła na nasze dłonie w rękawiczkach, jakby to było coś magicznego. Jakbyśmy mogły być magiczne. Stworzyć swój własny świat.
– Pasujemy do siebie – wyszeptałyśmy.
Tak, powiedziałyśmy to jednocześnie, z dokładnie takim samym natężeniem głosów. Chociaż nie stanowiłyśmy jeszcze wtedy jedności. Czy właśnie wtedy przekicał obok nas króliczek? Zdało nam się, że wyczułyśmy, jak jeden wpadł w pobliski krzew, gdzieś na skraju percepcji naszych oczu i umysłów. Jak przeznaczenie. Jak komunikat.
Jak jebana zapowiedź tego, co miało się wydarzyć.
– Fikcja? – zwróciła się do mnie, nawet jeśli to wcale nie było pytanie. Raczej potwierdzenie tego, co już wiedziała.
– Fikcja – powtórzyłam. – Tak. Pierwszy rok. Dopiero co przyjechałam.
– To tak jak ja. – Uśmiechnęła się. Odsłaniając możliwie najdrobniejsze, najbielsze zęby. Tak ostre i lśniące niczym małe perłowe ostrza. Poczułam, jak rozlewa się we mnie złote, wrześniowe światło, rozpędzając obłoki na mojej lazurowej sukience. Mówiła do mnie, a ja nie słuchałam. Piosenka Stereolab grała głośno i ślicznie w mojej głowie. Coś o tym, jak bardzo się cieszy, że tu jestem, jak cieszy się, że się odnalazłyśmy, i takie tam. Ogromnie nienawidziła przyjęć. Chyba że miała się do kogo odezwać. Naturalnie.
– Ja też nienawidzę przyjęć – wyszeptałam. Wspominając liczne przyjęcia Matki. To, jak trzymałam tace z koktajlami i tartinkami, podczas gdy jej znajomi krążyli wokół mnie, a ja wyobrażałam sobie, jak dźgam ich albo siebie. – Chyba że kogoś mam.
– No cóż, teraz być może mamy siebie – zasugerowała nieśmiało lalkowata dziewczyna Kyra.
„Mam ciebie? Czy mogę cię mieć?”, pytały jej cudowne oczy. Odrobinę zakochane i odrobinę zlęknione. Widziałam to. I wtedy stałam się Matką. Poczułam jej chłodny uśmiech na swoich nawilżonych ustach. Oblizałam je wolno.
– Być może. – Odrobinę poluzowałam uchwyt na żyletce. Spojrzałam na talerz z ciasteczkami w stylu Alicji z Krainy Czarów, bez wyjątku nadgryzionymi przez jej maleńkie ząbki. I nagle poczułam apetyt, niemal wilczy.
– Pyszności – wyszeptałam. – Skąd je wzięłaś?
– Och, stamtąd. – Wskazała długi biały stół zastawiony smakołykami w kolorach wielkanocnych pisanek. Ale to nie stół mnie zaciekawił.
Tylko inna przygarbiona dziewczyna, obok stołu, obserwująca nas.
– Kto to?
Kyra wzruszyła ramionami, marszcząc nos.
– Kto wie? Pewnie poetka.
– Poetka – powtórzyłam, wpatrując się w dziewczynę. Wrzucała sobie ciastka do ust i szczerzyła się, jakby czerpała z tego zmysłową przyjemność. Miała niewiarygodnie wiktoriańską twarz. Jakby w każdej chwili mogła zemdleć albo zachorować na gruźlicę. Niemniej jej oczy mówiły „pierdol się”. Urzekło mnie to, Króliczku. Była ubrana w paskudną, brudną kraciastą koszulę, jakby jej uroda próbowała ukryć się za graffiti. Straszne, ale nie mogłam oderwać od niej wzroku. Hipnotyzowały mnie jej agresywnie potargane włosy, które natychmiast zapragnęłam zapleść w skomplikowane fryzury, wyszukane w internecie. Patrzyła na nas tymi swoimi oczami pokazującymi środkowy palec i się uśmiechała. Jakże dziwnie rozgrzewał mnie ten uśmiech. Widziałam, że jest sama. Dobrze. Mniej przerażająco. Kiedy do niej podeszłyśmy, bo Kyra i ja podeszłyśmy do niej tak, jak wcześniej podeszłyśmy do siebie, jej spojrzenie jakby się zmieniło, złagodniało. Przestało mówić „pierdol się”. Nabrało najśliczniejszej barwy mętnej, szarej wody z dawien dawna.
– Cześć – powiedziałyśmy do niej jednocześnie.
