Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Jeździec Miedziany ebook

Paullina Simons  

4.50704225352113 (142)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1091 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jeździec Miedziany - Paullina Simons

Część pierwsza.

Wybucha II wojna. Siedemnastoletnia Tatiana błyskawicznie staje się dorosła. Podczas blokady Leningradu jest podporą dla całej rodziny. Wielką miłością do Aleksandra, młodego oficera, nie ma kiedy się nacieszyć. Gdy chłopak, skrywający politycznie niebezpieczną tajemnicę, nagle znika, Tatiana jest w ciąży i udaje się w głąb Rosji, by odnaleźć ukochanego.

Wspaniała historia uczucia, które pozwoliło przetrwać wojenny koszmar.

Opinie o ebooku Jeździec Miedziany - Paullina Simons

Fragment ebooka Jeździec Miedziany - Paullina Simons

Tytuł oryginału THE BRONZE HORSEMAN

WydawcaGrażyna Smosna

RedakcjaMarta Trojan

KorektaJadwiga Przeczek

Copyright © by Paullina Simons, 2000 Published by arrangement with HarperCollins Publishers All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Jan Kraśko, 2002

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

ŁamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl

Mojej ukochanej Babci i Dziadkowi, Marii i Lwowi Handlerom, którzy przeżyli pierwszą wojnę światową, rewolucję październikową, rosyjską wojnę domową, drugą wojnę światową, blokadę Leningradu, ewakuację, głód, czystki, Lenina i Stalina, i którym w złotej jesieni życia dane było przeżyć dwadzieścia lat w nieklimatyzowanym nowojorskim mieszkaniu. Niech Was Bóg błogosławi.

Tak właśnie, gdy się niebo wypogadza, Choćbyśmy w głębi lądu stali, W naszych duszach trwa widok nieśmiertelnej dali Morza, którego władza Dała nam tu się znaleźć; i zaraz myśl zmierza Wstecz, ku piaskom wybrzeża, Gdzie igra Dziecko i gdzie wiecznie trwa szum fal

KSIĘGA I

LENINGRAD

CZĘŚĆ 1

Blask bezksiężycowy[1]

Kocham Marsowych Pól paradę

1

Wraz z wpadającymi przez okno promieniami słońca w pokoju zagościł poranek. Tatiana Mietanowa spała, śniąc sny niewinne, niespokojnie radosne, ciepłe, jasne i pachnące czerwcowym jaśminem jak leningradzkie noce. Lecz przede wszystkim, odurzona życiem, śniła rozbuchane sny nieokiełznanej młodości.

Nie dane jej było spać długo.

Gdy promyki słońca wpełzły na łóżko, naciągnęła na głowę prześcieradło, próbując od nich uciec. Otworzyły się drzwi, zaskrzypiała podłoga: do sypialni weszła Dasza, jej starsza siostra.

Daria, Dasza, Daszeńka, Daszka.

Dla Tatiany była uosobieniem wszystkiego, co najdroższe.

Lecz w tej chwili Tania miała ochotę ją udusić. Dasza próbowała ją obudzić – niestety skutecznie. Potrząsała nią energicznie silnymi rękami, a w jej zwykle dźwięcznym, melodyjnym głosie pobrzmiewały irytująco zgrzytliwe nutki.

– Psst! Tania! Obudź się. Obudź się!

Tatiana jęknęła. Dasza ściągnęła z niej prześcieradło.

To, że jedna była starsza od drugiej o siedem lat, uwidoczniło się najbardziej właśnie teraz, kiedy Tatiana chciała spać, podczas gdy Dasza...

– Przestań – wymamrotała Tania, na próżno macając ręką w poszukiwaniu prześcieradła. – Nie widzisz, że śpię? Kim ty jesteś? Moją matką?

Ponownie otworzyły się drzwi, ponownie zaskrzypiała podłoga. O wilku mowa.

– Tania? – rzuciła Irina Mietanowa. – Obudziłaś się? Natychmiast wstawaj.

Trudno było powiedzieć, że matka ma melodyjny głos. W ogóle nie miała w sobie nic łagodnego. Niska i porywcza, zawsze tryskała gniewną energią. Niebieska sukienka, przewiązane chustką włosy: pewnie szorowała podłogę we wspólnej łazience i nie chciała, żeby opadały jej na oczy. Była brudna i zmęczona, lecz wyglądało na to, że uporała się już z niedzielną robotą.

– Dlaczego? – spytała Tatiana, nie podnosząc głowy. Dasza muskała włosami jej plecy. W pewnej chwili położyła rękę na nodze siostry i nachyliła się, jakby chciała ją pocałować. Tanię zalała fala czułości, lecz zanim Dasza zdążyła cokolwiek powiedzieć, w sypialni ponownie zabrzmiał szorstki głos matki:

– Szybko. W radiu będzie ważny komunikat. Zaraz, za parę minut.

– Gdzieś ty była? – spytała cichutko Tatiana. – Wróciłaś dopiero po świcie.

– Nie moja wina, że świt był o północy – odrzekła szeptem rozanielona Dasza. – Przyszłam o dwunastej, jak na porządną dziewczynę przystało. – Uśmiechnęła się. – Już spałaś.

– Świtało o trzeciej, a o trzeciej jeszcze cię nie było.

Dasza zagryzła wargę.

– Powiem tacie, że nie zdążyłam. Że kiedy podnosili mosty, byłam jeszcze po drugiej stronie rzeki.

– Świetnie. I wyjaśnij mu przy okazji, co tam robiłaś o trzeciej nad ranem. – Tania przewróciła się na drugi bok. Tego ranka Dasza wyglądała wyjątkowo ładnie. Miała niesforne, ciemnobrązowe włosy, ciemne oczy i okrągłą, pełną życia twarz z setką min na każdą okazję. Teraz gościł na niej wyraz wesołego rozdrażnienia. Tatiana też była rozdrażniona, choć mniej wesoła. Chciała jeszcze pospać.

Matka miała napiętą twarz. Tatiana odchrząknęła.

– Jaki komunikat?

Matka bez słowa ściągnęła prześcieradło z sofy.

– Mamo, jaki komunikat?

– Rządowy, za kilka minut – mruknęła Irina Mietanowa, kręcąc głową, jakby sprawa była zupełnie oczywista. – To wszystko, co wiem.

Tatiana niechętnie przetarła oczy. Komunikat. Mieli przerwać muzyczny program radiowy, żeby nadać rządowe obwieszczenie. Rzadki przypadek.

– Może znowu zaatakowaliśmy Finlandię. – Tania ziewnęła.

– Cicho bądź – burknęła matka.

– A może Finowie zaatakowali nas? W zeszłym roku odebraliśmy im kawał ziemi i od tamtej pory bardzo chcą go odzyskać.

– Niczego im nie odbieraliśmy – zaprotestowała Dasza. – W zeszłym roku wkroczyliśmy do Finlandii tylko po to, żeby odzyskać ziemie, które straciliśmy podczas wielkiej wojny. Powinnaś przestać podsłuchiwać dorosłych.

– Nieprawda, nic nie straciliśmy – odparła Tatiana. – Towarzysz Lenin oddał im te ziemie dobrowolnie. To się nie liczy.

– Taniu, nie prowadzimy wojny z Finlandią, jasne? A teraz wstawaj.

Tatiana ani drgnęła.

– W takim razie kogo mogliśmy napaść? Łotwę? Litwę? Białoruś? Tylko po co? Przecież już tam jesteśmy. W zeszłym roku Stalin zawarł pakt z Hitlerem i uznaliśmy, że to nasze ziemie, prawda?

– Tatiano Gieorgijewno! Proszę natychmiast przestać! – Ilekroć mama nie była w nastroju do żartów, do imienia dziewcząt zawsze dodawała imię ojca.

Tatiana spoważniała, a przynajmniej udała, że poważnieje.

– To co nam jeszcze zostało? – spytała. – Mamy już pół Polski...

– Powiedziałam, przestań! – krzyknęła matka. – Dość tych wygłupów. Wstawaj. Dario Gieorgijewno, ściągnij ją z łóżka, ale już!

Dasza nie zareagowała.

Irina Mietanowa wyszła z pokoju, gniewnie mrucząc pod nosem.

Dasza szybko odwróciła się w stronę siostry.

– Muszę ci coś powiedzieć – szepnęła konspiracyjnym szeptem.

– Coś miłego? – Zaciekawiona Tatiana usiadła. Dasza rzadko kiedy zdradzała jej sekrety ze swego dorosłego życia.

– Coś wspaniałego! Zakochałam się!

Tatiana przewróciła oczami i opadła na poduszkę.

– Przestań! – wykrzyknęła Dasza i usiadła na niej okrakiem. – To poważna sprawa.

– No dobrze – odrzekła Tania z uśmiechem. – Kiedy go poznałaś? Wczoraj? Po tym, jak podnieśli mosty?

– Wczoraj spotkaliśmy się trzeci raz.

Tatiana pokręciła głową. Radość siostry była zaraźliwa.

– Złaź ze mnie.

– Nie – odparła Dasza, łaskocząc ją pod pachami. – Zejdę dopiero wtedy, gdy powiesz, że się z tego cieszysz.

– Niby dlaczego miałabym to mówić? – zachichotała Tatiana. – Wcale się nie cieszę. Przestań! To nie ja się zakochałam, tylko ty. Przestań! Przestań!

Do pokoju wróciła mama. Na okrągłej tacy niosła sześć filiżanek i srebrzysty samowar.

– Dość tego! – krzyknęła. – Słyszycie?

– Tak, mamo – odrzekła Dasza, łaskocząc siostrę po raz ostatni.

– Ajaj, boli! – wrzasnęła Tatiana. – Mamo, ona mi złamała żebro!

– Zaraz ja wam coś złamię. Jesteście już za duże na takie zabawy.

Dasza pokazała siostrze język.

– Od razu widać, jak bardzo jesteś dorosła – mruknęła Tatiana. – Mama nie wie, że masz dopiero dwa latka.

Ponieważ Dasza nie schowała języka, Tania chwyciła go dwoma palcami i mocno ścisnęła. Dasza głośno zapiszczała. Tatiana zwolniła chwyt.

– Co ja powiedziałam! – krzyknęła matka.

Dasza nachyliła się i szepnęła:

– Sama się przekonasz. Nigdy dotąd nie widziałaś tak przystojnego chłopaka.

– Naprawdę? Jest przystojniejszy od Siergieja, którym tak mnie katowałaś? Przecież to on miał być najładniejszy.

– Przestań! – syknęła Dasza, dając jej klapsa w nogę.

– Ale w zeszłym tygodniu jeszcze był, prawda?

– Nigdy tego nie zrozumiesz, bo wciąż jesteś niepoprawnym dzieckiem. – Kolejny klaps i wrzask matki. Dziewczęta spoważniały.

Do pokoju wszedł tata, Gieorgij Wasiljewicz Mietanow, ojciec Tatiany. Był niski, miał czterdzieści kilka lat i gęste, czarne, mocno zwichrzone włosy, które zaczynały już siwieć; Dasza odziedziczyła po nim swoje. Mijając łóżko, zerknął na ukryte pod prześcieradłem nogi Tani i powiedział:

– Już południe. Wstawaj albo będą kłopoty. Za dwie minuty masz być ubrana.

– Już się robi. – Tatiana błyskawicznie wstała i okazało się, że spała w bluzce i spódnicy. Dasza i mama pokręciły głową; mama prawie się uśmiechnęła.

Tata spojrzał w okno.

– Co my z nią zrobimy, Irino?

Nic, pomyślała Tania. Tylko niech tata na mnie nie patrzy.

– Muszę wyjść za mąż. – Dasza usiadła. – Wyjdę za mąż i nareszcie będę mogła się przebierać w swoim własnym pokoju.

