41,00 zł
Ta powieść to jawna prowokacja, bezkompromisowy atak na narodowe mity Portugalczyków wykorzystywane i uświęcone przez propagandę salazarowskiej dyktatury. Autor bierze pod lupę historię Portugalii, obnaża jej imperialną wielkomocarstwowość, zaangażowanie w krwawe wojny i handel niewolnikami — wszystko, co czyniono w imię Boga i Wielkości Ojczyzny.
Opowieść rozpoczyna się w 1975 roku, kiedy upada zamorska potęga Portugalii. Do Lizbony karawelami i samolotami wracają retornados, czyli koloniści, a wraz z nimi... legendarni odkrywcy i misjonarze. W barokowo-groteskowym świecie wykreowanym przez Antunesa 400 lat historii skupia się w jednej chwili: karawele cumują obok tankowców, a targi niewolników sąsiadują ze sklepami wolnocłowymi. Przeszłość spotyka teraźniejszość w najbardziej nikczemnym i obrzydliwym wymiarze. Wielcy bohaterowie narodowi schodzą z kart podręczników: Vasco da Gama jest nieuleczalnym hazardzistą, a król Sebastian to żałosna karykatura ginąca na ciemnej ulicy.
Wymieszanie czasów, postaci i narracji historycznych tworzy pozorny chaos, z którego wyłania się obraz Portugalii odartej z iluzji wielkości, zanurzonej w moralnej zgniliźnie. Jego sugestywność sprawia, że czytelnicy Karawel już zawsze będą patrzeć na lizboński pomnik odkrywców oczami Antunesa.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 256
Tytuł oryginału:As Naus
Copyright © António Lobo Antunes, 1988 For the Polish edition Copyright © Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2026 For the Polish translation Copyright © Wojciech Charchalis, 2026
ISBN 978-83-8403-073-8
Wydanie II
Poprzednie wydanie w tłumaczeniu Anny Kalewskiej ukazało się, pod tytułem Karawele wracają, nakładem Wydawnictwa W.A.B.
Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk
Opracowanie redakcyjneLidia Kośka
KorektaBeata Wyrzykowska
Projekt okładkiUrszula Gireń
Na okładce wykorzystano Traditional Portuguese glazed tiles/Envato Tile tableau/Tegelbakkerij aan de Delftschevaart, c. 1700 - c. 1725/Rijksmuseum
Skład i łamaniePLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Sztucznie powołane do życia wspólnoty wyobrażone muszą opierać się na jakiejś jednoczącej je opowieści, na historii wyjaśniającej sens wspólnoty i potrzebę jej trwania. Każda więc taka formalna wspólnota: naród, państwo, federacja, imperium, sekta czy religia, musi mieć jakiś mit założycielski, posiadać zespół scalających ją wierzeń i symboli. Słowa te są czystym truizmem, lecz stanowią punkt wyjścia do stwierdzenia, że wszelka walka pomiędzy takimi bytami, obalanie starego porządku na rzecz nowego, zawsze musi przejść przez etap niszczenia – desakralizowania – świętej opowieści antagonistycznego organizmu. I takim atakiem na świętości jest powieść Antónia Lobo Antunesa Karawele.
Książka ta rozprawia się z narodowymi mitami Portugalczyków, po części stworzonymi i zdecydowanie szeroko wykorzystywanymi przez narodowo-katolicką propagandę salazarowskiej dyktatury. Jak każdy mit polityczny, mity wykorzystywane w okresie salazaryzmu również sięgają korzeniami do wydarzeń prawdziwych, jednak ich propagandowe zastosowanie i uświęcenie sprawiają, że z rzeczywistością znajdującą się u ich zarania mają cokolwiek luźny związek. Mity, jak to mity, żyją swoim własnym życiem, nie bacząc na to, co powołało je do życia, lecz na to, jakie mogą przynieść korzyści głoszącym je ludziom.
