Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wilcze plemię, zakazane moce i namiętność, która nie zna granic.
Uciekając przed toksyczną przeszłością, Anna trafia w sam środek sekretów wilczego plemienia Keltoi. Wszystko za sprawą czarującego Aidana Pryce'a – detektywa o sercu drapieżnika. Uczucie między nimi rozkwita i zakochani odsłaniają przed sobą coraz więcej sekretów. On okazuje się przedstawicielem tajemniczej grupy. Ona odkrywa, że jest córką członków kościelnego Konwentu. Dawne demony coraz mocniej dają o sobie znać, więc para postanawia znaleźć upragniony spokój w górach... Zagadka zaginionej wioski Kalôn, niejasne znaczenie diamentowych tatuaży Aidana i w końcu tajemnicze uprowadzenie – to tylko część wyzwań, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Czy nowy związek wytrzyma taką próbę?
Tom II serii romantasy "Kalôn". Dla miłośników porywających romansów, nadprzyrodzonych wątków i mrocznych klimatów.
Kalôn
Historia, w której romans miesza się z mroczną mitologią Keltoi. Śledztwa, pożary i pościgi prowadzą Annę i Aidana wprost do świata wilczych plemion, straconych dusz i zaginionych artefaktów. Czy ich uczucie przetrwa, gdy przeznaczenie zacznie domagać się ofiary?
Joanna Bonarek-Gnat – polska współczesna pisarka zamieszkała w Walii. Zaangażowana w życie Polonii w miejscowości Aberystwyth. Bohaterką swojej debiutanckiej powieści „Kalon: Serce Bestii” czyni właśnie polską imigrantkę, która próbuje odnaleźć się (również w sferze uczuć) na brytyjskiej ziemi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Joanna Bonarek-Gnat
Saga Egmont
Kalôn: Zaginione miasto
Redakcja: Joanna Bonarek-Gnat
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Zdjęcie na okładce: Shutterstock, Midjourney
Copyright © 2025, 2026 Joanna Bonarek-Gnat i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727262208
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Saga Kalôn to zbiór powieści fantastycznych osadzonych w fikcyjnej Walii. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci jest niezamierzone.
Mężowi i naszym dzieciom
Hrabstwo Gwynedd
Łagodność serca jest wyborem – powtórzyła w myślach Anna.
Chwilową ciszę wypełniła muzyka, płynąca z radia. Przymknęła oczy.
Od momentu opuszczenia chaty Aidan podsuwał jej rady przed rodzinnym spotkaniem, oparte na antycznym zbiorze praw, zwanym przez jego plemię Kodeksem Wilków. Używał też określenia Code of Honour, które średnio korespondowało z chytrym spojrzeniem Keltoiczyka.
– Nie masz się czego obawiać – dodał, opierając obie dłonie na kierownicy. – Moi krewni nie zrobią ci krzywdy. Z dwojga moich przybranych rodziców tylko Henry jest wilkołakiem.
Otworzyła oczy i zerknęła we wsteczne lusterko pasażera. Dostrzegła w nim wzgórze Pen Darach, które malało z każdą sekundą. Nad asfaltem unosiło się niespokojne powietrze.
– Mówiłeś też, że zachowania wilków trudno przewidzieć.
– Nie mniej niż zachowania ludzi. – Szybko przeszedł w zaczepny ton. Był znacznie mniej kulturalny, ale za to bardziej swobodny i dawał jej przedsmak tego, z czym zmierzy się podczas rodzinnego obiadu. – Życie wilkołaka jest nie lada sztuką.
– Jasne, gdy coś was trapi, po prostu cieszycie się życiem – mruknęła pod nosem. – Wtedy nie ma nic prostszego niż dostrzec piękno w bezwzględnym świecie, zauważyć aksamitną zieleń doliny przemykającą za oknem, usłyszeć ciche pomruki silnika, który wprawia w drżenie ten kubełkowy fotel – zamarudziła – bo prawdziwą sztuką jest po prostu być…
– Czytasz mi w myślach! – zadrwił Pryce, poprawiając jej rozwiane włosy delikatnym gestem. – Dodałbym jeszcze coś o górskim powietrzu i tym, że siedzisz obok nieziemsko przystojnego detektywa. Tylko bez sarkazmu i udawanego dramatyzmu.
– Twoja skromność też pochodzi z kodeksu?
Policjant roześmiał się w odpowiedzi. Wyglądał i zachowywał się jak człowiek. Im dłużej z nim przebywała, tym łatwiej było zapomnieć o tym, że nim nie był.
Z oczywistych powodów inaczej postrzegała jego współplemieńców. Poczułaby się lepiej, gdyby zobaczyła działanie magii na własne oczy.
Aidan unikał pytań o przemianę, rozpraszając jej uwagę rozmowami o podstawach „wilczego zen”, jeśli coś takiego w ogóle istniało. Pomagał mu w tym czarujący uśmiech, który przemykał po idealnie uformowanych, zmysłowych wargach, dodając jego twarzy drapieżności.
– Głowa do góry! Szczęśliwi ludzie nie krzywdzą innych, a zapewniam cię, że moi rodzice do nich należą. Bridget wciąż powtarza, że życie jest cudem – zakończył pocieszający wywód detektyw.
