Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Anne Serre to jeden z najmocniejszych i najoryginalniejszych głosów współczesnej literatury francuskiej. Jej książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków. Za zbiór opowiadań „Au coeur d’un été tout en or” otrzymała w 2020 roku Nagrodę Goncourtów, a w 2025 jej powieść „Kapelusz w lamparcie cętki” znalazła się w finale Międzynarodowej Nagrody Bookera.
W swojej najsłynniejszej powieści Serre, opisując życie na granicy światów – rzeczywistości i fantazji, szaleństwa i rozsądku, rozpaczy i nadziei – podejmuje poruszającą próbę zrozumienia osoby, która wymyka się wszelkim normom. Stojąca w centrum opowieści Fanny, raz radosna i pełna życia, raz chłodna i niedostępna, zmaga się z nieusuwalnym poczuciem pustki i wewnętrznym chaosem. Poznajemy ją przez pryzmat Narratora – przyjaciela z dzieciństwa, który czasem z czułością i empatią śledzi jej poczynania, czasem zaś obdarza ją męskim spojrzeniem, czyniąc z niej tworzywo pisarskie i być może nieświadomie ją niszcząc…
„Kapelusz w lamparcie cętki” to przejmująca książka o chorobie, przyjaźni i twórczej mocy słów. O tym, że „nigdy nie wiemy, kim są i do czego są zdolni ci, których kochamy”. I o tym, że fikcja bywa naszym jedynym narzędziem rozumienia, a zarazem naszą jedyną możliwą ucieczką.
To idealnie wyważona książka – smukła objętościowo, ale potężna znaczeniowo. „Kapelusz w lamparcie cętki” jest świadectwem tego, jak z szacunkiem i godnością pielęgnować pamięć o bliskich, w szczególności po ich śmierci.
Jury Międzynarodowej Nagrody Bookera 2025
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 111
Data ważności licencji: 5/5/2032
Tytuł wydania oryginalnego: Un chapeau léopard
Język oryginału: francuski
Copyright © Éditions Mercure de France, 2008
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026
Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Marczewska, 2026
Wydanie I, Warszawa 2026
Opieka redakcyjna: d2d
Redakcja: Anna Waszkiewicz / d2d.pl
Korekty: Beata Marzec / d2d.pl, Ewa Saska / d2d.pl
Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl
Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś / d2d.pl
Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne
Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński
Ouvrage publié avec le concours du Centre national du livre
Książka wydana przy wsparciu Centre national du livre
Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.
ul. Filtrowa 61 m. 13
02-056 Warszawa
www.wydawnictwofiltry.pl
ISBN 978-83-68180-90-9
Markowi Hutchinsonowi
Ach, jakim ślicznym dzieckiem była Fanny! Błękitnooka, o długich jasnych rzęsach, w bucikach z podkówkami, umięśniona jak zapaśnik, wspinała się na parkany, na gałęzie drzew, na wysoką szafę, mówiła, że się nazywa Félix, co znaczy szczęśliwy, i gorliwie grała na fortepianie. Któregoś lata chłopiec z sąsiedztwa spytał, czy może zagrać na jej instrumencie, i Fanny odmówiła jednym krótkim „nie”. Bez ceremonii, bez wyjaśnień, bez owijania w bawełnę. Po prostu „nie”. Chłopczyk, zaskoczony i urażony, odszedł ze smutkiem. Już jako duża dziewczynka, nastolatka, dorosła, po trzydziestce, a nawet czterdziestce potrafiła patrzeć na dzieci naprawdę złym wzrokiem. Pewnego razu mała E., dwulatka, a może trzylatka, napotkała jej spojrzenie i skuliła się z przerażenia niczym zwiędły listek. Był też siedmioletni L., któremu z tego samego powodu nagle zabrakło tchu na samym środku basenu. A kiedy indziej Fanny zachwycała się tymi samymi dziećmi; stawała się przesadnie miła, okazywała im nadmierną czułość, na co reagowały ostrożnością i rezerwą.
Ciało Fanny często popadało w zamyślenie, jak całe jej jestestwo. Bywało zadumane, a nawet pytające. Niekiedy wchodziła w kostiumie kąpielowym do górskiego jeziora i w wodzie zastygała w niemym pytaniu. Nie wpatrywała się w dal, nie patrzyła na mieniącą się taflę, nie, stała i czekała na coś, co najwyraźniej nie mogło się zdarzyć, na niemożliwe pojawienie się czegoś, niemożliwe wyjaśnienie, i jeśli ktoś ją delikatnie przywoływał „do rzeczywistości”, wydobywała się z intensywnego, niewesołego snu; pod jego kopułą nie latały żadne ptaki.
Przez dwadzieścia, piętnaście lat Narrator obserwował Fanny, swoją przyjaciółkę, w miarę upływu czasu coraz uważniej. Tysiące razy przyglądał się jej od tyłu, z profilu, a od przodu dyskretnie, ponieważ Fanny trochę się obawiała spojrzeń prosto w oczy. Robiło na nim wrażenie jej ciało – jędrne, twarde, niekiedy półmartwe, jak ciało mężczyzny w Petrified Man. Coś w tym ciele zastygło, nie krążyło – krew, a może limfa? Za pomocą słów, mizernych, swoich własnych Narrator usiłował je wskrzesić, sprawić, by na nowo zaczęło krążyć w tym ciele nieustraszone, kipiące życie, które uciekło w głąb wnętrzności Fanny i tkwiło tam jak zaciśnięta pięść, jak kamień, martwe dziecko, jak nieszczęsne wypchane zwierzątko. Nie poruszała się nawet część palców. Dziesięć lat wcześniej Fanny skaleczyła się w rękę, kiedy upadła po pijanemu na potłuczone butelki. Od tego czasu jej dłoń, ta, która potrafiła grać na fortepianie, osłabła, wychudła, wzgórek Wenus się spłaszczył. To był pierwszy stygmat Fanny, tak się zaczęło jej znikanie. Stąd „nie” pod adresem dziecka, które chciało zagrać na jej fortepianie.
Przestała zresztą grać, bo osłabiona ręka nie pozwalała jej nic wydobyć z instrumentu; z tego powodu nie mogła również szyć – co prawda wcześniej wcale nie przepadała za szyciem czy cerowaniem! – ani robić niczego, co wymagało precyzji. Rzekłbyś, okaleczona łapa, która kiedyś utkwiła w potrzasku; na tej dłoni nawet blask pierścionka zmatowiał. Za to drugą dłonią chwytała, ściskała. Potrafiła zacisnąć palce na rączkach bardzo ciężkiej torby i nieść ją ulicami, wsiadać z nią do pociągu bez żadnego wysiłku, ani trochę nie zadyszana czy spocona; często torba była wypełniona książkami, które Fanny przeczytała, oceniła, przebrała i postanowiła sprzedać, bo słusznie uznała, że są nieciekawe, a potrzebowała pieniędzy.
Za dwadzieścia euro potrafiła przeżyć dzień, dwa lub dziesięć dni. Nie miała jednak skrupułów, żeby czasem coś zwędzić; kiedyś przyniosła do domu elegancki kapelusz w lamparcie cętki i chociaż prawie go nie nosiła, bardzo jej się podobał. Opowiadała o kradzieży, robiąc dziewczyńskie minki, trochę zawstydzona, rozbawiona, a kiedy wkładała kapelusz, wyglądała jak osoba, którą mogłaby się stać, gdyby ściśnięty żołądek, częsta pustka w ciele, spowolniona ręka nie broniły jej wstępu do zwykłego, wesołego świata, w którym my wszyscy mieszkamy pomimo naszych udręk. Niebo może się nam wydawać jasne, lekkie i pogodne. Dla Fanny wcale takie nie było i absolutnie być nie mogło, chociaż oczywiście, na szczęście, również i ona miała swoje świetliste ścieżki, prawdopodobnie jednak odległe od tych, które potrafimy sobie wyobrazić.
