Cisza w Pogrance - Marcin Pilis - ebook + książka
NOWOŚĆ

Cisza w Pogrance ebook

Marcin Pilis

5,0

Opis

 

W ciszy wieczorów łuny nad horyzontem zwiastują niechybną rzeź. Tego lata cały Wołyń ogarnęła trwoga…

 

 

Lipiec 1943 roku. Dwie nastoletnie siostry z Pogranki zakochują się w młodzieńcu z sąsiedniej ukraińskiej wsi Połapy. Chłopak jest członkiem UPA, ale dla uczuć nie stanowi to przeszkody.

 

Tymczasem ze Wschodu docierają wieści o krwawych atakach na polskie wioski. Polacy będą zmuszeni dokonać wyboru: zostać czy uciekać. Co się stanie, jeśli pogłoski o okrucieństwach okażą się prawdziwe? Czy mieszkańcom obu wsi uda się porozumieć i pośród szalejącej rzezi uratować Pogrankę?
W latach 60. o tragicznych wydarzeniach wciąż pamięta Ołena Taraszuk, mieszkająca w Ukraińskiej SRR…
Zaczyna się XXI wiek, ostatni uciekinierzy z Wołynia i Małopolski Wschodniej odwiedzają rodzinne strony. Tam, gdzie kiedyś stały domy i toczyło się życie, dziś kwitną puste łąki…

 

Wśród mechanizmów historii pojedyncze losy mieszkańców łączą się w opowieść o miłości, zdradzie i okrucieństwie, o pamięci i poszukiwaniu utraconych korzeni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Sortuj według:
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka
00

Popularność




Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66966-90-1

ROZDZIAŁ 1Wołyń, lato 1943

CZWARTEK, POPOŁUDNIE

Z początkiem lata na niebie zajaśniały łuny. Od strony wioski nie było ich widać, ale ludzie zza rzeki mówili, że błyszczą czerwienią w oddali, ledwie unosząc się nad ziemią; kształtem przypominające krążek rosnącego ciasta albo rozciągnięty sweter, podświetlają widnokrąg czyste, zbroczone. A każda jedyna w swoim rodzaju, nie ma dwóch takich samych. „Krwawa łuna”, mówili ci ze Wschodu, z rubieży znanego świata, „to kaganek na ostatnią noc”.

— Dlaczego na ostatnią noc? — zapytał raz Mały Bogdanek, machając zwisającymi z łóżka nogami, a głowy tych, co przyszli, odwróciły się w ciemność, w róg izby, gdzie nic nie było widać.

— Idź, idź po mleko. — Matka podała mu bańkę i wygnała za drzwi. W stodole wiadra stały jednak puste. Wróciwszy z niczym, podbiegł do okna i przez przybrudzoną szybę spojrzał na kobietę i mężczyznę, jedzących postawione w misce na stole kartofle. Twarze mieli jak wyciągnięte z tej ciemności izbowej prosto na ostre światło, twarze duchów z opowieści babki Olgi, w wyobraźni Małego Bogdanka zawsze blade i chude, o wyłupiastych oczach i z pociągłymi brodami.

Odwrócił głowę ku rzece i wpatrzył się w niebo ponad rzędem dalekich drzew. Chmury płynęły nad równiną, nadciągając z obcych pól. Nie było żadnej łuny na niebie. Mały Bogdanek przytknął policzek do szyby, a potem zapukał w okno głośniej niż zwykle, zeskoczył z podestu i puścił się biegiem, nie próbując nawet sprawdzać, czy choć trochę wystraszył niechcianych gości. Ojciec by się rozgniewał, ale matka zawsze tylko się do niego śmiała i groziła palcem. Tuż za dziurą w płocie ukrył wystrugany z drewna karabin. Podniósł go spomiędzy kępek pokrzyw i wycelował w stojący na polu czołg. „Bufff”, zamarkował głośny wystrzał i ruszył do natarcia.

Miał do wykonania ważne zadanie.

Lato tężało, wciskało się w każdy kąt. Nad domami wioski wznosiły się pionowe słupy dymów, a przed gankami i sieniami osadzał się zapach gotowanych potraw. Mały Bogdanek pędził, wydając z siebie odgłosy maszynowych serii, padał, podnosił się i znów chował między krzewami.

Czołg stał w tym samym miejscu od dwóch lat, od czerwca 1941 roku, ale dla Małego Bogdanka stał tam tak długo, jak gdyby nigdy nie nadjechał i nigdy nie miał zniknąć. Stoczył o niego niejedną bitwę i nie zamierzał zostawiać go samopas, zwłaszcza kiedy zza rzeki zaczęły wyłaniać się duchy z babcinych opowieści. Nie lubił ich wizyt. Matka i ojciec odsyłali go, żeby nie słyszał, o czym rozmawiają, a potem, kiedy w końcu mógł wrócić, skóra rodziców wydawała mu się pokryta podobną bladością, jakby duchy zarażały nią każdego dookoła.

— A Marysia i Lena mogą! — krzyknął kiedyś z wyrzutem.

— Bogdan! — upomniał go ojciec i Mały Bogdanek zamilkł.

Tylko raz pozwolono mu zostać. Było to wczesną wiosną. Przywieźli furmanką trzech chłopów, jeden ledwo się ruszał, głowę miał owiniętą grubym szalem. Kiedy siostry zdjęły go, aby opatrzyć ranę, Mały Bogdanek stał z otwartymi oczami, zdumiony, że duch może mieć krew jak człowiek. I że ta krew tak się leje jak żywa.

Ojciec zakazał mu komukolwiek o tym mówić. Powiedział, że był wypadek na polu i trzeba sobie wzajemnie pomagać. Ale już nigdy nie pozwolił mu przebywać w izbie, kiedy przychodzili ludzie zza rzeki.

Czołg lewą stroną zapadał się w gruncie i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przekrzywiony, z wolna przestawał przypominać groźną radziecką maszynę. Już dawno ogołocono go z wszelkich cennych części, ale dla Małego Bogdanka pozostawał prawdziwym skarbem.

Dobiegł do resztek zniszczonej gąsienicy i skulił się obok wygiętego koła; metal zdążył się już pokryć grubą warstwą rdzy. Chłopiec rozejrzał się w poszukiwaniu wrogów, a dostrzegłszy ich, wystrzelił kilka razy w stronę zabudowań, potem zwinnie wdrapał się na pancerz, odchylił pokrywę i wsunął się do środka. Na razie miał cały czołg na własność, jednak w każdej chwili mogły zbiec się dzieci sąsiadów albo chłopaki z Połapy.

Usadowił się na miejscu kierującego i pociągnął wajchę. Dobrze wiedział, jak manewrować pojazdem z sennych koszmarów. Wydał z siebie dźwięk przypominający rzężenie silnika i ruszył. Drewniany karabin osunął się z niewielkiej półki. W głowie Małego Bogdanka ukazał się widok nacierających szeregów, więc gwizdnął na kolegów i pochylił się nad prostokątem wizjera.

Pamiętał przysadziste, wynurzające się z porannej mgły sylwetki maszyn i charkotliwe wycie ich silników. Miał osiem lat, gdy niemieckie natarcie z furią przełamało opór radzieckiego batalionu. Był tego dnia u babki w Połapie i nie rozumiał, skąd tyle grzmotów. Na odgłos wybuchów babka Olga przeżegnała się i zmówiła modlitwę przebłagalną, każąc mu klęczeć przed ikoną i powtarzać każde słowo. Próbowała zaciągnąć go do piwnicy, ale w ostatniej chwili wyrwał się i wybiegł na podwórko, przeskoczył niski płot i puścił się jak najszybciej przez mokre od rosy pole. „No kudy ty, no kudy ty!?”, słyszał jak za nim woła w swoim języku, ale nie mógł się już zatrzymać. Strach nadał sprężystości jego ciału. Biegł we łzach, a wysokie trawy kładły się przed nim. Do rodzinnej wsi Pogranki miał niecałe dwa kilometry gładkiego pola.

Upadł w niewielkim zagajniku, uderzając twarzą w kretowisko. Powietrze huczało, drżąc od coraz bliższych wybuchów. Leżał zwinięty z zamkniętymi oczami, ale nogi rwały się do biegu, więc nagle podniósł się, walcząc z dławiącym strachem, i wtedy coś jak ciężki oddech potwora przydusiło go do ziemi, a w uszach zadźwięczał krzyk: „Niet! Nie idi, durak!”. Wysoki cień uniósł się nad nim. Terkot karabinowych serii raz za razem przecinał równinę. Żołnierz przycisnął go do ziemi, wskazał miejsce, gdzie wcześniej Mały Bogdanek leżał, a potem uśmiechnął się i rzekł: „Zdjes sidi”, po czym pobiegł dalej pochylony, jakby to miało ocalić go od przeznaczonej mu kuli. Za nim pobiegli inni, na ugiętych nogach, zgarbieni i czujni, kilku od razu padło. Więc leżał. Leżał, aż nadszedł wieczór, odgłosy walk przycichły, a warkot silników wsiąkł w dali. Walczący mężczyźni przekroczyli rzekę i zniknęły słowa w języku twardym jak tarcie metalu o metal.

Na polu między Pogranką a Połapą pozostały pulchne, nabrzmiewające ciała, parę rozbitych ciężarówek i czołg. Dzieciarnia polska i ukraińska upodobała sobie miejsce, gdzie go unieruchomiono, a zdarzało się i tak, że gromadzili się przy nim chłopi.

Mały Bogdanek usłyszał głośny śmiech. Szuranie butów po pancerzu powiedziało mu, że przyszli ci, których mógł się spodziewać. Oderwał się od wajchy i chwycił drewniany karabin. W otwartym włazie ukazała się głowa ciemnowłosego młodzieńca.

— Bohdanek — powiedział z uśmiechem.