– Piękna teoria. Równie łatwa do zastosowania w praktyce, jak wymyślenie nazwy dla koloru twoich oczu. O ile mi wiadomo, taki kolor nie istnieje w przyrodzie!
Poczuła na sobie badawcze spojrzenie Pryce’a. Raptownie odwrócił wzrok, gdy próbowała go przyłapać na sczytywaniu emocji z jej twarzy.
Smutek częściowo zakryła makijażem, a zdenerwowanie zrzuciła na sny. Policjant przywykł do faktu, że ilekroć śniła o zaginionym mieście, budziła się gwałtownie. Siadała na brzegu łóżka, objęta troskliwie jego ramieniem i czekała, aż serce zwolni rytm, a wizje piekielnych bestii, pokrytych czarną sierścią, przygasną. Sny przybierały najgorszą postać podczas pierwszej kwadry księżyca. Dla dawnych Słowian dni poprzedzające pełnię były czasem radości i oczekiwania. Uznawano, że kryje się w tym prawdziwa magia.
Gdy wzrastający księżyc rzucał srebrny blask na dachy domów zabobonnych ludzi, wówczas młode kobiety zadzierały głowy i urzeczone jego domniemaną mocą prosiły, żeby obdarzył ich serca wielką miłością.
Szkoda, że nie posiadał leczniczej mocy zmniejszania lęku i wymazywania poszczególnych wspomnień. Być może z ich powodu Aidan postawił na swoim i namówił ją do wyjazdu – by mogła choć na chwilę przestać myśleć o snach.
Przeniosła wzrok na dłonie Keltoiczyka, zarzucone luźno na kierownicę. Prowadził samochód w wątłym skupieniu, jakby ludzkie obowiązki wykonywał pod przymusem. Dziś nie miał na sobie formalnego stroju. Włożył koszulkę i szorty cargo. Kochała w nim ten spokój i uwodzicielską naturalność, jakby w każdej sekundzie życia był gotowy na wszystko, co się wydarzy. I równie mocno mu tego zazdrościła.
Detektyw wychwycił kątem oka jej badawcze spojrzenie i odpowiedział ciepłym uśmiechem. Nie omieszkał zawiesić wzroku na dekolcie jej bluzki. Jego oczy zalśniły drapieżnie, więc teatralnie odwróciła wzrok.
Włożyła banalne ciuchy, zakrywające tyle połaci skóry, ile mogła tolerować w czerwcowy dzień. Powtarzała sobie, że to zwykłe, rodzinne spotkanie, ale na samą myśl jej serce znów przyspieszyło.
Aidan zmrużył oczy z satysfakcją. Usłyszałby, jak rośnie trawa. Docisnął pedał gazu do podłogi. W dwie sekundy rozpędził sportowego Jaguara do obłędnych prędkości.
– Super! Pospieszmy się! Wtedy na pewno poczuję się lepiej! – jęknęła, osaczona przez wizje czarnych scenariuszy.
Przybrani rodzice detektywa, Bridget i Henry O’Neill, mieszkali na północy Walii, na wyspie Anglesey. Bridget była siostrą mamy Aidana, Beatrice. Wraz z mężem zaopiekowała się osieroconym siostrzeńcem, gdy miał cztery lata.
Pryce’ów zamordowały mordercze stwory, zwane przez magiczne plemię eneidiau coll, czyli stracone dusze. Anna używała nazwy wrykolaki, zapożyczonej od przesądnej przyjaciółki z Grecji, Ekateriny.
Nie wiedziała, jak wyglądali zabójcy. Zdawkowe relacje detektywa z przebiegu spotkań ze straceńcami, opowiadane łaciną i spływające krwią ofiar, utwierdzały ją w przekonaniu, że za zasłoną codzienności kryły się potworne rzeczy. Nawiasem mówiąc, gdyby miała wybór, wolałaby nigdy nie usłyszeć tych historii, lecz było na to za późno.
Potwory unikały otwartego starcia z członkami plemienia Keltoi, świadome ryzyka i ewentualnych ofiar wśród swojej watahy. Polowały w grupach, wybierając najbardziej zaludnione tereny. Gdy odwiedzały miasta w ludzkich powłokach, znacznie trudniej było je wytropić. Dlatego w małej miejscowości każda nowa twarz od razu wzbudzała duże zainteresowanie wilkołaków, choć może lepiej byłoby powiedzieć – wrogość. W ich przypadku rezerwa w stosunku do obcych ratowała życie. Obdarzeni nadzwyczajnym słuchem Keltoiczycy ufali tylko swoim rodzinom.
Przybrani rodzice Aidana wizytowali hrabstwo akurat kilka dni po tym, gdy ich wychowanek znalazł sobie dziewczynę… Oficjalna wersja sugerowała, że Henry chciał zobaczyć skany księgi, a przy okazji odwiedzi Charlottę i Owena Daviesów, przyjaciół ich obojga oraz rodziców Osiana.
Annie zrobiło się niedobrze. Zasłoniła usta dłonią i spojrzała na niego błagalnie.
Pryce zahamował energicznie na poboczu wąskiej drogi.
Nie wiedziała, jak znalazła się na zewnątrz, bo jej chłopak zbyt szybko się poruszał. Zdążył jednak w ostatniej chwili ochronić dywaniki swojego auta.
Poczuła ogromny wstyd, że Aidan widzi ją w takim stanie. Prawdopodobnie przemyślał jeszcze raz wyobrażenie cudu życia…
Pochylił się nad nią i zawinął długie ramię na jej talii. Czułość detektywa odbierała jej resztki odwagi, choć wiedziała, że im dłużej zwleka, tym sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna.
Milczała mimo wszystko.
Po kilku nieznośnie długich minutach ciszy czuła się jak sprute prześcieradło, przeciągnięte uprzednio przez wyżymaczkę.
– Możemy zawrócić – zaproponował, przytrzymując jej jasne włosy.
Otarła oczy chusteczką, którą ściskała w dłoni od kilku mil, a następnie dotknęła nią ust, naiwnie starając się zatrzymać kolejną falę mdłości.
– Daj mi jeszcze chwilę – odparła głosem osłabionym wewnętrzną walką.
– Przyniosę wodę z samochodu.
Bryza rozwiała jej włosy, gdy nagle pojawił się obok z odkręconą butelką wody mineralnej. Musiał czuć każdy zapach wyraźniej, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Wracajmy do Abersant.
Pokręciła stanowczo głową, choć czuła się paskudnie. Z trudem przełykała wodę.
– Charlotta, Bridget, Owen i Henry przyjeżdżają specjalnie dla nas. Jak wyjaśnisz wilkom odwołanie spotkania w ostatniej chwili? Nie nabiorą się na ściemę.
– Czy zawsze musisz być taka uparta? – Jego głos nabrał władczego tonu.
– Nie przejmuj się mną. Pooddychaj głęboko górskim powietrzem. Podziwiaj widoki. Aksamitna zieleń łąk uspokoi twoją duszę…
Twarz Aidana wypogodniała. Ze śmiechu podskoczyły mu barki.
– Okej, należało mi się. Na swoją obronę dodam, że próbowałem cię pocieszyć. Filozoficzne regułki to nie moja działka. Wystarczy mi kodeks. To dla mojej rodziny bardzo ważne źródło nakazów i zakazów. Oparto go na prawach stworzonych przez różne kultury. Każda społeczność ich potrzebuje.
– A jest w nim coś o radzeniu sobie w trudnych sytuacjach? Najlepiej działającego od razu?
Aidan pogłaskał jej włosy od czubka głowy po łopatki.
Gdy ponownie na niego spojrzała, oczekując rzeczowej odpowiedzi, tęczówki Pryce’a nabrały niepokojących odcieni złota – wytrzymałego metalu, odpornego na zmiany warunków naturalnych.
– Wrócimy do tej rozmowy, gdy poczujesz się lepiej – orzekł przebiegle.
– Nadal masz na myśli kodeks?
– Kodeks Wilków, oczywiście!
– Będę wdzięczna za każdą sensowną radę, która błyskawicznie poprawia samopoczucie, choćby pochodziła z Kodeksu Wilków. I czy kodeksy nie powinny być przypadkiem spisywane? Jak mam to wszystko zapamiętać?
Powoli wracały jej siły. Żołądek i głowa bolały już mniej.
– Mówiłem ci, że prawa ujęte w kodeksie zapisujemy tylko w naszych umysłach i sercach. Jak dawniej czynili druidzi – podkreślił z dumą.
– Nie utknęliście przypadkiem mentalnie w epoce żelaza? – spytała najczulej, jak potrafiła. – Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Dziś wszystko jest katalogowane, żeby więcej osób miało dostęp do informacji. Możesz w każdej chwili wyjąć komórkę z kieszeni i znaleźć odpowiedź na każde pytanie.
Pryce wzruszył lekceważąco ramionami.
– Zgadzam się z tobą. Katalogi, archiwizacja, porządek ponad wszystko… Żyjemy w tak wygodnych czasach, że ćwiczenie pamięci przestaje być potrzebne. Przypomnę ci zatem, że jako przedstawicielka wysoko rozwiniętego gatunku, dominującego na Ziemi pod wieloma względami, podróżujesz z wilkołakiem do innego miasteczka na spotkanie innych magicznych istot. Wrzuć tę informację do folderu „Prawda bywa dziwniejsza od fikcji” 1 . Albo lepiej zapisz, żeby nie zapomnieć.
Wypuściła głośno powietrze. Nie sądziła, że kiedyś trafi na mężczyznę, który okaże się bardziej uparty od niej.
– Czyżbym usłyszał twoje myśli? – Przymknął jedno oko. – A może jest jeszcze coś, co chciałabyś mi powiedzieć?
Stanowczo pokręciła głową, lecz Pryce był magiczną istotą. Wilkołak chłonął dźwięki z wnętrza jej ciała, których nie była w stanie usłyszeć, a tym bardziej nie mogła ich przed nim ukryć.