Świetlistą ścieżką mógł się okazać dla Fanny na przykład jakiś staruszek. Przez pewien czas była oczarowana strażnikiem pracującym w bibliotece; kiedy mogła z nim gawędzić przy kawie obok Panteonu, zalewała ją fala radości. Łaknęła kontaktów z ludźmi; tysiące nowych znajomości przynosiły jej radość, utrzymującą się dość długo – wiele tygodni, a nawet miesięcy – i dzięki temu mimo wewnętrznego chaosu i skąpych reakcji niebios na jej prośby zawsze nosiła w sobie iskierki radości i nadziei, które zawsze znajdowały do niej drogę, miały swobodny dostęp i osadzały się w niej bez przeszkód. Pozwala to przypuszczać, że jej skamieniałe ciało nie do końca zastygło – zwarta, umięśniona, twarda skorupa, sprawiająca wrażenie, jakby wszystko z niej uszło, musiała skrywać płynny, delikatny i świetlisty świat, tak aby mogły tam wpływać tysiące fal radości, które pozwalały jej oddychać.
Fanny nie składała się bowiem wyłącznie z niespełnionych możliwości. Miała w sobie istotę, która się wyłaniała od czasu do czasu, w najmniej oczekiwanych chwilach, roześmianą kobietę w kapeluszu w lamparcie cętki, którą mogłaby być, gdyby nieszczęśliwy traf znienacka, niczym podmuch wiatru, nie zatrzasnął niektórych drzwiczek. Narrator nie posiadał się ze zdumienia, kiedy tamta kobieta ukazywała się w jakimś słowie czy spojrzeniu. Fanny nie jest zatem wyłącznie jego długoletnią przyjaciółką zmagającą się z poważnymi problemami? Jest także tą zupełnie nieznaną, niepowtarzalną osobą o niemożliwych do uchwycenia cechach. Osobą w pełni uformowaną, która ujawnia swoją obecność jedynie w króciutkich przebłyskach i doprawdy sprawia wrażenie, jakby całkiem przyjemnie jej się żyło w twardym, spiętym ciele Fanny – taka świeża, roześmiana, oryginalna w swoim kapeluszu w lamparcie cętki. Kim była ta kobieta?
Onieśmielała Narratora, ponieważ zupełnie jej nie znał i za każdym razem zaskakiwała go jej obecność, kiedy się pojawiała na ułamek sekundy, by natychmiast zniknąć. Nie wiedział, jak z nią nawiązać kontakt. A zresztą czy było to możliwe? Równie trudno rozmawiałoby mu się z osobą stojącą za szybą. Można by oczywiście dawać jej znaki rękoma, przesadnie artykułować wypowiadane pod jej adresem słowa, ale tak zupełnie nic nie wiedział o kobiecie, która tkwiła w Fanny, która była Fanny, Fanny bis – o jej języku, przyzwyczajeniach, upodobaniach, wykształceniu, intencjach – że w jej obecności nie potrafił wykrztusić ani słowa, pomijając już to, że sposób, w jaki się pojawiała i natychmiast znikała, nie sprzyjał zanadto próbom nawiązania relacji.
Narrator usiłował się zwracać do świeżej, roześmianej kobiety w kapeluszu nawet wtedy, kiedy się nie pojawiała. Przypuszczał bowiem, że nie znika, tylko przez większość czasu trwa w ukryciu albo jest nieobecna, lecz gotowa się pojawić na wezwanie. Zakończyło się to niepowodzeniem; ponadto na dłuższą metę było to bardzo skomplikowane – należałoby się zwracać do Fanny, jakby to wcale nie była Fanny, lecz Fanny bis, ta w kapeluszu, jasnowłosa swobodna, roześmiana. Zwracać się do Fanny, jakby Fanny była zupełnie kim innym niemal pod każdym względem. Możliwe, że potrafią to robić niektórzy psychiatrzy, ale to nic pewnego. Są ludzie, którzy umieją to robić, lecz jest ich bardzo mało i trudno na nich natrafić – podobni do różdżkarzy czy szamanów. Zapewne gdzieś na świecie istniała co najmniej jedna osoba, która, gdyby jej przedstawiono Fanny, potrafiłaby się z miejsca zwrócić bezpośrednio do świeżej, roześmianej kobiety w kapeluszu, mieszkającej w Fanny. Nikt jej jednak nie znalazł. A poza tym czy owa kobieta istotnie miała ochotę żyć? Opuścić kryjówkę? Ukazać się w pełnym świetle? Nawiązać z kimkolwiek kontakt?
Nie ma na to żadnych dowodów. Nie dała tego poznać żadnym gestem, nigdy się nie zjawiła na dłużej niż sekundę, nigdy w taki czy inny sposób nie wyraziła pragnienia, by nawiązać kontakt przynajmniej z Narratorem – jak było z innymi, nie wiemy. Przywołując w pamięci tych dziesięć czy dwadzieścia razy, kiedy się pojawiła, Narrator spostrzega coś, co początkowo mu umknęło, czego w tej kobiecie wcześniej nie widział wyraźnie, coś, co za każdym razem trochę go peszyło: odrobinę ironii, kłującej niczym wąskie ostrze sztyletu. Możliwe, że właśnie owa ironia nie pozwalała mu nawiązać kontaktu z tą kobietą, niewidoczną niczym drzewo ukryte w lesie. Chyba że Narrator był po prostu na tyle niemądry i strachliwy, że zatrzymała go tak mizerna przeszkoda.
Ale przecież w ostatnim okresie czuł jej obecność. Rozmawiając z Fanny, spacerując z nią, oczyma duszy widział Fanny bis, roześmianą kędzierzawą blondynkę w kapeluszu w lamparcie cętki, kryjącą się za zasłoną, ironicznie uśmiechniętą. Dlatego niejako włączał ją do rozmowy i nawet kiedy się odzywał do Fanny numer jeden z zachowaniem zwykłych środków ostrożności – ponieważ każde słowo budziło w jego przyjaciółce niezliczone echa i zanim coś powiedział, musiał sprawdzać ciężar słów na szalkach niezmiernie czułej wagi – po trosze zwracał się również do Fanny bis. I gotów był przysiąc (chociaż tak często się mylimy), że go słuchała.
Po czym to poznawał? Po ledwo dostrzegalnej niepewności w spojrzeniu lub głosie Fanny numer jeden. Na sekundę traciła zwykłą równowagę; traciła w przyjemny sposób. Kierowała zaskoczony wzrok na Narratora, który spokojnie palił fajkę jak Maigret. Było ich zatem troje: Narrator, Fanny, długoletnia przyjaciółka zmagająca się z trudnym życiem, i tamta, roześmiana kędzierzawa blondynka w kapeluszu, ukryta za zasłoną. Nie wyobrażał sobie, że mógłby o niej otwarcie rozmawiać – było to absolutnie zabronione – ale co się tyczy budowania mostów, nie istniały ani zezwolenia, ani zakazy. W sytuacjach ekstremalnych należy się chwytać wszelkich środków.
Fanny nie mówiła ani tak, ani nie. Czy była chociaż świadoma, że udziela w sobie schronienia tej świeżej, swobodnej kobiecie, całkiem do niej niepodobnej? Prawie na pewno nie miała pojęcia o jej istnieniu, chociaż pewnego razu zwędziła kapelusz w lamparcie cętki, którego prawie nie nosiła, lecz bardzo się jej podobał. Jeśli chodzi o Narratora, obecność tej nowej towarzyszki, nawet niemej, tej, która do nich dołączyła jako trzecia i która mogła być czymś w rodzaju Błękitnego Anioła, ale równie dobrze postacią z obrazu Hoppera, czekającą w pokoju, gdy szyby sinieją o zmroku, lub kobietą z filmu, który jeszcze nie powstał, albo z filmu nakręconego w przeszłości, ale niewyświetlanego w wyniku jakichś zawirowań i odnalezionego po pięćdziesięciu latach, już po śmierci aktorki, otóż jej obecność, silnie oddziałująca na emocje, sprawiała mu przyjemność.
Zapewne każdy z nas ma w sobie jakąś postać, chociaż muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się wyczuć jej w nikim oprócz Fanny, myślał Narrator. A kiedy się sobie przyglądam, wyraźnie widzę, że sam jestem taką postacią, utajonym sobowtórem autora, który pisze tę historię, obcym, który się w nim kryje. Ale w odróżnieniu od jasnowłosej damy chowającej się za zasłoną nie ustaję w pracy. Kiedy mój pan grzmiącym głosem domaga się ode mnie opowieści, to chociaż nie zwykłem odpowiadać od razu i daję się prosić, ponieważ służalczość nie leży w mojej naturze, w końcu zabieram się do roboty, bo inaczej zacząłbym się nudzić, a poza tym takie jest moje zadanie. Kim zatem jest jasnowłosa kobieta? Narratorką Fanny? Nie, to ktoś całkiem innego rodzaju, nie ma w sobie nic z wierszoklety, nawet przez myśl jej nie przejdzie, że mogłaby się zajmować rozplątywaniem i wiązaniem tej olbrzymiej sieci słów, jak to zwykliśmy robić my, Narratorzy, nie, ona chciałaby z pewnością po prostu żyć, przeskoczyć przez rampę, przejść na drugą stronę ekranu, ale jak miałaby tego dokonać, skoro Fanny nałożyła na nią areszt domowy?
Fanny bowiem nie próbuje jej uwolnić, w każdym razie takie sprawia wrażenie. Albo po prostu nie może. Spójrzmy prawdzie w oczy: pewnie nas to niesłychanie zdziwi, że niezależnie od olbrzymich możliwości, jakimi wszyscy dysponujemy, są rzeczy, których nie potrafimy zrobić. „Ja na przykład – myśli Narrator – nie potrafię napisać powieści realistycznej. Nic na to nie poradzę. I chociaż jestem dobrym obserwatorem, miłośnikiem powieści realistycznych, kiedy tylko próbuję coś takiego napisać, od razu zaczynam ziewać, umieram z nudów, kurczę się i znikam. Możliwe, że Fanny nie może uwolnić Fanny bis, mimo że ciekawie byłoby ją poznać i zobaczyć, kim się stanie”.
A właściwie to raczej po prostu tego nie chce, niejeden raz można się było o tym przekonać. Na dyskretne wzmianki o tej kobiecie, na jakie sobie czasem pozwala Narrator, Fanny coraz częściej sztywnieje, traci humor, jej mina wyraża niezadowolenie. Zdaje się mówić: „Niech umarłymi zajmują się umarli. Dosyć zakłócania porządku rzeczy pod zadufanym pretekstem dokonywania ulepszeń”. Narrator zerka na nią ukradkiem, kiedy spacerują polną drogą. Fanny idzie zdecydowanym krokiem, tkwi jednak głęboko w swoim śnie, gdzie nie latają ptaki. Nie patrzy na krajobraz, prześlizguje się po nim roztargnionym wzrokiem. Zagląda w głąb siebie; zaskoczona widokiem czarnego chaosu, oszołomiona tym, co w niej tkwi, zachowuje się powściągliwie, lecz mimo wszystko usiłuje przyjąć do wiadomości tę niezwykłą obecność.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
