Klątwa burzy - Patricia Briggs - ebook

Klątwa burzy ebook

Patricia Briggs

4,6

Opis

W Mercedes Thompson-Hauptman nie ma nic zwyczajnego. Jest mechanikiem samochodowym, zmiennokształtną kojocicą i partnerką życiową przywódcy wilkołaczej watahy. Ale żadna z tych niecodziennych rzeczy nie jest źródłem jej obecnych kłopotów.

W obecne kłopoty wpakowała się bowiem całkiem samodzielnie - wchodząc na most i przyjmując na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo wszystkich mieszkańców Tri-Cities. Wszystko wyglądało prosto: miała od czasu do czasu złapać jakiegoś goblina-zabójcę, kozę-zombie czy trolla. Miała dopilnować, by na neutralnej ziemi ludzie mogli bezpiecznie pertraktować z istotami magicznymi.

Rzeczywistość udowodniła, że nikt nie jest bezpieczny. Doszło do konfrontacji pomiędzy przywódcami ludzi a Szarymi Panami, rządzącymi magicznym ludem.

Narasta konflikt. Zbliża się nieuniknione stracie.

Nadciąga burzowy jeździec, a imię jego Śmierć

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Seria z Mercedes Thompson:

Zew księżycaWięzy krwiPocałunek żelazaZnak kościZrodzony ze SrebraPiętno rzekiŻar mrozuZamęt nocyDotyk ogniaCzas ciszyKlątwa burzy

Następnemu pokoleniu: Genevieve, Dylanowi i Wrenowi. „Póki wierzymy w sny i magiczny pył...” Oby Wasze szczęśliwe myśli pozwalały Wam latać.

Jedna z drugą, na raz dwie, wiedźma Hardesty się zwie.

Ciemne niebo pustką świeci, czarownica klątwę kleci, w burzę rzuca, co uplecie, czarna magia z wichrem leci.

Czarne wiedźmy, czarne chmury, wnet dobiorą się do skóry. Z burzy magii się wynurzy,

Rozdział 1

A ty co zmalowałaś, Mary Jo? – zawołał Ben z tym swoim chrupkim brytyjskim akcentem.

Mary Jo zatrzasnęła drzwiczki i ruszyła w stronę blaszanej stodoły, pod którą staliśmy z Benem. Zgromiła wilkołaka spojrzeniem i odezwała się dopiero, kiedy podeszła.

– Co znaczy, że coś zmalowałam? – zapytała.

Było zimnawo, uczucie chłodu wzmagał porywisty wiatr, który zawiewał mi na oczy kosmyk włosów niewpleciony w warkocz. Temperatura w Tri-Cities nie spada po zachodzie słońca tak gwałtownie, jak w górach Montany, ale noc i tak zabija ciepło dnia.

Ben podskoczył w miejscu – znak, że był zwarty i gotowy na przemoc. Jego uwaga, podobnie jak moja, skupiała się na stodole, choć patrzył na Mary Jo.

– Bo ja zabiłem Mercy trzy razy podczas jednej sesji „Łupu”. Chyba dlatego ściągnęła mnie z łóżka na dzisiejsze łowy. – Ben zerknął na mnie, unosząc brew w otwartym zaproszeniu do komentarza.

No, nie tak brzmiały jego dokładne słowa. Jak zwykle doprawił wypowiedź przekleństwami, ale ignorowałam wulgaryzmy, dopóki nie błysnął czymś naprawdę niesamowitym.

– Ostatnim razem wolałeś mnie zabić, niż wykorzystać szansę na zdobycie stu hiszpańskich dublonów – przypomniałam, nawet po tylu dniach nie mogąc powściągnąć urazy w głosie. W zażartych morskich bitwach komputerowych, w których lubowały się wilkołaki, sto dublonów to skarb, który pozwalał kupić lepszą broń, zapasy i naprawić statek. Tylko psychopatyczny morderca odrzuciłby taką fortunę dla możliwości zabicia innego gracza.

Ben uśmiechnął się wrednie, ale jego minie brakowało już tej ostrości, z jaką krzywił się niegdyś.

– Po prostu nie chciałem wypaść z roli. Pieprzony Bart, moja droga, kocha bardziej zabijanie niż pieniądze. I dlatego ma takie statystyki i jest na trzecim miejscu w rankingu, tuż za Kapitanem Larsenem i Lady Mockingbird.

Kapitan Larsen, zapożyczony z powieści „Wilk morski” Jacka Londona, to pseudonim mojego towarzysza, alfy watahy.