Osiemnastoletni Dmytro Stabnicz dał mu znak, żeby wyszedł z czołgu. Był nad wiek wysoki i silny, przez co budził wśród młodych okolicznych narwańców ogromny podziw. Nieraz lubił zajrzeć do babki Olgi, nie miał daleko, i zawsze rozpytywał Małego Bogdanka o różne ważne sprawy: a to, czy dziś ćwiczył rzuty nożem; a to, czy rąbał drewno; albo kiedy siostry odwiedzą babcię, bo chętnie by je znów zobaczył. W oczach chłopca był prawdziwym bohaterem, gierojem godnym największego szacunku. Niczego się nie bał, nie uciekał ani przed tymi z Zachodu, ani przed tymi ze Wschodu, a ludzie po wioskach rozpowiadali, że w czasie ataku w czerwcu 1941 roku utłukł czerwonoarmistę pod krzakiem nieopodal lasu. Sam. Niemcy napierali mocno i walki przeniosły się daleko za rzekę, Armia Czerwona cofała się w nieładzie, zostawiając po sobie krwawy ślad, każdy wiedział, że już po wszystkim, a Rosjanin wciąż oddychał. Dmytro przyuważył go przypadkiem, kiedy przegrzebywał trupy, rozglądając się w poszukiwaniu rzadkich niemieckich mundurów. W takim mundurze można było znaleźć niejedną cenną rzecz. Nachylił się nad żołnierzem i wbił mu w ranę postrzałową swój zakrzywiony nóż, wiercąc nim w środku na długość całego ostrza. Wieść niosła się po okolicy, że przed śmiercią kazał rannemu powiedzieć: „Slawa Ukrajini, slawa”, co i tak nie uratowało Ruskiemu życia, więc z tymi słowami na ustach skonał.

— Nu, karabin opustity — rzekł Dmytro poważnym głosem, choć oczy mu się śmiały.

Mały Bogdanek zasalutował i posłusznie opuścił drewnianą broń. Głowa młodzieńca zniknęła. Słychać było, że zeskoczył na ziemię i zaczął coś mówić do innych. Głośny śmiech dotarł do wnętrza czołgu.

— Wyłaź, wyłaź. Ty nasz. Ne bijsja.

Stali przed czołgiem w pięciu. Choć było gorąco, Dmytro miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, w której prezentował się niemal tak dobrze, jak jego ojciec Petro — partyzant. Babka Olga mówiła o Petrze: „Czart to, ale dobry chłopak”. W domu rodziców jednak nie używało się tego słowa. W ogóle od pewnego czasu nie wspominano ojca Dmytra. Niedawno tylko Mały Bogdanek podsłuchał, jak ojciec mówi do matki, że Petro uciekł z policji rusińskiej do lasu, do Bandery, i że on teraz musi się z nim spotkać, bo nie wiadomo, co będzie. Jak zapytał ojca, gdzie ta bandera, do której uciekł Petro, ten przyciągnął go do siebie, popatrzył w oczy i powiedział: „Nie wiem, nie wiem, synu”.

Dmytra Mały Bogdanek nie bał się wcale, to był przyjaciel, sąsiad babki Olgi, a przez jej kuzynkę, żonę Stepy Butnika, kowala we wsi, jakiś tam krewny, choć niebliski. To on pierwszy raz włożył mu papierosa w usta, a potem jedli trawę, żeby nie było czuć; to on uczył go, jak się łowi ryby na rękę w zakolu rzeki i jak następnie obdziera się je z łusek i skóry, a potem patroszy, żeby przypiec nad ogniskiem; wspólnie zakradali się na pole kukurydzy, żeby podjeść świeżych ziaren, albo do sadownika Łupka, gdzie rosły słodkie kosztele. Dmytro powiedział kiedyś, że byłoby lepiej, gdyby Mały Bogdanek mieszkał z babką, a nie tam, w polskiej wiosce, przy rodzicach. Matkę jego lubi, Wiera swoja jest, mówił, ale ojciec to jednak Lach i jak Lach się stawia; że niby leczy, ale Petro mówi, że wcale nie, bo po ukraińskich wioskach to go już nie wołają. Mały Bogdanek nie bardzo rozumiał, co przyjaciel do niego mówi, zapamiętał jedynie zapach alkoholu, którym Dmytro zionął dookoła.

Przed czołgiem stali, zerkając na wystającą ponad właz głowę chłopca. Otaczali Dmytra w pełnej szacunku odległości, tak że wyraźnie było widać, kto jest tu najważniejszy. Górował nad nimi i rozporządzał każdym ich krokiem. Mały Bogdanek był za mały, żeby zrozumieć znaczenie ich ukradkowych spojrzeń, tak ukradkowych, jak to możliwe, tak aby Dmytro nie zauważył. Szybko podciągnął się i wydobył ciało z wnętrza czołgu. Zeskoczył na ziemię, prezentując karabin, który przyniósł jakiś pobladły duch zza rzeki ponad miesiąc wcześniej. Zmarł u nich w domu, śmierdział gnijącym ciałem, ale karabin został. Zanim umarł, zapewnił, że choć drewniany, to życie potrafi uratować. I opowiadał, ciężko oddychając, jak ludzie za rzeką, ale daleko za rzeką, gdzieś za Równem, sami strugają takie karabiny, malują i przypinają sznurki lub paski, tak że z daleka wyglądają jak prawdziwe. Rozdają je później po domach i kiedy zwiad sotni obserwuje wieś, to widzi od razu, że uzbrojona. Następnego dnia nie żył. Ojciec ukrył karabin za piecem, ale już wieczorem Mały Bogdanek go wykradł i od tej pory biegał z nim po polach.

— No dawaj, pokaż go — odezwał się Dmytro i wyciągnął rękę.

Z bliska od razu było widać, że to zabawka, jednak wymiar miał odpowiedni i pomalowaną na czarno lufę. Ktoś, kto go wyrzeźbił, musiał być bardzo utalentowany. Mały Bogdanek podał karabin i cofnął się o krok. Lewko Rahuwicz wydobył z siebie wysoki śmiech, trochę chrypiący, jak to u niego, inni również się zaśmiali, ktoś poklepał Małego Bogdanka po plecach. Grupka skupiła się wokół Dmytra. Karabin przechodził z rąk do rąk, chłopcy ważyli go w dłoniach, przymierzali się niczym do strzału.

— Rozumijete? — spytał Dmytro.

Pokiwali głowami. I znowu zaczęli się śmiać i klepać Małego Bogdanka po plecach.

— Bogdanek, a to ojcu zabrałeś! — powiedział Lewko. — To jak? Bat’ko ne striliatyme.

— Mowczaty! — syknął Dmytro i objął Małego Bogdanka ramieniem. — Dobrze się spisałeś. Chodź, idziesz z nami.

— A gdzie?

— Tam, gdzie zawsze. Ty ukraińską krew masz, ty nie Lach, ale nasz. No, idziemy, Bogdanek z nami, jak ostatnio.

Ruszył żwawo, ale koledzy nie wyglądali na równie przekonanych. Stali, patrząc na Małego Bogdanka, który był mały, za mały, żeby zrozumieć. Stali w półokręgu. Stali lekko pochyleni, jakby przygotowani do skoku. I nie ruszyli się z miejsca. Dmytro położył chłopcu dłoń na ramieniu, rozumiejąc, o co chodzi jego towarzyszom. Dwa dni, jak wrócili zza rzeki, spod Łucka, a przed oczami stały im jeszcze łuny płonących wsi, krwawe łuny widoczne na ciemniejącym niebie, kiedy wkraczali w rodzinne strony. Przyszli szybko na rozkaz dowódcy, dużo wcześniej niż cały kureń, który jeszcze kręcił się za rzeką. Młodzi, serca im waliły z podniecenia. Prowidnyk chwalił całą grupę z Połapy i w nagrodę dał im ściśle określone zadanie — uspokoić Lachów, ale nie bratać się za bardzo.

Wasyl Taraszuk stanął obok Lewki i pokręcił głową. Miał siedemnaście lat, ojca dezertera z ukraińskiej policji, teraz partyzanta o srogim pseudonimie; podobno był kompanem samego Klaczkiwskiego „Kłyma Sawura”.

— To jest Lach — powiedział twardo, wskazując palcem Małego Bogdanka, który w odpowiedzi chciał się uśmiechnąć i już niemal się uśmiechnął, kąciki ust już zaczęły się unosić, gdy nagle poczuł, jak Dmytro mocniej ściska jego chude ramię, aż do bólu, więc tylko syknął cicho.

— Wasyl, znasz Wierę przecie, starą Olgę znasz. To jest nasz dobry mały banderowczyk. Przyniósł karabin? Przyniósł. No to czego jeszcze chcesz?

— Ojca ma Lacha. Starczy już tego, prowidnyk nie zabroni — rzucił Wasyl.

Mały Bogdanek słuchał wymiany zdań obu kolegów, nie bardzo rozumiejąc sedno ich sporu. W poprzednie lato razem zdobywali czołg z chłopakami z Pogranki, a potem jego matka Wiera dała im wszystkim świeżego ciasta. Ojciec Wasylowi opatrzył otarcie po tym, jak ten spadł z pancerza prosto na wielki kamień, za co Wasyl pięknie dziękował, a w upalne dni uczył Bogdanka pływać pieskiem w rzece. W inne dni znowu pędzili przez pola, krzycząc lub skradając się jak lisy. A teraz Wasylowi wyłaniało się na twarzy coś jak bruzda, gdy spozierał na Małego Bogdanka, jakaś ciemna, wąska dolina biegnąca od lewego oka w dół, a dłoń delikatnie gładziła zatknięty za pasek długi nóż. Pozostali skupili się dookoła niego. Zapadła cisza. Spojrzenia chłopaków wbijały się w Dmytra, który na szeroko rozstawionych nogach wydawał się jeszcze wyższy, jeszcze silniejszy.

Tkwili tak w bezruchu. Nad równinę wzniósł się słaby wiatr, lekko pochylił trawy i okręcił się wokół stojącej przy czołgu grupki.

— Bogdanek jest nasz — odparł z naciskiem Dmytro. — Tak, Bogdanek? Jesteś nasz? Powiedz: slawa Ukrajini! No, powiedz.

— Slawa Ukrajini — powiedział Mały Bogdanek.

— I gerojam slawa! — odkrzyknął Dmytro, a potem nagle wyjął pistolet i wystrzelił w niebo.

Odgłos wystrzału poniósł się po polu między wsiami i poleciał dalej, ku zagrodom, wcisnął się w szpary pod drzwiami, przekradł się oknem, wdarł pod słomiane stropy, ale ludzie go nie usłyszeli, dlatego nie przerwali swoich zajęć; matki nalewały zupę z garnków, ojcowie oporządzali konie albo ostrzyli kosy na żniwa.

Lewko wyminął pozostałych i gwizdnął. On też zazdrościł Dmytrowi tego pistoletu.

— Nasz, nasz. Bogdanek idzie z nami! — zawołał i podszedł do chłopca, powoli i z opuszczonymi rękami, widząc, że Dmytro obserwuje każdy jego ruch.

— A gdzie? — spytał znowu Mały Bogdanek.

— Do babci Olgi — uspokoił go Lewko i mrugnął porozumiewawczo.

Pozostali ruszyli i tylko Wasyl nie zrobił kroku. Dmytro polecił im iść dalej, a sam podszedł do kolegi. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, obaj silni, obaj pewni siebie.

— Ty już zapomniał, jak mówił Kłym Sawur? Każdy, każdy Lach, każda Laszka — rzekł ponuro Wasyl.

Dmytro długo się nie odzywał. Mierzył kolegę surowym spojrzeniem, ale widział, że nie robi to odpowiedniego wrażenia. To nie był Wasyl z ubiegłego lata, wesoły i gotów do żartów, prosty i ciepły Wasyl, który z równą ochotą brał chleb od Wiery w Pogrance, co od swojej matki w Połapie.

— Bogdanek jest nasz. Wiera dobra kobieta, nie gadaj.

— Siedzi u nich.

— Wróci na swoje, do matki, wróci, jak przyjdzie ta chwila.

— Ja wiem, że ty taki, bo tobie Maryśka w głowie! A to Laszka jest! — W oku Wasyla błysnęło złowrogie światło.

— Nie! Kto ci tak gadał?!

— Jak pójdziemy… Niech tylko kureń przyjdzie, to ja tam z nimi pójdę. Do nich pójdę — odrzekł Wasyl, dłoń oparł na szyi i przejechał równo, po czym szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz.

— I dobrze — odparł Dmytro i dodał z animuszem: — I dobrze. Budemo rizaty!

— Budemo rizaty! — podchwycił Wasyl.

— Ale Mały Bogdanek jest nasz! — powtórzył Dmytro i chwycił towarzysza za kołnierz.

— Lachy zza rzeki do nich doszły, tego nie powiedział przecie. A tam ich jego stary kuruje. Już niedługo i tak.

— Niedługo — przyznał Dmytro i obaj podążyli za pozostałymi.

Ale Wasyl nie czuł się zadowolony. Szedł u boku Dmytra, a wzrok ciężki wbijał w wątłe plecy Małego Bogdanka.

Zdjęcie pierwsze:

Mały Bogdanek i jego koledzy z ukraińskiej wsi idą przez puste pole. Piękny słoneczny dzień niedługo się skończy. Za nimi w pewnej odległości kroczą, wciąż dyskutując, Dmytro i Wasyl. Nad nimi szybują ptaki, wznoszą się coraz wyżej ponad pole między Pogranką a Połapą. Czasem to ziemia wspólna, a czasem niczyja. Czołg, od którego wyruszyli, stoi przekrzywiony nieco bliżej Pogranki, ale tylko nieco; nieopodal rośnie nieduży zagajnik, w którym Mały Bogdanek przeleżał natarcie niemieckich wojsk. I to wszystko. Reszta jest pustą, gładką powierzchnią od jednej wsi do drugiej, przez którą z łatwością można wieczorem dojrzeć światła sąsiadów. Te światła są do siebie bardzo podobne i z góry, spomiędzy niskich chmur obie wsie przypominają siebie nawzajem, jak odbicia lustrzane, rozłożone płaskie placki pobłyskujące z daleka. Przez puste najczęściej i nieużywane pole biegną dwie ścieżki, które łączą zewnętrzne domostwa wsi. Jedna ścieżka omija zagajnik od strony rzeki, a druga od przeciwnej. Jak się idzie do Połapy, to zawsze ścieżką od rzeki, a jak do Pogranki, to wtedy tą drugą. Nikt nie wie, dlaczego tak jest, ale od dawna mieszkańcy obu wsi tak czynili i tak czynią nadal.

Chłopcy idą więc ścieżką od rzeki, Mały Bogdanek ogląda się na Dmytra i Wasyla, ale tak naprawdę spogląda daleko za nich, tam, gdzie widać wyraźnie zabudowania Pogranki i jego dom, w którym matka siedzi z duchami zza rzeki; Mały Bogdanek myśli, że źle robi, idąc z chłopakami i Dmytrem, choć tego matka zawsze lubiła. Z wysoka wszyscy są tak mali, że Mały Bogdanek wcale nie wygląda na najmniejszego.

1925–1939

Kiedy urodził się Mały Bogdanek, siostry piszczały ze szczęścia. Marysia i Lena biegały wokół i klaskały radośnie. To był ich długo oczekiwany braciszek. Ledwie zapłakał, a one, usłyszawszy go, obie rzuciły się do drzwi, lecz od razu wstrzymał je głos babki Olgi: „Zalyszatysja w kimnati”. Czekały więc niecierpliwie ze wszystkimi i usiedzieć nie mogły. Tego dnia w domu zgromadziło się wiele osób. Z babką Olgą przyszedł, kulejąc, dziadek Wołodymyr, już z rzadka tylko pokonywał takie odległości, ale nie chciał, by go wieziono; wybrał ścieżkę nie od rzeki i udał się w drogę do Pogranki o własnych siłach. Pewien czas w izbie spędzili młodsi bracia Wiery, Stepko i Ludicz, ale szybko się wymknęli, jeszcze przed rozwiązaniem, w lasy pobiegli z pogrankowymi chłopcami. „Młodzi, co im tu siedzieć”, rzekła, kiwając głową, Janina Kuzielska, sąsiadka zza miedzy, która trzymała na rękach dwuletniego chłopczyka i zerkała co chwilę przez okno na plac, gdzie jej Stasiek Kuzielski właśnie coś opowiadał Wandzie Prostkowej z drugiego krańca Pogranki. Na czole Janiny pojawiła się dodatkowa zmarszczka, najpierw płytka, ale im dłużej Stasiek śmiał się do Wandy, tym robiła się głębsza. Zaraz przy oknie siedziała stara Zofia Budrysowa, kiwając się do przodu i do tyłu, ze splecionymi dłońmi, nuciła cicho „ptaszki śpiewają, ptaszki śpiewają” i zasłaniała Janinie widok na podwórze za każdym razem, kiedy wychylała się do przodu.

— Że też jej się chciało taki kawał leźć — powiedziała Janina niby do siebie, ale jakby do wszystkich.

Nikt nie zdążył jej odpowiedzieć, bo wtedy właśnie rozległ się płacz noworodka. Na jego pierwszy krzyk rozjaśniło się lico dziadka Wołodymyra, bo on już wiedział, rozpoznał po tym wczesnym wrzasku, że to w końcu chłopak.

— Hlopczyk — wymsknęło mu się od razu.

— A może nie? Zwidky ty znajesz? — odparła babka Olga, która miała w zwyczaju rzadko zgadzać się z mężem. W Połapie wszyscy wiedzieli, że choć Wołodymyr od lat żył w randzie sołtysa, nie na wiele to starczało w codziennym pożyciu z żoną. Nie odniósł się więc do jej uszczypliwości, tylko rozparł się wygodniej i oparł plecami o ścianę, kryjąc pod wąsem uśmiech, którym od lat podkreślał swą zupełną obojętność, i powtórzył:

— Hlopczyk.

Marysia i Lena drżały całe, czekając, aż wreszcie drzwi się otworzą. Obie miały na sobie granatowe sukienki z białymi kokardami, niemal jak do szkoły, i wysokie podkolanówki. Wreszcie, po nieskończenie długim czasie, spełniło się ich marzenie i z pokoju wynurzył się Zygmunt Wodzański, ojciec dziewczynek. Rękawy koszuli miał wysoko zakasane, dłonie czerwone od krwi, a siostry zaraz wiedziały, że jest szczęśliwy. Po oczach poznały, bo ogólnie sprawiał wrażenie zmęczonego i ponurego. Za nim z wnętrza wystawiła głowę Ciemna Marina, która w całej Pogrance najlepiej się znała na porodach i od lat już asystowała Zygmuntowi, kiedy objeżdżał okoliczne wsie.

Ojciec popatrzył na zgromadzonych w domu i wskazał dłonią wejście do drugiej izby:

— Proszę, wchodźcie, tylko powoli — powiedział.

Wiera trzymała na piersi małego chłopczyka.

— Damy mu Bogdanek — powiedziała, kiedy już stanęli przy jej łóżku.

— Ale on malutki — zaśmiała się Lena.

— Taki Mały Bogdanek — dodała szybko Marysia.

— Malen’kyj — podchwycił dziadek Wołodymyr, podnosząc się z krzesła. Zbliżył się do łóżka i położył dłoń na głowie chłopca. — Malen’kyj ne malen’kyj, nasz.

I tak zostało. Od tej pory na chłopca często wołano tak, jak go nazywały siostry, chociaż wcale nie był najmniejszy między chłopakami z jego roku. Wiera i Zygmunt pozwalali mu na więcej niż siostrom, więc jeszcze wojna się nie zaczęła, a Mały Bogdanek już ganiał po całej Pogrance ze starszymi od siebie synami sąsiadów, a i do Połapy nie bał się samotnie ścieżką od rzeki polecieć, do babki i dziadka, póki ten żył jeszcze.

Chrzciny Wiera i Zygmunt wyprawili bogate. Ludzie z różnych wsi poprzychodzili, żeby doktorowi i małżonce życzyć czego dobrego i żeby syn im się dobrze chował, może na doktora, jak ojciec. Z Połapy to, mówili, pół wsi przyszło, tak że ścieżka od rzeki zaraz cała była rozdeptana.

Lubili ludzie Zygmunta. Lubili go, bo nigdy nie odmówił pomocy, wyleczył, do chorego miał czas przyjechać, a nieraz ganiał po wioskach cały dzień i do domu pod wieczór albo i później zjeżdżał. Za to chwalili go po domach, pamiętali. Tylko Wiera nie była zadowolona, ale on w takie wieczory mówił jej słowa, jakich nigdy wcześniej nie słyszała. Najpierw mówił głośno, a słowa wybrzmiewały soczyście po ostatnią sylabę, niosły się, oplatając cały pokój; słowa tęsknoty, słowa wytchnienia, słowa niezrozumiałe, jak nie z tego świata. Potem zniżał głos i mówił cicho, przechodził w szept, a kiedy milkł, zaraz tajała w niej złość, którą i tak próbowała przed nim udawać, tajała, aby w końcu zamienić się w potok czułości.

Zygmunt Wodzański, młody lekarz spod Lublina, zjawił się w Pogrance niczym gwiazda z nieba, zajął dom podobno po jakiejś swojej rodzinie i od razu zaczął szukać baby. Zwłaszcza o tej babie dużo plotek narastało z dnia na dzień i niejeden ojciec począł uważniej się przypatrywać córce, czy się nada dla doktora. Nie było w pogłoskach tych wiele prawdy, bo puste gospodarstwo, które kupił, wcale nie należało do jego rodziny, o czym w Pogrance wszyscy wiedzieli, a w kwestii baby też się nie spieszył. Postawny był i mówili dookoła, że na doktora to w ogóle nie wyglądał, choć leczyć — leczył, tak Polaków, jak i Rusinów, Żydów, Czechów, po równo, bez różnicy.