– Chyba żartujesz – odrzekła Tatiana, podskakując na łóżku. – Będziemy mieszkali tutaj, w tym pokoju. Ty, twój mąż i ja, wszyscy razem w jednym łóżku, z Paszą w nogach. Jakie to romantyczne...

– Nie wychodź za mąż, Daszeńko – odezwała się matka. – Tania ma rację, choć raz. Za mało tu miejsca.

Ojciec bez słowa włączył radio.

W długim, wąskim pokoju stało duże łóżko, w którym spały siostry, sofa, na której spali mama i tata, oraz niska metalowa leżanka, na której spał Pasza, bliźniaczy brat Tatiany. Ponieważ pryczę ustawiono w nogach łóżka dziewcząt, Pasza mawiał, że jest ich małym podnóżkiem.

Dziadkowie mieszkali tuż obok, w pokoju na końcu krótkiego korytarza. Niekiedy Dasza sypiała na małej sofie, która stała przed ich drzwiami. Zdarzało się tak zwłaszcza wtedy, gdy wracała późno do domu i nie chciała budzić rodziców – nazajutrz dostałaby burę. Sofa w korytarzu miała zaledwie półtora metra długości i wygodniej spałoby się na niej Tatianie, która była niewiele dłuższa. Ale Tatiana nie musiała sypiać w korytarzu, ponieważ rzadko kiedy wychodziła wieczorami, natomiast Dasza to zupełnie inna historia.

– Gdzie Pasza?

– Kończy śniadanie – odrzekła mama. Jak zawsze, była w ciągłym ruchu. Podczas gdy tata zamarł na starej sofie niczym kamienny posąg, ona krążyła po pokoju, zbierając pudełka po papierosach, poprawiając książki na półce i zmiatając ręką kurz z małego stolika. Tatiana wciąż stała na łóżku, Dasza wciąż na nim siedziała.

Mietanowowie mieli szczęście: mieszkali w dwóch pokojach na końcu wspólnego korytarza. Przed sześciu laty zbudowali tam przepierzenie, dzięki czemu czuli się niemal tak, jakby mieli osobne mieszkanie. Natomiast Iglenkowie, ci z naprzeciwka – było ich aż sześcioro – tłoczyli się w jednym dużym pokoju z drzwiami wychodzącymi na korytarz. To jest dopiero pech.

Przez wydęte firanki sączyły się jaskrawe promienie słońca.

Tatiana wiedziała, że nadejdzie taka chwila, krótka, króciutka chwilka, kiedy olśnią ją wszystkie możliwości, które niósł z sobą ten dzień, że ułamek sekundy później wszystko pierzchnie niczym piękny sen. I rzeczywiście pierzchło. Mimo to... To zalewające pokój słońce, ten odległy warkot autobusów wpadający przez otwarte okno, ten lekki wiatr...

Tę część niedzieli Tatiana lubiła najbardziej: początek.

Wszedł Pasza z dziadkiem i babcią. Byli bliźniętami, Tania i on, lecz bliźniętami zupełnie do siebie niepodobnymi. Pasza – do złudzenia przypominał ojca – obojętnie skinął siostrze głową.

– Ładna fryzura – rzucił.

Tatiana pokazała mu język; nie zdążyła się jeszcze uczesać.

Brat usiadł na leżance, babcia tuż obok niego. Ponieważ była najwyższa z Mietanowów, cała rodzina radziła się jej we wszystkim oprócz kwestii moralnych, w których za autorytet uchodził dziadek. Srebrzystowłosa babcia była kobietą niezwykle imponującą, konkretną, praktyczną. Dziadek był pokorny, ciemnowłosy i bardzo miły. Usiadł na sofie obok taty i wymamrotał:

– To coś poważnego, synu.

Tata w napięciu skinął głową.

Zdenerwowana mama wciąż sprzątała.

Babcia pogłaskała wnuczka po plecach.

– Pasza – Tatiana podpełzła do brzegu łóżka i pociągnęła brata za nogę – pobawimy się w parku w wojnę? Zobaczysz, że tym razem wygram.

– Marzycielka – odrzekł Pasza. – Nie masz ze mną szans.

Zatrzeszczało radio. Był 22 czerwca 1941 roku, godzina dwunasta trzydzieści.

– Tania, przestań gadać i usiądź – rozkazał ojciec. – Zaraz się zacznie. Irino, ty też. Siadaj.

Z radioodbiornika popłynął głos towarzysza Wiaczesława Mołotowa, ministra spraw zagranicznych.

Towarzysze i towarzyszki, obywatele Związku Radzieckiego. Rząd radziecki pod przewodnictwem towarzysza Stalina polecił mi złożyć następujące oświadczenie. O godzinie czwartej rano, bez wypowiedzenia wojny i bez żadnych konkretnych żądań względem Związku Radzieckiego, niemieckie wojska zaatakowały granice naszego kraju, bombardując z powietrza Żytomierz, Kijów, Sewastopol, Kowno i wiele innych miast. Do ataku doszło, mimo że Związek Radziecki i Niemcy podpisały pakt o nieagresji, pakt skrupulatnie przez nas przestrzegany. Zostaliśmy zaatakowani, chociaż od chwili ratyfikowania powyższego paktu niemiecki rząd nie wnosił najmniejszych zastrzeżeń co do sposobu, w jaki Związek Radziecki wywiązuje się ze swoich zobowiązań...

Rząd wzywa was, obywatele Związku Radzieckiego, do zwarcia szeregów wokół partii bolszewickiej, wokół radzieckiego rządu i jego wielkiego przywódcy, towarzysza Stalina. Walczymy o słuszną sprawę. Wróg zostanie zmiażdżony. Zwycięstwo będzie nasze.

Radio umilkło i zaszokowana rodzina Mietanowów znieruchomiała w pełnej napięcia ciszy.

Pierwszy otrząsnął się tata.

– Boże – szepnął i spojrzał na Paszę.

– Musimy natychmiast podjąć pieniądze z banku – powiedziała mama.

– Tylko nie kolejna ewakuacja – wymamrotała babcia. – Który to już raz? Nie przeżyjemy. Lepiej zostać w mieście.

– I znowu zatrudnią mnie na kursach ewakuacyjnych? – rzucił dziadek. – Mam prawie sześćdziesiąt cztery lata. Mnie pora umierać, a nie wyjeżdżać.

– Ale nasz garnizon nie idzie na wojnę, prawda? – spytała Dasza. – To znaczy, że wojna przyjdzie do nas?

– Wojna! – wykrzyknął Pasza. – Taniu, słyszałaś? Zaciągnę się do wojska. Zaciągnę się i będę walczył za matkę Rosję.

Zanim bezgranicznie podekscytowana Tatiana zdążyła odpowiedzieć – na usta cisnęło jej się tylko jedno słowo: „Klawo!” – ojciec spojrzał na syna i zerwał się z sofy.

– Co ty wygadujesz? Kto cię przyjmie?

– Tatusiu – odrzekł z uśmiechem Pasza. – Na wojnie przyda się każdy mężczyzna.

– Mężczyzna tak, ale nie dziecko – warknął ojciec, klękając na podłodze i zaglądając pod łóżko córek.

– Jak to? – powiedziała powoli Tatiana. – Wojna? To niemożliwe. Przecież towarzysz Stalin podpisał z nimi traktat pokojowy.

Mama rozlała herbatę.

– Możliwe, Taniu, możliwe.

– I co? – spytała Tatiana, z trudem panując nad głosem. – Będziemy musieli się... ewakuować?

Tata wyciągnął spod łóżka starą, zniszczoną walizkę.

– Już? – spytała Tania. – Tak szybko?

Dziadek i babcia opowiadali jej o niespokojnych czasach wielkiej rewolucji tysiąc dziewięćset siedemnastego roku, kiedy to wyjechali za Ural do jakiejś małej wioski, której nazwy nawet nie pamiętała. Najpierw długie czekanie na pociąg, załadunek całego dobytku, potem ten straszny tłok w wagonach, przeprawa barkami przez Wołgę...

Ekscytowała ją odmiana. Ekscytowało ją nieznane. Kiedy miała osiem lat, była przejazdem w Moskwie, ale czy to się liczyło? Moskwa nie jest egzotyczna, myślała. Moskwa to nie Afryka, Ameryka czy choćby Ural. Moskwa to tylko Moskwa. Odrobinę piękna można tam znaleźć tylko na placu Czerwonym, nigdzie więcej.

Kilka razy wraz z całą rodziną była na całodziennej wycieczce w Carskim Siole i w Peterhofie, żeby zobaczyć letnie pałace carów w pięknie utrzymanych ogrodach. Bolszewicy urządzili tam wspaniałe muzea. Chodząc szerokimi korytarzami Peterhofu, ostrożnie stąpając po zimnej posadzce z żyłkowatego marmuru, wprost nie mogła uwierzyć, że kiedyś mieszkali tam ludzie, że to wszystko należało do nich.

A potem wrócili do Leningradu, do dwóch pokojów przy Piątej Radzieckiej, i zanim dotarli na miejsce, musieli przejść obok otwartych drzwi do klitki, w której gnieździło się sześcioro Iglenkowów.

Kiedy miała trzy lata, spędzali wakacje na Krymie, na tym samym Krymie, który tego ranka zaatakowali Niemcy. Z tamtej kwietniowej wyprawy pamiętała bardzo dużo: pierwszy raz w życiu jadła wtedy ziemniaka na surowo – pierwszy i ostatni – pierwszy raz w życiu widziała ropuchy w małym stawie, pierwszy raz w życiu spała w wyściełanym kocami namiocie. Jak przez mgłę pamiętała również zapach morskiej wody. To właśnie tam, w chłodnych wodach Morza Czarnego, pierwszy i ostatni raz w życiu poczuła dotyk oślizgłej meduzy, która musnęła jej drobne, nagie ciałko, prowokując ją do radosnego, acz pełnego trwogi krzyku.

Na myśl o ewakuacji z podniecenia ścisnęło ją w dołku. Urodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym, w roku śmierci Lenina, po rewolucji, po wielkim głodzie i po wojnie domowej. Urodziła się po tym, co najgorsze, lecz nie zdążyła jeszcze zaznać niczego lepszego. Urodziła się w trakcie, podczas.

Dziadek spojrzał na nią swymi czarnymi oczami, chcąc odgadnąć, jakie miotają nią emocje.

– Tanieczko, o czym ty tak dumasz?

Tatiana spróbowała przybrać obojętną minę.

– O niczym.

– Co ci chodzi po głowie? To wojna. Rozumiesz? Wojna.

– Rozumiem.

– Chyba nie. – Dziadek zamilkł na chwilę. – Taniu, życie, które dotąd znałaś, już się skończyło. Zapamiętaj moje słowa. Od dzisiaj nic już nie będzie tak, jak to sobie wyobrażałaś.

– Właśnie! – wykrzyknął Pasza. – Damy Niemcom kopa i wyślemy ich do piekła, gdzie ich miejsce. – Uśmiechnął się do Tatiany, która odpowiedziała mu uśmiechem.

Mama i tata milczeli.

– Tak – szepnął tata. – A co potem?

Babcia usiadła obok dziadka. Położyła swoją dużą dłoń na jego ręce, zasznurowała usta i lekko skinęła głową, dając wnuczce do zrozumienia, że pewnych rzeczy nie zamierza nikomu zdradzać. Dziadek też wiedział swoje, ale to, co wiedzieli, razem i osobno, nie mogło równać się z podnieceniem, które odczuwała Tatiana. Nie szkodzi, pomyślała. Oni tego nie rozumieją. Nie są już młodzi.

Było ich siedmioro i wszyscy milczeli. Ciszę przerwała mama.

– Co robimy, Gieorgiju Wasiljewiczu?

– Za dużo dzieci, Irino Fiodorowno – odrzekł ze smutkiem ojciec, mocując się z walizką Paszy. – Tyle dzieci i o każde trzeba się martwić.

– Naprawdę, tato? – spytała Tatiana. – A o które z nas wolałbyś się nie martwić?

Tata podszedł bez słowa do wspólnej szafy, otworzył szufladę syna i zaczął wrzucać do walizki jego ubranie.

– Wysyłam go, Irino. Na obóz w Tołmaczewie. Miał wyjechać w przyszłym tygodniu, z Wołodią Iglenko, ale wyjedzie wcześniej. A Wołodia z nim. Nina się ucieszy. Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze.

Mama otworzyła usta i pokręciła głową.

– Tołmaczewo? Czy tam aby bezpiecznie? Na pewno?

– Absolutnie – odrzekł tata.

– Absolutnie nie – zaprotestował Pasza. – Tato, wybuchła wojna! Nie jadę na żaden obóz. Wstąpię do wojska.

Tak trzymaj, Paszka, pomyślała Tatiana, tak trzymaj, lecz tata odwrócił się nagle i przeszył syna wzrokiem. Tania wstrzymała oddech. Wszystko zrozumiała.

Ojciec chwycił Paszę za ramię i mocno nim potrząsnął.

– Coś ty powiedział? Oszalałeś? Do wojska?!

Pasza próbował się wyszarpnąć, lecz ojciec nie zwolnił uchwytu.

– Tato, puść mnie.

– Paweł, jesteś moim synem i będziesz mnie słuchał. Najpierw wyjedziesz z Leningradu. O twoim wojsku porozmawiamy potem. Teraz musimy złapać pociąg.

Ciasny pokój i tylu obserwatorów – było w tej scenie coś żenującego i niestosownego. Tatiana chciała się odwrócić, lecz nie miała gdzie. Spojrzała na swoje ręce i zamknęła oczy. Wyobraziła sobie, że leży latem na środku pięknej łąki i pogryza słodką koniczynę. A wokoło nikogo.

Jak to możliwe, żeby w ciągu paru sekund wszystko się zmieniło?

Otworzyła oczy i mrugnęła. Jedna sekunda. Mrugnęła ponownie. I druga.

Przed kilkoma sekundami spała.

Przed kilkoma sekundami przemawiał Mołotow.

Przed kilkoma sekundami była taka radosna.

Przed kilkoma sekundami mówił tata.

A teraz Pasza wyjeżdża. Mrug, mrug, mrug.

Dziadek i babcia dyplomatycznie milczeli. Jak zwykle, jak to oni. Dziadek, niech mu Bóg wybaczy, robił wszystko, żeby się tylko nie odzywać. Jeśli chodzi o gadatliwość, babcia była jego dokładnym przeciwieństwem, lecz tym razem najwyraźniej postanowiła pójść w ślady męża. Może dlatego, że ilekroć otwierała usta, dziadek ściskał ją za nogę, a może z innego powodu, w każdym razie nie powiedziała ani słowa.

Dasza, która nigdy nie bała się ojca, i której nie przerażała odległa perspektywa wojny, wstała i oświadczyła:

– Tato, to czysty obłęd. Dlaczego wysyłasz go z domu? Niemcy są daleko. Słyszałeś, co powiedział towarzysz Mołotow. Zaatakowali Krym, to tysiące kilometrów stąd.

– Milcz, Daszeńko – odparł ojciec. – Nie znasz Niemców.

– Ale Niemców tu nie ma – powtórzyła Dasza nie znoszącym sprzeciwu tonem. Tatiana bardzo jej tego tonu zazdrościła. Jej własny głos był cichy i miękki jak echo – pewnie brakowało jej jeszcze jakiegoś kobiecego hormonu. Zresztą nie tylko tego od głosu. Miesiączkowała dopiero od roku, ale co to było za miesiączkowanie. Okres miewała raz na trzy miesiące. Pierwszy dostała zimą. Trwał trochę, doszedł do wniosku, że mu się nie podoba, zniknął i wrócił dopiero na jesieni. Ot, tak, jakby nigdy nic. Od tamtej pory nawiedził ją tylko dwukrotnie. Gdyby miesiączkowała częściej, miałaby pewnie bardziej sugestywny głos, taki jak Dasza. A według miesiączek Daszy można by regulować zegarek.

– Dario! – krzyknął tata. – Nie zamierzam się z tobą wykłócać. Twój brat nie zostanie w Leningradzie, i kropka. Ubieraj się, Pasza. Włóż spodnie i ładną koszulę.

– Tato...

– Powiedziałem, ubieraj się! Nie traćmy czasu. Gwarantuję, że za godzinę nie będzie miejsca na żadnym obozie i nigdzie cię nie wcisnę.

Może to był błąd, może ojciec nie powinien był tego mówić, bo Tatiana nigdy dotąd nie widziała, żeby brat poruszał się tak niemrawo jak teraz. Dobrych dziesięć minut szukał swojej jedynej koszuli. Kiedy się przebierał, wszyscy odwrócili wzrok. Tatiana ponownie zacisnęła powieki, szukając w pamięci obrazu łąki, zapachu czereśni i pokrzyw. Tak, chętnie zjadłaby czarnych jagód... Zdała sobie sprawę, że zgłodniała, i otworzyła oczy.

– Nie chcę jechać – jęczał Pasza.

– Niedługo wrócisz – odrzekł tata. – Wysyłam cię tylko na wszelki wypadek. Na obozie będziesz bezpieczny. Zostaniesz tam z miesiąc, a my zobaczymy, co z tą wojną. Potem wrócisz, a jeśli zarządzą ewakuację, wywiozę was z miasta, ciebie i twoje siostry.

Tak! Właśnie to Tatiana pragnęła usłyszeć.

– Gieorgij – odezwał się cicho dziadek. – Gieorgij.

– Tak, tato? – spytał z szacunkiem ojciec. Nikt nie kochał dziadka bardziej niż tata. Nikt, nawet Tatiana.

– Gieorgij, nie możesz mu tego zabronić.

– Czego? Wstąpienia do wojska? Oczywiście, że mogę. Ma dopiero siedemnaście lat.

Dziadek potrząsnął siwą głową.

– Właśnie, siedemnaście. Chętnie go wezmą.

Ojciec zrozumiał, że znalazł się w pułapce, i na jego twarzy zagościł wyraz strachu. Zagościł i szybko zniknął.

– Nie wezmą. Co ty mówisz? – Było widać, że tata nie jest w stanie wyrazić tego, co naprawdę czuje, że chce, by rodzina przestała wreszcie gadać i pozwoliła mu ratować syna w jedyny sposób, jaki znał. Dziadek oparł się o poduszkę.

Współczując ojcu i chcąc mu jakoś pomóc, Tatiana powiedziała:

– Chyba jeszcze nie... – lecz przerwała jej mama, mówiąc:

– Paszeńka, weź sweter, kochanie.

– Nie wezmę! – krzyknął Pasza. – Jest środek lata!

– Dwa tygodnie temu był mróz.

– A teraz jest gorąco. Nie wezmę żadnego swetra.

– Słuchaj matki – syknął ojciec. – Nocami będzie zimno. Bierz sweter. – Pasza westchnął buntowniczo, mimo to wziął sweter i wrzucił go do walizki. Tata zamknął ją i trzasnął zameczkami. – A teraz posłuchajcie, oto mój plan...

– Jaki plan? – spytała przygnębiona Tatiana. – Mam nadzieję, że uwzględniłeś w nim jedzenie, bo...

– Milcz i posłuchaj, bo dotyczy i ciebie – warknął tata, po czym zaczął mówić.

Tatiana opadła na łóżko. Skoro nigdzie nie wyjeżdżają – już teraz, zaraz, natychmiast – nie chciała nic słyszeć.

Pasza wyjeżdżał na obozy dla chłopców co roku, do Tołmaczewa, do Ługi albo do Gatczyny. Wolał Ługę, bo stamtąd miał blisko do ich daczy – tylko pięć kilometrów prosto przez las – i Tania mogła go odwiedzać. Natomiast Tołmaczewo leżało dwadzieścia kilometrów od Ługi, a członkowie prowadzącej obóz kadry byli bardzo surowi i urządzali pobudkę już o świcie. Pasza mówił, że jest tam trochę jak w wojsku. No i dobrze, pomyślała Tatiana, nie słuchając tego, co mówi ojciec. Na bezrybiu i rak ryba.

Dasza uszczypnęła ją mocno w nogę.

– Aj! – krzyknęła głośno Tania z nadzieją, że siostra dostanie burę. Ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Nikt nic nie powiedział. Nawet na nią nie spojrzeli. Wszyscy patrzyli na Paszę, a chudy jak patyk Pasza – był w brązowych spodniach i beżowej koszuli o przetartym kołnierzyku i wystrzępionych rękawach – stał pośrodku pokoju niczym świeżo rozkwitły kwiat. Taki piękny, taki kochany... O czym doskonale wiedział.

Był ulubionym dzieckiem. Ulubionym wnukiem i bratem.

Ulubionym, bo jedynym. Jedynym synem.

Tatiana wstała z łóżka, podeszła bliżej, objęła go i powiedziała:

– Uśmiechnij się. Szczęściarz z ciebie. Ja zostaję w domu.

Odsunął się od niej, ale tylko o ćwierć kroku. Nie dlatego, że był skrępowany, nie. Po prostu nie uważał się za szczęściarza. Tania wiedziała, że brat chce wstąpić do wojska, że pragnie tego jak niczego innego na świecie. Nie miał ochoty jechać na jakiś głupi obóz.

– Pasza – rzuciła wesoło. – Najpierw musisz wygrać wojnę ze mną. Dopiero wtedy będziesz mógł walczyć z Niemcami.

– Zamknij się, Taniu – mruknął Paszka.

– Zamknij się, Taniu – powtórzył tata.

– Tato – spytała – mogę spakować swoją walizkę? Ja też chcę jechać na obóz.

– Gotowy, Pasza? – Tata nawet nie raczył jej odpowiedzieć. Obozy były tylko dla chłopców. – To chodźmy.

– Opowiem ci kawał, Paszka. – Niezrażona niechęcią brata, Tatiana nie zamierzała rezygnować.

– Nie mam ochoty wysłuchiwać twoich głupich kawałów.

– Ten ci się spodoba.

– Wątpię.

– Tatiana! – warknął groźnie tata. – Nie pora na żarty.

– Gieorgij – wstawił się za nią dziadek. – Niech opowie, co to komu szkodzi.

Podziękowawszy mu skinieniem głowy, Tatiana odchrząknęła.

– Prowadzą żołnierza na stracenie. „Fatalna pogoda” – mówi żołnierz do tych z plutonu egzekucyjnego. „Ty jeszcze narzekasz? – odpowiadają tamci. – My musimy wrócić”.

Nikt nie zareagował. Nikt się nawet nie uśmiechnął.

Pasza uniósł brwi, uszczypnął siostrę lekko i szepnął:

– Miło, że się starasz.

Tatiana ciężko westchnęła. Pewnego dnia będzie w wyśmienitym humorze. Pewnego, ale chyba nie tego.

2

– Tatiano, tylko bez długich pożegnań – powiedział ojciec, podnosząc z podłogi walizkę i torbę z dodatkowym jedzeniem na obóz. – Zobaczysz brata za miesiąc. Zejdź na dół i przytrzymaj drzwi. Mamę bolą plecy.

– Dobrze, tato.

Mieszkanie przypominało pociąg, a raczej wagon: długi korytarz, a w korytarzu dziewięcioro drzwi do dziewięciu pokojów. Były tam dwie kuchnie, jedna od frontu, druga od tyłu, a przy kuchniach łazienki i ubikacje. W dziewięciu pokojach tłoczyło się dwadzieścia pięć osób. Przed pięciu laty było ich jeszcze więcej, bo aż trzydzieścioro troje, ale ośmioro przeprowadziło się, umarło albo...

Rodzina Tatiany mieszkała na końcu korytarza. To było najlepsze miejsce. Mieli do dyspozycji większą kuchnię, no i schody, na dach i na podwórze; Tatiana lubiła nimi chodzić, gdyż idąc schodami, nie musiała mijać pokoju szalonego Sławina.