Zamrugała zdumiona, może odrobinę zaniepokojona naszym zsynchronizowaniem. Podobnie jak ja. Przyjrzała się naszym dłoniom w rękawiczkach, naszym rozkloszowanym sukienkom, a jej wodniste spojrzenie przylgnęło do mojego nieba.
– Śliczne chmury – powiedziała.
– Dziękuję – odparłam. – Kocham niebo – dodałam niemądrze.
– Też je kocham – zapewniła z powagą dziewczyna.
– I ja je kocham – szepnęła Kyra.
– Czy ktoś ci już mówił, że wyglądasz jak syrena z dziewiętnastego wieku? – wypaliłam do niej, po czym spłonęłam intensywnym rumieńcem.
Uśmiechnęła się szeroko, kręcąc głową.
– Nie.
– Bo wyglądasz – powiedziałam cicho. – Gdybym zaplotła ci włosy w kłos, zobaczyłabyś to. Prawda, że jest bardzo syrenia? – zwróciłam się do Kyry.
– Gdyby tylko syreny nosiły kratę – odparła chłodno Kyra, wpatrując się w nią.
– Fikcja? – zapytałam, mimo że znałam odpowiedź. Wyczuwałam ją.
– Fikcja? – Uśmiechnęła się figlarnie, jakby urzekła ją ta koncepcja.
– Chodzi jej o to, czy należysz do świeżego narybku Fikcji – wyjaśniła Kyra, co odrobinę mnie zirytowało. – Czy jesteś jedną z naszej niezwykle wyselekcjonowanej grupy – dodała, cytując fragment listu informującego o przyjęciu na studia. – Jedną z pięciu.
Dziewczyna nadal wpatrywała się w moje obłoki w taki sposób, że paliły mnie policzki, wcale nie nieprzyjemnie.
– Czy jestem Fikcją? – powtórzyła wolno kolejny raz, niezmiennie uśmiechnięta. – O tak. Zdecydowanie.
– Ekscytujące – stwierdziłam. – Teraz, gdy tu jesteś, mniej się boję. – Nie wiem, dlaczego to powiedziałam, Króliczku. Czy bałam się mniej? Czy bardziej?
– Arcyekscytujące i o tyle mniej się boję – zawtórowała mi Kyra. Zdecydowanie bała się bardziej.
– Ja też mniej się boję – wyszeptała dziewczyna, patrząc nam prosto w oczy. – Chociaż strach bywa seksowny.
Viktoria zdradziła swoje imię, które wydało się alarmująco idealne. Może właśnie dlatego zachowałaś je w niezmienionej formie, Samantho (ta twoja proza to taka uderzająca do głowy mieszanka realizmu z wierutnymi kłamstwami). Poza tym, że tak niezgrabnie zamieniłaś słowiańskie „k” na nudne „c” z angielskiego zapisu. Pominęłaś jednak jeden uroczy szczegół związany z jej imieniem.
– Ale mówią mi Vik – dodała, patrząc wyłącznie na mnie, co było jeszcze bardziej idealne, Króliczku, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego.
– Podoba mi się twoja sukienka – powiedziałam, co było zajebiście głupie, bo ona nie miała na sobie sukienki. „Musisz przestać komplementować ludzi na chybił trafił, Pączusiu – mówiła Matka. – Nie jesteś już gruba i wychodzisz na desperatkę. Ckliwą, spoconą i zdzirowatą. A nikt tego nie lubi”. Ale kiedy patrzyłam na Vik, widziałam to, Króliczku. Widziałam ją w sukience równie morskiej jak jej oczy. Z warkoczami, które mogłabym zapleść z jej kasztanowych włosów, z tymi średniowiecznymi splotami, które zawsze były jej przeznaczone.
Vik się uśmiechnęła.
– Dzięki – odparła. Tak jak zrobiłby to chłopak. Jej głos wywołał dreszcz w miejscu, gdzie cięła żyletka. – A mnie podoba się twoja – dodała, niezmiennie zagubiona w moich obłokach. Ujęłam jej dłoń, a ona chwyciła moją. Jej paznokcie były odrażające. Jakby z premedytacją. Jakby tuż przed przyjściem tutaj chodziła na czworaka po ziemi, wciskając palce w błoto. Mimo to jej nie puściłam. Trzymałam jej obrzydliwą rękę i to zabawne, Króliczku, ale coś jakby wtedy mnie przeszyło. Jakaś energia, nawet jeśli Matka zabiłaby mnie za użycie takiego słowa. To była energia. Między mną a tą syrenią dziewczyną w kraciastej koszuli, z nieuczesanymi włosami. Vik.