Na przychylność miejscowych nie musiał więc młody doktor długo czekać. W Pogrance już po miesiącu znał wszystkich, gospodarze nauczyli się doceniać nowoczesną opiekę medyczną, choć z oporami dowierzali jego zaleceniom. Jednak aura człowieka ze świata, z Lublina, wykształconego lekarza wywierała odpowiedni efekt. Toteż wieść się rozeszła, jaki to doktor zdolny i że już co najmniej pięć razy, jak życie ratował.

Zygmunt zamieszkał w domu niedużym, drewnianym, ale postawionym solidnie, z heblowanych brusów sosnowych, zbudowanym na przełomie wieków. Był to obszerny budynek parterowy ze strychem podzielonym na kilka pomieszczeń i głęboką piwnicą. Długo szukał takiego właśnie domu i od pierwszego wejrzenia wiedział, że tu będzie jego miejsce. Znajomi odradzali mu Wołyń: „Gdzie ty tam, Rusini dookoła, ciemne lasy, co ty tam będziesz robił, po co ci to, już lepiej w jakimś mieście otwórz praktykę, do Łucka albo Włodzimierza jedź, skoro już ten Wołyń być musi”.

„Musi, musi”, odpowiadał, a oni nie wiedzieli dlaczego. Widział siebie w niewielkiej wiosce, najlepiej na uboczu, w małym, przytulnym domku, niedaleko lasów i rzek, gdzieś na zachodnim Wołyniu, bez gór i stromych wzniesień. Był jednym z pierwszych osadników z Polski centralnej i kiedy przy swoim objeździe trafił na Pogrankę, polską wioskę z małym, pustym gospodarstwem właśnie na uboczu nieco, już nie pragnął niczego innego. I chociaż w czasie akcji osadniczej proponowali mu siedziby na nowych osiedlach, a w Hucie Stepańskiej lepszą posadę oferowali, on pragnął osiąść w starej polskiej wsi, takiej z dziada pradziada, osadzonej w czasach, których już nikt nie pamięta.

I zamieszkał. Miejscowi przyjęli go dobrze, choć nie od razu z chęcią. A on ich za to leczył.

Kiedy w zimowy, mroczny wieczór otworzył drzwi i ujrzał w nich Wierę, jeszcze nie wiedział, że zostanie jego żoną, i to wkrótce. Przybiegła prosto z Połapy tak szybko, jak mogła, bo brat jej nogę złamał i ruszyć się nie może, a jak go chcą brać, żeby podnieść, to drze się, jakby go ogniem palili. A ból, a krzyki, a jęki, że wytrzymać trudno. Poszedł, nastawił nogę, dał leków. Powiedział, żeby jechać do gminy i tam kupić to, co napisze, wrócił do siebie, a następnego dnia, zaraz po południu usłyszał pukanie i znów zobaczył Wierę, która trzymała w rękach brytfannę ze świeżym ciastem. Stała w chuście na głowie zawiązanej pod szyją i obejmowała go spojrzeniem spłoszonej łani. Chciał powiedzieć, że to niepotrzebne, że on nie dlatego leczy, ale nic nie rzekł, bo oczy Wiery powstrzymały go w samą porę. Wspólnie popróbowali ciasta, a dziewczyna napiła się gorącej herbaty. Następnego dnia obudził się z obrazem jej oczu, więc niewiele myśląc, wybrał się do Połapy, żeby sprawdzić, jak czuje się jej brat, a przy okazji zajść jeszcze do Petra Stabnicza, którego żona dopiero co córkę urodziła, bo jej poród odbierał. Poszło mu tak dobrze, że w rok później odbierał kolejny poród. Tym razem Petro był bardzo zadowolony, bo urodził się syn, Dmytro.

Tego dnia Zygmunt zabrał Wierę daleko za wieś, w łany pól, w las odludny. I tak szli bez celu, aż zapomniał o reszcie świata, gdy szczupłe jej palce wniknęły w jego zaciśniętą pięść.

Ślub wzięli pół roku później, choć Olga nie była rada, że córka w katolickim obrządku się pobiera. Przebolała jednak, kiedy jej umysł przyjął wiadomość o ciąży. A Wiera, zakochana pierwszy raz w życiu, niesiona miłością jak czystym strumieniem, ubóstwiała swojego Zygmunta.

Od pierwszych dni tworzyli dobre, zgodne stadło. Na początek urodziła się Lena, a rok później Marysia. Dziewczynki miały siedem i sześć lat, kiedy na świat przyszedł Mały Bogdanek. Zdolny był, jeszcze przed wybuchem wojny Zygmunt nauczył go czytać.

Po wkroczeniu Rosjan w 1939 udało im się przetrwać, nie wzięli ich do wywózki na białe niedźwiedzie, Sybir nie był im pisany. Zygmunt zaraz po aneksji Wołynia, za radą pewnego Rosjanina spod Łucka, którego wyleczył, zapisał się do kołchozu, wychwalając pod niebiosa nowy porządek na pierwszych zbiorowych pogadankach.

— Zrób tak, bo inaczej was wszystkich wywiozą i będziesz się mógł pożegnać z żoną i dziećmi. Tak ci radzę. Na ciebie już były donosy — powiedział mu na odchodnym rosyjski oficer.

Więc mimo iż nie uprawiał ziemi, nie posiadał w ogóle żadnych pól, wstąpił do kołchozu. Przetrwał jednak tylko dzięki temu, że wyleczył następnie wysoko postawionego rosyjskiego enkawudzistę, za co później pewien dziarski akowiec z centralnej Polski plunął mu w twarz. To splunięcie nie miało jednak dla Zygmunta żadnego znaczenia. Ocalił rodzinę. Cóż mógł na ten temat wiedzieć plujący młodzieniec o jasnych oczach z cętkami żółtych plamek pokrywającymi wyłupiaste białka? Wtedy ani on, ani Wiera, ani tym bardziej siostry i mały brat nie wyobrażali sobie, że w ich świecie, w tej ich swojskiej, bliskiej okolicy akt ocalenia nie znaczy jeszcze, że to na zawsze. Tutaj ocalenie ma swoją granicę; tyle jest warte, ile przypisany mu czas.

Zdjęcie drugie:

Maria i Lena z uniesionymi rękami wydają się podskakiwać, patrzą z otwartymi buziami na spoconą twarz Zygmunta, który stoi w drzwiach, a tuż za nim wychyla się Ciemna Marina, pół Cyganka, pół Polka. Nie wychyla się zanadto, bo wie, że choć niejednemu pomogła, to i tak ludzie od niej stronią. Powtarzają, że to lęk, boją się, że uroczy, ale ona zna prawdę: to pogarda. Z jednej strony okna siedzi obok dziadka Wołodymyra babka Olga, w zielonej spódnicy i pochmurna na twarzy. Wokół ust nie ma prawie zmarszczek, tak rzadko się śmieje. Babka Olga śmieje się tylko, kiedy nie ma obok jej męża, wtedy się rozluźnia i nawet można ją lubić. Gdy jednak w pobliżu zjawia się Wołodymyr, cała lekkość z niej uchodzi. I tak jest teraz, w kuchni, w oczekiwaniu na narodziny wnuka. Bracia Wiery już dawno uciekli, ale byli, tylko już ich nie ma, za oknem widać flirtujących Kuzielskiego i Wandę z drugiego krańca Pogranki, a niedaleko za nimi niewysoki płotek, przy którym znaczy się wyraźnie ślad ścieżki wydeptanej przez sąsiadów. Ścieżka ta lekko skręca w prawo i wychodzi prosto na gładkie pole, wyznaczając kierunek do widniejącej w dali Połapy. Już za niedługi czas tą ścieżką wracać będzie babka Olga z dziadkiem Wołodymyrem, a bracia Wiery nie wiadomo, może wybiorą inną drogę.

CZWARTEK, POPOŁUDNIE, NOC

Wiera zamknęła drzwi na zasuwę, zaczynało się ściemniać, a Zygmunta wciąż nie było. Bogdanek też nie wiadomo, gdzie i kiedy przybiegnie, może u Olgi jeszcze się bawi, no ale żeby tak długo… Usiadła za stołem i wpatrzyła się w obraz za oknem; w oddali widziała światła z Połapy, ludzie już palili lampy. Córki nie ruszyły się z miejsca i również spoglądały na świat za szybą, w którym przed chwilą zanurzyli się ci, co przyszli zza rzeki. Milczały obie, mając w pamięci ostatnie słowa matki, która radziła przybyszom iść nie głównym traktem, ale brzegiem lasu, wyjaśniała, że jak pójdą wzdłuż traktu, ale lasem, też dotrą do Włodzimierza.

Światła z rodzinnej wioski Wiery stawały się coraz wyraźniejsze. Słyszała, że córki o coś ją pytają, ale nie zwróciła na ich słowa uwagi. Jasne plamki okien, świadczące o obecności ludzi w środku, ściągały jej uwagę. „Wcześnie palą. Skąd tyle nafty nabrali?”, pomyślała. Tu, w Pogrance, później palili albo w ogóle.

Zauważyła to niedawno. Któregoś wieczoru wyszła przed dom i spojrzała w stronę Połapy. Zdziwiła się, że już widać światła w oknach, a w domach w Pogrance nadal ciemno. Słońce opadło pod horyzont, ale mrok jeszcze nie zdążył objąć świata, więc wydało się jej dziwne, że tam palą tak wcześnie. Potem rozpalały się światła w niektórych domach, ale Wiera widziała wyraźnie, że Połapa cała się świeci, a Pogranka znacznie ciemniejsza, choć tu i ówdzie z okien wyzierała niemrawa jasność.

Jednak światła w Pogrance tliły się słabsze, wątlejsze, jakby nieśmiałe i tylko gdzieniegdzie, przez co gospodarstwa pogrążały się w ciszy i nawet zwierzęta cichsze były niż zwykle, podczas gdy światła w jej wsi z czasów panieńskich błyszczały z daleka w całej pełni, rozcinając ciemności jak ostry sierp tnie powietrze, zanim trafi w kłos. Wiera, wpatrując się wieczorami w światła z sąsiedniej wioski, odkryła, że doznaje wrażenia, jakby krzyczały w ciemność, i chociaż wokół było cicho, świetlna smuga z Połapy odzywała się w niej setką głosów.

— Długo go nie ma — powiedziała do siebie, a Marysia i Lena domyśliły się, że mówi do nich. Udaje, że do siebie, ale naprawdę mówi do nich.

— Przyjdzie — odparła Lena, wiedząc, że matka poczuje się lepiej, słysząc jej ciepły głos.

— I Bogdanek może z nim wróci — dodała Marysia.

— No, może tata go zabierze po drodze. — Lena usiadła przy stole.

Kilka pocieszających słów, jakże innych od opowieści ludzi zza rzeki. Kilka słów cieszących myśli. Tego teraz wszystkie potrzebowały. Dźwięk zabija mroczną, śmiertelną ciszę, zabija uwieszone w pamięci niedobre przeczucia.

Wiera odwróciła się od okna, za którym widać było jaśniejącą Połapę.

— Okropne, jak tak późno przychodzi — powiedziała cicho do córek, a sama pomyślała, że Połapa specjalnie takim krzykliwym światłem płonie, podczas gdy Pogranka zatapia się w milczeniu domostw. Jedna objawia się głośna, rozgłasza swoje położenie, bezpieczne ulokowanie pośród drzew i pól, druga zamyka się w ciszy, skrywa w ciemnym milczeniu, niczym schowana w płaskim, podłużnym rowie, poniżej gruntu, gdzie zamknięte jest przeznaczenie jak w wielkiej, ciasnej krypcie.

Oderwała wzrok od świateł Połapy i splotła palce.

— Nafty tako będzie trzeba nakupić — powiedziała po to tylko, żeby odegnać znów ciszę.

Zygmuntowi zdarzało się wracać późno, ale ostatnio coraz rzadziej się tak działo. Po rusińskich wioskach jeździł znacznie mniej niż dawnej, już przed Wielkanocą przestali go wołać. Bywało tylko, że z Połapy ktoś się zjawił. W maju i czerwcu było kilka ciężkich przypadków, kiedy pojechał do odleglejszych wsi, a po powrocie opowiadał, że złe oczy mieli Rusini. „Jak to — złe?”, pytała Wiera i zaraz myślała o własnych oczach, czy Zygmunt też w nich co złego dostrzega, ale nie chciała go pytać i tylko mówiła wtedy, że może lepiej, gdyby Mały Bogdanek nie biegał tam do babki Olgi, bo ona już sama nie wie, ta Połapa taka jakaś dziwna w swoim pojaśnieniu przed nocą. Lepiej, żeby Bogdanek tam nie sypiał. I mówiła Wiera o ich małym synku, ale pod samym sercem dławiły się słowa, których nie chciała wypowiedzieć na głos — to pytanie o jej oczy, co w nich Zygmunt widzi. Czy są tak samo złe? A jeśli nie całkiem złe, to mimo wszystko rusińskie, inne z nich bije światło. Czy Zygmunt nie myśli tam w sobie czego niedobrego?

Ludzie zza rzeki patrzyli na nią inaczej, kiedy tylko się odezwała. Zaraz wyczuwali rusiński akcent, zerkali podejrzliwie i ogarniali wzrokiem całe pomieszczenie, jakby ktoś tam miał czaić się w kątach, rogach, za drzwiami. Strach wychodził z wychudzonych, poranionych ciał i dotykał Wierę i siostry, otaczał je niczym delikatny szal, taki był gęsty. Opuszczali dom i ruszali w groźną ciemność, ale naniesiony strach nie ulatniał się długo, a w rzeczywistości nie ulatniał się już nigdy, zawsze pozostawało go co nieco, cieniutką warstwą pokrywał ściany, a najwięcej gromadziło się go tuż nad podłogą i można było to wyczuć, kiedy bose stopy rano stąpały po niej, w chłodzie desek pozostawał niczym mroźny mech na pniu drzewa — strach tych, którzy przyszli zza rzeki.

Zaczęli przychodzić w maju, więcej ich zjawiało się w czerwcu, a kiedy zaczął się lipiec, to już nie było dnia, żeby nie przeszło przez wioskę parę potarganych grupek, niektórzy na wozach drabiniastych, z resztkami dobytku. Przystawali przed domami, robili postoje, szukali swoich krewnych. W pierwszych miesiącach nikt nie dawał wiary ich opowieściom, mimo że stali przed nimi, nieraz z ciętymi ranami, wynędzniali i naznaczeni przeżytym cierpieniem.

Często odwiedzali dom Zygmunta, ludzie ich tak kierowali, że tam doktor. Bywały dni, kiedy niemal całe podwórze zastawione było furmankami, więc ludzie z Pogranki gromadzili się u wejścia, słuchając opowieści.

— Widno, że to i nam iść — mówili co poniektórzy gospodarze, a ich żony stały obok z pobladłymi twarzami, zatroskane, bo jak to tak iść. Jak to tak? Porzucić cały dobytek, zostawić gospodarstwo na rabunek, wszystko, całe życie zostawić?

Opowieści przybyszów o łunach płonących domostw, o pijanych sotniach uderzających w nocy, o ludziach z ukraińskich wsi, co szli z widłami, wciskały się do głów i ludzie stali zasępieni, ale kiedy podnosili wzrok na swoje domy, na całą Pogrankę, bladły te historie w zderzeniu z namacalnym, przemawiającym do oczu trwaniem ich budynków, zagród, płotów, drogi biegnącej między szeregiem gospodarstw. Bo Pogranka stała tu od dawna, tak że nikt początków nie pamiętał, no to jak by nagle miała zniknąć. Gospodarze dziwowali się więc opowieściom. Wystarczał rzut oka na Pogrankę i od razu wszelkie wątpliwości znikały, budynki wyrastały obok siebie równo, każdy mocno utrwalony w swoim istnieniu, osadzony w gruncie głęboko i solidnie, odwieczny tysiącami nawracających poranków. Obraz ich nagłego zniknięcia w oczach mieszkańców tracił powagę.

Oczy wielu zebranych kierowały się wtedy w stronę Połapy, a ludzie spoglądali tak, żeby inni nie widzieli, że mimowolnie patrzą na ukraińską wioskę, bliźniaczą, w której też niejeden Polak żył i Polka. I ta Połapa, tak samo jak Pogranka, rozkładała się na ziemi w swym nieco wydłużonym kształcie placka, w taki sam sposób jej domy wypełniały przestrzeń, z zagród niosły się odgłosy codziennych prac, i równie trudno przychodziło pomyśleć, że mogłoby jej nie być. Obie wsie powstały dawno i od czasów niepamiętnych spoglądały na siebie, jakby się nawzajem strzegły. Dwie strażniczki swego losu. Bez Połapy nie było Pogranki, jak bez Pogranki nikt nie wyobrażał sobie Połapy.

Potem przybysze ruszali w swoją stronę, a ludzie z Pogranki odprowadzali wzrokiem kolebiące się wozy.

Ciemność już prawie zupełnie opanowała świat. Wiera przygasiła lampę i teraz siedziały w mroku, a tam w dali, za polem gładkim jak prześcieradło, jaśniała Połapa.

— Mamo, ja pójdę do babci Olgi — rzekła Marysia, ale Wiera pokręciła głową.

— Nie, zostań, bo… — Nie dokończyła, tylko bezradnie popatrzyła na córkę.

Marysia często chodziła do babci Olgi, więc nie byłoby w tym nic szczególnego. W Połapie spędzała wiele czasu i tylko Zygmunt był nieświadom prawdziwego powodu tych wizyt. Uśmiechnęła się więc Lena w myślach do samej siebie i powiedziała:

— Babcia go nie puściła, ciemno już, jutro rano przybiegnie. Tak było już przecie, pamiętacie, jak na wiosnę nie przyszedł, a potem babcia mówiła, że długo się z Dmytrem włóczył. A potem też nie przyszedł na noc. No chłopak jest przecie.

— Wiosna to była wiosna, a teraz… słyszałaś, co mówili ci ludzie. — Wiera siedziała sztywno, nie odrywając spojrzenia od rozpalonej Połapy. Wpatrywała się w dzielący wioski mrok, jakby chciała wychwycić coś ciemniejszego, ruchomy cień synka, który wraca do domu.

Ale nic nie dostrzegała. Mały Bogdanek nie wracał. I choć zdarzało się już, że całe dnie spędzał w Połapie u babki Olgi, i kilka razy było, jak u niej został, to jednak dziś Wiera była niespokojna.

— Powiem Zygmuntowi, niech mu w końcu złoi skórę! Taki rozwydrzony ten chłopak, że jak to tak. A jego też… jak go potrzeba, to go nie ma. A tego też upilnować…

Wiera zamilkła. Do izby dotarł odgłos motoru wjeżdżającego na podwórze. Wszystkie trzy rzuciły się do drzwi.

— No nareszcie! — krzyknęła Wiera i stanęła w progu.

Zygmunt wyłączył motor i sięgnął po wielkie torby, które zawsze woził w przyczepce.

Uśmiech zamarł jej na ustach. A miała taką nadzieję.

— Gdzie Bogdanek? — spytała.

— Tato, nie ma z tobą Bogdanka? — również zapytała Lena.

Mężczyzna założył torby na ramię i skierował się do domu. W milczeniu minął kobiety i wszedł do środka. Zrzucił torby przy wejściu i siadł przy stole. Twarz miał pobrudzoną krwią, ręce brudne od ziemi.

— Cicho, zaraz tu przyleci Marina — odparł zmęczonym głosem. — Mam nadzieję, że nie na przeszpiegi. A Bogdanek u twojej matki miał być dzisiaj.

— Ale nie do tej pory.

Zygmunt opuścił głowę. Kilka razy głęboko westchnął.

— Może i lepiej, żeby teraz tam był — powiedział cicho.

— Ale tato… — szepnęła Marysia, a Lena, która stała bliżej wejścia, podeszła do niej i wzięła siostrę pod rękę.

Stały tak obie, w jasnych sukienkach, całkiem nieodpowiednich jak na zwyczaje w Pogrance. Stały szczupłe, z jasnoblond włosami, falami spływającymi na ramiona. Gdyby nie wojna, wyjechałyby do Lublina, do szkół, jak planował ojciec, a może nawet do Lwowa. Ale wojna miała przyjść, zgodnie z tym, co przepowiadała babka Olga, której wojnę przepowiadali synowie, a jak tu nie wierzyć synom. No i wojna przyszła.

Zygmunt uśmiechnął się do córek, widząc, że mają zatroskane miny. Cały dzień jeździł po okolicy, choć mu w wiosce mówili, żeby został, bo może tu być bardziej potrzebny niż tam, gdzie go gnało.

— Musimy zdecydować, co robimy — rzekł Zygmunt. — Jutro spotkam się z Petrem, obiecał być. Chciałbym, żebyś też ze mną jechała, Wiera. On cię dobrze zna, dobrze pamięta, może to coś da. Jutro za drugim mostem, przy kępce nad sadzawką.

Wiera usiadła przy mężu, położyła mu dłoń na ramieniu.