Mieli też większą płytę w kuchni i większą łazienkę. Poza tym dzielili te pomieszczenia tylko z trzema rodzinami, z Pietrowami, Sarkowami i z szalonym Sławinem, który nigdy nie gotował i się nie kąpał.

Sławina w korytarzu nie było. I dzięki Bogu.

Idąc do drzwi, musiała minąć wspólny telefon. Stał przy nim Piotr Pietrow i Tatianie przemknęło przez głowę, że mają dużo szczęścia. Bo ich telefon działał. Bo mogli z niego korzystać. Telefon u jej kuzynki Mariny był zepsuty, i to cały czas; stare kable czy coś w tym rodzaju. Tania mogła do niej tylko pisać albo odwiedzać ją osobiście, co zdarzało się dość rzadko, gdyż Marina mieszkała za rzeką, na drugim końcu miasta.

Pietrow był bardzo zdenerwowany, wręcz wzburzony. Czekał na połączenie, a ponieważ nie mógł krążyć po korytarzu – kabel był za krótki – przebierał nogami w miejscu. Dostał połączenie w chwili, gdy Tatiana go mijała; trudno było tego nie zauważyć, gdyż natychmiast zaczął wrzeszczeć do słuchawki:

– Luba! To ty? To ty, Luba?

Krzyknął tak głośno, nagle i niespodziewanie, że Tatiana aż podskoczyła, wpadając na ścianę. Otrząsnęła się, minęła go szybko, po czym zwolniła, żeby posłuchać.

– Luba, słyszysz mnie? Fatalne połączenie, wszyscy gdzieś dzwonią. Luba, wracaj do Leningradu! Słyszysz? Wojna wybuchła. Bierz, co możesz, resztę zostaw i wsiadaj do pociągu. Luba! Nie, nie za godzinę, nie jutro, tylko teraz, rozumiesz? Natychmiast! – Słuchał chwilę. – Przecież mówię ci, żebyś dała sobie z tym spokój! Ogłuchłaś, babo, czy co?

Tatiana zerknęła przez ramię i ujrzała jego zesztywniałe plecy.

– Tatiana! – Tata przeszywał ją wzrokiem, który mówił: jeśli zaraz tu nie przyjdziesz...

Lecz Tatiana zwlekała, gdyż bardzo pragnęła usłyszeć coś jeszcze.

– Tatiano Gieorgijewno! Proszę natychmiast nam pomóc! – Tak samo jak matka, tata używał tego oficjalnego zwrotu tylko wtedy, gdy chciał podkreślić, o jak ważną chodzi sprawę. Tania ruszyła spiesznie wąskim korytarzem, myśląc o Pietrowie i o tym, dlaczego Paszka nie może sam otworzyć drzwi.

Jak choćby Wołodia Iglenko, chłopak w wieku Paszy, który miał jechać z nim na obóz do Tołmaczewa. Schodził z Mietanowami dźwigając walizkę i ani mu przez głowę nie przeszło, żeby prosić kogoś o otwarcie drzwi. No tak, ale Wołodia miał trzech braci. Wołodia po prostu musiał dawać sobie radę sam.

– Pasza, coś ci pokażę – powiedziała cicho do brata. – To bardzo proste. Kładziesz rękę na klamce i ciągniesz. Drzwi się otwierają. Wychodzisz na ulicę i drzwi się zamykają. Zobaczmy, czy sobie poradzisz.

– Przestań gadać i otwieraj – mruknął Pasza. – Nie widzisz, że niosę walizkę?

Na ulicy przystanęli.

– Taniu – powiedział tata. – Weź sto pięćdziesiąt rubli, które ci dałem, i kup trochę jedzenia. Tylko nie marudź. Idź, kup i wracaj. Słyszysz?

– Tak, tato. Zaraz pójdę.

– Prosto do łóżka, co? – prychnął z uśmieszkiem Pasza.

– No, chodźmy, już pora – powiedziała mama.

– Tak – odrzekł ojciec – pora.

– Na razie. – Tatiana klepnęła brata w ramię.

Mruknął coś przygnębiony i pociągnął ją za włosy.

– Tylko zwiąż sobie włosy, zanim wyjdziesz. Nie strasz ludzi.

– Przestań – odparła wesoło Tania – bo w ogóle je zetnę.

– Chodźmy już, chodźmy – ponaglał tata, ciągnąc syna za rękaw.

Tatiana pożegnała się z Wołodią, pomachała matce, po raz ostatni spojrzała na plecy przybitego brata i wróciła na górę.

Dziadek i babcia właśnie wychodzili. Szli z Daszą do banku, żeby wyjąć oszczędności.

Tania została sama.

Westchnęła z ulgą i opadła na łóżko.

Wiedziała, że urodziła się za późno. Paszka też. Powinna była się urodzić w dziewięćset siedemnastym, jak Dasza. Oprócz nich rodzice mieli jeszcze troje dzieci, ale się nie uchowały. Dwaj bracia, jeden urodzony w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym, drugi w dwudziestym pierwszym, zmarli na tyfus. Urodzona w dwudziestym drugim dziewczynka rok później zmarła na szkarlatynę. W tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym, kiedy umierał Lenin, kiedy nagle skończył się NEP, ten krótkotrwały powrót do prywatnej inicjatywy i wolnej przedsiębiorczości, kiedy plutony egzekucyjne Stalina konsekwentnie powiększały jego wpływy we władzach, bardzo zmęczona trzydziestodwuletnia Irina Fiodorowna urodziła ich, najpierw Paszę, a sześć minut później ją, Tanię. Rodzina pragnęła Paszy, chłopca, syna, dlatego narodziny córki były dla nich kompletnym zaskoczeniem. Bliźnięta? Nikt nie miał bliźniąt. Kto słyszał o bliźniętach? Poza tym nie było dla niej miejsca. Przez pierwsze trzy lata życia musiała dzielić kołyskę z bratem. Potem spała z Daszą.

Mimo to fakt pozostawał faktem: zajmowała cenną przestrzeń łóżkową. Dasza nie mogła wyjść za mąż, ponieważ jej siostrzyczka leżała nocą tam, gdzie miał leżeć jej mąż. Daszka często wyrzucała to Tatianie. Mówiła: „Przez ciebie umrę jako stara panna”, na co Tania odpowiadała: „Oby jak najszybciej, żeby na twoim miejscu mógł spać mój mąż”.

Przed miesiącem skończyła szkołę i natychmiast poszła do pracy, żeby nie spędzać kolejnych wakacji w Łudze na czytaniu, pływaniu łodzią i na głupich zabawach z dzieciakami mieszkającymi w domach przy wiecznie zapylonej drodze. Spędzała tam wszystkie wakacje, na daczy pod Ługą albo pod Nowogrodem nad jeziorem Ilmen, gdzie daczę mieli rodzice kuzynki Mariny.

Kiedyś nie mogła się wprost doczekać czerwcowych ogórków, lipcowych pomidorów i sierpniowych malin; w myślach zbierała grzyby i czarne jagody, w myślach łowiła ryby w rzece. Kiedyś, ale nie tego lata. Tego lata wszystko miało być inaczej.

Zdała sobie sprawę, że zmęczyło ją bycie dzieckiem. Jednocześnie nie bardzo wiedziała, jak być kimś innym, dlatego załatwiła sobie pracę w Zakładach Kirowa, w fabryce w południowej części Leningradu. Praca: to już prawie dorosłość. A więc pracowała i nieustannie czytała gazetę, kręcąc głową na poczynania Francji, na marszałka Pétaina, na Dunkierkę i na Neville’a Chamberlaina. Próbowała być bardzo poważna i ze skupieniem kiwała głową, czytając o kryzysie w Ardenach i na Dalekim Wschodzie. To były jej ustępstwa na rzecz dorosłości: Kirow i „Prawda”.

Lubiła tam pracować, w tej największej fabryce w Leningradzie i prawdopodobnie w całym Związku Radzieckim. Słyszała, że u Kirowa budują czołgi, ale nie bardzo w to wierzyła. Jak dotąd nie widziała ani jednego.

Pracowała w dziale sztućców: pakowała do pudełek noże, łyżki i widelce. Była przedostatnią robotnicą na linii montażowej. Dziewczyna pracująca za nią, ta ostatnia, zaklejała pudełka taśmą. Tatiana bardzo jej współczuła; zaklejanie pudełek musiało być okropnie nudne. Ona mogła przynajmniej pobrzękiwać trzema rodzajami sztućców.

Fajnie będzie pracować tam latem, pomyślała, leżąc na łóżku, ale jeszcze fajniejsza byłaby ewakuacja.

Chętnie by trochę poczytała. Właśnie zaczęła zabawną, choć boleśnie prawdziwą książeczkę Michaiła Zoszczenki, zbiór satyrycznych opowiadań na temat realiów życia w Związku Radzieckim, ale polecenia ojca były bardzo wyraźne. Z utęsknieniem popatrzyła na książkę. Po co ten pośpiech? Dorośli zachowują się tak, jakby się gdzieś paliło. Niemcy są dwa tysiące kilometrów stąd. Towarzysz Stalin na pewno nie pozwoli, żeby ten zdrajca Hitler wkroczył w głąb kraju. A ona na pewno nie zostanie w domu sama.

Gdy tylko zdała sobie sprawę, że natychmiastowej ewakuacji nie będzie, wojna straciła dla niej całą atrakcyjność. Czy naprawdę jest aż tak interesująca? Może, ale opowiadanie Zoszczenki „Łaźnia”, opowieść o mężczyźnie, który idzie do łaźni, rozbiera się w szatni, a numerek przywiązuje sobie do nogi w kostce, było przekomiczne: „...gdzie rozebrany do rosołu człowiek ma schować te numerki? [...] A numerek został na nodze. Trzeba się rozebrać; ściągam spodnie i szukam, numerka ani śladu. Sznurek jest, a numerka nie ma. Spłynął z wodą. Podaję szatniarzowi sznurek, a ten nie bierze. Na podstawie sznurka – powiada – rzeczy nie wydaję. Gdyby tylko pozwolić, to każdy obywatel naciąłby sznurków i palt w kraju by zabrakło. Poczekaj, niech się rozejdą, to wydam ci palto, które pozostanie”[2].

Ponieważ nikt nie zamierzał się ewakuować, położyła się na łóżku, oparła nogi o ścianę i konając ze śmiechu przeczytała opowiadanie jeszcze raz.

Ale cóż, rozkaz to rozkaz. Musiała iść po zakupy.

Ale była niedziela, a w niedzielę Tatiana nie lubiła wychodzić ubrana byle jak. Dlatego bez pytania pożyczyła czerwone sandały Daszy. Miały wysokie obcasy, toteż chodziła w nich jak nowo narodzone cielę na uginających się nogach; Daszce szło znacznie lepiej, bo już się nauczyła.

Szczotkowała jaśniutkie włosy, żałując, że nie ma gęstych, czarnych loków jak reszta rodziny. Jej były takie proste, takie... bez charakteru. Zawsze wiązała je w kucyk albo zaplatała warkocze. Tego dnia uznała, że kucyk będzie lepszy. Nikt nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego są proste i jasne. Broniąc córki, mama mówiła, że jako mała dziewczynka też miała jasne, proste włosy. Tak, a kiedy babcia wychodziła za mąż, ważyła tylko czterdzieści siedem kilo.

Tatiana włożyła swoją jedyną elegancką sukienkę, sprawdziła, czy ma czystą twarz, zęby i ręce, po czym wyszła.

Sto pięćdziesiąt rubli to olbrzymie pieniądze. Nie wiedziała, skąd ojciec je wziął, i nie śmiała pytać, ale pojawiły się w jego rękach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co miała kupić? Ryż? Wódkę? Już zapomniała.

Mama powiedziała:

– Nie wysyłaj jej, ona nic nie załatwi.

Tatiana ochoczo poparła ją skinieniem głowy.

– Słusznie – dorzuciła. – Wyślij Daszę, tato.

– Nie! – wykrzyknął ojciec. – Na pewno sobie poradzisz. Weź torbę, idź do sklepu i kup...

No właśnie, i kup co? Ziemniaki? Mąkę?

Mijając pokój Sarkowów, zobaczyła Żannę i Żenię, którzy siedzieli w fotelach, pijąc herbatę i czytając. Robili wrażenie spokojnych i odprężonych, jakby była to ot, kolejna zwyczajna niedziela. Sami w takim wielkim pokoju, pomyślała. Ci to mają szczęście.

Szalonego Sławina w korytarzu nie było. I dobrze.

Dziwne. Zdawało się, że oświadczenie towarzysza Mołotowa, to sprzed dwóch godzin, było tylko niewielkim odstępstwem od normalnego toku dnia. Zaczęła nawet powątpiewać, czy dobrze je zrozumiała, i dopiero kiedy skręciła na Grecki Prospekt, gdy zobaczyła zwarte grupki ludzi spieszących w kierunku Newskiego, zdała sobie sprawę, że to jednak prawda.

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała takie tłumy na ulicach Leningradu. Szybko zawróciła i poszła w stronę Prospektu Suworowskiego. Tak, przechytrzy ich i wyprzedzi. Skoro wszyscy szli na Newski, ona pójdzie do sklepów w okolicy parku Taurydzkiego, które były trochę gorzej zaopatrzone, za to mniej uczęszczane.

Naprzeciw niej szła jakaś para. Popatrzyli na jej sukienkę i uśmiechnęli się. Tatiana spuściła oczy, ale też się uśmiechnęła.

Sukienka była naprawdę wspaniała, biała w szkarłatne róże. Dostała ją w trzydziestym ósmym, na czternaste urodziny. Ojciec kupił ją na targu w Świętokreście, w małym miasteczku w Polsce, dokąd pojechał służbowo, gdy pracował w Leningradzkich Zakładach Wodociągowych. Był wtedy w Świętokreście, w Warszawie i w Lublinie. Kiedy wrócił, Tatiana uznała, że prawdziwy z niego światowiec i globtroter. Dasza i mama dostały czekoladki z Warszawy, lecz ostatnią czekoladkę zjedzono już dawno temu, a dokładnie przed dwoma laty i trzystoma sześćdziesięcioma trzema dniami. Tymczasem ona, Tania, wciąż nosiła swoją sukienkę ze szkarłatnymi różami wyhaftowanymi na grubej, gładkiej śnieżnobiałej bawełnie. Tak, wyhaftowano na niej nie pączki, tylko w pełni rozkwitłe róże. Była to naprawdę doskonała letnia sukienka, taka na wąskich ramiączkach. Nie miała rękawów, była mocno dopasowana w talii i szeroko rozkloszowana na dole, tak że kiedy Tatiana okręcała się szybko wokół własnej osi, sukienka wirowała wraz z nią niczym czasza spadochronu.

W czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego Tania miała z nią tylko jeden problem: sukienka była na nią za mała. Krzyżujące się na plecach atłasowe paseczki, które mogła kiedyś bez trudu ściągnąć, ściągnąć się już nie dawały.

Drażniło ją, że jej własne ciało, w którym czuła się coraz bardziej nieswojo, przerosło ulubioną sukienkę. Nie to, żeby rozkwitło jak ciało Daszy, żeby miała rozłożyste biodra, pełne piersi, jędrne uda i prężne ramiona. Nie, wprost przeciwnie. Jej biodra, choć krągłe, wciąż były wąskie, nogi i ręce szczupłe, za to piersi wciąż rosły i właśnie w tym tkwił problem. Gdyby piersi nie urosły, nie musiałaby poluźniać pasków na plecach i wystawiać na pokaz kręgosłupa od łopatek aż po krzyż.

Bardzo lubiła tę sukienkę. Lubiła, gdy materiał ocierał się jej o skórę, lubiła dotykać haftowanych róż, drażniła ją natomiast świadomość, że musi demonstrować światu fragment swego ciała, tkwiącego w bawełnianym kokonie, który bezlitośnie ściskał jej płuca. Z przyjemnością i rozrzewnieniem wspominała chwilę, kiedy jako chuda czternastolatka włożyła sukienkę pierwszy raz, żeby pójść w niej na niedzielny spacer po Newskim Prospekcie. To właśnie dlatego, dla tych pięknych wspomnień, włożyła ją i dzisiaj, w dniu, kiedy Niemcy zaatakowali Związek Radziecki.

Jej duszę łechtała również świadomość, że na sukience jest metka z napisem: „Fabrique en France”.

„Fabrique en France”! Jakże miło było mieć coś, co zamiast z rąk radzieckich partaczy, wyszło z rąk starannych i romantycznych Francuzów. Bo czyż istnieli na świecie ludzie bardziej romantyczni niż oni? Francuzi to prawdziwi mistrzowie miłości. Każda nacja ma swoją specjalność. Rosjanie są niezrównani w cierpieniu, Anglicy w powściągliwości, Amerykanie w umiłowaniu życia, Włosi w umiłowaniu Chrystusa, a Francuzi w nadziei na miłość. Dlatego szyjąc sukienkę dla Tatiany, nasączyli ją obietnicą, jakby chcieli powiedzieć: włóż ją, chérie, a będą cię w niej kochali tak samo jak nas, włóż ją, a znajdziesz miłość. Dlatego w okraszonej szkarłatem bieli Tania nigdy nie traciła nadziei. Gdyby sukienkę uszyli Amerykanie, byłaby szczęśliwa. Gdyby uszyli ją Włosi, zaczęłaby się modlić, gdyby uszyto ją w Anglii, dumnie wyprostowałaby ramiona, ale ponieważ uszyli ją Francuzi, żyła nadzieją.

Choć akurat teraz szła Prospektem Suworowa, próbując nie zważać na to, że sukienka ściska jej rozkwitające piersi.

Na dworze było ciepło i rześko, dlatego świadomość, że właśnie tego pięknego, pełnego nadziei dnia Hitler zaatakował Związek Radziecki, poraziła ją jak prąd. Idąc, kręciła głową. Dziadek nigdy Hitlerowi nie ufał i powtarzał to od samego początku, od tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, kiedy to towarzysz Stalin podpisał z Niemcami pakt o nieagresji. Mówił, że Stalin przespał się z szatanem, no i teraz szatan go zdradził. Więc dlaczego wszyscy są tacy zaskoczeni? Niby czego się spodziewali? Że szatan zachowa się honorowo?

Zawsze uważała, że dziadek jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Od trzydziestego dziewiątego, od napadu Hitlera na Polskę, ciągle powtarzał, że wkrótce przyjdzie kolej na Związek Radziecki. Od wiosny, a więc od paru miesięcy, znosił do domu konserwy. Babcia mówiła, że przesadza, że za dużo ich kupuje; nie chciała, żeby wydawał pieniądze na coś tak nieuchwytnego jak „wszelki wypadek”. Szydziła z niego i drwiła. Wojna? – mówiła, łypiąc spode łba na puszkę mielonki. Jaka wojna? I kto to będzie jadł? Na pewno nie ja. Po co wydawać pieniądze na świństwa? Dlaczego nie kupisz marynowanych grzybów albo pomidorów? A dziadek, który kochał ją, jak żaden mężczyzna nie kochał żadnej kobiety, pochylał z pokorą głowę, czekając, aż babcia da upust złości, i miesiąc później przynosił do domu kolejne konserwy. Kupował również cukier, kawę, tytoń i wódkę. Z przechowywaniem tych ostatnich produktów miał dużo kłopotów, ponieważ na każde urodziny, na każdą rocznicę i na każdego 1 Maja otwierano butelkę wódki, palono tytoń, pito kawę i słodzoną herbatę i pieczono słodkie ciasto. Dziadek nie potrafił odmówić niczego rodzinie, natomiast sobie odmawiał niemal wszystkiego. Dlatego na swoje urodziny nigdy nie otwierał wódki. Ale babcia i tak napoczynała worek cukru, żeby upiec mu jagodziankę. Tak więc w sumie przybywało jedynie mielonki – co miesiąc puszka lub dwie – której nikt nie lubił i nikt nie jadł.

Tatiana miała kupić wódkę i ryż, lecz okazało się, że zadanie jest trudniejsze, niż oczekiwała.

W sklepach przy Prospekcie Suworowa wódki nie było. Mieli ser. Ale ser się nie przechowa. Mieli chleb, lecz chleb też się nie przechowa. Kiełbasa zniknęła, puszki też. I cała mąka.

Przyspieszywszy kroku, szła Prospektem – miał ledwie kilometr długości i krzyżował się z jedenastoma innymi ulicami – zaglądając do wszystkich sklepów po kolei, ale nigdzie nie znalazła ani konserw, ani przetworów. Była dopiero trzecia po południu.

Minęła dwa banki. Oba były nieczynne. Na drzwiach wisiały pospiesznie nabazgrane napisy: ZAMKNIĘTE. Dziwne. Jak to zamknięte? Chyba nie zabrakło im pieniędzy, to przecież banki. Tania zachichotała.

Zdała sobie sprawę, że za długo czekali. Za długo pakowali rzeczy Paszy, za długo się sprzeczali i gapili smutno na siebie. Powinni byli natychmiast wyjść, ale nie, najpierw musieli wyprawić Paszkę na obóz. Potem czytała Zoszczenkę. Tak, szkoda, że nie wyszła godzinę wcześniej. Gdyby wyszła i pobiegła na Newski, stałaby już w kolejce wraz z innymi.

Ale chociaż przygnębiało ją, że nie potrafi zdobyć nawet głupiego pudełka zapałek, czuła, iż ciepły, letni wiatr niesie ze sobą zapach nowego, że zwiastuje porządek rzeczy, których dotąd nie znała i nie rozumiała. Biorąc głęboki oddech, pomyślała: czyżbym miała zapamiętać ten dzień do końca życia? Nieraz już to powtarzałam: och, tego a tego dnia na pewno nie zapomnę, a mimo to zapominałam. Wciąż pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam ropuchę. Zwykłą ropuchę. Kto by pomyślał? Wciąż pamiętam, jak pierwszy raz posmakowałam słonej wody z Morza Czarnego. Pamiętam, jak pierwszy raz zgubiłam się w lesie. Może pamięta się tylko to, co spotyka człowieka pierwszy raz w życiu? Nigdy dotąd nie widziałam prawdziwej wojny, więc kto wie, może ten dzień też zapamiętam.

Skręciła w stronę sklepów przy Taurydzkiej. Lubiła tę część miasta położoną z dala od Newskiego. Drzewa były tu zieleńsze i wyższe, a ludzi dużo mniej. Lubiła pobyć trochę w samotności.

Zajrzawszy do kilku sklepów spożywczych, chciała już zrezygnować. Zastanawiała się poważnie, czy nie wrócić do domu i nie powiedzieć ojcu, że nie sprostała zadaniu, którym ją obarczył, lecz myśl ta napełniała ją lękiem. Dlatego szła dalej. Przed sklepem na rogu Suworowa i Sałtykowa-Szczedrina stała długa kolejka.

Tania karnie stanęła za ostatnią osobą w ogonku.

Przestępując z nogi na nogę, stała i stała, od czasu do czasu pytała o godzinę, po czym stała dalej. Kolejka przesunęła się o metr. Tatiana ciężko westchnęła i spytała, po co właściwie stoją. Stojąca przed nią kobieta gniewnie wzruszyła ramionami i odwróciła się.

– Co? Co? – mruknęła, tuląc do piersi torebkę, jakby Tania chciała ją obrabować. – Stój jak wszyscy i nie zadawaj głupich pytań.

Więc Tania stała i czekała. Gdy ogonek przesunął się o kolejny metr, ponownie spytała o godzinę.

– Pytałaś mnie o to samo dziesięć minut temu – warknęła kobieta. – Dodaj sobie.

Wtem młoda kobieta stojąca przed nią zaczęła mówić o bankach i Tatiana zastrzygła uszami.

– Zabrakło pieniędzy. – To do stojącej obok staruszki. – Wyobraża pani sobie? Zabrakło pieniędzy. I co oni teraz zrobią? Mam nadzieję, że trzyma pani trochę pod materacem.

Zmartwiona staruszka pokręciła głową.

– Mam dwieście rubli – odrzekła. – To oszczędności całego życia. Wzięłam wszystko.

– I dobrze. Niech pani kupuje co się da, zwłaszcza konserwy...

Staruszka ponownie pokręciła głową.

– Nie lubię konserw.

– No to kawior. Słyszałam, że jakaś kobieta kupiła na Newskim dziesięć kilo kawioru. Co ona z nim zrobi? Ale to nie moja sprawa. Ja kupuję oliwę. I zapałki.

– Niech pani kupi sól – doradziła mądrze staruszka. – Herbatę bez cukru wypijesz, owsianki bez soli nie zjesz.

– Nie lubię owsianki. Nigdy nie lubiłam. Nie przełknę ani łyżki. Papkowate gluty.

– No to kawior. Lubi pani kawior?

– Nie. Ale może wezmę kiełbasy – rzuciła w zadumie ta młodsza. – Trochę dobrej, suchej kiełbasy... Tak, proletariat obalił cara ponad dwadzieścia lat temu. Przez ten czas dużo się nauczyłam i wiem, czego oczekiwać.

Stojąca przed Tatianą jędza głośno prychnęła. Staruszka i jej sąsiadka odwróciły głowę.

– Akurat! – warknęła jędza. – Nic pani nie wie. To wojna! – I chrapliwie chrząknęła, co zabrzmiało jak sapnięcie parowozu.

– A kto panią pyta?

– To wojna, towarzyszki i towarzysze! Witamy w rzeczywistości, którą podarował nam Hitler. Nakupujcie kawioru i masła i zjedzcie wszystko jeszcze dzisiaj. Tak, tak, zapamiętajcie moje słowa: już w styczniu za dwieście rubli kupicie co najwyżej bochenek chleba.

– Zamknij się, babo!

Tatiana spuściła głowę. Nie lubiła kłótni. Ani w domu, ani na ulicy.

Ze sklepu wyszło dwoje ludzi z wielkimi papierowymi torbami pod pachą.

– Co dają? – spytała grzecznie Tania.

– Suchą kiełbasę – burknął mężczyzna i spiesznie odszedł, jakby się bał, że Tatiana dopędzi go, powali na ziemię, pobije i odbierze mu tę przeklętą kiełbasę. Tymczasem ona nie lubiła suchej kiełbasy. Wytrwale stała dalej.

Pół godziny później zrezygnowała.

Nie chcąc rozczarować ojca, szybko poszła na przystanek. Chciała złapać autobus dwadzieścia dwa na Prospekt Newski. Na Newskim mogła przynajmniej kupić kawior.

Kawior? – pomyślała. Będziemy musieli zjeść go już w przyszłym tygodniu, bo do zimy się nie przechowa. Czy po to ojciec wysłał ją na zakupy? Po żywność na zimę? Niemożliwe. Do zimy jeszcze daleko. A nasza armia jest niezwyciężona, sam towarzysz Stalin tak mówił. Do września po tych niemieckich świniach nie będzie już ani śladu.

Gdy skręcała za róg Sałtykowa-Szczedrina, pękła gumka, którą związała włosy, i wiatr dmuchnął jej nimi w twarz.

Przystanek był po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko parku. Zwykle jeździła stamtąd do Mariny, sto trzydziestką szóstką, ale tego dnia chciała dojechać na Newski. Wiedziała, że musi się pospieszyć, bo wyglądało na to, że i kawior wkrótce wykupią.

Parę kroków dalej zobaczyła stoisko z lodami.

Lody!

Dzień stał się nagle piękniejszy. Na stołku siedział sprzedawca. Czytał gazetę, chroniąc się przed słońcem pod małym parasolem.

Tatiana przyspieszyła kroku.

Wtem usłyszała warkot silnika. Odwróciła się: autobus był jeszcze daleko. Gdyby kawałek podbiegła, na pewno by zdążyła. Weszła na jezdnię, żeby przejść na drugą stronę ulicy, spojrzała na stoisko z lodami, potem na autobus, jeszcze raz na stoisko, i zatrzymała się.

Miała wielką ochotę na lody, ochotę wprost przemożną.

Zagryzła wargę i przepuściła autobus. Nie szkodzi. Niedługo nadjedzie następny, a tymczasem usiądę na przystanku i zjem lody.

Podeszła do stoiska i spytała:

– Lody, tak?

– Przecież pisze, że lody. Nie widać? Czego chcesz? – Podniósł głowę i natychmiast złagodniał. – Na jakie masz ochotę, złotko?

– Na... – Zadrżał jej głos. – Czy ma pan śmietankowe?

– Mam. – Sprzedawca otworzył pokrywę chłodziarki. – W pudełku czy w rożku?

– W rożku poproszę – odrzekła Tatiana, podskakując jak mała dziewczynka.

Skwapliwie zapłaciła; za taki smakołyk zapłaciłaby nawet dwa razy więcej. Wiedząc, że czeka ją wprost niebiańska przyjemność, szybko przebiegła na drugą stronę ulicy i usiadła na ławce pod drzewami, żeby spokojnie zjeść lody i poczekać na autobus, którym miała pojechać po kawior, czyli po zapasy na wojnę.

Na przystanku nie było nikogo. Tym lepiej, gdyż mogła rozkoszować się smakiem w samotności. Odwinęła biały papierek, wrzuciła go do kosza na śmieci obok ławki, powąchała lody, polizała słodki, zimny karmel, zamknęła ze szczęścia oczy i uśmiechając się błogo, czekała, aż lód roztopi się jej na języku.

Pyszne, pomyślała. Przepyszne.

Wiatr rozwiewał jej włosy, więc przytrzymała je wolną ręką, krążąc wargami po małej, beżowej kulce na stożkowatym wafelku. Założyła nogę na nogę, potem ją zdjęła, odrzuciła do tyłu głowę i czując, jak w gardle rozlewa jej się słodka lepkość, zanuciła piosenkę, którą ostatnio śpiewali niemal wszyscy: „Pewnego dnia spotkamy się we Lwowie, mój ukochany i ja”.

Wspaniały dzień. Przez pięć minut nie było żadnej wojny, tylko cudowna, czerwcowa niedziela w spokojnym Leningradzie.

Kiedy oderwawszy wzrok od lodów, spojrzała przed siebie, zobaczyła, że z drugiej strony ulicy patrzy na nią jakiś wojskowy.

W mieście garnizonowym, takim jak Leningrad, wojskowy to nic nadzwyczajnego. Żołnierzy mieli tu na pęczki. Zobaczyć żołnierza to tak, jak zobaczyć staruszkę z pełną siatką albo kolejkę przed sklepem, albo budkę z piwem. W normalnych okolicznościach Tatiana ominęłaby go wzrokiem i poszła dalej, zwłaszcza że ten gapił się na nią z miną, jakiej nigdy dotąd u nikogo nie widziała. Przestała lizać lody.

Jej chodnik tonął już w cieniu, natomiast chodnik żołnierza zalewało silne popołudniowe słońce. Patrzyła na niego przez krótką chwilę i właśnie wtedy, w momencie, gdy spojrzała mu prosto w twarz, poczuła, że coś w niej drgnęło. Chciałaby powiedzieć, że drgnęło leciutko, ot, niezauważalnie, lecz było zupełnie inaczej. Było tak, jakby serce zaczęło pompować krew czterema komorami naraz, zalewając nią i płuca, i całe ciało. Zamrugała. Nie wiedzieć czemu, zaczęła oddychać szybciej i płycej. Żołnierz roztapiał się powoli w żółtobladym słońcu.

Wtem zasłonił go autobus. Omal nie krzyknęła i zerwała się z ławki, ale nie po to, żeby wsiąść, tylko po to, żeby nie stracić z oczu żołnierza. Otworzyły się drzwi; kierowca spojrzał na nią wyczekująco. Niewiele brakowało i Tania, dziewczyna łagodna i dobrze wychowana, zwymyślałaby go i kazała iść precz.

– Wsiadamy, panienko? Nie mogę czekać w nieskończoność.

Wsiadamy?

– Nie, nie, ja nie wsiadam.

– No to co, do diabła, robisz na przystanku? – zagrzmiał kierowca i zatrzasnął drzwi.

Tatiana cofnęła się w stronę ławki i zobaczyła, że żołnierz pędzi do autobusu.

Pędził, pędził i nagle przystanął. Znieruchomiał.

Ona też.

Kierowca ponownie otworzył drzwi.

– Jedziecie? – spytał.

Żołnierz spojrzał na Tatianę, potem na kierowcę.

– Na Lenina i Stalina! Niech was szlag trafi! – Trzasnęły drzwi, autobus odjechał.

Tania stała przy ławce. Zrobiła krok do tyłu i szybko usiadła.

Żołnierz wzruszył ramionami.

– Myślałem, że to mój – powiedział obojętnie, przewracając oczami.

– Ja też – wychrypiała nieśmiało Tatiana.

– Lody się topią – zauważył usłużnie.

Rzeczywiście się topiły. Spływały z rożka prosto na sukienkę.

– O Boże...

– Zejdzie, spierze się.

Tatiana spróbowała zebrać roztopioną masę ręką, ale tylko ją roztarła.

– Cudownie – mruknęła i stwierdziła, że drżą jej palce.

– Długo pani czeka? – Miał głęboki, dźwięczny głos i mówił... Z lekkim akcentem? Pewnie przyjezdny, pomyślała, nie odrywając wzroku od plamy na sukience.

– Nie, niezbyt – odrzekła szybko i wstrzymawszy oddech, podniosła oczy, żeby na niego spojrzeć. Podnosiła je i podnosiła. Był bardzo wysoki.

I miał na sobie wyjściowy mundur. Eleganckie spodnie, elegancki frencz, czapka z emaliowaną czerwoną gwiazdą nad daszkiem, a na ramionach szerokie epolety ze stalowoszarymi galonami. Wyglądały bardzo imponująco, lecz Tatiana nie wiedziała, co oznaczają. Był szeregowcem? Miał karabin. Czy szeregowcy chodzili z karabinem? Na jego lewej piersi błyszczał srebrny medal w złotej obwódce.

I miał ciemne włosy. Młody i ciemnowłosy, pomyślała. Same plusy. Nieśmiało spojrzała mu w oczy. Miały kolor karmelu i były odrobinę ciemniejsze niż lody, które przed chwilą jadła. Czy są to oczy żołnierza? A może oczy mężczyzny? Tak czy inaczej, były spokojne i przyjaźnie uśmiechnięte.

Patrzyli na siebie tylko chwilę, lecz była to chwila stanowczo za długa. Obcy patrzą na siebie krócej, znacznie krócej. Tatiana czuła się bardzo dziwnie. Miała ochotę otworzyć usta i wypowiedzieć jego imię. Szybko uciekła wzrokiem w bok. Drżała i było jej gorąco.

– Lody wciąż się topią – powtórzył uprzejmie żołnierz.

Tania zaczerwieniła się i odchrząknęła.

– Lody? – odrzekła. – Rzeczywiście. Ale nie szkodzi, już skończyłam. – Wstała i teatralnym gestem wrzuciła je do kosza, żałując, że nie ma przy sobie chusteczki, którą mogłaby wytrzeć plamę na sukience.

Ile on ma lat? – myślała. Tyle co ja czy więcej? Nie, chyba jednak więcej. Jest młody, choć starszy ode mnie, i patrzy na mnie oczami prawdziwego mężczyzny. Wbiła wzrok w chodnik między swoimi czerwonymi sandałami i jego czarnymi wojskowymi butami i znowu się zaczerwieniła.

Nadjechał autobus. Żołnierz odwrócił się i ruszył do krawężnika. Tatiana nie odrywała od niego oczu. Szedł jak ktoś nie z tego świata, zbyt długim, zbyt pewnym siebie krokiem, mimo to nie było w tym ani nic rażącego, ani nienaturalnego. Patrząc na niego, miała wrażenie, że znalazła książkę, którą gdzieś zapodziała i o której zupełnie zapomniała. O, jest!

No i tak. Za chwilę otworzą się drzwi, żołnierz wskoczy do autobusu, pomacha jej na do widzenia i już nigdy go nie zobaczy. Nie odchodź! – krzyknęła w myśli.

Im bliżej był autobusu, tym wolniej szedł, wreszcie zatrzymał się i cofnął, kręcąc głową do zirytowanego kierowcy, który niecierpliwie machnął ręką i zatrzasnął drzwi. Autobus powoli odjechał.

Żołnierz wrócił i usiadł na ławce.

Zakupy i to, co miała robić później, do końca dnia, wyfrunęło Tani z głowy bez słowa pożegnania.

Milczeli. Przecież nie można inaczej, pomyślała, dopiero co się poznaliśmy. Nie, zaraz, chwileczkę. Wcale się nie poznaliśmy. W ogóle się nie znamy. Nic dziwnego, że siedzimy tak i milczymy.

Nerwowo zerknęła w lewo, potem w prawo. Nagle przyszło jej do głowy, że żołnierz słyszy bicie jej serca. Tak, na pewno. Waliło tak głośno, że przepłoszyło wrony z drzew za ławką. Ogarnięte paniką, odleciały, gwałtownie łopocząc skrzydłami. Wiedziała, że to przez nią.

Żeby wreszcie przyjechał ten nieszczęsny autobus. Teraz, zaraz, natychmiast.

Był wojskowym, tak, ale widywała wielu wojskowych. Był przystojny, owszem, ale przystojnych mężczyzn też widywała. Latem poprzedniego roku widziała nawet przystojnych żołnierzy, dwóch, może nawet trzech. Jeden z nich – zapomniała już, jak miał na imię; ostatnio wszystko zapominała – kupił jej lody.

Nie, to nie mundur ją pociągał ani jego wygląd. Intrygował ją sposób, w jaki żołnierz patrzył na nią z drugiej strony ulicy, z chodnika za dziesięciometrowej szerokości pasem betonu, nad którym biegły przewody trakcji tramwajowej.

Sięgnął do kieszeni i wyjął paczkę papierosów.

– Zapali pani?

– Nie, nie – odrzekła. – Nie palę.

Żołnierz schował papierosy.

– Nie znam nikogo, kto by nie palił – rzucił lekko.

Wśród jej znajomych nie paliło tylko dwoje: ona i dziadek. Nie, nie mogła dłużej milczeć – to było zbyt żałosne – ale kiedy otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, przyszły jej do głowy tak głupie słowa, że czym prędzej zacisnęła wargi, modląc się w duchu o jak najszybszy przyjazd autobusu.

Ale autobus nie nadjeżdżał.

– Czeka pani na dwadzieścia dwa? – spytał w końcu żołnierz.

– Tak – odrzekła cichutko Tatiana. – To znaczy, nie. – Spojrzała w lewo i zobaczyła autobus. Trzycyfrowy numer: sto trzydzieści sześć. – Czekam na ten – dodała i niewiele myśląc, wstała.

– Sto trzydzieści sześć? – wymamrotał żołnierz.

Tania wyjęła pięć kopiejek i wsiadła. Zapłaciwszy, przeszła na tył autobusu, usiadła i zobaczyła, że żołnierz też wsiada i rusza przejściem w jej stronę.

Usiadł rząd za nią.

Tatiana wbiła wzrok w okno, próbując o nim nie myśleć. Sto trzydzieści sześć. Boże święty, dokąd on jedzie? No tak. Do Mariny, na Prospekt Połuostrowski. Nie ma wyboru, wysiądzie na Połuostrowskim i zadzwoni do drzwi kuzynki.

Kątem oka widziała żołnierza.

Ciekawe dokąd jedzie?

Autobus minął park Taurydzki i skręcił w Prospekt Litiejny.

Tatiana wygładziła sukienkę i przesunęła palcami po szkarłatnych różach. Potem schyliła się między fotelami i poprawiła sandały. Ale głównie modliła się o to, żeby żołnierz nie wysiadł na następnym przystanku. Tylko nie na tym, nie na tym. Na tym też nie. Gdzie miał wysiąść, tego nie wiedziała, wiedziała jedynie, że nie chce, by wysiadł tutaj i teraz.

Żołnierz nie wysiadł. Siedział spokojnie, patrząc w okno. Od czasu do czasu spoglądał przed siebie i Tania mogła przysiąc, że zerka na nią.

Przejechali przez most Litiejny na Newie. Sklepy. Większość była zamknięta. Przed otwartymi stały długie kolejki.

Ulice powoli pustoszały. Leningradzkie ulice, jasne i wymarłe.

Mijali przystanek za przystankiem, zapuszczając się coraz głębiej w północną część miasta.

W przebłysku trzeźwiejszego myślenia Tania zdała sobie sprawę, że minęła swój przystanek, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Zdenerwowana, poruszyła się sztywno i niespokojnie.

Co teraz? Tego nie wiedziała, wiedziała jednak, że nie może wysiąść, przynajmniej nie w tej chwili. Po pierwsze, żołnierz wciąż siedział i najwyraźniej nie zamierzał pociągnąć za sznurek dzwonka, po drugie, nie znała tych okolic Leningradu. Gdyby wysiadła, musiałaby przejść na drugą stronę ulicy i zaczekać na powrotny autobus.

Tylko na co właściwie liczyła? Na co czekała? Chciała zobaczyć, gdzie wysiądzie żołnierz, żeby przyjechać tu któregoś dnia z Mariną? Na tę myśl zdenerwowała się jeszcze bardziej.

Przyjechać z Mariną? Po co? Żeby odszukać swego żołnierza?

Idiotyczne. Absurdalne. Nie, chciała po prostu wyjść z tego z twarzą i wrócić do domu.

Pasażerów powoli ubywało. W końcu zostali tylko oni, ona i on.

Autobus przyspieszył. Tatiana nie wiedziała, jak z tego wybrnąć. Żołnierz nie wysiadał. W co ja się wpakowałam? Podjęła decyzję. Teraz albo nigdy. Zadzwoniła, ale kiedy tylko zadzwoniła, kierowca odwrócił się i spytał:

– Chcesz tu wysiąść? Tu nic nie ma, same składy i magazyny. Umówiłaś się z kimś?

– Nie... – wykrztusiła Tatiana.

– To lepiej zaczekaj. Zaraz będzie ostatni przystanek.

Upokorzona Tania ciężko opadła na fotel.

Autobus wjechał na pętlę.

– Koniec trasy – obwieścił kierowca.

Tatiana wysiadła na gorący, zabłocony asfalt na końcu opustoszałej ulicy. Bała się odwrócić. Przytknęła rękę do piersi, żeby uspokoić głośno dudniące serce. Boże, co teraz? Nic. Trzeba zaczekać na powrotny autobus. Powoli ruszyła przed siebie.

Jeden głęboki oddech, drugi... Dopiero po trzecim oddechu odważyła się zerknąć w prawo i... Wciąż tam był. I uśmiechał się do niej wesoło. Miał idealnie białe zęby – u Rosjanina to rzecz niezwykła. Wbrew sobie, odpowiedziała mu nieśmiałym uśmiechem. Zrobiła to z ulgą. Z ulgą, lękiem i z czymś jeszcze.

– No dobrze, poddaję się – powiedział żołnierz, nie przestając się uśmiechać. – Dokąd jedziesz?

Milczała. Cóż mogła odpowiedzieć?

Mówił z lekkim akcentem. Bardzo poprawnie, ale z akcentem. Próbowała odgadnąć, czy akcent i te bielutkie zęby pochodzą z tego samego miejsca, a jeśli tak, gdzie to miejsce jest. W Gruzji? A może w Armenii? W każdym razie na pewno leżało gdzieś nad Morzem Czarnym. Żołnierz lubił wodę. Słoną wodę.

– Słucham? – spytała w końcu.

– Pytałem, dokąd jedziesz.

Podniosła wzrok i dostała skurczu szyi. Ona była drobna i wiotka, on górował nad nią jak olbrzym. Nawet na wysokich obcasach sięgała mu zaledwie do obojczyka. O to też będzie musiała go spytać – pod warunkiem, że odzyska mowę – o ten wzrost. Zęby, akcent i wzrost: skąd pochodzisz, towarzyszu?

Przystanęli na środku opustoszałej jezdni. Głupio tak. Wybuchła wojna, pewnie dlatego tak tu pusto. Zamiast tłoczyć się na pętli, ludzie tłoczyli się przed sklepami, żeby kupić coś do jedzenia. Ale nie ona, nie Tatiana: ona stała jak idiotka na środku ulicy.

– Chyba przegapiłam mój przystanek – wymamrotała. – Muszę wrócić.

– Aha. W takim razie dokąd jechałaś? – powtórzył grzecznie. Wciąż stał dokładnie naprzeciwko niej. Nie odszedł i wcale nie zamierzał odchodzić. Stał, przesłaniając sobą słońce.

– Dokąd? – powtórzyła retorycznie. Miała rozczochrane włosy. Tak, na pewno. Nigdy się nie malowała, ale teraz żałowała, że nie pociągnęła szminką ust, że nie poczerniła sobie rzęs, że nie zrobiła czegokolwiek, żeby tylko nie wyglądać tak głupio i nijako.

– Zejdźmy z jezdni – zaproponował. Weszli na chodnik. – Usiądziesz? – spytał, wskazując ławkę na przystanku. – Zaczekamy. – Usiedli. On usiadł troszkę za blisko. O wiele za blisko.

Tatiana odchrząknęła. Raz, drugi i trzeci.

– To dziwne – powiedziała. – Moja kuzynka mieszka na Prospekcie Połuostrowskim. Jechałam do niej i...

– To kilka kilometrów stąd – zauważył. – Ze dwanaście przystanków.

Tania zdenerwowała się jeszcze bardziej.

– Tak, musiałam się zagapić.

Żołnierz spoważniał.

– Nie martw się. Dostarczymy cię na miejsce. Za kilka minut nadjedzie autobus.

Tatiana zerknęła na niego i spytała:

– A dokąd ty jechałeś?

– Ja? Służę w garnizonie. Dzisiaj jestem na patrolu. – W jego oczach igrały wesołe iskierki.

Świetnie, pomyślała Tatiana, uciekając wzrokiem w bok. Świetnie. On jest na zwykłym patrolu, a ja omal nie dojechałam do Murmańska. Idiotka. Kretynka. Zawstydzona, zaczerwieniła się i nagle zawirowało jej w głowie. Spojrzała na swoje buty.

– Oprócz lodów nic dzisiaj nie jadłam – szepnęła, czując, że zaraz zemdleje. Czas wydłużył się i zamarł.

Żołnierz objął ją i spokojnym, stanowczym tonem powiedział:

– Nie. Nie mdlej. Wytrzymaj.

I wytrzymała.

Osłabiona i zdezorientowana, nie chciała widzieć jego pochylonej głowy, jego zatroskanych oczu. Pachniał. Czymś przyjemnym i bardzo męskim, ani alkoholem, ani potem, jak większość Rosjan. Ciekawe czym? Mydłem? Wodą kolońską? Rosjanie nie używali wody kolońskiej. Nie, po prostu pachniał sobą.

– Przepraszam – szepnęła, próbując wstać. Podtrzymał ją. – Dziękuję.

– Nie ma za co. Już lepiej?

– Tak, znacznie. To chyba z głodu.

Wciąż ją podtrzymywał. Za ramię, dłonią wielkości małego państwa, na przykład Polski. Lekko drżąc, wyprostowała się, a wówczas ją puścił. Na ramieniu pozostało ciepłe, puste miejsce.

– Najpierw siedziałaś w autobusie, potem na słońcu... – odrzekł z nutką zatroskania w głosie. – Ale nic ci nie będzie. Chodź. Jest nasz autobus.

Ten sam autobus i ten sam kierowca. Spojrzał na nich, uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

Tym razem usiedli razem, ona przy oknie, on przy niej. Usiadł i położył rękę na drewnianym oparciu jej fotela.

Był blisko, za blisko, tak blisko, że nie mogła na niego spokojnie patrzeć, nie mogła uciec przed jego spojrzeniem, a to właśnie jego spojrzenie, jego oczy pociągały ją najbardziej.

– Zazwyczaj nie mdleję – powiedziała, patrząc w okno. Skłamała. Mdlała bardzo często. Wystarczyło, żeby ktoś potrącił ją krzesłem w kolano, i już leżała nieprzytomna na podłodze. Nauczyciele pisali o tym do rodziców dwa, trzy razy w miesiącu.

Zerknęła na niego.

– Jak ci na imię? – spytał z zaraźliwym uśmiechem.

– Tatiana. – Leciutki zarost, ostra linia nosa, czarne brwi, mała, szara blizna na czole. Był opalony. I miał niesamowite zęby.

– Tatiana – powtórzył dźwięcznym, głębokim głosem. – Tatiana. – Tym razem wypowiedział jej imię powoli i łagodnie. – Tania? Tanieczka?

– Tania. – Podała mu rękę. Ujął ją, lecz się nie przedstawił. Jej mała dłoń zniknęła w wielkiej, ciemnej, ciepłej dłoni. Musiał słyszeć, jak bije jej serce. Tak, na pewno. Musiał wyczuć jej puls w nadgarstku, we wszystkich żyłach.

– Aleksander.

Jej dłoń wciąż spoczywała w jego dłoni.

– Tatiana. Dobre rosyjskie imię.

– Aleksander też – odrzekła, spuszczając oczy.

W końcu niechętnie zabrała rękę. Miał wielkie, czyste dłonie, długie, grube palce i starannie przycięte paznokcie. Przycięte paznokcie u mężczyzny były kolejną anomalią, jeśli chodzi o radzieckie doświadczenie Tatiany.

Spojrzała w okno. Było brudne. Zastanawiała się, kto je myje i jak często. Myślała o wszystkim, żeby tylko nie myśleć o nim, choć czuła, że w duchu prosi ją, by na niego spojrzała, że ma ochotę ująć ją za podbródek i odwrócić jej głowę. Podniosła oczy.

– Opowiedzieć ci kawał? – spytała z uśmiechem.

– Umieram z ciekawości.

– Prowadzą żołnierza na stracenie. „Fatalna pogoda” – mówi żołnierz do tych z plutonu egzekucyjnego. „Ty jeszcze narzekasz? – odpowiadają tamci. – My musimy wrócić”.

Nie odrywając od niej wesołych oczu, roześmiał się natychmiast i tak głośno, że wzruszyła się i rozczuliła; ale tylko troszeczkę.

– Przezabawny kawał, Taniu.

– Dziękuję – odrzekła z uśmiechem i dodała: – Znam jeszcze jeden. „Generale, co myślicie o zbliżającej się bitwie?”

– Ten znam. „Przegrana sprawa”, mówi generał.

– „W takim razie po co do niej stawać?” – kontynuowała Tatiana.

– „Żeby sprawdzić, kto przegra” – dokończył Aleksander.

Uśmiechnęli się do siebie i uciekli wzrokiem w bok.

– Paski się rozluźniły – powiedział, gdy ponownie spojrzała w okno.

– Słucham?

– Paski, te na plecach. Odwróć się. Tak, jeszcze trochę. Zaraz je zwiążę...

Poczuła, że chwyta atłasowe ramiączko i delikatnie je ściąga.

– Wystarczy? – spytał. – Czy mocniej?

– Wystarczy – wychrypiała, wstrzymując oddech. Zdała sobie sprawę, że widzi jej nagie plecy, od karku aż po krzyż, i zawstydziła się.

Gdy na niego spojrzała, odchrząknął i spytał:

– Wysiadasz na Połuostrowskim? Idziesz do kuzynki? Zaraz będzie twój przystanek. A może chcesz, żebym cię odprowadził do domu?

– Na Połuostrowskim? – powtórzyła, jakby słyszała tę nazwę pierwszy raz w życiu. Zmarszczyła brwi. – O Boże. – Przytknęła rękę do czoła. – Nie uwierzysz. Nie mogę wrócić do domu, będę miała kłopoty.

– Kłopoty? Dlaczego? Mogę w czymś pomóc?

Dlaczego uwierzyła, że naprawdę chce pomóc? Co więcej, dlaczego nagle jej ulżyło, dlaczego nie bała się już wracać?

Opowiedziała mu o rublach, które miała w kieszeni, i o nieudanej wyprawie po zakupy.

– Nie wiem, dlaczego tata zlecił to akurat mnie – zakończyła. – Nic mi się nigdy nie udaje.

– Więcej pewności siebie, Taniu – odrzekł Aleksander. – Poza tym, mogę ci pomóc.

– Naprawdę?

Zaproponował, że zaprowadzi ją do specjalnego sklepu dla oficerów, gdzie będzie mogła kupić, co tylko zechce.

– Ale ja nie jestem oficerem – zauważyła.

– Za to ja jestem.

– Tak?

– Tak. Porucznik Aleksander Biełow. Jesteś pod wrażeniem?

– Porucznik? Nie wierzę. – Roześmiał się. Nie chciała, żeby był aż tak stary. – Za co ten medal? – spytała, patrząc na jego pierś.

– Za odwagę – odparł, obojętnie wzruszając ramionami.

– Naprawdę? – Uśmiechnęła się nieśmiało i z podziwem. – Co takiego zrobiłeś?

– Nic wielkiego. Gdzie mieszkasz, Taniu?

– Koło parku Taurydzkiego, na rogu Prospektu Greckiego i Piątej Radzieckiej. Wiesz, gdzie to jest?

Kiwnął głową.

– Patroluję prawie całe miasto. Mieszkasz z rodzicami?

– Tak, oczywiście. Z rodzicami, dziadkami, siostrą i z bratem bliźniakiem.

– W jednym pokoju? – spytał tym samym tonem.

– Nie, mamy dwa! – wykrzyknęła radośnie Tania. – A dziadkowie są na liście przydziałowej. Kiedy tylko zwolni się jakiś pokój, dostaniemy trzeci.

– Długo czekają?

– Od dwudziestego czwartego – odrzekła Tatiana i wybuchnęli śmiechem.

Zdawało się, że jadą przez całą wieczność i jeszcze sekundę.

– Wiesz, nie znam żadnego bliźniaka – powiedział, gdy wysiedli. – Lubicie się?

– Tak, ale Pasza bywa irytujący. Myśli, że jak już jest chłopcem, to zawsze musi wygrywać.

– To znaczy, że czasami przegrywa?

– Bardzo często – odparła, unikając spojrzenia jego roześmianych oczu. – Masz brata albo siostrę?

– Nie, byłem jedynakiem. – Aleksander zamrugał i szybko dodał: – Zatoczyliśmy pełny krąg, prawda? Na szczęście do sklepu już niedaleko. Dasz radę dojść czy zaczekamy na dwudziestkę dwójkę?

Tatiana przyjrzała mu się uważnie.

Powiedział „byłem”? „Byłem jedynakiem”?

– Dojdę – odrzekła powoli, stojąc w miejscu i patrząc w zamyśleniu na jego twarz. Miał wysokie czoło i mocno zarysowaną dolną szczękę. I czoło, i szczęka znieruchomiały, stężały niczym cement, jakby zacisnął zęby.

– Skąd pochodzisz? – spytała ostrożnie. – Mówisz z lekkim... akcentem.

– Nie, chyba nie – odparł, patrząc na jej stopy. – Na pewno dojdziesz? W tych butach?

– Tak, dojdę. – Czyżby próbował zmienić temat? Zsunęło jej się ramiączko. Nagle i bez uprzedzenia Aleksander wsunął pod nie palec i musnąwszy jej skórę, szybko je poprawił. Tania spiekła raka. Koszmar. Jakże siebie nienawidziła. Nic, tylko czerwieniła się i czerwieniła, i to bez żadnego powodu.

Patrzył na nią. Złagodniała mu twarz. A jego oczy... Co on miał w oczach? Był... oszołomiony?

– Taniu...

– Chodź, idziemy. – To dziwne światło, te płonące węgle, ten głos. Uczucia, które nie wiedzieć kiedy przywarły do niej niczym mokre ubranie, były tak intensywne i nagłe, że omal nie dostała mdłości.

Miała obtarte stopy, ale nie chciała mu tego mówić.

– Daleko jeszcze? – spytała.

– Nie, już zaraz. Wstąpimy na chwilę do koszar. Muszę się odmeldować. Potem założę ci opaskę na oczy. Cywil nie może zobaczyć koszar. Tajemnica wojskowa.

Nie zamierzała patrzeć na niego i sprawdzać, czy mówi prawdę czy żartuje.

– No i proszę – rzekła z udawaną obojętnością. – Jedziemy, idziemy i jak dotąd nie rozmawialiśmy jeszcze o wojnie. – Przybrała teatralnie poważną minę. – Aleksandrze, co sądzisz o ataku Hitlera na Związek Radziecki?

Co go tak rozbawiło? Powiedziała coś śmiesznego?

– Naprawdę chcesz o tym rozmawiać?

– Oczywiście. To poważna sprawa.

Wciąż patrzył na nią z zadziwieniem w oczach.

– To tylko wojna – odrzekł. – Była nieunikniona. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później wybuchnie. Chodźmy tędy.

Minęli pałac Michajłowski albo Inżynieryjny, jak czasami go nazywano. Stał za krótkim mostem nad Fontanką, a właściwie nad skrzyżowaniem Fontanki i Mojki. Tatiana bardzo lubiła ten łukowaty, granitowy most i czasami wspinała się na zewnętrzny parapet i przechodziła nim na drugą stronę rzeki. Oczywiście teraz nie zamierzała nigdzie się wspinać. Tego dnia była bardzo dorosła.

Minęli zachodni kraniec Ogrodu Letniego i wyszli na trawiaste pole defilad zwane Polem Marsowym.

– Możemy zostawić tej kraj Hitlerowi – powiedział Aleksander – albo zostać i walczyć za matkę Rosję. Ale jeśli już zostaniemy, musimy walczyć na śmierć i życie. – Wyciągnął rękę. – Koszary są tam, za Polem Marsowym.

– Na śmierć i życie? – Podekscytowana Tatiana podniosła wzrok i zwolniła kroku. Szli po trawie i miała ochotę zdjąć buty. – Pojedziesz na front?

– Jeśli mnie wyślą, to pojadę. – On też zwolnił i przystanął. – Zdejmij buty, Taniu. Będzie ci wygodniej.

– Nie, tak jest dobrze. – Skąd wiedział, że ledwo idzie? Czy było to aż tak oczywiste?

– Śmiało – zachęcał łagodnie. – Trawa jest mięciutka...

Miał rację. Westchnęła z ulgą, nachyliła się, rozpięła paski, zdjęła sandały, wyprostowała się i rzekła:

– Rzeczywiście. Tak jest troszkę wygodniej.

Aleksander milczał.

– Jakaś ty teraz maleńka – powiedział w końcu.

– Wcale nie jestem maleńka – odparowała. – To ty jesteś wielki. – Zaczerwieniła się i spuściła oczy.

– Ile masz lat, Taniu?