Ramię w ramię w ramię podeszłyśmy we trzy do stołu, maksymalnie dystansując się od pozostałych. Właśnie tam znalazłyśmy nasze niebo uzupełnione o ozdobę z orchidei na środku blatu. I tam spałaszowałyśmy ciasteczka Alicji Kyry. Zwłaszcza Vik. Pakowała je sobie do ust w sposób, który określiłabym mianem prostackiego i ekscytującego zarazem. Zastanawiałam się, gdzie te wszystkie ciasteczka mieszczą się w jej smukłym ciele. Obserwowałam, jak je, myśląc: „Nie chcę, nie chcę”. Bo doskonale wiedziałam, gdzie zmieściłyby się w moim własnym ciele.
– Poznałaś jeszcze kogoś? – zapytałam dla podtrzymania rozmowy. Nie mogłam się powstrzymać, Króliczku. Chodziłam do Smitha, gdzie hodują żonkile i przyszłe pierwsze damy.
– Nie przyjechałam tutaj dla poznawania, tylko dla robienia – szepnęła Vik.
Kyra i ja popatrzyłyśmy na siebie. Robienia?
– A konkretnie? – zapytała szeptem Kyra.
Vik spojrzała na nas chłodno, a jej usta błyszczały od całego tego maślanego ciasta, które pochłonęła.
– Cokolwiek mnie kręci.
– Chodzi ci o opowiadania – powiedziała Kyra i to coś zepsuło. Spojrzałam na Vik, która prychnęła.
– Jeśli tak chcesz je nazywać. Mnie interesują inne techniki. Inne formy.
– Inne formy? – szepnęłam. Zaczęłam się zastanawiać, czy chodziła do Oberlina. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, jakby wiedziała, że próbka mojej twórczości poza kilkoma fragmentami czułej prozy zawierała zdjęcie wnętrza moich ud, świeżo pokiereszowanych.
– Takie jak? – dociekała Kyra. Trawa na jej sukience wydała mi się nagle bardziej kłująca, mniej prawdziwa. Czy w ogóle potrafiłam nazwać te kwiaty?
Vik spojrzała na nas obie. Miała na wpół otwarte usta, mimo że nie znalazła jeszcze słów. Jej włosy nabrały złotego odcienia, kiedy słońce zaświeciło tuż nad jej głową. Nadając jej niemal proroczy wygląd.
– Hybrydyzm – wyjaśniła Vik.
– Hybrydyzm – powtórzyłam urzeczona. – Hm. – Bo nigdy wcześniej nie słyszałam tego słowa, Króliczku. Ale brzmiało magicznie.
– Jak coś eksperymentalnego? – drążyła Kyra. – Co mogłabym przeczytać w jakimś mętnym dzienniku literackim?
Vik tylko się uśmiechnęła.
– Hybrydyzm – powtórzyła Kyra. – Zabawne. Zawsze sądziłam, że to termin, którego człowiek używa w sytuacjach, kiedy nie ma pojęcia, co robi. Kiedy nie potrafi napisać prawdziwego opowiadania czy jakoś tak? – Potem wybuchła tym swoim wysokim, dziwnym śmiechem. Nie brzmiał wtedy jak muzyka. Studiowała zapewne na Yale albo w Princeton. Była jedną z tych nudniejszych bluszczowych sióstr. Potrafiłam sobie wyobrazić ozdobioną gargulcami bibliotekę, w której spędzała całe dni, pisząc fanfiki na modłę Jane Eyre.
– Zawsze uważałam, że opowiadania są dla sztywniaków – powiedziała Vik. – Dla ludzi bojących się ubrudzić sobie ręce na obszarze, który aż błaga o ubrudzenie sobie rąk.
Wtedy Kyra i ja spojrzałyśmy na nasze białe rękawiczki. Czyż nie, Króliczku? Równocześnie wsunęłyśmy ręce pod stół. A Vik się uśmiechnęła. Prawda, Vik? Króliczki skakały na trawie za jej plecami. Białe ogonki pojawiały się i znikały w naszym polu widzenia. Zdawało się, że ona jest naszą królową, królową plugastwa i tajemnic. I wtedy jej mina się zmieniła. Spojrzała w dal, jakby ujrzała na niebie coś boskiego.
– Patrzcie – powiedziała głosem pełnym zadziwienia. A ja zrobiłam się nagle bardzo zazdrosna, potwornie. Dlaczego nie patrzyła już na mnie?
