Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zew księżyca - Patricia Briggs

Wilkołaki mogą być niebezpieczne, gdy wejdziesz im w drogę. Wystarczy jednak zachować ostrożność, a-raczej- nie zrobią Ci krzywdy. Bez trudu ukrywają swoją naturę przed ludźmi. Tylko, że ja nie jestem człowiekiem. Potrafię je rozpoznać, a one rozpoznają mnie.

Na pierwszy rzut oka Mercedes Thompson żyje w zwyczajnym, amerykańskim miasteczku. Może wykonuje niezbyt popularny wśród kobiet zawód - jest mechanikiem samochodowym, jednak to jeszcze nic wyjątkowego. Ale nie daj się zwieść pozorom. Tu nic nie jest zwyczajne. Mercy jest zmiennokształtną, jej sąsiad jest wilkołakiem, a samochód, który właśnie naprawia należy do wampira. A to dopiero początek naprawdę niesamowitej historii...

To jest najlepsze urban fantasy jakie czytałam dotychczas. Wciągająca jak prochy, chociaż nigdy nie wciągałam:)

LubimyCzytać.pl

Ludzie, wilkołaki czy, najwyraźniej, wampiry, wszystko jedno: jeśli zbierzesz ich więcej niż trzech, zaczyna się walka o władzę

granice.pl

Jest tu wszystko to, co przyspiesza mi puls i wywołuje wypieki na twarzy

OstatniaTawerna.pl

Opinie o ebooku Zew księżyca - Patricia Briggs

Fragment ebooka Zew księżyca - Patricia Briggs

Seria z Mercedes Thompson:

Zew księżycaWięzy krwiPocałunek żelazaZnak kościZrodzony ze SrebraPiętno rzekiŻar mrozuNight Broken

Podziękowania

Jak zwykle książka ta by nie powstała, gdyby nie cała moja ekipa redaktorska: Michael i Collin Briggsowie, Michael Enzweiler (który również rysuje mapy), Jeanie Matteucci, Ginny Mohl, Anne Peters i Kaye Roberson. Chcę również podziękować mojej cudownej redaktorce z wydawnictwa Ace, Anne Sowards, i agentce Linn Prentis. Bob Briggs odpowiedział na mnóstwo pytań dotyczących przyrody Montany i wilków. No i Mercedes ma ogromny dług u Bucka, Scotta, Dale’a, Brady’ego, Jasona i wszystkich innych ludzi, którzy przez lata majstrowali przy naszych volkswagenach. Dziękuję wam. Jakiekolwiek błędy znajdujące się w niniejszej książce są mojego autorstwa.

Rozdział 1

Z początku nie zdawałam sobie sprawy, że jest wilkołakiem. Mój nos nie funkcjonuje najlepiej w smrodzie smaru do osi i spalin ropy – no i nie jest też tak, że dookoła biega wiele zbłąkanych wilkołaków. Więc gdy ktoś grzecznie chrząknął w pobliżu moich stóp, pomyślałam, że to klient.

Majstrowałam pod komorą silnika jetty, montując przekładnię do jej nowego domu. Jedną z wad samotnego prowadzenia warsztatu było to, że musiałam przerywać robotę za każdym razem, gdy zadzwonił telefon lub gdy przyszedł jakiś klient. Robiłam się wtedy zrzędliwa, a to nie pomagało w interesach. Mój wierny pomocnik w biurze i przy narzędziach wyjechał na studia i jeszcze nikim go nie zastąpiłam – trudno znaleźć kogoś, kto chciałby wykonywać robotę, której nawet ja się brzydzę.

– Za sekundkę się panem zajmę – powiedziałam, próbując nie zabrzmieć zgryźliwie. Robię, co w mojej mocy, by nie odstraszać klientów, jeśli tylko coś mogę na to poradzić.

Niech szlag trafi dźwignię przekładni. Jedyny sposób na umieszczenie jej w starej jetcie polega na wykorzystaniu siły mięśni. Czasami fakt, że jestem kobietą, przydaje się w moim fachu – w niektóre miejsca męskie dłonie po prostu się nie mieszczą. Jednakże nawet podnoszenie ciężarów i ćwiczenia karate nie zdołają uczynić mnie tak silną, jak silny może być mężczyzna. Zazwyczaj lewarek stanowi kompensatę, lecz czasami nic nie zastąpi tężyzny fizycznej, a ja mam jej zaledwie tyle, by móc wykonywać tę robotę.