Wszystko zaczęło się od tajemniczej przesyłki, którą otrzymała wczoraj. Na kopercie brakowało danych nadawcy, lecz rozpoznała pismo swojej macochy oraz pieczęć zakonu zaprzysiężonych, czyli symbol rycerzy Konwentu. Znak anielskiego skrzydła rozlany w zagłębieniach złotego wosku utracił oryginalny kształt. Przypominał fragment pajęczyny, powleczonej delikatnymi płatkami złota.
W środku znalazła krótki list. Ostrożnie rozłożyła i wygładziła zagięcia papieru. Przez chwilę wodziła wzorkiem po literach jak po ilustracjach. Znała zaledwie garstkę osób, które nadal praktykowały ręczne pisanie listów i tylko jedną osobę piszącą kaligrafią – Arianę Czarnowską. Ze smutkiem w sercu przyznawała, że romantyczny duch epistolarnego fachu odchodził powoli w zapomnienie, stając się takim samym przeżytkiem jak tradycyjna fotografia czy babciny sierp używany w Czerni przy sianokosach.
Kiedy przeczytała list i oderwała wzrok od kartki, zapragnęła, żeby Aidan stał przy niej, a przynajmniej znajdował się w odległości głosu. Nie miała jednak najbladszego pomysłu, jak powiedzieć mu o tym, co wówczas przekazała jej Ariana.
Nadal stali na poboczu drogi, prowadzącej do miasteczka wilków.
– Spójrz na to z dobrej strony – rzekł Aidan. – Przynajmniej dowiedziałem się o tobie nowej rzeczy. Sądziłem, że symulujesz, żebym zdjął nogę z gazu.
Pokręciła głową, przewracając oczami. Powoli dochodziła do siebie.
– Udzielisz mi tej rady, tak jak obiecałeś?
– W swoim czasie.
– Tak samo odpowiadasz, gdy pytam o przemianę. – Zaklęła jeszcze potoczyście w myślach.
Otarła łzy wokół rzęs, próbując zachować resztki godności. Nie miała nawet sił, by spróbować stłumić targający nią niepokój. Zgodziła się na tę podróż, zanim dostała przesyłkę. Cel wyjazdu od kilku dni nie dawał jej spokoju, ale przynajmniej miała czas, by oswoić się z myślą, że pozna rodziców swojego chłopaka. Oczekiwała głównie pytań na temat bransoletki, którą nosiła na nadgarstku, skąd ją miała i jak trafiła w ręce ludzi.
Zgodnie z legendą, przekazywaną w ich rodzinie, bransoletka stanowiła kompas dla poszukiwaczy magicznego sagana mocy, który dał życie wilkołakom. Naczynie uformowano ze srebra. Historia jego powstania oraz tajemna moc znalazły odzwierciedlenie w walijskich mitach. Jedne mówiły o uzdrowicielskiej mocy, inne o zaczarowanym garze, który przywracał zmarłych do życia. W książce, napisanej przez historyka, edukatora i byłego pracownika naukowego z Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie, odnalazła obszerny opis sagana oraz związanej z nim innej postaci, czarodziejki Ceridwen 2 . Używała naczynia do sporządzenia mikstury będącej esencją nauki i natchnienia. Przypadkiem kropla mieszaniny spadła na palec chłopca, którego dziś mieszkańcy Walii znają z legendy o Taliesinie.
Wiele kultur uwzględnia podobne magiczne naczynia w mitach, legendach lub podaniach ludowych. Fakty uległy zatarciu, ale ludzie zapamiętali najważniejszą część opowieści, mówiącej o potężnej mocy.
Keltoi nie wiedzieli natomiast, w jaki sposób maleńki księżyc na bransoletce ma doprowadzić wilki do miejsca, w którym kapłani ukryli magiczne naczynie.
Aidan opowiedział o tym po opuszczeniu ruin Kalôn i jak zwykle działał zapobiegawczo. Gdyby wyjawił historię zawieszki przed podróżą, uznałaby go za wariata. Jak każdy człowiek na jej miejscu.
Daviesowie wiedzieli o odnalezieniu bransoletki. Aidan powiedział także przybranym rodzicom. Trudno byłoby włączyć rewelację na temat artefaktu w lekkoduszne dyskusje podczas rodzinnego obiadu.
Teraz wszystko się zmieniło. Wiadomość od macochy, przekazana w tajemniczym liście, wpłynęła na jej przeszłość…
Jastrząb zatoczył krąg nad wysokimi świerkami, wydając przeciągły pisk, podobny do jęku zwierzęcia uwięzionego we wnykach.
Oboje instynktownie zadarli głowy. Nabrała w płuca haust rześkiego powietrza, z zamysłem odwracając spojrzenie od ciepłych oczu policjanta i przebiegłego uśmiechu. Rozpracował jej lipne tłumaczenie mdłości szybką jazdą i uparcie maskował swoje reakcje, choć z marnym skutkiem.
– Dochodzi jedenasta. Spóźnimy się.
– Brzmisz, jakbyś zmierzała na odczytanie wyroku. Wszystko będzie dobrze.
Przepłukała usta obficie wodą z butelki, którą podał jej Aidan. Dzień zaczął się koszmarnie i przeczuwała, że to dopiero początek problemów.
Policjant objął ją i pocałował opiekuńczo w czubek głowy.