Istnieją cztery ważne okresy kształtowania się portugalskiej tożsamości i państwowości i każdy z nich został oparty na jakiejś opowieści, ostatecznie przekształconej w mit. W gruncie rzeczy mity te sprowadzają się jednak do chrześcijańskiej tożsamości, rywalizacji z islamem i Hiszpanią oraz do podbojów kolonialnych lub tkwią w nich korzeniami. Pierwszym okresem jest czas tworzenia królestwa Portugalii w XII wieku w opozycji do królestwa Leonu i do islamu, dominującego w południowej części dzisiejszej Portugalii. W tym okresie najistotniejszą podbudową ideologiczną tworzonego państwa była religia chrześcijańska i rzekomy cud pod Ourique – Chrystus osobiście miał się tam objawić księciu Alfonsowi w noc poprzedzającą bitwę i zapowiedzieć mu zwycięstwo. Po zwycięskiej bitwie Alfons zawierzył się Chrystusowi i proklamował niezależność od Leonu, będącego podówczas suwerenem księstwa – wcześniej zaś hrabstwa – Portugalii. Rywalizacja pomiędzy nowym królestwem a królestwem Leonu, potem zaś Kastylii i Leonu, trwała z górą dwieście pięćdziesiąt lat i została ostatecznie rozstrzygnięta zwycięską bitwą pod Aljubarrotą w 1385 roku, podczas której na czele wojsk stanął Nuno Álvares Pereira, postać barwna i ważna w panteonie portugalskich bohaterów narodowych.
Drugim okresem istotnym dla kształtowania się tożsamości i imaginarium narodowego Portugalii są lata od 1580 do 1640 – czyli okres tzw. Unii Iberyjskiej, wraz z wydarzeniami, które doprowadziły do powstania tejże unii. Oto król Sebastian, nieletni – został królem w wieku trzech lat – w imieniu którego władzę sprawował stryj kardynał (konkretnie brat dziadka), odebrał bardzo ortodoksyjne katolickie wychowanie. Żar religijny, który został w nim rozniecony i był podsycany przez coraz bardziej wpływowych jezuitów, oraz ogromna władza i bogactwo płynące z opodatkowania handlu morskiego z Azją, Afryką i Ameryką rozpalały ambicje i wyobraźnię młodego króla. Postanowił zatem w 1578 roku – mimo licznych i mocnych głosów sprzeciwu – zebrać ogromną armię i udać się do północnej Afryki, aby podbić niewiernych i zaprowadzić tam chrześcijańskie porządki pod swoim zwierzchnictwem. Nieszczęśliwie niedoświadczony król doprowadził zamysł wyprawy do końca, nieszczęśliwie, gdyż jak się okazało, jego entuzjazm nie wystarczył, by pobić Maurów. Armia została zdziesiątkowana pod Alcácer Quibir (Al-Kasr al-Kabir), sam zaś król zaginął bez wieści. Nie było świadków jego śmierci, uznano więc, że król z całą pewnością żyje i powróci, gdy tylko nadarzy się sposobna chwila. Nie było świadków jego śmierci, ponieważ kodeks rycerski tamtych czasów zmuszał wasala do obrony swego suwerena, jeśli więc suweren nie żył, a wasal tak, to znaczy, że wasal nie wypełnił swoich obowiązków. Nie czekał na powrót lekkomyślnego władcy Filip II, król sąsiedniej Hiszpanii, któremu korona Portugalii należała się w spadku po kądzieli, zresztą nie tylko jako scheda po matce, bowiem Sebastian był jego siostrzeńcem, zaś żona siostrą matki Sebastiana. Szlachta portugalska nie ociągała się zbytnio z przekazaniem mu korony, z zastrzeżeniem wszelako, że łącząca Hiszpanię z Portugalią unia będzie miała charakter wyłącznie personalny. Korzystnie więc dla portugalskich możnowładców Portugalia zachowała oddzielny skarb i armię, arystokracja zaś otrzymała możliwość piastowania urzędów na madryckim dworze. Unia przetrwała do 1640 roku, kiedy to kolejny władca na madryckim i lizbońskim tronie postanowił użyć wojsk portugalskich do tłumienia powstania w Katalonii oraz skarbu portugalskiego do finansowania wojny w Niderlandach. Tego było możnym portugalskim za wiele, odżyły więc – podsycane przez wywrotową propagandę – rojenia o powrocie zaginionego w Maroku króla Sebastiana, wyczekiwanego w popularnych mistycznych wierszach kleconych przez niejakiego Bandarrę, szewca, poetę i mistyka, a prawdopodobnie żydowskiego przechrztę, pozostającego pod wpływem kabały. Mit zbawiciela, w który wcielony został zaginiony król Sebastian, tak wielki wywarł wpływ na społeczny ruch antyhiszpański i tak mocno zakorzenił się w kulturze Portugalii, że pozostaje żywy po dziś dzień, nie tylko w Portugalii, ale też w Brazylii – o czym można się przekonać, czytając np. Wojnę końca świata Maria Vargasa Llosy czy Przesłanie Fernanda Pessoi oraz właśnie Karawele Antunesa.
Trzeci wielki okres formowania idei narodu portugalskiego nastąpił w okresie romantyzmu za sprawą poety, polityka i dyplomaty Almeidy Garretta. Autor ten niemal w pojedynkę stworzył portugalski romantyzm i portugalski teatr narodowy, a dwa z jego najważniejszych utworów nawiązują właśnie do czasów króla Sebastiana i Unii Iberyjskiej. Są to poemat Camões, sławiący wielkiego portugalskiego żołnierza-poetę, oraz sebastianistyczna i patriotyczna sztuka teatralna Frei Luís de Sousa. Można powiedzieć, że dzieła Garretta wpłynęły wydatnie na budowę nowoczesnego społeczeństwa portugalskiego. Stworzone w tych utworach przez autora imaginarium narodowe, powstałe na fali wolnościowej filozofii romantyzmu i opłakiwania wielkości Portugalii po utracie Brazylii w 1822 roku, znalazło naśladowców w okresie salazarowskiej narodowo-katolickiej dyktatury.
Salazar – czwarty okres – tworzył swoje Nowe Państwo, opierając się na katolicyzmie oraz na idei odbudowy rzekomego imperium kolonialnego. Oczywiście musimy pamiętać, że Portugalia nigdy wcześniej nie była imperium kolonialnym, miała faktorie zamorskie i niewielkie posiadłości na terenach przybrzeżnych w Azji, Afryce i Ameryce, niemniej o żadnym imperium nie może być mowy, choćby z braku ludzi, którzy mogliby to imperium zbudować. W tytulaturze portugalskiego króla przez wieki eksponowano, że jest on przede wszystkim „królem handlu”, i to była jego zasadnicza siła. António Ferro, dyrektor sekretariatu propagandy w salazarowskim rządzie – nota bene poeta współtworzący m.in. z Fernandem Pessoą słynną futurystyczną grupę literacką zrzeszoną wokół pisma „Orfeu” – zbudował mit wielkiej Portugalii, z całą przypisaną jej symboliką. To on jest odpowiedzialny za to, że do dziś na całym świecie mówi się o istniejącym kilkaset lat imperium Portugalii czy o tzw. odkryciach geograficznych w XV i XVI wieku, podczas gdy idee te, wraz z opisującymi je terminami, zostały ukute właśnie w sekretariacie propagandy w latach trzydziestych XX wieku. W celu dopełnienia obrazu dodam tylko, że imperium portugalskie rzeczywiście formalnie istniało – pod nazwą Portugalskie Imperium Kolonialne – lecz jedynie w okresie 1933–1951, a zatem za czasów ocierającego się o faszyzm najbardziej ortodoksyjnego salazaryzmu.
Budując Nowe Państwo, Salazar tworzył mit wielkiej Portugalii katolickiej i kolonialnej. Maszyna propagandowa tłoczyła w głowy obywateli państwowotwórczą papkę przez kilkadziesiąt lat – początkowo nawołując do kolonizacji „ogrodów południa”, a następnie, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, walcząc o utrzymanie zamorskich posiadłości w obliczu nakłaniających do dekolonizacji nacisków ONZ i USA oraz buntujących się kolonii wspieranych przez ZSRR i jej satelitów. W związku z tym za czasów salazarowskich duma z bycia Portugalczykiem i patriotą musiała obejmować całe spektrum portugalskich bohaterów tworzących państwo portugalskie w walce z Hiszpanami od XII do XVII wieku: Alfonsa I, dom Pedra, króla Jana I, Nuna Álvaresa Pereirę, zwycięzcę spod Aljubarroty, szewca i poetę Bandarrę itd., ale przede wszystkim wielkich żeglarzy, odkrywców i misjonarzy: Dioga Cão, Henryka Żeglarza, Ferdynanda Magellana, św. Franciszka Ksawerego, Vasca da Gamę, Pedra Álvaresa Cabrala, Tristão da Cunha itd. Nie bez znaczenia pozostawał także mit sebastianizmu i głoszony od XVII wieku, a stworzony przez księdza, dyplomatę, misjonarza i jednego z największych stylistów języka portugalskiego Antónia Vieirę mit piątego imperium, którym po Grecji, Rzymie, chrześcijaństwie i Europie kiedyś zostanie Portugalia. Mity te: sebastianizm i piąte imperium, zostały rozpropagowane za czasów dyktatury m.in. dzięki powstaniu i publikacji poematu Przesłanie Fernanda Pessoi, do czego zresztą doszło również za sprawą zabiegów wspomnianego już dyrektora sekretariatu propagandy Antónia Ferro.
Wszystkie te wielkie postaci odkrywców i misjonarzy na życzenie Salazara i jego ministerstwa propagandy uwieczniono na pomniku odkrywców, który do dzisiaj stoi dumnie – wraz z figurą Chrystusa po drugiej stronie Tagu – przed panteonem narodowym, mieszczącym się w pobliskim Klasztorze Hieronimitów, z ikoniczną wieżą Belém tuż obok. Nawiasem mówiąc, figurę Chrystusa i pomnik odkrywców łączy wielki charakterystyczny most, dawniej zwany Mostem Salazara, a obecnie 25 Kwietnia na cześć rewolucji, która obaliła salazaryzm. Jeszcze dziś każdy Portugalczyk stojący w tamtym miejscu, w tej świątyni portugalskiego imperializmu i nacjonalizmu, z wielką mapą podbojów pod nogami z pewnością odczuwa przyjemny dreszczyk własnej narodowej wielkości. Jest to zresztą symboliczne miejsce rozpoczynania wszelkich wypraw zamorskich – wspomina o tym również Antunes w pierwszym rozdziale Karawel – bowiem rzekomo stamtąd właśnie wypłynął Vasco da Gama w podróż do Indii, w każdym razie tak przedstawia to Camões w swoich Luzyjadach, jest więc to miejsce symbolicznym zaczynem imperium.
Po tryumfie Rewolucji Goździków 25 kwietnia 1975 roku i nakazanej przez nowy rząd dekolonizacji kolejne zamorskie prowincje Portugalii proklamowały niepodległość: Mozambik 25 czerwca 1975 roku, Wyspy Zielonego Przylądka 5 lipca 1975 roku, Wyspy Świętego Tomasza i Książęca 12 lipca 1975 roku, Angola 11 listopada 1975 roku; Gwinea Bissau ogłosiła niepodległość wcześniej, bo już w 1973 roku, Timor Wschodni zaś nie zdążył proklamować niepodległości, bowiem 7 grudnia 1975 roku, w przeddzień uroczystości, już po opuszczeniu kraju przez Portugalczyków, został najechany przez Indonezję. W związku z tymi wydarzeniami na przełomie 1974 i 1975 roku niemal milion ludzi musiało opuścić terytoria nowo tworzących się afrykańskich państw. Część z nich osiedliła się w Rodezji i RPA, część wyemigrowała do krajów trzecich, takich jak USA czy Wenezuela, niemniej znakomita większość uchodźców trafiła, co oczywiste, do Portugalii.
Choć zorganizowano dla nich specjalny most powietrzny i morski, Portugalia absolutnie nie była przygotowana na najazd takiej masy ludzi. Owi retornados, czyli powracający, jak ich nazywano, z dnia na dzień zalali Lizbonę. Wielu z nich korzystało z pomocy rodzin, wszak kolonizacja na dobre rozpoczęła się w latach trzydziestych XX wieku i trwała intensywnie do końca lat sześćdziesiątych, zatem więzy z metropolią zwykle nie zostały zerwane, choć zdarzali się uchodźcy będący drugim, trzecim lub nawet czwartym pokoleniem osadników – kolonów – i ci często pozostawali zdani na samych siebie lub na łaskę państwa.
Właśnie głównie o tych ostatnich traktuje powieść Karawele. Antunes posunął się jednak jeszcze dalej w opisywaniu rzeczywistości tamtych czasów, bowiem przewrotnie – jak to on – obrał za głównych bohaterów swej powieści wyjęte z podręczników historii, przesiąkniętych salazarowską państwowotwórczą papką, postaci największych kolonizatorów, misjonarzy i odkrywców, a zatem ludzi, których więzy z rodzinnym krajem zostały zerwane już dawno temu.
Nie dziwi, że gdy w 1988 roku António Lobo Antunes postanowił napisać powieść o retornados, czyli byłych kolonach powracających „do domu”, sięgnął po całą tę mityczną narodowo-propagandową menażerię. Nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił, groteskowe zestawienie nędzy wygnańców, często pozbawionych jedynej ojczyzny, którą musieli zostawić w Afryce, by „powrócić” do w zasadzie nieznanego kraju, z blichtrem chwały wielkich odkrywców i konkwistadorów z propagandowych podręczników i pogadanek stanowiło zbyt łakomy kąsek, by się na niego nie połasić. Gdy więc tłumy uchodźców wracają z Angoli i Mozambiku, znajdują się pośród nich przetworzeni przez salazarowską propagandę najznamienitsi odkrywcy. Nie zostali pozbawieni swoich średniowiecznych czy renesansowych atrybutów, jednocześnie cierpią taką samą nędzę jak wszyscy pozostali. Głównymi bohaterami są Luís Vaz de Camões, autor Luzyjad, narodowej epopei z 1574 roku traktującej o wyprawie Vasca da Gamy do Indii, Pedro Álvares Cabral, odkrywca Brazylii, Diogo Cão, który jako pierwszy zbadał rzekę Kongo i nawiązał stosunki z tamtejszym królestwem Konga, Franciszek Ksawery, święty misjonarz, Fernão Mendes Pinto, autor Peregrinações, pełnej azjatyckich przygód powieści łotrzykowskiej z epoki, Manoel de Sousa de Sepúlveda, bohater literacki z popularnej w swoim czasie História trágico-marítima z XVII wieku, Garcia de Orta, misjonarz i przyrodnik, i in. Pojawia się też król Jan I, ojciec Henryka Żeglarza, który ostatecznie ugruntował niepodległość kraju od Hiszpanii, czy tropiący hiszpańskie spiski bohater spod Aljubarroty Nuno Álvares Pereira, wciąż szczery patriota, oraz ksiądz António Vieira nieustannie recytujący swoje proroctwa.
Mieszając losy rzeczywistych uchodźców z wytworzonymi przez propagandę mitami, autor maluje niebywale groteskowy obraz współczesności. Moc tego obrazu jest spotęgowana tym, że Antunes wybiera z rzeczywistości elementy najbardziej nikczemne, obrzydliwe i moralnie oraz estetycznie podłe. Wszystko w tej powieści ocieka brudem, jest przesiąknięte moralną zgnilizną i nędzą. Nawet stosowanie w pisowni nazw miejscowych dawnej ortografii, miast przydawać im patyny i splendoru, czasem wywołuje groteskowy czy komiczny efekt, jak w przypadku dawnej nazwy stolicy: Lixboa/Lixbona – lixo to śmieci, boa to dobra.
Przybywający do Lizbony uchodźcy spoglądają na oglądane pejzaże poprzez nałożony przez narodowo-katolicką propagandę filtr imperialnej wielkości z odniesieniami do historii, stąd w mieście pełno jest karawel, karoc, paziów czy giermków, mimo że akcja rozgrywa się w 1975 roku. Pojawiają się też czasem obrazy wydarzeń z przeszłości, np. przeniesienie dworu królewskiego z Almady do Lizbony, przygotowania do wyprawy afrykańskiej króla Sebastiana, budowa Klasztoru Hieronimitów itd. Owo pomieszanie czasów i przestrzeni możemy również spostrzec w gramatyce i konstrukcjach zdań, czasem niespodziewanie zmieniających podmiot. Ten pozorny chaos prezentowanych wydarzeń z przeszłości jest jednak zamierzony. Możemy to stwierdzić, analizując odniesienia do czasu i dat przedstawianych wydarzeń z przeszłości salazarowskiej dyktatury: wskazują na konkretny rok dojścia Salazara do władzy, tworzenia poszczególnych aktów prawnych odnoszących się do posiadłości zamorskich, wybuchu wojny i potem rewolucji. Dawni zaś bohaterowie odkryć geograficznych i podbojów są dobrani tak, by historię kolonizacji Afryki przez reżim Salazara uzupełnić odniesieniami do dawnej ekspansji portugalskiej, malując w ten sposób obraz obecności portugalskiej w Afryce i Azji od jej zarania po kres w 1975 roku. Mamy tu więc odkrywcę Brazylii, Konga, drogi do Indii, wicekróla Indii itd. W zakończeniu zaś powieści wyniesiony do granic absurdu sebastianizm jako jej główny bohater stanowi ewidentne nawiązanie do ostatecznej klęski Rewolucji Goździków w listopadzie 1975 roku i fiaska planowanej rewolucji komunistycznej.
Pozostaje zatem Portugalia odarta ze swych mitów, z których tak łacno korzystała salazarowska propaganda, stoi uczepiona Klasztoru Hieronimitów, opodal ogromnego pomnika wielkich odkrywców, definitywnie zastygłych w kamieniu, spowita mgłą czasów, pogrążona w oczekiwaniu, z nadzieją, że z tej mgły wyłoni się wreszcie okręt wiozący na pokładzie ukrytego i z dawna wyczekiwanego króla Sebastiana. Czy jego powrót ocali Portugalię i wyniesie ją do należnego jej statusu piątego imperium, imperium mistycznego, jak wieszczył ksiądz António Vieira, a za nim Fernando Pessoa? Tymczasem jednak tkwi nieruchomo na nabrzeżu, żyjąc mrzonkami o przeszłości i rojeniami o wielkości z salazarowskich podręczników historii, czekając samotnie, wpatrzona w morze. Może z tego oczekiwania zrodzą się kiedyś jakieś nowe opowieści, nowe mity, wytyczające jakąś inną drogę ku przyszłości? Tymczasem jednak wszystko wciąż spowija mgła.
Warto też zwrócić uwagę na styl powieści. Tradycyjnie jest on u Antunesa rwany i niestroniący od mantrycznego powtarzania fraz, choć tym razem rzucają się w oczy słowa dawniejsze i zestawianie elementów tworzących groteskę. Nikt chyba jednak dotychczas nie zwrócił uwagi na jeszcze jedną rzecz, moim zdaniem istotną, odróżniającą stylistycznie tę książkę od pozostałych powieści Antunesa. Oto autor z wielkim zapamiętaniem wplata w ten barokowy, pełen groteski i mroku język elementy morskie. Słownictwo morskie pojawia się nawet w miejscach, w których pozornie nie ma to logicznego uzasadnienia. Sądzę, że autor w tkanej przez siebie opowieści postanowił stworzyć estetyczny obraz w architektonicznym stylu gotyku manuelińskiego. Styl ten, typowy dla szesnastowiecznej Portugalii, łączy strzelistość gotyku z mnogością motywów morskich, takich jak: muszle, liny, pasy i noże marynarskie, a także z orientalnymi zdobieniami. Przykładami gotyku manuelińskiego w architekturze są choćby słynny Klasztor Hieronimitów w Lizbonie czy znane okno w klasztorze w Tomar – gorąco zachęcam do obejrzenia go, jeśli tylko nadarzy się taka sposobność. Można też udać się bliżej, do Obrzycka w Wielkopolsce, dokąd zachwycony nim hrabia Atanazy Raczyński przywiózł w XIX wieku okno manuelińskie z klasztoru w Batalhi i do dziś można je podziwiać wmurowane w ścianę tamtejszego ratusza.
Antunes ma tendencję do tworzenia powieści o strukturze wzorowanej na innych rodzajach czy gatunkach literackich, np. sztuce teatralnej (Auto dos danados), podręczniku (Podręcznik dla inkwizytorów), poemacie (Nie wchodź tak szybko w tę ciemną noc), fado (Fado alexandrino), a w tym przypadku najwyraźniej mamy do czynienia z naśladowaniem barokowej czy quasibarokowej rzeźby w stylu gotyku manuelińskiego.
Na koniec warto także zatrzymać się na chwilę przy tytule tej powieści. W pierwszym opublikowanym w Polsce przekładzie Anny Kalewskiej z 2002 roku, pt. Karawele wracają, został on prawdopodobnie zainspirowany tłumaczeniem na język angielski: The Return of the Caravels. W oryginale brzmi on As Naus, czyli „Nefy”, od nazwy jednostki nef – na Bałtyku nieużywanej, typowej dla średniowiecznych flot Hiszpanii, Portugalii, Francji i Anglii. Ciekawe jest, że ten typ okrętów raczej nie brał udziału w odkryciach i podbojach. Nie pozwalał na to typ ożaglowania. Nefy były ciężkimi okrętami handlowymi najczęściej o jednym żaglu prostokątnym i bocznym sterze, a więc mogły żeglować tylko z wiatrem – podobnie jak północnoeuropejska koga. Oczywiście w 1415 roku, kiedy to od podboju Ceuty umownie rozpoczynają się odkrycia i afrykańskie podboje, tego rodzaju okręty wraz z galerami z pewnością w wyprawie wzięły udział, niemniej pływanie dalej na południe, wzdłuż wybrzeża Afryki, zupełnie było wykluczone ze względu na układy prądów, pływów i wiatrów. Dopiero późniejsze zastosowanie ożaglowania łacińskiego, czyli trójkątnego żagla, na okrętach typu karawela lub karaka, już w XV wieku, pozwoliło na dopłynięcie do Przylądka Dobrej Nadziei i do Indii. Karawele były mniejsze i zwrotniejsze, przez co wykorzystywano je jako okręty zwiadowcze i do atakowania (były wyposażone w działa) okrętów i portów, znacznie większe karaki przeznaczano do transportu towarów zza mórz. Wiemy, że w wyprawie Krzysztofa Kolumba do Ameryki wzięły udział okręty obu tych rodzajów. Dlaczego więc autor sięgnął w tytule po nef, a nie po karawelę, bardziej jednoznacznie kojarzoną z odkryciami, lub choćby po karakę? Czy chodziło o odwołanie się do możliwie najstarszych okrętów, wykorzystywanych od XI wieku, a więc jeszcze zanim Portugalia rozpoczęła ekspansję, a nawet zanim powstała jako królestwo? A może dlatego, że były tak ładowne, że mieści się w nich dużo opowieści? Trudno wyrokować, uważam jednak, że po polsku, ze względu na oczywiste skojarzenia tych jednostek z zamorskimi podbojami XV i XVI wieku, karawela w tytule powinna pozostać.
Wojciech Charchalis
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
