Piętno rzeki - Patricia Briggs - ebook + książka

Piętno rzeki ebook

Patricia Briggs

4,4

Opis

Mercedes Thompson, kojot nie całkiem pospolity. Nie boi się złego wilka, ale pęka przed własną matką. Bohaterka pełną gębą. Nic dziwnego, że ciągle wpada w kłopoty po uszy.

Zawsze wiedziała, że jest inna. I nie chodziło tylko o to, że potrafi reperować silniki Volkswagenów. Mercy to zmiennokształtna. Cechę tę odziedziczyła po swoim ojcu. Nigdy nie poznała nikogo ze swojego gatunku. Aż do teraz.

Zło mieszka w dorzeczu rzeki Kolumbia – tylko jeden człowiek może mu stawić czoła. Mercy i jej towarzysz Wilkołak alfa, będą potrzebować jego pomocy. Jeśli chcą przeżyć...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Seria z Mercedes Thompson:

Zew księżycaWięzy krwiPocałunek żelazaZnak kościZrodzony ze SrebraPiętno rzekiFrost BurnedNight Broken

Derekowi, Michelle, Jodi, Kari, Elaine i Megan – nadszedł czas na dedykację dla Was.

Także Laurze i Genevieve – witajcie w rodzinie.

Za Echem Dalles:   Poszukiwania dwóch zaginionych trwają

Nadal nic nie wiadomo o losach Thomasa Kerringtona (62 l.) oraz jego syna Christophera Kerringtona (40 l.), których łódź odnaleziono w dole rzeki, trzy kilometry od zapory Johna Daya. Mężczyźni wybrali się na ryby w poniedziałek rano i od tamtej pory słuch o nich zaginął. W tym roku na Kolumbii wydarzyło się wyjątkowo dużo wypadków z udziałem łódek – powiedział zastępca szeryfa hrabstwa Sherman, Max Whitehead. Zwiększyliśmy liczbę patroli i przestrzegamy wodnych turystów, aby zachowali najwyższą ostrożność. Grupy ratownicze nieustannie przeszukują rzekę, jednak po czterech dniach szanse na odnalezienie zaginionych są nikłe.

Za Nowinami Hood River:

W ostatnich tygodniach drastycznie spadła populacja ryb w zbiornikach zapór Johna Daya oraz Dalles. Obawiamy się, że gdzieś na terenie pomiędzy zaporami mogło dojść do zanieczyszczenia wód toksycznymi odpadami – mówi Allen Robb z Okręgowego Inspektoratu Rybactwa i Leśnictwa w Oregonie. Zanotowaliśmy znaczny spadek pogłowia ryb, nasi pracownicy donoszą, iż jest to szczególnie wyraźne w odniesieniu do dorosłych osobników łososia kiżucza. Mimo szeroko zakrojonych badań jak dotąd nie stwierdzono ani śladów trucizny, ani też zwiększonej liczby martwych ryb. Ryby się wystraszyły – powiedział nam miejscowy przewodnik wędkarski, Jon Turner Bowman.

Rozdział 1

Bezlitosne światło latarń ulicznych uwidaczniało wyschnięty, pożółkły gazon przed domem Stefana. Trawa została skoszona, ale tylko na odczepnego, bez dbałości o estetykę. Sądząc z ilości leżącego na podjeździe siana, trawnik zostawiono odłogiem na tyle długo, by doczekać się urzędowego nakazu skoszenia. Trawa była tak sucha, że kosiarz mógł zapomnieć o obowiązkach, dopóki ktoś nie nawodni gazonu.

Zwolniłam i zaparkowałam przy krawężniku. Kiedy ostatnio widziałam dom Stefana, nie odstawał on od innych w tej szykownej okolicy. Wyraźny na frontowym trawniku brak gospodarskiej ręki nie rozciągał się jeszcze na budynek, ale i tak martwiłam się o mieszkańców tego domu.

Stefan był energiczny, bystry i... Był po prostu Stefanem, potrafiącym migać z głuchym chłopcem o Pokemonach, pokonywać bandytów, siedząc w klatce, a potem wsiąść do swojego furgonu i jechać na konfrontację z następnymi łotrami. Był jak Superman, tyle że z kłami i pokręconym kręgosłupem moralnym.

Wysiadłam z samochodu i skierowałam kroki ku gankowi. Na podjeździe, zza pokrytego brudem okna zwykle wypieszczonego volkswagena łypnął na mnie Scooby-Doo. Sama kupiłam maskotkę psa, pasował idealnie do vana pomalowanego w stylu Wehikułu Tajemnic.

Stefan nie dawał znaku życia już od kilku miesięcy, ściślej, od Bożego Narodzenia. Byłam pochłonięta różnymi sprawami, między innymi własnym porwaniem, które dla mnie trwało dzień, a dla innych miesiąc (królowe wróżek potrafią robić takie hece z czasem). Jednakże od miesiąca dzwoniłam do niego raz na tydzień i za każdym razem zgłaszała się automatyczna sekretarka. Zeszłej nocy próbowałam dodzwonić się aż cztery razy, żeby zaprosić go na Wieczór Kiepskich Filmideł. W zwykłym składzie brakowało jednej osoby – Adama, mojego towarzysza, narzeczonego i Alfy watahy dorzecza Kolumbii, który wyjechał w interesach.

Adam był właścicielem firmy ochroniarskiej, która do tej pory przyjmowała zlecenia głównie dla agencji rządowych. Od czasu, gdy światu zostało wyjawione istnienie wilkołaków, jego biznes kwitł na wszystkich frontach. Najwyraźniej uważano, że wilkołaki sprawdzają się w roli ochroniarzy. Adam szukał współpracownika, który przejąłby zadania wymagające wyjazdów, ale jak na razie nie znalazł odpowiedniej osoby.

Pod nieobecność Adama mogłam skupić się na innych ważnych w moim życiu ludziach. Uznałam, że Stefan miał dość czasu, by wylizać się z ran, jednak sądząc po tym, co ujrzałam, przybyłam dużo za późno.

Zastukałam do drzwi, a nie otrzymawszy odpowiedzi, zapukałam w rytmie cha-cha. Wreszcie, gdy zabrałam się poważnie do sprawy, zamek szczęknął i w progu ujrzałam Rachel. Kiedy widziałam ją ostatnio, wyglądała jak modelowa zblazowana gotka albo nastolatka na gigancie. Teraz można ją było wziąć tylko za ćpunkę. Straciła z piętnaście kilogramów, i to wcale nie nadmiarowych. Włosy wisiały w tłustych, skołtunionych strąkach, a ciemne zacieki z tuszu gwarantowałyby angaż do „Nocy żywych trupów”. Miała wyraźne sińce na szyi, a trzymała się tak, jakby bolały ją wszystkie kości. Udałam, że nie zauważyłam braku dwóch palców u prawej ręki. Kikuty już się zagoiły, jednak blizny były jeszcze żywoczerwone.

Marsilia, Pani wampirów z Tri-Cities, posłużyła się Stefanem, swym lojalnym rycerzem, by pozbyć się zdrajców z chmary, a jej plan obejmował odebranie mu menażerii, ludzi, na których żerował, oraz zerwanie łączącej ich więzi krwi w celu utwierdzenia go w przekonaniu, że nie żyją. Uznała też chyba, że konieczne są tortury, ale ja nie wierzę wampirom – poza Stefanem. Uważam, że kłamią. Marsilia nie sądziła, że Stefan będzie miał coś przeciwko, gdy już się dowie, iż wykorzystała jego i jego menażerię dla własnej obrony. Koniec końców był jej wiernym żołnierzem. Nie przypuszczała, jak fatalnie Stefan zniesie jej zdradę. Z tego, co widziałam, nie radził sobie z tym wcale.

– Lepiej stąd idź, Mercy – rzekła słabo Rachel. – Nie jest tu bezpiecznie.

Przytrzymałam drzwi, zanim je zatrzasnęła.

– Jest Stefan?

Z trudem wciągnęła powietrze do płuc.

– Nie może ci pomóc.

Z jej słów nie wynikało przynajmniej, że to Stefan znajduje się w niebezpieczeństwie, przed którym mnie przestrzegała. Kiedy odwróciła głowę, ujrzałam, że ktoś na niej żerował. Człowiek, bo nie były to ślady po kłach, ale poszarpana zaskorupiała rana biegnąca wzdłuż ścięgna od obojczyka aż po żuchwę.

Pchnęłam drzwi i weszłam do środka, wyciągając rękę, by dotknąć rany. Rachel cofnęła się i uchyliła.

– Kto ci to zrobił? – zapytałam, nie mogąc uwierzyć, że Stefan pozwoliłby skrzywdzić dziewczynę ponownie. – Jeden z wampirów Marsilii?

Potrząsnęła głową.

– Ford.

Przez moment nie kojarzyłam, o kim mówi. Dopiero po chwili przypomniałam sobie wielkiego faceta, który wyrzucił mnie z tego domu podczas ostatniej mojej wizyty u Stefana. Na wpół wampir, oszalały połowiczną przemianą – a to wszystko zanim Marsilia dorwała go w swoje szpony. Groźny, paskudny facet. Przypuszczalnie był taki, jeszcze zanim zetknął się z wampirami.

– Gdzie Stefan?

Nie toleruję akcji, podczas których ludziom dzieje się krzywda. Obowiązkiem Stefana było dbanie o swoich i nieważne, że większość wampirów traktowała swoje menażerie jako źródło szybkiej przekąski, pozwalając owcom na powolną śmierć w cierpieniach, które mogły trwać nawet pół roku.

Stefan tak nie postępował. Naomi, jego gospodyni, mieszkała z nim już ponad trzy dekady. Stefan był ostrożny. Usiłował dowieść, że da się żyć bez zabijania. Jednak, sądząc z wyglądu Rachel, przestało mu zależeć.

– Nie możesz wejść – powiedziała. – Odejdź. Mamy mu nie przeszkadzać, a Ford...

Posadzka w przedpokoju była brudna, a w powietrzu wyczułam woń spoconych ciał, pleśni i kwaśny odór strachu. Cale domostwo dla mojego wyczulonego, kojociego nosa cuchnęło jak śmietnisko. Zresztą dla zwykłego ludzkiego pewnie śmierdziałoby tak samo.

– Już ja mu przeszkodzę – mruknęłam. Ktoś musiał. – Gdzie on jest?

Kiedy stało się jasne, że nie zamierza mi odpowiedzieć, weszłam głębiej, stanęłam pod schodami i zadarłam głowę, żeby mój głos był lepiej słyszalny na górze.

– Stefan! Lepiej tu zejdź, bo mam z tobą do pomówienia! Stefan! Miałeś dość czasu na użalanie się nad sobą. Albo zabij Marsilię, w czym chętnie ci pomogę, albo przebolej to w końcu.

Rachel zaczęła szturchać mnie w ramię i ciągnąć za ubranie w stronę wyjścia.

– On nie może wyjść – gorączkowała się. – On go trzyma. Mercy, musisz wyjść z domu.

Byłam twarda, silna, a Rachel ledwie stała na nogach z osłabienia i prawdopodobnie niedożywienia. Nie miałam problemu z pozostaniem na miejscu.

– Stefan! – zawołałam ponownie.

Nagle w krótkim czasie wydarzyło się tyle naraz, że dopiero później udało mi się ułożyć wszystko w kolejności.

Rachel jęknęła i zamarła, przestając mnie szarpać, raczej wczepiła się we mnie. Puściła, gdy zostałam złapana od tyłu i rzucona na pianino stojące pod ścianą w holu, przy wejściu do salonu. Rozległ się przeraźliwy hałas, mieszanina odgłosów wydobytych z instrumentu i mojego gardła, kiedy plecami grzmotnęłam o drewnianą górną klapę. Niezliczone treningi karate sprawiły, że zareagowałam automatycznie, nie zesztywniałam, tylko miękko sturlałam się po klawiaturze. Nic przyjemnego. Upadłam twarzą na kamienną podłogę. Coś wylądowało na leżącym obok bezwładnym ciele i naraz znalazłam się oko w oko z Fordem, wielkim, przerażającym facetem, który najwyraźniej, z zagadkowego powodu, rzucił się na ziemię obok mnie. Z kącika ust kapała mi krew.

Wyglądał inaczej niż ostatnio. Był wychudzony i brudny. Jego ubranie nosiło ślady potu, krwi i seksu. Jednak w szeroko rozwartych, wpatrzonych we mnie oczach czaiło się dziecinne zdumienie.

W następnym momencie ujrzałam spłowiałą fioletową koszulkę, brudne, poszarpane dżinsy, a twarz Forda przysłoniły mi długie, ciemne, skołtunione włosy.

Mój obrońca był chudy i zaniedbany, ale wrażliwy nos rozpoznał w nim Stefana, zanim mózg sformułował pytanie. Niemyty wampir śmierdzi mniej niż niemyty człowiek, lecz wąchanie go też nie należy do przyjemności.

– Nie. – Głos Stefana był cichy, ale Ford wrzasnął, a Rachel jęknęła.

– Nic mi nie jest, Stefan – uspokoiłam go, przetaczając się na czworaka. Stefan mnie zignorował.

– Nie rzucamy się na naszych gości – rzekł, a Ford pisnął żałośnie.

Wstałam, starając się nie zwracać uwagi na ból w ramionach i biodrze. Wiedziałam, że sińce mnie nie ominą, jednak dzięki brutalnym lekcjom upadania, jakie dawał mi sensei, skończyło się tylko na nich. Pianino też przetrwało zderzenie ze mną.

– To nie wina Forda – powiedziałam głośno. – Wykonywał tylko swoją pracę. – Nie wiedziałam, czy tak było, czy nie, po prawdzie podejrzewałam, że Ford oszalał, ale chciałam przyciągnąć uwagę Stefana.

Kucający pomiędzy nami Stefan odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Z jego oczu bił chłód i głód, a patrzył na mnie jak na obcą osobę.

Ponieważ nie takie potwory próbowały mnie już przestraszyć, nawet nie drgnęłam.

– Miałeś dbać o tych ludzi! – warknęłam. No dobrze, wystraszył mnie, dlatego właśnie zareagowałam tak ostro. Strach i złość nie są dobrą mieszanką. I akurat ja, wychowana w stadzie wilkołaków, wiedziałam o tym aż za dobrze. Jednak widok Stefana i tego, co stało się z jego domem, wstrząsnął mną dogłębnie, a wolałam się bać i złościć, niż popłakać. Stefan odmówiłby mojej pomocy, gdyby uznał, że mi go żal. Łatwiej jest przyjąć krytykę.

– Spójrz na nią... – Wskazałam Rachel, a kierowany nakazem w moim tonie, sztuczką, którą zaczęłam przejmować od Adama, Stefan spojrzał w stronę dziewczyny. Bycie towarzyszką Alfy wilkołaków dawało pewne korzyści.

Stefan oderwał wzrok od Rachel natychmiast, gdy zrozumiał, co właśnie zrobiłam. Popatrzył na mnie, odsłaniając kły. W tej chwili przypominał bardziej wilkołaka niż wampira. Jednak groźny grymas szybko zniknął z jego oblicza. Jeszcze raz popatrzył na Rachel. Rozluźnił napięte jak do skoku mięśnie i przeniósł wzrok na Forda. Nie widziałam miny tamtego, lecz cała postawa wielkiego mężczyzny mówiła „poddaję się”.

– Merde – mruknął Stefan, puszczając Forda.

– Stefan?

Twarz wampira wreszcie straciła straszny wyraz, ale w jego miejsce nie pojawiła się żadna inna emocja. Wyglądał na oszołomionego.

– Idź, weź prysznic, uczesz się i przebierz – nakazałam mu energicznie, korzystając z chwilowego zagubienia. – Bez guzdrania. Nie zostawiaj mnie zbyt długo na łasce swoich ludzi. Zabieram cię do Warrena i Kyle’a. Będziemy oglądać filmy klasy C. Adam wyjechał, więc mamy miejsce.

Warren był moim najlepszym przyjacielem, wilkołakiem, Trzecim w watasze Adama. Kyle, jego kochanek, człowiek, pracował jako prawnik. Wieczór Kiepskich Filmideł organizowaliśmy dla siebie jako terapię, ale czasem zapraszaliśmy postronnych znajomych, którzy według nas potrzebowali wsparcia.

Stefan patrzył na mnie apatycznie.

– Najwyraźniej przydałby ci się poganiacz z porządnym ościeniem, żebyś się ruszył – stwierdziłam, gestem pokazując oburzający stan jego domu i ludzi. – Na razie masz mnie, przyjaznego kojota z sąsiedztwa. Równie dobrze możesz się zebrać od razu, bo będę cię popędzała, póki się nie ruszysz. Ale zważ, że w razie czego znam kowboja, który z pewnością dysponuje elektrycznym ościeniem.

Jeden kącik ust Stefana uniósł się lekko.

– Warren jest wilkołakiem i nie potrzebuje ościenia, żeby popędzać bydło. – Jego głos brzmiał chrapliwie, jakby od dawna go nie używał. Popatrzył w dół, na Forda.

– Ten tu nikomu nic nie zrobi – uspokoiłam wampira. – Ja natomiast nie potrzebuję wiele czasu, żeby doprowadzić kogoś do szału, więc lepiej się pospiesz.

Nagle rozległ się cichy trzask i Stefan zniknął. Wiedziałam, że potrafi się teleportować, rzadko jednak byłam tego świadkiem. I Ford, i Rachel drgnęli gwałtownie, domyśliłam się więc, że przy nich także nie robi tego zbyt często. Otrzepałam ręce i zwróciłam się do dziewczyny.

– Gdzie jest Naomi? – zapytałam, wiedząc, że nie dopuściłaby do tego, co działo się w tym domu.

– Umarła – odparła Rachel. – Marsilia ją złamała i nie mogliśmy jej już pomóc. To była chyba ta kropla, która przepełniła czarę goryczy Stefana. – Popatrzyła w górę, na schody. – Jak to zrobiłaś?

– Pewnie nie chciał, żebym przyszła z elektrycznym ościeniem.

Rachel objęła się ramionami. Jej okaleczona dłoń stała się teraz wyraźnie widoczna. Poza tym dziewczyna była posiniaczona, potłuczona i znękana.

– Bardzo się o niego martwiliśmy. Nie odezwał się słowem od śmierci Naomi.

Biedny Stefan, zwinął się w kłębek i chciał umrzeć, bo Marsilia go sprzedała. Zrobił też, co w jego mocy, by zabrać ze sobą do grobu resztki swojej menażerii. A Rachel martwiła się o niego.

O niego.

– Ile was zostało? – zapytałam. Naomi była twarda, więc skoro ona nie przeżyła, pewnie zginęli też inni.

– Czworo.

Nic dziwnego, że tak wyglądali. Czterech ludzi nie było w stanie wyżywić wampira.

– Poluje poza domem?

– Nie. Nie wychodził chyba od pogrzebu Naomi.

– Należało mnie zawiadomić.

– Owszem – powiedział leżący na ziemi Ford głosem tak głębokim, że aż zadudniło. Miał zamknięte oczy. – Należało.

Teraz, gdy nie usiłował się na mnie rzucić, mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Wychudzenie wskazywało, że nie zaszedł za daleko w przemianie człowieka w wampira. Wygłodniałe, nowo powstałe wampiry wypuszczały się zwykle na łowy i same dbały o swoje pożywienie.

Stefan powinien to naprawić, zanim sprawy przybiorą jeszcze gorszy obrót.

Gdybym miała elektryczny oścień, pewnie kusiłoby mnie, żeby go użyć. Przynajmniej do czasu, aż słysząc skrzypienie schodów, nie podniosłam głowy i nie zobaczyłam Stefana. Skończyłam w zamierzchłych czasach studia historyczne i widziałam niejeden film o Trzeciej Rzeszy. Niektórzy więźniowie obozów koncentracyjnych wyglądali lepiej niż ten szkielet wampira. Zielona koszulka ze Scoobym, która jeszcze nie tak dawno układała się na pełnym ciele Stefana, teraz wisiała żałośnie na wystających kościach. Umyty Stefan wyglądał jeszcze gorzej.

Rachel powiedziała, że Marsilia złamała Naomi. Patrząc na Stefana, pomyślałam, że była bardzo bliska złamania również i jego. Pomyślałam też, że pewnego dnia, gdy znajdę się z Marsilią w jednym pomieszczeniu i będę miała przy sobie drewniany kołek, to na niebiosa, użyję go. Oczywiście pod warunkiem, że Marsilia będzie nieprzytomna. I jej wampiry też. Inaczej sama byłabym martwa w ciągu sekundy, bo Marsilia, co tu ukrywać, jest znacznie groźniejsza ode mnie. Mimo wszystko myśl o tym, jak ostry kołek zagłębia się w jej piersi i przebija serce, sprawiła mi nie lada frajdę.

– Może pożywisz się, zanim wyjdziemy? – zapytałam Stefana. – Nie chciałabym, żeby ktoś nas zatrzymał na ulicy i wysłał do szpitala albo kostnicy.

Stefan spojrzał na Rachel, a potem na Forda. Zmarszczył brwi, zmieszał się, a na jego obliczu odbiło się zagubienie.

– Nie. Są za słabi. Ledwie co w nich zostało.

– Nie mówiłam o nich, Kudłaty – rzekłam łagodnie. – Pożywiałeś się już na mnie, nie mam nic przeciwko, żebyś zrobił to znowu.

Jego oczy zapłonęły rubinowo, ale mrugnął dwa razy i źrenice przybrały odcień korzennego piwa w szklance, przez którą prześwieca słońce.

– To co?

Zamrugał ponownie. Efekt był ciekawy – rubin, piwo, rubin, piwo.

– Adamowi by się to nie spodobało. – Rubin, rubin, rubin.

– Adam sam by cię nakarmił, gdyby tu był – zapewniłam wampira zgodnie z prawdą i podwinęłam rękaw.

Stefan wysysał krew z mojego przedramienia, gdy zadzwoniła moja komórka. Rachel pomogła mi wygrzebać aparat z kieszeni i odebrać połączenie. Stefan chyba nawet niczego nie zauważył.

– Mercy? Gdzie ty, u diabła, się podziewasz?

Darryl, Drugi Adama, uznał, że podczas nieobecności Alfy ma obowiązek mnie dyscyplinować.

– Cześć, Darryl – przywitałam go, starając się nie brzmieć tak, jakbym właśnie karmiła wampira.

Mój wzrok padł na Forda, który choć nie pozbierał się z podłogi, wpatrywał się we mnie ślepiami żółtymi, lśniącymi niczym cytryn albo bursztyn. Nie mogłam sobie przypomnieć, jakiego koloru były jego tęczówki jeszcze przed chwilą, ale pomyślałam, że taką barwę zapamiętałabym na pewno. Wyglądało na to, że jednak był bardzo bliski przemianie w wampira. Zanim zdążyłam się porządnie wystraszyć, z zamyślenia wyrwał mnie Darryl.

– Wyjechałaś do Kyle’a już godzinę temu, a Warren twierdzi, że jeszcze nie dotarłaś.

– No patrz – udałam zdziwienie. – Rzeczywiście, nie ma mnie jeszcze u Warrena.

– Mądrala.

Z Darrylem mieliśmy skomplikowane stosunki, obejmujące rozpiętością emocje od miłości do nienawiści. Kiedy już myślałam, że mnie nienawidzi, robił coś miłego, na przykład ratował mi życie albo fundował pocieszającą rozmowę. Gdy byłam pewna, że mnie lubi, dostawałam od niego obuchem. Pewnie mieszałam mu w głowie i dobrze, bo on robił ze mną to samo.

Darryl najbardziej z całego stada nienawidził wampirów. Gdybym przyznała się, co właśnie robię, przybyłby tu z armią i zasłał podłogę świeżym trupem. Wilkołaki zazwyczaj komplikowały wszystko bardziej niż to konieczne.

– Trzydzieści lat żyłam jakoś bez niańki – powiedziałam znudzonym tonem – więc pewnie dam też radę sama dotrzeć do Kyle’a. – Poczułam zawroty głowy. Z braku innych opcji postukałam Stefana w głowę ręką, w której trzymałam aparat.

– Co to było? – zareagował Darryl natychmiast, a Stefan tymczasem chwycił mnie mocniej.

Zdławiłam jęk, bo ręka zabolała, i zorientowałam się, że Darryl musiał to usłyszeć.

– To mój kochanek. Daj mi chwilę, muszę doprowadzić sprawę do końca. – Przerwałam połączenie. – Stefan – zaczęłam. Niepotrzebnie, bo wampir mnie puścił, cofnął się parę kroków i ukląkł na jedno kolano.

– Wybacz – stęknął i podparł się dłońmi zaciśniętymi w pięści.

– Nic się nie stało – uspokoiłam go, zerkając na ramię. Mała ranka zamykała się szybko, gojona wampirzą śliną. Więcej dowiedziałam się o wampirach w ciągu ostatniego roku niż w ciągu całego życia. Niewiedza bywa błogosławieństwem.

Dowiedziałam się na przykład, że tylko więź z Adamem sprawia, iż kolejne karmienie Stefana nie będzie miało dla mnie żadnych reperkusji. Człowiek pozbawiony takiej ochrony, na którym ten sam wampir żerowałby drugi raz, stałby się owcą, taką samą jak reszta menażerii – istotą całkiem zależną od wampira, gotową wypełniać wszelkie jego rozkazy.

Komórka zadzwoniła ponownie i teraz, mając już wolne obie ręce, niespiesznie sprawdziłam numer na wyświetlaczu: Darryl. No cóż, może i będą jakieś reperkusje związane z karmieniem Stefana, ale raczej w postaci Darryla skarżącego się na mnie do Adama niż dotyczące bezpośrednio wampira. Odrzuciłam połączenie.

– Chyba wpakowałem cię w tarapaty – stwierdził Stefan.

– Chodzi ci o Darryla? E, to potrafię robić świetnie sama. I nie będzie miał ze mną łatwo, jeśli zagalopuje się za daleko.

Stefan wstał, przekrzywił głowę i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. Nareszcie zaczął przypominać siebie samego.

– Nie? Panna kojocica w starciu z dużym złym wilkiem? Nie byłbym taki pewien.

Pewnie miał rację.

– Darryl nie jest moim strażnikiem – zaznaczyłam kwaśno.

– Niby nie – prychnął Stefan. – Ale gdyby coś ci się stało pod nieobecność Adama, wina spadłaby na głowę Darryla.

– Adam nie jest głupi.

Stefan milczał wyczekująco.

– Rany, no niech cię. – Chwyciłam za telefon i wybrałam numer Darryla. – Wszystko u mnie w porządku – powiedziałam. – Pomyślałam, że Stefanowi przyda się mały wypad, więc wstąpiłam po niego. Dam znać, gdy dojedziemy na miejsce, i będziesz mógł zadzwonić do Adama, że dotarłam cała i zdrowa. Możesz mu przy okazji przekazać, że o ile nie natknę się na królową wróżek, potwora z bagien albo gwałciciela z manią wielkości, poradzę sobie sama.

Słyszałam, jak Darryl gwałtownie wciąga powietrze, prawdopodobnie na wspomnienie gwałciciela. Ja jednak miałam to już za sobą. Facet nie żył, zabiłam go własnoręcznie. Koszmary prawie ustały, a kiedy jakiś się pojawiał, miałam przy boku Adama, który pomagał mi je zwalczyć. A Adam był świetnym towarzyszem broni, nawet jeśli trzeba było walczyć tylko ze złymi wspomnieniami.

– Zapomniałaś o wampirach opętanych przez demony – dorzucił Stefan. Wampiry, podobnie jak wilkołaki, słyszały każde słowo rozmów telefonicznych. Ja zresztą też. Odkąd wprowadziłam się do głównej kwatery stada, przerzuciłam się na SMS-y.

– Właśnie – zgodził się Darryl głosem gładkim niczym miód ze żwirem. – Staramy się dać ci przestrzeń, której potrzebujesz, Mercy, ale to wcale niełatwe. Jesteś taka krucha i...

– Lekkomyślna? – podsunęłam. – Głupia? – Właśnie zdobyłam brązowy pas karate, a zarabiam na życie, naprawiając samochody. Tylko w porównaniu z wilkołakiem, można było nazwać mnie kruchą.

– Ależ nie – zaprzeczył, choć sama słyszałam, jak nazywał mnie lekkomyślną i głupią. Pośród wielu innych epitetów. – Przez twoją umiejętność przetrwania każdej kabały, w jaką się pakujesz, czasami całymi tygodniami musimy łykać leki przeciwwrzodowe. A ja nie znoszę smaku Maaloxu.

– Jestem bezpieczna. Nic mi nie jest. – Poza paroma siniakami po zderzeniu z pianinem i, jak się okazało, kiedy zrobiłam krok, lekkimi zawrotami głowy od utraty krwi. Ale Darryl nie załapałby takiego żarciku. Choć, jak każdy wilkołak, potrafił wyczuć kłamstwo, to nie był Marrokiem i w jego wypadku wpierw musiałabym je wymówić na głos. Poza tym w zasadzie byłam relatywnie bezpieczna... Zerknęłam bacznie na Forda, ale ten nie ruszył się z miejsca, gdzie upadł, rzucony przez Stefana.

– Dziękuję – rzekł Darryl. – Wobec tego zadzwoń, gdy dotrzesz do Kyle’a.

Rozłączyłam się.

– Chyba zaczynam tęsknić za czasami, kiedy stado wolało mnie widzieć martwą – westchnęłam. – Gotowy?

Stefan podał rękę Fordowi i pomógł mu wstać, a potem popchnął draba na ścianę.

– Nie waż się tknąć Mercy – warknął groźnie.

– Tak, panie – przytaknął Ford, nie wykonując nawet najmniejszego gestu protestu, kiedy Stefan go przestawiał.

Resztki gwałtowności opuściły Stefana, zwiotczały, wsparł się czołem na ramieniu wielkiego mężczyzny.

– Wybacz, naprawię to.

Ford poklepał go po plecach.

– Wiem. Naturalnie, że to zrobisz.

Przyznam, byłam zaskoczona, że Ford umie powiedzieć coś poza: „Ogg, walić”.

Stefan wyprostował się i spojrzał na Rachel.

– Mamy w domu coś do jedzenia?

– Tak – odparła, a potem przełknęła z trudem ślinę i kontynuowała: – Mogę zrobić hamburgery dla wszystkich.

– Dobrze, dziękuję.

Skinęła głową, posłała mi słaby uśmiech i ruszyła w głąb domu, prawdopodobnie do kuchni. Ford dreptał za nią jak wielki psiak, naprawdę wielki, o ostrych kłach.

Przed domem Stefan potoczył wzrokiem po resztkach swego trawnika. Przystanął na moment przy vanie, potrzasnął głową i wreszcie podążył za mną do samochodu. Nie odezwał się słowem, dopóki nie wjechaliśmy na autostradę biegnącą wzdłuż Kolumbii.

– Stare wampiry są podatne na problemy z pamięcią. Nie radzimy sobie ze zmianami tak dobrze jak kiedyś, gdy byliśmy ludźmi.

– Dorastałam w stadzie wilkołaków – przypomniałam. – Stare wilki też mają problemy ze zmianami. – A potem, na wypadek gdyby pomyślał, że mu współczuję, dodałam: – Oczywiście zwykle nie pociągają za sobą ludzi, którzy są od nich uzależnieni.

– Czyżby? – mruknął Stefan. – Zabawne, bo myślałem, że właśnie to nieomal zrobił Samuel.

Zredukowałam bieg i wyprzedziłam staruszkę, która wlokła się osiemdziesiątką mimo ograniczenia do setki. Gdy rycząc niewielkim silnikiem Diesla, dałam upust gniewowi, wrzuciłam z powrotem wyższy bieg.

– Zatopiony. Masz rację. Wybacz, że nie przyszłam wcześniej.

– Ech. – Stefan zaczął z uwagą przypatrywać się własnym dłoniom. – Pewnie byś przyszła, gdybym zadzwonił.

– Gdybyś był w stanie zadzwonić, pewnie byś mnie nie potrzebował.

– To co będziemy oglądać? – zmienił temat.

– Nie mam pojęcia. Tym razem Warren wybiera filmy, a on jest nieprzewidywalny. Kiedy ostatnio była jego kolej, puścił „Nosferatu” z dwudziestego drugiego roku, a jeszcze wcześniej „Zagubionych w kosmosie”.

– Lubiłem „Zagubionych”.

– Film czy serial?

– Film? No tak, zapomniałem o filmie – oprzytomniał. – Tak było dla mnie lepiej.

– Czasem niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem.

Popatrzył na mnie i zasępił się.

– Wypij sok pomarańczowy, przestanie cię boleć głowa.

Kiedy po chwili stania w kolejce do drive-thru za namową Stefana zamówiłam dwa soki i hamburgera, zadzwonił telefon. Przekonana, że to znów Darryl mnie ściga, odebrałam, nie sprawdzając wyświetlacza. Sekundę później poprzysięgłam sobie nigdy tego nie robić.

– Mercy! – ucieszyła się mama. – Dobrze, że w końcu cię złapałam. Ostatnio trudno się do ciebie dodzwonić. A muszę ci powiedzieć, że jest problem z gołębiami. Mam kontakt do ludzi z synogarlicami, ale facet od gołębi zniknął. Dzisiaj okazało się, że oprócz gołębi hodował psy do walk i zalicza odsiadkę.

Ból głowy nasilił się nagle.

– Gołębie?! – Mówiłam, żadnych gołębi. Gołębie i wilkołaki nie są... Tak czy owak, mówiłam mamie, żadnych ptaków.

– No na twój ślub – zniecierpliwiła się mama. – No wiesz, ten, który bierzesz w sierpniu. Zostało tylko sześć tygodni. Myślałam, że uda mi się załatwić te gołębie. – Na pewno zabroniłam jej myśleć o gołębiach... – No, ale z drugiej strony, i tak wolałabym nie dawać pieniędzy komuś zamieszanemu w psie walki. A może Adamowi jednak by to nie przeszkadzało?

– Na pewno by mu to przeszkadzało! I mnie też. Żadnych gołębi. Żadnych synogarlic, mamo. Żadnych psich walk.

– To dobrze – stwierdziła radośnie. – Tak właśnie myślałam. Będzie o wiele lepiej. Koniec końców to zwyczaj z indiańskiej tradycji.

– Jaki zwyczaj? – zapytałam podejrzliwie.

– Motyle – rzuciła beztrosko. – Będzie pięknie. Pomyśl tylko. Możemy też puścić balony napełnione helem. Dwie setki powinny starczyć. Motyle i złote balony wypuszczone pod niebo, by świętować początek nowego wspólnego życia. No dobrze – zakończyła dziarsko i z determinacją – to zabieram się do roboty.

Rozłączyła się. Ja gapiłam się zdumiona na aparat. Stefan podskakiwał na siedzeniu pasażera.

– Motyle! – wykrztusił pomiędzy atakami śmiechu. – Ciekawe, gdzie znajdzie motyle!

– Śmiej się, śmiej. To nie ty będziesz musiał tłumaczyć bandzie wilkołaków, dlaczego twoja matka zamierza poszczuć na nie motyle. – Rozśmieszyłam Stefana jeszcze bardziej. Nawet nie łudziłam się, że będzie ich jeden czy dwa. Nie, moja matka nigdy nie robiła nic na pół gwizdka. Przed oczyma stanęła mi wizja tysięcy motyli i, Boże dopomóż, dwustu złotych balonów.

Pochyliłam się do przodu, uderzając głową o kierownicę.

– Damy nogę. Mówiłam Adamowi, że powinniśmy to zrobić, ale on nie chciał zranić uczuć mojej mamy. Gołębie, synogarlice, motyle, a zaraz skończymy w samolocie z fajerwerkami i powiewającym bannerem.

– Zawsze może być jeszcze orkiestra dęta. I dudy. Przystojni szkoccy dudziarze odziani jedynie w kilty. Albo tancerki brzucha, w każdym mieście jest masa zespołów. Wytatuowani cykliści. Założę się, że dałbym radę znaleźć tańczącego miśka...

Zapłaciłam za zamówienie, a on nadal wymyślał coraz to nowe, coraz wspanialsze atrakcje ślubne, podsycając moją weselną fobię.

– Dzięki. – Pociągnęłam spory łyk soku i włączyłam się do ruchu. Nie znosiłam soku pomarańczowego. – Cóż za wsparcie. Od teraz moją misją życiową będzie zrobienie wszystkiego, żebyś nie znalazł się w jednym pomieszczeniu z moją mamą. Przynajmniej dopóki nie pobierzemy się z Adamem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Jeśli ta książka Wam się podobała, to po części zasługa ludzi, którzy pomagali mi w różnych dziedzinach. Wyrazy wdzięczności należą się – nie wymieniam ich w jakiejś szczególnej kolejności – Michaelowi Briggsowi – no dobrze, jemu należy się pierwsze miejsce, bo jest moim mężem. Ginny Mohl – mojej siostrze, lekarce, która radośnie odpowiadały na moje krwawe i bolesne pytania. Anne Sowards, która nie marudziła z powodu poślizgów, długich poślizgów i zawsze bardzo pomaga, by każda z książek była możliwie najlepsza. Jody Heath, dzielnej przewodniczce i wolontariuszce z Columbia Hills State Park. I wreszcie, cudownym kobietom, które pomogły mi przy opisie miejsca pracy Samuela w „Zrodzonym ze srebra” – Crystal Kalmbach i Danielle Hernandez.

Patricia Briggs

Urodzona w 1965 roku.

Znana przede wszystkim jako autorka serii urban fantasy o przygodach niezwykłej mechanik, Mercedes Thompson.

Pierwszy tom przygód Mercy dostał się na listę „USA Today”. Drugi przetarł powieściom Briggs drogę na listę bestsellerów „New York Timesa”. Trzeci zdobył jej szczyt.

Sukces jednak nie przyszedł od razu. Literacki debiut, powieść „Masques” wydana w 1990 r., nie spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem. Na szczęście Briggs nie poddała się – jej kolejne książki notowały coraz lepsze wyniki sprzedaży i coraz przychylniejsze opinie krytyków.

Obecnie mieszka w stanie Waszyngton, pracuje nad kolejnym tomem serii o Mercedes Thompson i niestrudzenie podąża za swoimi marzeniami.

Copyright © 2011 by Hurog, Inc. Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2015 Copyright © for translation by Marek Najter

Tytuł oryginału River Marked

Wydanie I

ISBN 978-83-7574-715-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt okładki Paweł Zaręba

Ilustracja na okładce Dan Dos Santos

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Agnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow