Kobieta, która żyła najdłużej - Marcin Pilis - ebook
NOWOŚĆ

Kobieta, która żyła najdłużej ebook

Marcin Pilis

0,0

Opis

Laura nie jest zwykłą kobietą. Kiedy los łączy ją z Wojciechem, miłośnikiem paleoantropologii, ten jeszcze nie wie, z jak wyjątkową historią przyjdzie mu się zmierzyć…

„Kobieta, która żyła najdłużej” Marcina Pilisa to fabularna podróż przez wieki. Tajemnicza paleolityczna figurka odnaleziona w jaskini francuskiego miasteczka Bauzolles trafia do rąk pasjonata sztuki przedhistorycznej. W jaki sposób to archeologiczne odkrycie znalazło się w Polsce? I czy nie jest spreparowanym falsyfikatem jak słynna Wenus z Brizet, która zatrzęsła światem współczesnej paleoantropologii i ośmieszyła jej znawców?

Jednak to nie sensacyjna intryga wydaje się najistotniejszym motywem książki, lecz dzieje kobiety uwiecznionej przez paleolitycznego artystę. Kobiety, która nigdy nie zaznała starości, bo jej umysł od tysięcy lat doświadcza świata. Jest silną bohaterką uosabiającą kobiecy los na przestrzeni wieków, stając się ofiarą mrocznych sił natury i zwykłej ludzkiej zawiści. Trwa na pograniczu życia i śmierci, zmuszona wystrzegać się dzikich zwierząt, wrogich plemion bądź męskich agresorów – identycznych od zarania dziejów aż po nowożytność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 450

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Marcin Pilis, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Renata Kufirska-Biegajło

Skład i redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji:

© lufimorgan, © morphart/123RF

Zdjęcie autora: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68817-18-8 (EPUB); 978-83-68817-19-5 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Epizod 1

Rozdział 1

Epizod 2

Epizod 3

Rozdział 2

Epizod 4

Epizod 5

Epizod 6

Rozdział 3

Epizod 7

Epizod 8

Rozdział 4

Epizod 9

Rozdział 5

Epizod 10

Epizod 11

Epizod 12

Rozdział 6

Epizod 13

Epizod 14

Epizod 15

Epizod 16

Epizod 17

Epizod 18

Epizod 19

Epizod 20

Epizod 21

Rozdział 7

Epizod 22

Epizod 22 cd.

Epizod 23

Rozdział 8

Epizod 24

Epizod 25

Epizod 26

Rozdział 9

Epizod 27

Epizod 28

Epizod 29

Epizod 30

Epizod 31

Epizod 32

Rozdział 10

Epizod 33

Epizod 34

Rozdział 11

Rozdział 12

Epizod 35

Epizod 36

Epizod 37

Rozdział 13

Epizod 38

Epizod 39

Rozdział 14

Epizod 40

Epizod 41

Epizod 42

Rozdział 15

Rozdział 16

Epizod 43

Epizod 1
LA PASIEGA, 34 000 P.N.E. AŻ PO CZASY OBECNE
 
 
 

Gdzie jaskinia zaczyna swój bieg. Rozciąga się w mrok, niknie, a nad nią ostra krzewina opada po zboczu Wielkiej Góry Matki. Miałam tam mężczyznę. Siadywaliśmy u samego wejścia, u wrót ciemności, patrzył na mnie długo i zagłębiał rylec w kościanym odłamku.

Skąd widać Wieżę Świętego Wawrzyńca. W rotterdamskim domu o wysokich oknach, przy ulicy stał, piętrowy, podparty siłą ceglanych wiązań. Wzrok mężczyzny ślizgał się po mym ciele, a płótno chłonęło gęstą farbę.

W skwarze Sumeru, nad zlewiskiem rzek. Gdzie miasto rosło ludne. Miałam tam mężczyznę matki, a to tak, jakby nikt inny go nie miał.

Ale nade wszystko wśród księżycowych jezior miałam siostrę, której wyznałam moją prawdę. A ona mi uwierzyła.

W nieskończonej otchłani miałam wiele sióstr, śpiewałyśmy dawne opowieści, choć żadna nie była moją siostrą. Nie jest nią. I nie będzie.

Pamiętam czułe uściski. I brutalność rąk o szorstkich dłoniach. Objęcia zamknięte w splotach palców, na plecach, na karku, wzdłuż bioder. Smak cierpki, słodki, krwawy zapach, cienkie włosy na wyziębniętej skórze. Strach. Przez wieki. Na dnie oczu.

Miałam wiele sióstr. Mam wiele sióstr. I matek.

Patrzę w dolinę u podnóża zamku. Namioty oblężniczych wojsk podświetlone blaskiem ognia. Patrzę po swojemu, jest we mnie spokój myśli w różnych językach, w ich strzępach, w tym, co osiadło jako pamięć.

Montségur. Rychły koniec nas czeka, gdy otworzą wrota zamku. Zebrali się w kręgu i czekają. To dla nich rozkosz płomieni i swąd naszych palonych ciał.

Lub inaczej. Patrzyłam w dolinę u podnóża.

Lub popatrzę w dolinę u podnóża.

Wszystko, co mnie czeka, już mnie spotkało.

Dziób statku rozcina fale, trójmasztowiec San Felipe kołysze się na wodach oceanu. Przeszliśmy cieśninę, a słońce opadło nad horyzont, czerwieniejąc. Stoimy we dwoje, w zapatrzeniu, w zasłuchaniu. Moja dłoń wsunięta. Ukryta pod jego ramieniem.

Woń cygara.

Słona woń oceanu.

Francuski hotel, potem dom. Mężczyzna, który ma umrzeć, oddycha płytko, regularnie. Niebawem się obudzi. Spostrzeże świt za oknem, potrze powieki.

Ja, poczęta w sobie, ta sama ja, choć zawsze nieco odmienna, ale bardziej ta sama.

Mężczyzna leży na boku. Duchy śmierci nadal omijają jego ciało. Usłuchały moich wezwań. Przyglądam mu się z uwagą. Może dziś duchy życia nie będą go strzec. Jest gotów umierać.

Kiedy się przebudzi, popatrzę mu w oczy, będzie zmęczony na twarzy. To wydarzenie życia, tak powiedział dziś w nocy.

Cóż, nasza podróż musiała się kiedyś skończyć.

Więc żegnaj, Wojciechu.

Rozdział 1
POLSKA, NA JURZE, POJAWIA SIĘ FIGURKA Z BAUZOLLES, 2025
 
 
 

Wojciech Miły urodził się w 1980 roku na Jurze, a umrzeć miał w 2025 z dala od tych stron, choć o dacie jego śmierci nikt, kto żył w grudniu roku poprzedniego, wiedzieć nie mógł. Podobnie jak nikt, kto żył w styczniu czy lutym roku jego mającej nadejść śmierci. Nikt, nawet on sam. W marcu, a potem w kwietniu tegoż roku nadal żaden człowiek nie wiedział, że rok śmierci Wojciecha Miłego, umownie rozciągnięty między styczniem a grudniem, jest rokiem tak zwanym obecnym.

Dopiero w czerwcu jedyną osobą świadomą jego nadchodzącej śmierci stała się ciemnowłosa kobieta, niewysoka, o kościach grubszych niż przeciętne, o ciele dobrze ukształtowanym, choć szczupłym.

Od najmłodszych lat Wojciech przejawiał zainteresowanie literaturą. Jako kilkulatek zaczytywał się powieściami dla młodzieży, zdarzyło mu się reprezentować szkołę na paru konkursach z języka polskiego, a nauczyciele cenili jego zapał, podobnie jak miłą osobowość, i wysyłali na rozmaite olimpiady językowe. Nie pociągały go jednak strukturalne aspekty języka, tylko same opowieści, ich naturalny rozwój i przedstawiany tok wydarzeń. Nieświadomie, mocą czytelniczej intuicji odnajdywał w szeregu przeczytanych książek schematy łączące różne fabuły w system dających się wyodrębnić kategorii, aby te znów powiązać ze sobą, i w ten sposób stworzyć sieć zazębiających się opowieści z różnych światów, które składały się na jedną metaliteracką rzeczywistość w głowie Wojciecha. Gatunkowość nie była dla niego utrudnieniem. Powieści najróżnorodniejsze i całkiem od siebie odmienne wplatał w kategorie, między którymi snuł sieć łączących je cech, dzięki czemu klasyki fantasy nie były dla niego wcale bardzo odległe od sensacyjnych kryminałów, a przedstawione w nich światy stawały się zaledwie elementem większej całości na poziomie możliwie najbardziej ogólnym.

Poza książkami czysto fabularnymi Wojciech znajdował upodobanie w literaturze dokumentalnej i popularnonaukowej. Wciągały go tajemnice niezbadanych do końca wydarzeń i zagadki sprzed wieków. Od najmłodszych lat buszował po okazałym księgozbiorze rodziców, początkowo wpatrując się w intrygujące grzbiety, a później okładki rozmaitych pozycji, które – choć wciąż poza jego możliwościami – nie dawały o sobie zapomnieć. Przeczuwał jednak, że nadejdzie dzień, w którym sięgnie po jedną z zadziwiających pozycji i zagłębi się w tajemnicach, jakie obiecuje okładka.

Nie skończył jeszcze siedmiu lat, kiedy przyglądając się jednej z półek, dostrzegł grzbiet jasnobrązowej obwoluty. Wysunąwszy nieco książkę o wielkim formacie, ujrzał istotę ni to małpią, ni to człowieczą, na pierwszy rzut oka w każdym razie bardziej małpią. Książka nosiła tytuł Pradzieje człowieka i zawierała mnóstwo fascynujących ilustracji. Przesiedział nad nią długi czas, aż wreszcie matka wyjęła mu ją z rąk, twierdząc, że na tę pozycję jest zbyt młody. Później wielokrotnie powracał do książki, aby na nowo przyglądać się rysunkom, aż wreszcie, jako młodzieniec po egzaminie wstępnym do liceum, pogrążył się w treści, która na zawsze miała rozbudzić jego wyobraźnię.

To tam pierwszy raz zobaczył figurkę paleolitycznej Wenus. Pośród wszystkich niezwykłych obrazów przykuła jego uwagę ze względu na dziwne uwydatnienie cech płciowych. Była to figurka ze stanowiska Dolni Věstonice – postać kobiety o szerokich biodrach i obfitych piersiach, a obok ilustracja rzeźbiarza w trakcie tworzenia.

Wojciech zafascynował się dziełami paleolitu tak mocno, że po latach postanowił zgromadzić kopie wszystkich dostępnych na świecie wytworów tego typu i o ile to możliwe, udostępnić je do oglądania.