Stękając z wysiłku, za pomocą jednej ręki i kolana umieściłam przekładnię we właściwym miejscu. Drugą ręką wsunęłam sworzeń i zaczęłam go przykręcać. Jeszcze nie skończyłam, ale przekładnia pozostanie na miejscu, podczas gdy ja będę się zajmować klientem.

Wzięłam głęboki oddech i rozciągnęłam usta w najszerszym uśmiechu, na jaki było mnie stać, po czym wytoczyłam się spod samochodu. Wytarłam ręce w szmatę.

– W czym mogę pomóc? – zapytałam, zanim zdążyłam się przyjrzeć nieznajomemu. I zanim do mnie dotarło, że nie był klientem, chociaż bez wątpienia potrzebował pomocy.

Jego wytarte na kolanach dżinsy były poplamione zaschniętą krwią oraz ziemią. Na brudną koszulkę miał narzuconą przyciasną flanelową koszulę – nieodpowiednie ubranie jak na listopadowe popołudnie na wschodzie stanu Waszyngton.

Wyglądał mizernie, jak gdyby ostatni raz posilał się dość dawno temu. Chociaż mój nos nadal tkwił w przenikających warsztat oparach benzyny, ropy i substancji zapobiegającej zamarzaniu, wyczułam, że minął równie długi czas, odkąd chłopak widział prysznic. Spod warstwy brudu i potu przebijał zapach pierwotnego strachu, wymieszany z charakterystyczną wonią wilkołaka.

– Zastanawiałem się, czy nie miałaby pani dla mnie jakiegoś zajęcia – powiedział z wahaniem. – Nie chodzi o prawdziwą pracę, proszę pani. Tylko taką na kilka godzin.

Wyczułam jego niepokój. Zaraz potem zalała go fala adrenaliny, kiedy zaprzeczyłam ruchem głowy. Zaczął mówić tak szybko, że kolejne słowa zdawały się na siebie zachodzić.

– Praca też byłaby okej, ale nie mam NIP-u, więc musiałaby być na czarno za gotówkę.

Większość ludzi, którzy szukają pracy za gotówkę, to nielegalni imigranci próbujący przetrwać od pory zbioru do zasiewu. Ten chłopak, oprócz faktu, że był wilkołakiem, był białym Amerykaninem o kasztanowych włosach i brązowych oczach. Sądząc po wzroście, mógł mieć osiemnaście lat, ale moje zmysły – które są całkiem czułe – określiły jego wiek na bliższy liczbie piętnaście. Miał szerokie, ale kościste ramiona, a dłonie nienaturalnie duże, jak gdyby tylko one osiągnęły ostateczne rozmiary.

– Jestem silny – powiedział. – Nie znam się za bardzo na naprawianiu samochodów, ale pomagałem wujkowi utrzymać jego garbusa na chodzie.

Wierzyłam, że jest silny – jak każdy wilkołak. Gdy tylko do moich nozdrzy dotarł wyraźny, piżmowo-miętowy zapach, poczułam przemożną chęć, by go usunąć ze swojego terytorium. Jednakże, nie będąc wilkołakiem, nie jestem kontrolowana przez instynkty – to ja je kontroluję. No i do tego chłopak, drżąc pod wpływem zimna i wilgoci listopadowej pogody, obudził we mnie inne, silniejsze instynkty.

Prowadzę prywatną politykę niełamania prawa. Stosuję się do ograniczeń prędkości, ubezpieczam samochody, płacę nieco więcej podatku niż muszę. Dałam dwudziestkę albo dwie ludziom, którzy prosili, ale nigdy nie zatrudniałam kogoś, kto nie mógłby się pojawić na mojej liście płac. Pozostawał jeszcze jeden problem – chłopak był wilkołakiem, w dodatku nowym, o ile jestem dość kompetentna, by to ocenić. Młodzi w mniejszym stopniu kontrolują swoje wilki.

Nie skomentował, że to dziwnie spotkać kobietę mechanika. Z pewnością przez jakiś czas mnie obserwował, na tyle długo, by do tego faktu przywyknąć. Tak czy inaczej, nic nie powiedział, dzięki czemu zdobył kilka punktów – wciąż jednak zbyt mało, by zasłużyć na to, o czym właśnie myślałam.

Potarł dłonie i zaczął w nie chuchać, aby rozgrzać poczerwieniałe z zimna palce.

– W porządku – powiedziałam wolno. Nie była to najmądrzejsza decyzja, ale jedyna, jaką mogłam podjąć, widząc, jak chłopak się trzęsie. – Zobaczymy, czy dasz sobie radę. Tam jest pralnia i prysznic – wskazałam na znajdujące się na tyłach warsztatu drzwi. – Mój ostatni asystent zostawił stare ciuchy robocze. Znajdziesz je na wieszaku w pralni. Jeśli chcesz, weź prysznic i się przebierz, a ubrania, które masz na sobie, wrzuć do pralki. W pralni jest lodówka, a w niej kanapka z szynką i napój gazowany. Zjedz i wróć, jak będziesz gotowy.

Położyłam nacisk na „zjedz” – nie miałam zamiaru pracować z głodnym wilkołakiem, mimo że do pełni księżyca pozostawały prawie dwa tygodnie. Niektórzy ludzie twierdzą, że wilkołaki zmieniają kształt tylko podczas pełni, ale według innych duchy nie istnieją. Chłopak zesztywniał, kiedy usłyszał polecenie. Podniósł oczy, napotykając mój wzrok.

Po chwili wymamrotał „dziękuję” i zniknął za drzwiami, które delikatnie za sobą zamknął. Wypuściłam powietrze z płuc. Zwykle nie jestem aż tak głupia, by rozkazywać wilkołakowi – to przez tę całą hecę z koniecznością dominowania.

Instynkty wilkołaków bywają uciążliwe – właśnie dlatego wilkołaki nie dożywają późnego wieku. Przez te same instynkty ich dzicy bracia przegrali z cywilizacją, podczas gdy kojoty mają się dobrze, nawet w obszarach zurbanizowanych, takich jak Los Angeles.

Kojoty są moimi braćmi. Och, nie jestem kojotołakiem, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Jestem zmiennokształtna.

Termin ten ma swoje źródło w wierzeniach południowo-zachodnich Indian. Wiedźmy niektórych plemion, zwane „skórokształtnymi”, za pomocą odpowiedniego rodzaju skóry przyjmują postać zwierzęcia i wędrują po okolicy, sprowadzając na ludzi choroby i śmierć. Biali osadnicy mylnie używali tego określenia w stosunku do zmiennokształtnych i nazwa ta do nas przylgnęła. Obecna sytuacja nie pozwala nam na sprzeciw – nawet gdybyśmy się ujawnili jak pomniejsi nieludzie, jest nas zbyt mało, by ktokolwiek zaprzątał sobie głowę naszym zdaniem.

Nie sądziłam, by chłopak wiedział, czym jestem. W przeciwnym razie nie odwróciłby się do mnie plecami – do mnie, czyli do innego drapieżnika. Ani nie przeszedłby przez drzwi, żeby wziąć prysznic i się przebrać. Wilki może i mają bardzo dobry węch, ale warsztat przepełniały intensywne zapachy, a poza tym wątpiłam, by chłopak kiedykolwiek wcześniej spotkał kogoś takiego jak ja.

– Czyżbyś właśnie znalazła zastępstwo za Tada?

Odwróciłam się. Do warsztatu wszedł Tony, który najwyraźniej przez jakiś czas mnie obserwował. Był w tym dobry – na tym polegała jego praca.

Miał gładką skórę i czarne, zaczesane do tyłu i związane w krótki kucyk włosy. W prawym uchu nosił diamentowy ćwiek oraz trzy małe kółka – od naszego ostatniego spotkania przybyły dwa. W cienkiej koszulce eksponującej rezultaty wielogodzinnego podnoszenia ciężarów i rozpinanej bluzie z kapturem wyglądał jak z plakatu werbunkowego latynoskiego gangu.

– Negocjujemy – odparłam. – Na razie tylko na jakiś czas. Pracujesz?

– Nie. Dali mi dzisiaj wolne za dobre sprawowanie.

Temat mojego nowego pomocnika najwyraźniej nie dawał Tony’emu spokoju, ponieważ po chwili powiedział:

– Widywałem go w pobliżu przez kilka ostatnich dni. Wydaje się w porządku – może to jakiś zbieg.

„W porządku” oznaczało zero narkotyków i przemocy. To ostatnie mnie uspokoiło.

Kiedy jakieś dziewięć lat temu zaczęłam pracować w warsztacie, Tony prowadził mały lombard tuż za rogiem. Ponieważ właśnie tam znajdował się najbliższy automat z napojami, widywaliśmy się dość często. Po jakimś czasie lombard przeszedł w inne ręce. Nic sobie z tego nie robiłam, dopóki nie wyczułam, że to właśnie Tony stoi na rogu ulicy z kawałkiem kartonu zawieszonym na szyi: PODEJMĘ PRACĘ ZA JEDZENIE.

Mówię „wyczułam”, ponieważ dzieciak z zapadniętymi oczami nie przypominał stonowanego, radosnego mężczyzny w średnim wieku, który niegdyś prowadził własny interes. Wstrząśnięta przywitałam go, używając imienia, pod jakim go znałam. Dzieciak spojrzał na mnie jak na wariatkę, ale następnego ranka Tony czekał przy warsztacie. To właśnie wtedy postanowił mi powiedzieć, czym się zajmuje. Wcześniej nawet nie podejrzewałam, że w miejscach tak małych jak Tri-Cities pracują tajniacy.

Od tamtego dnia wpadał do mnie co jakiś czas, z początku za każdym razem w innym przebraniu. Mój warsztat znajduje się na obrzeżach dzielnicy, która niemal dorównuje Kennewick, jeśli chodzi o wskaźniki przestępczości, więc mógł mnie odwiedzać, kiedy miał w okolicy jakieś zadanie. Wkrótce zrozumiałam jednak, jaki był prawdziwy powód tych wizyt – czuł się zakłopotany, że go wtedy rozpoznałam. Przecież nie mogłam mu powiedzieć, że go wyczułam, prawda?

Jego matka była Włoszką, a ojciec Wenezuelczykiem. Ta mieszanka genów nadała jego twarzy rysów, a skórze koloru, dzięki którym mógł uchodzić za kogokolwiek, począwszy od Meksykanina, a na Afroamerykaninie skończywszy. Mógłby też z powodzeniem udawać osiemnastolatka, gdyby wymagała tego sytuacja, chociaż musiał być ode mnie kilka lat starszy – liczył sobie jakieś trzydzieści trzy wiosny. Mówił płynnie po hiszpańsku i potrafił zabarwić swój angielski połową tuzina różnych akcentów.

Wszystkie te atrybuty pozwoliły mu zdobyć pracę tajniaka, ale to dzięki językowi ciała był w niej naprawdę dobry. W jednej chwili potrafił kroczyć, kołysząc biodrami, jak to często czynią przystojni młodzi Latynosi, a w drugiej szurać nogami jak narkoman na głodzie.

Po jakimś czasie pogodził się z faktem, że nie można mnie zmylić przebraniami, za pomocą których potrafił oszukać szefa i, jak twierdził, własną matkę, ale wtedy byliśmy już przyjaciółmi. Nadal wpadał pogawędzić przy filiżance kawy lub gorącej czekolady, kiedy akurat przejeżdżał w pobliżu.

– Wyglądasz bardzo młodo i męsko – powiedziałam. – Czy te kolczyki to element nowego wizerunku policji Kennewick? Policja w Pasco ma dwa kolczyki, więc gliny z Kennewick muszą mieć cztery?

Tony wyszczerzył zęby w uśmiechu, przez co wydał się starszy i bardziej niewinny.

– Przez kilka ostatnich miesięcy pracowałem w Seattle. Mam też nowy tatuaż. Na szczęście dla mnie w takim miejscu, gdzie moja matka nigdy go nie zobaczy.

Twierdził, że panicznie boi się matki. Osobiście nigdy jej nie poznałam, ale kiedy o niej mówił, pachniał szczęściem, a nie strachem, więc nie mogła z niej być aż taka wiedźma.

– Co się stało, że postanowiłeś zawitać w moje skromne progi?

– Chciałem zapytać, czy nie zerknęłabyś na samochód pewnej osoby – powiedział.

– To volkswagen?

– Buick.

Uniosłam brwi.

– Mogę go obejrzeć, ale nie specjalizuję się w amerykańskich samochodach, nie mam odpowiednich komputerów. Twój znajomy powinien pojechać z nim gdzieś, gdzie się znają na buickach.

– ONA już była u trzech różnych mechaników. Wymieniła sondę, świece zapłonowe i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nadal coś jest nie tak. Ostatni facet stwierdził, że nie obejdzie się bez wymiany silnika i że mógłby go załatwić za dwa razy tyle, ile jest wart cały samochód. Ona nie zarabia zbyt wiele, a potrzebuje tego samochodu.

– Dobra, nie policzę za przegląd, a jeśli stwierdzę, że dam radę go naprawić, to się do niej odezwę. – Odrobina złości, jaką dosłyszałam w głosie Tony’ego, podsunęła mi pewną myśl. – Czy to TWOJA pani?

– To nie jest moja pani – zaprotestował nieprzekonująco.

Przez ostatnie trzy lata miał oko na jedną z policyjnych dyspozytorek, wdowę ze zgrają dzieciaków. Nie zamierzał jednak niczego z tym robić, ponieważ kochał swoją pracę – a jego praca, jak mawiał ze smutkiem, nie sprzyjała randkom, małżeństwu ani wychowywaniu dzieciaków.

– Niech podjedzie. Może zostawić tego buicka na dzień lub dwa. Zapytam Zee, czy nie znalazłby chwili, żeby rzucić na niego okiem. – Zee, mój były szef, przeszedł na emeryturę, kiedy sprzedał mi warsztat, ale wpadał co jakiś czas pogrzebać przy autach, „żeby nie wyjść z wprawy”. Wiedział o nich więcej niż cała ekipa inżynierów z Detroit.

– Dzięki, Mercy. Jesteś wspaniała. – Tony zerknął na zegarek. – Muszę lecieć.

Pomachałam mu na pożegnanie i wróciłam do montowania przekładni. Samochód współpracował, co się rzadko zdarza, więc nie zajęło mi to zbyt wiele czasu. Zanim mój nowy pomocnik wyłonił się czysty i odziany w stary kombinezon Tada, zaczęłam montować pozostałe części. Nawet kombinezon nie był w stanie uchronić przed zimnem na zewnątrz, ale w warsztacie, przy włączonym wielkim kaloryferze, nie odczuwało się chłodu.

Chłopak pracował szybko i sprawnie – nie ulegało wątpliwości, że miał już okazję spędzić kilka godzin z głową pod maską samochodu. Nie stał z boku, obserwując, lecz wręczał mi odpowiednie części, zanim zdążyłam o nie poprosić. Odgrywał rolę małpki podającej narzędzia w taki sposób, jak gdyby zdążył do tego przywyknąć. Albo był z natury małomówny, albo nauczył się trzymać gębę na kłódkę, ponieważ przez parę godzin pracowaliśmy głównie w ciszy. Skończyliśmy pierwszy samochód i wzięliśmy się za następny, zanim postanowiłam się odezwać.

– Mam na imię Mercedes – powiedziałam, poluzowując śrubę alternatora. – Jak się do ciebie zwracać?

Oczy chłopaka na moment zalśniły.

– Mercedes, mechanik Volkswagena? – Szybko umilkł i wymamrotał: – Przepraszam. Założę się, że słyszała to pani mnóstwo razy.

Uśmiechnęłam się szeroko, podając mu śrubę.

– Taaa. Ale nad mercedesami też pracuję. Nad wszystkim, co niemieckie. Porsche, Audi, BMW, nawet nad dziwacznym Oplem. Głównie starocie po gwarancji, chociaż mam komputery do większości nowszych modeli.

Odwróciłam głowę, by mieć lepszy widok na upartą śrubę numer dwa.

– Możesz do mnie mówić Mercedes albo Mercy, jak wolisz. A jak się zwracać do ciebie?

Nie lubię przypierać do muru ludzi, którzy są zmuszeni kłamać. Gdyby był zbiegiem, prawdopodobnie nie podałby prawdziwego imienia, ale skoro miałam z nim pracować, potrzebowałam czegoś lepszego od „hej, ty”.

– Mów do mnie Mac – odparł po chwili.

Jej długość sugerowała niedwuznacznie, że chłopak zwykle posługiwał się innym imieniem, ale to na razie musiało wystarczyć.

– A więc, Mac, może zadzwoniłbyś do właściciela jetty przekazać mu, że grat jest gotowy? – Skinęłam głową w kierunku samochodu, który skończyliśmy naprawiać. – Na drukarce leży faktura. Znajdziesz tam numer telefonu i koszt wymiany przekładni. Jak się uporam z tym paskiem, zabiorę cię na obiad. To część twojej tygodniówki.

– Okej.

Chłopak wyglądał na nieco zagubionego. Musiałam go zatrzymać, kiedy ruszył do drzwi prowadzących pod prysznic. Biuro mieściło się z boku budynku, tuż przy parkingu, z którego korzystali klienci.

– Do biura szarymi drzwiami – powiedziałam. – Obok telefonu leży ścierka. Chwyć przez nią słuchawkę, żeby nie upaćkać wszystkiego smarem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © 2006 by Hurog, Inc. Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2008 Copyright © for translation by Ilona Romanowska, 2008

Tytuł oryginału Moon Called

Wydanie III

ISBN 978-83-7574-222-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Ilustracja na okładce © Dan Dos Santos

Redakcja Łukasz Małecki

Korekta Ewa Hartman, Marta Kisiel

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow