Opis

Gawędy o ciekawych zakątkach Mazowsza – prowincjonalnych miasteczkach, wsiach i odludziach, które omija „masowa” turystyka. Autor, ceniony krajoznawca i miłośnik mazowieckiego krajobrazu, pięknym językiem opowiada o zawiłej historii tych ziem i ich mieszkańców, przywołując wiele nieznanych faktów i ciekawostek. Dużo miejsca poświęca również przyrodzie – znajdziemy tu opowieści o bobrach, łosiach czy żurawiach, pradawnych puszczach i malowniczych rzekach.

Notka z okładki książki:
Ta książka opowiada o prowincji mazowieckiej, o tym, co znajduje się poza rogatkami Warszawy. O wioskach i miasteczkach, zabytkowych kościołach i pałacach, o ludziach, którzy żyli w ich cieniu, lub swoim życiem dodawali im blasku, o zadziwiająco bogatej mazowieckiej przyrodzie, a większość z nas nawet nie podejrzewa Mazowsza o taką przyrodniczą rozpustę. Położone pośrodku Polski, nazbyt często lekceważone Mazowsze zasługuje na przyjaźń i umie się za nią odwdzięczyć. Osobom mu przyjaznym pokazuje miejsca wyjątkowe.

To, co najciekawsze, znajduje się zazwyczaj z dala od uczęszczanych dróg. A i przy tych uczęszczanych są miejsca, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi. O takich miejscowościach, miejscach i zabytkach, zdarzeniach historycznych i legendach opowiada ta książka:
– o Białym Słupie w pobliżu Jeruzala,
– o stópce Matki Boskiej i stópce jej kotka w Pieczyskach,
– o dolinie Dzięciołka koło Czaplowizny,
– o kościółku na Pokrytych Wodach,
– o tym, czy baron Bisping zabił księcia Władysława,
– o chałupie z orzełkiem w Rząśniku,
– o bździelach koło Zakroczymia,
– o najmniejszym mieście w Polsce,
– o ligawkach z Sadownego,
– o Janie Baptyście z Wenecji,
– o tym, kto chodził na ryzę w Kamieńczyku,
– o gwieździe upadłej,
– o tym, czy Kampinos jest w Kampinosie,
– o ruinach pałacu Poniatowskiego w Górze,
– o Upartym Mazurze w Młocku,
– o tym, gdzie darł się po czarnych szczelinach poeta,
– o tym, jaką wieś polubiła Maria Dąbrowska i czemu,
– o nigdy nie zamarzającym źródle w Osiecku,
– o świętym, co ma trzy ucha,
– o tym, co rzekł łoś łosiowi na temat ryb,
– o pięknej Renie, co nago Bug przepłynęła,
– o wsi Daltrozów na ziemi grójeckiej,
– o ogromnym głazie w Zawadach,
– o sposobie fotografowania typów,
– o napoleońskich traktach,
– o okopach i śmiercionośnym gazie nad Rawką,
– o karawakach przy mazowieckich drogach,
– o konwaliach majowych i werblach dzięciołów,
i o wielu jeszcze innych ciekawostkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie ‌graficzne: Andrzej ‌Barecki

Korekta: ‌Bogusława Jędrasik

Zdjęcia: Lechosław ‌Herz ‌

Na obwolucie wykorzystano zdjęcie ‌autorstwa Mirosława „Rafała” ‌Olejnika przedstawiające fragment ‌parku ‌w Arkadii ‌

Copyright ‌© by ‌Lechosław ‌Herz, ‌Warszawa 2012

Copyright © ‌by ‌Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012 ‌

ISBN 978-83-244-0192-5

Wydawnictwo ‌Iskry

ul. Smolna 11 00-375 ‌Warszawa

tel./faks (22) 827-94-15 ‌

e-mail: [email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przyjaciołomz mazowieckich dróg

Od autora

Wzrastałem wśród wzgórz oraz gór małopolskich i tamte krajobrazy były moimi krajobrazami. Na Mazowsze przybyłem ponad pół wieku temu. Nim zrozumiałem nizinność tej krainy, jej całkowitą inność, odrębność, indywidualność, nim nauczyłem się ją czytać i odczuwać, upłynęło sporo czasu. Później jednak z każdym rokiem coraz bardziej zanurzałem się w Mazowszu,i tak już zostało. Całymi garściami czerpałem z tych nizin pośrodku Polski. Odkryłem niezwyczajne bogactwo. Mówiąc o Mazowszu, najczęściej ma się na myśli Warszawę, ale nie ona decyduje o oglądzie Mazowsza, acz na nim wyrosła, jest jego stolicą i żywi się jego sokami.

Przez pół wieku włóczyłem się po drogach i bezdrożach tej niziny, przedzierałem przez leśne gąszcze, zaglądałem za wiejskie opłotki, między parterowe domki małych miasteczek, do dworów i wiejskich kościółków, tropiłem ślady historii i zagłębiałem się w łosiowych matecznikach oraz podglądałem ptaki w gniazdach. Przewracałem stronice starych dokumentów w archiwach i zszywki stuletnich tygodników. Rozmawiałem z ludźmi. Gromadziłem to wszystko, układałem, aż wreszcie zebrał się stosik akuratny, aby złożyć z niego książkę.

Pomieściłem w niej opowieści (eseje? gawędy?) o tym, co najbardziej mnie zafascynowało. To, co najciekawsze, znajduje się zazwyczaj z dala od uczęszczanych dróg i szlaków. A i przy tych popularnych są miejsca, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi, a dla rasowego krajoznawcy one właśnie są solą ziemi.

Krajoznawstwo było ważną dziedziną zainteresowań polskiej inteligencji w czasach zaborów i jeszcze potem w niepodległej Polsce. Pierwsi krajoznawcy wnieśli poważny wkład w znajomość polskiej geografii, przyrody, historii, zabytków i kultury ludowej. Nazwiska wielu, takich jak autor Encyklopedii Staropolskiej Zygmunt Gloger, zapisały się złotymi zgłoskami w historii Polski. Założyciel Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, Aleksander Janowski, spoczywa w alei zasłużonych Polaków na warszawskich Powązkach. Nieopodal jest grób ważnego dla polskiego krajoznawstwa Mieczysława Orłowicza, autora niezliczonych przewodników i publikacji.

W pierwszych latach Peerelu krajoznawstwo połączono z turystyką. Jeszcze przez wiele lat trzymało się nieźle. Na fali polskiego Października dużą rangę zyskał redagowany przez Przemysława Burcharda miesięcznik krajoznawczy „Ziemia”, wydawany w Krakowie w latach 1956-1958, który zgromadził świetnych autorów, pisywali tam Tadeusz Chrzanowski, Marian Kornecki i wielu innych. Tomasz Chludziński i Janusz Żmudziński wskazywali krajoznawcze ścieżki przez Mazowsze, również autorowi tej książki. Z czasem jednak ruch krajoznawczy począł usychać, aż został niemal zupełnie przytłoczony przez rozkwitającą dziś powszechnie turystykę komercyjną.

Mam niekiedy poczucie, iż należę do ostatnich dinozaurów tak dzisiaj niemodnego krajoznawstwa. W epoce, w której zainteresowania czytelników kierowane są ku opisom egzotycznych krajów, dalekich lub bliższych babadagów, takie krajoznawcze opowieści z ziemi mazowieckiej wydają się nie do pogardzenia. Książka ta opowiada o prowincji mazowieckiej, o tym, co znajduje się poza rogatkami Warszawy. Ukazane tutaj wioski i miasteczka, zabytkowe kościoły i pałace ze swoją historią, z ludźmi, którzy żyli w ich cieniu lub swoim życiem dodawali im blasku, znajdują się pośród zadziwiająco bogatej mazowieckiej przyrody, a, jak się zdaje, większość z nas nawet nie podejrzewa Mazowsza o taką przyrodniczą rozpustę. To wspaniała dekoracja do tego, co ten region zawdzięcza człowiekowi.

Nazbyt często lekceważone, Mazowsze zasługuje na bliższą przyjaźń. Umie się za nią odwdzięczyć. Do osób mu przyjaznych prawdziwie uśmiecha się i pokazuje im miejsca wyjątkowe i czułości oczekujące.

Warszawa-Krzywa Góra, 15 lipca 2011 r.

Sielsko, wiejsko, anielsko

W pejzażu polskim przez długie stulecia dominował krajobraz, który uczenie jest zwany krajobrazem kulturowym, to jest taki, w którym dzieła rąk ludzkich są harmonijnie wkomponowane w naturalne środowisko przyrodnicze. Taki, gdzie „umiejętne usytuowanie elementów architektonicznych może prowadzić do znacznego podniesienia walorów krajobrazowych” – pisał w 1980 roku świetny znawca naszego krajobrazu profesor Stefan Kozłowski.

O urodzie polskiego krajobrazu decydowały trzy główne dominanty: dwór, wieś i kościół. Niekiedy wieś zastępowało małe miasteczko, wszystko jednak pozostawało jak u Mikołaja Reja: między panem, wójtem i plebanem. Dzisiaj ten rodzaj pejzażu, zwłaszcza w sąsiedztwie dużych ośrodków miejskich, ulega znacznej degradacji. Miałem możliwość przyjrzenia się okolicom podstołecznym z góry w czasie lotu helikopterem: wrażenie bałaganu urbanistycznego jest miejscami porażające. Szczęściem, nie całkiem i nie wszędzie krajobraz mazowiecki został tak bardzo zniszczony.

Byłoby smętnie w podwarszawskiej ziemi, „gdyby nie wrodzone człowiekowi poczucie piękna, które stara się przyozdobić najuboższą nawet siedzibę, a w najmniej efektowne krajobrazy potrafi tchnąć ducha i cisnąć w nie jasne promienie piękna” – zanotował w roku 1910 Aleksander Janowski, jeden z twórców polskiego krajoznawstwa. To się nadal sprawdza, czasem nawet stosunkowo blisko Warszawy. Na to, co ocalało, winniśmy chuchać i dmuchać, gdyż jest to wartość bezcenna, pierwsza i bodaj najważniejsza wizytówka narodu: sposób „uprawiania” przezeń swojej ziemi ojczystej.

Takich miejsc jest na Mazowszu wiele. Jest jeszcze taki pejzaż w okolicach Popowa Kościelnego nad Bugiem. Już z daleka, z wysokiej skarpy nadbużańskiej, widać kościelną wieżę, naczelny akcent wioski położonej nad rozlewiskami rzeki ogromnej urody. Po jednej stronie wioski zaczynają się lasy Puszczy Białej. Można nimi iść niemal nieprzerwanie ponad sto kilometrów, aż w okolice Broku. Po drugiej rzeka i łąki nadrzeczne, w połowie maja rojące się od rzadkich i chronionych rarytasów ornitologicznych, pełne krzyku rycyków, brodźców, sieweczek, terkotania derkaczy, pokwakiwania krzyżówek, krakw i płaskonosów.

Popowski kościół z czerwonej cegły zbudowano według projektów Józefa Piusa Dziekońskiego na samym początku wieku XX. To jedno z bardziej udanych dzieł tego architekta, twórcy dziesiątków kościołów w Polsce, z zakopiańską farą włącznie, owego „Kraszewskiego architektury sakralnej”, jak się go żartobliwie nazywa. Przed kościołem ogromny plac w centrum wsi przeznaczony dla pielgrzymów, którzy odwiedzali licznie miejsce, w którym według tradycji ukazała się Matka Boska na drzewie gruszy. Dwór jest o dwa kilometry od kościoła. W końcu XIX wieku przebywał tam u Skarżyńskich pisarz Adolf Dygasiński, który miał wielką ochotę zamieszkać w tej okolicy. „Raz osiadłszy, nie ruszyłbym się krokiem ze wsi. A po co? Warszawa wcale mi nie pachnie, użyłem jej dosyć” – pisał w liście do żony.

Lubię błąkać się po okolicy, niespiesznie wyjść na krawędź doliny, odwiedzić jeden z wąwozów na wschód od kościoła, pobłądzić po łąkach, zasiąść na długie minuty nad wodą, pożyczyć łódź od miejscowych gospodarzy, wpłynąć nią na starorzecza bużańskie. To nie jest miejsce „urządzone”, „upiększone”, poszukiwane przez turystów. To jest pejzaż dla znawców.

W niektórych parkach pałacowych, na przykład w mazowieckim Nieborowie, wybiegająca od ogrodowej fasady pałacu oś parkowa, hen ku głębi parku, jest zakończona miejscem zwanym „ach” albo „aha”. Patrząc z oddali, nic nie zapowiada końca alei, więc goście pałacowi, przybywszy w to miejsce, musieli wykrzyknąć: ach! A tam, za granicami parku rozciągał się zazwyczaj sielski anielski pejzaż łąk, pól i zagajów, barwny sylwetkami żeńców latem, kolorami listowia drzew jesiennych, ginący w mgłach wieczoru.

W wielu krajach, zwłaszcza na zachodzie Europy, szczególniej jednak w Stanach Zjednoczonych, zwiedzający niemal zawsze oczekują takiej aranżacji terenu, w której aż się prosi, aby krzyknąć z podziwu: Wonderful! Niemcy wyspecjalizowali się w tego rodzaju zabiegach. Wodospad Kamieńczyk nad Szklarską Porębą, w czasach gdy Karkonosze zwały się Riesengebirge, był przegrodzony deskami, a woda płynęła bokiem. Gdy zbliżyli się zwiedzający, gdy już uiścili opłatę, wtedy deski usuwano, woda rzucała się w dół, wszyscy krzyczeli: Wunderbar! Góry były zresztą wyjątkowo atrakcyjnym terenem do tworzenia takich miejsc przystosowanych do „zwiedzania”. Gorzej z nizinami, przecież jednak i tutaj mnóstwo można uczynić, o czym może się snadnie przekonać każdy, kto wybierze się w podróż bawarską Romantische Strasse.

Na Mazowszu takich wyreżyserowanych miejsc płatnego, najczęściej, oglądania krajobrazu nie ma. Jest natomiast bardzo wiele miejsc takich, gdzie nie można się powstrzymać od tego okrzyku radości. Na przykład gdy się patrzy od zachodu na stojący na wyniesieniu nad Wkrą drewniany kościółek w Królewie, o rodowodzie sięgającym roku 1630, otoczony wiekowymi, wyniosłymi lipami. Nad dopływem Wkry, Raciążnicą, rzeczką raczej niż rzeką, znajduje się Sarbiewo. Raciążnica płynie leniwie w płaskiej, szerokiej dolinie, lecz w okresie wiosennym potrafi wystąpić z brzegów i zalewać okoliczne, wyżej położone pola. Wioskę po raz pierwszy wymieniono w dokumentach z roku 1403. Tu było gniazdo rodzinne Sarbiewskich herbu Prawdzic. Tutaj w roku 1585 przyszedł na świat Maciej Kazimierz Sarbiewski, najznakomitszy ze wszystkich poetów polskich piszących po łacinie. Znał i czuł swoją ojczyznę ten jezuita i nadworny kaznodzieja króla Władysława IV. Czuł i kochał swoje Mazowsze rodzinne. „O pieszczoto macierzystej ziemi” – pisał.

Znam takie miejsce na wschodzie Mazowsza, memu sercu szczególniej bliskie. To dolina Dzięciołka w pobliżu Czaplowizny. Tam właśnie narodził się pomysł utworzenia Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, co, dzięki zachęcie i pomocy wielu szlachetnych ludzi, udało się po dwudziestu latach starań doprowadzić do szczęśliwego końca.

Modne stało się ostatnio nazywanie różnych miejsc magicznymi. Jest jednak prawdą, iż są miejsca, które otacza niezwykła aura. Dolina Dzięciołka pod Czaplowizną do takich miejsc na pewno należy. Ta wąziutka struga o uroczej nazwie w niektóre lata niemal wysycha, a w inne rozlewa się szeroko na łąki od wsi ciągnące się ku południowi i okolone lasem. Krajobraz tej okolicy to przykład pejzażu wyjątkowo harmonijnie ukształtowanego. Jest to również znakomity przykład dobrej architektury krajobrazu. Nad Dzięciołkiem bardzo ładne jest niemal naturalne wkomponowanie elementów antropogenicznych w dziką przyrodę. Powstał w rezultacie krajobraz wiejski o charakterze parkowym i dużych walorach estetycznych. I to pomimo wcale intensywnego użytkowania przez ludzi, łąki są bowiem koszone i wypasane, a lasy je otaczające są eksploatowane. Jest to pejzaż, w którym przybywający tu mieszczuch nieźle może wypocząć, bo czuje się swojsko. Jednocześnie, i to jest najbardziej zadziwiające, doskonale się mają tutaj zwierzęta dziko żyjące w okolicznych lasach.

Dolinka Dzięciołka nie jest łatwo dostępna, a jej krajobraz ma zapamiętałych admiratorów. Powiadomił mnie ostatnio zaprzyjaźniony teatrolog, który raz na kilka lat tam się pojawia, aby smakować tę okolicę, że teraz Dzięciołek jest „elegancko i poglądowo zbobrowany; mijałem chyba sześć tam, jak katarakty na Nilu, żeremia, podgryzki na prawo i lewo. Na którejś z łąk wlazłem na trzy zagapione żurawie, zerwały mi się niemal sprzed nosa. Było wspaniale, choć straszliwie obficie wyroił się owad: komary cięły, mrówki łaziły, meszki dokuczały. Masakra, jak mawia naród”.

Bobrów na Mazowszu nie było przez wiele dziesiątków lat. Od trzydziestu są ponownie i ślady ich działalności widać niemal wszędzie. Zobaczyć zwierzątka jest trudniej, jako że prowadzą zdecydowanie nocny tryb życia. Jednym z największych osiągnięć współczesnej ochrony przyrody w Polsce jest przywrócenie bobrów. W odległej przeszłości arystokracja polska chętnie nosiła kołpaki, czyli czapki z czarnego bobra. Bobrowe futro kosztuje niemało również i dzisiaj: okaz średniej wielkości osiąga cenę przeszło tysiąca dolarów! Dawniej bardzo był poszukiwany strój bobrowy: lepka i gorzkawa wydzielina gruczołów z okolic odbytu, o dużej zawartości ciał aromatycznych. Odpowiednio spreparowana była uniwersalnym lekarstwem, do tego stopnia, że bobra zwano chodzącą apteką. Mięso bobrowe ma doskonały smak. Za szczególny rarytas uważano wątrobę i ogon przerośnięty tkanką tłuszczową. Zabawne, że ten ostatni był uznawany za potrawę postną jako „ogon rybi”, który bóbr „rad miewa w wodzie częstokroć; ten ma smak osobliwy, więc w wierze chrześcijańskiej w post zażyć go może, albowiem część tego ogona stanie za rybę tłustą”. Trzeba też wspomnieć, że bóbr był niegdyś związany z obrzędami religijnymi, na przykład plemiona germańskie składały z niego ofiarę bogom. Zęby powszechnie noszono jako amulety przeciw chorobom.

Pierwszym znanym nam zarządzeniem z dziedziny ochrony przyrody w Polsce był zakaz polowania na bobry wydany przez Bolesława Chrobrego w początku XI wieku. Wszystkie miejsca, w których znajdowała się większa liczba „gonów bobrowych”, były strzeżone przez specjalnie do tego powołanych łowczych. Z rejestru, podanego w roku 1229 przez Jaśka z Makowa mazowieckiemu księciu Konradowi, widać, jak starannie prowadzone były bobrownie, czyli hodowla bobrów na Mazowszu już w XIII wieku, i jak dobierano maść futra przy rozpłodzie. Statut litewski z 1558 r. zabraniał „doorywać pola bliżej od żeremia jak kijem dorzucić, a jeśliby [kto] pod żeremia podorał, a tym bobry wygonił, ma płacić dwanaście rubli, a temu żeremiu dać pokój”. Nad Narwią pod Pułtuskiem była osada czarnych bobrów. Słynęły z obfitości tych zwierząt gony na Mazowszu i Podlasiu. A jednak, mimo takiej ochrony, ich liczba stale się zmniejszała. Na Mazowszu ostatni bóbr został ubity w 1835 r. w majątku Góra nad Narwią. Następne pojawiły się dopiero w roku 1980. Przywiezione z północno-wschodnich kresów Polski zwierzęta osiedlono w Puszczy Kampinoskiej i jeszcze kilku innych miejscach. Bobry dzisiaj są już praktycznie wszędzie, gdzie tylko znajdą dobre warunki do bytowania. Nawet w granicach Warszawy.

BOBROWA ROBOTA

Bobry są wielkimi dobroczyńcami środowiska. Urozmaicają krajobraz, tworząc rozlewiska i jeziorka. Ich tamy hamują spływ wód roztopowych i opadowych oraz erozję gruntów przybrzeżnych, a w terenach podgórskich i wyżynnych tworzą naturalne zbiorniki retencyjne, ograniczając powodzie. Dzięki bobrom jest szansa na podwyższenie obniżającego się systematycznie od wielu lat poziomu wód gruntowych. Prócz tego, a nie jest to rzecz bagatelna, zwierzę to samą swoją obecnością znacznie podnosi wartość emocjonalną terenu.

W dolinie Dzięciołka o szarówce świtu i zmierzchu można czasami dostrzec łosie wędrujące pod lasem. W początkach pachnącego wiosną maja białym i silnie pachnącym kwieciem pokrywają się krzewy czeremchy zwyczajnej rosnące nad strugą i przy drodze. Od wczesnej wiosny do pełni lata otoczenie doliny Dzięciołka zamienia się w królestwo wielkich ptaków. Już przy końcu zimy rozpoczynają się nad łąkami godowe loty kruków. Kruki widuje się przez cały rok. O przedwiośniu o samice walczą samce myszołowów. Czasem o gniazdo staczają boje z krukami, a niekiedy z jastrzębiami. Myszołów lubi wzlatywać wysoko w niebo, bardzo często z piskliwym krzykiem obezwładniającym potencjalne ofiary. Jastrząb jest skryty. Na niebie pojawia się rzadko, chętniej przemyka nisko, nad koronami drzew.

Około południa w dni szczególnie pogodne, wykorzystując korzystne o tej porze dnia prądy powietrzne, często tylko dla samej przyjemności latania, na nieboskłonie pojawiają się wielkie, puszczańskie ptaki, mające gniazda w bliskiej okolicy czarne bociany, kryjące się zazwyczaj po lasach bardzo płochliwe krewniaki pospolitego bociana białego. Te wszystkie zwierzęta są żywymi pomnikami przyrody, wobec których człowiek staje pełen zdumienia i podziwu. Dlatego że istnieją i że są tak wspaniałe. Że są tutaj, tak blisko ludzkich sadyb i szlaków, że ich obecność bardzo wzbogaca ziemię, po której i my stąpamy.

Koło wioski Młock w Ciechanowskiem rośnie potężny dąb zwany Upartym Mazurem. Nie zobaczyć tego drzewa jest grzechem. Dąb ma siedem i pół metra obwodu na wysokości piersi, jego pień jest ogromny, a konary rozpościerają się szeroko i są imponująco rozłożyste. Z kształtu korony Upartego Mazura widać, iż od bardzo dawna rósł w otwartym terenie, że nie musiał wspinać się w górę, ku światłu, a jego gałęzie mogły swobodnie rozrastać się wszerz.

DĄB UPARTY MAZUR Z MŁOCKA KOŁO CIECHANOWA

Bardzo piękną ma nazwę to wspaniałe drzewo. Mieszkańcy Mazowsza zwani byli w przeszłości Mazurami. To właśnie Mazurzy kolonizowali olbrzymie puszcze porastające pełną jezior ziemię pogańskich plemion bałtyjskich Prusów, Galindów, Jaćwingów wyrzynanych przez zamieszkujących miasta i zamki Krzyżaków. Nie od Krzyżaków jednak, lecz od tych twardych, krępej budowy i upartego charakteru Mazurów wzięła potem nową nazwę tamta ziemia położona na północ od Mazowsza.

„Nosił djabeł po świecie wór Mazurów” – w „Dzienniku Warszawskim z 1855 r. pisał nieoceniony Julian Bartosiewicz – „i chcąc ich zbyć, za lada co przedawał; ludzie tylko dla ciekawości różnemi szparami do worka z tyłu zaglądali, tak że owemi dziurkami powoli wypadali Mazurowie, to na Wołyniu, to na Podolu, to w Litwie; owo djabeł nie postrzegł swojej szkody, aż pod Ciechanowem; a tam rozgniewawszy się, uderzył worem o ziemię, z którego ono powyłaziwszy, już tam cale osiedli”. Jednym z nich jest zapewne Uparty Mazur spod Młocka.

Stwierdzał Oskar Kolberg, iż wyrażenie Mazur, a w liczbie mnogiej Mazury lub Mazurzy, czasem zaś Mazurowie, uważane było dawniej za pospolite i prostacze, więc też, gdy chciano wyrazić się delikatniej lub bardziej urzędowo, zastępowano je określeniem: Mazowszanin, Mazowszanie. Byli uważani za krzepkich do roboty, wytrwałych, odpornych na burze i deszcze oraz bitnych. Jak i Litwini, byli uważani za bacznych i ostrożnych, acz mniej od innych przebiegłych. „Namyślają się i ociągają z sądem o rzeczy dość długo, wszakże raz powzięte postanowienie lubią szybko i stanowczo załatwiać. Mniej ruchliwi i uczynni, a bardziej szorstcy w obejściu niż Krakowiacy, są jednak w danych razach równie jak tamci szczodrzy, a w gniewie równie popędliwi (nawet gwałtowni) i do bójki skorzy. Zagon swej po ojcach oddanej im lub odziedziczonej ziemi uprawiając pilnie i skrzętnie, mają też doń przywiązanie” – dodawał Kolberg.

Z Mazurów kpili,i to solidnie, mieszkańcy innych regionów, zwłaszcza Małopolski i Wielkopolski. Potwierdzał to przed ponad wiekiem zmarły w 1871 roku pisarz i wydawca Franciszek Salezy Dmochowski.

Sami bowiem Mazurzy zawsze mieli się za coś lepszego, mówiąc że to Bóg „utworzył ich plemię ze czterech wielkich żywiołów: powietrza, ognia, wody i ziemi, a więc że wysiadywać ich djabeł na jajach (i to nie swoich), nie miał potrzeby ani mocy”.

Ile ma lat ten dąb spod Młocka? Zapewne był już dorodnym młodzieńcem, gdy w roku 1337 kniaź Gedymin pustoszył ze swymi Litwinami nad Łydynią położony gród ciechanowski. Sporo lat od tamtego czasu upłynęło, a Uparty Mazur wciąż trwa i ma się wcale dobrze. Widno, co bardzo jest on upartym Mazurem…

Są takie miejsca na Mazowszu, takie łąki ogromniaste, od horyzontu po horyzont, oprawione w towarzyszące im lasy. I takie wsie są malownicze, wiejskie jak trzeba, z drewnianymi chałupami, ze żwirową drogą pomiędzy opłotkami, z bocianimi gniazdami co kilkadziesiąt metrów. Polne pejzaże z kapliczkami, ukrywającymi świętych strzegących tych pól zbożem malowanych, o urodzaj na nich dbających.

Są miejsca, w których naoddychać się można do woli tym, co w polskim, mazowieckim krajobrazie najlepsze. Niełatwo w dzisiejszych czasach znaleźć sielskie, wiejskie i anielskie pejzaże. Są takie z krowami i wsią w tle, z kwitnącymi już grzybieniami na starorzeczach, z szalejącymi nad wodą rybitwami i z tragankiem, rozchodnikami i macierzanką w murawach nadrzecznych piaszczysk… Są takie miejsca, i to wcale liczne. Trzeba tylko umieć do nich trafić. To ani trochę nie jest trudne, jeśli kierować się będziemy ku nim sercem. Jak Teofil Lenartowicz, a to dobry przewodnik w tych naszych poszukiwaniach. Bardzo dobry. Bo są takie miejsca…

Pola, gdzie żniwa w plony obfite

Stajami świecą, jak dojrzy okiem,

I łąki, wonnym kwieciem pokryte,

Wody, szumiące jasnym potokiem,

Słońce, co złotem gaje powleka,

Pełne uroku jak przyjaźń człeka:

Tam zeszedł błogo życia początek,

Tam jest mój luby rodzinny kątek.

Pod skrzydłem dębu, topoli piórem…

Ziemia niebanalna

Mazowsze, jakiego się nie zna, przecież jest, i to niekiedy bardzo blisko stołecznej Warszawy, oddalone o godzinę jazdy od centrum hałaśliwego miasta, w którym czasem tak trudno jest żyć w środku upalnego lata. W okolicy, o której teraz chcę opowiedzieć, rośnie las niespecjalnie wielki, lecz bardzo ładny, niebanalny, bo wśród lasów mazowieckich dominują bory sosnowe, a ten las tutaj jest liściasty. Pośrodku niego wije się płytka rzeczułka o krystalicznie czystej wodzie, z piaszczystym, miejscami kamienistym dnem, okolona bujną zielenią roślinności. Wokół panuje niczym niemącona cisza. Tylko cichutko szemrze woda, śpiewają tęsknie kosy, gdzieś wysoko, nad lasem, słychać pokrzykiwanie drapieżnego myszołowa zataczającego kręgi w poszukiwaniu zdobyczy. W koronach starych olch ukryte przed ludzkim wzrokiem płaczliwie wołają swoją matkę młode jastrzębie.

Rzeczkę odkryłem już bardzo dawno. Nazywa się Korczunek i jest dopływem Pisi Tucznej, do której wpada w pobliżu niewielkiej wioski Skuły, niemal tuż obok drewnianego kościółka zbudowanego przed trzystu laty, nad którym wznoszą się wiekowe, niemal równe modrzewie. Cała okolica wokół Skuł winna być objęta szczególną pieczą, a plan przestrzenny tej wsi i wiosek okolicznych winien w najwyższym stopniu uwzględniać konieczność zachowania tego pejzażu, rodzaju i gęstości zabudowy, zaś architektura musi być zharmonizowana z otoczeniem; pożądane jest wypracowanie indywidualnej bryły wiejskiego budynku, skomponowanej z krajobrazem tej okolicy.

Drewniany skulski kościółek postawiono w roku 1678. Jest budowlą orientowaną o zrębowej konstrukcji wzmocnionej lisicami, zbudowaną na planie prostokąta staraniem kolatorów: Seweryna Skulskiego i księży misjonarzy od Świętego Krzyża w Warszawie. W latach 1774-1775 dobudowano zakrystię, a ściany wewnątrz obito płótnem. Na nim wymalowana została cenna iluzjonistyczna polichromia przedstawiająca sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Rokokowe ołtarze oraz barokowa ambona i chrzcielnica pochodzą z drugiej połowy wieku XVIII. Dzwonnica jest również drewniana, o słupowej konstrukcji, lecz późniejsza od świątynki, bo z lat 1892-1893.

KOŚCIÓŁEK W SKULACH

Na cmentarzu grzebalnym o kilkaset metrów od kościoła znajdują się groby ośmiu mieszkańców Bartoszówki, Skuł i Petrykoz zamordowanych przez hitlerowców w latach 1943-1944. Po zachodniej stronie cmentarza są pozostałości cmentarzyka prawosławnego; po powstaniu styczniowym w roku 1863 władze carskie w ramach rusyfikacji ziem polskich rozpoczęły akcję osiedlania w Prywislanskim Kraju kolonistów z Rosji, między innymi na terenie Bartoszówki koło Skuł. Ich potomkowie nadal mieszkają w okolicy i od dawna są spolonizowani.

Płyną w okolicy dwie Pisie, jedna jest Gągolina, a druga Tuczna. Rzeczki niewielkie. Obie łączą się poniżej Żyrardowa i tam już płynie ku Bzurze tylko Pisia. Jest już trochę większa, lecz również niewielka. Nazwa rzeczki ma dla nas wesołe brzmienie, nie jest jednak mianem żartobliwym. Podobną nazwę ma rzeka Pisa płynąca od mazurskiego Pisza do Narwi, do której uchodzi przy kurpiowskim skansenie w Nowogrodzie. Nazwa tamtej rzeki pochodzi z języków bałtyjskich: od łotewskiego wyrazu pisa oznaczającego bagno porośnięte małymi brzozami i sosnami lub litewskiego bądź pruskiego pisa, oznaczającego także rzekę o trudno dostępnych, bagiennych brzegach. Koło Białej Podlaskiej leży w podmokłym, nizinnym terenie dawne miasto, dzisiaj wieś o nazwie Piszczac. I ta nazwa ma podobną etymologię. Według Stanisława Rosponda podstawa „pisk-”, „piszcz-” oznacza właśnie teren podmokły i bagienny. Podobne nazwy występowały nie tylko nad Bałtykiem. Warto wiedzieć, że np. w języku serbochorwackim „pistalina” oznacza mokradła.

Pisia Tuczna swoje wody „toczy”, stąd najpewniej jej nazwa, a skąd – Gągolina? Jest niewątpliwie związana z nurkującą dziką kaczką, gągołem. Obecnie jest to ptak rzadki, a na Mazowszu praktycznie nienotowany. Prócz głębokich jezior zamieszkuje także rzeki z czystą wodą, w otoczeniu wysokich lasów, gniazda bowiem zakłada w dziuplach drzewnych nad wodą. Podobnego pochodzenia jest nazwa miejscowości Gogolin na Śląsku, do której „poszła Karolinka” w popularnej śląskiej piosence.

W co najmniej dwóch miejscach Pisia Gągolina przedstawia się nadzwyczajnie. Jedno znajduje się poniżej Radziejowic, zaczyna się nieopodal ośrodka wypoczynkowego w Hamerni. Wąska i wcale bystra rzeczułka fantastycznie tutaj meandruje, rozcinając krawędź wysoczyzny lodowcowej porośniętą przez nader dorodny drzewostan sosnowy, mieszany i liściasty. Przechadzka wzdłuż tej miniaturowej dolinki może zadowolić nawet najbardziej wybrednych znawców krajobrazu. Drugie miejsce znajduje się powyżej Radziejowic, w okolicach Kamionki i Grzegorzewic, gdzie rzeczka płynie w otoczeniu łagodnie pofałdowanych wzgórków morenowych, nawadniając aż trzy kompleksy stawów rybnych, bardzo urodziwych i obfitujących w ptactwo wodne.

Najładniejszy jest kompleks środkowy, otoczony lasem. Przy drodze wiodącej obrzeżem największego ze stawów stoi kapliczka z drewnianą figurą Matki Boskiej, mylnie uważaną za figurę św. Anny, jak głosi napis na kapliczce. Jest to kopia zniszczonej rzeźby osiemnastowiecznej, o charakterze ludowo-barokowym.

Na łąkach nad Pisiami zakwitają kwiaty i w pełni lata brzęczą owady. Jesienią wędruję do pobliskich lasów, do niedalekiego rezerwatu, który jeszcze nie był rezerwatem, gdym był tam po raz pierwszy, urzeczony jego urodą tak bardzo, żem szybko począł zabiegać o to, by rezerwatem został. Wiosną wspaniale prezentuje się tam leśne runo, pełne kwiecia, wśród którego można spotkać kwitnące jak małe, złote słoneczka okazy pełnika europejskiego, florystycznego rarytasu ziemi mazowieckiej, a przedwieczorne koncerty ptaków są niezrównane. Jesienią jest tam najładniej. Wtedy zaczynają żółcić się liście grabów, złocić liście dębów, czerwienić liście buków. Wtedy też najlepiej ocenić urodę tego lasu. Wtedy można zobaczyć ogrom skalskich dębów, gdy listowie otaczającej je leśnej młodzieży już ich nie przesłania.

Potężne dębowe pnie wspinają się wysoko ku niebu, na ponad trzydzieści metrów, strzeliste, „gonne” – jak określają to przyrodnicy, dopiero gdzieś tam, pod chmurami, niosąc swoje korony. To przez ten las płynie Korczunek, nadzwyczaj urodziwy dopływ Pisi Tucznej o wizerunku przeczącym wszystkim stereotypowym obrazom Mazowsza, strumień o czystej wodzie ze żwirowym lub kamienistym dnem, meandruje pośród bardzo naturalnych fragmentów lasu łęgowego z zalegającymi w nim głazami narzutowymi. W Skulskim Lesie również ma swoje źródliska rzeka Utrata; gdy rok bardziej mokry – w samym lesie, a suchszymi latami – pośród łąk i wioski Pieńki Zarębskie na wschód od rezerwatu.

To na wschodzie. Na zachodzie jest inny las, a pod tym lasem rozłożyły się wodne tafle stawów, w pogodne, letnie dni odbijające błękit nieba. Na stawach pokrzykują perkozy, zaś na płyciznach, jak egzotyczne marabuty, stoją na warcie czarne bociany, mające swoje gniazda w lasach okolicznych. Przepływa przez te stawy inna rzeczułka, Pisia Gągolina. Nim dopłynie do Radziejowic, będzie meandrować wśród krzewów i liściastych drzew, wśród mokrych łąk i bagiennych zagajników. Niedawno po raz pierwszy w tej okolicy usłyszałem niosący się znad rzeczki hejnał żurawi, których przez ostatnie kilkadziesiąt lat tutaj nie było. W dolince Pisi Gągoliny znajduje się trzeci rezerwat okolicy, utworzony na stawach Gnojna, ważna w skali regionu ostoja ptaków. Stwierdzono tu występowanie aż stu różnych gatunków ptaków, z czego pięćdziesiąt pięć ma swoje miejsca lęgowe, trzy spośród nich figurują w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt.

Pisia Gągolina nawadnia położone między stawami Gnojna a Skulami stawy grzegorzewickie, największe w okolicy i niezwykle ją urozmaicające. To stawy hodowlane, w których prowadzona jest tradycyjna gospodarka rybacka, i niewątpliwie jest to dodatkowy element wzmacniający atrakcyjność kulturową okolicy. W położonym nad stawami gospodarstwie rybnym dają pyszne, smażone ryby. Kto chce, może sobie je sam złowić. Za stosowną opłatą.

Oto Mazowsze, jakiego się nie zna. Łagodnie pofałdowany teren polodowcowej wysoczyzny, na stokach opadających ku dolinkom rzeczek brzęczą kosy żniwiarzy, terkoce traktor na polnej drodze, w Grzegorzewicach białe bociany z tegorocznego przychówku próbują już swoich skrzydeł na gnieździe. Wśród wyniosłych drzew zabytkowego parku bieleje grzegorzewicki pałacyk, dokąd na wypoczynek zjeżdżali warszawscy adwokaci i gdzie tak miło było usiąść na tarasie, by zaspokoić pragnienie czarną kawą i owocowym sokiem, nim pójdzie się na dalszą przechadzkę, może ku leśnym stawom, na których można spotkać znajome łabędzie.

DWÓR W PETRYKOZACH KOŁO MSZCZONOWA

Zaś nieco dalej na południe, za pasmem zagajników przetykanych łąkami i polami znajdują się Petrykozy ze stupięćdziesięcioletnim dworkiem, w którym frasują się drewniane świątki, pieczołowicie od lat zbierane przez gospodarującego tam, niestety już nieżyjącego, Wojciecha Siemiona, i gdzie obok dworku stoją drewniane wiatraki z rozpostartymi szeroko skrzydłami. Gdy zachodziłem do Petrykoz, on także szeroko rozkładał ramiona na powitanie, niemal zawsze we wzorzystej kamizelce i z fontaziem zawiązanym fantazyjnie u szyi. Wyglądał jak dziedzic z dziada pradziada, on, syn wiejskiego nauczyciela z Krzczonowa na Lubelszczyźnie, człowiek o chłopskiej urodzie. Kto wie, czy nie była to najlepsza rola znakomitego aktora, w którą wkładał moc serca. A serce miał ogromne.

WOJCIECH SIEMION WSRÓD SWOICH ZBIORÓW

Dla swoich gości był gościnny po polsku. Z dumą oprowadzał po dworze, objaśniał swoje zbiory szczegółowo i ze znawstwem. Jego objaśnienia były jak mały teatr, przetykany obszernymi cytatami poezji najwyższego lotu. Pamięć miał fenomenalną. Całą swoją karierę oparł na tej pamięci. Całą karierę podporządkował swojej pasji kolekcjonerstwa, nawet to, że przez długie lata sprzedawał się jako sztandarowa postać polskiego komunizmu. Czy mam mu to za złe? Nie do końca. To temat na osobne rozważania, życie bowiem – jak wiadomo – nie składa się tylko z obrazów czarnych i białych. Są barwy pośrednie.

W dworku zgromadził imponującą kolekcję doskonałych grafik i obrazów, których autorami są pierwszorzędni polscy malarze, z górnej półki, Malczewski, Witkacy, Czapski, Lebenstein, Gielniak. To na parterze. Natomiast w piwnicy stworzył rewelacyjną galerię sztuki ludowej. Nim zaprosił tam gości, pomiędzy ludowymi świątkami ustawiał zapalone świece. Spektakl był urzekający. Wychodziło się stamtąd pod wielkim wrażeniem.

Ostatnim razem, gdy tam byłem, zapadła już noc, sylwetka dworu rysowała się na tle granatowego nieba, okna jarzyły się światłem, nagie, jeszcze bezlistne drzewa wyciągały konary ku płonącej nad Petrykozami wieczornej gwieździe, nie chciało się odjeżdżać, lecz zamknąć ten obraz w dłoniach i przycisnąć do serca.

Na warszawskich Powązkach odwiedziłem jego grób. Spoczywa pośród zasłużonych, marmury, granity, wymyślne kompozycje. To prawda, należało mu się tam miejsce, spoczął pośród dobrego towarzystwa, lecz przecież jego grobek powinien być maleńki, jeno trawą obsiany, tylko z prostym drewnianym krzyżem u głowy i na pewno gdzieś na wiejskim cmentarzu pośród mazowieckich pól i zagajników, najlepiej w Żelechowie koło Nadarzyna, na tym samym cmentarzu, na którym pochowany został Józef Chełmoński. Na pewno obaj mieliby sobie wiele do powiedzenia…

Ukochanym malarzem Siemiona był Chełmoński. Ukochanym poetą – Norwid. Dziesiątki jego wierszy znał na pamięć. Recytował je wspaniale. Opowiadał o nich, komentował. Norwidem żył. Był jego duchowym bratem.

Wieś i niebo – dwa pojęcia,

Które ranny brzask umila,

Były dla mnie, dla dziecięcia,

Jak dwa skrzydła dla motyla.

Wsią i niebem żyłem cały,

O nich skrzydła mi szumiały,

A kłos zloty biorąc z ziemi,

I kłos słońca, promień złoty,

Wierzchołkami złączonemi

W tajemnicze wiłem sploty,

I bujałem nieugięty,

I bujałbym tak na wieki.

Pod Petrykozami najładniej pachnie późne lato, nigdzie na Mazowszu nie pachnie tak jak tutaj. Żaden to park narodowy – choć szkoda – i żaden park krajobrazowy – choć żałować należy. Ot, po prostu, zwyczajne Mazowsze. Mazowsze, jakiego się nie zna.

Bździel z propinacyą na bełchu

Na północ od Warszawy, koło Kazunia i Starych Grochal na wydmowych piaskach rośnie Bór Kazuński i jest to jedyne miejsce, w którym Kampinoski Park Narodowy styka się bezpośrednio z Wisłą. Na rzece w tym miejscu utworzono rezerwat przyrody. Niemal wszędzie wycięto lasy nad naszą polską królową rzek. Las Boru Kazuńskiego dlatego ocalał, że rośnie na piachach. Skoro zaś wydmy, w najpopularniejszym tego słowa znaczeniu, są nieużytkiem, bo nie są terenem zdatnym dla rolnictwa, przeto oddano je w pacht lasowi i ten rósł tutaj przez wieki, to wycinany, to sadzony. Dlatego też, że te wydmy nie były zalewane powodziowymi wodami, nimi poprowadzono bezpieczną dla podróżnych drogę.

To właśnie tędy jechano konno, kolaskami i karetami, z Warszawy do Gdańska. Wtedy, gdy nie wybierano podróży rzeką, oczywiście. Ta droga była bardzo ważną i istniała przez całe wieki. Chociaż dzisiaj prawie już nie ma znaczenia, jest wciąż czytelna i w większej części wyasfaltowana. To właśnie tutaj, obok Starych Grochal, gdzieś koło przysiółka Sady, dochodził do rzeki stary szlak handlowy, z Warszawy prowadzący przez Buraków, Kiełpin, Łomnę, Cząstków i Czosnów, a potem przez Dębinę i skrajem wyższego terenu nad mokradłami Kazuńskich Łąk do istniejącej tutaj przeprawy. Przewóz „przy Zakroczymiu” utrzymywany był przez posesorów, którymi byli psałterzyści warszawscy, legitymujący się „konfirmacyą króla Zygmunta de data Cracoviae feria 6 ante dominicam Iudicam a. 1539 przywileju Bolesława Książęcia marco civi Varsoviensi na ten przewóz danego A.D. 1474”; wg lustracji dóbr królewskich województwa mazowieckiego z roku 1617.

Tutaj zresztą stał również most, zapewne niedługo, zachował się jednak jego wizerunek pochodzący z czasów siedemnastowiecznych najazdów szwedzkich na Polskę, z okresu powszechnie zwanego „potopem”. Na miedziorycie, wykonanym podług rysunku Erica Dahlberga z roku 1657, pomieszczonego w wydanym czterdzieści lat później w Norymberdze dziele Samuela Pufendorfa Histoire du regne de Charles Gustave, wyraźnie widać zabudowania Zakroczymia na wysokim, północnym brzegu Wisły, oraz koryto rzeki, nad którym ten most jest zbudowany. Dostrzec też można błonia nadrzeczne, które i dzisiaj roziągają się pomiędzy rzeką a sośninami Boru Kazuńskiego na wydmach, kryjąc wiele interesujących osobliwości florystycznych. Miedzioryt ukazuje przydrożny, drewniany krzyż na grocholskim brzegu i od krzyża na pierwszym planie, aż po horyzont wszędzie pełno wojska, koni, taborów. To armia Karola Gustawa z terenów puszczy wycofująca się ku Zakroczymiowi.

Pod grodem zakroczymskim koło Modlina stali Szwedzi obozem przez dwa lata, stamtąd czyniąc wypady do wsi wokół puszczy położonych. Rabowali, palili, mordowali, pozostawiali po sobie ruiny i pustkowia. Lustracja z 1661 r. przekazała obraz straszliwy. We wsi Głusk: „Kościół przed woyną szwedzką w tey wsi drzewiany, który nieprzyiaciel spalił”, pobliska Mała Wieś: „funditus przez Nieprzyiaciela spalona, a grunt tey wsi pusto leży”, także i „Młyn na rzece Rostoce z dawna nazwaney w Puszczy (…) przez nieprzyiaciela spalony”, również niedaleka wieś Rybitew uległa zagładzie. To był prawdziwy potop, po którym zostawała tylko pustka. W lasach Puszczy Biskupiej pod Pułtuskiem, zwanych dzisiaj Puszczą Białą, przez prawie wiek tereny po wioskach porastały krzami i lasem, a zarosły do tego stopnia, iż trzeba było zacząć powtórną kolonizację, na surowym korzeniu. Tam kolonizowano teren osadnikami kurpiowskimi z Puszczy Myszynieckiej. Tutaj po kilkudziesięciu latach rozpoczął się okres kolonizacji „olenderskiej” na terenach zalewowych nad Wisłą i w głębi puszczy.

Wróćmy jednak do okresu sprzed szwedzkich najazdów i do lustracji z 1617 roku. Mieszkańcy Grochal jeszcze nie przeczuwali, że ich wieś spalą Szwedzi za pół wieku. Na jej gruntach słabych i piaszczystych – a wtenczas zwano wioskę Grochole, a nie jak dzisiaj Grochale – „na jednej włóce siedzi rybaków nro 13, nie idzie z nich pożytek inszy, jeno robota na wodzie” – zapisano w lustracji. Robota na wodzie nie była byle jaka i trzeba się było do niej przyłożyć. W zamian za zwolnienie z czynszu rybacy grochalscy – zresztą, nie tylko tutejsi – byli zobowiązani do czynienia posług. Więc musieli podejmować się przewozu „w czółniech do Warschewy, do Seroszcza, do Wiszogroda, do Zakroczimia i kędy potrzeba”. W wolnych chwilach pletli maty, którymi otykano zboże na przewożących je szkutach, tak aby nie zawilgotniało w czasie spławu. Gdy szkuty stawały przy brzegu, ciż rybacy musieli powylewać wodę, dokonać fachowego przeglądu statku, „jakoby szkoda w nich nie była”. Aż trudno zrozumieć, kiedy znajdowali czas, by trudnić się rybołówstwem.

Rybacy nie byli jedynymi mieszkańcami Grochal w tym okresie. Zanotowano bowiem w lustracji, co następuje: „Na drugiej włóce siedzą dwa karczmarze za przywilejem od Jana Starszego, książęcia mazowieckiego, de data et actu in Zakroczym in vigilia ss. Simonis et Iudae apostolorum a. 1420”. Stały wtedy na rzece koło Grochal dwa młyny łodne. Natomiast „przy Zakroczymiu jest młynów łodnych na ten czas nro 12. Każdy z nich ma młynarza dziedzicznego”.

Należałoby tutaj wyjaśnić, co to były owe młyny łodne, przez Samuela B. Lindego w jego znakomitym Słowniku języka polskiego nazywane młynami łodźnymi, bo łodźny to łodziany, a łodziany dlatego, że od wyrazu łódź pochodzi. Ich wizerunki można oglądać na namalowanym w 1770 r. obrazie Bernarda Bellotta zwanego Canalettem. Widok ogólny Warszawy od strony Pragi znajduje się w galerii malarstwa polskiego warszawskiego Muzeum Narodowego. Dodać trzeba, iż w tym samym czasie, co młyny przez Canaletta malowane, pływały podobne na paryskiej Sekwanie, a za najstarsze ich wizerunki uznaje się te, które na widokach miast z 1493 r. umieścił w swojej kronice Hartman Schedel.

Polski poeta renesansowy, Sebastian Fabian Klonowic, tworzył w ostatniej ćwierci XVI w. Był człowiekiem uczonym, podobno znajomością Pisma Świętego i greckich autorów nie ustępował Kochanowskiemu, a - jak określił to w latach międzywojnia nasz znakomity literaturoznawca, profesor Ignacy Chrzanowski – „talentu poetyckiego niepodobna mu odmówić”. Klonowic umiał podchwycić drobne rysy życia codziennego i najbardziej nas interesujący jego utwór jest mniej poezją, a więcej wierszowaną książką podróżniczą: Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi. Utwór ujrzał światło dzienne w 1595 roku i jest to rzecz niezwykle interesująca. Szczególnie jeden fragment tego poematu, tyczący się właśnie tej okolicy, koło Grochal i Zakroczymia.

Tu masz Zakroczym, nie uchybić wzroku

Na prawym boku.

Tu bździelów ujrzysz długą procesyją,

Co się na bełchu ze wszystkich stron wiją,

Usłyszysz młyńskich (achcież mnie już na nie)

Kół narzekanie.

Zygmunt Brocki w „Ziemi” z roku 1957 określa utwór Klonowica – po stokroć słusznie – jako swego rodzaju przewodnik krajoznawczy i powieść reportażową, ale też podręcznik fachowy dla flisów zawierający również słownik terminologii flisackiej. Tak więc znajdziemy u Klonowica wyjaśnienie tej dziwnej i dla niektórych – niesłusznie – lekko nieprzyzwoitej jakby nazwy: bździel. Pisze na przykład Klonowic, że ścieżkę flisacką zwać trzeba „trelem, a młyn pobrzeżny na Wiśle… bździelem”.

W 1899 roku w swoją drugą już wędrówkę łodzią w dół biegu Wisły udał się z Warszawy Zygmunt Gloger, a napisany przezeń krajoznawczy reportaż z tej wyprawy dostarczał czytelnikowi jego czasów wiadomości sensacyjnych i niepomiernie egzotycznych. Dla nas dzisiejszych nie przestały być egzotyczne, chociaż oddalone w czasie nabrały wartości już nie krajoznawczego, lecz historycznego reportażu. Wspomina Gloger, iż pierwsze młyny na łodziach widywał w 1875 roku pod Cząstkowem, nieopodal Łomny. Bździele nazywane są u Glogera „pływakami”i wielce zabawne jest, że obyczajność końca XIX wieku nakazała wykropkować tę nazwę, bowiem to, co w czasach Klonowica nikogo nie raziło, stało się nie do przyjęcia w pruderyjnym, mieszczańskim świecie. Tak więc w 1903 roku, gdy cykl glogerowskich reportaży pod tytułem Dolinami rzeka został wydany w formie książkowej nakładem osławionego „Esika z Ostendy”, czyli Ferdynanda Hoesicka – tak przyjemnie złośliwie opisanego przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego – tekst Klonowica, przez Glogera cytowany, wymienia jakieś tajemnicze „b…le”.

Młyny łodne były stawiane podobno już przez starożytnych Rzymian. Ponownie zacytujmy Zygmunta Brockiego: „Jak wynika z wiadomości, zawdzięczanych Prokopowi, żyjącemu na dworze bizantyjskim – młyny pływające miały być «wynalezione» jakoby w 543 r. w czasie oblężenia Rzymu przez Gotów, którzy unieruchomili młyny miejskie, odciąwszy akwedukty. Z konieczności zbudowano wówczas młyny na łodziach, które zakotwiczono na Tybrze”. Toż zupełnie jak w starym przysłowiu: potrzeba matką wynalazków. A może, jak w innym porzekadle: jeśli nawet nie jest prawdziwe, to dobrze wymyślone?

Zatem znamy już znaczenie określenia „bździel” i nie ulega wątpliwości, że jest pochodzenia, co tu ukrywać, aby bardziej naukowo rzecz nazwać: onomatopeicznego. Zaś bełch, cóż bełch znaczy? To również określenie dźwiękonaśladowcze. Jest w Garwolińskiem na Mazowszu struga Bełch w pobliżu Osiecka. Wąska, o dość dużym spadku i kamienistym oraz żwirowym dnie wypływa z mocno wyerodowanej i bardzo malowniczej dolinki, z kilku niewielkich wywierzysk. Rzeczka skacze po głazach i „bełkoce”, płynąc po kamienistym dnie. Bełch to również stara nazwa rzecznego nurtu. Zrozumiałe więc, że bździele trzeba było stawiać na bełchu, gdyż tylko on, bystry, silniejszy, gwarantował lepszą pracę koła młyńskiego.

Stojąc kiedyś nad brzegami Wisły, właśnie tam, obok Grochal, w pobliżu zagród Sadów, gdzie były owe karczmy przy przewozie, za przywilejem mazowieckiego księcia Jana Starszego anno 1420 postawione, rozmarzyłem się, gdy pomyślałem, jak wielki walor historyczny mieć by mogły i jakąż ogromną atrakcją najbliższych okolic Kampinoskiego Parku Narodowego mogłyby być spływy tratwami flisackimi od Kazunia i Modlina po Czerwińsk. Albo też zrekonstruowane i starożytnym sposobem postawione przy historycznej przeprawie karczmy i młyny łodne, zwane bździelami, oczywiście stojące na bełchu i oczywiście koniecznie z propinacją, która – jak napisał to Zygmunt Gloger w Encyklopedii Staropolskiej – „znaczyła szynkowanie, czyli sprzedaż wódki, piwa, miodu, a przytem soli, pokarmów dla ludzi i obroków dla koni”.

Opisanie wycieczki do Wyśmierzyc i Białobrzegów nad Pilicę w upalną sobotę czerwcową

Upalnie. Niebo bezchmurne. Lato na całego. Pisał Jarosław Iwaszkiewicz w Podróżach do Polski, że Pilica jest najładniejszym dopływem Wisły, pełna wdzięku woda, pełna wysp i mielizn, pełna łąk i kęp drzewnych, z mnóstwem białych gęsi na zielonych brzegach.

W gorącym dniu czerwcowym Wyśmierzyce prezentują się jak miasteczko z południa Europy. Podobno to najmniejsze miasto w Polsce. Miejscowość we wczesnym średniowieczu przynależała do rezydujących w Czersku książąt mazowieckich. W roku 1338 książę mazowiecki Trojden I podarował ją benedyktynom płockim. W dokumentach z 1388 roku zapisano jej nazwę: Vyszemerzicze. Profesor Stanisław Rospond przypuszcza, że to od imienia Wyszemir nazwa ta się wzięła. Jak to się stało, że wciąż jest miastem? Encyklopedia PWN powiada, że w 1998 roku miasto miało 870 mieszkańców. Że dawniej była to klasztorna wieś targowa, a prawa miejskie uzyskała przed 1521 rokiem, niektóre źródła wspominają zaś rok 1511. W roku 1870, jak dziesiątki innych polskich miasteczek, ukazem carskim Wyśmierzyce zostały pozbawione praw miejskich. Już wkrótce po odzyskaniu niepodległości, w roku 1922, znów były miastem. Jakim miastem? Zapewne miasteczkiem zamieszkanym w większości przez ludność żydowską i pewnie żył tam jakiś Tewje Mleczarz, który miał same córki i ani jednego syna. W czasie okupacji w roku 1942 roku hitlerowcy zamknęli pięciuset wyśmierzyckich Żydów w getcie, a następnie wywieźli do oddalonych o dziesięć kilometrów Białobrzegów, też do getta. A potem do Treblinki…

Nie spotkałem żadnego pomnika przypominającego wyśmierzyckich Żydów. Jaki do nich mają stosunek dzisiejsi mieszkańcy miasteczka, tego nie wiem. Jak się zdaje, obecni mieszczanie wyśmierzyccy to rolnicy, hodowcy, w obłoconych gumiakach wyprowadzający wygonem krowy na pastwiska. Pewnie część mężczyzn dojeżdża do pracy. Do Radomia? Ale w Radomiu bezrobocie, przemysł dawno splajtował. Więc gdzie? Do Warszawy? Uliczki puste, ani żywej duszy i nikogo nie widać, aby siedział na ganeczkach drewnianych domów w wyśmierzyckim rynku, i bezczynnie stoi zakurzony policyjny polonez przed miejscowym komisariatem. Godzina dziewiąta trzydzieści rano, a cisza jak w czasie sjesty w dalekim El Toboso w kastylijskiej La Manchy.

Rynek jest kwadratowy, jak trzeba. Niegdyś był to ważny element miasta, na którym odbywały się targi, a przecież prawo do targów i jarmarków było przywilejem właśnie miasta. Jak niemal wszędzie w Polsce, teraz rynek jest zmieniony w zieleniec, na nim nieliczne ławeczki, na środku zieleńca samotny pomnik ku czci ofiar wojny. Wokół rynku i przy uliczkach jeszcze wcale wiele drewnianych domów parterowych z ganeczkami przyzbowymi. Lecz nie jest to miasteczko do pokazywania. Bo i cóż tam zobaczy przeciętny odbiorca „produktu turystycznego” (to modne teraz słowo o wyjątkowo wulgarnym dla mnie podtekście). Nawet knajpki nie ma żadnej. Jednakowoż obfotografować można je nieźle i niemało może to fotografowanie sprawić frajdy.

KOŚCIÓŁ W WYŚMIERZYCACH

Z rogów rynku wychodzą ulice wedle wszelkich prawideł średniowiecznych lokacji miejskich. Ku zachodowi wiedzie ulica Zdrojowa, ciekawe dlaczego tak nazwana? Kościół parafialny jest pobudowany na niewielkiej skarpie nad doliną Pilicy. Rzadka sprawa, aby miejski kościół tak organicznie był związany z pejzażem jak ten tutaj. Świątynia jest z XIX wieku. Otynkowana jest na biało, przyjemnie. Chociaż w zasadzie bezstylowa, bardzo ładnie prezentuje się w tej pogodzie. I egzotycznie, budząc wspomnienia wielu dalekich urlopowych wypraw. Oczywiście, jest zamknięta. Obok kilka pozostałości nagrobków, bardziej lapidarium niż cmentarz przykościelny. Fragmenty żeliwnego nagrobka. Szczątki tablicy. Na niej jeszcze dający się odczytać napis: „Tu leżą zwłoki ś.p. Zenona Korwin Krasowskiego dziedzica dóbr Grzmiąca z przyległościami, pełnego cnót obywatela – zmarłego na dniu 4 kwietnia R: 18. Niepocieszona w żalu żo. Symforianna z Sołtyków Krasowska wzniosła ten pomni… prosi czytającego o we… chnienie do Boga… o duszę”.

Całość otoczona jest murkiem, znad niego widok. O takim pejzażu mówi się, że rozległy. Ciągną się łąki w dolinie Pilicy, daleko, daleko, ku lasom na stoku skarpy pod Świdnem. Na łąkach stada krów, konie. Praży słońce. Wieje wietrzyk. Atmosfera urlopowa.

– A to, widzisz, to jest waleriana, po prostu, i tak naprawdę nazywa się kozłek lekarski – objaśniał roślinki towarzyszący mi świetny botanik, Marek.

Nad rzeką, daleko od Wyśmierzyc, już koło Osuchowa rozlatujący się drewniany most. Strach nań wchodzić. Nieopodal kępa topoli. Na horyzoncie, za rzeką, wysokie wieżyce neogotyckiego kościoła w Przybyszewie. To stareńka miejscowość, w średniowieczu przynależała do benedyktynów, jeszcze niedawno słynęła przybyszewskimi ogórkami i cebulą, kilkaset lat ta sława trwała, dlaczego akurat teraz odeszła w przeszłość? Prawa miejskie osada straciła razem z Wyśmierzycami. Już ich nie odzyskała. W podziemiach kościoła spoczął generał Józef Antoni Madaliński, bohater spod Racławic, który ostatnie lata życia spędził jako dzierżawca jednego z sąsiednich majątków. Nad rzeką pasmo szuwarów i trochę wierzb, nieco topoli. Na horyzoncie bocianie gniazda.

Ku Wyśmierzycom powrót ledwo widocznymi wśród traw drogami. Łąki jak step,z wysoką trawą kładąca się na wietrze. Jeszcze nie zaczęły się na dobre sianokosy. Bałem się, że będzie sporo wody, bo deszcze były obfite, szalały powodzie, a rzeki występowały z brzegów, Pilica również. Miejscowi mówią, że dopiero niedawno rzeka „wróciła do koryta”.

Znajoma, która ze mną teraz nie mogła przyjechać, bo tak się jej ułożyło, napisała do mnie, iż żałuje, że jej z nami nie ma. „Tam bowiem przez trzydzieści lat mieszkała moja ciocia, którą bardzo często w różnym składzie rodzinnym odwiedzałam. Nasza wyspa, na którą brat przenosił mnie przez głęboką (dla mnie) wodę, połączyła się zupełnie z lądem, ale roślinność pozostała. Od dobrych dziesiątków lat nie ma już taboru cygańskiego, który pojawiał się regularnie każdej wiosny. Nie ma śladu po samotnej stodole, w której kiedyś z dwoma zaprzyjaźnionymi księżmi umierałam ze strachu w czasie potwornej burzy. Kilkaset metrów od nas, w kościele, moja mama modliła się o nasze ocalenie, nie przypuszczając, że jesteśmy tak blisko. Miałam wtedy dziewięć lat i potwornie bałam się każdej burzy, a cóż dopiero takiej. Nawet pałac w Suchej, dawniej zniszczony przez mieszkające tam liczne bardzo dzieciate rodziny, przeszedł w prywatne ręce, został rozbudowany, ogrodzony, teraz jest pilnie strzeżony. Stracił wiele z dawnego uroku, jak całe Białobrzegi”.

PILICA OKOŁO BIAŁOBRZEGÓW

„W miarę jak tędy jeździłem” – wspominał Iwaszkiewicz – „obserwowałem odradzanie się miasta, odbudowę bardzo zniszczonego kościoła, odbudowę skromnej plebanii. Wreszcie odwiedziłem tę plebanię, kiedy przeniesiono do niej z Iłży księdza Władysława Młodożeńca. Ksiądz Młodożeniec należy do wspanialej dynastii chłopskiej, tak zasłużonej dla polskiej kultury. Jego bratem był Stanisław Młodożeniec, chłopski poeta, jedyny, którego prawdziwie można nazwać szczerym futurystą. Skąd ten futurysta wśród chłopów? Spiritus flat, ubi vult. Bratankiem księdza kanonika jest Jaś Młodożeniec, którego plakaty przysporzyły nam tyle sławy na świecie. Szwagrem księdza jest Władysław Burek, chłopski filozof, autor słynnej Drogi przez wieś, a siostrzeńcem Tomasz Burek, młody, ale zażarty krytyk literacki, i Krzysztof Burek, który dla odmiany pisuje w«Tygodniku Powszechnym», i jest archeologiem. Jest i Marta Burkówna, redaktorka podręczników szkolnych i tłumaczka. Czyż nie ładna rodzinka? Jeśli dodam do tego, że nieboszczka siostra księdza kanonika, Wincentowa Burkowa, była osobą niosącą wysoko sztandar kuchni polskiej (takich obiadów, jakie się u niej jadało, już się nie znajdzie), to ujrzymy, że ta chłopska, bardzo polska rodzina ma w kulturze polskiej zasługi większe niż na przykład królewska dynastia Saska”.

Dokuczał upał w ten dzień czerwcowy. Z przyjaciółmi przysiedliśmy przy stolikach w lodziarni białołobrzeskiej z widokiem na ten kościół, przed który zajeżdżały właśnie auta i wysiadali goście ślubni, a na koniec i para młoda, ona w długiej sukni, on w czymś znacznie elegantszym niż garnitur, wszyscy dostojni, uroczyści, rozradowani, strojni (a że było gorąco, panowie bez marynarek, ale przy krawatach i w kamizelkach od garniturów, bo taka moda teraz na elegancję nastała). Kochana polska prowincja. Wyśmierzyckie łąki, drewniany most w Osuchowie, mogiła Madalińskiego i ogórki w Przybyszewie, Młodożeńcy i Burkowie, ślub w Białobrzegach, i stary most nad Pilicą, za którym sławne zakręty, z rozczuleniem wspominane i przez Iwaskiewicza, i przez towarzyszącego mi Jurka.

Powrót autem wiódł drogami bocznymi, przez morenowe wzgórza, pośród zbóż i sadów, przez Goszczyn i Lewiczyn. Od czasu gdy tamtędy jechałem przed laty, droga popsuła się okropnie i asfalt składa się teraz głównie z dziur, więc jazda wymaga znacznej uwagi, a miast na okolicę patrzeć trzeba na te dziury. Pod Raszynem mój samochód ugrzązł w korku. Jazda dłużyła się nieprzytomnie. Miasto witało mnie niesympatycznie. Jechało się przez nie z wyraźną niechęcią.

Niezwyczajni ludzie w pałacu nad Bugiem

Pałac w Rybienku Starym należy do najświetniejszych budowli epoki klasycyzmu na Mazowszu. Widok od pałacu na krajobraz nad Bugiem był porównywany do widoków nad Loarą, tyle że ten uważano za piękniejszy, bardziej zróżnicowany, a mazowieckie drzewa nad rzeką za bujniejsze i wyższe. Nad Loarą gościli królowie Francji. Tutaj, w Rybienku nad Bugiem polscy władcy nie bywali. Lecz, chociaż nie nosili koron, jakże wspaniali ludzie odwiedzali ten pałac! Jakież nazwiska nosili! Niemal wszyscy zawędrowali na stronice encyklopedii i nawet krótkie ich biogramy wypełniłyby znaczną część tej książki.

PAŁAC W RYBIENKU

Najstarsza wzmianka o wsi Rybienko, należącej do Rybieńskich, pochodzi z 1674 roku. Granicząca z Wyszkowem wieś ma powody, aby szczycić się znajdującym się tutaj pałacem wzniesionym na skarpie nadbużańskiej. Budzi on zachwyt specjalistów, gdyż jest jednym z najlepszych dzieł zbudowanych w stylu klasycystycznym na Mazowszu, lecz o całkowicie indywidualnym, niespotykanym gdzie indziej rysie. Jednak stan obiektu i otaczającego go parku krajobrazowego od lat napawał smutkiem miłośników tego, co piękne i wartościowe. Murowany pałac został wzniesiony około 1785 roku. Przypisuje się go Szymonowi Bogumiłowi Zugowi, Marcinowi Knackfusowi lub Janowi Chrystianowi Kamsetzerowi, lecz hipotezy te jak dotąd nie znalazły potwierdzenia i bezpieczniej jest powiedzieć: autor jest nieznany, a był to architekt dobrej klasy, to pewne.

Atrakcyjnie prezentuje się fasada frontowa, od strony podjazdu z ulicy. Piętrowa budowla ma dwa ryzality po bokach i czterokolumnowy portyk joński zwieńczony trójkątnym szczytem. Po bokach stoją dwie oficyny klasycystyczne, w tym samym czasie wzniesione. Wszystko jest niemal doskonale symetryczne, wyłamują się tylko nieregularnie rozmieszczone kominy. W trzech pomieszczeniach przetrwały wojnę urodziwe dekoracje malarskie z około 1790 roku. Malowidła te są przypisywane Janowi Bogumiłowi Plerschowi lub Franciszkowi Smuglewiczowi. Nie byle jakie to nazwiska.

Pałacowych pokoi z takimi dekoracjami było pierwotnie więcej. „Pokój z Widokami” usytuowany jest na piętrze, zaś na parterze „Salonik Pompejański” słynący z pięknego, pochodzącego z 1880 roku pieca z kafli z manufaktury nieborowskiej, oraz „Sala Błękitna” używana albo jako salon jadalny, albo sala balowa. W katalogach i opracowaniach historyków sztuki można zobaczyć fotografie tych ślicznych wnętrz wykonane przed rokiem 1939.

Pałac zbudowany został dla Jana Stefana Giedroycia, biskupa inflanckiego, potem żmudzkiego. Częste wizyty w Warszawie zmusiły go do posiadania siedziby niedaleko miasta, a wybór padł na Rybienko. Nie tylko blisko, ale również i ładnie.

Jan Stefan Giedroyć na pewno nie był postacią tuzinkową. Pochodził ze starej, ale zubożałej rodziny wywodzącej się rzekomo od Wielkiego Księcia Litewskiego Rowmunda, którego syn Gedrus vel Gedros dał nazwę całemu rodowi pieczętującemu się później herbem Hippocentaurus. Tadeusz W. Jaroszewski i Waldemar Baraniewski w swoich opracowaniach o zabytkowych pałacach i dworach w okolicach Warszawy notowali, iż słynął z gromadzenia tłustych prebend i dbał o stałe powiększanie majątku osobistego. Giedroyciowie od końca XVIII wieku zaczęli używać tytułu książęcego potwierdzonego w następnym stuleciu w Rosji.

Biskup Jan Stefan Giedroyć mimo niewątpliwych zasług dla własnej rodziny nie wzbudza naszego entuzjazmu. Brał wprawdzie czynny udział w życiu politycznym kraju, będąc konsyliarzem Rady Nieustającej, ale reprezentował orientację zdecydowanie prorosyjską. W Petersburgu uważano go za człowieka całkowicie oddanego. Miał podobno piękną powierzchowność i podobał się damom. W opinii współczesnych bardziej dbał o fryzurę niż o Kościół. Później pałac przeszedł w ręce jego spadkobierców i jedynym faktem do zapamiętania jest to, iż jeden z nich, szambelan królewski książę Aleksander, zapadł na chorobę umysłową i otrzymał kuratora.

W roku 1835 właścicielem został August Morzkowski. On i jego druga żona, Laura z Dunin-Wąsowiczów, zasłynęli z nadzwyczajnej gościnności. „W przededniu Nowego Roku poprzez kurzawę śnieżną i zaspy, pokrywające gościńce i leśne drogi” – barwnie opisywał to Henryk Syska – „przekopywały się tu ze wszystkich stron sanie, a przerywane sygnały janczarów dawały znać o sobie daleko. Było wspaniale, ale nie do końca. Wystawny tryb życia zrujnował Morzkowskich, więc majątek musieli sprzedać. Co jednak użyli, to użyli, a przy okazji użyło też sporo z ich gości, a byli to goście, co się zowie: Rybienko stało się ulubionym miejscem spotkań warszawskiej cyganerii. Szczególnie mile byli tu przyjmowani warszawscy literaci: Seweryn Grzegorz Filleborn, Roman Zmorski, Włodzimierz Wolski, Aleksander Niewiarowski, towarzyszył im czasem Cyprian Norwid i bywał z nimi Teofil Lenartowicz”.

W roku 1879 Rybienko kupił Edmund Skarżyński z Popowa dla swego syna Konstantego, ożenionego ze znaną diwą operową, Heleną Herman. Mieli wzięcie młodzi Skarżyńcy! Popowo otrzymał od ojca jego drugi syn, Stanisław, który za żonę pojął był słynną owoczesną piękność, Marię Orsetti. Szybko jednak zaczął się kontredans rodzinny, dobra w Rybienku przechodziły z rąk do rąk, wszystko jednak pozostawało w rodzinie. Gdy w roku 1922 właścicielem został Edmund Skarżyński (to już drugi w Rybienku Skarżyński tego imienia) ze swoją żoną Janiną z Morstinów, musiał się podjąć renowacji pałacu po gościnie bolszewickiej Armii Czerwonej w 1920 roku; pałac był obrabowany, wnętrza zniszczone. Podjęto przedsięwzięcia o charakterze dochodowym. W pałacu powstał modny pensjonat, a na drugim brzegu rzeki w Rybienku Leśnym letniskowe miasto ogród.

Któż w pensjonacie nie bywał! Wspaniali aktorzy, tuzy polskiego teatru i filmu – Elżbieta Barszczewska, Aleksander Zelwerowicz, Aleksander Żabczyński. Znakomici filozofowie – Tadeusz Kotarbiński i Władysław Tatarkiewicz. Jeden z najpopularniejszych artystów malarzy w dziejach Polski – Wojciech Kossak. Wykorzystywano pałac jako naturalną dekorację filmową: Płomienne serca i Janko Muzykant w latach międzywojennych zasłynęły u polskich kinomanów jako wyjątkowej klasy wyciskacze łez.

Rybienko jest związane również z Konstantym Aleksandrem „Kotem” Jeleńskim. Był on jednym z najbardziej oryginalnych polskich intelektualistów ubiegłego wieku, wybitnym publicystą i krytykiem literatury i sztuki, wieloletnim współpracownikiem paryskiej „Kultury”, autorem dziesięciu książek i licznych artykułów publikowanych po polsku, francusku, angielsku, niemiecku i włosku oraz tłumaczem Gombrowicza i Miłosza. Jego matka Rena Jeleńska – pisał Piotr Szarota – w przedwojennej Warszawie znała wszystkich, których znać było warto, od poetów Skamandra po sanacyjnych notabli: Becka i Wieniawę-Długoszowskiego. Ceniono jej błyskotliwą inteligencję i poczucie humoru.

Rena była bardzo piękna i po kobiecemu urocza – wspominał ją Jarosław Iwaszkiewicz. Podobno gdy przyjeżdżała do rodzinnego majątku w Rybienku (urodziła się w „tym” Jedwabnem, a ojcem jej był Henryk Skarżyński), uwielbiała kąpać się nago w Bugu. Kiedyś udało jej się przepłynąć na drugi brzeg, jednak na powrót zabrakło już sił. Weszła więc w szuwary i stamtąd nakazała przechodzącym opodal chłopom, aby natychmiast pobiegli do pałacu i przynieśli jej ubranie. Była to „jedna z najbardziej świetnych kobiet polskich, fine fleur nie tylko towarzyskiej kultury” – notował w roku 1950 Jan Lechoń w swoim nowojorskim dzienniku. Jedyną chyba wielką miłością Reny Jeleńskiej był wybitny dyplomata i polityk, hrabia Carlo Sforza, włoski minister spraw zagranicznych. „Mądry, elegancki, niezłomny” – pisał o nim Klaus Mann. Romans Jeleńskiej był dość głośny, Sforza chciał się żenić – przysłał nawet do Warszawy swego adwokata, który miał pomóc kochance w rozwodzie. Właśnie tej miłości owocem był Konstanty Aleksander Jeleński – zwany w rodzinie Kocikiem. „Wszyscy wiedzieli, że jest synem wielkiego włoskiego dyplomaty, Sforzy, który miał romans z Reną” – wspominał Gustaw Herling-Grudziński.

Park przetrzymał kolejne fazy historii – pisał Wojciech Karpiński w „Zeszytach Literackich”, wspominając swoje już po wojnie odwiedziny Rybienka. – Za domem park opada skarpą ku Bugowi. Widok rzeczywiście podobny do tego nad Loarą, gdzie Kot spędzał część lata, lecz piękniejszy, bardziej zróżnicowany, drzewa bujniejsze i wyższe. Ślad nie został z tarasu od strony rzeki. Stały tam niegdyś kamienne wazy. Po deszczu zostawała w nich woda. Kot opowiadał, jak kiedyś, miał wtedy lat kilkanaście, włożył rękę do jednej z tych waz, zanurzył ją w chłodnej wodzie i pomyślał sobie: „Zapamiętaj ten moment, wspomnij tę chwilę, siebie teraz za lat dziesięć, piętnaście, dwadzieścia”. Mówił mi, że wówczas uprzytomnił sobie narastanie czasu, zmienny charakter życia. Za lat dziesięć czy piętnaście może i nie pomyślał o tamtej chwili, waz już może nie było, dom nie należał do rodziny, ale uwrażliwienie na zmienność egzystencji zostało. Wojciech Karpiński z Rybienka to właśnie zapamiętał: w cieniu parku cień chłopca, który rankiem, po deszczu, wkłada rękę do chłodnej wody w kamiennej wazie, szuka wierności i sensu przeżycia.

Wszystko, co najgorsze, zaczęło się dla Rybienka w 1940 roku, gdy w pałacu zamieszkali Niemcy, nakazując jego opuszczenie właścicielom. Wrócili na krótko, po raz wtóry bowiem musieli opuścić swój majątek, gdy w roku 1945 zostali wywłaszczeni i Rybienko przeszło na własność państwa. Od tej pory pałac podupadał. Już w roku 1944 w czasie działań wojennych został uszkodzony: spłonął dach. Potem pałac przejęło Ministerstwo Zdrowia. Mimo dwukrotnie podjętej konserwacji sporo złego tam się działo, aż wreszcie obiekt zdewastowano kompletnie.

Byłem tam ostatnio latem 2011 roku, zdaje się, że zabytkowemu pałacowi dziać się zaczęło lepiej.

Letniskowy Liwiec

Tak jak Świder, tak i Liwiec jest rzeką będącą synonimem podwarszawskiego wypoczynku. Któż nad jego brzegi nie przyjeżdżał na letnisko! Liwiec jest lewobrzeżnym dopływem Bugu. Wypływa w okolicach Łosic, płynie w pobliżu Siedlec i obok Liwu oraz Węgrowa, a po niemal stu dwudziestu kilometrach uchodzi do Bugu nieopodal Wyszkowa. Nazwa pochodzi od wierzby iwy, gwarowo zwanej liwą. Dawna nazwa rzeki tak właśnie brzmiała – Iwiec. Jeśli tak, może więc warto o przedwiośniu nad brzegami rzeki poszukać wzrokiem krzewów iwy, na których bezlistnych jeszcze gałązkach masowo pojawiają się srebrzyste kotki. Gałązki iwy często są sprzedawane w miastach jako pierwsze zwiastuny wiosny.

MAZOWIECKIE PRZEDWIOŚNIE

Dolny odcinek Liwca, od Urli po Kamieńczyk, od wielu lat cieszy się renomą rzeki doskonale zdatnej do celów rekreacyjnych. Koryto rzeki jest tutaj płytkie, dno piaszczyste, brzegi albo niskie z przyjemnymi plażami, albo tworzące niewielkie urwiste klify. Nad rzeką zagajniki, nieco dalej od niej lasy. Z Warszawy stosunkowo blisko. Czegóż więcej trzeba do szczęścia?

Wielka kariera nadliwieckich letnisk zaczęła się na dobre po odzyskaniu niepodległości. Wkrótce potem z wdzięczności za dokonania w muzyce i polityce ofiarowano Ignacemu Paderewskiemu pobudowany jeszcze w 1910 roku pałacyk w Julinie na wschodnim brzegu rzeki. Pałacyk nadal stoi, a legenda Paderewskiego jest tu wciąż żywa, chociaż nie ma pewności, czy on sam był nad Liwcem. Niedaleko od Julina uwił przed wielu laty swoje gniazdo w Gniazdowie wspaniały rysownik, znawca militariów i gawędziarz nie byle jaki – Szymon Kobyliński. Niestety, od roku 2001 już nie żyje. Wiele wszyscy straciliśmy wraz z jego śmiercią.

Dzisiaj nad brzegami rzeki i w dalszej od nich odległości, w pogodne weekendy i latem, zaludniają się bardzo tutaj liczne domki, domy i wille letniskowe w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Tu i tam pozostały jeszcze domy stałych mieszkańców tych wiosek, tyle że nikną pośród masy domów letniskowych.

W roku 1930 na łamach krajoznawczego czasopisma „Ziemia” z zachwytem opisywał urodę nadliwieckiej Koszelanki Tadeusz Cieślewski (syn). Rosły wtedy nad rzeką „stare bory sosnowe, gęsto przetykane grabami i dębami, pełne tajemniczych jeziorek, podszyte jałowcem i paprocią, usłane mchami i borówkami. Wąskim tylko pasem złociły się pola i kwieciły łąki, obrzeżone piachami, dźwiganymi to tu, to ówdzie przez szeroko rozlany Liwiec. Koszelanka była samodzielnym, odciętym od świata zakątkiem”.

Nadliwie, nim powstało w nim letnisko, zwało się Strachowskimi Górami. Powstało w latach międzywojennych. „Już z dawna w gronie kolegów po kole, na Dynasach, kiełkowała myśl zakupienia «piasków i lasków» na jakieś zbiorowe letnisko”, pisał współzałożyciel letniska, Jan Rudnicki. Postawiono kilkanaście domków, wybudowano kort tenisowy i obsadzono dębami drogę ku rzece. Nazwa Nadliwie nawiązywała do Zaliwia położonego po drugiej stronie Urli. Letnisko miało swoich stałych gości. Przed drugą wojną światową, a i potem, gdy wojna się skończyła, na okres letni przyjeżdżał do Nadliwia Melchior Wańkowicz, znakomity publicysta, niezrównany autor reportaży i gawęd, jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury.

Do Nadliwia Wańkowicz przyjeżdżał z żoną, a po jej śmierci z gospodynią, panią Martą, jedną z bohaterek Ziela na kraterze, oraz z sekretarką. Położony na wydmowym zboczu dom, gdzie zamieszkiwał, „otulony szczelnie zielonością, piętrowy, z akacjami zaglądającymi do okien, nosił ślady dawnej urody i dbałości (…). Po śniadaniu zaczynała się praca.

0 jedenastej słychać było pogwizdywanie listonosza, który przyjeżdżał na rowerze: – Panie Wańkowicz, ja w życiu tyle listów nikomu nie woziłem, pan musi być ważny facet” – notowała Aleksandra Ziółkowska w swojej książeczce Blisko Wańkowicza.

W Nadliwiu mieszkał i tworzył Stanisław Grochowiak, ceniony poeta, prozaik i dramatopisarz, w którego utworach – jak to określał Janusz Maciejewski – realizm szczegółów, nieunikający ukazywania brutalnych i odrażających stron życia, zespalał się z problematyką eschatologiczną i psychologiczną. Dom stoi nadal i znajdowała się w nim galeria obrazów Marii Sołtyk, towarzyszki życia poety. Dawno tam nie byłem. Jest jeszcze?

Halin swoją karierę letniskową również w tym samym czasie rozpoczął. W niewielkim miejscowym majątku prowadzono wykwintny pensjonat. W Halinie znajduje się kilka miejsc, które powinno się poznać. W starym i zdziczałym dzisiaj parku krajobrazowym, częściowo o charakterze parku leśnego, rosną dorodne: lipy, graby, wiązy, klony, modrzewie i sosny, a w warstwie krzewów – kruszyna, leszczyna, lilak, śnieguliczka, złotokap. Jest zabytkowa aleja jesionowa prowadząca w stronę Liwca i siedem drzew uznanych za pomniki przyrody, a wśród nich: trzy dęby szypułkowe, buk pospolity, brzoza brodawkowata, klon srebrzysty i świerk pospolity. Na tyłach parku znajduje się „wciśnięty w zieleń, typowy polski dworek: biały, drewniany, na podmurowaniu, z dachem naczółkowym nakrytym czerwoną dachówką, z tradycyjnymi kolumienkami, które wspierają ganek opleciony winoroślą. Wokół rozciąga się zadbany ogród, a tujowa aleja prowadzi ku szosie. Jest to także pozostałość dawnego majątku, dziś tylko kilka hektarów. Dworek wiąże się z romantyczną historią. Przed pierwszą wojną światową wybudował go carski generał dla swojej ukochanej, tworząc przytulne gniazdko, gdzie miłość mogła skryć się od świata. Dworek przechodził w różne ręce. W roku 1926 zakupił go wyższy urzędnik ministerialny, a po dalszych trzydziestu nabyła go rodzina Hagmajerów z Warszawy” – zanotował świetny mazowiecki krajoznawca Adam Czarnowski w roku 1997.

Majątek w Halinie od roku 1953 był własnością Stowarzyszenia PAX, obecnie Civitas Christiana. Dzisiaj mieści się tutaj całoroczny pensjonat, a latem jego część służy koloniom dla dzieci. Na północ od Halina jest Świniotop, który swoją nazwę (ta Świniotop, do tej Świniotopi – mówią miejscowi i bywalcy) zawdzięcza podobno temu, że piach jest tam tak okrutny, iż świnie się w nim dawniej topiły. Dzisiaj w kurzu piachów okolicy toną samochody letników. Jest tu też kwatera agroturystyczna, konie pod wierzch i jeszcze kilka innych tego rodzaju atrakcji. Na wyspie na Liwcu obok wsi odbywają się spotkania rajdowe studenterii warszawskiej.

Bliżej Halina znajduje się Loreto z dużą kaplicą oraz klasztor z roku 1969, centrum formacyjne założonego w Warszawie w roku 1920 Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej; zadaniem zakonu jest niesienie pomocy ubogim i sierotom oraz szerzenie kultu Matki Boskiej Loretańskiej. W roku 1928 sługa boży ksiądz Ignacy Kłopotowski, warszawski proboszcz, opiekun ubogich, redaktor i wydawca czasopism katolickich, założyciel tegoż zgromadzenia, zakupił liczące sto trzydzieści hektarów dobra dziedzica Antoniego Ziatkowskiego. W czerwcu 1928 roku przyjechały pierwsze siostry zakonne.

Nazwa klasztorku nad Liwcem nawiązuje do słynnego włoskiego sanktuarium koło Ankony. Tam to znajduje się otoczony wielką czcią, z Ziemi Świętej przywieziony przez krzyżowców w roku 1294, Święty Domek. Jego ściany pochodzą według tradycji z Nazaretu. W nim archanioł Gabriel zwiastował Maryi Pannie narodzenie Syna Bożego. Domek ten postawiony został pośród laurowego lasu i on to dał miejscowości nazwę Loreto. We wspaniałej bazylice umieszczono w ołtarzu wyrzeźbioną z drewna cedrowego figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Jej kopia w nadliwieckim Loreto została umieszczona na ołtarzu nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku; było to tej samej, śnieżnej i mroźnej nocy, gdy generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny, a setki działaczy „Solidarności” aresztowano właśnie w ich mieszkaniach.