– Ktoś zbiera znaczki, a ja figurki Wenus – powiedział kiedyś siostrze.

Z biegiem lat jego kolekcja się rozrastała. Nawiązał kontakty z naukowcami, specjalistami w dziedzinie sztuki przedhistorycznej, udało mu się nawet opublikować kilka artykułów, w których podpisywał się jako amator-samouk, choć o dość gruntownym wykształceniu historycznym. Jednak największe uznanie zyskał dzięki własnemu odkryciu, które przydarzyło mu się najzupełniej niespodziewanie. W 2002 roku, kiedy jeszcze zajmował się hobbystycznie poszukiwaniem tkwiących pod ziemią zabytków, eksplorując jedną z jaskiń na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, natknął się na imponującą liczbę dziwnych kości. Okazało się, że jest ich jeszcze więcej, a spora część znajduje się pod ziemią. Największą jednak niespodzianką było odkrycie odłamków paleolitycznej ceramiki z gliny, których wiek ostrożne datowanie określiło na około dwadzieścia – dwadzieścia jeden tysięcy lat. Biorąc pod uwagę, iż to maksimum ostatniego zlodowacenia, znalezisko było niezwykłe.

Wojciech otrzymał pozwolenie na asystę przy pracach odkrywkowych, co ostatecznie pozwoliło mu figurować jako nie tylko odkrywca, ale i badacz.

Z biegiem lat udało mu się uzyskać fundusze na utworzenie muzeum sztuki paleolitycznej nieopodal jaskini.

Wtedy właśnie, w połowie pierwszej dekady XXI wieku, po raz pierwszy usłyszał o figurce z Bauzolles. Początkowo okrzyknięta cudem z paleolitu, szybko została uznana za falsyfikat. Część naukowców orzekła, że pochodzi ze średniowiecza, wykonana kunsztownie, ale bez szczególnego błysku, albo jest wręcz zupełnie nowożytna, stworzona w celu wprowadzenia w błąd świata naukowego. Odkrywca, sędziwy obecnie Maurice Givon, upierał się, że znalezisko musi być o wiele starsze i pochodzić sprzed wielu tysięcy lat. Mimo to widziano w nim oszusta, który spreparował – sam lub z czyjąś pomocą – fragment mamuciego ciosa, chcąc albo zarobić, albo przynajmniej zyskać rozgłos. Gdyby figurkę uznano za autentyk, byłby to najniezwyklejszy przykład sztuki paleolitycznej, jaki kiedykolwiek udało się odnaleźć.

Wojciech oglądał eksponat na własne oczy. W odróżnieniu od większości znajdowanych Wenus ta postać miała dość dobrze nakreślone rysy twarzy. Było to zaskakujące, ale i podejrzane, ponieważ w sztuce paleolitycznej z czymś podobnym spotykano się niezbyt często. Artysta przyłożył się do oddania szczegółów w stopniu przekraczającym wszelkie naukowe wyobrażenia.

– Proszę państwa, w paleolicie nie wytwarzano takich okazów sztuki. Owszem, zauważamy różnorodność wytworów, kiedy porównujemy znaleziska oryniackie czy graweckie, sztukę późniejszą, na przykład solutrejską czy z czasów kultury magdaleńskiej, no ale bez przesady. Choć pamiętajmy też, że w sztuce paleolitu nie ma czysto liniowego rozwoju, co widać zwłaszcza po odkryciu jaskini Chauveta. Dzieła znacznie starsze nieraz są bardziej wysublimowane od późniejszych, datowanych jako młodsze, i cechuje je wyższy kunszt artystyczny. Liniowy rozwój sztuki czy technologii w paleolicie to mit. W mojej opinii jest to falsyfikat, choć przyznam, że uczyniony ze znawstwem. Kość z pewnością jest autentyczna, natomiast cała reszta to próba przekonania nas wszystkich, że artyści paleolityczni wytwarzali eksponaty będące niemal zupełnym i prawdopodobnie bardzo wiernym odwzorowaniem konkretnej postaci. Proszę na dodatek zauważyć, w jak znakomitym stanie jest figurka, jakby nie tyle przeleżała w ziemi dziesiątki tysięcy lat, ale znajdowała się w czyichś rękach, odpowiednio zabezpieczona przed zniszczeniem. Dysponujemy znaleziskami z przedstawieniem cech indywidualnych, jak na przykład słynna Wenus XV, ale to raczej wyjątki, a na pewno nie o takim stopniu zaawansowania i dbałości o szczegół – powiedział w wywiadzie dla regionalnej prasy powszechnie szanowany dr Claude Limone.

Figurkę jako eksponat o podejrzanym rodowodzie ulokowano w odległej części muzeum we francuskim Gotovaux. Nie budziła większego zainteresowania, od czasu do czasu badał ją jakiś naukowiec. Każdy zainteresowany dziejami paleoantropologii pamiętał aferę ze słynną czaszką z Piltdown, uznawaną przez kilka dekad za autentyk.

Figurka z Bauzolles tkwiła w prowincjonalnym francuskim muzeum i nikt się specjalnie nią nie interesował – aż do dnia, w którym znikła. Ale nawet wtedy prasa nie przejęła się zbytnio, wszczęto postępowanie z urzędu, a pobieżne śledztwo wykazało, że tropy prowadzą do Polski. Zdaniem muzealników z Gotovaux polskie służby zrobiły, co było można, i należało pogodzić się z utratą dzieła.

Przez lata pamięć o figurce stopniowo zanikała, aż któregoś dnia Wojciech wyszedł przed szkołę po skończonych zajęciach. Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Nad Żarkami unosiło się kilka jasnych obłoków. Zapalił upragnionego papierosa, na którego pozwalał sobie dwa razy dziennie. Miał dziś ważne spotkanie w myszkowskim Sądzie Rejonowym i musiał zebrać myśli.

„Rozwody to przekleństwo małżeństw” – pomyślał i wtedy usłyszał, że ktoś podchodzi do niego od tyłu.

– Przepraszam, czy pan Wojciech Miły?

Stał przed nim niewysoki mężczyzna, około czterdziestoletni, ubrany przeciętnie, z czapką z daszkiem na głowie.

– Dzień dobry, tak, to ja – odparł zapytany, wydmuchując nosem dym papierosowy.

– Pan się podobno zajmuje, no... takimi różnymi małymi rzeźbami, figurkami, tak?

– No, powiedzmy, w jakimś sensie tak.

– To może to pana zainteresuje – odparł mężczyzna i wyjął z kieszeni zdjęcie.

Wojciech pochylił głowę i przyjrzał się uważnie. Na fotografii zobaczył zaginioną figurkę, najwyraźniej nienaruszoną.

– Figurka z Bauzolles – wymsknęło mu się półgłosem.

– Aha, na pewno stamtąd – odparł szybko mężczyzna.

– Skąd pan to ma? – zapytał Wojciech niezadowolony ze swojej natychmiastowej reakcji.

– A skąd mam, to mam. Pytanie, ile pan dasz.

Epizod 2
LA PASIEGA, 34 000 P.N.E., GÓRNY PALEOLIT I WIELE PÓŹNIEJSZYCH TYSIĄCLECI, JAK RÓWNIEŻ WSPÓŁCZESNOŚĆ
 
 
 

La Pasiega, tak teraz nazywają naszą jaskinię. La Pasiega. Mroczna droga przez ciało Wielkiej Góry Matki wyrastającej ku niebu niczym ostry grot. Pieśni całej gromady trwają tam w mowie bez dźwięku, kłębią się w języku ścian i tylko wieczny duch góry je słyszy i duchy tych, co pozostali za nami.

La Pasiega, tak. Piękna okolica. Dziś leży w słonecznej Hiszpanii, ale wtedy był to zaledwie cieplejszy zakątek w krainach odwiecznego zimna. Inny czas, inne, wymarłe języki i inni ludzie. Ze świata, który nigdy się nie powtórzy.

Dobrze znam hiszpański, ale nie potrafię go używać, noszę w sobie tylko brzmienie i rozumienie słów. Dziś mówię głównie po polsku, nauczyłam się angielskiego i francuskiego na studiach, choć od dawna znam te języki znakomicie. W staroangielskim przegadałam dawno temu całe życie, wczesny frankoński też jest mi znany.

Moja ostatnia matka świetnie posługiwała się czeskim, a ja urodziłam się w Polsce, więc ten język dziś uważam za swój, nawet go lubię. Kilka z moich matek znało polski w jego wczesnej fazie – ten znam i ja, lecz nie umiem w nim mówić.

La Pasiega, tak, ładnie to brzmi.

Przed jaskinią siadywaliśmy we dwoje, noce były nieco cieplejsze w tamtej okolicy. Co kilka księżyców nasza gromada wracała z długiej wędrówki. Rozkładaliśmy pod zboczem góry – dziś powiedziano by – szałasy, ale my nazywaliśmy je koa.

Jaskinia La Pasiega to była nasza bahu, jedna z tych, jakie znaliśmy w ciągu wielu dni drogi. Dla mnie najważniejsza z jaskiń.

Tak wtedy, jak i później.

Zostały mi skrawki zapamiętanych chwil. Najwięcej ich widzę w moich pierwszych gromadach. Wtedy wyszłam z ciemności, sprzed czasu. Nauczyłam się nieba, poznałam Księżyc, Lanu, naszą matkę, pojęłam powracającą zmienność jej kształtu i ciepło światła padającego na ramiona. Aby nas chronić przed złem nocy. Księżyc był najważniejszy i z każdym nawrotem jego wielkiego kręgu staraliśmy się wrócić do bahu w głębi góry, jak duchy naszych przodków w odwiecznym kołowrocie. Lecz nie zawsze udawało się nam zdążyć, a bywało i tak, że spotykaliśmy pod zboczem inną grupę, więc budowaliśmy obozowisko nieopodal. Wtedy bliżej nam było do jaskini, którą dziś nazywacie El Castillo. Ale ja zawsze wolałam dziękować duchom w La Pasiedze.

Tam poznałam tego mężczyznę. Pod zboczem Wielkiej Góry Matki byłam z nim, tuż za środkowym wejściem, i chociaż się bałam, bo przecież wkraczaliśmy w mrok bahu, jednak on mnie pociągnął za sobą.

Wciąż widzę go u samego wejścia z rylcem w dłoni. Błyskają zagłębione brązowe oczy pod krzaczastymi brwiami, ich łagodne spojrzenie ogarnia mnie całą na jasnym kamieniu, a później mocny wzrok ślizga się po mojej twarzy i szyi, zatrzymuje się na ustach, żeby dobrze pojąć ich kształt i przenieść na powierzchnię kościanego odłamka. Zabronione mi jest poruszać się lub uśmiechać.

Nie spotkałam dotąd człowieka, który czyniłby coś podobnego, więc ogarnia mnie lęk na myśl o tym, jaką postać przybierze kość w jego dłoniach, ale on mnie uspokaja.

Długo wcześniej, w odległej części ciepłego lasu, narodziłam się po raz pierwszy, wśród ludu innej gromady, a potem rodziłam się drugi raz i trzeci. Do dziś nie rozumiem, dlaczego rodząc siebie samą, umrę niedługo, narodzę się, a potem znów umrę, znów się narodzę po to, aby ponownie umrzeć i narodzić się w przeklętym nieskończonym cyklu.

Czas wciąż się obraca po swoim wielkim kręgu i powtarzają się moja udręka i ekstaza, cierpienie, rozkosz, a tak niewiele trzeba, by przerwać niezliczoną powtarzalność odrodzeń – wystarczy jeden ostateczny krok.

A jednak kolejne ciała mojego nawrotu dążą ku trwaniu niczym bezrozumne kształty materii, które prowadzi naprzód pierwotna wola.

To dla mnie wyrok śmierci, ale i wyrok życia.

Jestem spokojna, nauczyłam się tego przez te wszystkie wieki.

Duchy są ze mną. Moje ciała są ze mną. Ja i moje ciała to jedno.

Wiele razy o tym myślałam i sądzę, że musiało się to wydarzyć gdzieś między trzydziestym piątym a trzydziestym tysiącleciem przed naszą erą, jak to się obecnie określa. Wtedy rozpoczął się mój cykl i trwa do dziś.

Początkowo nie zastanawiałam się nad moją przypadłością. Sądziłam, że każdy tak czuje, widzi i pamięta życie swej matki, nosi w sobie zapamiętane przeżycia, a później rodzi się córka, która też to pamięta, i kolejna córka kolejnej matki, i następna, i tak raz za razem. Przez pewien czas było to dla mnie coś naturalnego, aż któregoś dnia zrozumiałam w pełni, że nikt w ten sposób nie zapamiętuje.

Tylko ja.

W La Pasiedze miałam mężczyznę, kochałam go, o ile kochać wtedy znaczyło to samo, co kochać dziś, to chyba niewłaściwe słowo. Pamiętam jego imię, nie umiem jednak poprawnie go wymówić, więc z imienia wychodzi inne słowo. Najbliżej mu chyba do miana: Geri. Tak, chyba tak.

Geri z rylcem w dłoni za chwilę skończy tworzyć niezwykłą figurkę z kości mubanu u podnóża góry, której duch otula nas głosem jaskini, głosem bahu, gdzie gromadzimy się w ciszy. Niekiedy lękamy się mrocznej otchłani, ale tacy myśliwi jak Geri dodają nam odwagi i kreślą w powietrzu znaki Księżyca, Lanu, naszej matki. Aż w końcu bahu pozwala wejść niektórym z nas. Głos jaskini wzywa wybranych i choć my tego nie rozumiemy, Geri ma pewność, kto może wstąpić w ciało góry, aby wsłuchiwać się w śpiew jej ścian. Geri ma jeszcze drugie imię, Swobody Wiatr, ale ja wolę używać pierwszego.

Widziałam tyle śmierci, ile żaden człowiek.

A umierałam tak, jakbym umierała za każdego z osobna.

Tyle lat, wieków w mojej głowie, za małej na to wszystko.

Przekroczyłam dawno granicę, za którą życie blednie, już się poddałam.

Lecz to nic, nadal nie ma śmiertelnego wybawienia, a ciało zmusza mnie do trwania.

Sekretna wola życia nim włada.

Tajemna, mam wrażenie, jakby wyprzedzała wszelkie moje postanowienia.

Więc jestem.

Zbyt wiele tu postaci i zdarzeń.

Tylko nieliczni przetrwali we mnie, duchy większości odleciały, nie wiem dokąd.

Geri. Rogier. Kastu-ihanna. Sir John. Kohelet. Geri. Geri. I ta niezwykła Eleonora van der Hoyle. I wielu, wielu innych.

Lecz to tylko epizody, krótkie przebłyski w mojej pamięci.

Szeregi niepowiązanych impresji.

Nasze mieszkanie w Rotterdamie, gdzie zawsze brakowało miejsca na obrazy. Malował mnie taką, jaka byłam, jaka jestem, jaką będę. Dla takich obrazów mężczyźni gotowi byliby na wiele poświęceń. Ale on malował dla mnie. Rogier. Rogier van Debreylen. Któż go nie znał! W tamte dni na krańcu ulicy od południowej strony Delft, zaraz przy rzece. W moim przekonaniu największy malarz, największy z Holendrów. Kiedyś z de Hoochem wspólnie malowali jeden obraz. Nie był dobry. Tak niedawno się rozstaliśmy, miał w sobie wiele z Geriego, zawsze zresztą szukałam go w innych. Rogier miał te same oczy, kształt twarzy, prawie całkiem jak on, jak ten wspaniały łowca, który rozmawiał z duchami góry w jaskini La Pasiega, w ciele Wielkiej Góry Matki.

Rogier załamał się, kiedy umarłam, obserwowałam jego boleść i tak bardzo było mi go żal. Był wszak moim ojcem.

Tak, tylko nielicznych pamiętam lepiej, z innych pozostało imię bądź niewyraźne obrazy, ale większość postaci przepadła w mrokach niepamięci, jakby nigdy nie istniały. Ostatecznie wszyscy są do siebie podobni. Czasem czuję, jakby i mnie nie było, mimo że istnieję bardziej niż ktokolwiek inny. Może to ten długi, nieskończony czas sprawia, ta potworność jego natury i niekończąca się liczba pokoleń w nim zawartych – jakbym żyła w czymś, co nazywamy baśnią albo właśnie przeżywała wszystko niczym we śnie.

Dawniej było inaczej.

Sny w naszej grupie były jak życie, opowiadaliśmy je sobie w dymie ogniska, a myśliwi tacy jak Geri układali je w trzewiach góry, która bije wysoko w niebo jak ostro zakończony grot wielkiej włóczni.

Wciąż w to wierzę, w realność tego, co w jaskini, głęboko za płaszczyzną ściany, gdzie odchodzą nasi wszyscy zmarli.

A ja ciągle trwam. Przeżyłam więcej niż ktokolwiek, lecz nigdy nie zaznałam starości, dlatego starzy ludzie budzą we mnie czułość. Kiedy na nich spoglądam, obserwuję ich utrudzenie, ruchy powolne, ostrożne, badające każdą nadchodzącą sekundę, jakby w obawie przed najbliższą możliwą przyszłością, odzywa się we mnie tęsknota za tym, czego nigdy nie doświadczyłam. Proste, zgodne z naturą zdążanie ku śmierci, jednakie dla każdego, zarówno dla tych, którzy czekają ze spokojem, jak i dla tych, którzy próbują odsuwać ten moment najdalej, jak tylko można.

Ale ciąży nade mną przekleństwo ciała. Przekleństwo moich ciał, młodych zawsze i obarczonych wczesnym końcem. Ich powielanie się, odradzanie, mnożenie nieskończone – z matki w córkę, z córki w matkę i znów, niczym w okrutnej cielesnej procesji. To mnie chroni, mój umysł, przed zupełnym szaleństwem. Inaczej nie do zniesienia byłyby kolejne dni.

Dziś wiem, że nie da się niczego pojąć, a największą przeszkodą jest to, co nazywa się językiem, to, co nazywa się słowami, to, co nazywa się myśleniem, które i tak przeistacza się w język. Kiedy życie trwa lat osiemdziesiąt czy sto, słowa wystarczają, nie sięga się po więcej, jakby język człowieka przystosowany był do krótkiego wglądu.

Kiedy istnienie trwa dłużej, naprawdę długo, język słabnie i nie ma w nim żadnego oparcia, aż wreszcie zdaje się oddalać od obrazów, jakby nie miał z nimi wiele wspólnego.

Nie od razu to zauważyłam.

Nie od razu widziałam tyle, ile widzę teraz.

Tak.

Przeczytałam wiele dzieł w wielu językach, powracałam do lektur wielokrotnie, widziałam rękopisy, o których dziś krążą legendy, znałam oryginalne zwoje Parmenidesa i Demokryta, którego ceniłam ponad innych, trzymałam w rękach głębokie pisma filozofów zapomnianych, o których nikt dziś nie słyszał, nawet Diogenes Laertios pomija ich milczeniem, czytałam święte księgi w najwierniejszych kopiach i słuchałam świętych mężów o mądrości jak ocean, zanim powstały pierwsze ludzkie zapisy, widziałam ulice Konstantynopola sprzed tragedii 1204 roku, a później przetrwałam czarną śmierć gdzieś u podnóża Alp, rzeźbiłam ornamenty w miejscu, które dziś nazywacie Göbekli Tepe, wieczorami patrząc na taniec świętych mężów, którzy wznosili się ku bogom, i taniec świętych kobiet, które wznosiły się ku boginiom, spędziłam tysiące godzin, wpatrując się w Księżyc, Lanu, naszą matkę, i do dziś nie potrafię nie patrzeć w jasną tarczę, ilekroć wyłania się zza pociemniałych chmur, rozmawiałam o gwiazdach, księżycowych dzieciach, radosnych wędrowcach snujących się między konstelacjami, bo niebo zawsze było dla nas odbiciem życia, więc patrzyliśmy w niebo, w jego tajemniczą ciemność, jakby ono było wielką bahu, największą, w jakiej sami się znaleźliśmy, jak przekonywała Kastu-ihanna, a potem wielu jej podobnych, i syn Kastu-ihanny, i jego syn także, i wielu po nich, i jeszcze wielu, którzy nadeszli.

A mimo to niewiele mam do powiedzenia ponad to, co mówię.

Widzę dużo i mało. Miewam przebłyski zdarzeń, czasem dłuższe, czasem ledwie dostrzegalne, mieszają się ze sobą, nie potrafię ustalić kolejności ich występowania, brak mi chronologii czasowej, jakiegoś narzędzia, dzięki któremu mogłabym uszeregować to, co pamiętam.

A pamiętam niezbyt dużo.

Mój umysł nie jest gotowy na gromadzenie wielkiej ilości doznań. Niemal wszystko zapominam, nie pamiętam nawet moich dawnych matek. Mam w sobie tylko jedną świadomość, której każda z nich doświadczała przede mną, mam ich przeżycia, ale to, co udaje mi się pamiętać, to, co nam wszystkim udaje się pamiętać, to ledwie mikroskopijny wycinek z otchłani.

Wiem, że rodzę córkę, a jej umysł okazuje się moim umysłem i wszystko, co przeżyłam, co udało mi się zachować w pamięci, wlewa się w jej świadomość, która budzi się nieoczekiwanie, nie od razu, lecz po paru latach lub nawet dopiero parunastu.

Dlatego moje córki w pierwszym okresie wydają się opóźnione w rozwoju, aż wreszcie świadomość otwiera się w nich, a tą świadomością jestem właśnie ja, przelewana przez tysiąclecia z jednego umysłu w drugi. Nie wiem, nie mam najmniejszego pojęcia, skąd to się bierze i dlaczego jestem, jaka jestem.

Najczęściej widzę czas naszej grupy przy bahu, zwanej dziś La Pasiega, lub przy tej drugiej – El Castillo. Często też pojawia się w moich wspomnieniach Sumer, spędziłam tam wiele żyć, zapamiętałam kilka znaczących postaci, próżno szukać o nich wzmianek w najstarszych źródłach. Lubię też wracać w pamięci do Koheleta, czyli Eklezjastesa, jak go z grecka nazywacie, autora biblijnej księgi, ale on miał przecież swoje piękne imię, łagodne w brzmieniu, tak jak on sam był łagodny. Z zapartym tchem wczytuję się w jego księgę, która przetrwała, choć oryginał był nieco inny, długo nad nim przesiadywaliśmy. On rozumiał ulotność świata, och, jak dobrze to pojmował mój Kohelet, marność nad marnościami, jak to potem niedokładnie przełożyli, o której mu opowiadałam, ulotność przeżytą i nieustannie przeżywaną w ciągu wieków mojego przeklętego nawrotu. Nic nowego pod słońcem, mój drogi mężczyzno, a Księżyc, Lanu, nasza matka, zawsze karmi nas tym samym mlekiem, mówiłam mu na ucho. Ale on nie chciał słuchać o Księżycu, wizja Słońca nad całym istnieniem głębiej do niego przemawiała. Jego twarz uśmiechnięta, kiedy leżymy wieczorem pod baldachimem, ciepło nocy, zapach trawy i odgłos cykad z oddali, a jego kojący głos uspokaja mnie, obdarza czystą rozkoszą, jeszcze nie wiemy, co ma nadejść niebawem. Ja już wiem, że czeka mnie poród, ale on nie wie, lecz kiedyś może się dowie, co to naprawdę znaczy, mój piękny, mądry mąż z Seforis.

Widzę w pamięci słońce Egiptu z czasów Amenhotepa IV, akurat tę krótką część egipskich dziejów znacie nieco lepiej, więc o tym napomykam, ale w istocie – cóż znaczy ta wiedza. Lecz po chwili wspomnienie wędrówek uliczkami starożytnych Teb, od Ipet-Sut, wielkiej świątyni, aż na drugi brzeg Nilu, ku Miastu Umarłych – wszystko to przysłania nagle wysoki, gęsty las, starszy o dziesiątki tysięcy lat, gdzieś z okolic gór, które dziś nazywają się Pirenejami, a moja siostra o imieniu Uahkate, czyli coś jak Mocne Drzewo, idzie pierwsza i nasłuchuje, słyszy najlepiej z nas wszystkich, obok niej postawny myśliwy w grubej skórze niedźwiedzia, nie pamiętam jego imienia, pochylony, z napiętymi mięśniami, a reszta za nimi, uważne spojrzenia badają nieprzebrane zarośla między pniami kirikari, drzewa soczystego, kroczymy w ciszy, bo gdzieś w pobliżu pasie się stado reniferów; idziemy z wyciągniętymi włóczniami, mocne i ostre groty krzemienne jeżą się na ich końcach i nie pamiętam już, kto wtedy zginął, wspomnienie zatraciło się w głowie, ale tak było, wiem to na pewno, że polała się krew naszej gromady, niech nasza matka przyjmie ją w swym ciele; wiem tylko, że Uahkate wróciła z tego polowania, spędziłyśmy wspólnie wiele czasu w jednym koa, wiele dni i chłodnych oddechów Słońca, Rahu, naszego ojca, aż tu nagle pamięć znów mnie odmienia i jestem w innej bahu, chyba później o tysiące lat, nie wiem kiedy, lód już się cofnął względem tego, co było znacznie wcześniej, otworzył przestrzenie, więc ta bahu nie taka jak w La Pasiedze, ma jedno wejście i prowadzi głęboko w dół, jest jakaś ciężka, brzuchata, teraz mówimy na nią muna kana, czyli dom przodków, tak byśmy dziś powiedzieli, to znaczy współcześnie; siedzimy w okręgu, oczy łzawią mi od dymu i wspominam głos Geriego, który wyłania się z otchłani czasu, ogarnia mnie największy możliwy smutek i przerażenie, boję się wspomnień ze światów nieznanych innym ludziom, ognie się dopalają, matka ciągnie mnie za rękę, w jej oczach widzę strach i sama też go czuję, lecz idę za nią posłusznie, aż nagle nieoczekiwanie otwieram oczy pośrodku tłumu w Nevali Çori – tak się na to miejsce mówi obecnie, jedna z ciekawszych osad neolitu, ale wówczas nazywała się Marakata. To wielkie święto wody, na ołtarzu utoną poświęcone zwierzęta, gromadzimy się więc, wszyscy chcą widzieć śmierć ofiarną, tłum pulsuje, upał zalewa nas z wielką mocą, w powietrzu uporczywy klekot dzwonków, głosy mądrych mówców wzywają do wspólnego tańca, słyszę pierwszy odgłos bębna i wysoki śpiew kobiet w przebraniu wodnych bogiń, wychylają swe ciała na lewo i prawo i oto w innym wspomnieniu rozglądam się po ogromnej białej równinie, jest nas może piętnaścioro, ciągniemy sanie, bo nasze psy pozdychały lub ktoś je potruł, tak, coś takiego kołacze mi się w głowie, potrute psy; nie pamiętam już celu tej wędrówki ani tego, czy to było wcześniej, czy później, nie wiem wcale kiedy, może dziesięć, a może czternaście tysięcy lat temu, nie wiem, ale ta wędrówka jest długa, trwa wiele dni, to musiał być koniec naszego plemienia, uciekaliśmy, ale jak to się skończyło, tego nie pamiętam. Tak jak nie pamiętam ich imion ani twarzy, niczego ostro nie widzę.

Wspomnienia przenikają się i zlewają.

Ale nade wszystko przenika je wieczna i niekończąca się nędza. Dokądkolwiek się udałam, nędza rozpościerała się, rozlewała wszędzie, w niemal wszystkich ludzkich siedzibach, a wraz z nią niekończące się cierpienie i zło o tym samym, odtwarzanym w nieskończoność, identycznym obliczu, choć zdawałoby się, że tak różnorodnie się prezentującym na ludzkich twarzach.

Wiele razy spisywałam siebie, w kilkunastu językach zapisywałam wspomnienia, szukałam chronologii, starałam się ustalić czas, ale żadna z tych prób już nie istnieje. Większość spłonęła w pożarze, inne zgniły źle zabezpieczone. Wszystko przepadło. Kiedy staram się odtwarzać przeszłość, zostają jakieś przebłyski doznań. Nic, nic nie może przetrwać.

Epizod 3
NAD ZIELONĄ RZEKĄ, RUSZAJĄC W GŁĄB JASKINI, 34 000 P.N.E.
 
 
 

Jaskinia prowadzi głęboko w ciało góry. Poniżej, u samego podnóża, nasze koa rozstawione w okrąg, kościane szkielety pokryte płachtami wyprawionych skór, dobrze umocowane w podłożu, chronią przed chłodem i wiatrem; matka uczyła mnie mocowania, zanim umarła. Paleniska płoną pośrodku i na dwóch krańcach obozowiska, a góra wznosi się nad nami, ukazując na tle nieba swój ostry, wznoszący się wysoko szczyt.

Już niedługo ruszymy w drogę. Stada reniferów i koni odejdą ku zimnym wiatrom, a za nimi podążą lwy, najpierw młode, potem stare, niech umrą gdzieś po drodze, niech już nigdy nie wracają. Na końcu odejdą żubry, a wtedy rozbierzemy nasze koa i podążymy ścieżką przodków i zwierząt.

Nienawidzę lwów krwiożerczych, naszych zajadłych wrogów, gardłowego bulgoczącego dźwięku, który wypływa im z gardeł. Już niedługo odejdziemy. Ale jeszcze nie czas, jeszcze Księżyc, Lanu, nasza matka, do połowy się skrywa.

Nasza góra, nasza mora alaga, czyli opiekunka duchów ludzi, zwierząt i roślin, ale i Wielka Góra Matka, to nasz dom, do którego zawsze wracamy po długiej wędrówce. Kiedy Księżyc, Lanu, nasza matka, trzy razy odrodzi się sam w sobie, powrócimy, jak wrócą renifery.

To dla mnie ważny czas. Wczoraj szliśmy z Gerim do groty, on niósł kamienną płytkę, w której palimy ogień, aby rozświetlić ciemność długiego korytarza, a ja miałam ze sobą rylce i dużo ochry. Geri częściej chodził do jaskini sam, zagłębiał się w jej mroku i podążał tak daleko, jak tylko mógł, szukając dobrego podłoża, aby powierzyć mu swoje malowidła.

Wczoraj szedł ze mną.

Wybrał mnie. A któregoś dnia, gdy rzęsiste krople deszczu spadały z wysoka, odsłonił przede mną dwie figurki z kości mubanu, mamuta, jakbyście powiedzieli, i już na zawsze pozostały one ze mną, aż któregoś innego dnia, w czasie odległym bardziej niż najodleglejszy wyobrażony czas, ujął je w dłonie inny mężczyzna, chłopiec jeszcze.

Ujął je, choć nie powinien.

Rozdział 2
FRANCJA, BAUZOLLES, WYPRAWA PRZEZ LAS, 1946
 
 
 

Wojna się skończyła, a wciąż odgłos grzmotów, zwłaszcza bliskich, napawał go grozą. Przed oczami stawały mu obrazy domów zapadających się pod ciosem lotniczej bomby. Świat odradzał się po największej z wojen i choć ogólne rozradowanie mąciła świadomość dokonanego zła, ludzie starali się odnajdywać w sobie ostatnie cząstki życzliwości.

Wczorajsza burza minęła, dzień zapowiadał się słoneczny. W radiu mówili o procesie w Norymberdze, gdzie sądzeni będą najwięksi zbrodniarze, odpowiedzialni za nieprzebrane śmierci i okrucieństwa. Z kuchni dobiegał zapach gotowanej zupy, a zza otwartego okna słychać było wrzaski gromadki dzieci, które właśnie o coś zaczęły się sprzeczać, na krótki moment zagłuszył je przejeżdżający motocykl. Po chwili dało się słyszeć odgłos kopyt uderzających o kamienny bruk i srogie komendy woźnicy.

– Kartofle! Kartofle!

Po ulicy poniósł się okrzyk, na który gospodynie z okolicznych kamienic wzięły, co było pod ręką, worki, torby, miski, niektóre zakasały fartuchy i powybiegały ze swoich mieszkań, odliczając w dłoniach należność.

Woźnica stawał zawsze w tym samym miejscu. Jego kilkunastoletni syn odkrywał gruby koc, pod którym zalegały sterty dorodnych, świeżych ziemniaków.

– Maurice! – zawołała matka. – Idź, pójdziesz po ziemniaki.

– Mamo, nie jestem dzieckiem. I daj mi posłuchać.

– Och, no tak, wiem przecież. – Matka oparła dłonie po bokach spódnicy i pokręciła głową. – Dobrze, dobrze, proszę cię więc, abyś poszedł po ziemniaki, bo nie będę leciała na rynek, jak tu można kupić, do tego taniej.

Na szczęście audycja o procesach niemieckich zbrodniarzy zbliżała się do końca. Maurice wziął pieniądze i wyszedł.

Woźnica, Gaspar Lutroc, okoliczny rolnik i wielki zwolennik rządu Vichy – o czym mówił tylko najbardziej zaufanym – miał przekrwione oczy. Cuchnęło od niego przepiciem. Przy furmance ustawiła się kolejka. Młody Lutroc, Henri, ładował kilogramy ziemniaków, skrupulatnie naliczając należność.

– No, jak tyle będziecie brać, to innym nie starczy – zaśmiał się głośno Gaspar, a później kiwnął ręką na Maurice’a. – Chodźże tu, boś na samym końcu. Ile ci trzeba?

Kobiety wokół popatrzyły spode łba, któraś coś syknęła cicho, ale tak, żeby każdy usłyszał.

– No ile? Jak tam się matka ma?

Maurice podał torbę Henriemu i odparł, że ma się dobrze. Syn woźnicy mrugnął do niego i szepnął:

– O czwartej, tam gdzie zawsze.

– Ja ci dam tam gdzie zawsze – burknął ojciec. – Jak się odrobisz, to dopiero.

Henri wykrzywił twarz i puknął się palcem w czoło, czego ojciec nie dostrzegł.

Maurice mrugnął do kolegi porozumiewawczo, nie zwracając uwagi na docinki kobiet, że bez kolejki ziemniaki bierze. Każdy z okolicy wiedział, że odkąd jego ojciec poległ na froncie, Gaspar nieraz do nich podjeżdżał, a opuszczał mieszkanie późną nocą lub nad samym ranem.

– Dziękuję – powiedział Maurice, zapłacił i ruszył w swoją stronę. Zanim doszedł do klatki, poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

– Poczekaj. – Henri stał przed nim, cały spocony od zbyt grubego swetra. – Pamiętasz, że dziś jedziemy?

– Tak, przecież ci mówiłem.

– Wiem to na stówę, zobaczysz, że warto.

– Oby. Ostatnio wiesz, jak było.

– Zobaczysz, ile na tym zarobimy. Lecę, bo ojciec się drze.

Maurice uśmiechnął się i wrócił do domu z pięcioma kilogramami ziemniaków. Matka była zadowolona. Stała przy oknie, aż furmanka odjechała.

Wieczorem Henri się spóźniał, czego Maurice się spodziewał, dlatego zabrał więcej papierosów. Stał i palił, kiedy zza rogu po drugiej stronie ulicy wyłonił się kolega na czarnym poniemieckim rowerze. Każdy chłopak z okolicy mu tego roweru zazdrościł.

Puścili się z górki i niedługo byli już poza miasteczkiem. Po paru kilometrach wjechali w las, a później odbili w prawo z głównej drogi na ścieżkę leśną i tam już nie było tak łatwo. Po paru kilometrach ścieżka stała się nieprzejezdna. Ukryli rowery w krzakach i dalej ruszyli piechotą.

Las pod Bauzolles zmienił się w czasie wojny. Miało tu miejsce bombardowanie, wiele drzew siła wybuchu wyrwała z ziemi, powyrastały nowe, leje po bombach pofałdowały okoliczny teren, ale dla chłopaków, którzy spędzili tu całe życie, nic nie było zagadką.

Droga, którą podążali, wznosiła się lekko. Ścieżka w końcu zanikła zupełnie i teraz przedzierali się przez dziewiczą knieję. Po półgodzinie marszu Henri zatrzymał się i rozejrzał. Maurice, który szedł za nim, również stanął.

– Tak, to tu, gdzieś tutaj – powiedział.

Szli teraz wolno, wolniej niż grzybiarze, wypatrując między drzewami kilku szarych skał, które powinny się znajdować w pobliżu. Nie były wysokie, zaledwie na cztery, może pięć metrów, ale za to skrywały coś, co dla nastoletnich poszukiwaczy przygód ma wartość niemierzalną.

Wreszcie mignęło czymś jasnym między drzewami. Obaj skierowali się w stronę częściowo pokrytych roślinnością ścian samotnego ostańca. Obeszli go od strony południowej i Maurice pochylił się nad częściowo zasypanym otworem.

– Tu jest wejście. Dawno już tu nie byłem – powiedział, a następnie wyprostował się i wyciągnął papierosy.

Henri też zapalił. Dopiero się przyuczał, ale jak przystało na młodzieńca o dużej fantazji, wciągał ostry dym Gitanesa bez filtra.

– Trzeba będzie trochę odkopać.

Wejście do jaskini samo w sobie nie było duże. Aby dostać się do środka, trzeba było mocno się schylić, a na dodatek okazało się, że przysłaniały je martwe gałęzie i ziemia. Nieopodal odznaczały się wyraźne ślady po bombie, która trafiła niemal w samą skałę.

– No to teraz się okaże, jakie masz informacje – zaśmiał się Maurice.

– No tak, ale najpierw trzeba się trochę pomęczyć, nie? A czy to nie w pobliżu, gdzieś tu, jest domek twojego dziadka? – zapytał również rozbawiony Henri.

– Kilometr, może dwa w tamtą stronę i by się doszło – odpowiedział Maurice. – Ale tam już dawno nikt nie chodził od czasu, jak ojciec zginął. Stąd to nawet ścieżka nie prowadzi.

– Fajny ten domek.

– Dziadek tam łowił, cały ten teren należy do naszej rodziny od dawna, ale wiesz, teraz to już inne czasy.

Wypalili do końca i zaczęli odgrzebywać wejście. Po chwili mogli przecisnąć się między skałami i wejść do środka. Maurice zapalił latarkę.

Już kilka lat wcześniej eksplorowali tę jaskinię, podobnie jak wielu im podobnych ciekawskich chłopaków z pobliskich wiosek. Znali więc dobrze jej niezbyt skomplikowany rozkład. Na początku mieli przed sobą prosty korytarz, który po kilkunastu metrach skręcał w lewo i rozszerzał się, tworząc pierwszą z niewielkich sal. Cała jaskinia liczyła około trzydziestu metrów długości. Na samym końcu znajdowała się ostatnia sala o wysokim sklepieniu.

– To będzie gdzieś tutaj – rzekł cicho Henri. – Poświeć tu.

Maurice skierował światło latarki w miejsce pod jedną ze ścian.

– Tak – triumfalnie odezwał się Henri. – Popatrz.

Mieli przed sobą coś, co na pierwszy rzut oka mogło wyglądać na przypadkowe usypisko głazów i kamieni, ale dla kogoś, kto wiedział, czego i gdzie szukać, był to wyraźny ślad.

– Trzeba to odwalić.

Maurice położył latarkę na ziemi, tak aby jak najlepiej oświetlała usypisko kamieni, a następnie obaj zabrali się do pracy. Największe głazy okazały się bardzo ciężkie i musieli przenosić je wspólnie. Po usunięciu wszystkich stało się jasne, że ktoś naruszył od tysiącleci nietknięty jaskiniowy grunt, który w tym miejscu był nienaturalnie wybrzuszony.

W ręce Henriego pojawiła się saperka, niewielki, przenośny szpadel, który wyjął z plecaka. Nie czekając, zaczął kopać. Już po kilku uderzeniach saperka trafiła na coś pod spodem. Henri spulchnił ziemię i usunął ją na bok. Ich oczom ukazał się fragment czegoś, co musiało być drewnianą skrzynią, o której tyle słyszeli. Zabrali się intensywniej do roboty. Wkrótce odsłonili sporych rozmiarów wojskową skrzynię z metalowym okuciem. Nie była zamknięta na klucz. Wystarczyło podnieść wieko.

– Jest! – zawołał w uniesieniu Henri i klepnął kolegę w ramię.

– Myślałem, że to jednak bujda – powiedział Maurice, który poczuł się jak odkrywca największych skarbów. Przypomniał sobie opowieści awanturnicze, które czytał jeszcze w latach wojennych, i aż mu się oczy świeciły z ekscytacji. Przyjrzał się zawartości skrzyni i dodał z westchnieniem: – Tylko jak my to wszystko teraz przeniesiemy?

– Nie wszystko od razu – odparł Henri. – Trochę tego jest. Zobaczymy, ile z tego wyciśniemy. Najpierw parę sztuk.

Pochylili się nad skrzynią, która pełna była niemieckiej, dobrze zabezpieczonej broni, od pistoletów po karabiny, a także długie, mocne noże. Każda sztuka była szczelnie owinięta i przygotowana do długiego pozostawania w ukryciu.

– Patrz! – wykrzyknął Henri. – To jest niemiecki Walther P38! Coś wspaniałego. Tego nie sprzedamy, zresztą tu pewnie jest ich jeszcze parę. Ale po jednym sobie zostawiamy. A ten jest mój!

Henri przeładował pistolet, który był pozbawiony amunicji, i wyciągnął przed siebie rękę, celując w ciemność korytarza, którym przyszli. Nacisnął cyngiel i dał się słyszeć krótki trzask iglicy.

– Cudo! – powiedział Henri.

Maurice przeglądał zawartość skrzyni. Wewnątrz było co najmniej osiem długich karabinów i tyle samo broni krótkiej.

– Są naboje?

– Chyba tak, tu są jakieś pudełka.

Chłopcy odwinęli kilka zapakowanych sztuk i przekonali się, że mają do czynienia z całkiem niezłym arsenałem w bardzo dobrym stanie. To było małe bogactwo.

– Dobra, zasypujemy. Ja wezmę dwa Walthery, a ty jednego i karabin.

– Tak? Ciekawe, jak to powiozę! Nie. Ja też biorę tylko Walthery.

– Ale musimy mieć dowód, że są karabiny. Dobra, trochę ty poniesiesz, trochę ja. Ale teraz trzeba to przysypać z powrotem, na wszelki wypadek. Choć pewnie i tak nikt tu nie przyjdzie.

Zaczęli zasypywać skrzynię, odłożywszy wcześniej kilka wybranych sztuk broni. W pewnej chwili Henri wyciągnął swoją latarkę i oddalił się, pokazując, że dopadła go nagła potrzeba.

Maurice przysiadł na jednym z większych kamieni. Słyszał oddalające się kroki, które stawały się coraz słabsze, aż zanikły zupełnie.

Poczuł się nieswojo. Zazwyczaj wchodził w jaskiniową ciemność w towarzystwie innych złaknionych przygód chłopaków i mimo iż Henri nie mógł odejść bardzo daleko, a sama jaskinia była nieduża i pozbawiona skomplikowanych labiryntów, samotne obcowanie z chłodną ciemnością napierającą z każdej strony budziło w nim mimowolny niepokój. Skierował snop światła w górę. Ponad głową, wysoko, wznosiło się łukowate sklepienie o nierównej powierzchni, z różnej wielkości naciekami i wgłębieniami, w blasku latarki połyskiwało wilgocią, a może był to efekt padającego światła. Stał tu już kiedyś, przed dwoma laty. Czwórka chłopaków z Bauzolles była zawiedziona, że niczego ciekawego nie znaleźli, a zwłaszcza tych ciasnych, tajemniczych korytarzy, przez które trzeba się przeciskać, idąc w nieznane, jak w niektórych okolicznych zapętlających się jaskiniach. Tu wszystko było proste, jeden lekko skręcający korytarz z dwiema małymi salami. I tyle. Tylko na jednej ze ścian, na samym końcu, zauważyli dziwne czerwone znaki, które musiały namalować jakieś dzieciaki przed nimi.

Maurice przypomniał sobie tę wyprawę sprzed lat. Czekając na Henriego podniósł się i ruszył w stronę ściany, na której, jak pamiętał, znajdowały się owe dziwne rysunki.

Nadal tam były. Wysoko, pod samym sklepieniem, trzy rzędy kropek ułożonych w regularny okrąg, pośrodku którego widniały dwa złączone ze sobą, nieco krzywe kwadraty. Poniżej i powyżej ktoś pociągnął dwie proste linie. I to wszystko. Maurice przyglądał się rysunkowi, który sprawiał wrażenie, jakby został utworzony wczoraj. Powierzchnia kropek i kontury figur geometrycznych zdawały się pokryte błyszczącym nalotem albo to wilgoć odbijała się w ten sposób. Nagle przyszło mu na myśl, że dzieciaki, które zostawiły po sobie te bazgroły, musiałyby jakoś wspiąć się na wysokość kilku metrów, więc może wcale nie były to dzieciaki. Aby umieścić rysunek na takiej wysokości, potrzebna była drabina, rusztowanie lub zaczepione pod sklepieniem liny, nigdzie nie było żadnych występów skalnych ani półek.

Wpatrując się w symbole, pomyślał, że skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, aby pozostawić na ścianie owe rysunki, może nie były to zupełne bazgroły. Może miały coś oznaczać, może to partyzanci albo ukrywający się żołnierze oznakowali jaskinię lub – kto wie – Niemcy mieli w tym ukryty cel. Z pewnością rysunek powstał, zanim złożono tu skrzynię pełną broni.

Przeciągnął światłem wzdłuż ściany w miejscu, gdzie płynnie przechodziła w sufit, jednak nie zauważył innych rysunków. Odwrócił głowę w stronę korytarza, skąd powinien wracać Henri, ale stamtąd dochodziła wyłącznie cisza. Znieruchomiał, wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać, lecz nadal nie słyszał kroków przyjaciela.

– Zatwardzenie go dopadło czy co? – powiedział do siebie szeptem, który rozszedł się natychmiast po całej sali.

Pokierował snop światła w dół, tuż pod nogi, później pociągnął dalej, aż do przeciwległej ściany. Tam pożółkłe światło już słabło, a jednak nagle zdało mu się, że coś mignęło w promieniu latarki. Coś bielejącego na tle ciemnobrązowego podłoża i ciemnoszarych ścian. Przesunął świetlną wiązkę z powrotem i zatrzymał.

O kilka metrów od niego coś wyraźnie wystawało z ziemi. Jasny, wyglądający na obły kształt, z pewnością nie kamień, coś na tyle różnego od otoczenia, że Maurice zastygł niczym kamień, a przez ciało przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. Pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy, było to, że ma przed sobą czyjeś kości, co by znaczyło, że znajdował się w miejscu, gdzie dokonano makabrycznej zbrodni. O niejednym się nasłuchał w czasie wojny, szczególnie w ostatnich latach, już po lądowaniu aliantów.

Jeszcze raz poświecił tam, gdzie korytarz ginął w ciemności, i zaklął cicho. Jak długo miał jeszcze czekać? Dał Henriemu pięć minut. Jeśli nie wróci w tym czasie, sam przykryje skrzynię i wyjdzie z jaskini.

Ponownie oświetlił jaśniejący przedmiot, zagrzebany częściowo w ziemi. Podszedł bliżej i nagle dostrzegł, że to nie kości nieboszczyka, ale że ma przed sobą niewielką rzeźbę – wyraźnie zaznaczały się ślady obróbki. Przykucnął i delikatnie wyciągnął ją z ziemi.

Od razu poznał, że trzyma w ręku figurkę kobiety.

Otrzepał ją z resztek ziemi. Była cała biała, o wysokości dziesięciu, może jedenastu centymetrów, wykonana, o ile mógł ocenić, z kości.

Przyjrzał się jej uważnie.

Przedstawiała prawdopodobnie młodą kobietę, szczupłą, o regularnych rysach twarzy. Z dużą wprawą artysta wyrzeźbił brwi, oczy i nos, usta wykonane z wielkim kunsztem zdawały się nieco rozchylać, włosy postać miała upięte blisko głowy w rzędy równoległych pasemek, a przynajmniej tak mu się na pierwszy rzut oka wydawało. Wzdłuż czoła biegła delikatna pozioma kreska. Przyjrzawszy się dokładniej, zauważył, z jaką starannością autor dzieła zaznaczył kości policzkowe i linię podbródka. Twarz kobiety wyglądała na nieznacznie uśmiechniętą. Głowę podtrzymywała wyraźnie wyodrębniona szyja, a na ramionach poprowadzono rzędy wyżłobień mających stylizować zdobienia na ubraniu lub wyraźne ozdobne szwy. Postać zapewne była odziana do kostek, choć artysta nie ukazał stóp.

Maurice przekładał figurkę z jednej ręki do drugiej. Była nadzwyczaj lekka, ale przy tym sprawiała wrażenie solidnej. Ile mogła liczyć lat? Być może pochodziła z jakiegoś zamku. A może to ukochana któregoś z miejscowych baronów jeszcze sprzed rewolucji, może była częścią łupu wyniesionego ze niszczonych pałaców i tak przeleżała jakieś sto pięćdziesiąt lat.

Na pierwszy rzut oka wydawała się niespecjalnie ciekawa, wiele podobnych można było kupić na bazarach, wykonanych z różnych materiałów, barwionych i nawet ładniejszych. A jednak im dłużej Maurice wpatrywał się w twarz kobiety, tym bardziej nie mógł oderwać od niej wzroku.

Było w niej coś, co nie pasowało do obrazu młodej baronowej z pobliskiego zamku.

Na chwilę zapomniał o skrzyni pełnej broni i o reszcie świata.

Zapomniał, że Henri długo nie wraca.

I nigdy już nie miał wrócić, gdyż nagle od strony wejścia rozległ się wystrzał. Maurice zdrętwiał. Nie namyślając się, wyjął ze skrzyni jeden z pistoletów i ruszył przed siebie.

Maurice wrócił tego wieczora do domu sam.

Tajemniczą figurkę postawił na krześle w swoim pokoju. Następnego dnia matka weszła i ujrzawszy ją, stanęła w progu. Wpatrywała się długo w kościaną postać, a twarz jej bladła.

– O Boże, skąd to wziąłeś? – spytała.

Epizod 4
W DOLINIE LUDU SABUONE, OBIE FIGURKI W RĘKACH WROGA, 23 000 P.N.E.
 
 
 

Nie mogę się poruszać. Ciemność bahu, którą lud Sabuone nazywa bohenno, koi mnie i duchy moich matek są ze mną. Poznałam wiele słów na swojej ścieżce, ładnych i okropnych, takich, które można z łatwością nucić i włączać w opowieść, w jej rytm, snuć na równi z mową uhu, czyli kościanego fletu, i takich, które się do tego nie nadają. Dla mnie wnętrze góry zawsze będzie bahu, tak jak nazywał je Geri i lud tamtej gromady, a nie bohenno, jak mówią o niej ludzie Sabuone.

Nie mogę się ruszać, ale Geri jest blisko, przekracza otchłań, tak jak moje przeszłe matki, chroni mnie i tuli. Niezliczoną już ilość razy dane mi było się rodzić na nowo i widziałam, jak lasy gęstnieją, a renifery odchodzą daleko w stronę chłodu, a mimo to zawsze jest przy mnie jego mocny duch.

Nie wiem, co będzie teraz ze mną. Lud Sabuone szuka dobrych ciał, aby nabrać ich dobrej krwi. Kiedyś, tak mi się wydaje, już byłam pośród nich, bardzo dawno, wiele moich matek wstecz. Dziś są liczni, dzielą się na bliskie sobie gromady i mają jednego cuapo, z czym się do tej pory nie spotkałam. Znów więc jestem w tych stronach. Moja grupa przepadła. Szliśmy śladami rannego jelenia, byliśmy razem jak dłoń bez jednego palca. Wtedy nas zaatakowali.

Mam skrępowane ręce, ale nie jestem ranna, właściwie nic mi się nie stało.

Gdybym mogła przyłożyć dłonie do ściany bahu, usłyszałabym, jak bije serce góry, i usłyszałabym głosy zza kamiennej ściany, stamtąd, z niewidzialnego popłynąłby do mnie głos Geriego i wszystkich moich matek.

Chciałabym, żeby Geri był tu ze mną, jak wtedy, w naszej bahu, gdy pierwszy raz złączyliśmy nasze ciała. Było to tak dawno temu, że Księżyc, Lanu, nasza matka, zrodziła odtąd potomstwo liczniejsze niż dzieci-gwiazdy w mroku nieba. Nikogo już nie ma pośród lasów i pustych równin, kto by pamiętał, że żył tu gdzieś wielki myśliwy, Ten, Który Zna Ducha Gór, Ten, Który Staje się Lwem, Ten, Który Zna Język Kamieni, czyli mój Geri o wielu imionach. Tylko ja o tym wiem, ja jedna, i mniej jest drzew na ziemi niż matek, które mnie odrodziły od tamtej chwili w naszej bahu.

Wreszcie w korytarzu pojawia się światło, ogień płonie ciepłą barwą. Czekałam tu długo, wreszcie nadchodzą, w milczeniu, to chyba ich cuapo, potężny łowca, naszyjnik z kłów niedźwiedzia świadczy o jego odwadze, na głowie czapka ze skóry lwa, co wydaje się dziwne, bo lwów dawno nie ma w tej okolicy. To zapewne trofeum jego przodka, przekazywane najdzielniejszym synom, być może sprzed wielu, wielu chłodnych oddechów Słońca, Rahu, naszego ojca. Nogi jego są mocne i umięśnione, dla każdej kobiety byłby to wspaniały mężczyzna.

Cuapo przysiada na płaskim kamieniu, a pozostali stają w oczekiwaniu kilka kroków za nim, otuleni podłużnymi skórami za kolana. Nie przynieśli ze sobą żadnej broni. Z ramienia cuapo zwisa mój tobół, na szczęście nie zaginął w czasie walki. Po chwili pozostali zbliżają się, gromadzą dookoła, trzech mężczyzn i trzy kobiety trzymające laski zgody. Są to wysokie, grube kije zakończone podobiznami ptaków. Ludzie Sabuone mają wzrok wbity w ziemię, twarze pokrywają im proste linie barwy jeziora, a włosy, zabarwione kolorem śniegu, opadają im luźno na ramiona. Tylko częściowo rozumiem tę mowę, zmieniła się od czasu, kiedy – jak mi się wydaje – żyłam wśród tego ludu.

Ich cuapo uśmiecha się i wskazuje mój brzuch, mówi coś, a potem kreśli w powietrzu znak narodzin. Ja też kreślę znak narodzin, a potem językiem palców i rąk pytam, dlaczego nas napadli. Jego znaki i usta mówią, że to jest teraz teren Sabuone, a my wkroczyliśmy, by zabić ich zwierzęta. Milknie i siedzi nieruchomo, patrząc mi prosto w oczy, następnie wstaje, podchodzi do ściany i kieruje światło kamiennej lampy, w której płonie tłuszcz martwego niedźwiedzia, na malowidła czynione czarną kreską. Stłoczone tu są ich żubry i jelenie, na które mężczyzna wskazuje palcem. Są wspaniałe. Mimowolnie szukam oznak techniki stosowanej przez Geriego albo tej, którą wprowadziła w zupełnie innym czasie i świecie Kastuihanna, moja wielka siostra, wielka artystka, której też wyznałam prawdę o sobie, a ona narysowała ją na ścianie jaskini. Później tłumaczyła każdy symbol, abym zapamiętała znaczenia i przekazała je dzieciom i ich dzieciom, i jeszcze dalej, lecz ja nie mogłam tego przekazać, gdyż wtedy straciłabym życie, i ona też to zrozumiała.

Szukanie technik obrazowania to mój odruch, ale nie ma tu większego podobieństwa. Te malowidła są ciemne, choć kunsztowne, a ich szadak czy maudal, jak mówią ci mieszkający dalej w stronę wschodzącego Słońca, musi bardzo dobrze rozumieć ducha góry, bo kiedy patrzę na zwierzęta, to ich oddech niemal słyszę w środku bahu. Zdają się ruszać w pęd za przywódcą stada, z taką wyszukaną wprawą oddał szadak ruch całej grupy i pojedynczych sztuk. Nie mogę się oprzeć i cichym westchnieniem wyrażam podziw, chciałabym dotknąć ściany obok, aby poczuć drżenie życia po drugiej stronie, tam, wewnątrz góry, już nie tylko przyzywanych duchów, ale tych, na które właśnie spoglądam. Pochylam głowę, a w środku czuję, jak ogrzewają mnie duchy zebrane wokół. Tak, wiele ich tu jest, czuję to, nauczyłam się tego przez tak wiele chłodnych oddechów Słońca, Rahu, naszego ojca.

Znów rozlega się gardłowy język ludu Sabuone, kobiety są łagodne i mówią chyba coś o życiu we mnie, a tamci kiwają głowami. W dłoni cuapo pojawia się ostro zakończony kamienny nóż, który rozcina więzy na moich rękach. Związali mnie tylko po to, żeby on mógł je rozciąć i dać mi w ten sposób wolność. Już jestem spokojna. Przyjmują mnie.

Mówię swoim językiem, ale też kreślę znaki w powietrzu, dzięki czemu lepiej mnie rozumieją. Wiem, że nie powinnam podważać jego zdania.

Nagle pyta, czy już widziałam malowidła takie jak te, więc mówię, wspierając się znakami palców i rąk, że widziałam wiele, a te są tak żywe, że wszystkie duchy i Wielki Duch-Jeleń-Duch będą długo mieszkać między ścianami tej bahu i naganiać zwierzęta pod kamienne groty ich myśliwych. Zebrani pochrząkują, wyraźnie zadowoleni, a on pyta mnie o moich towarzyszy.

Księżyc, Lanu, nasza matka, zrywa nasze życia niczym leśne ciemne jagody, prowadzi je aż po koniec dni, naszych hapi, i nocy w snach, naszych parani. W myślach dziękuję Księżycowi, Lanu, naszej matce, za to, że dane mi było polować z nimi, a nasze ścieżki długo biegły obok siebie. Nie jestem więc zła, że ludzie Sabuone zabrali ich krew, mój lud też nieraz zabierał krew innych gromad jak mój obecny lud, choć sama nie wiem, czy mój, czy cokolwiek w tych otchłaniach było kiedyś moje lub czy ja byłam czyjaś.

Opowiadam, że zapuściliśmy się o wiele dni drogi, a potem zamierzaliśmy ruszyć z powrotem.

Myślę, jak dawniej, bardzo dawno, wiele moich matek wstecz wędrowałam ku Krainom Zieleni, o których dużo słyszałam w melodiach opowieści, i szliśmy wiele dni, aby powrócić stamtąd z zębami jelenia szlachetnego i chropawymi skórami bargara, stworzenia niczym krokodyl, ale czy nim było, nie pamiętam. Poznaliśmy wiele gromad i bahu, ludzi o włosach pokręconych, jakby je zaplatali, i ludzi o skórze czarnej niczym czerń naszych barwników, choć przecież i nasza skóra była ciemna, i ludzi, co nie bali się morskiej otchłani. Ale nie mogę o tym opowiedzieć potężnemu cuapo, więc chowam jak zwykle własne myśli i wspomnienia tam, gdzie chronią je duchy wszystkich moich matek i gdzie jest ze mną Geri.

Kobiety pomagają mi wstać. Idziemy korytarzem jaskini, krętej bahu, płomienie padają na ściany i raz po raz migają mi w oczach ryty i malowidła pozostawione przez różnych maudali, znających sekrety trwałego barwienia, których duchy od dawna wędrują zboczami gór i dolin. Żaden członek ludu Sabuone nic nie wie o życiu tych ludzi, a ich imion nie znają nawet duchy najstarszych drzew. Ale być może są tam również ryty maudali lub szadaków, których ciała stąpają wciąż po ziemi i zasiadają przy wspólnym ogniu.

Zastanawiam się, czy kiedyś byłam w tej bahu, ale nie mogę sobie przypomnieć, okolicy też nie pamiętam.

Wszystko tak szybko przepada w czasie, że kiedy znów trafiam w to samo miejsce, jest ono całkiem odmienione. Mijają kolejne chłodne oddechy Słońca, Rahu, naszego ojca, a ja nie orientuję się, gdzie jestem na mapie mojej otchłani. Tylko jaskinie pozostają te same. Niektóre rozpoznaję po rytach i obrazach zwierząt, stąd mam pewność, że dawno temu, jeszcze przed narodzinami obecnych członków tego plemienia i narodzinami ich matek i ojców, i tych matek i ojców także, i jeszcze wielu poprzednich, odwiedzałam już te komory i sale i znam te korytarze, i że ta góra i bahu są z jakichś powodów dla mnie ważne, chociaż często nie wiem z jakich, ponieważ powody zatarły się w mojej głowie.

Wychodzimy i mrużę oczy przed Słońcem, Rahu, naszym ojcem. Pochylam się na znak szacunku, bo duch światła ogarnia wszystko, czym jesteśmy i czym się stajemy w ciągu dnia. Ale dla mnie to Księżyc, Lanu, nasza matka, tworzy podglebie naszego życia i to do niej zwracam swoje myśli. Nasz ojciec, Rahu, jest ojcem tego, co widzialne, ale Księżyc, Lanu, nasza matka, jest matką tego, co niewidzialne, a to, co niewidzialne, jest tym, ku czemu zmierzamy, jak sny i malowidła w mroku jaskini.

Tak mówił Geri, kiedy zabierał mnie do naszej bahu. Tak mawiała Kastu-ihanna, moja siostra – niewidzialne jest w nas głębiej. Ona znała przyszłe zdarzenia i umiała lepiej niż ktokolwiek zapełnić skały jaskiń ciałami zwierząt, a skały przed jaskiniami ciałami ludzi. Potępionych lub wyrzuconych z plemienia, aby umarli bez naszej wiedzy. Kiedy Kastu-ihanna rysowała czyjś obrys i nakładała farbę na biel skalnej formacji w jasnym świetle dnia, nawet głośny, błagalny krzyk dzieci nie mógł uratować skazanego. Uwięziony na skale musiał trwać długi czas, aż Kastu-ihanna pozwoliła mu opuścić naszą grupę. Wtedy zmywała malowidło, a ten, który zawinił, przestawał istnieć dla całej gromady.

Ludzie Sabuone, widząc, że składam pokłon, powinni wziąć mnie za swoją. Dużo owalnych koa rozstawiono w pobliżu jaskini. Wejście do niej znajduje się u samego podnóża góry, bardzo dobre miejsce na obozowisko. Niedaleko po drugiej stronie zaczyna się linia lasu chroniącego przed mocniejszymi podmuchami zimna. Kobieta z laską zgody dotyka mojego ramienia i razem idziemy na środek obozu. Wiatr przynosi zapach pieczonego mięsa zmieszanego z wonią dymu.

Pomiędzy koa resztki niewielkich ognisk, które płonęły nocą. Obozowisko dobrze rozplanowane i ściśnięte świadczy o mocnych więzach w całej gromadzie, bo koa nie stoją dalej niż o kilka kroków od siebie. Kobiety przed wejściem czyszczą świeże skóry i rozdzielają owoce zebranych roślin. Starają się na mnie nie patrzeć, ale dostrzegam ich utajoną ciekawość. Kilkoro dzieci przebiega przede mną, goniąc się w jakiejś zabawie. Przystają na chwilę z otwartymi ustami i mrużą oczy, spoglądając na mnie ze zdziwieniem, ale zaraz uciekają pod karcącym spojrzeniem cuapo. Z boku dochodzi łagodny dźwięk kości o wydrążonych otworach. To mowa uhu, co mnie dziwi, bo jeszcze jest dzień, to nie czas na melodie opowieści. A jednak lud Sabuone pielęgnuje inne zwyczaje. Flecista ma długie, siwe włosy, obserwuje mnie spod zmarszczonego czoła, nie zaprzestając mowy uhu, a ja przez chwilę chłonę piękne brzmienie melodii. Większość grupy wpatruje się we mnie lub udaje, że jest czymś zajęta, kilku mężczyzn trzyma oszczepy oparte o ziemię. Są bardzo długie, zakończone wyjątkowo smukłym kościanym grotem. Takich nie widziałam do tej pory. Dzieci znów coś krzyczą w moją stronę, a po chwili już biegną dalej. Nad obozowiskiem unoszą się dymy kilku ognisk i rozpływają się wysoko w powietrzu.

Kobieta z laską zgody wskazuje mi miejsce. Siadam przed dużym ogniskiem, a potężny myśliwy, cuapo, ich przywódca, wskazuje na siebie i mówi: Kagr, co oznacza jego imię, więc ja też pokazuję palcem na siebie i mówię mu, co znaczy moje imię. Mój tobół, który wciąż znajduje się przy boku mężczyzny, wydaje się nienaruszony. Obawiam się tylko, że oni już tam zaglądali i znaleźli to, co jest największym ze skarbów i za co gotowa jestem zabić. Niejeden raz. Gotowa jestem wybić cały lud Sabuone, każdego po kolei cichaczem pozbawić życia, nawet jeśli będą na świętej ziemi snu pośród swoich duchów.

Od dawna nie jadłam, więc mimowolnie spoglądam na upieczone mięso. Kagr podaje mi spory kawałek i wreszcie mogę jeść.

Już tylko kilka razy Księżyc, Lanu, nasza matka, powróci do swej pełni, aż znów się odrodzę. Wiem, że tak się stanie, ale nie mogę o tym nikomu powiedzieć, muszę tę tajemnicę chować tam, gdzie wszystkie duchy i Geri są razem, aby mnie chronić.

Mięso smakuje dobrze, muszę zadbać o siebie, o ile ludzie Sabuone mi na to pozwolą. Wiem, że kiedy Księżyc, Lanu, nasza matka, daje życie, nie ma na całej ziemi gromady, która nie przyjęłaby takiego daru. Każde nowe życie to znak, że duchy wszystkich gór i dolin, duchy zwierząt i drzew i Księżyc, Lanu, nasza matka, obdarzają grupę przychylnością, chroniąc i wskazując ścieżki przetrwania, więc i z tego powodu Kagr patrzy na mnie łaskawym okiem, ale sądzę też, że chciałby złączyć nasze ciała.

Kończę jeść, Kagr wypowiada coś, czego początkowo nie rozumiem, ale ze znaków powietrza orientuję się, że chodzi o to, co mam w tobole. Za chwilę przyjdzie mi tłumaczyć, dlaczego noszę tak dziwną zawartość. Za każdym razem jest tak samo.

Kagr wyjmuje białą figurkę z kości Wielkiego Mubanu, czyli mamuta, jak potem będzie określane to zwierzę. Uśmiecha się i jest wyraźnie poruszony. Patrzy na figurkę, a potem na mnie, przygląda mi się uważnie, znów przenosi wzrok na figurkę i głośno się śmieje. Mówi coś, co – wydaje mi się – znaczy: kościana kobieta.

Jego ręce kreślą w powietrzu znaki. Pyta o pochodzenie figurki. Odpowiadam, pomagając sobie znakami powietrza, że dawno temu wyrzeźbił ją Wielki Szadak, imieniem Geri, który był także największym myśliwym naszej gromady i tym, który znał mowę duchów góry, Wielkiej Góry Matki, i przenikał przez ściany bahu, i przechodził do świata nocy i duchów wszystkich stworzeń, a także tam, gdzie Księżyc, Lanu, nasza matka, przyjmowała tych, co wracali do niej ze swojej ścieżki życia.

Figurka w rękach Kagra wydaje się mniejsza, niż jest w istocie. Wielki z niego mężczyzna. Zgromadzeni przy ognisku patrzą na mnie z zaciekawieniem. Nie czuję lęku, wiem już, że chcą, bym została. Pewnie są gotowi zatrzymać mnie siłą. Tutaj liczy się przybycie na świat nowego członka gromady. W ich oczach dziecko, które urodzę, już do niej należy.

W końcu następuje ta chwila, kiedy Kagr wskazuje palcem na figurkę, później na mnie i pyta, czy to ja jestem uwięziona w kości mamuta i co się stanie, jeśli rozbije figurkę o ścianę jaskini albo roztrzaska ją ciężkim głazem.

Nie odpowiadam, a on też długo milczy. Wolnym ruchem odkłada figurkę na bok i stawia na płaskim kamieniu. Obok leżą figurki jeleni i koni, a także kilka obłych figurek kobiet bez twarzy, jakie szadakowie z wielu grup wytwarzają dla mężczyzn.

Moja jest jednak zupełnie inna i każdy dostrzega, że nosi w sobie ducha jakiejś postaci.

Oczy Kagra mówią same za siebie, on już chciałby złączyć nasze ciała.

Nagle zakreśla w powietrzu znaki i głośno mówi, że w figurce jestem ja, bo widzi to on i każdy z jego gromady, że moja twarz została uwięziona w białej kości mamuta, którego nazwa w jego języku brzmi Mahgut Gorat. To już czas, kiedy mubanu występują rzadziej, ale wciąż trafia się na ich duże grupy. Ja pamiętam jednak czasy, kiedy było ich znacznie więcej, wiele moich matek wstecz mubanu były tak liczne, jak wszystkie ludy ziemi, i to z tamtego czasu pochodzi figurka wyrzeźbiona przez Geriego.

Czekam, aż Kagr ponownie sięgnie do mojego tobołu. On dobrze wie, że na to czekam. I tak właśnie się dzieje. Wokół ogniska zebrało się wielu mężczyzn i wiele kobiet. Kagr wkłada dłoń do środka i wyjmuje drugą figurkę. Wyciąga rękę w moją stronę, tak że mogę dokładnie się przyjrzeć.

Potakuję i też wyciągam rękę, ale Kagr kręci głową, a jego oczy zadają pytanie, widzę to wyraźnie, lecz nie mogę mu powiedzieć, nie mogę wyznać prawdy, że to podobizna Geriego, który najpierw wyrzeźbił mnie, a później siebie.

Pamiętam jego rytuał w naszej bahu, którą nazywacie La Pasiega; w ciemności niemal zupełnej Geri wypraszał wsparcie u duchów góry. Jego dłonie wsłuchane w mowę skały, w mowę zza ściany jaskini, gdzie skrywa się świat niewidzialny, ten, którego Księżyc, Lanu, nasza matka, jest strażniczką.

Nasze figurki to jedyna rzecz, którą przechowuję od – dziś powiedzielibyście – tysięcy lat, ale dla mnie to zawsze będzie nieskończony ciąg moich matek, więc przechowuję figurki od czasu, gdy poznałam Geriego, a on stał się moim najpierw mężem, a później ojcem.

Są moim największym skarbem. Opiekowałam się nimi i walczyłam o nie, wędrowałam wiele dni, tropiąc tych, którzy mi je zabrali, zabijałam dla nich niejeden raz, obcinałam palce, chcąc wydobyć odpowiedź od jedynego świadka kradzieży, broniłam ich przed zniszczeniem podczas trzęsienia ziemi, poszukiwałam na dnie morza i w zielonkawej toni płytkiego jeziora. Kiedy jedną oddzielano od drugiej, miałam wrażenie, jakby coś rozrywało mnie w środku i już nie mogłam zaznać spokoju.

Przez tysiące lat Geri i ja byliśmy razem.

Ludzie wokół mnie, wokół nas odchodzili. Z każdą kolejną gromadą, w której żyłam, znikały wszystkie twarze, a ja przenikałam od jednych do drugich z moją napęczniałą pamięcią poprzednich pokoleń po to tylko, żeby później znów przeniknąć dalej i dalej, bez nadziei na jakiekolwiek głębsze przywiązanie. Często opuszczałam rodzinną grupę wspólnie z innymi młodymi, a często i z dziećmi, a na nasze miejsce przychodzili młodzi z odległych stron. Wymienialiśmy w ten sposób siebie nawzajem. A ja zawsze miałam ze sobą moje dwie figurki.

Pośród wszystkich moich odrodzeń były dla mnie ostoją. Kiedy na nie patrzyłam, trzymałam w dłoniach i pocierałam palcem, przekonywałam siebie samą, że cykl odrodzeń nie jest tylko iluzją lub wizją, jaką rzucają na mnie duchy. Dzięki figurkom wiedziałam, że jestem, jaka jestem i jaka byłam, i jaka była moja pierwsza grupa, i jaki był Geri, mój kochanek, mąż i w pewnym znaczeniu ojciec, i że to, co przeżyłam, jest z tego świata, tak samo jak ręka, której dotykam, i jak zapach, który czuję, jest jak cicha mowa drzew na wietrze i jak mknące lasem stado koni, jak zew wilka i grzmot burzy. Że to wszystko, co przeżywam, i pamięć moich matek są prawdziwe.

Jedynie figurki stworzone przez Geriego wydawały się realne. Ludzie, moje myśli i zapamiętane obrazy, wielkie i małe wydarzenia, o których opowiadali sobie członkowie grup i plemion, miast i wsi aż do dziś – w obliczu obu figurek wszystko to wydawało się niczym wydarte ze snu, jakby cały świat w swoim pędzie zmienności nie dawał się pojąć jako jeden i ten sam ani jako jeden z wielu różnych, w ogóle nie dawał się pojąć ani myślą, ani żadnym znanym językiem.

Kiedy jednak trzymałam w ręku Geriego i siebie, utrwalonych w postaci dwóch małych figurek, i siedziałam zamyślona u wejścia do którejś z jaskiń albo we własnym koa