I wtedy ją ujrzałyśmy. Na widoku pojawiła się jedna z członkiń naszego grona pedagogicznego. Jedyna, która się dla mnie liczyła: Ursula Radcliffe, jak nazwałaś ją w swojej powiastce. Albo też Fosco. Czy aby nie na cześć gotyckiego czarnego charakteru z Kobiety w bieli? Och, wszystkie aż nazbyt dobrze wiemy, co czułaś do Ursuli, Króliczku. Ja też będę nazywać ją Ursulą, żeby nie mieszać ci w głowie, zważywszy twój aktualnie niestabilny stan umysłu, nawet jeśli tu nie chodzi o ciebie. Chodzi o nas, o mnie. A wtedy dla mnie Ursula była moją Wiedźmą Słów. Ursula zamieniała słowo w ciało, a ciało w słowo. Była czarodziejką Życia w powieści. Powodem, dla którego przybyłam do Warren. I miała też najlepsze zdjęcie na okładce. Po prostu uwielbiałam, uwielbiałam to, jak jej długie, białe włosy unosiły się wokół jej głowy, jakby została porażona energią kosmiczną. To prawda, że usta miała umalowane szminką w opalizującym, pornograficznym odcieniu różu, ale wybaczyłam jej to przez wzgląd na oczy w kolorze psich fiołków. Sposób, w jaki na mnie patrzyła, Króliczku, jakby naprawdę widziała mnie leżącą w moim księżniczkowym łóżku, z pościelą w niebiańskie wzory i wyobrażającą sobie siebie w erotycznych przestrzeniach z jej historii. Była autorką moich najulubieńszych tytułów. Arii splotu słonecznego. Lamentacji: bestiariusza. I oczywiście najbardziej nowatorskiego z jej dzieł, Złapać złodzieja kryształów serca.
Wtedy zauważyłam, że Vik ma Złodzieja Kryształów wytatuowanego na przedramieniu, pod wywiniętym rękawem jej paskudnej koszuli. Wróciłam wzrokiem do Ursuli. Rozmawiała z młodą kobieta o długich srebrnych włosach. Ta młoda kobieta była bardzo blada i chuda, tak chuda, jak życzyłaby mi tego Matka. Była tak potwornie piękna, że widok jej twarzy sprawiał mi fizyczny ból. Oblekało ją zwykłe ubranie z cielistego lnu, które emanowało bogactwem. Przywodziła na myśl zacisze jogi. Lato trwające cały rok. Włosy miała najeżone rajskimi ptakami, a kiedy na mnie spojrzała, ujrzałam oczy w najchłodniejszym odcieniu niebieskiego. Paliły mi siatkówkę, jakbym patrzyła prosto w słońce. Kim ona, kurwa, była? Czy też była Fikcją? Dlaczego rozmawiała z Ursulą, trzymając usta tak blisko ust Ursuli? Przemawiała przeze mnie ciekawość, może nawet zazdrość, chociaż nie wiedziałam już nawet o kogo, Króliczku. Dla Vik przestałam istnieć. Ursula i ta druga dziewczyna zaskarbiły sobie całą jej uwagę.
– Powinnyśmy podejść i się przywitać? – zapytałam, znów ściskając żyletkę.
– Wygląda na to, że rozmowa ogromnie je pochłania – stwierdziła Vik. – Jakby łączyła je nić porozumienia.
– Porozumienia? – powtórzyła Kyra, trochę jakby rozbawiona, wyrażając moje własne myśli. Chciała, żebym zaśmiała się razem z nią, ale ja tego nie zrobiłam, Króliczku. Tak między nami, już wtedy była dla mnie jak młodsza siostra. Jak trawa dla mojego bezkresnego nieba.
– W jakiej sprawie? – szepnęłam do Vik, nie odrywając oczu od Ursuli i srebrnowłosej dziewczyny.
– Może rozmawiają o hybrydyzmie – zasugerowała Kyra. Pod stołem mocno trzymała mnie za rękę (tę, w której nie ściskałam żyletki). Pewnie zaczęłyśmy się już scalać. Vik nadal trzymała się na dystans. Gapiłam się na Ursulę. „Spójrz na mnie – myślałam. – To ja”. Zapamiętaj, Króliczku, bo to bardzo ważne. Na tym etapie wciąż jeszcze miałam własny umysł.
I w końcu Ursula mnie dostrzegła. Wtedy moja dusza zapłonęła niebieskim ogniem. Zarówno ona, jak i ta dziewczyna o oczach jak klejnoty uśmiechnęły się szeroko. Uśmiechnęły się, jakby wiedziały.
„Tylko zaczekaj”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