A Lady Mockingbird, która wyprzedzała resztę o piętnaście ofiar, uczy chemii w liceum jako Auriele Zao. To straszna, przerażająca kobieta. Wiedziałam skądinąd, że licealiści też tak uważają.

Ben przeniósł spojrzenie z powrotem ku Mary Jo, ale utkwił je w ziejącej czernią paszczy wielkiej blaszanej konstrukcji, jedynego budynku w promieniu kilometra.

Było bardzo późno w nocy – albo też bardzo wcześnie rano, w zależności od trybu życia, jaki się prowadziło. Nie pojawiła się nawet jeszcze zapowiedź świtu, ale księżyc świecił jasno. Wrota stodoły były tak wielkie, że przejechałyby przez nie dwa szkolne autobusy jednocześnie, więc do środka powinna wpadać choć część srebrzystej poświaty.

Ben przez chwilę przyglądał się budynkowi, a potem zwrócił się z ostrym uśmieszkiem do Mary Jo.

– Widzisz, Mercy właśnie potwierdziła moje przypuszczenia, dlaczego tu się znalazłem. A ty co zbroiłaś, żeby sobie zasłużyć na tę gównianą robótkę?

– Ej – zaprotestowałam. – Zanim zaczniecie się nad sobą użalać, pamiętajcie, że ja też tu jestem.

– Bo ty dowodzisz – skwitowała Mary Jo nieobecnym tonem, wpatrując się w stodołę. – Dowódcy muszą od czasu do czasu ubrudzić sobie rączki razem z trepami. To poprawia morale.

Mary Jo miała na sobie T-shirt z napisem „Strażacy to gorące sztuki”, z wyrazem „gorące” napisanym czerwono-złotymi płomieniami. Mimo że koszulka była luźna, podobnie jak spodnie dresowe do spania, to obszerny strój nie maskował muskulatury.

Mary Jo oderwała spojrzenie od stodoły, zwracając się do Bena.

– Może jestem to... winna, za to jak traktowałam Mercy, zanim Adam położył temu kres. – Przechyliła głowę w moją stronę, zapraszając mnie, podobnie jak wcześniej Ben swoim gestem, do odpowiedzi. Nie spojrzała mi jednak wyzywająco w oczy, jak czyniła kiedyś.

Zrezygnowana, zaczynałam godzić się z tym, jak traktowało mnie stado, odkąd Adam oznajmił im, że mają się do mnie odnosić z co najmniej najwyższym szacunkiem, i to pod groźbą bolesnej śmierci. W drodze konsensusu większość członków watahy ulegała moim życzeniom, jakbym była dominującym wilkiem.

Uwierało mnie to, czułam się z tym dziwnie, nieswojo. No i jak to o mnie świadczy, myślałam sobie, że lepiej znoszę uszczypliwe komentarze i ataki personalne niż uprzejmą uległość?

– Mylisz się – odpaliłam. Wskazałam palcem na Bena. – A co do ciebie, wolisz mnie zabić, niż się wzbogacić? No to masz, to twoja kara. – I znów do Mary Jo: – Ben to nieskomplikowany problem z nieskomplikowanym rozwiązaniem. Z tobą to bardziej skomplikowane. A to nie żadna kara. Nie do końca. To – zatoczyłam ręką, wskazując nocny krajobraz – to po to, żebyś przestała przepraszać za przeszłość, za coś, co robiłaś w tamtym czasie z pełnym przekonaniem. Jestem pewna, że w podobnych okolicznościach znów zrobiłabyś to samo. Twoje przeprosiny są podejrzane... i irytujące.

Ben parsknął rozweselony. Wydawał się odprężony i zadowolony, ale znów przebierał nogami.

– Jak dla mnie, brzmi sensownie, Mary Jo. Gdyby Mercy naprawdę chciała odwetu za to wszystko, przez co przeszła z twojego powodu, wylądowałabyś na jej Liście Epickiej Pomsty, w towarzystwie Niebieskiej Farby do Włosów i Wypadku z Czekoladowym Zającem Wielkanocnym. Wywleczenie cię z łóżka przed świtem to nie ten poziom zemsty.

– To jak? Wystarczy, że przestanę cię przepraszać, i nie będziesz mnie już wywlekała z łóżka po nocy na polowanie na gobliny czy inne dziwadło, jak to w zeszłym tygodniu? – zapytała Mary Jo sceptycznie.