— Pojadę, pojadę. Ale ty naprawdę myślisz, że… myślisz, że nam ujechać nada? Mnie to się i wierzyć nie chce.

— Nie wiem. Są tacy, co mówią, że to Rosjanie, że ruskie bandy w lasach siedzą. Ale widzisz, co się dzieje. Ludzie po polach śpią, a nie w domach, na noc wychodzą, psy wiążą, żeby za nimi nie biegły, boby zdradzić kryjówkę mogły. Byłem tam, aż niedaleko Łucka pojechałem, i strach, strach jest.

Ktoś zapukał w okno. Za szybą widać było niewysoką żeńską postać. Wiera otworzyła drzwi i do środka weszła Ciemna Marina. Zziajana była, pochyliła się, żeby złapać oddech.

— Panie doktor, bom słyszała, żeś przyjechoł — zaczęła. — Idę od Janiny, bo tam żem jej robiła. Chłopy czujki wystawiły po rogach we wsi, dziękować Bogu. Stasiek się pyto, czy ten drewniany karabin to jeszcze tu gdzie bydzie. Bo to by zawsze lepiej tak się pokazać z karabinem.

— I tak ciemno przecież, po co mu… Zaraz poszukam — odparł Zygmunt.

Ciemna Marina rzuciła okiem na jego pokryte zaschniętą krwią dłonie, a on dostrzegł jej pytający wzrok.

— Dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna, kilka godzin temu, przy drodze. Chciałem pomóc chociaż kobiecie. Szli ze wschodu.

— Porżnięte! — zawołała Marina, a Zygmunt spojrzał groźnym wzrokiem. Już wcześniej objaśnił ją, że przy rodzinie nie chce opowiadać o tym, co się dzieje po polach; nie przy dzieciach. Ale tym razem Marina nie zamierzała się powstrzymywać. — A niech doktor tak nie patrzy! Co się cackać? A taki to une nie wiedzo? — Wskazała Marię i Lenę. — Przecie wiedzo.

Zygmunt opuścił głowę. Popatrzył na córki, na żonę i w duchu się zgodził, że Marina ma całkowitą rację. Gdyby opowiedział im, co mu się przydarzyło na drodze, może lepiej pojęłyby sytuację, ale zamiast tego zdał tylko krótką relację, jak to opatrywał ranną kobietę, ale nie zdołał jej uratować. Powiedział, że otrzymała postrzał od rosyjskich band albo od Niemców. Marina wysłuchała opowieści i z niedowierzaniem pokręciła głową, ponieważ od razu domyśliła się, że to kłamstwo, że prawda jest inna.

Doktor wstał i podszedł do kąta, sięgnął za piec, ale niczego nie znalazł.

— Bogdanek musiał zabrać — powiedział.

— A gdzie on jest? Gdzie Bogdanek? — spytała Marina.

— U babci Olgi — odparła Marysia.

Marina zesztywniała na moment. Jej wzrok napotkał spojrzenie Zygmunta, który niemal niedostrzegalnie pokręcił głową, ale to nie wywołało zamierzonego efektu.

— Ja nie wim, nie wim — rzekła, cofając się do drzwi. — Ja bym go tam nie trzymała.

— Tu Bogdanka każdy lubi, a Dmytro to jak brat dla niego — powiedziała Wiera.

— Dmytro! Dmytro. — W głosie Ciemnej Mariny nie było nawet cienia sympatii. — Dmytro jest czort, do Bandery poszedł, co to ja nie wim? A tamci co? Tak samo poszli. Ile to z Połapy poszło tych młodych.

— Dmytro nie jest czort! — krzyknęła Marysia, czerwieniejąc na twarzy.

— A nie turbuj się, nie turbuj. Zobaczysz, jak tu przyjdzie, o, zobaczysz, czy nie czort — powiedziała Ciemna Marina. — Ci w Połapie to nic nie powidzo, ale ja wam powim. Polaki tam już porżnięte są. Co ich tam było, musi taki dwie rodziny. No. Ja to bym go zabrała od Olgi. Idę, co tu po mnie. Pół wioski na noc w pole poszło, po żytach, po krzakach. A wy to nie wiem, też idźta.

Wybiegła szybko i zostawiła ich samych. Może pobiegła w żyto, jak wielu innych, a może do swojej małej chałupy. Pobiegła tam, gdzie prowadziło ją przeczucie, instynkt kierujący ciało tak, aby znaleźć miejsce, którego nikt nie znajdzie.

Po jej wyjściu całą kuchnię wypełniła znienawidzona cisza. Była to cisza, w jakiej od tygodni pogrążały się domy w Pogrance, i nawet długie rozmowy nie potrafiły zupełnie jej zagłuszyć. Obejmowała każde domostwo z osobna, każde po swojemu, wnikała przez szpary w oknach, przez niedomknięte drzwi i martwe kominy, po swojemu przekraczając podwoje, osadzała się w narożach izb i w ciałach. Kiedy ludzie wychodzili na podwórza i szykowali brony, żeby pójść w pole, widzieli, jak ujawnia się na twarzach sąsiadów. Cisza ich samotnego losu, cisza wewnętrznego przeczucia, którą wynosili ze swoich domów, bo już nie mogli jej z siebie zrzucić. I szli w pole z tą ciągnącą się za nimi ciszą, która z każdą kolejną pogłoską zza rzeki rozrastała się w ich głowach i tłumiła słowa.

Zygmunt odczekał kilka minut, a potem ucałował żonę w czoło, uśmiechnął się do córek i natychmiast wyszedł. Wiera patrzyła, jak znika w ciemności. Motor został na podwórzu, więc domyśliła się, że nie chciał pokazać, jak odjeżdża.

Wyobraziła sobie, jak idzie łąką, równiną między wsiami, jak dociera do pierwszych domów w Połapie, niepewny, z bijącym sercem, idzie tak, żeby nie rzucać się w oczy, żeby kto go nie przyuważył. Idzie prosto do jej matki, wita się z Olgą, „Jest tu Bogdanek?”, pyta, „A jest, jest”, odpowiada matka i prowadzi go do kuchni, gdzie jej synek akurat śpi zmęczony po całym dniu. I Wiera patrzy w ciemność, już spokojniejsza, patrzy wilgotniejącymi oczami, ręce splata zaciśnięte mocno, składa je na stole.

Nie ruszyła się przez ponad godzinę, aż w końcu w drzwiach stanął Zygmunt. Wszedł do izby i zatrzymał się pośrodku.

— Nie ma go — powiedział.

— Co?

— U Olgi go nie ma. Był, ale poszedł z Dmytrem i tymi chłopakami, co wiecie. Twoja matka mówi, że bardzo się śmiali. Mówi, że na dzika poszli, na noc, potem go przyprowadzą do twojej matki.

— Na dzika?! — zawołała Wiera.

Zygmunt opuścił głowę, bo nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Rano po niego pojadę, nie martw się, z Dmytrem nic mu nie będzie, on go zawsze przecież tak lubił.

Tej nocy nie spali, tak jak nie spali poprzedniej nocy ani jeszcze poprzedniej. Dziewczyny położyły się razem w swoim oddzielnym pokoju. Wiera przytuliła się do Zygmunta, który leżał z otwartymi oczami, patrząc w refleksy księżycowego światła na szybie.

— To byli chyba ci ludzie, którzy chcieli do Włodzimierza. Mówiłam, żeby szli brzegiem lasu, że bezpieczniej.

— Nie uwierzyli ci, jesteś Rusinka — odparł Zygmunt.

— Ale jak to?

— Pomyśleli, że specjalnie ich posyłasz w pułapkę, że tam na nich czekają, i zrobili dokładnie na odwrót.

— Mówili, że całą ich wioskę bandery spalili. Pozabijali ludzi.

— Tu nie przyjdą — odparł Zygmunt i objął Wierę. — Tu nie przyjdą. Pogrankę wszyscy znają, że tu dobrzy ludzie. Połapa by nas nie dała. Jutro spotkamy się z Petrem, żeby dał jakąś gwarancję, on tam dużo może. Ale lepiej, żeby ludzie nie wiedzieli, że ja tam coś z nim.

— Tylko rano najpierw jedź po Bogdanka.

Zamknęła oczy, ale nie mogła zasnąć. Wiedziała, że mąż też nie śpi.

Zdjęcie trzecie:

W ciemności Ciemna Marina zmierza do swojej chałupy. Wieś już prawie całkiem wyciemniona, nic nie słychać. Można by pomyśleć, że zgodnie z rytmem dnia i nocy gospodarze po dniu ciężkiej pracy położyli się spać. Ale Marina dobrze wie, że tak nie jest. Wie, w którym miejscu stoją czujki, po jednym, po dwóch nasłuchujących otoczenia, z oczyma uparcie wpatrzonymi w mrok nocy. Jedna stoi niedaleko domu Zygmunta i Wiery. To Stasiek, mąż Wandy Prostkowej, wziął ją sobie, jak odumarła go Janina, mówili, że bardzo to go ucieszyło. Pilnuje wsi od tej strony i za chwilę zobaczy Zygmunta zdążającego w stronę Połapy. Da mu to wiele do myślenia, że nie wsiadł na motor, więc z rana od razu podzieli się wiadomością z pozostałymi chłopami, którzy również zadadzą sobie pytanie: po co lazł do Rusinów? Druga czujka na przeciwległym krańcu Pogranki to bracia Snopki, tęgie i odważne chłopy, przycupnęli z grabiami w dłoniach; dwie pozostałe na przeciwległych krańcach, sąsiedzi Zygmunta, również widły zabrali, bo długie. Z wysoka można dostrzec schylone cienie kilku postaci chyłkiem przemykających w stronę lasu. To jeszcze jedna rodzina, która zmierza na noc do swojej kryjówki w lesie, a uwiązany pies skamle, bo też chciałby pójść. Ale ponad połowa Pogranki zostaje w domach. Wioska jest bardzo ciemna i wygląda jak zazwyczaj, kiedy odgłosy codziennej ludzkiej krzątaniny gasną wraz ze światłami, więc wydaje się, jakby cała wieś spała, odpoczywając przed następnym dniem w polu. A jednak za czarnymi oknami nie ma snu. Domownicy siedzą zapatrzeni w ciemność, a jeśli leżą w łóżkach, nerwowy oddech nie pozwala im zasnąć.

CZWARTEK, POPOŁUDNIE

W kuchni u Olgi, babki Małego Bogdanka, chłopcy zbierali się do wyjścia. Kobieta, choć już siły nie miała tyle, co dawniej, specjalnie przygotowała więcej słoniny na ten wieczór. Dmytro ukłonił się przed nią i w imieniu wszystkich druhów podziękował za posiłek, a babka Olga kiwała głową, jakby chciała rzec: „No gdzieby tam ja nie dała, no gdzieby”.

Za progiem jeszcze dziękowali, unosili czapki i nawet Mały Bogdanek, który trzymał się blisko Dmytra, krzyczał słowa wdzięczności po ukraińsku jak reszta. Najedli się bowiem wszyscy, a jeszcze Olga błogosławiła ich na drogę.

— Diakuju, babusju! Diakuju! — rozniósł się wokół okrzyk mocnych głosów, a Olga ze złożonymi dłońmi stała na progu wzruszona, widząc, jak wnuczek między swoimi chłopakami z Połapy to już prawie że jako oni, już prawie. Serce w niej rosło na ten widok i łzy zaczęły kręcić się jej w oczach, ale w porę je powstrzymała.

Dom Olgi znaczył wiele w Połapie. Należał do najokazalszych w całej wsi, zbudowany z grubych bali dębowych, podmurowany wysoko, wyróżniał się między pozostałymi. Podmurówka stała jeszcze od powstań kozackich podobno, a wieść wiejska niosła, że w Oldze płynie dawna krew kozacka, jeszcze z czasów powstań, podmurówka zaś to pozostałość zabudowań pierwotnego chutoru, z którego później wyrosła cała Połapa. Ile w tym prawdy było, nikt nie wiedział, a jednak wśród mieszkańców Połapy żyła opowieść o Kozaku, który w miejscu, gdzie dziś stał dom, wbił pal na wrogów swoich. Z chutoru, który wybudował, po latach wyłoniła się cała Połapa, niemal w tym samym czasie, co nieopodal Pogranka.

Dmytro otoczył chłopca ramieniem i pomachał Oldze na pożegnanie. Ruszył pierwszy, a za nim reszta chłopaków. Nie odwracał się, żeby sprawdzić, czy za nim idą, upewnił się tylko, że Wasyl się nie ociąga i nie buntuje pozostałych. Mały Bogdanek ufnie kroczył obok niego, z drewnianym karabinem na ramieniu. Dmytro śmiał się w duchu, widząc, że chłopiec stara się robić jak najdłuższe kroki, aby mu dorównać.

Szli w stronę domu równie okazałego jak ten Olgi. Wiedział, że będą przed czasem, znacznie wcześniej niż pozostali, ale właśnie na tym mu zależało. Tylko w ten sposób mógł ocalić Małego Bogdanka.

Dom stał nieco na uboczu, cały drewniany, ale dobrze zachowany. Na gęsto umocowanych sztachetach nasadzone były gliniane ładyszki, które odwrócone przypominały żołnierskie hełmy na głowach. Dmytro wszedł na podwórze i usiadł przy studni.

— Siadajcie. Poczekamy — powiedział do reszty.

Chłopcy posłusznie usiedli, gdzie się dało. Nikt się nie odezwał, tylko Mały Bogdanek nucił coś pod nosem. Rozglądał się po gospodarstwie z poważną miną, mocno ściskając drewniany karabin, jakby nagle przybyło mu przynajmniej pięć lat, a najlepiej sześć, żeby już był niemal tak duży jak oni. Więc siedział spokojnie, dumny, że może przebywać między nimi, i nawet nie wymachiwał nogami. To był mały żołnierz, ich mały banderowczyk, jak mówili czasem w Połapie. Kazali mu wołać slawa Ukrajini, a potem śmiali się, że taki głupi.

Cisza się przedłużała, dziwna, nienaturalna jak na gadatliwych chłopców z Połapy. W ostatnich tygodniach, pełnych przeciągających się marszów i szybkich podejść pod śpiące wsie, zmęczeni siadali na odpoczynek, a gdzieś na horyzoncie pięła się w górę szeroka łuna ognia, w którą wpatrywali się z przejęciem, znajdując tak potrzebne im ukojenie w kierowanych do siebie słowach, czasem w pieśniach, ale bardziej w słowach i opowieściach. Mówili dużo i mówili często. Kiedy nie mieli o czym mówić, i tak mówili. A jednak teraz było inaczej, a cisza, jaka zapadła po dotarciu na miejsce umówionego spotkania z oficerami, mówiła Dmytrowi więcej niż najbardziej dobitne słowa. Nadal miał w pamięci owe ponure spojrzenia spod ściągniętych brwi, gdy Mały Bogdanek na tle czołgu prezentował karabin, cenny niczym rzadki skarb, ich palce zaciśnięte na rękojeściach noży, wzrok Wasyla i jego otwarty, mocny sprzeciw. Milczenie przy studni wystarczyło, nie musieli opowiadać mu o swoich pragnieniach, o tym, co się dzieje tam w środku, w ich rozpalonych głowach. Zdawał sobie sprawę, że krążyła tam wizja podniecająca jak młoda kobieta, ciemna wizja, nieustępująca ani na chwilę, tak już głęboko zdążyła wcisnąć się w ich umysły. Lachów trzeba gonić, Lachów rizaty trzeba, więc chcieliby tam przy czołgu Bogdanka przekłuć, bo co tam, że matka z Połapy, jak po lackiej się stronie chowa. Nie były im dziwne ani przerżnięte gardła, ani wyprute z brzuchów wnętrzności, już nie wymiotowali jak za pierwszym razem, kiedy tylko Wasyl był taki twardy, że nie wymiotował wcale.

Jedząc smażoną słoninę, właśnie jego Dmytro najbaczniej obserwował. Wasyl przestąpił próg domu Olgi mocno skwaszony. Przez całą drogę polem dawał wyraźne sygnały, że żadnemu Lachowi nie przepuści za krzywdy wszystkie, lecz na widok ulubionych potraw od razu złagodniał, nie rzucał już groźnych spojrzeń ani aluzji o tym, co należy robić z napotkanym Lachem, choćby ze swojej wsi był; jego nieco pulchna twarz rozpogodziła się i zza zasłony szczeniackiej powagi, tej powagi, jakiej nauczyli go prowidnicy przez tygodnie nauk, zaczął przezierać dawny Wasyl, z czasów, zanim pierwszy raz poszedł na zebranie. Jadł zamaszyście, po męsku, z pochyloną głową, skoncentrowany na każdym kęsie, każdej łyżce pokarmu. Wzrok miał wbity w blat stołu, ale ponieważ cała jego obecność zawierała się we wchłanianiu jedzenia, w nawadnianiu organizmu, niczego nimi nie widział. Oczy jedzącego Wasyla nie były przeznaczone do zwyczajnego patrzenia, one w tym czasie wyłączały swoje podstawowe funkcje, jakby zbyt wielka liczba bodźców przeszkadzała Wasylowi w jedzeniu, a on jadł skupiony. Potakiwał tylko innym, coś chrząkał od czasu do czasu, ale przede wszystkim jadł, jego dobrze zbudowane ciało przyjmowało kolejne porcje mięsa, jadł jak przystało na dorodnego syna Połapy, jak ojciec, jak dziad i dziad dziada, i można było przysiąc, że idea wielkiej Ukrainy, którą żył w ostatnich tygodniach, zupełnie mu wyleciała z głowy, z takim namaszczeniem, z taką uwagą jadł. To jednak była nieprawda, nic mu z głowy nie wyleciało. Pożywiający się Wasyl na czas konsumpcji podświadomie umieszczał sam siebie poza zwykłym trybem życia, jakby na chwilę zatrzaskiwał myśli w celi bez wyjścia, aby z należytą uwagą przyjąć pokarm z jego cennymi dla ciała składnikami, ale jak tylko opuszczą dom Olgi, Wasyl znów przeistoczy się w młodzieńca pełnego wigoru, tak im potrzebnego tego lata — najedzony, czujący zgromadzoną pod skórą energię.

To lato było bowiem dla chłopaków z Połapy niepodobne do poprzednich.

Przybycie białego jeźdźca w białej czapce i na białym koniu zmieniło wszystko. Przybysz zjawił się jesienią ubiegłego roku. Od razu rozeszło się, że to kurier od Bandery i że nawet Niemcy do niego nie strzelają, widząc białą czapkę. Kurier zatrzymał się w domu, przed którym właśnie siedzieli.

— Ja bym też tak jeździł — rzekł zafascynowany Wasyl, a oczy świeciły mu się od podziwu.

Potem zaczęli przyjeżdżać następni, najpierw co tydzień, dwa, później co parę dni. Ludzie schodzili się chętnie. Zamiast nudnej lub niezrozumiałej mowy popa do ich uszu wpadały słowa proste i pełne żaru, z jakim dotąd nie mieli do czynienia. Ne slawa Bogu! Slawa Ukrajini! W odpowiedzi krzyk niósł się po całym domu.

Dmytro zawsze przychodził na spotkania, później dołączyli do niego inni chłopcy z Połapy, a kiedy jego ojciec Petro uciekł z ukraińskiej policji, wiedział, że zaczyna się dziać coś, czego nie umiałby sobie wyobrazić ani on, ani żaden z jego kompanii.

Teraz, siedząc przy studni, Dmytro spoglądał na swoich towarzyszy. Niedawno mianowano go ich formalnym dowódcą, wymagał więc posłuszeństwa, któremu Wasyl właśnie się sprzeniewierzył. I Dmytro podejrzewał, że gdyby nie funkcja jego ojca w kureniu, miałby w nim niebezpiecznego przeciwnika. Do przybycia oficerów została godzina. Wyciągnął rękę w stronę Małego Bogdanka, który siedział tuż obok.

— Daj karabin — powiedział.

— Ale to jest mój — odparł Mały Bogdanek, podając mu drewnianą broń.

— Twój, twój — uspokoił go Dmytro. — A jak tam siostry? Dawno nie widziałem. Marysia dobrze się ma?

— Dobrze, a dzisiaj znowu te blade duchy były. U mamy.

— Tak? I co im mama mówiła?

— Żeby traktem nie szli, tylko wzdłuż lasu.

— Dawno?

— Nie, jak do czołgu biegłem, to jeszcze siedzieli.

— A nie wiesz, Bogdanek, skąd to przyszli?

— No zza rzeki.

Dmytro drgnął, a pozostali popatrzyli na siebie. Wasyl wykrzywił twarz w odruchu czegoś, co można nazwać obrzydzeniem, i wstał. Gwizdnął na Lewkę, po czym obaj, nie oglądając się za siebie, wybiegli na drogę.

— Wasyl! — krzyknął Dmytro.

Kolega odwrócił się, śmiejąc się głośno.

— Ne bijsja — odparł. — Do nich nie zajdę. Ale że Lachów bronisz, to będziesz żałował. A Wiera to już nie jest nasza.

— Nie będziesz mi mówił, kto nasz, a kto nie.

— A może by tak Maryśce opowiedzieć, coś robił po wioskach parę dni temu?

Dmytro zbliżył się do Wasyla. Górował nad nim, a teraz wyprostował się jeszcze bardziej.

— Zakryty mordu — rzekł.

— Zakryty? Ne.Powiedz jej, coś robił po wioskach, powiedz. Ha, ha…

Wasyl krzyknął na Lewkę i obaj odeszli raźnym krokiem.

Mały Bogdanek podbiegł do Dmytra i zapytał:

— Coś robił?

Pytanie samo w sobie było niewinne, tak jak głos chłopca z drewnianym karabinem w dłoni, który bardzo chciałby wiedzieć, co można robić po wioskach, a najlepiej, żeby mu to wszystko pokazać lub go nauczyć. Dmytro przysiadł obok studni, zwrócił oczy tam, gdzie rzeka oddzielała świat znany od nieznanego, i nic nie odrzekł. Mały Bogdanek złapał go za rękaw:

— Coś robił? — spytał raz jeszcze.

Ale Dmytro nie mógł odpowiedzieć, bo czuł podskórnie, jakimś dodanym zmysłem czuł, że w słowach nie da się zawrzeć prawdy o tym, co się stało w miejscu i czasie. Choćby bowiem użył wszystkich słów świata, w głowie Małego Bogdanka utrwali się obraz, jaki jest zdolny wytworzyć jego dziecięcy umysł, a to z pewnością nie będzie ten sam, który chciałby mu przekazać Dmytro w słowach opowieści. Dlatego nie odpowiedział ani nie zareagował na poszarpywanie rękawa. W pamięci krążyły mu i mieszały się wspomnienia pocałunków Marysi, nieustępująca z głowy gładkość jej piersi, które nieoczekiwanie przeistaczały się w buchające do nieba płomienie, niczym ogromne bąble wyrastały sponad dachów krytych strzechą lub gontem, a na ich tle zdawały się unosić białe, poczerwienione koszule, dalej ciała upadające w przedśmiertnym drganiu i drgające jeszcze długo, kiedy szli przez wioskę jako drugi rzut, ciągnąc za sobą chłopów z okolicy. A chłopi zbliżali się skupieni za nimi w oddzielone od siebie grupki, nie jak sotnia szeroką ławą albo młodzież z Połapy i innych wsi. Spoglądał przez ramię za siebie i widział, jak machają widłami, jak idą, zawsze zebrani wokół pustej furmanki, do której będą ładować dobytek, jeden przy drugim, niektórzy z babami, ale baby częściej osobno postępują, jedni od razu przez próg do domów, w zakamarki izb idą, omijają kałuże krwi, żeby nie naznaczyć butów i klątwy nie ściągnąć, inni na pole, gdzie snopy niezwiezionego zboża, bo Lachy bały się wychodzić, to i całe kopy zostawione, na marne by poszło, a po co, komu to teraz, im już nie nada się do niczego.

I oni tam idą wszyscy.

Dmytro zna następstwo wydarzeń, wie, co było dnia poprzedniego, i wie, co się stanie za chwilę i powtórzy jutro. Jego spokojny marsz ramię w ramię z chłopakami ma w sobie coś z obrzędu — jest to głośny, rytualny pochód przez wyludnione pola, postępujący od jednej lackiej kolonii do drugiej. Kroczą dniem, odpoczywają, kroczą nocą, w ślad za uzbrojonymi oddziałami lub tuż przed nimi, wypatrując podejrzanych ruchów na horyzoncie. Wsie lackie same rozkładają się na trasie ich pochodu, leżąc tak od wieków, nieświadome losu, który już dawno został przesądzony, bo wyrok zapadł u zarania czasu, zapadł, zanim Lach spotkał Rusina.

Odegnał wspomnienia i sięgnął po papierosa. Zostało ich czterech, odkąd Wasyl i Lewko pobiegli na trakt. Mały Bogdanek siedział blisko przy nim, machał karabinem, nucąc pod nosem jakąś polską pieśń, od czego kolegom ciągle czerwieniły się lica. Na powalonym pniu okrakiem rozsiedli się Trochim Winniczuk i Josyp Samoniuk, tylko dwa lata młodsi od Dmytra, ale już wprawieni, jak rizuny, a w Połapie każdy wiedział, że obaj z jednego ojca. I nawet oni to wiedzieli, choć głośno mówić im tego nie było wolno. Jak na jesień poszli pierwszy raz do lasu na spotkanie z kurierem banderowskim, to jako bracia, a potem do kurenia też jako bracia kazali się wpisać. Stanowili najmłodszy narybek banderowskich oddziałów i byli z tego dumni.

Wraz z innymi paradowali w wiosce, aby pokazać się starszym w swoich nowych czapkach, niektórzy w nowych bluzach lub kurtkach mundurowych, albo stawali w wybranych miejscach, zwarci w grupie, na linii okręgu — granicy niedostępnej pokoleniu dziadków, które nadal zamiast sławić Ukrainę, sławiło tylko Boga, choć Bóg dawno opuścił tę ziemię albo nigdy na nią nie wejrzał; więc stawali wyprostowani, wyżsi niż parę dni temu o te czapki, o te bluzy nowe, z pierwszymi papierosami w ustach. Podczas zebrań na obrzeżach wiosek, w lasach, na łąkach, lokalni prowidnicy rysowali przed nimi przyszłość ukraińskiego narodu, a młodym źrenice rosły od tych słów, oczy rozwierały się szeroko, jakby szczegóły opowieści dopiero co oglądali.

Bracia zdążyli już zasmakować w wędrówkach po świecie za rzeką. Do tej pory istniał dla nich jako obca ziemia, zła tajemnica, coś, czego oczy nie widziały, a to tak samo, jakby tego nie było lub jakby Bóg nie dozwalał zobaczyć, ale teraz, po kilku tygodniach, świat ten zmienił się w coś, co wreszcie potrafili nazwać i opowiedzieć. To, co nieznane i odległe, co pozostawało poza zasięgiem zmysłów, stało się nagle czystą, wielką krainą, dawnym światem bez imienia, obłaskawionym i zmienionym w świat nazwany, za który gotowi byli porazić tym, co mieli pod ręką.

Poczerwieniałe twarze braci nie wróżyły niczego dobrego. Wymienili między sobą spojrzenia podobne do tych sprzed godziny, kiedy Mały Bogdanek stał między nimi przy czołgu. Bali się Dmytra, ale jeszcze bardziej bali się banderowskich oficerów, zwłaszcza tych na koniach.

Tyle że żadnych oficerów nie było w pobliżu, a to niemal tak, jakby rozkazów nie było; był tylko Dmytro, który wiedział, co robić w najtrudniejszej sytuacji, lepiej niż oni to wiedział, więc szli za nim w każdą lacką wieś, lackie pole, szli za nim upojeni jak nigdy dotąd, wierni jak nigdy wcześniej, z dekalogiem na ustach i ostrzach, a jednak tam, przy czołgu, braciom wcale nie wydało się takie jasne, że Dmytro wie, a oni nie wiedzą, i że on ma ojca bohatera, a oni nie, więc nie wolno im, nie wolno im z Małym Bogdankiem, skoro Dmytro mówi, że nie wolno. I dlatego czerwieniały im twarze.

— Stareczyj! — syknął Trochim.

Mały Bogdanek przestał nucić i popatrzył zdziwiony na dobrego znajomego z poprzedniego lata.

— No co… — rzucił cicho, lekko nadąsany.

— My ne budemo sluchaty toho! — Josyp przyszedł w sukurs koledze. — Jak przyjedzie prowidnyk, to się zobaczy.

Obaj popatrzyli ostro na Dmytra. Odwzajemnił się podobnym spojrzeniem, myśląc o tym, co będzie musiał zrobić, jeśli zażądają od niego lackiej krwi już teraz — nadarza się przecież okazja. Cóż im teraz rozkazy, kiedy mogą się przysłużyć jednym prostym cięciem dobrej sprawie. Na każdej akcji szli za nim niby w ogień, on im wskazywał drogę i uważali, żeby krzywo na niego nie spojrzeć. Ale przy czołgu coś się zmieniło, tak jakby większa moc wdarła się do ich głów. Po raz pierwszy mieli wykonać zadanie na swoim terenie i dopiero teraz dotarło do niego, że towarzysze nie zamierzają zmieniać swojej postawy i że jemu też nie wolno, bo Lachy są Lachy — jak ich uczono, wszystkie jednakie, i te za rzeką, i te zza miedzy. Wszystko to są te same Lachy. Więc Mały Bogdanek nie mógł w ich oczach pozostawać tym samym chłopcem z sąsiedniej wsi, z którym biegało się po polu między Pogranką a Połapą. I nie znaczyło nic, że przyniósł drewniany karabin na dowód słabego uzbrojenia we wsi; to tylko dowód, jak głupi jest i on, i wszystkie Lachy w Pogrance. Bracia dobrze więc wiedzieli, że Lachy są wszystkie takie głupie i ziemię tylko głupotą kraszą, i nieczyste są, Boga nie mają na sercu, ale ludzi, żeby ciemiężyć, biednych ludzi, co tu gospodarzą od pradziadów, do tego od razu gotowi. Bo Lachy to nie są takie ludzie, jak tu, na Ukrainie, i mowa ich nie taka.

Dmytro wyczuwał władającą nimi wolę. Sam nią przesiąkał, zadając sobie w duchu pytanie: „Obrzydza mnie on czy nie? Ich obrzydza jego lacka krew, ale czy mnie? Mnie też? Lach on w połowie, a to tak, jakby cały nim był, krew nieczysta, zdradziecka, taki sam on jak tamci, jak cała ich wieś, jak wszystkie te wsie, do których my wkraczali za lackimi zagrodami. Jak to mówił prowidnyk? Jak to mówił? Aha. No właśnie, właśnie tak. Naród jeden tylko na tej ziemi, jeden ukraiński naród nasz. I wszyscy w narodzie są zgodni, za naród dadzą krew”.

Bywały takie dni, kiedy Dmytro doznawał objawienia, w uszach dźwięczały mu głośne perory prowidnyka, że ukraińska ziemia musi być wolna od Lachiw. Słuchał uważnie, jak wszyscy, ci młodzi i ci starzy stłoczeni w kupie pod lasem, i zdawało się mu, że wierzy głęboko w słowa Hrihorija Zańczuka ze sztabu kurenia, dowódcę ich sotni, wierzy w te słowa krzyczane, i nagle Slawa Ukrajini!!! —