– Ja prowadzę! – oznajmiła, wysuwając się z jego objęć. – Okazja przepadła. Znów przegrała walkę z lękiem i przemilczała sprawę listu.
Zerknęła nieśmiało w jego błyszczące oczy. Pod wpływem czaru tęczówki spadkobierców klątwy zmieniały kolor na złoty.
Detektyw uśmiechnął się pod nosem i zerkał z ukosa, jak zapinała pasy. Nie tylko wyczuwał jej zdenerwowanie, lecz doskonale wiedział, że nie przepadała za jazdą tym samochodem. Na zabójczo wąskich drogach, oddzielonych od przepaści półmetrowym poboczem, sportowa bryka z automatyczną skrzynią biegów stawała się czymś pomiędzy klasycznym środkiem transportu a ekskluzywną trumną.
Zjechali niemal na samo dno malowniczej doliny. Po obu stronach drogi wznosiły się zbocza gór i pięły nieśmiało ku niebu. Przysadziste tułowia skalnych ścian przechodziły łagodnie w aksamitną zieleń, sięgającą nieprzerwanym dywanem aż do brzegu drogi.
W głębi doliny znajdowało się podłużne jezioro. Jego niezmącona powierzchnia lśniła niczym dosychająca kałuża srebra, służąca niebu za maleńkie zwierciadło. Za akwenem zaczynały się już zabudowania miasteczka.
Aidan posłał jej lekkoduszny uśmiech, po czym wrócił do podziwiania widoków za oknem. Zauważył, że zachowanie jego dziewczyny zmieniło się po otworzeniu przesyłki, ale tylko raz zapytał o przyczynę. Przed chwilą. I oczywiście nie zrobił tego wprost. Nie okazywał szczególnego zainteresowania.
Dla Anny ostatnie dwadzieścia cztery godziny były koszmarem. Wytrwanie doby w milczeniu przyprawiło ją o pierwsze siwe włosy.
Ośmiobiegowy Jaguar rozpędzał się bardzo szybko, więc tylko nieznacznie naciskała gaz. Miejscami droga przypominała zwiniętą kobrę.
Przygryzła mocno usta, niemal boleśnie, powstrzymując się przed wypowiedzeniem słów, których nie potrafiła wyrzucić z myśli. Tkwiły tam od momentu przeczytania listu.
Z przeciwka, w chmurze pyłu, nadjechał SUV. Zahamował w ostatniej chwili, unosząc w powietrze szarożółty tuman szutru. Na moment obydwa auta zniknęły w mętnej zawiesinie. Kierowca SUV-a rzucał przez otwartą szybę przekleństwa i próbował ich wyminąć. Do zatoczki zostało kilkanaście metrów.
Rozjuszony kierowca przejechał tuż obok, prawie muskając lusterko ich auta. Wciąż trzymała stopę na hamulcu, więc Aidan wbił w nią pytający wzrok.
– Wszystko w porządku? – spytał, choć wiedziała, że zrobił to tylko dla zasady.
Oczy same uciekły w stronę wąskich pni sosen, wyrastających niemal ze skraju pobocza. W uszach dudnił szum wyrzutów sumienia zmieszany ze strachem. Powinna była powiedzieć mu o tym jeszcze w Abersant.
– Moi rodzice należeli do Konwentu! – wypaliła na jednym oddechu. Spojrzała na niego, dopóki tliła się w niej odwaga. – Nie miałam pojęcia… nie wiedziałam o tym… – wyjąkała szeptem, bo głos jeszcze sekundy temu odważnej Polki załamało wzruszenie.
W jej myślach wirowały słowa Ariany, zapisane w liście niczym wyrok. Pryce miał rację, gdy nazwał w ten sposób jej odczucia.
Poczuła ciepły dotyk dłoni Aidana na swoim policzku. Zaskoczona jego opanowaniem i czułością, trwała w osłupieniu, nie odrywając od niego oczu.
Policjant otarł łzę z jej skóry delikatnym ruchem kciuka.
– Wiesz, kiedy życie przygniata nas najmocniej? – zapytał łagodnym głosem.
Z trudem wytrzymała magiczne spojrzenie. Milczała.
– Gdy próbujemy kontrolować rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jako wilk przekonałem się o tym wiele razy – rzekł, głaskając z troską jej policzek.
Poczuła, że nie zapanuje nad wzruszeniem i łzy poleją się słonym wodospadem, jeśli czegoś nie wymyśli.
– Przestawię auto, nie możesz sobie odpowiadać na środku drogi – rzuciła kiepskim żartem, dodając gazu. Nie sądziła, że dostrzeże kątem oka jego uśmiech.
Znalazła dla Jaguara bezpieczną przystań w zatoczce, utwardzonej kamieniami. Wysiadła z auta. Obeszła samochód i usiadła na wąskim poboczu. Wyjęła list z kieszeni, biorąc głęboki oddech.
Aidan w ułamku sekundy objął ją ramieniem. Słowa przychodziły jej z trudem, więc podała mu małą kopertę. W myślach próbowała nakreślić obraz nowej rzeczywistości, w której starała się teraz odnaleźć. Tajemnice jedna po drugiej odsłaniały przed nią świat, o którym nie miała pojęcia.
Aidan przyglądał się kartce papieru, uniósł ją nad głowę, żeby obejrzeć tekst pod światło. Zmarszczył w brwi.
– Ciężko to odczytać przez nadmiar ozdobników. Po co tak sobie utrudniać życie?
– Naprawdę będziesz teraz komentował zamiłowanie Ariany do kaligrafii? Czy nie widzisz, jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą fakt, że moi rodzice byli rycerzami zakonu?
– Coś tam widzę… – Podrapał się po brodzie. – W oczach naszego plemienia Konwent po raz kolejny udowodnił, że nie można mu ufać. Trochę niefortunnie wyszło, że do niego należysz. – Spojrzał znów na tekst, a potem na Annę.
„Pokrzepiające” słowa Keltoiczyka, skupionego na faktach, przyćmiły jego anielskie spojrzenie i sprawiły, że znów zaczęła wybiegać myślami w przyszłość.
– Niefortunnie?
– Okej, fatalnie – zachichotał. – Przecież nie będę ci ściemniał – dodał ze skruchą w głosie na widok jej miny. Przytulił ją mocniej, musnąwszy ustami czubek jej ucha.
– Przeczuwałam, że Ariana coś ukrywa – rzekła po dłuższej chwili milczenia. – Czułam, że nie była ze mną szczera, gdy odwiedziła mnie na Pen Darach. Unikała wyjaśnień, gdy temat zszedł na stracone dusze. Jest jednak szansa, że się mylę…
Detektyw zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie tym razem, maleńka. Odziedziczyłaś po rodzicach bransoletkę, a według tego listu rycerze wykradli srebrny księżyc razem z rękopisem.
– Dlaczego nikt mi nie powiedział? Dlaczego ukryto przede mną prawdę?
– Poznałaś część prawdy. Przemilczano tylko kwestię twojego pochodzenia. – Aidan niespodziewanie wstawił się za rycerskim rodem.
– Wychodzi na to samo…
– Niektóre kłamstwa stosujemy, żeby ludziom pomóc.
– Białe kłamstwa, tak?
Detektyw ponownie obejrzał dokładnie list pod każdym kątem. Anna siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w zielony horyzont.
– Myślisz, że jestem zaskoczony? Chyba naprawdę znamy Konwent lepiej niż oni siebie.
– Próbowałam porozmawiać z Arianą, ale nic nie wskórałam. Wiem, że jest gdzieś w pobliżu. Konwent nie porzuciłby ochrony bransoletki.
– Nie sądzę, żeby odpowiedziała. Pod tym względem rycerze bardzo przypominają wilki. Ale masz rację, są w pobliżu, bo chłopcy wyczuli ich zapach.
– Nadal nie rozumiem, jak mogła zataić przede mną informację, kim byli moi rodzice.
Detektyw poskładał list i pomógł jej wstać.
– Byli rycerzami Konwentu. Wiemy także, że odnaleźli talizman i pilnują go jak oka w głowie. Trochę późno, ale to cenna informacja.
– I dość przerażająca, nie sądzisz? – uściśliła, odbierając od niego swoją własność. – Twoi bracia i siostry uważają Konwent za wrogów. Przypisujecie sobie nawzajem przeróżne winy, rozdrapując przeszłość.
– Zmiana uwewnętrznionych przekonań wymaga czasu. Potrzebowałem ciebie, żeby zrewidować swoje. Powoli traciłem wiarę w ludzką przyzwoitość.
Odgarnął włosy z czoła, nie okazując większego zainteresowania jej strachem.
– Co takiego kryją twoje geny, że czynią cię takim spokojnym i tak cholernie atrakcyjnym?
– Patrzysz na świat przez pryzmat miłości – odparł z ironią w głosie. – Ona zmienia nasze nastawienie do pewnych spraw.
– Z tym się zgadzam. Mówi się, że miłość oślepia.
– Uważaj – warknął cicho, zachowując na twarzy lekki uśmiech. – Lepiej mnie nie prowokuj. Akceptacja ciemnej strony nie jest łatwa.
Pocałował ją, nim zdążyła zaprotestować…
Tylko częściowo rozproszył jej myśli, pokutujące wokół listu ujawniającego przed wilkami pochodzenie córki zaprzysiężonych. Rodzice Anny należeli do tajnej organizacji, zwanej Konwentem, która strzegła wiosek rodzimowierczych przed straconymi duszami.
W innych okolicznościach rodowód zabrzmiałby dumnie. Dziś stawiał wiele rodzin w bardzo trudnym położeniu – mniej więcej takim samym, w jakim dwa tysiące lat temu znajdowali się jeńcy wojenni lub śmiałkowie wyszkoleni do walk gladiatorów, wstępujący na arenę amfiteatru w Londinium. Dobra wiadomość była taka, że ponad dziewięćdziesiąt procent krwawych starć zostawiało wojowników przy życiu. Powód był prozaiczny. Szkolenie gladiatorów kosztowało ich „darczyńców” majątek.
– Powiesz mi, o czym myślałaś? – spytał, rozpraszając historyczne dygresje niepoprawnej romantyczki…
Jak odpowiedzieć zakochanemu w tobie mężczyźnie, że pocałunek przywołał w pamięci historię powstawania Londynu? Umysł sam podjął decyzję, wzbraniając się przed myśleniem o tym, że przed chwilą zwymiotowała nadtrawione śniadanie…
– Myślałam o tajemnicach… i trochę o Londynie. – Ze wstydu zasłoniła twarz dłońmi.
– O Londynie? – parsknął śmiechem. – Okej, pracuję dla Omegi. Brytyjska filia korporacji znajduje się w Londynie. Dostrzegam związek. A co z tymi tajemnicami? – dopytał, odsuwając jej dłonie z twarzy. W jego oczach błysnęło zaciekawienie.
Zacisnęła palce na jego silnych dłoniach, cieplejszych od nagrzanej czerwcowym słońcem ziemi.
– Uważam, że w związkach nie powinno ich być, nigdy! Przepraszam, zabrakło mi odwagi, żeby wyznać prawdę. A dziś rano rozprawiałeś tylko o spotkaniu z twoimi rodzicami. Nie chciałam zrujnować ci humoru.
– Potrzeba znacznie więcej, żeby go zrujnować. Nie musisz brać odpowiedzialności za moje emocje. Następnym razem po prostu mi zaufaj. – Aidan pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem na ustach. Uniósł delikatnie jej głowę za podbródek. – Ja zaufałem tobie po naszej pierwszej rozmowie.
Zadrżała na dźwięk tych kilku słów.
– Nie powinieneś – zaprzeczyła niemal instynktownie. Nie czuła się warta jego zaufania. – Zaufanie buduje się latami. Nie tego uczą was w wilczym bractwie?
Odgarnął z jej twarzy wąski kosmyk włosów i spojrzał jej głęboko w oczy, przez co straciła odwagę do dalszych wywodów.
– Najważniejszej rzeczy w życiu nauczyłem się od ciebie, podczas pierwszego spotkania. – Uśmiechnął się zawadiacko, a jej zadźwięczało w uszach od uwodzicielskiego akcentu. – Powiedziałaś wtedy coś bardzo ważnego. Do dziś o tym pamiętam.
– Co takiego? – spytała z wielkim zdziwieniem.
Nie miała pojęcia, że słowa, które wówczas wypowiedziała, zmieniły jego podejście do życia.
– To było jedno zdanie. Twoje słowa opływały złością i stały w sprzeczności z kodeksem, a jednak uzmysłowiły mi, gdzie popełniałem błąd. Przez całe życie myślałem w ten sposób i proszę… – Ponownie dotknął jej czoła ustami. – Spotkałem kobietę, której spojrzenie na świat ocaliło mój własny.
Otworzył dla niej drzwi Jaguara, ucinając temat. Nie znosiła, gdy przerywał wywody w połowie, zostawiając ją z masą pytań i skazując niesforny umysł swojej dziewczyny na łaskę domysłów.
Musiała jednak spasować. Po kilku kłótniach zrozumiała, że wywieranie nacisku w jego przypadku nie miało sensu.
– Dasz radę prowadzić? – spytał ciepło.
– Nadal chcesz mnie tam zabrać?
– Nie boję się własnych krewnych – zaśmiał się. Wyczuł jednak wahanie. Przecież nie była w stanie ukryć prędkości, z jaką krew okrążała ciało. – Popatrz na to z innej strony. Jesteś strzeżona przez bestię w ludzkiej skórze. Jak sprawy przybiorą nieoczekiwany obrót, może wreszcie zobaczysz, jak wyglądam po przemianie.
– Znowu stroisz sobie żarty, a nasza sytuacja wcale nie jest zabawna.
– Trochę jest, zapewniam cię, tylko jeszcze tego nie widzisz.
Oparł swoje dłonie na jej ramionach i obdarzył kolejnym pocałunkiem.
Oderwał lewą dłoń i przeczesał nią zadziorną fryzurę. Kasztanowe włosy osypały się z powrotem na czoło detektywa miękkimi falami.
– Czyli nie ma się czym martwić? Twoi krewni dobrze zniosą informację o moim pochodzeniu?
Przez twarz Aidana przemknął grymas niepokoju. Zdziwiła się, że w ogóle to dostrzegła.
– Najpierw musimy tam dojechać. Chcesz, żebym prowadził?
– Nie – odrzekła stanowczo. – Zaoszczędzisz sobie sprzątania, jeśli usiądę za kółkiem. Wciąż mi niedobrze.
– Nieźle! Sądziłem, że będziesz nalegała na powrót do Abersant. – Otaksował swoją dziewczynę dzikim spojrzeniem.
– Ariana napisała w liście, że jestem córką rycerzy Konwentu. Czy rycerz zakonu zaprzysiężonych poddałby się w takiej sytuacji? – Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
Aidan odgarnął jej włosy z czułością, ale wyraźnie powstrzymywał śmiech.
– Już prawie nie słyszę dygotania twojego walecznego serca – zachichotał, zdradzając swoje myśli.
Kolejna próba ukrycia strachu przed wilkiem okazała się porażką. Ze wszystkich mężczyzn na świecie jej serce wybrało ciepłokrwisty wykrywacz kłamstw!
Paradoksalnie magiczny sonar zadział na nią krzepiąco.
– Nie przejmuj się tym, czego nie możesz zmienić. Nie masz wpływu na decyzje Konwentu. Ani na to, co ktoś o tobie pomyśli
Nachylił się i pocałował „dzielną” dziewczynę w czoło.
Wioska znajdowała się niedaleko, tylko pół godziny drogi od Abersant, ale miała wrażenie, że podróż trwa już kilka godzin. Wciąż dochodziła do siebie po ciężkim wyznaniu, znosząc cierpliwie głupie komentarze Aidana na temat Konwentu. Jak na złość, właśnie teraz rozwiązał mu się język!
W sercu pięknej doliny lśniło podłużne jezioro, odbijające błękit nieba. Słońce zaglądało tu jeszcze rzadziej niż do Dinas Blaidd, lecz dziś witało ich serdecznością promieni rozlanych obficie na zboczach gór pilnujących wioski.
Brzeg jeziora od strony miasteczka oddzielała potężna tama. Zauważyła kilka małych łodzi, żaglówek, kajaków oraz kilkanaście desek do paddleboardingu. Dwie najbliższe jej oczom kołysały się na wodzie, unosząc z wdziękiem swoich pasażerów. Z daleka pływacy wyglądali na parę zakochanych, cieszących się udaną randką.
Anna dostrzegła mężczyznę, który przyciągnął dziób deski do siebie i nachylił się w kierunku partnerki. Gdy fala ich od siebie oddaliła, kobieta straciła równowagę i z gracją szczeniaka wpadła do jeziora.
– Lepiej by sobie radziła, gdyby należała do plemienia. – Przygryzła wargę w skupieniu.
Pryce uśmiechnął się pod nosem.
– Skąd ta pewność?
– W zasadzie… znikąd… Głupie domysły.
Zwolniła, żeby lepiej przyjrzeć się kobiecie wdrapującej się z powrotem na powierzchnię deski. Mężczyzna przysunął jej wiosło swoim, po czym wyłowiwszy je, przytrzymywał deskę partnerki, aby kobiecie łatwiej było na nią wskoczyć.
– Mam nadzieję, że oboje umieją pływać. – Myśli wypłynęły z jej ust niemal automatycznie. Kiepsko radziła sobie w wodzie i oceniła obcych na podstawie swoich umiejętności.
– Spokojnie, interwencja wilka nie będzie konieczna. Stąd tego nie dostrzeżesz, ale jedno z nich ma na sobie kamizelkę.
Zerknęła jeszcze raz w stronę jeziora. Jasne kolory ubrań obojga od razu przyciągały wzrok, lecz byli za daleko, aby ludzkie oko odczytało różnicę między koszulką a odzieżą ochronną, utrzymującą głowę ponad powierzchnią wody.
Cień żalu na moment otoczył jej serce. Przyszła na świat jako zwykły człowiek. Z wilczymi talentami łatwiej zmagać się z życiem.
Na samą myśl, że pozazdrościła wilkom daru, jej policzki nabrały cieplejszych kolorów, więc uspokajała ciało wolniejszymi oddechami, by Aidan nie zauważył na jej twarzy oznaki słabości.
Jaguar podskoczył na nierównej powierzchni. Droga zmieniła się w odcinek specjalny dla samochodów terenowych i choć starała się omijać przeszkody, coś zahaczyło o podwozie. Mina policjanta mówiła sama za siebie.
Uparty Keltoiczyk nie dał się przekonać, żeby wzięli Hondę, bo nie działała w niej klimatyzacja. Argumentował, że postawny mężczyzna z darem wilczej krwi pod skórą cierpi katusze podczas walijskiego lata. Dla Anny, wychowanej w Polsce, dwadzieścia dwa stopnie na lokalnym termometrze w czerwcu odczuwała jako znośny upał.
– Mówiłam, że Honda lepiej znosi górskie drogi. – Zasłoniła się uporem wilkołaka, ucieszona, że rumieniec na policzkach nabrał wiarygodnej wymówki.
– Nie przewidziałem, że masz chorobę lokomocyjną… i ciężką stopę.
– Naprawdę? – Zerknęła na licznik. – Przecież jadę bardzo wolno. Już chyba wolniej się nie da.
Detektyw pokręcił głową.
– Po co się odzywałem… Najprościej będzie, jak pozwolisz mi naprawić to i owo w swoim aucie, skoro nie chcesz go sprzedać. Zabytkowej Hondzie przyda się mały tuning.
– Wiem, że lubisz się tym zajmować, ale ustaliliśmy, że sama zapłacę za wszelkie naprawy. Gdy uzbieram wymaganą kwotę, złożę u ciebie zamówienie – odpowiedziała z takim samym sarkazmem, z jakim on wypowiedział się o samochodzie, do którego była przywiązana i nie zamierzała go sprzedawać.
– I znowu to samo – odparł twardo. – Nie przyjmę od ciebie pieniędzy za naprawę klimatyzacji. Ty też nie przyjęłaś. Cofnęłaś zaliczkę, wpłaconą przez Omegę.