– Tego nie obiecuję – wykręciłam się. Mary Jo należała do nielicznych wilkołaków, które nie eskalowały dramatyzmu czy brutalności sytuacji. – Ale... – Prawda. Szczerość. Z żalem wzruszyłam ramionami. – Może nie będę dzwoniła do ciebie w pierwszej kolejności.

– Epicko. – Mary Jo łypnęła krzywo na Bena. – Po prostu epicko. No to przestanę przepraszać – oświadczyła. – Chyba znajdę inny sposób, żeby cię dręczyć – dodała.

Wiedziałam! Dobrze wyczułam, że to jej przepraszanie jest jakieś podejrzane! Zawsze lubiłam Mary Jo, nawet jeśli bez wzajemności.

– Widziałaś tam tego goblina? – westchnęła, spoglądając na stodołę.

Nawet nie starała się być cicho. Żadne z nas nie zawracało sobie tym głowy. Istota, na którą się czailiśmy, słyszała co najmniej równie dobrze jak my. Jeśli rzeczywiście znajdowała się w budynku, słyszała nasze samochody. Nadal poznawałam gobliny i ich możliwości, ale tyle wiedziałam już na pewno.

– Nie – odpowiedziałam.

– Myślisz, że nadal tam jest?

– Wciąż tam siedzi. – Podniosłam rękę, żeby pokazać, jak jeżą mi się włoski, kiedy przysuwam ramię bliżej stodoły. – Inaczej nie byłoby wokół tyle magii.

– Hm – chrząknęła Mary Jo. – Wydaje mi się czy w środku jest jakoś jakby za ciemno?

– Chyba coś mi świta... – odezwał się Ben z namysłem, patrząc na czerń za wejściem. Jego ostry brytyjski akcent sprawiał, że wszystko, co mówił, wydawało się mądrzejsze, niż w rzeczywistości było. Efekt ten jednak wilkołak niweczył, wtrącając obficie wyrazy, dzięki którym całe pokolenia znały smak mydła. – Wiesz, to pieprzone widzenie w ciemnościach.

– Nie wiem, nigdy nie byłam człowiekiem – przypomniałam mu. – Zawsze widziałam całkiem dobrze w ciemności. – Kiedy to powiedziałam, przyszła mi do głowy pewna myśl.

Istniała niewielka możliwość, że to nie iluzja egipskich ciemności wewnątrz stodoły, tylko goblinia magia działająca na nasz wzrok. Popatrzyłam w inną stronę, żeby sprawdzić, czy moje oczy funkcjonują normalnie.

Wokół rozciągały się szczere pola. W pewnej odległości sterczały z ziemi dwa drewniane słupy, jakby pozostałości jakiegoś ogrodzenia, a kilka, kilkanaście kilometrów dalej ciemniały zarysy nowego osiedla sztancowych domków jednorodzinnych, kolejnej sypialni podmiejskiej, którą mijałam po drodze.

Mesie, gdzie się znajdowaliśmy, niewielkiemu miasteczku liczącemu może z pięciuset mieszkańców, niechybnie groziło wchłonięcie przez rozrastające się przedmieścia Pasco. Teren był tu bardziej płaski niż w innych okolicach Tri-Cities, a jego zagospodarowanie pierwotnie opierało się na uprawach zbóż i hodowli bydła.

Nazwę miasteczka wymawia się „Miisa”, nie „Mejsa”, co nawet po wielu latach zamieszkiwania w Tri-Cities nadal brzmiało dla mnie niewłaściwie. Zdawałoby się, że przy tak dużej populacji hiszpańskojęzycznej w tym rejonie nazwa ta powinna być wymawiana poprawnie, a nie brzmieć jak zapożyczenie z absurdalnego dialogu z „Gwiezdnych wojen”, co nie? Ale cóż, jest „Miisa” i już.

– Na włochate cycki Kaina – mruknął Ben, przyłączając się do obserwacji okolicy. – Co za pustelnik o nędznej egzystencji włóczył się po tym pustkowiu w środku nocy? I akurat zauważył wchodzącego do stodoły pieprzonego goblina! A tak swoją drogą, gobliny to miastoluby, jak ja. Co, na kosmate piekło, robi tu goblin?

– To nie był żywy człowiek – oświadczyłam złowieszczo. Ben łypnął na mnie spode łba. – Rozmawiam z umarłymi...

Wykrzywił się do mnie. Nie kłamałam, ale znał mnie i wiedział, że robię sobie z niego jaja. Zmarszczył brwi i podszedł bliżej stodoły.

– Sraty-taty – prychnął. – Tu są kamery.

Nie wydawało mi się, żeby jakąś zobaczył – ja nie zauważyłam żadnej. Ale Ben był maniakiem komputerowym i w razie wątpliwości jego mózg kierował się na elektronikę.

– Monitoring podłączony do smartfona właściciela – przyznałam, porzucając teatralną pozę. – Podobno odbyła się tu kiedyś impreza nieletnich piwoszy z kilkoma kegami, która skończyła się stratami wyliczonymi na kilka tysięcy dolarów. Dlatego zainstalowano tu kamery i czujnik ruchu. Już raz właściciel miał satysfakcję, kiedy przyłapał dwóch młodocianych amatorów piwa, a teraz sprzęt znów wykrył nieproszonego gościa. Facet do mnie zadzwonił.

– A ty do nas – stwierdziła Mary Jo sucho. – Wielkie dzięki.

Uśmiechnęłam się do niej promiennie.

– To brudna robota, psze pani, ale ktoś musi to zrobić – powiedziałam w stylu Johna Wayne’a.

– A gdzie Adam? – zreflektował się nagle Ben. – Nie pozwoliłby ci samej zasadzać się na goblina, nawet takiego dymanego w siano kiepa, co to szlaja się po stodołach zamiast siedzieć na dupie w mieście, jak na porządnego goblina przystało.

Podobnie jak ja, całe stado dopiero zdobywało wiedzę na temat goblinów, ale wraz z nią nabierało do nich szacunku.

– Adama nie było w domu, kiedy dostałam wiadomość. – Wzruszyłam ramionami. – Tajne spotkanie, rozumiesz. Zostawiłam mu wiadomość na poczcie głosowej.

– Spotkanie? O tej porze? – zdziwiła się Mary Jo.

– Taka praca – skwitowałam.

Adam, mój towarzysz, był nie tylko alfą watahy, ale również właścicielem agencji ochrony z dwiema filiami operacyjnymi, kontraktującej tajne operacje rządowe. Nocne spotkania zdarzały się wyjątkowo, ale się zdarzały. W poprzednim miesiącu siedem razy.

Adam nie mógł mi o nich nic powiedzieć, co zresztą denerwowało bardziej jego niż mnie. Ja tam nie muszę wiedzieć, kogo i przed kim lub czym ochrania. Znam go i wiem, że nie zrobiłby nic, co uznałby za nieetyczne – to mi wystarczało. W grę wchodziło niebezpieczeństwo, to fakt, lecz Adam był wyszkolonym żołnierzem i wilkołakiem. Potrafił o siebie zadbać jak nikt inny, kogo znam.

Owszem, i tak się o niego bałam. Jednak on również bał się o mnie, kiedy wplątywałam się w różne afery. Oboje wkroczyliśmy w ten związek, w małżeństwo, z pełną świadomością.

Dopóki sam nie chciał utrzymywać przede mną czegoś w sekrecie, nie przeszkadzało mi, że robi to, kiedy zmuszają go do tego inni.

– Ben ma rację – poparła wilkołaka Mary Jo. – Dlaczego jakiś goblin miałby się ukrywać w stodole w Mesie?

– Może na przykład uciekać przed policją – odparłam. – Pamiętacie te nagłówki z zeszłego tygodnia, że potwór zabił policjanta w Kalifornii, w Long Beach?

– Tak, goblin – przytaknął Ben z namysłem. – Pamiętam. Pokazywali go we wszystkich wiadomościach. To na pewno ten sam?

Wyciągnęłam telefon i pokazałam mu zdjęcie goblina, którego uchwyciła kamera. Teren przed stodołą był dobrze oświetlony, zanim goblin nie zniszczył lamp z czujnikami.

Tam gdzie doszło do zabójstwa, również była kamera. Zapis, niewyraźny, ziarnisty, odtwarzano w kółko w telewizji. Urządzenie nie uchwyciło samego momentu zabójstwa, ale dało się dostrzec twarz goblina i fakt, że sprawca nie był człowiekiem, nie budził żadnych wątpliwości.

Mary Jo zajrzała Benowi przez ramię, przechyliłam więc ekran, żeby lepiej widziała.

– Niezbyt piękny – oceniła. – A może to urok?

Pradawni uzyskują iluzoryczną powierzchowność za pomocą magii, by ukryć swój wygląd.

– Tylko czemu jakiś pradawny chciałby wyglądać jak goblin, który zamordował stróża prawa? – zapytałam. – To skrajna głupota. Rozsądniej założyć, że to jeden z tych goblinów, których urok kosztuje wiele wysiłku, więc nie podtrzymują go, gdy nie muszą.

Rolnik, który do mnie zadzwonił jakąś godzinę wcześniej, bardzo się usprawiedliwiał. Jego syn pracował w biurze szeryfa hrabstwa Franklin i właściciel stodoły wiedział, że powinien w zasadzie zgłosić sprawę służbom porządkowym.

– Ale wie pani, ten stwór tak łatwo zabił tego policjanta w Kalifornii, a mój syn ma dzisiaj służbę – mówił. – Pomyślałem, że spróbuję zadzwonić do was, bo może akurat uznacie, że Mesa leży na terytorium chronionym przez waszą watahę. – Na moment zawiesił głos. – Jak to się wyda, będę się musiał gęsto tłumaczyć, ale chyba lepsze to niż pogrzeb syna.

Natychmiast uznałam, nie konsultując tego z mężem, że owszem, Mesa znajduje się w obrębie naszego terytorium. Jeszcze trochę, a przeze mnie będziemy odpowiedzialni za połowę stanu.

Jednak ludzie mają marne szanse w konfrontacji z goblinem. A ja nie zamierzałam siedzieć z założonymi rękami, podczas gdy ktoś nieposiadający odpowiednich możliwości miał zmagać się z sytuacją, skoro ja mogłam zrobić to, nie narażając się. Za bardzo. Chyba.

Zauważyłam jakiś ruch w przepastnej czerni stodoły. Rozważyłam, czy nie zmienić się w kojota, żeby lepiej widzieć. Kojoty świetnie dostrzegają ruch w ciemnościach. Lecz w formie kojota nie mogę mówić, więc nie mogłabym użyć inteligencji na naszą korzyść.

Mierzenie się z goblinem w formie kojota byłoby jeszcze głupsze niż nasłanie na niego ludzi szeryfa. Rolnik miał rację: ani przeciętny człowiek, ani kojot nie mieli szans przeciw goblinowi. Gobliny może i postrzegano jako słabszy rodzaj magicznego ludu, nie oznaczało to jednak, że są słabe.

Dla dodania sobie animuszu poklepałam srebrną rękojeść broni wiszącej u pasa.

W pierwszej po powrocie z Europy grupowej rozgrywce ŁSPCGS („Łup straszliwego pirata IV – gorące skarby”) niespodziewanie i całkiem wyjątkowo wygrałam. Zazwyczaj odpadałam jedna z pierwszych, jako że posiadałam status opłacalnego celu do wyeliminowania – Tej, Która Jak Umrze, Zrobi Żarcie. Ale po tym, kiedy zostałam uprowadzona przez wampiry, wszyscy traktowali mnie niczym słabeusza. Poirytowana, wykorzystałam wszelkie możliwe podstępne chwyty, żeby zgładzić zwyczajowych zwycięzców i pokonać resztę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Żadna książka nie powstaje w próżni, ta nie jest wyjątkiem. Wszelkie błędy i irytujące drobiazgi to moja wina. Poniżej lista osób (w porządku alfabetycznym), które zrobiły wszystko, co w ich mocy, by ta powieść była dobra: Linda Campbell, Michelle Kasper, Ann Peters (Sparky), Kaye Roberson, Amy J. Schneider i Anne Sowards.

Fajną częścią procesu pisania jest praca w terenie i nawiązywanie nowych znajomości. Ta książka zawdzięcza wiele szeryfowi Jimowi Raymondowi i pozostałym pracownikom biura szeryfa hrabstwa Franklin, którzy uprzejmie pozwolili mnie i Sparky zwiedzić posterunek. Szczególnie dowódcy Rickowi Rochleau, który cierpliwie odpowiadał na niezliczone pytania i wyjaśnił, jak mogłyby wyglądać interakcje biura szeryfa z watahą wilkołaków. I w końcu znalazł się na liście „ludzi, do których dzwonię, kiedy nie mam pojęcia, co robię”.

Oczywiście dziękuję również Susann i Michaelowi Bockom, którzy po raz kolejny wyposażyli Zee w magię (i poprawny język niemiecki). Bardzo się cieszę, że Michael kilka lat temu postanowił napisać do mnie i zwrócić mi uwagę, jak kiepsko władam niemieckim.

Dziękuję Wam, przyjaciele.

Copyright © 2019 by Hurog, Inc. Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2020

Tytuł oryginału Storm Cursed

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-622-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Dan Dos Santos

Tłumaczenie Dominika Schimscheiner

Projekt okładki Paweł Zaręba, Graficon Konrad Kućmiński

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Agnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow